Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nadzieja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nadzieja. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 czerwca 2024

Dzień Matki

Kilka dni przed Dniem Matki, z przedwojennego, kieszonkowego modlitewnika, z obrazkiem Królowej Korony Polskiej na okładce, o pożółkłych ze starości kartkach, gdy po niego sięgnąłem, wypadło zdjęcie mamy z jej lat szkolnych. Ten stary modlitewnik pokonał drogę z Adamowców na obecnej Białorusi, a niegdyś wsi w województwie wileńskim, poprzez Warszawę, Białystok, aby ponownie trafić do Warszawy. Z fotografii patrzyła na mnie pogodna twarz, z uśmiechniętymi oczami, łagodnie i jakby mimowolnie uśmeichniętymi ustami, z wyraźnie zarysowanymi ciemnymi brwiami, uczennicy technikum ekonomicznego w Białymstoku o kruczoczarnych włosach, w przedziale wiekowym między 16 a 18 lat. Gdy porównuję mamę ze zdjęciami jej rodziców, a moich dziadków, to wyraźnie widzę, że rysy jej twarzy były wypadkową rysów obojga rodziców. Oboje dziadkowie, jak opowiadali krewni i mama, mieli kruczoczarne włosy, jasną karnację i niebieskie oczy. Dziadek - Florian Szpak - urodził się w Adamowcach, w gminie Kozłowszczyzna, powiecie postawskim, województwie wileńskim, w 1902 r., jako syn Mojżesza i Józefy. Babcia - Genowefa Szpak - przyszła na świat w 1911 w Krukowszczyźnie, położonej w gminie Kozłowszczyzna, powiecie postawskim, w województwie wileńskim, jako córka Witalisa i Emilii. Wspomniana fotografia wypadła na kilka dni przed Dniem Matki, który był pierwszym w moim życiu Dniem Matki spędzanym bez mamy. Minęło już pierwsze Boże Narodzenie, pierwsza Wielkanoc, pierwsze urodziny, a teraz nadszedł pierwszy Dzień Matki. Kwietniowa operacja uniemożliwiła mi wyruszenie w drogę, by zapalić świeczkę na grobie rodziców, przystanąć na dłużej, bez pośpiechu, porozmawiać w myślach, odmówić różaniec.

Te "kilka dni" stanowiło jakby powtórzenie ubiegłorocznych "kilku dni", będących ukoronowaniem długoletnich poszukiwań dziadka, który zaginął w roku 1945. 4 marca 2023 r. mieliśmy wypadek, w którym - jak to określili przybyli na miejsce zdarzenia policjanci - tylko cudem nic się nam nie stało. Po potężnym staranowaniu przez pędzącego z szaleńczą prędkością na terenie zabudowanym faceta, który - jak się tłumaczył - nie zauważył świateł - a staliśmy akurat na skrzyżowaniu na czerwonym świetle - wyszliśmy z auta o własnych siłach, bez najmniejszego zadraśnięcia, jedynie ja miałem lekkie skręcenie szyi, niekwalifikujące się nawet do ortopedycznego kołnierza. To była dokładnie dziewiąta rocznica śmierci taty. Dwa dni później, w internetowej bazie straty.pl bez większej nadziei wpisałem dane dziadka i ku mojemu ogromnemu zdumieniu wyświetliło się hasło jemu poświęcone - zgadzało się wszystko - i data i miejsce urodzenia, imię, nazwisko - wraz z informacją o tym, że w dniu 12 marca 1945 r. został pochowany na cmentarzu w Siedlcach. Na kilka dni przed 78 rocznicą śmierci dziadka, i na 6 dni przed rocznicą pochówku. Ukoronowanie 78-letnich poszukiwań. W roku 1946, po ucieczce z Adamowców na fałszywych dokumentach i przyjeździe do Polski, babcia Genowefa udała się do miejscowości Mordy pod Siedlcami, bo tam miał stacjonować Florian, i w Mordach ślad się po nim urywał, jacyś mieszkańcy pamiętali co prawda wysokiego żołnierza o czarnych włosach, niebieskich oczach, który miał chore nogi, nie mógł się poruszać, ale nikt nie wiedział, jakie były jego dalsze losy. W roku 1947 białostocki sąd wydał postanowienie o uznaniu Floriana za zmarłego - wynikało zeń, że miał zginąć w czasie forsowania Nysy Łużyckiej, przy czym słowo "Nysa" zostało zapisane błędnie - "Nissa". Tymczasem w rzeczywistości dziadek nawet tam nie dotarł. Mama i babcia szukały Floriana za pośrednictwem PCK, i mnie się zdarzyło w 2021 r, wystąpić z wnioskiem w tej sprawie do Biura Poszukiwań PCK, w nadziei, że może pojawiły się jakieś nowe dokumenty, nowe dane. Niestety, bez rezultatu. A tego pamiętnego dnia, 6 marca 2023 r., po 78 latach dowidzieliśmy się, że Florian z Mord trafił do szpitala w Siedlcach, tam dokonał żywota, i na wniosek szpitala został pochowany na cmentarzu Janowskim w Siedlcach. Z jednej strony radość, łzy w oczach mamy, a z drugiej świadomość, że odchodził z tego świata zupełnie samotny, prawdopodobnie nikt - poza księdzem i grabarzami - nie towarzyszył mu w ostatniej drodze.

2 maja 2023 r. udało nam się z mamą dotrzeć do Siedlec. Wcześniej skontaktowałem się telefonicznie z księdzem z kancalarii zarządzającej cmentarzem, opowiedziałem pokrótce historię dziadka, ksiądz obiecał, że sprawdzi w księgach parafialnych, i poprosił, bym do niego zadzwonił za 20 minut. Nie minęło jednakże 10 minut, gdy duchowny sam do mnie zadzwonił, powiadamiając, że rzeczywiście na Cmentarzu Janowskim, w dniu 12 marca 1945 r. pochowany został Florian Szpak, ur. 1902 r., ale wątpi, by grób się zachował przez tak długi czas, w sytuacji, gdy nikt się nim nie opiekował, nie był opłacany: - To musiałby być prawdziwy cud. - jak stwierdził. Umówiliśmy się, że przyjedziemy do kancelarii i ksiądz zrobi nam kopię wpisu.

2 maja było dość ciepło, świeciło piękne słońce, od czasu do czasu na niebie pojawiały się niewielkie chmury, nie zapowiadające jednak deszczu. Wyprawę do Siedlec ropoczęliśmy od wizyty w kancelarii mieszczącej się przy kościele pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa Męczennika na ulicy Floriańskiej 3. Zbiegło się zatem dwóch patronów - mój z bierzmowania - św. Stanisław, i dziadka - św. Florian. Na ulicy Floriańskiej uzyskaliśmy kopię wpisu do księgi parafialnej dotyczącego pochówku Floriana. Grobu dziadka oczywiście nie odnaleźliśmy, lecz przy starej drewnianej kaplicy cmentarnej natknęliśmy się na ossarium, w którym złożono szczątki osób pochowanych na tym cmentarzu, wydobyte w czasie kopania nowych grobów. Na tej symbolicznej mogile postanowiliśmy zapalić znicze i pomodlić się dłuższą chwilę. Mama była już wyraźnie słaba, niecałe cztery miesiące później dołaczy do swoich rodziców i brata, choć wtedy jeszcze wszyscy żyliśmy nadzieją, że samą energią, siłą woli, optymizmem, pogodą ducha pokona chorobę.

piątek, 31 maja 2024

Powroty - w Różanymstoku

Jeszcze nigdy tak późno nie dotarliśmy do Różanegostoku. Z Sokółki wyruszyliśmy około 19:30, niebo było pochmurne, przez ciężkie deszczeowe chmury z trudem przebijało się zachodzące słońce, festiwal setek odcieni zieleni, falujacych łanów zielonych zbóż, łąk i pastwisk, na horyzoncie ciemniejące masywy zagajników, po zachodniej stronie klin dawnej Puszczy Nowodworskiej, łączący się z Puszczą Knyszyńską. Nowa asfaltowa droga do Dąbrowy Białostockiej omija liczne wioski, przez które kiedyś trzeba było jechać 50 km/h, choć miało to swoj urok. Drewniane domy stojące szczytem do drogi, z bukietami malw pod oknami i innych wielobarwnych kwiatów. Ich uklad pamiętający jeszcze pomiarę włóczną królowej Bony. Kamień z żeliwnym krzyżem w Bierwisze z napisem "Moskal Litwę splądrował, złamawszy mir wieczny, AD 1657". Nierośno, w którym na świat przyszedł ojciec Klimuszko. Teraz te wszystkie malownicze wioski się zostają z boku. Zza okien samochodu widać natomiast porozrzucane po okolicy piękne, estetyczne domy, o jakich większość mieszczuchów może tylko pomarzyć. Z ich tarasów, balkonów, okien roztacza się wspaniały widok na litewskie otwarte, łagodnie wznoszące się i opadające zielone przestrzenie.

Drogowskaz "Różanystok". Odbijamy na wschód. Wąska asfaltowa droga wije się między polami. Przejeżdżamy przez tory z Sokółki do Suwałk, i dalej prowadzące na Litwę. Już niedaleko granica białoruska. Z wieży różanostockiego kościoła, przy dobrej widoczności, można podobno dostrzec blokowiska Grodna.

Opustoszały parking przed świątynią. Wjeżdżamy w wąską wewnętrzną uliczkę. Przed schodami stoi mężczyzna z dużym wilczurem, na pobliskim trawniku trójka dzieci z rowerami uskutecznia wieczorne zabawy, pod dawny budynek klasztorny dominikanów podjeżdżają dwa auta na zachodniopomorskich numerach. W końcu zabudowania klasztorne są ciekawie odnawiane, różowawe, pastelowe barwy elewacji przenoszą w czasy różanostockiej świetności. Słynący łaskami, cudowny obraz Matki Boskiej wisiał początkowo w jednym z pomieszczeń dworu Tyszkiewiczów, mających tu swoją siedzibę. Gdy kult się rozszerzał, do opieki nad obrazem sprowadzeni zostali dominikanie z nie tak bardzo odległych Sejn. Działo sie to w XVII w. W czasie zaborów Rosjanie przepędzili zakonników, a po Powstaniu Styczniowym kościół zamieniono na cerkiew prawosławną, zaś do klasztoru sprowadzono mniszki, którym car wzniósł dodatkową cerkiew i nowe budynki klasztorne. Mniszki miały szerzyć carskie prawosławie, skierowane przede wszystkim do dawnych unitów. Unię Brzeską skasowano na tych terenach w 1839 r. W roku 1915 mniszki opuszczając przed zbliżającymi sie Niemcami Różanystok i wyruszając w głąb Imperium zabrały ze sobą cudowny obraz Matki Boskiej, który do dziś nie powrócił na swoje miejsce. Ten, który widzimy w kosciele jest jedynie kopią. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r., do Różanegostoku wprowadzili sie salezjanie, i oni dziś zawiadują sanktuarium oraz prowadzą młodzieżowy ośrodek wychowawczy.

Wchodzę do pustego kościoła, klękam przed obrazem, tuż po mnie przychodzi jeszcze starsza kobieta, modląca się na Różańcu. Niezmącona najdrobniejszym hałasem cisza, spokój, w świątyni zapada półmrok, jest już sporo po 20:00, światło bije jedynie od obrazu Matki Boskiej i Jezusa w przeciwległej bocznej nawie. Gdy robię zdjecia, by mieć je w telefonie, i wracać dzięki nim do tego niezwykłego miejsca, gdy będę fizycznie daleko, kobieta przerywa modlitwę i informuje mnie, że w którym miejscu bym nie stanął Matka Boska będzie wodzić za mną spojrzeniem. Ciekawy malarski efekt. Gdy już nawiązaliśmy rozmowę, kobieta prowadzi mnie do kaplicy adoracji, na prawo od ołtarza głównego. Wystawiony jest w niej Najświętszy Sakrament w monstrancji w kształcie Matki Boskiej, Hostia w łonie Matki. Kilka chwil modlitwy, bo mam wrażenie, że kościół będzie już lada moment zamykany. Wychodzimy do nawy bocznej i moja przewodniczka opowiada o tym, jak została zaproszona przez Matkę Bożą do Medjugorie, i o swojej tam wyprawie, o żelaznej figurze Jezusa, z którego nogi wypływa nieznana ciecz, o tym, jak żegnając się z Nim, objęła Go i pod dłonią poczuła żywe, bijące serce. O cudownych zapachach rozprzestrzeniających się po kościele w czasie udzielenia komunii, w czasie odmawianej koronki, o ojcu Pio przechadzającym się po zakończonej Eucharystii po nawie głównej. Stoimy jeszcze chwilę i rozmawiamy przed kościołem, na pożegnanie kobieta mnie jeszcze błogosławi, kreśląc znak krzyża na czole. Pewnie jeszcze kiedyś się spotkamy, choć teraz bywam tu zmacznie rzadziej. Powoli zapada zmrok, a przed nami jeszcze droga do Białegostoku. Dobranoc Panie Jezu.

środa, 22 maja 2024

Do Wołkusza

Te podróże na północny wschód, od czerwca 2020 r., kiedy to po raz pierwszy trafiliśmy do Muzeum bł. Marianny Biernackiej w Lipsku nad Biebrzą, a następnie do Skieblewa, Rubcowa, Gruszek, Mikaszówki, stały się jak uzależnienie. Mogliśmy tam jeździć co weekend, pod byle pretekstem, a to odnalezienia mogiły powstańców styczniowych w Skieblewie, a to zbierania jagód, grzybów, poziomek w okolicach Rubcowa, czy ziół, jak choćby babka lancetowata. A już obowiązkowym punktem każdej wyprawy był kościółek w Mikaszówce, i dluższa przedwieczorna modlitwa w tej urokliwej drewnianej świątyni pod wezwaniem św. Marii Magdaleny, w rozświetlonej promieniami popołudniowego słońca nawie, przed obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy, przed którym zapalałem świeczkę, i przy kaplicy z obrazem św. Antoniego Padewskiego, albo św. Józefa, Jezusa Miłosiernego. Następnie krótki odpoczynek na ławce na placyku przed kościołem, w otulinie zpachu sosen. A stąd już powrót.

Za Skieblewem, drogi rozchodzą się w stronę Płaskiej i w stronę Żabickich. Skręcamy na północny wschód, w Żabickich nad wsią na stoku wzgórza góruje bunkier będący pozostałością linii Mołotowa powstałej wzdłuż dawnej linii demarkacyjnej między ZSRR a III Rzeszą. Góruje i nadal budzi grozę, na tle ciemniejącego przedburzowo nieba. Dalej szutrówką jedziemy przez Starożyńce, w stronę Wołkusza. Starożyńće wyglądają niemal jak żywcem wyjęte z "Nad Niemnem" - na wzgórzach, wokół falujący krajobraz, zagajniki i ciemniejący masyw Puszczy Augustowskiej, a z drugiej strony świadomość, że w pobliżu znajduje się nieprzyjazna granica, a nieco dalej trójstyk granic, i jak najbardziej przyjazna Litwa. To są te słynne litewskie krajobrazy, które zaczynają się już na północncych rogatkach Białegostoku. Teraz te tereny nie są już tak łatwo dostępne, ale jeszcze wtedy, gdy jechaliśmy tą trasą po raz pierwszy, przez Wołkusz, Lubinowo do Rudawki, w lesie można było spotkać jedynie spłoszoną zwierzynę. Mimo, że był to kwiecień, za Lubinowem rozpadał się śnieg, na Suwalszczyźnie to w zasadzie o tej proze roku nic nadzwyczajnego. W Wołkuszu przejeżdżamy przez drewniany most nad rzeczką Wołkuszanką, która w latach 1939 - 1941 była rzeką graniczną między ZSRR a III Rzeszą. Nad brzegiem rzeki stoi kapliczka słupowa ze św. Janem Nepomucenem. W opracowaniu autorstwa Józefy Drozdowskiej pod tytułem "Kapliczki św. Jana Nepomucena na terenie powiatu augustowskiego" opublikowanym w "Biuletynie Konserwatorskim Województwa Podlaskiego", nr 12, 2006, na temat tej kapliczki czytamy: "Korzeni kultu św. Jana Nepomucena w Wołkuszu, wsi leżącej w pobliżu granicy z Białorusią na ziemi lipskiej, można szukać w wieku XIX. Tak bowiem datowana jest sotjąca nad rzeczką Wołkuszanką słupowa kapliczka. Została wykonana w 1898 r. z jednego pnia drzewa przez Rogalińskiego, zarządcę dworu u Aleksandra Świeczyna w Lubinowie. Wspiera się na podwójnie profilowanym słupie. Figurkę do niej właściciel majątku zamówił u jakiegoś starego człowieka. Stała w tym miejscu aż do 1939 r. Wówczas, w trakcie wytyczania linii demarkacyjnej między ZSRR a III Rzeszą, fugura wypadła z kapliczki i zaginęła. Stara kapliczka nadal tu stoi. Cztery lata temu, dzięki zainteresowaniu Jana Niechciela - kameduły krakowskiego pochodzącego z tej wsi, wykonano nową figurkę. Wyrzeźbił ją Stanisław Szyper z Lipska nad Biebrzą. Św. Jan Nepomucen ubrany jest w czarną sutannę i białą komżę. Ustawiony frontalnie, prawą rękę ma opuszczoną wzdłuż ciała, lewą zaś przytrzymuje oparty o pierś brązowy krzyż. Świątek jest tak umieszczony, by był widoczny w środkowym jej przeźroczu. Kapliczka jest bardzo zniszczona, szczególnie jej górna część. Ustawiona jest na łące w pobliżu wijącej się rzeczki Wołkuszanki. Prowadzi do niej ścieżka od drewnianego mostu.".

W Wołkuszu zwracamy też uwagę na kamienną grotę z figurą Matki Boskiej, przed nią ławeczka, na której w maju zasiadają miejscowe panie i zanurzają się w melodii Litanii Loretańskiej. Dalej, jadąc w Stronę Lubinowa, mijamy zawieszoną na sośnie drewnianą kapliczkę z daszkiem, ale za zamazaną szybką nie sposób dopatrzeć się ani świątka, ani świętego obrazka, a jedynie poniżej niej wisi sfatygowany kolorowy koszyk na kwiaty, co razem tworzy tajemniczą całość.

W tym miejscu warto się jeszcze na chwilę zatrzymać nad etymologią nazw tutejszych miejscowści i ich historią. W opracowaniu pod tytułem "Studia i materiały do dziejów Pojezierza Augusotwskiego" pracy zbiorowej pod redakcją Jerzego Antoniewicza z 1967 r., w odniesieniu do wspomnianej wsi Starożyńce czytamy: "List królewski z 1527 r. wspomina, że puszczy strzegą osoczniki i storoże (może od nich pochodził ród chłopów Storożyńców, który osiadł pod cofającą się puszczą nad bagnami Wołkuszy we wsi Storożyńce - dziś Starożyńce)". Z tej też mongrafii dowiadujemy się, że siedzibę leśniczego perstuńskiego umieszczono "w nowym dworze Wołkusz, zbudowanym między 1561 a 1569 r. na skraju puszczy, na zachodnim brzegu rzeki Wołkusz przy młynie i na drodze do Augustowa - dziś wieś Wołkusz". Co ciekawe, kameduli szukając nowych źródeł dochodów, idąc w ślady szlachty zakładającej w swoich dobrach liczne karczmy, też zaczęli je zakładać w puszczy, a jedną zbudowali koło młyna w Wołkuszu. Natomiast w XVIII w. pod Wołkuszem - dziś leśniczówka Wołkusz - zamieszkał strażnik wołkuski. We wcześniejszych wiekach strzelcy mieszkali w zwartych wsiach i byli właściwie chłopami, którzy w puszczy mieli obowiązki tylko w pewnych okresach - w czasie łowów, nowi zaś strzelcy mieszkali samotnie i byli zajęci głównie służbą w puszczy.

Bliskość styku granic pobudza wyobraźnię, trzy państwa i trzy rożne światy. Od dawna fascynuje mnie historia i kultura Litwy, Białoruś mimo swojej bliskości geograficznej jest światem, którego tak naprawdę nie jestem sobie nawet w stanie wyobrazić, życie w poczuciu wolności i bezpieczeństwa wydaje się tam być całkowicie niemożliwe. Nie wiem czy obecna Białoruś nie jest krajem dużo bardziej totalitarnym niż w schyłkowym okresie ZSRR, kiedy to w roku 1988, będąc jeszcze uczniem szkoły podstawowej, razem z rodzicami, odwiedziłem krewnych w okolicach Głębokiego. Chciałbym doczekać czasów, gdy granica z Białorusią, będzie granicą tak przyjazną jak granica z Litwą.

wtorek, 21 maja 2024

Między Mikaszówką a Płaską

Z Mikaszówki kierujemy się w stronę Płaskiej. Ta trasa, jeszcze od Rygola, naznaczona jest miejscami śmierci polskich żołnierzy biorących udział w kampanii wrześniowej 1939 r., którym nie dane było wrócić do rodzinnych domów. Miejsca upamiętnione tablicami, drewnianymi, kamiennymi krzyżami, stawiane przy nich znicze wskazują na to, że ktoś je odwiedza, ktoś o nie dba. Gdzieś w połowie drogi między Mikaszówką a Płaską, po lewej stronie, przy leśnym parkingu, na kamiennym postumencie krzyż wskazuje jedno z takich miejsc. Tu sowieccy oprawcy dopadli czterech polskich żołnierzy i okrutnie ich zamordowali. Pomiędzy gałęziami smukłych sosen i mniej licznych świerków, przedzierają się promienie popołudniowego słońca. Cisza, spokój, żywa zieleń, i tuż przy asfaltowej szosie niezbyt - całe szczęście - ruchliwej, ponad dwumetrowy kamienny postument z krzyżem, mąci pokój i urodę tego miejsca. Bursztynowe pnie masztowych sosen, błyszczące w świetle chylącego się powoli ku zachodowi słońca, żywiczny aromat drzew iglastych, lekko falujący krajobraz z łagodnymi pagórkami, klimat tak charakterystyczny dla Puszczy Augustowskiej, tak podobnej do kniej litewskich i estońskich. I w kontraście do tego piękna - ziemia przesiąknięta krwią żołnierzy, przedzierających się spod Grodna w swoje rodzinne strony. Nie zdołali dotrzeć do rodzin, czekających - z niepokojem i nadzieją - może gdzieś w Wielkpolsce, na Mazowszu, czy w Łódzkiem. My się zachwycamy pięknem natury, pogrążamy w modlitwie, a oni być może zdążyli wyszeptać w tym samym miejscu, kilkadziesiąt lat wcześniej, słowa modlitwy, lub nie zdołali tego uczynić, może byli jeszcze w stanie wezwać na ratunek matkę, ojca, żonę, dziewczynę, narzeczoną. Dla nas to - mimo wszystko - miejsce nadziei, dla nich nagłego, bolesnego rozstania z tym światem.

Niedaleko stąd, kilka kilometrów dalej, w stronę zachodnią, obecnie na terenie miejscowości Płaska, znajduje się kolejne, podobne miejsce. Tu sowieci otoczyli grupę polskich żołnierzy, pod karabinami ustawili ich w szeregu, a następnie żywych rozjechali czołgiem. Trzech zginęło na miejscu, pozostali ciężko ranni trafili do szpitala w Suwałkach, jakie były ich dalsze losy nie wiadomo. Wieś Płaska położona nad trzema jeziorami - Pobojno, Orle, Paniewo, cudnej urody w świetle letniego zachodzącego słońca, w sercu Puszczy Augustowskiej, w której nadal żyje pamięć wydarzeń z końca września 1939 r., również musiała połączyć piękno świata z okrucieństwem ludzkiej historii.

Warto przeczytać:

Nieznani obrońcy z Puszczy Augustowskiej
Puszcza Augustowska wrzesień 1939 r.

niedziela, 28 kwietnia 2024

Północne obrzeża Puszczy Kampinoskiej - Powiśle Kampinoskie - z nadzieją na powrót

Ostatnia wspólna z Mamą majówka w 2023 r. Wówczas nie dopuszczałem takiej myśli, że może być ostatnią. Łagodne majowe słońce, delikatne powiewy wiatru, bezchmurne błękitne niebo. Wyciszony, spokojny, przyjemnie senny Leoncin, w którym na świat przyszedł Isaac Bashevis Singer - prawdopodobnie dnia 21 listopada 1902 r. Na łagodnym wzniesieniu neogotycki kościół św. Małgorzaty, wzniesiony w latach 1881-1886 według projektu Józefa Piusa Dziekońskiego, choć tu zgodności nie ma, bo wedle niektórych źródeł autorem projektu świątyni miał być Franciszek Brauman. Józef Pius Dziekoński byłby jednak bliski naszemu sercu ze względu na wykonanie projektu katedry białostockiej, ulubionej świątyni Mamy, kiedy to po przyjeździe z Wileńszczyzny o Białegostoku, w niej odnalazła swoją ukochaną Matkę Miłosierdzia, w bocznej kaplicy. Istnieje też przypuszczenie, że Józef Pius Dziekoński był autorem projektu neogtyckiej świątyni pod wezwaniem św. Jerzego w Janowie Sokólskim, choć zaznacza się, że jest to mało prawdopodobne. W każdym razie, neogotyk jest tak nieodłączną cześcią podlaskiego krajobrazu, że w Leoncinie można się poczuć niemal jak u siebie w domu, nawet jeśli jest to nieco inna odmiana odmiana neogotyku - zwana gotykiem nadwiślańskim. Na przykościelnym parkingu stał tylko jeden samochód. Nie wiadomo dlaczego miejscowość w majówkę nie ściągnęła tłumu turystów. Cisza i spokój rozświetlonej majowym słońcem nawy, modlitewny nastrój, a jednocześnie przywołujący wspomnienia z dobrego dzieciństwa, z przeważającą liczbą dni słonecznych, radosnych, dobrych, błogiej, sielskiej niedzieli, z odwiedzinami przyjaciół, krewnych, z czasów, gdy więzi były jeszcze bliższe i mocniejsze, z zapachem ciasta z galaretką truskawkową. Zadziwiające, że takie wspomnienia przyszły właśnie w kościele, lecz to najwyraźniej za sprawą owej słonecznej jasności sączącej się przez okna do świątynnego wnętrza. Każdą chwilę można wykorzystać na modlitwę, to był też czas na wspomnienie tych, którzy nas już nie odwiedzą, i jakieś poczucie, że jednak wszystko będzie dobrze, że Mama wyjdzie z tej choroby, tylko potrzebny jest czas i cierpliwość. Krótki spacer po cmentarzu ze wiekowymi nagrobkami, zabytkową kaplicą o zrębowej konstrukcji zbudowaną w 1789 r. Owa kaplica - powstała jako wotum dziękczynne za zwycięstwo Stefana Czarnieckiego nad Szwedami - została zbudowana w Głusku, a do Leoncina przeniesiono ją w 1881 r. Ze wzgórza roztacza się piękny widok na okolicę, tonącą w niezliczonej liczbie odcieni majowej soczystej zieleni.

Z Leoncina wyruszamy do Śladowa, wąska asfaltowa droga, bez dużego ruchu, wije się wzdłuż Wisły. By dotrzeć do pomnika ofiar zbrodni w Śladowie, skręcając z szosy, musieliśmy przejechać około dwustu metrów wyboistą piaszczystą drogą. Tuż przed wałem wiślanym zostawiliśmy auto, i ruszyliśmy pod górę, by obejrzeć pomnik i spojrzeć na znajdujący się po drugiej stronie Wisły urokliwy Czerwińsk. I tu, jak to zwykle w takich miejscach bywa, zaskakuje kontrast piękna krajobrazu, piękna natury z okrucieństwem wydarzeń, jakie rozegrały się w tym miejscu we wrześniu 1939 r. Żywa majowa zieleń wierzb, pól, ogrodów, u stóp wału stoi domostwo, przy którym kręca się małe kotki. Tymczasem 18 września 1939 r. żołnierze Wermachtu dokonali tu zbrodni na ponad 300 osobach, w tym jeńcach wojennych i cywilach. Nad wałem broniło się wówczas kilkunastu polskich kawalerzystów. Po zaciętej walce, Niemcy nakazali miejscowej ludności pogrzebać poległych żołnierzy. Następnie cywilów i żołnierzy, którzy się poddali, popędzono nad wał i ustawiono w dwuszeregu. W tym też czasie Niemcy pojedynczo rozstrzeliwali żołnierzy, którzy ukrywali się nadrzecznych zaroślach i zaczęli się ujawniać z zamiarem złożenia broni. Tuż po tym, do zgromadzonej ludności otworzono ogień z trzech karabinów maszynowych, część osób zastrzelono podczas próby ucieczki wpław przez rzekę. Zbrodnia ta ze szczegółami została opisana w wikipedii pod hasłem Zbrodnia w Śladowie. Ta historia zadaje kłam rozpowszechnianym twierdzeniom jakoby Wermacht nie dopuszczał się zbrodni na cywilach i jeńcach wojennych. W tym miejscu warto też wspomnieć, że wieś Śladów wzmiankowana była po raz pierwszy w 1427 r., zaś w XVIII w. - z uwagi na fakt, że tereny te były zalewane przez wzbierające wody Wisły - osadzono w niej przybyszów doświadczonych w gospodarowaniu na obszarach zalewowych - mennonitów z Holandii oraz kolonistów narodowości niemieckiej. Nasze skojarzenia od razu popłynęły w stronę Podlasia - do wsi Olendry nad Bugiem, w gminie Siemiatycze, założonej przez Olędrów właśnie, czyli przybyszów z Niderlandów. W Śladowie znajduje się też kaplica pod wezwaniem Matki Bożej Częstochowskiej wybudowana w 1993 r. oraz cmentarz pierwotnie mennonicki, a następnie ewangelicki, założony prawdopodobnie na początku XIX w.

Ze Śladowa ruszamy do Nowego Secymina. Przy drodze wiodącej przez wieś do rzeki stoi drewniana świątynia, zbudowana w 1923 r. przez kolonistów, wyznawców Kościoła ewangelicko-augsburskiego, służąca obecnie parafii rzymskokatolickiej. Natomiast nieopodal nowego kościoła, znajduje się także stary cmentarz mennonicki, na którym zachowało się wiele nagrobków, w tym najstarsze pochodzące z drugiej połowy XIX w. W artykule opublikowanym na portalu poświęconym Puszczy Kampinoskiej "Mennonici - dawni mieszkańcy Puszczy Kampinoskiej" , czytamy, iż mennonici byli grupą wyznaniową założoną w 1536 r. przez Menno Simonsa, zwolennika Marcina Lutra. Negowali oni hierarchię kościelną, odmawiali pełnienia służby wojskowej i urzędów, odrzucali przemoc, a z sakramentów uznawali jedynie chrzest dorosłych i eucharystię. Do Polski przybyli w czasie, gdy ta gwarantowała bezwarunkowy i wieczysty pokój między różniącymi się w wierze. Na Powiślu Kampinoskim mennonici osiedlali się od końca lat 50-tych XVIII w. . Autor wspomnianego artykułu zaznacza również, że wsie nadwiślańskie wykazywały wysoki procent mieszkańców, określających swoją narodowość jako niemiecką. Uciekając przed pruskim militaryzmem, uchodźcy osiedlali się nad Wisłą na terenach podmokłych i zalewowych, osuszali bagna i zagospodarowywali tereny dotąd niezamieszkane.

W drodze powrotnej ciekawym doświadczeniem stało się "wychwytywanie" w krajobrazie domostw wzniesionych na sztucznie usypanych niewysokich wzniesieniach, które miały je chronić w przypadku wylewu Wisły. Stoją już na nich zupełnie nowe budynki, ale te sztucznie usypane pagórki wskazują, że wcześniej musiały się tu znajdować gospodarstwa mennonitów lub osadników niemieckich. Ta podróż na Powiśle Kampinoskie, a zwłaszcza powrót w łagodnym świetle zachodzącego słońca, otulającego soczystą zieleń pól, zagajników, i dalej masyw Puszczy Kampinoskiej, jak to zwykle w maju bywa tworzyła atmosferę, dającą nadzieję, że jeszcze tu wrócimy nie raz, do leoncińskiego kościoła, nad Wisłę w okolicy Secymina, by kontemplować wolno toczące się wody rzeki, zjeść niespiesznie śniadanie na trawie, i odkrywać nowe miejsca, kryjące kolejne tajemnice.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...