Fantastyczne jest przecinanie się dróg ludzkich. Wiem, że nawrócenie zawdzięczam modlitwom mamy, kilkanaście lat poza Kościołem, wcześniej wiara z tradycji, kulturowa, w liceum wagary na lekcjach religii, zawsze z dala od wszelkich wspólnot, od służby liturgicznej, od pielgrzymek. Dopiero po nawróceniu zrozumiałem ogromną wartość wiary mamy - wiary cichej, pokornej, wytrwałej, cierpliwej, głębokiej, konsekwentnej. Różaniec w dłoni, na spacerze w lesie, w ogrodzie, w mieszkaniu, w samochodzie. Wiara, jaką przekazała mamie jej mama, a moja babcia - Genowefa. W domu na ścianie wisi obraz - żywot świętej Genowefy z 1893 r. przywieziony z Adamowców, choć widnieje na nim stempel z cyrylicą - "dopuszczeno cenzuroju, g. Warszawa, 1893". Patronka babci, obraz nabył jej dziadek, gdy Genowefie groziła utrata wzroku. Pielgrzymki do Kalwarii Wileńskiej, modlitwy w Ostrej Bramie, i także w tym czasie, gdy w Winlie przebywała już siostra Faustyna Kowalska. Później, po ucieczce na fałszywych dokumentach do Polski, w roku 1946, zamieszkanie blisko miejsca, w którym swój skromny pokoik miał ks. Michał Sopoćko w drewnianym piętrowym domu przy ulicy Złotej w Białymstoku, a następnie przy kaplicy u Sióstr Jezusa Miłosiernego na ulicy Poleskiej; i naprzeciw tego drewnianego domu z ulicy Złotej mała Florcia biegała do przedszkola w kamienicy, która stoi po dziś dzień. A w latach 80-tych prace w czynie społecznym przy budowie kościoła Miłosierdzia Bożego na Białostoczku, w którym złożone zostały szczątki błogosławionego ks. Sopoćki. Tak te drogi zwykłych śmiertelników i przyszłych świętych się czasem przeplatają, że nie sposób uwierzyć, by był to zwykły przypadek. Mamy ich w końcu jako orędnowników w Niebie.
Już po diagnozie z pażdziernika 2021 r., w październiku 2022 r. udało nam się wyruszyć do Głogowca. Mama już wyraźnie słabła. Chłodny, choć słoneczny październikowy dzień, monotonna jazda autostradą w remoncie, dopiero po zjeździe z niej można było odetchnąć, wąskie asfaltowe drogi, z małym ruchem, schludne wsie ziemi łódzkiej, małe sosnowo-brzozowe zagajniki, i poczucie, że musi się tu dobrze żyć. W końcu pojawia się tablica z napisem - Gogowiec. W tej wsi na świat przyszła Helenka Kowalska dnia 25 sierpnia 1905 r., jako trzecie z dziesięciorga dzieci Stanisława i Marianny Kowalskich. Stąd wyruszyła w wielki świat, do Łodzi, Warszawy, Wilna, krakowskich Łagiewnik. Przed skromnym domem z jasnej cegły, asfaltowy parking, a dalej pastwiska, pola, i na horyzoncie ekrany autostrady. Na pastwisku stado krów, przypatrujących się jedynym w tym momencie pielgrzymom; silny, porywisty wiatr potęgował wrażenie chłodu, a dzień był powszedni, więc tłumów tego dnia być nie mogło. Okazało się, że dom, w którym urodziła się i mieszkała Helenka był akurat odnawiany. Niezwykle uprzejmy i pogodny mężczyzna zajmujący się remontem, stwierdził, że w żaden sposób nie będziemy mu przeszkadzać. Mimo wykonywanych prac znalazł kilka chwil, by nas po domu świętej oprowadzić. W tych bardzo skormnych warunkach mieszkała liczna rodzina Kowalskich, małe izdebki, jedna oczywiście kondygnacja, do tego pan Stanisław miał tu też swój ciesielski warsztat. Tak też sobie wyobrażałem warsztat stolarski mojego dziadka - Floriana, gdzieś w drewnianym domu w Adamowcach na Wileńszczyźnie. Przez okna wpadały promienie słońca, tworząc nastrój domowgo ciepła, rodzinnej miłości, tak dobrze znane z domu rodzinnego, i mnie, i mamie - mamie jeszcze z czasu zanim jej tata, a mój dziadek, nie został zabrany do wojska, z którego już nie powrócił. Setki wspomnień, modlitwy wypowiadane w myślach, chwile, które chce się zatrzymać już na zawsze. Miejsce, w którym można odpocząć i pozostać, nie musieć wracać do rzeczywistości, tej mozolnej, pełnej trudu, cierpienia, w mamy przypadku - ciężkiej choroby. Ja żyłem nadzieją, a wiem teraz- po odnalezieniu zapisanej odręcznie karteczki z własną modlitwą w mamy modlitewniku - że ona nie miała złudzeń. Takich chwil zatrzymać się jednak nie da, dane nam są po to, byśmy mogli zebrać siły i mężnie stawiać czoła tej tylko z rzadka przyjaznej codziennej rzeczywistości, z reguły pełnej przeciwnosci, bólu i cierpienia. W tych mamy zmaganiach z chorobą, wsparciem była między innymi święta Faustyna, choc i przed chorobą miała do niej nabożeństwo. Dlatego też tak chętnie mama odwiedzała dawny klasztor na Antokolu w Wilnie, w którym Pan Jezus podytkował Faustynie koronkę do Miłosierdzia Bożego. Ucieszył ją też niezmiernie - planowany już od dawna - przyjazd do Głogowca. W drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze Świnice Warckie, a w nich kościół, w którym ochrzczona została Helenka, i który był jej kościołem parafialnym. Przepyszny obiad w pobliskiej restauracji i czas nastał, by wracać do domu, z myślą, że tu jeszcze kiedyś wrócimy. A w drodze powrotnej, gdy "sąsiadka" świętej Faustyny, zabierała krówki z pastwiska, zatrzymałem auto, poszedłem na podwróko sąsiadujące z domem państwa Kowalskich i zapytałem czy moglibyśmy nabyć choć butelkę prawdziwego wiejskiego mleka. Kilka minut porozmawialiśmy z życzliwymi gospodarzami, a do Warszawy wróćiliśmy z przepysznym mlekiem od krówek z pastwiska naprzeciw domu rodzinnego siostry Faustyny.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą człowiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą człowiek. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 8 kwietnia 2024
sobota, 17 lutego 2024
Eleazar
Wąską drogą, obramowaną intensywnie zielonymi drzewami przemieszczała się furgonetka wypełniona ciesielskimi narzędziami. Mężczyzna w koszuli z podwiniętymi rękawami, z pogodnym wyrazem twarzy, trzymał pewnie kierownicę, miał do wykonania pewną misję. Na horyzoncie jasne niebo, tuż przy drodze z kępy drzew wyłaniała się smukła wieża kościoła. Żywe, intensywne barwy kwiatów na bujnych łąkach, lasów w oddali, i tuż przy drodze osiedle drewnianych wielorodzinnych piętrowych domów ze zdobionymi okiennicami, w otoczeniu ogrodów, wysokich malw, do każdego prowadzi wydeptana ścieżka, otwarte drzwi, a w tym wszystkim spokój i atmosfera oczekiwania. Ławeczka przed drzwiami, drewniane ogrodzenie kwiatowej rabatki. Jasność nieokreślonej pory dnia. Pod domem staje furgonetka. To moje pierwsze spotkanie z mężczyzną, który przyjechał z daleka, do miasta, w którym kiedyś już był, a do którego wprowadziłem się zaledwie kilka lat temu. Przyjechał specjalnie po to, by pomóc mi się tu urządzić. Nieoceniony pomocnik, dobrze mi znany, choć nigdy wcześniej nie widziany, wyczekiwany od samego początku, którego wsparcie musiałem mieć przez całe życie. Radość spotkania, większa niż każdej dotychczas doświadczonej chwili radości, odbierana z intensywnością i świeżością uczuć dziecka. Przybył pod imieniem Eleazar, pod którym nigdy go nie znałem, a mimo to wiedziałem, że to on.
Etykiety:
Bóg,
człowiek,
intensywność uczuć,
miłość,
nadzieja,
niebo,
opowiadanie,
poezja,
radość,
sen,
sny,
spotkanie,
szczęście,
świeżość uczuć,
wiara,
wiersz biały,
wsparcie,
życie wieczne
wtorek, 19 grudnia 2023
Na wzgórzu
Majestatyczny
Na wzgórzu
Kościół
W mroku wczesnego poranka
Wspięcie się doń jest nie lada wyczynem
Po schodach zdających się nie mieć końca
W kilku wysokich i rozległych nawach
W świetle świec, skupieniu i ciszy
Grupki rozmodlonych ludzi
Od strony wschodniej
Delikatny blask
Rozświetla piaszczystą ścieżkę wiodącą od rzeki
Łagodnie pnącą się w górę
Do wejścia już z poziomu ziemi
Kroczą nią zamyśleni pielgrzymi
Pojedynczo i małymi grupami
Przypatruję się i szukam znajomych rysów twarzy
Wchodzę do świetlistej nawy
pełnej ludzi siedzących w ławach
i wiem, że ktoś będzie w niej na mnie czekał
Na wzgórzu
Kościół
W mroku wczesnego poranka
Wspięcie się doń jest nie lada wyczynem
Po schodach zdających się nie mieć końca
W kilku wysokich i rozległych nawach
W świetle świec, skupieniu i ciszy
Grupki rozmodlonych ludzi
Od strony wschodniej
Delikatny blask
Rozświetla piaszczystą ścieżkę wiodącą od rzeki
Łagodnie pnącą się w górę
Do wejścia już z poziomu ziemi
Kroczą nią zamyśleni pielgrzymi
Pojedynczo i małymi grupami
Przypatruję się i szukam znajomych rysów twarzy
Wchodzę do świetlistej nawy
pełnej ludzi siedzących w ławach
i wiem, że ktoś będzie w niej na mnie czekał
Etykiety:
Bóg,
chrześcijaństwo,
czekanie,
człowiek,
duch,
dusza,
kościół,
miłość,
nadzieja,
oczekiwanie,
poezja,
sen,
wiara,
wiersz,
wiersz biały,
wiersze,
życie wieczne
piątek, 15 grudnia 2023
Tramwaj na wyspę Świętej Małgorzaty
Pochmurna środa
w samo południe
długi żółty tramwaj
życzliwy dwudziestolatek z deskorolką pod pachą
opisał drogę z najdrobniejszymi szczegółami
a później jeszcze przejdzie z jednego końca tramwaju na drugi
by przypomnieć, że za chwilę jest już ten właściwy przystanek
Wyciszone popołudniowe Zuglo
nie czuć w tym miejscu tętna wielkiego miasta
słońce nadal nie mogło się przedrzeć przez chmury
zieleń przez to jakby nieco wypłowiała
zachowane kamienice z początku ubiegłego wieku
które przetrwały wojnę, a później powstanie
a dalej już bloki gulaszowego socjalizmu
i jeszcze mignie coś nowoczesnego
Przystanek gdzieś przy estakadzie
Wsiadł starszy mężczyzna
z innej epoki
dłuższe siwe włosy zaczesane do tyłu
spodnie zaprasowane na kant
koszula w delikatną kratkę
łagodny zamyślony wyraz twarzy
I byłem już pewien, że nasze oblicza
temperamenty, nawet drobne upodobania
mogą powtarzać się co do joty
Pojawił się ktoś kogo już dobrze znałem
widząc po raz pierwszy
w samo południe
długi żółty tramwaj
życzliwy dwudziestolatek z deskorolką pod pachą
opisał drogę z najdrobniejszymi szczegółami
a później jeszcze przejdzie z jednego końca tramwaju na drugi
by przypomnieć, że za chwilę jest już ten właściwy przystanek
Wyciszone popołudniowe Zuglo
nie czuć w tym miejscu tętna wielkiego miasta
słońce nadal nie mogło się przedrzeć przez chmury
zieleń przez to jakby nieco wypłowiała
zachowane kamienice z początku ubiegłego wieku
które przetrwały wojnę, a później powstanie
a dalej już bloki gulaszowego socjalizmu
i jeszcze mignie coś nowoczesnego
Przystanek gdzieś przy estakadzie
Wsiadł starszy mężczyzna
z innej epoki
dłuższe siwe włosy zaczesane do tyłu
spodnie zaprasowane na kant
koszula w delikatną kratkę
łagodny zamyślony wyraz twarzy
I byłem już pewien, że nasze oblicza
temperamenty, nawet drobne upodobania
mogą powtarzać się co do joty
Pojawił się ktoś kogo już dobrze znałem
widząc po raz pierwszy
środa, 13 grudnia 2023
Jabłoń
Piaszczysta ścieżka
Wzdłuż torowiska
Tramwaje przestały kursować
Nikomu nie są już potrzebne
Bujna zielona trawa
Intensywnie zielone drzewa
Ścieżka wiedzie przez miejsca na przemian słoneczne i cieniste
Nie ma bloków
Nie ma domów
Żadnych samochodów
Jest cisza i spokojne oczekiwanie
Na trawie odpoczywa młoda rodzina
Tuż obok rośnie jabłoń
Z czterema dorodnymi jabłkami
Podchodzę i zrywam tylko dwa
I widzę jak z oddali zmierzacie w moją stronę
Tacy jak zapamiętałem was z dzieciństwa
Wysunąłeś się do przodu
Wypatrzyłeś mnie z daleka
I radośnie zawołałeś, że te dwa w zupełności wystarczą
zdjęcia - Warszawa, Bemowo
Wzdłuż torowiska
Tramwaje przestały kursować
Nikomu nie są już potrzebne
Bujna zielona trawa
Intensywnie zielone drzewa
Ścieżka wiedzie przez miejsca na przemian słoneczne i cieniste
Nie ma bloków
Nie ma domów
Żadnych samochodów
Jest cisza i spokojne oczekiwanie
Na trawie odpoczywa młoda rodzina
Tuż obok rośnie jabłoń
Z czterema dorodnymi jabłkami
Podchodzę i zrywam tylko dwa
I widzę jak z oddali zmierzacie w moją stronę
Tacy jak zapamiętałem was z dzieciństwa
Wysunąłeś się do przodu
Wypatrzyłeś mnie z daleka
I radośnie zawołałeś, że te dwa w zupełności wystarczą
zdjęcia - Warszawa, Bemowo
Etykiety:
apokalipsa,
Bóg,
chrześcijańska poezja,
chrześcijaństwo,
człowiek,
duch,
dusza,
miłość,
nadzieja,
nowa ziemia,
poezja,
rodzice,
rodzina,
tęsknota,
wiara,
wiersz,
wiersz biały,
wiersze,
więzi,
życie wieczne
niedziela, 26 lipca 2015
Sokółka
Sokólszczyzna, najciekawsza część Podlasia, ostatni prawdziwy skrawek Wielkiego Księstwa Litewskiego. Sama Sokółka ze swoją senną, niedzielną atmosferą, aleją kasztanową na ulicy Polnej, intrygująca kolonią domów na ulicy Kasztanowej; urokliwe drewniane domki w otoczeniu przestronnych ogrodów; wąskie dwukondygnacyjne kamieniczki na łagodnych, zielonych wzgórzach, zielonych, bo niestłamszonych doszczętnie betonem; wąskie przesmyki między równie wąskimi kamieniczkami, pamiętającymi jeszcze przedwojennych mieszkańców miasteczka; i schowane przy nich podwórza z niewielkimi ogrodami, zachowała w sobie jako bodaj ostatnie miasteczko coś z ducha tego federacyjnego tworu.
Kościół św. Antoniego Padewskiego z magnetyzującymi freskami. Pokorny i łagodny Jezus w otoczeniu zieleni pól i drzew, idealnie wpisany w podsokólski krajobraz, równie łagodny, falujący, kojąco zielony. Skrawki ulicy Ściegiennego, Sikorskiego, Polnej, Kasztanowej, Witosa, Mickiewicza, przywodzące na myśl swoją atmosferą, łagodnie rozproszonym słońcem, bujną, soczystą zielenią, zapachem, drewnianą zabudową fragmenty samego Wilna z Zarzecza, okolic cmentarza na Rossie, Zwierzyńca. Wiśnie, kasztany, bursztynowe sosny i miodowe lipy przy szkole. Sokółka - Wilno. Zupełnie nieprzystające porównanie, bez zachowania proporcji, a jednak istnieje wychwytywalne podobieństwo. Kto wie, czy za 100, 200 lat Sokółka nie rozrośnie się do rozmiarów Wilna? Krajobraz, ukształtowanie terenu, barwa i intensywność słonecznego światła, drewniana zabudowa, zieloność, jedyne co - wydaje się - może je teraz łączyć, gdyby nie najważniejsze - typy ludzkie, z jakimiś charakterystycznym rysem litewskiego wyciszenia, spokoju, łagodności. Dziewczyny przemierzające ulice obu miast, o długich, bujnych brązowych bądź czarnych włosach i raczej jasnej, a jednocześnie ciepłej karnacji, delikatne, smukłe, piękne. Podobne typy ludzkie spotkać można jeszcze bliżej Grodna, bo w kościele w Różanymstoku, gdzie jeszcze czasem po zakończonej niedzielnej mszy w małych grupkach rozbrzmiewa białoruska mowa, choć władający nią tak, by jej zapewne nie nazwali. Ogromna barokowa świątynia zagubiona wśród pól, samotna, historia nie dała najmniejszych szans Różanemustokowi na rozwinięcie skrzydeł, stolica duchowa północno wschodniej Sokólszczyzny. Sokólszczyzny, której duchem dużo bliżej do Grodna niż nadętego, lecz bez duszy i tożsamości Białegostoku.
Święty Antoni Padewski, od kilku lat miejsce docelowe licznych pielgrzymek, już nie tylko z całej Polski. I niezwykła atmosfera niedzielnej Mszy w kościele z 1848 r. Niezbyt wysoko zawieszone sklepienie, witraże w oknach od północnej strony, wspomniane już freski. Łagodna Matka Boska w lewej nawie, z rozpuszczonymi blond włosami - "Jam jest niepokalane poczęcie", o wielkich, pełnych pokoju oczach. Licznie zgromadzeni wierni, modlący się głośno i pokornie, silnie odczuwana jedność, gotowość i potrzeba przemiany, otwarcia, uwolnienia.
Po zakończonej Mszy pozostają pielgrzymi, świątynia opustoszawszy oferuje wiele miejsc do wyciszonej medytacji. Dwudziestoparoletni chłopak, poruszający się o kulach, w spodniach panterkach, i towarzysząca mu śliczna dziewczyna, o bujnych, długich czarnych włosach, energiczna, silna, zdecydowana, wierząca nie mniej niż on w uzdrowienie. Jakaś grupka robiąca zdjęcia niczym grupa japońskich turystów, fotografująca wszystko po kolei. Po kilkunastu minutach pozostają najbardziej wytrwali. Cisza i wewnętrzny pokój.
Kościół św. Antoniego Padewskiego z magnetyzującymi freskami. Pokorny i łagodny Jezus w otoczeniu zieleni pól i drzew, idealnie wpisany w podsokólski krajobraz, równie łagodny, falujący, kojąco zielony. Skrawki ulicy Ściegiennego, Sikorskiego, Polnej, Kasztanowej, Witosa, Mickiewicza, przywodzące na myśl swoją atmosferą, łagodnie rozproszonym słońcem, bujną, soczystą zielenią, zapachem, drewnianą zabudową fragmenty samego Wilna z Zarzecza, okolic cmentarza na Rossie, Zwierzyńca. Wiśnie, kasztany, bursztynowe sosny i miodowe lipy przy szkole. Sokółka - Wilno. Zupełnie nieprzystające porównanie, bez zachowania proporcji, a jednak istnieje wychwytywalne podobieństwo. Kto wie, czy za 100, 200 lat Sokółka nie rozrośnie się do rozmiarów Wilna? Krajobraz, ukształtowanie terenu, barwa i intensywność słonecznego światła, drewniana zabudowa, zieloność, jedyne co - wydaje się - może je teraz łączyć, gdyby nie najważniejsze - typy ludzkie, z jakimiś charakterystycznym rysem litewskiego wyciszenia, spokoju, łagodności. Dziewczyny przemierzające ulice obu miast, o długich, bujnych brązowych bądź czarnych włosach i raczej jasnej, a jednocześnie ciepłej karnacji, delikatne, smukłe, piękne. Podobne typy ludzkie spotkać można jeszcze bliżej Grodna, bo w kościele w Różanymstoku, gdzie jeszcze czasem po zakończonej niedzielnej mszy w małych grupkach rozbrzmiewa białoruska mowa, choć władający nią tak, by jej zapewne nie nazwali. Ogromna barokowa świątynia zagubiona wśród pól, samotna, historia nie dała najmniejszych szans Różanemustokowi na rozwinięcie skrzydeł, stolica duchowa północno wschodniej Sokólszczyzny. Sokólszczyzny, której duchem dużo bliżej do Grodna niż nadętego, lecz bez duszy i tożsamości Białegostoku.
Święty Antoni Padewski, od kilku lat miejsce docelowe licznych pielgrzymek, już nie tylko z całej Polski. I niezwykła atmosfera niedzielnej Mszy w kościele z 1848 r. Niezbyt wysoko zawieszone sklepienie, witraże w oknach od północnej strony, wspomniane już freski. Łagodna Matka Boska w lewej nawie, z rozpuszczonymi blond włosami - "Jam jest niepokalane poczęcie", o wielkich, pełnych pokoju oczach. Licznie zgromadzeni wierni, modlący się głośno i pokornie, silnie odczuwana jedność, gotowość i potrzeba przemiany, otwarcia, uwolnienia.
Po zakończonej Mszy pozostają pielgrzymi, świątynia opustoszawszy oferuje wiele miejsc do wyciszonej medytacji. Dwudziestoparoletni chłopak, poruszający się o kulach, w spodniach panterkach, i towarzysząca mu śliczna dziewczyna, o bujnych, długich czarnych włosach, energiczna, silna, zdecydowana, wierząca nie mniej niż on w uzdrowienie. Jakaś grupka robiąca zdjęcia niczym grupa japońskich turystów, fotografująca wszystko po kolei. Po kilkunastu minutach pozostają najbardziej wytrwali. Cisza i wewnętrzny pokój.
piątek, 6 czerwca 2014
Bojarskie obrazki
Wieczór Adoracji Krzyża. Cichy, ciepły, spokojny, ciemny. Z kościoła wytoczyły się już tłumy, a przez uchylone drzwi sączy się jeszcze zapach palonego kadzidła. Kilkuosobowe grupki wystają przed świątynią, pogrążone w rozmowie. Zza masywnych drewnianych drzwi wyłania się staruszka z około trzydziestoletnią kobietą, trzymającą za ręce dwie dziewczynki - jedną w wieku przedszkolnym, i drugą wyglądającą na uczennicę początkowych klas szkoły podstawowej. Staruszka głośno rozmawia, docierają do nas pojedyncze słowa, dłuższe frazy, z których można się domyślić, że opowiada o swoim niełatwym życiu, choć nie tonem skargi, żalu, narzekania, ale czystych faktów. Jest chyba samotna, a może ma rodzinę, lecz nikt jej nie odwiedza, boryka się z codziennymi trudnościami osoby schorowanej i w sędziwym wieku. Porusza się bez laski, a w rysach twarzy odmalowują się - mimo wszystko - pokój i życzliwe usposobienie. Matka dziewczynek słucha trochę zdystansowana, albo sprawia jedynie wrażenie słuchającej, wbija wzrok w ziemię. Starsza dziewczynka, zadziera głowę do góry, patrzy prosto w oczy kobiety, uśmiecha się i mówi:
- A może byśmy panią, kiedyś odwiedzili?
Mama jednak sprowadzą ją na ziemię:
- To może spotkamy się kiedyś w kościele?
Dochodzą do bramy, za nią jest chodnik i ulica. Żegnają się, życząc sobie dobrych Świąt. Mama z dziewczynkami pną się w górę, w stronę ulicy Kamiennej, staruszka ulicą Próżną zmierza do swojej kamienicy.
- A może byśmy panią, kiedyś odwiedzili?
Mama jednak sprowadzą ją na ziemię:
- To może spotkamy się kiedyś w kościele?
Dochodzą do bramy, za nią jest chodnik i ulica. Żegnają się, życząc sobie dobrych Świąt. Mama z dziewczynkami pną się w górę, w stronę ulicy Kamiennej, staruszka ulicą Próżną zmierza do swojej kamienicy.
niedziela, 1 czerwca 2014
Nowe Bojary
Dzielnica ogród, która zamieniła się w najpaskudniejsze w mieście blokowisko. Nowe Bojary, szpetny moloch, nazwany apartamentowcem i rosnący za nim ohydny mrowiskowiec w miejscu dawnego biurowca "Uchwytów", jednego z bastionów białostockiej Solidarności. Kilka lat temu, gdy buldożery wyburzały peerelowski, nie najbrzydszy budynek, po przeciwległej stronie ulicy Ryskiej, na schodach kolejnego "apartamentowca" stał mocno zbudowany, wysoki mężczyzna, około 60-letni, stał i płakał. To była wczesna jesień, koniec lata, na północnym zachodzie, nad wieżowcami na Fabrycznej zalegało jeszcze lekko pomarańczowej barwy niebo. Było ciepło, a wieczór byłby łagodny i cichy, gdyby nie nienaturalny ryk buldożera. Mężczyzna z wąsami, wydawało się, że przyszedł po raz ostatni spojrzeć na budynek zakładu, w którym być może przepracował całe swoje życie. Dziś w tym miejscu pnie się szeroki, wysoki bunkier. Deweloperskie eldorado, dziewczyny i chłopaki z podbiałostockich, może warmińskich, mazurskich, nadbużańskich, nadnarwiańskich wsi i miasteczek, spełnią swoje marzenia o apartamencie z widokiem na Puszczę Knyszyńską. Wszystko wokół zaleją betonem, wykarczują ostatni skrawek zieleni, każde miejsce zastawią samochodami, w sąsiednim wieżowcu już powstał sklep niby spożywczy, ale z alkoholami. Łomżing domowy, łomżing apartamentowy. Ich dzieci, gdy dorosną będą prawdopodobnie płakać mieszkając i dusząc się w tych klatkach z betonu.
Przed 14 laty uciekałem z 11-piętrowego wieżowca. Nikt nie chciał kupić mieszkania na pierwszym piętrze, gdy tylko dowiadywał się, że jest to wieżowiec, a teraz o wiele szpetniejsze molochy pod sprytnie zamaskowaną nazwą apartamentowców ściągają bez trudności licznych nabywców.
Niedzielny, zimny, deszczowy wieczór, po słonecznym i względnie ciepłym przedpołudniu. Wcześniej zapadła ciemność. Chłód i atmosfera taka, jakby to była końcówka marca albo października. Ulica Orla, cicha, prawie taka jak dawniej, z drobnymi wyjątkami. Stare domki i domy po lewej, niektóre toną w zieleni, niektóre odremontowane tak, że z trudem można poznać, że nie są to współczesne szpetoty. Dwa, może, trzy nie straciły nic ze swojego przedwojennego charakteru. Z ogrodami, w jednym nieskoszona trawa, i stare drzewa owocowe. Za pogotowiem opiekuńczym wichura złamała kilkusetletnie drzewo, inne trzeba było ściąć, by nie spotkał ich ten sam los. I na tle tej całej niby nowoczesnej architektury, pokrętnie w intencji architekta nawiązującej do klimatu Bojar (pokrętnie, czyli nijak) budynek przychodni z czasów środkowego peerelu zaskakuje przytulnością, skromnością, łagodnością. Po prawej opuszczona kamienica z przeszkloną galerią, jedna z najcenniejszych zachowanych perełek, nieodremontowana, wyprowadziło się z niej biuro administracji osiedlowej, zamknięta na cztery spusty, w oczekiwaniu na Bóg wie co.
Tędy, starymi ogrodami, tajemniczymi, czarodziejskimi, będąc dzieckiem chadzała moja Mama razem z Babcią do "braciszków" na msze do kaplicy. Obecnie jest to dom dziecka przy ulicy Słonimskiej. Wówczas w domu Zgromadzenia Braci Sług Najświętszej Maryi Panny i św. Franciszka rozlokowało się Seminarium Duchowne. Jako że w budynku mieściła się też piekarnia i sklep, Mama do dziś wspomina zapach pieczonego chleba rozsnuwający się po bojarskich ogrodach.
Dalej ulica Słonimska, jak chaotyczny patchwork. Od wylotu Kamiennej po lewej i prawej stare domy przeplatane nowymi, najdrobniejszym elementem nie próbującymi nawiązać do klimatu starych Bojar. Gdzieniegdzie wcisnęły się bloki, ogrodzone, z pikającymi na zewnątrz domofonami. I tylko w połowie drogi, między nimi zagubiony, budzący grozę, choć niepozorny, a nawet przytulnie wyglądający, z zadbanymi grządkami w sporym ogrodzie, i wiekowymi komórkami, piętrowy budynek, w czasie wojny, będący siedzibą niemieckiego Urzędu Informacji i Propagandy, a po wojnie kontrwywiadu wojskowego Smiersz 2 Frontu Białoruskiego. W owych komórkach - chlewkach jesienią i zimą 1944 przetrzymywano żołnierzy niepodległościowego podziemia. Makabryczne miejsce, z być może zaszpachlowanymi plamami krwi na ścianach, pomieszczeniami przesłuchań. Wieczny odpoczynek racz im dać Panie.
Ulica Dobra, Wróbla, Przygodna, godne wierszy całych, każda z osobna. Kraszewskiego walcząca o przetrwanie, najdzielniej przy Spółdzielni SNB. Dalej Ryska, z trudem ocalałe budynki "Uchwytów" całkowicie już zasłonięte przez "nowe", których dni są już policzone. Owo "nowe" jest jak zbrodnia dokonana na Bojarach. Walka o zachowanie tej urokliwej niegdyś dzielnicy, którą ktoś próbował wzniecić jeszcze w drugiej połowie lat 90-tych, wśród braci studenckiej, wśród moich kolegów z mazurskich, podlaskich, mazowieckich wsi i miasteczek, a też i samego Białegostoku, w dyskusjach, jakie rozpętywały się po przeczytaniu artykułów na jej temat, wzbudzała u większości uśmiech politowania i nieskrywanej pogardy dla drewnianych domów i ogrodów w centrum miasta. Wkraczała dynamiczna wielkomiejskość, nikt nie wyjeżdżał ze wsi, małego miasteczka po to, by znowu - mimo włożonego w ucieczkę wysiłku - doń trafić.
Bloki "Uchwytów" między Kraszewskiego a Sobieskiego, z zielonymi przestrzeniami między nimi i placami zabaw, przy współczesnych apartamentowcach jawią się, jako wzorzec "ludzkiego" budownictwa.
Deszcz zacina coraz mocniej, wzmaga się wiatr, chłód staje się bardziej przenikliwy. I wreszcie moja ulubiona kamienica, początek XX, być może końcówka XIX w. Nie wiadomo, jak długo tu jeszcze przetrwa. Za dnia, bez względu na porę roku, w oknie szerokim, wysokim, przy drzwiach wejściowych, zawsze odsłonięte firanki, a w nim twarze co najmniej dwóch osób, wpatrujące się w niemrawe życie na zewnątrz. Siedzą przy oknie, za stołem, uśmiechnięci, staruszka, i mężczyzna, być może syn, czasem dwaj mężczyźni, czasem palą, popijają. Kultura rozmowy i uśmiechu, nawet jeśli podchmielonego. Coś czego rzadko zaznają ludzie w bojarskich apartamentowcach, przemykający po klatkach schodowych tak, by sobie się nie ukłonić, by ze sobą nie rozmawiać. Nabzdyczeni i nadęci. Przedstawiciele handlowi, panie i panowie z banków, czy innych gównianych firm finansowych. Tymczasem tu w kamienicy, w oknie na rogu, zawsze wieczorem pali się światło. Pod nim ustawiono blaszaną w biało - czerwone pasy tablicę, by nikt już po raz kolejny nie wbił się rozpędzonym autem w ścianę, jak to już kiedyś miało miejsce, może nie raz nawet. W oknie pali się światło i w drzwiach prowadzących do skrawka ogrodu, na który za dnia cień rzuca wciśnięty na siłę blok. Nie mogę się zmusić - i mam tak za każdym razem - by w okno nie zajrzeć. Jest nisko zawieszone. Pomieszczenie rozjaśnia lampka nocna, łagodnym światłem, jak z czasów dzieciństwa, gdy Mama czytała książki. Rozścielone łóżko pod ścianą i spod kołdry wystająca głowa mężczyzny. Spokój, radość, cisza, zupełnie inny świat.
Przed 14 laty uciekałem z 11-piętrowego wieżowca. Nikt nie chciał kupić mieszkania na pierwszym piętrze, gdy tylko dowiadywał się, że jest to wieżowiec, a teraz o wiele szpetniejsze molochy pod sprytnie zamaskowaną nazwą apartamentowców ściągają bez trudności licznych nabywców.
Niedzielny, zimny, deszczowy wieczór, po słonecznym i względnie ciepłym przedpołudniu. Wcześniej zapadła ciemność. Chłód i atmosfera taka, jakby to była końcówka marca albo października. Ulica Orla, cicha, prawie taka jak dawniej, z drobnymi wyjątkami. Stare domki i domy po lewej, niektóre toną w zieleni, niektóre odremontowane tak, że z trudem można poznać, że nie są to współczesne szpetoty. Dwa, może, trzy nie straciły nic ze swojego przedwojennego charakteru. Z ogrodami, w jednym nieskoszona trawa, i stare drzewa owocowe. Za pogotowiem opiekuńczym wichura złamała kilkusetletnie drzewo, inne trzeba było ściąć, by nie spotkał ich ten sam los. I na tle tej całej niby nowoczesnej architektury, pokrętnie w intencji architekta nawiązującej do klimatu Bojar (pokrętnie, czyli nijak) budynek przychodni z czasów środkowego peerelu zaskakuje przytulnością, skromnością, łagodnością. Po prawej opuszczona kamienica z przeszkloną galerią, jedna z najcenniejszych zachowanych perełek, nieodremontowana, wyprowadziło się z niej biuro administracji osiedlowej, zamknięta na cztery spusty, w oczekiwaniu na Bóg wie co.
Tędy, starymi ogrodami, tajemniczymi, czarodziejskimi, będąc dzieckiem chadzała moja Mama razem z Babcią do "braciszków" na msze do kaplicy. Obecnie jest to dom dziecka przy ulicy Słonimskiej. Wówczas w domu Zgromadzenia Braci Sług Najświętszej Maryi Panny i św. Franciszka rozlokowało się Seminarium Duchowne. Jako że w budynku mieściła się też piekarnia i sklep, Mama do dziś wspomina zapach pieczonego chleba rozsnuwający się po bojarskich ogrodach.
Dalej ulica Słonimska, jak chaotyczny patchwork. Od wylotu Kamiennej po lewej i prawej stare domy przeplatane nowymi, najdrobniejszym elementem nie próbującymi nawiązać do klimatu starych Bojar. Gdzieniegdzie wcisnęły się bloki, ogrodzone, z pikającymi na zewnątrz domofonami. I tylko w połowie drogi, między nimi zagubiony, budzący grozę, choć niepozorny, a nawet przytulnie wyglądający, z zadbanymi grządkami w sporym ogrodzie, i wiekowymi komórkami, piętrowy budynek, w czasie wojny, będący siedzibą niemieckiego Urzędu Informacji i Propagandy, a po wojnie kontrwywiadu wojskowego Smiersz 2 Frontu Białoruskiego. W owych komórkach - chlewkach jesienią i zimą 1944 przetrzymywano żołnierzy niepodległościowego podziemia. Makabryczne miejsce, z być może zaszpachlowanymi plamami krwi na ścianach, pomieszczeniami przesłuchań. Wieczny odpoczynek racz im dać Panie.
Ulica Dobra, Wróbla, Przygodna, godne wierszy całych, każda z osobna. Kraszewskiego walcząca o przetrwanie, najdzielniej przy Spółdzielni SNB. Dalej Ryska, z trudem ocalałe budynki "Uchwytów" całkowicie już zasłonięte przez "nowe", których dni są już policzone. Owo "nowe" jest jak zbrodnia dokonana na Bojarach. Walka o zachowanie tej urokliwej niegdyś dzielnicy, którą ktoś próbował wzniecić jeszcze w drugiej połowie lat 90-tych, wśród braci studenckiej, wśród moich kolegów z mazurskich, podlaskich, mazowieckich wsi i miasteczek, a też i samego Białegostoku, w dyskusjach, jakie rozpętywały się po przeczytaniu artykułów na jej temat, wzbudzała u większości uśmiech politowania i nieskrywanej pogardy dla drewnianych domów i ogrodów w centrum miasta. Wkraczała dynamiczna wielkomiejskość, nikt nie wyjeżdżał ze wsi, małego miasteczka po to, by znowu - mimo włożonego w ucieczkę wysiłku - doń trafić.
Bloki "Uchwytów" między Kraszewskiego a Sobieskiego, z zielonymi przestrzeniami między nimi i placami zabaw, przy współczesnych apartamentowcach jawią się, jako wzorzec "ludzkiego" budownictwa.
Deszcz zacina coraz mocniej, wzmaga się wiatr, chłód staje się bardziej przenikliwy. I wreszcie moja ulubiona kamienica, początek XX, być może końcówka XIX w. Nie wiadomo, jak długo tu jeszcze przetrwa. Za dnia, bez względu na porę roku, w oknie szerokim, wysokim, przy drzwiach wejściowych, zawsze odsłonięte firanki, a w nim twarze co najmniej dwóch osób, wpatrujące się w niemrawe życie na zewnątrz. Siedzą przy oknie, za stołem, uśmiechnięci, staruszka, i mężczyzna, być może syn, czasem dwaj mężczyźni, czasem palą, popijają. Kultura rozmowy i uśmiechu, nawet jeśli podchmielonego. Coś czego rzadko zaznają ludzie w bojarskich apartamentowcach, przemykający po klatkach schodowych tak, by sobie się nie ukłonić, by ze sobą nie rozmawiać. Nabzdyczeni i nadęci. Przedstawiciele handlowi, panie i panowie z banków, czy innych gównianych firm finansowych. Tymczasem tu w kamienicy, w oknie na rogu, zawsze wieczorem pali się światło. Pod nim ustawiono blaszaną w biało - czerwone pasy tablicę, by nikt już po raz kolejny nie wbił się rozpędzonym autem w ścianę, jak to już kiedyś miało miejsce, może nie raz nawet. W oknie pali się światło i w drzwiach prowadzących do skrawka ogrodu, na który za dnia cień rzuca wciśnięty na siłę blok. Nie mogę się zmusić - i mam tak za każdym razem - by w okno nie zajrzeć. Jest nisko zawieszone. Pomieszczenie rozjaśnia lampka nocna, łagodnym światłem, jak z czasów dzieciństwa, gdy Mama czytała książki. Rozścielone łóżko pod ścianą i spod kołdry wystająca głowa mężczyzny. Spokój, radość, cisza, zupełnie inny świat.
poniedziałek, 7 listopada 2011
Stará Ľubovňa - sierpień 2011 r. (1)
Wyprawa na pogranicze polsko - słowackie byłaby niewiele warta bez odwiedzenia Bardejowa, Kurowa, Plawnicy czy Starej Lubowni. Widok młodych Romów ciągnących wózki wypełnione drewnem, warzywami albo owocami w okolicach Kurowa albo Plawnicy, dymy ognisk snujące się w kotlinie między Tarnowem a Bardejowem, zaparkowane na poboczu osobowe auta i ich właściciele pracujący w polu, roztaczający się wokół intensywny zapach dojrzałych, niezebranych jeszcze owoców i warzyw z przydomowych sadów i ogrodów, a to wszystko w oprawie łagodnego, bursztynowego światła, chylącego się ku zachodowi słońca. Ubrane na czarno staruszki, w takiej też barwy chustkach zawiązanych pod brodą, przygarbione, ale żwawo zmierzające w stronę wiejskich kościołów, cerkwi greckokatolickich, a czasem protestanckich zborów.
Stara Lubownia to już, jak na słowackie warunki, miasteczko z prawdziwego zdarzenia, choć pozornie dość senne i jakby zanadto wyludnione już po godzinie 16.00. Turyści zazwyczaj koncentrują się na imponującym średniowiecznym zamku, oddalonym kilka kilometrów od centrum, i tylko nieliczni zajeżdżają do centrum. Stary Rynek, to kilkanaście dobrze zachowanych, w większości klasycystycznych kamienic, nie mających jednak tego uroku i wdzięku, co gotyckie, renesansowe i barkowe kamienice Rynku w Bardejowie. A i kościół też nie ma tego rozmachu; jest kilkakrotnie mniejszy od okazałej bardejowskiej gotyckiej bazyliki św. Idziego, z zewnątrz raczej bezstylowy, pokryty zółtawym tynkiem, jakby jeszcze w czasach komunistycznych, kiedy być może pełnił rolę jakiegoś obiektu użyteczności publicznej, magazynu, bądź muzeum. Olśniewa dopiero swoim wnętrzem, eksplozją barkowych rzeźb i malowideł w tonacji pastelowej, monumentalnymi drewnianymi konfesjonałami, solidnymi ławami oraz panującym, bez względu na porę dnia, półmrokiem sprzyjającym kontemplacji. Miejsce, w którym realnie odczuwa się obecność sacrum. W ubiegłym roku w tym właśnie kościele, w czasie nabożeństwa różańcowego posiadłem umiejętność modlitwy w "sloweniczinie", a w tym roku dane mi było doświadczyć, zresztą nie tylko tu, ale też w Plawnicy i w Bardejowie, czym jest pełne pokory, i zwyczajnej ludzkiej życzliwości, przekazywanie sobie przez wiernych znaku pokoju, ze szczerym wyczekiwaniem, uśmiechem i gotowością do podchodzenia do wszystkich stojących wokół w promieniu kilku metrów, z wyciągniętą do uścisku dłonią. Proste, bezpośrednie, niekłamane, choć nabożeństwa po powrocie do kraju, w mojej parafii szybko sprowadziły mnie na ziemię - kilka osób ledwie raczących odwrócić głowę do stojących wokół, mamroczących coś niewyraźnie pod nosem, niektórzy nie zadający sobie nawet takiego trudu. Polska współczesna wiara jest taka sama jak relacje międzyludzkie w życiu prywatnym i społecznym, tak samo podejrzliwa, nieufna i skrajnie indywidualistyczna. A nuż ten stojący obok mnie jest parszywym pisowcem, albo podłym platformersem, szują, byłym donosicielem i kanalią, tamten przypomina mi szefa despotę, albo irytującego kolegę czy koleżankę z pracy! Paskudna spuścizna PRL-u, a w niemałym stopniu pewnie sięgająca jeszcze czasów ostatniej wojny, przekazywana z pokolenia na pokolenie. To, co w słowackich kościołach stanowi normę, tu staje się pożądanym i chwalebnym wyjątkiem.
Nabożeństwo w kościele w Starej Lubowni, okazuje się być prawdziwym misterium, dającym intensywne poczucie zupełnie naturalnej wspólnoty, w najmniejszym calu nie odstającym od tych w Bardejowie czy Plawnicy.
Stara Lubownia to już, jak na słowackie warunki, miasteczko z prawdziwego zdarzenia, choć pozornie dość senne i jakby zanadto wyludnione już po godzinie 16.00. Turyści zazwyczaj koncentrują się na imponującym średniowiecznym zamku, oddalonym kilka kilometrów od centrum, i tylko nieliczni zajeżdżają do centrum. Stary Rynek, to kilkanaście dobrze zachowanych, w większości klasycystycznych kamienic, nie mających jednak tego uroku i wdzięku, co gotyckie, renesansowe i barkowe kamienice Rynku w Bardejowie. A i kościół też nie ma tego rozmachu; jest kilkakrotnie mniejszy od okazałej bardejowskiej gotyckiej bazyliki św. Idziego, z zewnątrz raczej bezstylowy, pokryty zółtawym tynkiem, jakby jeszcze w czasach komunistycznych, kiedy być może pełnił rolę jakiegoś obiektu użyteczności publicznej, magazynu, bądź muzeum. Olśniewa dopiero swoim wnętrzem, eksplozją barkowych rzeźb i malowideł w tonacji pastelowej, monumentalnymi drewnianymi konfesjonałami, solidnymi ławami oraz panującym, bez względu na porę dnia, półmrokiem sprzyjającym kontemplacji. Miejsce, w którym realnie odczuwa się obecność sacrum. W ubiegłym roku w tym właśnie kościele, w czasie nabożeństwa różańcowego posiadłem umiejętność modlitwy w "sloweniczinie", a w tym roku dane mi było doświadczyć, zresztą nie tylko tu, ale też w Plawnicy i w Bardejowie, czym jest pełne pokory, i zwyczajnej ludzkiej życzliwości, przekazywanie sobie przez wiernych znaku pokoju, ze szczerym wyczekiwaniem, uśmiechem i gotowością do podchodzenia do wszystkich stojących wokół w promieniu kilku metrów, z wyciągniętą do uścisku dłonią. Proste, bezpośrednie, niekłamane, choć nabożeństwa po powrocie do kraju, w mojej parafii szybko sprowadziły mnie na ziemię - kilka osób ledwie raczących odwrócić głowę do stojących wokół, mamroczących coś niewyraźnie pod nosem, niektórzy nie zadający sobie nawet takiego trudu. Polska współczesna wiara jest taka sama jak relacje międzyludzkie w życiu prywatnym i społecznym, tak samo podejrzliwa, nieufna i skrajnie indywidualistyczna. A nuż ten stojący obok mnie jest parszywym pisowcem, albo podłym platformersem, szują, byłym donosicielem i kanalią, tamten przypomina mi szefa despotę, albo irytującego kolegę czy koleżankę z pracy! Paskudna spuścizna PRL-u, a w niemałym stopniu pewnie sięgająca jeszcze czasów ostatniej wojny, przekazywana z pokolenia na pokolenie. To, co w słowackich kościołach stanowi normę, tu staje się pożądanym i chwalebnym wyjątkiem.
Nabożeństwo w kościele w Starej Lubowni, okazuje się być prawdziwym misterium, dającym intensywne poczucie zupełnie naturalnej wspólnoty, w najmniejszym calu nie odstającym od tych w Bardejowie czy Plawnicy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...























