Kontakt Genowefy z braćmi, pozostałymi za granicą, która - wbrew temu, co zapowiadał Władysław - okrzepła już na długie lata, był mocno ograniczony, przez pewien czas nie istniał wcale. Genowefa i Oswaldek nigdy już nie wrócili w swoje rodzinne strony. Na podróż do Adamowców odważyła się jedynie Florcia, gdy ukończyła już 20 lat. Wybrała się w nią samotnie, by skonfrontować się ze wspomnienami z dzieciństwa. Władysław, brat Gieni, mieszkał już wówczas z żoną w Mosarzu, na parterze w nowo wybudowanym bloku, w otoczeniu wiekowych zielonych drzew, niedaleko rzeczki Marchwy. Po raz kolejny Florcia spotkała się z wujkiem dopiero w roku 1988. Postępująca zaćma sprawiła, że źrenice jego oczu przybrały już niemal barwę białawą. Powitał przybyszów z Polski serdecznie. Szczupły, średniego wzrostu, mimo ukończonych siedemdzięsciu lat wciąż pełen energii, pogody ducha i wrodzonego optymizmu. Mieliśmy wówczas zamiar odwiedzieć drugiego brata Gieni - Adolfa - mieszkającego w leśniczówce nad jeziorem Mosarskim, ale dojazd tam okazał się być niemożliwy. Mimo że był to ciepły i słoneczny wrzesień roku 1988, drewniany most na rzece został zerwany, i pozostawały jedynie okrężne podrzędne, polne, leśne drogi, a że dzień już nie był długi, to okolica jednak nieznana i wyprawy do malowniczej leśniczówki nie udało się już uskutecznić. Poza tym, w Mosarzu należało jeszcze odwiedzić córkę Adolfa, mieszkającą samotnie w urokliwym, drewnianym domu przy placu, który swoim kształtem przypominał rynek, z widokiem na biały kościółek świętej Anny. Przed rozświetlonym popołudniowym słońcem domem rosły smukłe, wysokie malwy, krzaki pomidorów, pachniało owocami i warzywami cudnej wczesnej jesieni. Józia mówiła do nas po białorusku, nie po rosyjsku, ale właśnie po białorusku. Do dziś pamiętam smak sałatki z pomidorów, ogórków, cebuli z przydomowego ogródka, podanej ze śmietaną. Detal, który nie wiedzieć czemu, zapadł w pamięć.
Brakowało jedynie Justyna. Po wojnie Justyn i Adolf zostali wysiedleni do opuszczonej leśniczówki w przepastnej kniei, nad jeziorem Mosarskim. Któregoś letniego dnia, wracając z Mosarza, mimo oznak zapowiadających zbliżającą się burzę, Justyn postanowił pokonać drogę do domu łódką. Uznał zapewne, że odległość nie jest znaczna, i zdąży przepłynąć jezioro przed burzą. Gdy wypłynął na środek jeziora, zerwał się porywisty wiatr, woda zaczęła siec z każdej strony, potężny podmuch wywrócił tę drobną drewnianą skorupkę razem z jej sternikiem, który nie miał najmniejszych szans, by wyjść cało z tego starcia z bezwzględnym żywiołem. Adolf został w leśniczówce bez brata, z żoną i ze swoimi dziećmi.
W Szuniowcach w pobliżu Głębokiego, tuż przy skrzyżowaniu szutrowych dróg, w drewnianym domku o błękitnej barwie, mieszkała matka chrzestna Florci - Weronika, wraz z mężem Michałem, i dwójką dzieci - córką Marysią i synem - również Michałem. Michał - mąż - w rozmowach z gośćmi z Polski deklarował się jako "prawosławny Białorus", i zarazem polski patriota. Biegle władał językiem polskim, przed wojną służył w wojsku polskim w Wilnie, z czego był bardzo dumny. Rodzony brat Weroniki - Józef Kusznierewicz - brał udział w Kampanii Wrześniowej 1939 r., walczył pod Warszawą. Po klęsce wojsk polskich wraz z kolegami, pochodzącymi z okolic Głębokiego, przedzierał się przez Białostocczyznę, o której krążyły już pogłoski, że trzeba być wyjątkowo ostrożnym, bo jakieś komunistyczne bandy wyłapują polskich żołnierzy i mordują ich lub wydają sowietom. Powrócił jednak cały i zdrowy w rodzinne strony. W wolnej już Polsce za udział w kampanii wrześniowej otrzymał uprawnienia kombatanckie, a żywota dokonał w Głębokiem, dożywając pięknego wieku.
Pod koniec lat 40-tych lub na początku 50-tych Józef, stoczył kolejną walkę w swoim życiu, tym razem z sowiecką władzą. Za skarby tego świata nie chciał usunąć sprzed domu wysokiego drewnianego krzyża, postawionego jeszcze przed wojną przez jego ojca. Nowi czynownicy mieli wypracowane na przestrzeni lat metody walki "z zabobonem i ciemnotą". Pewnego dnia grupa kołchoźników, na polecenie swojego dyrektora, orząc okoliczne pola, przy okazji zaorała również drogę dojazdową do domu Józefa, zatrzymali się jednak przed samym krzyżem, którego nie odważyli się tknąć.
Nieszczęście wydarzyło się natomiast w rodzinie Michała - męża Weroniki. Jego brat, który wyruszył pieszo w odwiedziny do przyjaciół, nie wrócił do domu. Rozpoczęto poszukiwania, ale mężczyzna przepadł jak kamfora. Po dłuższym czasie od zaginięcia, gdzieś w lesie w okolicach Podświla - zupełnie przypadkowo - odnaleziono tylko jego buty. Pojawiło się podejrzenie, że zaatakowała go wataha wilków.
Podobnych opowieści z tej wyprawy Florcia przywiozła wiele. Gdy znalazła się tam w latach 60-tych, wspomnienia lat dziecinnych były wciąż żywe, a te wszystkie tak jej dobrze znane wioski i miasteczka, nie zdążyły się zmienić na tyle, by nie móc ich rozpoznać, lecz ich mieszkańcy byli już w znacznej mierze nie ci sami. Pojawili się przede wszystkim przybysze przywiezieni z głębi ZSRR, rodowici Rosjanie, w żaden sposób niezwiązani z tą ziemią, zniknęły gospodarstwa indywidualne, a pojawiły się kołchozy, świątynie zostały zamienione na magazyny i popadały w ruinę. Jeszcze w roku 1988 kościoł w Udziale przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy. Nabożeństwa odbywały się w kościele w Głębokim, w Mosarzu, a udzialski kościół wyglądał gorzej niż po przejściu hord bolszewików. Ten wyjazd z lat 60-tych był ostatnią wizytą w Adamowcach. Później Florcia powtarzała, że woli zapamiętać swoją rodzinną wieś taką, jaką była za czasów jej dzieciństwa, gdy jeszcze żył tata, brat był chłopcem, a za Florcią biegały kurczaczki, kaczuszki, gąski, które nosiła w durszlaku nad staw przy cmentarnej górce. Z czasu, gdy mama w domu karmiła małą owieczkę mlekiem z butelki ze smokiem, bo jej owcza mama po porodzie niefortunnie zachorowała, a po polach za Oswaldkiem biegał nieodłączny rudy Misiek. Adamowce były pełne znajomych, życzliwych ludzi, odwiedzających się wzajemnie, wspierających się w ciężkiej pracy. I już nigdy więcej nie dała się namówić na odwiedzenie Adamowców, nawet w roku 1988.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
środa, 13 listopada 2024
czwartek, 17 października 2024
Błyski. Historia rodzinna. Część 36 - wielka historia wkracza do Białegostoku
Dzień, mimo że październikowy, był słoneczny i ciepły. Przyjaciółki z klasy z technikum ekonomicznego wybrały się po lekcjach do kina "Pokój". Po zakończonym seansie, jako że było jeszcze widno i przyjemnie, ulica Lipowa pełna ludzi tętniła życiem, dziewczyny żyjąc obejrzanym filmem i nie mogąc w pełni powrócić do rzeczywistości niekinowej, nie miały ochoty wracać do domu, do codziennych obowiązków. Brat Florci, będąc akurat w Białymstoku, wyruszył gdzieś z kolegami, mama poszła do pracy na drugą zmianę, a poza tym wkrótce nadejdzie już dżdżysta jesień, dni staną się krótkie, mokre, mgliste i nie będzie tylu okazji na spacery ulicami miasta, więc trzeba było wykorzystać pogodę i nastrój do niekończących rozmów w tym jesiennym, ale jeszcze złotym anturażu. W pewnym momencie od strony kościoła świętego Rocha dało się słyszeć jakiś szum, hałas, liczne ludzkie głosy. Ni stąd, ni zowąd pojawił się tłum, który z każdą chwilą gęstniał. Ludzi przybywało, wlewali się z uliczek uchodzących do Lipowej, która stała się jak szeroko rozlana rzeka ze swoimi niewielkimi dopływami. Co poniektórzy z tłumu zaczęli wznosić okrzyki na cześć Węgrów i Władysława Gomułki. Gdy ta spora grupa ludzi zrównała się z cerkwią św. Mikołaja, i skręciła pod górę, w stronę domu partii, dziewczęta postanowiły się do niej podłączyć. Były na tyle ciekawe co się dalej będzie działo, że zapomniały o obejrzanym filmie i popłynęły z tą pokojową manifestacją. Powoli zaczął zapadać zmierzch. Pod koniec października granica między dniem a nocą staje się coraz wyraźniejsza i ostra, a ciemności zapadają w mgnieniu oka. Wśród zgromadzonych pojawiły się nawet płonące pochodnie. Tłum, zebrawszy się pod domem partii, coraz głośniej skandował hasła, w których najczęściej pojawiały się słowa "Węgrzy", "Gomułka". Nieopodal siedziby PZPR stały już wozy wojskowe wypełnione żołnierzami. Monumentalny gmach został otoczony szczelnym kordonem żołnierzy. Manifestanci wypatrzyli gdzieś dowódcę mundurowych i nastąpiło swego rodzaju zbratanie się ludu z wojskiem. Grupa demonstrantów uniosła na rękach uśmiechniętego oficera i jęła go podrzucać do góry, a uczestnicy zgromadzenia zaczęli wznosić okrzyki "Wojsko z nami! Wojsko z nami!".
Atmosfera stała się niemal euforyczna, uwolniły się pozytywne emocje, nawet dwie przypadkowe szesnastoletnie dziewczyny poczuły, że na ich oczach dzieje się coś ważnego, w czym mają okazję uczestniczyć, i jest to coś dobrego, zupełnie niecodziennego. W pewnej chwili Florcia poczuła na sobie przeszywające, świdrujące spojrzenie pary utkwionych w niej oczu, błyskających gdzieś w tłumie. Stojąc na górce, na placu pod domem partii dostrzegła Oswaldka z kolegami. Patrzył na nią groźnie. Odległość była jednak na tyle duża, że nie mogli się usłyszeć, przyłożył zatem palec do ust, dając siostrze do zrozumienia, by nic nie mówiła mamie, że się tu spotkali, a następnie gestem dłoni nakazał jej uciekać do domu. Oczywiście bezskutecznie. Dziewczyny nie zamierzały stąd odchodzić, nie w tym momencie. Wokół panowała atmosfera wyraźnie odczuwalnego zbratania, międzyludzkiej solidarności i budzącej się nadziei.
O tej spontanicznej manifestacji następnego dnia wiedziało już całe miasto. W wielu ludzi wstąpiła jakaś wiara w to, że wkrótce odmieni się ich los. W domu z mamą można było swobodnie rozmawiać o wydarzeniach, które miały miejsce w kraju, a nawet na Węgrzech, ale tym razem rodzeństwo ani słowem nie zająknęło się o tym, że mniej lub bardziej przypadkowo uczestniczyło w tej głośnej demonstracji pod domem partii. Dość miała Gienia swoich zmartwień.
Któregoś razu, gdy Florcia wróciła ze szkoły do domu, a tego dnia miała lekcję historii, zapytała mamę:
- Mamo, to jak to jest, mówiłaś, że w 1920 roku Polacy wygrali z bolszewikami, a dziś w szkole nauczyciel mówił, że przegraliśmy tę wojnę.
- Dziecko, wierz mi - Polacy tę wojnę wygrali. To jest informacja dla ciebie, tylko nie mów tego w szkole nauczycielowi.
Oswaldek, mając przekorną naturę, lubił droczyć się z mamą. I gdy słyszał, jak Gienia porównuje nową rzeczywistość z przedwojenną, co zdarzało jej się dość często, potrafił stawać w kontrze do wywodów matki.
- Tak chwalisz tę przedwojenną Polskę, a sama mówisz, że zapałki trzeba było dzielić na czworo!
- Tak, trzeba było dzielić na czworo, ale po podzieleniu ona się zapalała, a dziś muszę zmarnować cztery zapałki, by zapaliła się choć jedna z nich.
Młodzieńczy bunt w zmaganiach z codzienną, spokojną życiową mądrością.
Atmosfera stała się niemal euforyczna, uwolniły się pozytywne emocje, nawet dwie przypadkowe szesnastoletnie dziewczyny poczuły, że na ich oczach dzieje się coś ważnego, w czym mają okazję uczestniczyć, i jest to coś dobrego, zupełnie niecodziennego. W pewnej chwili Florcia poczuła na sobie przeszywające, świdrujące spojrzenie pary utkwionych w niej oczu, błyskających gdzieś w tłumie. Stojąc na górce, na placu pod domem partii dostrzegła Oswaldka z kolegami. Patrzył na nią groźnie. Odległość była jednak na tyle duża, że nie mogli się usłyszeć, przyłożył zatem palec do ust, dając siostrze do zrozumienia, by nic nie mówiła mamie, że się tu spotkali, a następnie gestem dłoni nakazał jej uciekać do domu. Oczywiście bezskutecznie. Dziewczyny nie zamierzały stąd odchodzić, nie w tym momencie. Wokół panowała atmosfera wyraźnie odczuwalnego zbratania, międzyludzkiej solidarności i budzącej się nadziei.
O tej spontanicznej manifestacji następnego dnia wiedziało już całe miasto. W wielu ludzi wstąpiła jakaś wiara w to, że wkrótce odmieni się ich los. W domu z mamą można było swobodnie rozmawiać o wydarzeniach, które miały miejsce w kraju, a nawet na Węgrzech, ale tym razem rodzeństwo ani słowem nie zająknęło się o tym, że mniej lub bardziej przypadkowo uczestniczyło w tej głośnej demonstracji pod domem partii. Dość miała Gienia swoich zmartwień.
Któregoś razu, gdy Florcia wróciła ze szkoły do domu, a tego dnia miała lekcję historii, zapytała mamę:
- Mamo, to jak to jest, mówiłaś, że w 1920 roku Polacy wygrali z bolszewikami, a dziś w szkole nauczyciel mówił, że przegraliśmy tę wojnę.
- Dziecko, wierz mi - Polacy tę wojnę wygrali. To jest informacja dla ciebie, tylko nie mów tego w szkole nauczycielowi.
Oswaldek, mając przekorną naturę, lubił droczyć się z mamą. I gdy słyszał, jak Gienia porównuje nową rzeczywistość z przedwojenną, co zdarzało jej się dość często, potrafił stawać w kontrze do wywodów matki.
- Tak chwalisz tę przedwojenną Polskę, a sama mówisz, że zapałki trzeba było dzielić na czworo!
- Tak, trzeba było dzielić na czworo, ale po podzieleniu ona się zapalała, a dziś muszę zmarnować cztery zapałki, by zapaliła się choć jedna z nich.
Młodzieńczy bunt w zmaganiach z codzienną, spokojną życiową mądrością.
piątek, 11 października 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 35 - kończy się dzieciństwo w Białymstoku
Niespokojny duch, żywy, pełen energii chłopak, dość szybko uznał, że Białystok, leżący gdzieś na końcu świata, jest miejscem dla niego za ciasnym, zbyt spokojnym. Wstąpił do Służby Polsce. Nie mogło się to spodobać Genowefie, nie miała zaufania do nowych władz i tworzonych przez nie organizacji. Na zdjęciu z początku lat 50-tych stoi już pełnoletni młody mężczyzna można rzec, w drelichowej bluzie i drelichowych spodniach, butach za kostkę, przekrzywionej furażerce, poważnie wpatrując się w obiektyw. Wykonane w czasie, gdy w szeregach brygady Służby Polsce pracował przy wznoszeniu Nowej Huty. I w tym samym albumie ze zdjęciami zatknięta cegiełka kupiona przez Genowefę na wsparcie budowy kościoła w Nowej Hucie. W tej Nowej Hucie, która miała być pierwszym w Polsce miastem robotniczym bez Boga oczywiście.
Czas płynął nieubłaganie. Mimo postanowienia wydanego przez sąd rejonowy w Białymstoku o uznaniu Floriana za zmarłego, który - wedle sędziego - miał zginąć w czasie forsowania "Nissy", w dzieciach wciąż jeszcze się tliła nieracjonalna nadzieja. Gdy czasem wspominały o niej mamie, ona tylko wzdychała, odwracała się do okna, by ukryć wilgotniejące oczy i nic nie odpowiadała.
Chłopak od wczesnych lat był - jak to mówił Florian - kręcony. Ojciec dostrzegał rysujące się cechy temperamentu synka, gdy mieszkali jeszcze w Warszawie. Później, gdy wrócili na północno-wschodni skraj Wileńszczyzny, nic się pod tym względem nie zmieniło. Ta żywość z wiekiem uwydatniła się jeszcze mocniej, gejzer energii nie był w stanie usiedzieć w jednym miejscu, a matce bez wsparcia męża, nie było łatwo okiełznać tej jego niebywałej żywiołowości. Zapragnął wyruszyć w świat, a matka się nie sprzeciwiała. Dziewczynka łączyła w sobie na pozór sprzeczne cechy - żywość i spokój, energię i łagodność, odwagę i nieśmiałość. Genowefę smuciła jedynie jej niechęć do jedzenia, aż w końcu dziewczynka popadła w anemię. Być może był to efekt nieustającej tęsknoty za tatą. Lekarka przepisała jakiś paskudny tran z darów ze Szwecji. I jeszcze się trafiły te okropne szczepienia przeciw gruźlicy wykonywane przez pielęgniarki ze Szwedzkiego Czerwonego Krzyża w budynku dzisiejszej szkoły podstawowej numer 46 przy ulicy Słonimskiej.
Codzienne życie nie skąpiło też jednak i chwil szczęśliwych. Zwykłe, powszednie obowiązki, zdarzenia, rutynowe czynności, mogły również dawać radość. Choćby z tego, że można było z mamą pójść po zawsze pachnący, chrupiący chleb do piekarni braciszków przy ulicy Słonimskiej. Zapach pieczonego pieczywa snuł się po całej okolicy, rozpływał się po bojarskich ogrodach, zaglądał do otwartych sieni drewnianych domów i piętrowych kamienic porozrzucanych po wąskich uliczkach. Braciszkami nazywano zakonników ze Zgromadzenia Braci Sług Maryi Niepokalanej. W kilkukondygnacyjnym budynku mieściła się też kaplica, w której można było uczestniczyć w niedzielnych mszach. Z ulicy Fabrycznej przecinało się ulicę Sienkiewicza, dalej ulicą Złotą dochodziło się do ulicy Sobieskiego, a dalej droga łagodnie pięła się pod niewysokie wzniesienie tej tajemniczej dzielnicy zabudowanej przeważnie drewnianymi domami, przeplatanej murowanymi czynszowymi kamienicami z XIX i początku XX wieku, w towarzystwie nieodłącznych bujnych ogrodów; dalej Próżną, Orlą, by wyjść naprzeciw braciszków na Słonimskiej. Najwspanialszy ogród rozlokował się przy ulicy Orlej, z dorodnymi wysokimi drzewami, wiekowymi lipami i ukrytym gdzieś w gęstej zieleni wejściem do schronu. Zimą fantastycznie było zjeżdżać z tej górki na sankach, poczynając od Orlej, poprzez Próżną, a kończąc przy Sobieskiego, to była naprawdę imponująca swoją długością trasa zjazdowa.
Wielką frajdę dziewczynce sprawiało wychodzenie na spotkanie mamy, gdy wracała jeszcze przed zachodem słońca ze zmiany w fabryce. Wychodząc na ulicę Sienkiewicza tuż przy Wiśniowej można było z łatwością dostrzec tak dobrze znaną sylwetkę już z daleka, gdzieś jeszcze przed skrzyżowaniu z Jagienki, i biec co sił w nogach na jej powitanie. Czasem wyjście mamy się opóźniało, a wtedy konieczna stawała się dłuższa wyprawa po mamę do fabryki, by osobiście ją odebrać i przyprowadzić do domu, i pilnować, by nic jej się po drodze nie stało. Wystarczyło przejść do końca ulicą Fabryczną, pokonać mostek na rzece Białej, a później już tylko poczekać przy bramie starej kamienicy, wiodącej na fabryczne podwórze.
Jeszcze jedną rzeczą, która spajała tę niepełną rodzinę była miłość do zwierząt, do natury ogółem, ale zwierzaków przede wszystkim. Krówka wilniuczka wracała częstokroć we wspomnieniach, podobnie jak psiak Misiek z Adamowców, pożarty przez wilki. W Białymstoku na Fabrycznej była też kurka, trzymana tylko dla jajek, bo nikt oczywiście nie miał zamiaru jej zjadać. Któregoś razu jednak zaatakował ją prawdopodobnie jastrząb, gdy swobodnie krążyła po przydomowym ogrodzie. Może był to inny drapieżnik. Dogorywającą gdzieś w trawia znalazła Gienia. Nikt jednak nie miał serca, by skrócić jej cierpienia. Do akcji musiała wkroczyć sąsiadka, mająca jako jedyna odwagę, by odebrać życie temu sympatycznemu domowemu ptaku. Gienia zmuszona była ugotować ze zwierzęcia rosół, którego nikt nie był w stanie zjeść, ani sama Gienia ani też dzieci. Florcia co spojrzała w talerz, to widziała oczka ukochanej kurki.
W domu zawsze były jakieś zwierzęta. A to Oswaldek przyniósł pod pazuchą znalezionego gdzieś na powierzchni ziemi kreta, a to Florcia przygranęła jeża. Jeże w sumie były dwa - Tuptuś i Igiełka. Najpierw był Tuptuś, który nocą wyruszał na polowania, i dość głośno tuptał po drewnianej podłodze. Słynął też z tego, że chwytał w nocy za palce u stóp, wstającą z łóżka Gienię, która chodziła boso. Igiełka natomiast potrafił się często schować gdzieś pod jakąś narzutę na łóżku, i gdy Gienia siadała na łóżku, to zdarzało się, że zrywała się zeń gwałtownie i krzyczała do Florci:
- To twoja robota! To ty, tam gdzie szyjesz, zostawiasz igły!
Aż w końcu nadszedł czas, by wyrosnąć z dziecięcych zabaw, dojrzeć i spróbować choć trochę wydorośleć. Brat był gdzieś w dalekim świecie, a dziewczynka - na kolejny etap swojego życia - wybrała naukę w technikum ekonomicznym przy Warszawskiej, mieszczącym się w okazałej XIX-wiecznej kamienicy Trębickiego.
Czas płynął nieubłaganie. Mimo postanowienia wydanego przez sąd rejonowy w Białymstoku o uznaniu Floriana za zmarłego, który - wedle sędziego - miał zginąć w czasie forsowania "Nissy", w dzieciach wciąż jeszcze się tliła nieracjonalna nadzieja. Gdy czasem wspominały o niej mamie, ona tylko wzdychała, odwracała się do okna, by ukryć wilgotniejące oczy i nic nie odpowiadała.
Chłopak od wczesnych lat był - jak to mówił Florian - kręcony. Ojciec dostrzegał rysujące się cechy temperamentu synka, gdy mieszkali jeszcze w Warszawie. Później, gdy wrócili na północno-wschodni skraj Wileńszczyzny, nic się pod tym względem nie zmieniło. Ta żywość z wiekiem uwydatniła się jeszcze mocniej, gejzer energii nie był w stanie usiedzieć w jednym miejscu, a matce bez wsparcia męża, nie było łatwo okiełznać tej jego niebywałej żywiołowości. Zapragnął wyruszyć w świat, a matka się nie sprzeciwiała. Dziewczynka łączyła w sobie na pozór sprzeczne cechy - żywość i spokój, energię i łagodność, odwagę i nieśmiałość. Genowefę smuciła jedynie jej niechęć do jedzenia, aż w końcu dziewczynka popadła w anemię. Być może był to efekt nieustającej tęsknoty za tatą. Lekarka przepisała jakiś paskudny tran z darów ze Szwecji. I jeszcze się trafiły te okropne szczepienia przeciw gruźlicy wykonywane przez pielęgniarki ze Szwedzkiego Czerwonego Krzyża w budynku dzisiejszej szkoły podstawowej numer 46 przy ulicy Słonimskiej.
Codzienne życie nie skąpiło też jednak i chwil szczęśliwych. Zwykłe, powszednie obowiązki, zdarzenia, rutynowe czynności, mogły również dawać radość. Choćby z tego, że można było z mamą pójść po zawsze pachnący, chrupiący chleb do piekarni braciszków przy ulicy Słonimskiej. Zapach pieczonego pieczywa snuł się po całej okolicy, rozpływał się po bojarskich ogrodach, zaglądał do otwartych sieni drewnianych domów i piętrowych kamienic porozrzucanych po wąskich uliczkach. Braciszkami nazywano zakonników ze Zgromadzenia Braci Sług Maryi Niepokalanej. W kilkukondygnacyjnym budynku mieściła się też kaplica, w której można było uczestniczyć w niedzielnych mszach. Z ulicy Fabrycznej przecinało się ulicę Sienkiewicza, dalej ulicą Złotą dochodziło się do ulicy Sobieskiego, a dalej droga łagodnie pięła się pod niewysokie wzniesienie tej tajemniczej dzielnicy zabudowanej przeważnie drewnianymi domami, przeplatanej murowanymi czynszowymi kamienicami z XIX i początku XX wieku, w towarzystwie nieodłącznych bujnych ogrodów; dalej Próżną, Orlą, by wyjść naprzeciw braciszków na Słonimskiej. Najwspanialszy ogród rozlokował się przy ulicy Orlej, z dorodnymi wysokimi drzewami, wiekowymi lipami i ukrytym gdzieś w gęstej zieleni wejściem do schronu. Zimą fantastycznie było zjeżdżać z tej górki na sankach, poczynając od Orlej, poprzez Próżną, a kończąc przy Sobieskiego, to była naprawdę imponująca swoją długością trasa zjazdowa.
Wielką frajdę dziewczynce sprawiało wychodzenie na spotkanie mamy, gdy wracała jeszcze przed zachodem słońca ze zmiany w fabryce. Wychodząc na ulicę Sienkiewicza tuż przy Wiśniowej można było z łatwością dostrzec tak dobrze znaną sylwetkę już z daleka, gdzieś jeszcze przed skrzyżowaniu z Jagienki, i biec co sił w nogach na jej powitanie. Czasem wyjście mamy się opóźniało, a wtedy konieczna stawała się dłuższa wyprawa po mamę do fabryki, by osobiście ją odebrać i przyprowadzić do domu, i pilnować, by nic jej się po drodze nie stało. Wystarczyło przejść do końca ulicą Fabryczną, pokonać mostek na rzece Białej, a później już tylko poczekać przy bramie starej kamienicy, wiodącej na fabryczne podwórze.
Jeszcze jedną rzeczą, która spajała tę niepełną rodzinę była miłość do zwierząt, do natury ogółem, ale zwierzaków przede wszystkim. Krówka wilniuczka wracała częstokroć we wspomnieniach, podobnie jak psiak Misiek z Adamowców, pożarty przez wilki. W Białymstoku na Fabrycznej była też kurka, trzymana tylko dla jajek, bo nikt oczywiście nie miał zamiaru jej zjadać. Któregoś razu jednak zaatakował ją prawdopodobnie jastrząb, gdy swobodnie krążyła po przydomowym ogrodzie. Może był to inny drapieżnik. Dogorywającą gdzieś w trawia znalazła Gienia. Nikt jednak nie miał serca, by skrócić jej cierpienia. Do akcji musiała wkroczyć sąsiadka, mająca jako jedyna odwagę, by odebrać życie temu sympatycznemu domowemu ptaku. Gienia zmuszona była ugotować ze zwierzęcia rosół, którego nikt nie był w stanie zjeść, ani sama Gienia ani też dzieci. Florcia co spojrzała w talerz, to widziała oczka ukochanej kurki.
W domu zawsze były jakieś zwierzęta. A to Oswaldek przyniósł pod pazuchą znalezionego gdzieś na powierzchni ziemi kreta, a to Florcia przygranęła jeża. Jeże w sumie były dwa - Tuptuś i Igiełka. Najpierw był Tuptuś, który nocą wyruszał na polowania, i dość głośno tuptał po drewnianej podłodze. Słynął też z tego, że chwytał w nocy za palce u stóp, wstającą z łóżka Gienię, która chodziła boso. Igiełka natomiast potrafił się często schować gdzieś pod jakąś narzutę na łóżku, i gdy Gienia siadała na łóżku, to zdarzało się, że zrywała się zeń gwałtownie i krzyczała do Florci:
- To twoja robota! To ty, tam gdzie szyjesz, zostawiasz igły!
Aż w końcu nadszedł czas, by wyrosnąć z dziecięcych zabaw, dojrzeć i spróbować choć trochę wydorośleć. Brat był gdzieś w dalekim świecie, a dziewczynka - na kolejny etap swojego życia - wybrała naukę w technikum ekonomicznym przy Warszawskiej, mieszczącym się w okazałej XIX-wiecznej kamienicy Trębickiego.
wtorek, 1 października 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 34 - dzieciństwo w Białymstoku
Na ulicy Sienkiewicza, tuż przy placu Wyzwolenia, w drewnianym domu z oknami wychodzącymi na ruchliwą ulicę i ogrodem ciągnącym się w stronę ulicy Fabrycznej, mieszkało rodzeństwo - dwie dziewczęta i jeden chłopiec, wszyscy w nastoletnim wieku, najstarsza siostra, średni brat i młodsza siostra. Wspierali się wzajemnie, wszyscy wokół wiedzieli o ich żydowskim pochodzeniu, całą wojnę przetrwali w Białymstoku, po aryjskiej stronie. Nikomu natomiast nie było wiadomo, co się stało z ich rodzicami, czy znaleźli się w getcie i tam stracili życie, czy ukrywali się po stronie aryjskiej i ktoś ich wydał. Całą trójkę niemal zawsze widywano razem. Wobec siebie opiekuńczy, troskliwi, prawie zawsze zamyśleni, poważni i wyciszeni. Aż w końcu, na początku lat 50-tych, zniknęli. Chłopaka jeszcze później ktoś gdzieś w innych częściach miasta widywał, ale po dziewczynach ślad zaginął. Najstarsza siostra, wysoka, postawna, z grubym rudym warkoczem i ciemnowłosa, krucha młodsza dziewczynka, nie pojawiały się już na ulicy Sienkiewicza.
Na rogu ulicy Sienkiewicza i Złotej, w okazałym drewnianym domu, schowanym nieco w przepastnym ogrodzie dochodzącym do ulicy Łąkowej, mieszkał dorożkarz z rodziną. Przeżyli wojnę w ZSRR, zdążyli uciec przed Niemcami, a po wojnie wrócili do Białegostoku. I oni także, jak wielu innych Żydów, którym udało się przetrwać gehennę drugiej wojny, skorzystali z pierwszej nadarzającej się sposobności i na początku lat 50-tych wyjechali najprawdopodobniej do Izraela, a w każdym razie zniknęli z Białegostoku.
Droga Florci do szkoły numer 5, mieszczącej się w kamienicy z czerwonej cegły przy obecnej ulicy Pałacowej, wiodła przez pusty jeszcze wówczas plac, na którym jeszcze przed wojną stała cerkiew Zmartwychwstania Pańskiego, rozebrana w 1938 r. Otwarta przestrzeń na górce, była istnym wichrowym wzgórzem. Gdy wracała pewnego zimowego dnia ze szkoły do domu, na samym środku placu, zerwał się wyjątkowo silny wiatr, nawiewający śnieg jakby z każdej strony jednocześnie, kręcił, wył, dusił, nie pozwalał zrobić kroku i wtłaczał ogromne płatki śniegu w oczy, w usta, nos. Dziecko musiało się mocno zapierać, by nie pozwolić się tym mocnym podmuchom wywrócić. Z trudem utrzymując się w pozycji stojącej, dziewczynka zaczynała tracić oddech. Wokół wirowały płatki śniegu, tym razem nie mające nic wspólnego z bajkową świąteczną, zimową atmosferą, lecz złośliwe i złowrogie. Wyglądało to tak, jakby wiatr do spółki ze śniegiem zmówiły się, by nie pozwolić dziecku wrócić do domu. Nie mogąc już złapać tchu Florcia poczuła jak ktoś chwycił ją za ramiona, odwrócił w swoją stronę, przytulił i całym swoim ciałem osłonił od wiatru.
Postać, która się niespodziewanie pojawiła w ten ciemny, zimowy wieczór, na tej otwartej rozległej przestrzeni, w końcu też przemówiła:
- Pamiętaj dziecko, że jak zaczniesz się dusić, to odwróć się w przeciwną stronę do kierunku wiatru.
- Ale ten wiatr wiał z każdej strony...
Młoda kobieta, która wychynęła nie wiadomo skąd, podprowadziła dziewczynkę za rękę do nieodległej ulicy Fabrycznej, której niska, ale dość zwarta zabudowa dawała już jakąś osłonę od tego niezwykle porywistego wiatru. A do domu był już stąd rzut kamieniem.
Podobna w swym duchu przygoda przytrafiła się dziewczynce na tej samej drodze, choć w nieco innym miejscu. Matematyka nie była mocną stroną Florci. Raz w ramach pracy domowej, trafiło jej się zadanie, którego za skarby świata nie była w stanie rozwiązać. Genowefa nie potrafiła pomóc córeczce, nie był też w stanie jej pomóc starszy brat. Musiała zatem pójść na lekcje z nieodrobioną pracą domową. Droga do szkoły niemiłosiernie się dłużyła, między ulicą Łąkową a Sobieskiego, na posesji, na której dziś stoi hospicjum, nad powierzchnią ziemi wystawała betonowa część schronu. Dziewczynka wdrapała się na tę konstrukcję i ze spuszczoną głową kroczyła po niej w tę i z powrotem. Biła się z myślami, czy powinna w ogóle tego dnia iść do szkoły. Ulicą Starobojarską przechodziła starsza kobieta, zobaczywszy samotne dziecko ze smutną miną i spuszczoną głową, kręcącą się w kółko bez celu, zainteresowała się i podeszła do Florci.
- Dlaczego jesteś taka smutna? Nie powinnaś być już w szkole? Coś się stało?
- Nie odrobiłam lekcji z matematyki.
- To przecież nic strasznego. A skąd wiesz, że dostaniesz złą ocenę, może pani dziś nie będzie? Poza tym, zawsze jak nie umiesz odrobić lekcji, możesz pójść do pani i powiedzieć jej, że choć próbowałaś, starałaś się, to nie wiedziałaś, jak rozwiązać zadanie. No chodź, idziemy. Gdzie jest twoja szkoła?
- To szkoła numer pięć.
- To chodź, pójdziemy razem, ja też idę w tamtą stronę.
I poszły ulicą Starobojarską w kierunku ulicy Słonimskiej, wtedy jeszcze zabudowaną niewysokimi kamienicami i parterowymi domami, z nieodłącznymi w tej części miasta ogrodami. I jakież było zdziwienie Florci, gdy okazało się na miejscu, że pani z matematyki tego dnia nie przyszła, a przy pierwszej nadarzającej się okazji, dziewczynka podeszła do nauczycielki i wytłumaczyła, że choć się starała, to nie była w stanie rozwiązać tego zadania.
Na rogu ulicy Sienkiewicza i Złotej, w okazałym drewnianym domu, schowanym nieco w przepastnym ogrodzie dochodzącym do ulicy Łąkowej, mieszkał dorożkarz z rodziną. Przeżyli wojnę w ZSRR, zdążyli uciec przed Niemcami, a po wojnie wrócili do Białegostoku. I oni także, jak wielu innych Żydów, którym udało się przetrwać gehennę drugiej wojny, skorzystali z pierwszej nadarzającej się sposobności i na początku lat 50-tych wyjechali najprawdopodobniej do Izraela, a w każdym razie zniknęli z Białegostoku.
Droga Florci do szkoły numer 5, mieszczącej się w kamienicy z czerwonej cegły przy obecnej ulicy Pałacowej, wiodła przez pusty jeszcze wówczas plac, na którym jeszcze przed wojną stała cerkiew Zmartwychwstania Pańskiego, rozebrana w 1938 r. Otwarta przestrzeń na górce, była istnym wichrowym wzgórzem. Gdy wracała pewnego zimowego dnia ze szkoły do domu, na samym środku placu, zerwał się wyjątkowo silny wiatr, nawiewający śnieg jakby z każdej strony jednocześnie, kręcił, wył, dusił, nie pozwalał zrobić kroku i wtłaczał ogromne płatki śniegu w oczy, w usta, nos. Dziecko musiało się mocno zapierać, by nie pozwolić się tym mocnym podmuchom wywrócić. Z trudem utrzymując się w pozycji stojącej, dziewczynka zaczynała tracić oddech. Wokół wirowały płatki śniegu, tym razem nie mające nic wspólnego z bajkową świąteczną, zimową atmosferą, lecz złośliwe i złowrogie. Wyglądało to tak, jakby wiatr do spółki ze śniegiem zmówiły się, by nie pozwolić dziecku wrócić do domu. Nie mogąc już złapać tchu Florcia poczuła jak ktoś chwycił ją za ramiona, odwrócił w swoją stronę, przytulił i całym swoim ciałem osłonił od wiatru.
Postać, która się niespodziewanie pojawiła w ten ciemny, zimowy wieczór, na tej otwartej rozległej przestrzeni, w końcu też przemówiła:
- Pamiętaj dziecko, że jak zaczniesz się dusić, to odwróć się w przeciwną stronę do kierunku wiatru.
- Ale ten wiatr wiał z każdej strony...
Młoda kobieta, która wychynęła nie wiadomo skąd, podprowadziła dziewczynkę za rękę do nieodległej ulicy Fabrycznej, której niska, ale dość zwarta zabudowa dawała już jakąś osłonę od tego niezwykle porywistego wiatru. A do domu był już stąd rzut kamieniem.
Podobna w swym duchu przygoda przytrafiła się dziewczynce na tej samej drodze, choć w nieco innym miejscu. Matematyka nie była mocną stroną Florci. Raz w ramach pracy domowej, trafiło jej się zadanie, którego za skarby świata nie była w stanie rozwiązać. Genowefa nie potrafiła pomóc córeczce, nie był też w stanie jej pomóc starszy brat. Musiała zatem pójść na lekcje z nieodrobioną pracą domową. Droga do szkoły niemiłosiernie się dłużyła, między ulicą Łąkową a Sobieskiego, na posesji, na której dziś stoi hospicjum, nad powierzchnią ziemi wystawała betonowa część schronu. Dziewczynka wdrapała się na tę konstrukcję i ze spuszczoną głową kroczyła po niej w tę i z powrotem. Biła się z myślami, czy powinna w ogóle tego dnia iść do szkoły. Ulicą Starobojarską przechodziła starsza kobieta, zobaczywszy samotne dziecko ze smutną miną i spuszczoną głową, kręcącą się w kółko bez celu, zainteresowała się i podeszła do Florci.
- Dlaczego jesteś taka smutna? Nie powinnaś być już w szkole? Coś się stało?
- Nie odrobiłam lekcji z matematyki.
- To przecież nic strasznego. A skąd wiesz, że dostaniesz złą ocenę, może pani dziś nie będzie? Poza tym, zawsze jak nie umiesz odrobić lekcji, możesz pójść do pani i powiedzieć jej, że choć próbowałaś, starałaś się, to nie wiedziałaś, jak rozwiązać zadanie. No chodź, idziemy. Gdzie jest twoja szkoła?
- To szkoła numer pięć.
- To chodź, pójdziemy razem, ja też idę w tamtą stronę.
I poszły ulicą Starobojarską w kierunku ulicy Słonimskiej, wtedy jeszcze zabudowaną niewysokimi kamienicami i parterowymi domami, z nieodłącznymi w tej części miasta ogrodami. I jakież było zdziwienie Florci, gdy okazało się na miejscu, że pani z matematyki tego dnia nie przyszła, a przy pierwszej nadarzającej się okazji, dziewczynka podeszła do nauczycielki i wytłumaczyła, że choć się starała, to nie była w stanie rozwiązać tego zadania.
poniedziałek, 30 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 33 - dzieciństwo na ulicy Fabrycznej
Przez Białystok, linią kolejową w stronę niegdyś Wołkowyska, a wówczas już granicy z ZSRR, regularnie przejeżdzały transporty węgla. Składy wypełnione tym drogocennym towarem zawsze zwalniały na wysokości Białostoczka przy wiadukcie i jechały wolno wzdłuż ulicy Poleskiej, następnie mijały magazyny wojskowe, dalej Dworzec Białystok Fabryczny i kierowały się na wschód. Węgiel wywożono oczywiście do ZSRR. Nastoletni chłopcy z ulicy Wąskiej, Fabrycznej, Sienkiewicza, znali doskonale godziny przejazdów transportów. Zbierali się u wylotu ulicy Wąskiej, zaopatrzeni w mocne, parciane worki, i tylko sobie znanymi sposobami, po kilku wskakiwali na towarowe wagony. Na krótkim odcinku, od ulicy Wąskiej, a jeszcze przed Dworcem Fabrycznym, zrzucali bryły węgla, które po przejechaniu składu, czekający wzdłuż torowiska koledzy zbierali pospiesznie do parcianych worków. Proceder ten był o tyle niebezpieczny, że na końcu każdego takiego składu znajdował się wagon z budką strażnika, który miał strzec przewożonego towaru. To naprawdę cud, że żaden z tych przedsiębiorczych chłopaków nie został postrzelony. Jak się okazało, w wypadach na węgiel brał także udział Oswaldek. Gdy się Genowefa o tym dowiedziała, kategorycznie zabroniła mu uczestniczenia w tych ryzykownych przedsięwzięciach. Czy skutecznie? Tego już się nie dowiemy. Jej syna kłopoty wręcz kochały. Któregoś razu wybrał się z kolegami do magazynów wojskowych za torami. Jak im się udało dostać na ich teren, tego nie wiadomo. Faktem jest, że znaleźli pozostawiony czy zgubiony przez żołnierza pistolet, który aż się prosił, by zabrać go ze sobą. Z tym niecodziennym trofeum przecięli torowisko, wyszli na ulicę Poleską, i jeden przez drugiego chciał choć przez chwilę potrzymać zdobycz w dłoni. Pech chciał, że nie było jeszcze ciemno, dzień długi, pogodny, ktoś ich zauważył jak sobie podają pistolet z ręki do ręki. Odpowiedni donos szybko powędrował na UB. Jeszcze tego samego dnia wszyscy zostali zgarnięci przez smutnych panów. Genowefa wracała z pracy do domu, nie zdążyła przekroczyć progu, gdy sąsiadka powiadomiła ją o zatrzymaniu Oswaldka przez funkcjonariuszy i o przewiezieniu na Sobieskiego 2. W tej istniejącej do dziś kamienicy w 1944 r. ulokowało się NKGB, sowiecka policja polityczna, wyodrębniona z NKWD, i przetrzymywano w nim aresztowanych. Po NKGB pomieszczenia na parterze i w piwnicy przejęła milicja.
Gienia nie zwlekając ani chwili udała się w poszukiwaniu syna. Milicjanci potwierdzili, że jej syn został zatrzymany i będzie przesłuchiwany, nic więcej więcej nie chcieli powiedzieć. Następnego dnia wszyscy chłopcy zostali wypuszczeni, uratował ich wiek i wiarygodne zeznania, jakie musieli złożyć, świadczące o chłopięcej fascynacji przygodami i bronią, a nie polityką. Nie posądzono ich dzięki temu o przynależność do podziemia. A matka w końcu skutecznie przemówiła synowi do rozsądku, bo podobne problemy, przynajmniej tego kalibru, już się nie przytrafiały.
Tego kalibru co prawda nie, ale nie oznacza to, że nie zdarzały się inne codzienne, życiowe trudności. Na ulicy Fabrycznej mieszkał sąsiad, który nie wiedzieć czemu, co by mu się złego w ogrodzie nie wydarzyło, za wszystko obwiniał "cholerne bachory tej wilniuczki". Nie znosił ludzi, którzy przybyli - jak to się wówczas mówiło - zza Buga. Był to starszy już mężczyzna, ze względu na chorą nogę poruszał się o lasce, przy domu miał spory, zadbany sad. Niektóre dzieci, znając jego ułomność, a przede wszystkim skłonność do wpadania we wściekłość, robiąc mu na złość wchodziły przez płot do sadu i zrywały owoce, by sprowokować mężczyznę do miotania przekleństwami, wymachiwania laską, rzucania czym popadło, co tylko mu się nawinęło pod rękę. To w końcu dla dzieciaków doskonała dawka adrenaliny. Rzecz w tym, że dzieci Gieni, w tego rodzaju zabawach nie uczestniczyły. Ich stopa nigdy nie postanęła na jego posesji, a on - mimo to - na lewo i prawo rozpowiadał, że znowu "te bachory tej wilniuczki" niszczyły mu ogród. Florcia w końcu zapytała mamę dlaczego sąsiad ich tak nie lubi i stwierdziła, że musi z nim poważnie porozmawiać, ale Genowefa kategorycznie jej zabroniła, tłumacząc, że takie sprawy mogą załatwiać tylko dorośli, tak więc dziewczynka postanowiła, że jak już dorośnie, to zapyta niesprawiedliwego sąsiada, co nim kierowało, co było przyczyną tych krzywdzących pomówień. Postanowienia niestety nie udało się spełnić, bo gdy już dorosła, mężczyzna dokonał żywota.
Gienia nie zwlekając ani chwili udała się w poszukiwaniu syna. Milicjanci potwierdzili, że jej syn został zatrzymany i będzie przesłuchiwany, nic więcej więcej nie chcieli powiedzieć. Następnego dnia wszyscy chłopcy zostali wypuszczeni, uratował ich wiek i wiarygodne zeznania, jakie musieli złożyć, świadczące o chłopięcej fascynacji przygodami i bronią, a nie polityką. Nie posądzono ich dzięki temu o przynależność do podziemia. A matka w końcu skutecznie przemówiła synowi do rozsądku, bo podobne problemy, przynajmniej tego kalibru, już się nie przytrafiały.
Tego kalibru co prawda nie, ale nie oznacza to, że nie zdarzały się inne codzienne, życiowe trudności. Na ulicy Fabrycznej mieszkał sąsiad, który nie wiedzieć czemu, co by mu się złego w ogrodzie nie wydarzyło, za wszystko obwiniał "cholerne bachory tej wilniuczki". Nie znosił ludzi, którzy przybyli - jak to się wówczas mówiło - zza Buga. Był to starszy już mężczyzna, ze względu na chorą nogę poruszał się o lasce, przy domu miał spory, zadbany sad. Niektóre dzieci, znając jego ułomność, a przede wszystkim skłonność do wpadania we wściekłość, robiąc mu na złość wchodziły przez płot do sadu i zrywały owoce, by sprowokować mężczyznę do miotania przekleństwami, wymachiwania laską, rzucania czym popadło, co tylko mu się nawinęło pod rękę. To w końcu dla dzieciaków doskonała dawka adrenaliny. Rzecz w tym, że dzieci Gieni, w tego rodzaju zabawach nie uczestniczyły. Ich stopa nigdy nie postanęła na jego posesji, a on - mimo to - na lewo i prawo rozpowiadał, że znowu "te bachory tej wilniuczki" niszczyły mu ogród. Florcia w końcu zapytała mamę dlaczego sąsiad ich tak nie lubi i stwierdziła, że musi z nim poważnie porozmawiać, ale Genowefa kategorycznie jej zabroniła, tłumacząc, że takie sprawy mogą załatwiać tylko dorośli, tak więc dziewczynka postanowiła, że jak już dorośnie, to zapyta niesprawiedliwego sąsiada, co nim kierowało, co było przyczyną tych krzywdzących pomówień. Postanowienia niestety nie udało się spełnić, bo gdy już dorosła, mężczyzna dokonał żywota.
sobota, 28 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 32 - dzieciństwo w powojennym Białymstoku, życie sąsiedzkie, historia mała i duża
Pan Brysiewicz własnym sumptem, jeszcze przed wojną, wybudował skromny, lecz przyjazny i urokliwy drewniany dom przy ulicy Wąskiej. Ulica Wąska łączyła się z ulicą Poleską naprzeciw magazynów wojskowych i torów kolejowych wiodących niegdyś do Wołkowyska i dalej do Baranowicz. Tę linię kolejową, zapewniającą Białemustokowi, ważnemu wówczas ośrodkowi przemysłu włókienniczego, zbyt produkowanych towarów, otwarto w 1886 r. Dzięki niej wyroby z tutejszych fabryk mogły być wysyłane przez Mińsk, Smoleńsk, aż do samej Moskwy, a nawet dalej na wschód. Dom pana Brysiewicza, otoczony obowiązkowo bujnym ogrodem, był miejscem niezwykłym. Znajdowały w nim schronienie bezdomne psy, koty, a któregoś razu pan Brysiewicz przygarnął ranną kawkę, z przetrąconym skrzydełkiem. Zaopiekował się ptakiem, leczył go, karmił, a gdy zwierzę wyzdrowiało, otworzył okno i pozwolił jej odlecieć, ale kawka wracała. Wracała codziennie, wlatywała do izby przez otwarte okno, witała się, przystawała na stole, pan Brysiewicz mówił do niej, a ona swoim kawkowym językiem snuła opowieści, a później odfruwała, by powrócić następnego dnia. Córki pana Brysiewicza - Bożena i Klara, przejęły od ojca miłość do zwierząt i ludzi. W domu państwa Brysiewiczów dorośli śmiało sobie poczynali i dyskutowano nawet o polityce. Przychodzili młodzi mężczyźni, siadali w izbie przy oknie i razem z panem Brysiewiczem naprawiali obuwie. Przyjmowali zlecenia od osób prywatnych, by dorobić do niewysokich pensji fabrycznych, a przy pracy nie dało się nie rozmawiać. Czasy były wciąż niepewne, jedni liczyli na wybuch kolejnej wojny, która miałaby uwolnić Polskę od kurateli ZSRR, inni uważali, że trzeba się pogodzić z nową rzeczywistością. Na szczęście nikt o tych rozmowach nie doniósł ówczesnym władzom.
Na ulicy Fabrycznej mieszkała wspólna koleżanka Florci, Bożenki i Klary. Któregoś razu, korzystając z nieobecności rodziców, zaprosiła dzieci z ulicy Fabrycznej i Wąskiej na zabawę do swojego domu. Jednak zanim zabawa na dobre się rozpoczęła, dziewczynka w pierwszej kolejności zażądała od przyjaciół złożenia przysięgi, że nikomu nie powiedzą o tym, co za chwilę zobaczą. Gdy dzieci solennie się zobowiązały nie puścić pary z ust, otworzyła drzwi ogromnej drewnianej szafy, podstawiła krzesło, wspięła się na nie, i z górnej półki wyciągnęła tajemniczy duży pakunek, odwiązała sznurek, otworzyła wieko, i wyjęła zeń najpierw czapkę jakby wojskową, złożony mundur i - o zgrozo! - pistolet. Później okazało się, że tata dziewczynki pracował w magazynach UB, a jak widać przed dziećmi niczego nie uda się ukryć, nawet we własnym domu.
Pan Brysiewicz, gdy czasem miewał wolne, gromadził wszystkie dzieci z okolicy i zabierał je na spacery po Białymstoku i okolicy. Miał wielkie zacięcie do historii, ale też poczucie pewnej misji do wykonania. Najpierw zorganizował wyprawę na obrzeża wsi Białostoczek, niedaleko siedziby obecnego Nadleśnictwa Dojlidy, w pobliżu tak zwanej szosy obwodowej. Tu, nieopodal drogi, w krzakach w pobliżu sosnowego lasu leżały porozrzucane betonowe elementy jakiejś dawnej konstrukcji. Były to pozostałości kaplicy wzniesionej w międzywojniu w miejscu, w którym 20 sierpnia 1920 r. bolszewicy w niezwykle okrutny sposób zamordowali szesnastu mieszkańców miasta różnych nacji i wyznań. Przyprowadziwszy schwytanych na łąkę, ustawili ich w szeregu, ze związanymi rękami, a następnie kazali biec w stronę pobliskiego lasu. Chwilę odczekali, po czym konno puścili się za nimi w pościg, gdy ci byli jeszcze daleko od pierwszych drzew, i dopędzając uciekających, przebijali nieszczęśników pikami. Jeszcze w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, pozostałości tej zburzonej w 1947 r. kaplicy widoczne były w krzakach w pasie między ogródkami działkowymi a szosą północno-obowodową. Pan Brysiewicz najwyraźniej uznał za swoją powinność pokazanie dzieciom właśnie tego miejsca i opisanie jego historii. Miejscowa ludność nie pozwoliła tej historii odpłynąć w zapomnienie, w miejscu zburzonej kapliczki zaczęła stawiać drewniany krzyż,upamiętniający pomordowanych. Tak wygląda proces przekazywania historii z pokolenia na pokolenie, gdy nie można jej opisać i opublikować. A nastał już ten czas, kiedy o wojnie polsko-bolszewickiej nie można było ani mówić, ani uczyć na lekcjach historii, chyba że wyłącznie w kontekście polityki imperialnej Piłsudskiego i przegranej Polski.
Innym razem, pan Jan Brysiewicz, zebrał grupę dzieciaków i wybrał się z nimi do lasu Pietrasze. W tym wypadku chciał pokazać miejsce, w którym w czasie drugiej wojny Niemcy rozstrzeliwali w większości żydowskich mieszkańców Białegostoku, ale też i Polaków i Białorusinów, w tym też z Wasilkowa. Wówczas był to teren - w sercu niemałego podmiejskiego kompleksu leśnego - ogrodzony siatką, zabezpieczony przed poszukiwaczami złota. Były niestety takie przypadki, że jacyś lokalni rabusie, hieny cmentarne, rozkopywały zbiorową mogiłę w poszukiwaniu ludzkich szczątek, czaszek, z których można było wyrwać złote zęby. Wojna demoralizuje bez wątpienia, a jednostek bezwzględnych, zdolnych do wszelkich podłości nie brakuje w żadnym większym skupisku ludzkim. Las Pietrasze do dziś kryje wiele tajemnic. Egzekucje miały w nim miejsce i po wojnie, tym razem dokonywane na żołnierzach podziemia niepodległościowego. I jak to często bywa, samo miejsce jest pełne niezwykłego uroku, falujący teren, piaszczyste pagórki, liczne ścieżki i drogi przecinające kompleks leśny, dawna strzelnica, ze wspaniałym widokiem na dolinę rzeki Supraśli, a jednocześnie jakaś groza wynikająca ze świadomości, że te miejsca niecałe sto lat temu spłynęły krwią tysięcy niewinnych osób. Bursztynowe sosny, czysty żółty piasek, okazałe jałowce, bujny mech, rozświetlone łagodnym popołudniowym czy przedwieczornym słońcem tworzą klimat jakiejś nadrzeczywistości, niebywałego spokoju. Gdzieś tu w pobliżu 13 października 1282 roku miało dojść do potyczki między wojskami Leszka Czarnego, księcia krakowskiego i sandomierskiego, a wojskami wielkiego księcia litewskiego Trojdena, wspieranego przez Jaćwingów, zakończonej całkowitą klęską Litwinów i Jaćwingów. Niedaleko - w Nowodworcach - odkryto ślady starożytnej osady. A na horyzoncie ciemnieje masyw Puszczy Knyszyńskiej, Góra Krzyży w Świętej Wodzie, a cały świat wokół łagodnie wznosi się i opada.
Tymczasem nastały wakacje. Wyjazd Oswaldka i Florci na obóz, na kolonie, nie wchodził w rachubę, wspólny wyjazd na urlop z mamą też był nierealny. Fabryczna pensja jednego rodzica nie pozwalała na takie luksusy. Szczęśliwie, przy kaplicy na ulicy Poleskiej, którą opiekowały się Siostry Jezusa Miłosiernego, organizowane były co roku półkolonie dla dzieci. Siostry troskliwie dbały o to, by dzieci nie były pozostawione samym sobie. Można było do nich przyjść na prawie cały dzień, a one organizowały swoim podopiecznym gry, zabawy, szykowały śniadania, gotowały obiady, przygotowywały podwieczorki. Zapach i smak obiadów, a przede wszystkim ciast pieczonych przez siostry towarzyszył Florci przez całe jej życie, tak jak i wspomnienia spacerów po łąkach i polach pobliskiej wsi Białostoczek, z jej urokliwymi kamiennymi kapliczkami i drewnianymi krzyżami stojącymi wzdłuż drogi wiodącej przez wieś - znaczna część z nich zachowała się po dziś dzień, czule doglądana przez mieszkańców osiedla Białostoczek.
Na ulicy Fabrycznej mieszkała wspólna koleżanka Florci, Bożenki i Klary. Któregoś razu, korzystając z nieobecności rodziców, zaprosiła dzieci z ulicy Fabrycznej i Wąskiej na zabawę do swojego domu. Jednak zanim zabawa na dobre się rozpoczęła, dziewczynka w pierwszej kolejności zażądała od przyjaciół złożenia przysięgi, że nikomu nie powiedzą o tym, co za chwilę zobaczą. Gdy dzieci solennie się zobowiązały nie puścić pary z ust, otworzyła drzwi ogromnej drewnianej szafy, podstawiła krzesło, wspięła się na nie, i z górnej półki wyciągnęła tajemniczy duży pakunek, odwiązała sznurek, otworzyła wieko, i wyjęła zeń najpierw czapkę jakby wojskową, złożony mundur i - o zgrozo! - pistolet. Później okazało się, że tata dziewczynki pracował w magazynach UB, a jak widać przed dziećmi niczego nie uda się ukryć, nawet we własnym domu.
Pan Brysiewicz, gdy czasem miewał wolne, gromadził wszystkie dzieci z okolicy i zabierał je na spacery po Białymstoku i okolicy. Miał wielkie zacięcie do historii, ale też poczucie pewnej misji do wykonania. Najpierw zorganizował wyprawę na obrzeża wsi Białostoczek, niedaleko siedziby obecnego Nadleśnictwa Dojlidy, w pobliżu tak zwanej szosy obwodowej. Tu, nieopodal drogi, w krzakach w pobliżu sosnowego lasu leżały porozrzucane betonowe elementy jakiejś dawnej konstrukcji. Były to pozostałości kaplicy wzniesionej w międzywojniu w miejscu, w którym 20 sierpnia 1920 r. bolszewicy w niezwykle okrutny sposób zamordowali szesnastu mieszkańców miasta różnych nacji i wyznań. Przyprowadziwszy schwytanych na łąkę, ustawili ich w szeregu, ze związanymi rękami, a następnie kazali biec w stronę pobliskiego lasu. Chwilę odczekali, po czym konno puścili się za nimi w pościg, gdy ci byli jeszcze daleko od pierwszych drzew, i dopędzając uciekających, przebijali nieszczęśników pikami. Jeszcze w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, pozostałości tej zburzonej w 1947 r. kaplicy widoczne były w krzakach w pasie między ogródkami działkowymi a szosą północno-obowodową. Pan Brysiewicz najwyraźniej uznał za swoją powinność pokazanie dzieciom właśnie tego miejsca i opisanie jego historii. Miejscowa ludność nie pozwoliła tej historii odpłynąć w zapomnienie, w miejscu zburzonej kapliczki zaczęła stawiać drewniany krzyż,upamiętniający pomordowanych. Tak wygląda proces przekazywania historii z pokolenia na pokolenie, gdy nie można jej opisać i opublikować. A nastał już ten czas, kiedy o wojnie polsko-bolszewickiej nie można było ani mówić, ani uczyć na lekcjach historii, chyba że wyłącznie w kontekście polityki imperialnej Piłsudskiego i przegranej Polski.
Innym razem, pan Jan Brysiewicz, zebrał grupę dzieciaków i wybrał się z nimi do lasu Pietrasze. W tym wypadku chciał pokazać miejsce, w którym w czasie drugiej wojny Niemcy rozstrzeliwali w większości żydowskich mieszkańców Białegostoku, ale też i Polaków i Białorusinów, w tym też z Wasilkowa. Wówczas był to teren - w sercu niemałego podmiejskiego kompleksu leśnego - ogrodzony siatką, zabezpieczony przed poszukiwaczami złota. Były niestety takie przypadki, że jacyś lokalni rabusie, hieny cmentarne, rozkopywały zbiorową mogiłę w poszukiwaniu ludzkich szczątek, czaszek, z których można było wyrwać złote zęby. Wojna demoralizuje bez wątpienia, a jednostek bezwzględnych, zdolnych do wszelkich podłości nie brakuje w żadnym większym skupisku ludzkim. Las Pietrasze do dziś kryje wiele tajemnic. Egzekucje miały w nim miejsce i po wojnie, tym razem dokonywane na żołnierzach podziemia niepodległościowego. I jak to często bywa, samo miejsce jest pełne niezwykłego uroku, falujący teren, piaszczyste pagórki, liczne ścieżki i drogi przecinające kompleks leśny, dawna strzelnica, ze wspaniałym widokiem na dolinę rzeki Supraśli, a jednocześnie jakaś groza wynikająca ze świadomości, że te miejsca niecałe sto lat temu spłynęły krwią tysięcy niewinnych osób. Bursztynowe sosny, czysty żółty piasek, okazałe jałowce, bujny mech, rozświetlone łagodnym popołudniowym czy przedwieczornym słońcem tworzą klimat jakiejś nadrzeczywistości, niebywałego spokoju. Gdzieś tu w pobliżu 13 października 1282 roku miało dojść do potyczki między wojskami Leszka Czarnego, księcia krakowskiego i sandomierskiego, a wojskami wielkiego księcia litewskiego Trojdena, wspieranego przez Jaćwingów, zakończonej całkowitą klęską Litwinów i Jaćwingów. Niedaleko - w Nowodworcach - odkryto ślady starożytnej osady. A na horyzoncie ciemnieje masyw Puszczy Knyszyńskiej, Góra Krzyży w Świętej Wodzie, a cały świat wokół łagodnie wznosi się i opada.
Tymczasem nastały wakacje. Wyjazd Oswaldka i Florci na obóz, na kolonie, nie wchodził w rachubę, wspólny wyjazd na urlop z mamą też był nierealny. Fabryczna pensja jednego rodzica nie pozwalała na takie luksusy. Szczęśliwie, przy kaplicy na ulicy Poleskiej, którą opiekowały się Siostry Jezusa Miłosiernego, organizowane były co roku półkolonie dla dzieci. Siostry troskliwie dbały o to, by dzieci nie były pozostawione samym sobie. Można było do nich przyjść na prawie cały dzień, a one organizowały swoim podopiecznym gry, zabawy, szykowały śniadania, gotowały obiady, przygotowywały podwieczorki. Zapach i smak obiadów, a przede wszystkim ciast pieczonych przez siostry towarzyszył Florci przez całe jej życie, tak jak i wspomnienia spacerów po łąkach i polach pobliskiej wsi Białostoczek, z jej urokliwymi kamiennymi kapliczkami i drewnianymi krzyżami stojącymi wzdłuż drogi wiodącej przez wieś - znaczna część z nich zachowała się po dziś dzień, czule doglądana przez mieszkańców osiedla Białostoczek.
piątek, 27 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 31 - z Sienkiewicza na Fabryczną
Najokropniejszą częścią drewnianego domu przy Sienkiewicza była sień, dość obszerna i ciemna, zwłaszcza jak się za wchodzącym zamykały drzwi. Z sieni schodki prowadziły na górkę, na której mieszkała staruszka Niemka, i dwie pary drzwi do mieszkań na parterze. Każdy krok na podłodze, każdy krok na schodach powodował, że skrzypiały wszystkie deski wokół, i można było odnieść wrażenie, że wraz z idącym poruszał się cały dom. I najstraszniejsze były samotne powroty wieczorami, kiedy to tuż za drzwiami zapadała kompletna ciemność. A i bez tej ciemności dziewczynka miała wrażenie, że ktoś ją w tej sieni stale obserwuje, dziwne poczucie czyjejś obecności, budzące lęk. Starała się jak najszybciej wejść do mieszkanka, nawet, jeżeli miałoby być puste, to po pokonaniu tej długiej drogi przez sień, dające poczucie spokoju i bezpieczeństwa.
Traf chciał, że był to letni dzień. Florcia wracała ze szkoły i jak zwykle otworzywszy drzwi jej oczom ukazało się przepastne pomieszczenie oddzielające drzwi sieni od mieszkań na parterze. Już chwytała klamkę, by wejść do izdebki, gdy nieoczekiwanie poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Kogoś kogo wcześniej nie dostrzegła. Dłoń się zacisnęła na ramieniu i dziewczynka zakrzyknęła wniebogłosy i krzyczeć nie przestawała.
- Cicho głupia! Cicho! To ja, Oswaldek!
Z góry szybkim krokiem zaczęła schodzić staruszka Niemka, zaniepokojona usłyszanym przeraźliwym wrzaskiem.
- Co się tu dzieje?! Co wy wyprawiacie?!
- Nic, nic, my tylko wracamy do domu - odpowiedział przestraszony Oswaldek, obawiając się trochę konsekwencji swojego pomysłu.
O zdarzeniu tym, po powrocie z pracy, dowiedziała się Genowefa. Znajac doskonale swoje dzieci, od razu się domyśliła, że to starszy braciszek, chciał zrobić psikusa siostrzyczce. I udało mu się. Ale wiedziała też o tym, że Florcia panicznie boi się tej sieni.
- Pani Szpakowa, a ja nie dziwię się, że dziecko się boi. Tu jeszcze przed pierwszą wojną powiesił się carski oficer, a dzieci czują i widzą więcej. - powiedziała w czasie jednej z rozmów z Gienią Niemka.
Następna przygoda z sienią była już ostatnią w historii tego domu, który wraz z innymi okolicznymi przeznaczony był do rozbiórki. Po lekcjach Florcia często wychodziała z domu, by spotkać się z koleżankami z ulicy Sienkiewicza, pobawić w tajemniczych ogrodach, jakich w okolicy było bez liku. Zamknąwszy drzwi mieszkanka i zbliżając się do drzwi wyjściowych z sieni, usłyszała za sobą ni stąd ni zowąd ogromny huk. Okazało się, że tuż za nią zawaliła się część sufitu domu zbudowanego z kolejowych podkładów. Dziewczynka poczuła momentalnie jakieś delikatne ukłucia w obie łydki. Były to drzazgi, odpryski z owych podkładów, które spadając na ziemię połamały się i uwolniły dziesiątki, może setki drobnych drewnianych igiełek, z których część wbiła się w odkryte nogi dziecka. Po chwili pojawiły się na nich małe kropelki krwi.
Komisja uznała, że dom już nie nadaje się do zamieszkania. Genowefa wraz z dziećmi otrzymała nową izdebkę z kuchnią na pobliskiej ulicy Fabrycznej, równoległej do Sienkiewicza, również w starym drewnianym domu, w stanie tak naprawdę niewiele lepszym od tego poprzedniego, ale nie było wyjścia, nie da się żyć bez dachu nad głową. Sytuację, jak zwykle w tej okolicy, ratował wielki, tajemniczy ogród, z dorodnymi jabłoniami, wiśniami, śliwami, gruszami, pachnącymi pełnią dojrzałego lata.
Traf chciał, że był to letni dzień. Florcia wracała ze szkoły i jak zwykle otworzywszy drzwi jej oczom ukazało się przepastne pomieszczenie oddzielające drzwi sieni od mieszkań na parterze. Już chwytała klamkę, by wejść do izdebki, gdy nieoczekiwanie poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Kogoś kogo wcześniej nie dostrzegła. Dłoń się zacisnęła na ramieniu i dziewczynka zakrzyknęła wniebogłosy i krzyczeć nie przestawała.
- Cicho głupia! Cicho! To ja, Oswaldek!
Z góry szybkim krokiem zaczęła schodzić staruszka Niemka, zaniepokojona usłyszanym przeraźliwym wrzaskiem.
- Co się tu dzieje?! Co wy wyprawiacie?!
- Nic, nic, my tylko wracamy do domu - odpowiedział przestraszony Oswaldek, obawiając się trochę konsekwencji swojego pomysłu.
O zdarzeniu tym, po powrocie z pracy, dowiedziała się Genowefa. Znajac doskonale swoje dzieci, od razu się domyśliła, że to starszy braciszek, chciał zrobić psikusa siostrzyczce. I udało mu się. Ale wiedziała też o tym, że Florcia panicznie boi się tej sieni.
- Pani Szpakowa, a ja nie dziwię się, że dziecko się boi. Tu jeszcze przed pierwszą wojną powiesił się carski oficer, a dzieci czują i widzą więcej. - powiedziała w czasie jednej z rozmów z Gienią Niemka.
Następna przygoda z sienią była już ostatnią w historii tego domu, który wraz z innymi okolicznymi przeznaczony był do rozbiórki. Po lekcjach Florcia często wychodziała z domu, by spotkać się z koleżankami z ulicy Sienkiewicza, pobawić w tajemniczych ogrodach, jakich w okolicy było bez liku. Zamknąwszy drzwi mieszkanka i zbliżając się do drzwi wyjściowych z sieni, usłyszała za sobą ni stąd ni zowąd ogromny huk. Okazało się, że tuż za nią zawaliła się część sufitu domu zbudowanego z kolejowych podkładów. Dziewczynka poczuła momentalnie jakieś delikatne ukłucia w obie łydki. Były to drzazgi, odpryski z owych podkładów, które spadając na ziemię połamały się i uwolniły dziesiątki, może setki drobnych drewnianych igiełek, z których część wbiła się w odkryte nogi dziecka. Po chwili pojawiły się na nich małe kropelki krwi.
Komisja uznała, że dom już nie nadaje się do zamieszkania. Genowefa wraz z dziećmi otrzymała nową izdebkę z kuchnią na pobliskiej ulicy Fabrycznej, równoległej do Sienkiewicza, również w starym drewnianym domu, w stanie tak naprawdę niewiele lepszym od tego poprzedniego, ale nie było wyjścia, nie da się żyć bez dachu nad głową. Sytuację, jak zwykle w tej okolicy, ratował wielki, tajemniczy ogród, z dorodnymi jabłoniami, wiśniami, śliwami, gruszami, pachnącymi pełnią dojrzałego lata.
poniedziałek, 23 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 30 - poszukiwania ulicy Wroniej w Warszawie
Dziecko zapamiętało, że mama pojechała szukać na pewno ulicy Wroniej. Wzięła dziewczynkę ze sobą, chłopiec został pod opieką stryjka Jana w Białymstoku. Florcia wspominała z tego wyjazdu Warszawę jako morze gruzów. Skąd się wzięła ulica Wronia? Czego Genowefa na tej ulicy mogła szukać? Gdy w latach 2014-2015, przyjeżdżając do pracy w Warszawie, po dwa, trzy dni w tygodniu pomieszkiwałem w hostelu Sióstr Uczennic Boskiego Mistrza na ulicy Żytniej, zacząłem odkrywać Wolę, odszukałem też ulicę Wronią. Z czasem nabrałem przekonania, że musiała ona prowadzić do nieistniejącego Placu Kazimierza Wielkiego, przy którym Genowefa z Florianem mieszkali przez krótki czas, po wyprowadzce z ulicy Towarowej. Genowefa zapewne miała nadzieje, że zachowała się kamienica, w której pozostawili skromne mieszkanko. Ale wokół były jedynie gruzowiska. Florci utkwiły w pamięci wieczorne wędrówki z mamą, w czasie których gdzieś w oddali w pozostałościach kamienic, z których na tle ciemnego nieba urywały się klatki schodowe, same schody, piętra, pokoje, kuchnie, korytarze, i ni stąd, ni zowąd błyskały światełka zawieszone w powietrzu, palących się w tych pourywanych pomieszczeniach lampek czy świeczek. Gdzieś ktoś w ocalałej kuchni czy pokoju, siedział przy posiłku przy stole, jakby jakąś magiczną mocą unosząc się w powietrzu na tle czerniejącego nieba.
- Nie potrzebuje pani noclegu? - zapytała elegancka kobieta w średnim wieku.
Florcia z przestrachem spojrzała na ową kobietę. Była wysoka, energiczna, jakaś nerwowa, i przede wszystkim źle jej patrzyło z oczu. Genowefa zawahała się, bo zbliżała się już noc, pociąg do Białegostoku niedawno odjechał. Perspektywa noclegu na dworcu kolejowym trochę przerażała. Wiedziała, że gdzieś na Dąbrówce w Warszawie mieszkała pani Chabrowa, Chabrowa po mężu, przed wojną wyjechała z Wileńszczyzny za pracą do Warszawy, tu poznała przyszłego męża, założyła rodzinę, wilniuczki znały się jeszcze od czasów przedwojennych, tylko jak ją odszukać na tej Dąbrówce po zmierzchu?
- To co, nie potrzebuje pani tego noclegu?! - dopytywała po raz kolejny poirytowana kobieta.
Genowefa zawahała się. Florcia ściśnęła mocno dłoń mamy, nieufnie wpatrując się w nagabującą je kobietę. Coś się dziecku w tej dorosłej nie podobało. Zaczęła ciągnąć mamę za rekę:
- Mamo, chodź, idziemy!
Genowefa nadal się zastanawiała.
- Przecież nie będzie pani słuchać dziecka! - coraz agresywniej napierała nagabywaczka.
- Mamo, chodź, idziemy!
Kobieta spiorunowała Florcię wściekłym spojrzeniem. Ale Genowefa uległa prośbom kilkuletniej córeczki. Postanowiła jednak szukać pani Chabrowej. Pojadą do Dąbrówki, i kogoś zapytają, może ktoś pomoże, a jeśli nie, to wrócą i w ostateczności przenocują na dworcu, a nad ranem wrócą do Białegostoku.
Wiedzione jakąś dobrą ręką odszukały - przy pomocy przypadkowo napotkanych osób - panią Chabrową. Pani Chabrowa była osobą serdeczną i życzliwą, rozmowną, więc cały wieczór i część nocy snuły z Genowefą długie rozmowy i wspomnienia.
Jakiś czas po tej wyprawie, do izdebki w domu przy ulicy Sienkiewicza w Białymstoku, na pogaduszki do Genowefy wpadła sąsiadka. Przyniosła jakąś gazetę, w której wyczytała o działającej w Warszawie szajce, która na dworcu kolejowym werbowała przyjezdnych na noclegi, a następnie ich rabowała, mordowała, a z ludzkich członków miała wyrabiać wędliny. Nigdy nie udało mi się znaleźć informacji potwierdzającej istnienie takiej grupy działającej w powojennej Warszawie. Możliwe, że to jedna z licznych istniejących niegdyś urban legends. Dziecko zapamiętało natomiast doskonale tę kobietę o wyjątkowo złych oczach, a tuż po tym wizytę sąsiadki, która przyszła do mamy z taką przerażającą informacją wyczytaną gdzieś w gazecie, i słowa mamy tuż po wyjściu owej sąsiadki:
- Mój ty mały aniołku.
- Nie potrzebuje pani noclegu? - zapytała elegancka kobieta w średnim wieku.
Florcia z przestrachem spojrzała na ową kobietę. Była wysoka, energiczna, jakaś nerwowa, i przede wszystkim źle jej patrzyło z oczu. Genowefa zawahała się, bo zbliżała się już noc, pociąg do Białegostoku niedawno odjechał. Perspektywa noclegu na dworcu kolejowym trochę przerażała. Wiedziała, że gdzieś na Dąbrówce w Warszawie mieszkała pani Chabrowa, Chabrowa po mężu, przed wojną wyjechała z Wileńszczyzny za pracą do Warszawy, tu poznała przyszłego męża, założyła rodzinę, wilniuczki znały się jeszcze od czasów przedwojennych, tylko jak ją odszukać na tej Dąbrówce po zmierzchu?
- To co, nie potrzebuje pani tego noclegu?! - dopytywała po raz kolejny poirytowana kobieta.
Genowefa zawahała się. Florcia ściśnęła mocno dłoń mamy, nieufnie wpatrując się w nagabującą je kobietę. Coś się dziecku w tej dorosłej nie podobało. Zaczęła ciągnąć mamę za rekę:
- Mamo, chodź, idziemy!
Genowefa nadal się zastanawiała.
- Przecież nie będzie pani słuchać dziecka! - coraz agresywniej napierała nagabywaczka.
- Mamo, chodź, idziemy!
Kobieta spiorunowała Florcię wściekłym spojrzeniem. Ale Genowefa uległa prośbom kilkuletniej córeczki. Postanowiła jednak szukać pani Chabrowej. Pojadą do Dąbrówki, i kogoś zapytają, może ktoś pomoże, a jeśli nie, to wrócą i w ostateczności przenocują na dworcu, a nad ranem wrócą do Białegostoku.
Wiedzione jakąś dobrą ręką odszukały - przy pomocy przypadkowo napotkanych osób - panią Chabrową. Pani Chabrowa była osobą serdeczną i życzliwą, rozmowną, więc cały wieczór i część nocy snuły z Genowefą długie rozmowy i wspomnienia.
Jakiś czas po tej wyprawie, do izdebki w domu przy ulicy Sienkiewicza w Białymstoku, na pogaduszki do Genowefy wpadła sąsiadka. Przyniosła jakąś gazetę, w której wyczytała o działającej w Warszawie szajce, która na dworcu kolejowym werbowała przyjezdnych na noclegi, a następnie ich rabowała, mordowała, a z ludzkich członków miała wyrabiać wędliny. Nigdy nie udało mi się znaleźć informacji potwierdzającej istnienie takiej grupy działającej w powojennej Warszawie. Możliwe, że to jedna z licznych istniejących niegdyś urban legends. Dziecko zapamiętało natomiast doskonale tę kobietę o wyjątkowo złych oczach, a tuż po tym wizytę sąsiadki, która przyszła do mamy z taką przerażającą informacją wyczytaną gdzieś w gazecie, i słowa mamy tuż po wyjściu owej sąsiadki:
- Mój ty mały aniołku.
piątek, 20 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 29 - początki nowego życia w Białymstoku, dzieciństwo.
Sanki ciągnęły się dość łatwo po udeptanym śniegu, którego w nocy dopadało dość sporo. Dziewczynka opatulona przez brata w futerko, ciepłą czapkę i gruby szalik, jeszcze trochę dosypiając, jechała na sankach z Sienkiewicza na Złotą do przedszkola. Kiedy mama była w pracy, brat odprowadzał młodszą siostrę do przedszkola.
- Żebym tylko nie zapomniał jej odebrać po lekcjach. Żebym tylko nie zapomniał...
Zdarzało mu się, że zapominał albo nie zdążył wrócić ze spotkania z kolegami, i trzeba było poczekać nieco dłużej. Gdy wszystkie dzieci poszły już z rodzicem do domu, dziewczynka cierpliwie czekała. Przedszkole mieściło się w kilku salach na parterze kamienicy z międzywojnia, należącej przed wojną do żydowskiego bankiera. Florci najbardziej utkwiło z tego czasu w pamięci zdarzenie, związane z jej imieniem, którego wówczas bardzo się wstydziła. Czekając na brata, zasmucona wciśnęła się w kąt sali, której okna wychodzą na ulicę Łąkową. Podeszła do niej wychowawczyni i łagodnie zapytała:
- Jak masz na imię?
- Florentyna na chrzcie świętym mi dano... - cicho, niepewnie, ale też niezwykle poważnie odpowiedziała dziewczynka.
- To bardzo ładne imię - uśmiechając się powiedziała pani przedszkolanka.
Od tego dnia dziecko przestało się krępować z powodu nadanego mu na chrzcie świętym imienia. To dobre wspomnienie z przedszkola, powracało w pamięci Florci za każdym razem, gdy przechodziła koło tej szarej, odrapanej dziś kamienicy na rogu Złotej i Łąkowej.
Ulicą Sienkiewicza czasem maszerowało wojsko na ćwiczenia na poligonie w lesie Pietrasze. Dziewczynka wystawała wówczas przy ulicy i wypatrywała taty, którego wciąż tak doskonale pamiętała. Co jakiś czas do rodziny docierały jakieś tajemnicze opowieści rozbudzające nadzieję. A to ktoś widział wysokiego mężczyznę, o ciemnych włosach, na dworcu w Białymstoku, który wypytywał o rodzinę przybyłą do Białegostoku z Wileńszczyzny, a to ktoś jeszcze zaginiony w czasie wojny powrócił po długim czasie nieobecności, choć najbliżsi już stracili nadzieję. Wierzono w pomoc PCK, chwytano się każdej możliwości, każdej historii, każdego skrawka nadziei. I widząc maszerujących żołnierzy, dziecko wybiegało przed dom na Sienkiewicza i uważnie przypatrywało się młodym mężczyznom w mundurach. A nuż wśród nich będzie tata.
Drewniany dom, w którym Gieni z dziećmi przyzielono izdebkę, groził w każdej chwili zawaleniem. Na górce mieszkała starsza kobieta, z pochodzenia Niemka. W XIX w. pojawiła się w Białymstoku spora społeczność niemiecka - fabrykanci, wykwalifikowani robotnicy, rodził się jeden z najsilniejszych ośrodków włókienniczych w cesarstwie. Na ulicy Wasilkowskiej założono cmentarz ewangelicki, przy Warszawskiej powstał zbór protestancki. Gdzieś niedaleko mieszkała też rodzina byłych volksdeutschów. Początkowo zostali aresztowani przez nowe władze, ale po interwencji znacznej grupy mieszkańców miasta, którzy poświadczali, że otrzymywali od nich wsparcie, podobno nawet ostrzeżenia przed możliwymi aresztowaniami, wszystkich z aresztu zwolniono. Niespotykany akt łaski.
Zabawy z dziećmi z sąsiednich podwórek w przepastnych ogrodach. Wieczorami czasem rozlegały się strzały. Na pobliskim przejeździe kolejowym w biały dzień zastrzelono działacza komunistycznego. Przy ulicy Wiśniowej w nocy strzelano któregoś razu do funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa.
Naprzeciw domu, po drugiej stronie ulicy Sienkiewicza, stała kamienica, w której na parterze mieścił się - jeszcze prywatny, zanim rozegrała się "bitwa o handel" - sklep spożywczy, do którego dzieci chodziły z mamą na zakupy. Dziś jest tu skwer, w którym w czasach PRL-u stał czołg.
Któregoś dnia Florcia musiała zostać sama w domu. Mama była w pracy, brat pobiegł nie wiadomo gdzie z kolegami. Dzień był deszczowy, szybko zrobiło się ciemno. Woda lała się z nieba strumieniami. Niespodziewanie jakiś człowiek zaczął się kręcić wokół domu, ciemna sylwetka, w kapturze nasuniętym na głowę tak, że nie było widać twarzy. Podchodził do okien i stukał w nie, z każdą chwilą coraz natarczywiej. Dziewczynka zgasiła palącą się lampkę. Niepokój zaczął narastać, mama wróci dopiero nad ranem, a brat nie wiadomo kiedy. Nieznajomy chodził od okna do okna i nie przestawał w nie stukać. Przypomniały się dziecku opowieści snute przez dorosłych o Cyganach, co to porywają dzieci. Nerwy były już napięte do granic możliwości. Dziecko nie wiedziało, co ma ze sobą począć. Było bliskie omdlenia ze strachu, gdy wtem zupełnie nieoczekiwanie w izdebce, za ustawionym na środku stołem, pojawiła się inna postać - wyraźnie dziecięca, choć Florcia nigdy nie potrafiła określić, czy był to chłopczyk czy dziewczynka. Dziecko o jasnych włosach, w niebieskiej bluzeczce lub sukience, które dziewczynka widziała zza tego stołu od pasa w górę. Przyjazny wyraz twarzy tego nieznajomego dziecięcego przybysza, jego spokojne, łagodne oczy, delikatny uśmiech, życzliwa obecność, i mimo, że nie wypowiedział ani słowa, sprawił, że Florcia się uspokoiła. Po chwili stukanie w okna ustało, paniczny strach zniknął w mgnieniu oka, tak jak też zniknęło to dziecko, a po niedługim czasie do domu wrócił brat.
- Żebym tylko nie zapomniał jej odebrać po lekcjach. Żebym tylko nie zapomniał...
Zdarzało mu się, że zapominał albo nie zdążył wrócić ze spotkania z kolegami, i trzeba było poczekać nieco dłużej. Gdy wszystkie dzieci poszły już z rodzicem do domu, dziewczynka cierpliwie czekała. Przedszkole mieściło się w kilku salach na parterze kamienicy z międzywojnia, należącej przed wojną do żydowskiego bankiera. Florci najbardziej utkwiło z tego czasu w pamięci zdarzenie, związane z jej imieniem, którego wówczas bardzo się wstydziła. Czekając na brata, zasmucona wciśnęła się w kąt sali, której okna wychodzą na ulicę Łąkową. Podeszła do niej wychowawczyni i łagodnie zapytała:
- Jak masz na imię?
- Florentyna na chrzcie świętym mi dano... - cicho, niepewnie, ale też niezwykle poważnie odpowiedziała dziewczynka.
- To bardzo ładne imię - uśmiechając się powiedziała pani przedszkolanka.
Od tego dnia dziecko przestało się krępować z powodu nadanego mu na chrzcie świętym imienia. To dobre wspomnienie z przedszkola, powracało w pamięci Florci za każdym razem, gdy przechodziła koło tej szarej, odrapanej dziś kamienicy na rogu Złotej i Łąkowej.
Ulicą Sienkiewicza czasem maszerowało wojsko na ćwiczenia na poligonie w lesie Pietrasze. Dziewczynka wystawała wówczas przy ulicy i wypatrywała taty, którego wciąż tak doskonale pamiętała. Co jakiś czas do rodziny docierały jakieś tajemnicze opowieści rozbudzające nadzieję. A to ktoś widział wysokiego mężczyznę, o ciemnych włosach, na dworcu w Białymstoku, który wypytywał o rodzinę przybyłą do Białegostoku z Wileńszczyzny, a to ktoś jeszcze zaginiony w czasie wojny powrócił po długim czasie nieobecności, choć najbliżsi już stracili nadzieję. Wierzono w pomoc PCK, chwytano się każdej możliwości, każdej historii, każdego skrawka nadziei. I widząc maszerujących żołnierzy, dziecko wybiegało przed dom na Sienkiewicza i uważnie przypatrywało się młodym mężczyznom w mundurach. A nuż wśród nich będzie tata.
Drewniany dom, w którym Gieni z dziećmi przyzielono izdebkę, groził w każdej chwili zawaleniem. Na górce mieszkała starsza kobieta, z pochodzenia Niemka. W XIX w. pojawiła się w Białymstoku spora społeczność niemiecka - fabrykanci, wykwalifikowani robotnicy, rodził się jeden z najsilniejszych ośrodków włókienniczych w cesarstwie. Na ulicy Wasilkowskiej założono cmentarz ewangelicki, przy Warszawskiej powstał zbór protestancki. Gdzieś niedaleko mieszkała też rodzina byłych volksdeutschów. Początkowo zostali aresztowani przez nowe władze, ale po interwencji znacznej grupy mieszkańców miasta, którzy poświadczali, że otrzymywali od nich wsparcie, podobno nawet ostrzeżenia przed możliwymi aresztowaniami, wszystkich z aresztu zwolniono. Niespotykany akt łaski.
Zabawy z dziećmi z sąsiednich podwórek w przepastnych ogrodach. Wieczorami czasem rozlegały się strzały. Na pobliskim przejeździe kolejowym w biały dzień zastrzelono działacza komunistycznego. Przy ulicy Wiśniowej w nocy strzelano któregoś razu do funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa.
Naprzeciw domu, po drugiej stronie ulicy Sienkiewicza, stała kamienica, w której na parterze mieścił się - jeszcze prywatny, zanim rozegrała się "bitwa o handel" - sklep spożywczy, do którego dzieci chodziły z mamą na zakupy. Dziś jest tu skwer, w którym w czasach PRL-u stał czołg.
Któregoś dnia Florcia musiała zostać sama w domu. Mama była w pracy, brat pobiegł nie wiadomo gdzie z kolegami. Dzień był deszczowy, szybko zrobiło się ciemno. Woda lała się z nieba strumieniami. Niespodziewanie jakiś człowiek zaczął się kręcić wokół domu, ciemna sylwetka, w kapturze nasuniętym na głowę tak, że nie było widać twarzy. Podchodził do okien i stukał w nie, z każdą chwilą coraz natarczywiej. Dziewczynka zgasiła palącą się lampkę. Niepokój zaczął narastać, mama wróci dopiero nad ranem, a brat nie wiadomo kiedy. Nieznajomy chodził od okna do okna i nie przestawał w nie stukać. Przypomniały się dziecku opowieści snute przez dorosłych o Cyganach, co to porywają dzieci. Nerwy były już napięte do granic możliwości. Dziecko nie wiedziało, co ma ze sobą począć. Było bliskie omdlenia ze strachu, gdy wtem zupełnie nieoczekiwanie w izdebce, za ustawionym na środku stołem, pojawiła się inna postać - wyraźnie dziecięca, choć Florcia nigdy nie potrafiła określić, czy był to chłopczyk czy dziewczynka. Dziecko o jasnych włosach, w niebieskiej bluzeczce lub sukience, które dziewczynka widziała zza tego stołu od pasa w górę. Przyjazny wyraz twarzy tego nieznajomego dziecięcego przybysza, jego spokojne, łagodne oczy, delikatny uśmiech, życzliwa obecność, i mimo, że nie wypowiedział ani słowa, sprawił, że Florcia się uspokoiła. Po chwili stukanie w okna ustało, paniczny strach zniknął w mgnieniu oka, tak jak też zniknęło to dziecko, a po niedługim czasie do domu wrócił brat.
poniedziałek, 16 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 28 - odnalezienie Floriana po 78 latach
6 marca 2023 roku, dwa dni po wypadku, kiedy naćpany, agresywny z wytatuowaną szyją facet, w czapce z daszkiem nasuniętej na oczy, staranował nas fordem focusem na legionowskich numerach, gdy staliśmy na czerwonym świetle, pół kilometra od domu, dochodziłem do siebie po doznaniu lekkiego skręcenia szyi. Tuż przed południem, po raz kolejny - na przestrzeni ostatnich kilku lat - wpisałem do internetowej bazy straty.pl hasło "Florian Szpak". Rok wcześniej pisałem do Biura Poszukiwań PCK, ponad 70 lat wcześniej do PCK pisała Genowefa, jakiś czas później Florentyna. Wolny dzień sprzyjał internetowym poszukiwaniom. Tym razem jednak zamiast informacji o braku poszukiwanego hasła, wyświetlił się rezultat wyszukiwania: "Florian Szpak, data śmierci 1945-03-12". Dreszcz emocji. Kliknięcie na nazwisko, otwiera się kolejna podstrona: "Dane osobowe: nazwisko - Szpak, imię - Florian, data śmierci: 1945-03-12. Informacje o prześladowaniach: nieustalony rodzaj represji. Ostatnie informacje o poszukiwanym: żołnierz frontowy ze wschodu, zmarł w szpitalu w Siedlcach. Źródło: Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej. Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Warszawie, IPN BU 3049/237 s. 161. Formularze do ksiąg zgonów z okresu okupacji. Powiat siedlecki. USC Siedlce.".
- Mamo! Znalazłem Dziadka!
- Jakiego Dziadka? O czym ty mówisz?
- Dziadka Floriana. Floriana Szpaka.
- Gdzie?
- W internecie. W bazie straty.pl
Głośno odczytałem wyszukane informacje. Tego dnia jakby zaczęło się nowe życie. Po latach niewiedzy, niepewności, tęsknoty. Dnia 6 marca 2023 roku dowiedzieliśmy się, że Florian zmarł 12 marca 1945 r., w szpitalu w Siedlcach. Po mamy policzkach popłynęły łzy. 4 marca, w dziewiątą rocznicę śmierci taty, oboje przeżyliśmy wypadek, w wyniku, którego mamie nic się nie stało mimo, że siedziała z tytułu, a ja mimo wrażenia - w momencie wyjątkowo silnego uderzenia - że za chwilę jego siła urwie mi głowę, skończyłem z lekkim skręceniem szyi, które nie kwalifikowało się nawet na kołnierz ortopedyczny. Policjanci, którzy przybyli na miejsce wypadku po kilku dobrych godzinach, widząc rozbity tył naszego auta, i całkowicie zgnieciony przód auta sprawcy, porzuconego, bo jego kierowca zbiegł pieszo ze swoją partnerką, zgodnie stwierdzili, że to właściwie cud, że nic się nam nie stało. A teraz, dwa dni po tym wypadku, kolejny jakby cud, kilka dni przed 78 rocznicą śmierci Floriana, w samotności, w szpitalu w Siedlcach.
Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to wpisać do wyszukiwarki hasło "kancelaria cmentarza w Siedlcach", zadzwonić, zapytać, podać imię, nazwisko, datę urodzenia, miejsce śmierci, okoliczności. W wyszukiwarce google momentalnie pojawiły się dane Kancelarii Zarządu Cmentarzy Katolickich w Siedlcach, adres, numer telefonu. Przy ulicy Piłsudskiego, obok kościoła pod wezwaniem świętego Stanisława Biskupa Męczennika, a więc mojego patrona z bierzmowania, tuż obok ulicy Floriańskiej, wszystko jakby mistycznie ścieśnione na niewielkiej przestrzeni, obok siebie. Chwytam za telefon, wybieram numer, sądząc po głosie odbiera młody mężczyzna, pokrótce opisuję sprawę, prosi bym zadzwonił za dwadzieścia minut, bo ma w tej chwili interesantów. Rozłączam się. Nie mija piętnaście minut, ktoś do mnie dzwoni. Oddzwania jak się okazuje ksiądz z kancelarii, zapamiętał dane Floriana, które w pośpiechu podałem, i zdążył już sprawdzić, Florian Szpak, urodzony w 1902 r. w Adamowcach, pochowany na wniosek szpitala 12 marca 1945 roku na Cmentarzu Janowskim w Siedlcach. A zatem skoro pochowany 12 marca, to musiał umrzeć wcześniej, może 9 marca, trzy dni przed dniem pochówku.
- Niech pan przyjedzie do kancelarii w dogodnym dla siebie terminie, zrobię panu kserokopię wpisu z księgi parafialnej.
Nie wiemy jaka była pogoda dnia 12 marca 1945 r., mszę pogrzebową odprawił ksiądz, pewnie razem z organistą odprowadził zmarłego na Cmentarz Janowski. Czy ktoś poza nimi uczestniczył w pochówku?
- Wie pan, to musiałby być cud, żeby ten grób się zachował. Od 1945 r. nikt się nim nie opiekował, nie opłacał.
Wszystkie zebrane na przestrzeni lat informacje zaczęły się układać w spójną całość. To dlatego w 1946 roku ktoś Genowefie w Mordach powiedział, że pamięta żołnierza o czarnych włosach, niebieskich oczach, wysokiego, który miał chore nogi i nie był w stanie chodzić. Mówił też o tym Jan i pan Pietuszko. Został wraz z innymi chorymi żołnierzami w Mordach, a po pewnym czasie trafił do szpitala w pobliskich Siedlcach - obie miejscowości dzieli od siebie odległość 20 kilometrów. Ale tego w roku 1946 Genowefie już nie udało się ustalić. Pojechała sama z Białegostoku do Mord, wypytywała przypadkowo spotykane osoby o swego męża. Nikt nie wiedział co się z nim stało, nikt nie powiedział, że wysłano go do siedleckiego szpitala. Nad zdeterminowaną kobietą zlitował się miejscowy kolejarz, razem ze swoją żoną pomagał zbierać informacje o zaginionym, przygarnęli ją na noc pod swój dach i żachnęli się, gdy chciała im zapłacić za gościnę.
Na początku lat 50-tych białostocki sąd rejonowy wydał postanowienie o uznaniu Floriana za zmarłego. Z dokumentu wynikało, że zginął w 1945 r. przy forsowaniu Nysy Łużyckiej, przy czym błędnie zapisano nazwę rzeki - Nissy. Zapewne wydawał je sowiecki funkcjonariusz w polskim mundurze. Później jeszcze do PCK pisała Genowefa, a po pewnym odstępie czasu Florcia, niestety żadnych informacji nie uzyskały. Ile zaś były warte sądowe ustalenia pokazał rok 2023.
- Mamo! Znalazłem Dziadka!
- Jakiego Dziadka? O czym ty mówisz?
- Dziadka Floriana. Floriana Szpaka.
- Gdzie?
- W internecie. W bazie straty.pl
Głośno odczytałem wyszukane informacje. Tego dnia jakby zaczęło się nowe życie. Po latach niewiedzy, niepewności, tęsknoty. Dnia 6 marca 2023 roku dowiedzieliśmy się, że Florian zmarł 12 marca 1945 r., w szpitalu w Siedlcach. Po mamy policzkach popłynęły łzy. 4 marca, w dziewiątą rocznicę śmierci taty, oboje przeżyliśmy wypadek, w wyniku, którego mamie nic się nie stało mimo, że siedziała z tytułu, a ja mimo wrażenia - w momencie wyjątkowo silnego uderzenia - że za chwilę jego siła urwie mi głowę, skończyłem z lekkim skręceniem szyi, które nie kwalifikowało się nawet na kołnierz ortopedyczny. Policjanci, którzy przybyli na miejsce wypadku po kilku dobrych godzinach, widząc rozbity tył naszego auta, i całkowicie zgnieciony przód auta sprawcy, porzuconego, bo jego kierowca zbiegł pieszo ze swoją partnerką, zgodnie stwierdzili, że to właściwie cud, że nic się nam nie stało. A teraz, dwa dni po tym wypadku, kolejny jakby cud, kilka dni przed 78 rocznicą śmierci Floriana, w samotności, w szpitalu w Siedlcach.
Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to wpisać do wyszukiwarki hasło "kancelaria cmentarza w Siedlcach", zadzwonić, zapytać, podać imię, nazwisko, datę urodzenia, miejsce śmierci, okoliczności. W wyszukiwarce google momentalnie pojawiły się dane Kancelarii Zarządu Cmentarzy Katolickich w Siedlcach, adres, numer telefonu. Przy ulicy Piłsudskiego, obok kościoła pod wezwaniem świętego Stanisława Biskupa Męczennika, a więc mojego patrona z bierzmowania, tuż obok ulicy Floriańskiej, wszystko jakby mistycznie ścieśnione na niewielkiej przestrzeni, obok siebie. Chwytam za telefon, wybieram numer, sądząc po głosie odbiera młody mężczyzna, pokrótce opisuję sprawę, prosi bym zadzwonił za dwadzieścia minut, bo ma w tej chwili interesantów. Rozłączam się. Nie mija piętnaście minut, ktoś do mnie dzwoni. Oddzwania jak się okazuje ksiądz z kancelarii, zapamiętał dane Floriana, które w pośpiechu podałem, i zdążył już sprawdzić, Florian Szpak, urodzony w 1902 r. w Adamowcach, pochowany na wniosek szpitala 12 marca 1945 roku na Cmentarzu Janowskim w Siedlcach. A zatem skoro pochowany 12 marca, to musiał umrzeć wcześniej, może 9 marca, trzy dni przed dniem pochówku.
- Niech pan przyjedzie do kancelarii w dogodnym dla siebie terminie, zrobię panu kserokopię wpisu z księgi parafialnej.
Nie wiemy jaka była pogoda dnia 12 marca 1945 r., mszę pogrzebową odprawił ksiądz, pewnie razem z organistą odprowadził zmarłego na Cmentarz Janowski. Czy ktoś poza nimi uczestniczył w pochówku?
- Wie pan, to musiałby być cud, żeby ten grób się zachował. Od 1945 r. nikt się nim nie opiekował, nie opłacał.
Wszystkie zebrane na przestrzeni lat informacje zaczęły się układać w spójną całość. To dlatego w 1946 roku ktoś Genowefie w Mordach powiedział, że pamięta żołnierza o czarnych włosach, niebieskich oczach, wysokiego, który miał chore nogi i nie był w stanie chodzić. Mówił też o tym Jan i pan Pietuszko. Został wraz z innymi chorymi żołnierzami w Mordach, a po pewnym czasie trafił do szpitala w pobliskich Siedlcach - obie miejscowości dzieli od siebie odległość 20 kilometrów. Ale tego w roku 1946 Genowefie już nie udało się ustalić. Pojechała sama z Białegostoku do Mord, wypytywała przypadkowo spotykane osoby o swego męża. Nikt nie wiedział co się z nim stało, nikt nie powiedział, że wysłano go do siedleckiego szpitala. Nad zdeterminowaną kobietą zlitował się miejscowy kolejarz, razem ze swoją żoną pomagał zbierać informacje o zaginionym, przygarnęli ją na noc pod swój dach i żachnęli się, gdy chciała im zapłacić za gościnę.
Na początku lat 50-tych białostocki sąd rejonowy wydał postanowienie o uznaniu Floriana za zmarłego. Z dokumentu wynikało, że zginął w 1945 r. przy forsowaniu Nysy Łużyckiej, przy czym błędnie zapisano nazwę rzeki - Nissy. Zapewne wydawał je sowiecki funkcjonariusz w polskim mundurze. Później jeszcze do PCK pisała Genowefa, a po pewnym odstępie czasu Florcia, niestety żadnych informacji nie uzyskały. Ile zaś były warte sądowe ustalenia pokazał rok 2023.
piątek, 13 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 27 - bolesna nauka rozstania, układanie życia na nowo i poszukiwania Floriana
Bujny ogród, drzewa owocowe - wiśnie, śliwy, jabłonie, grządki warzywne, kwietne, malwy pod oknami, maliny, krzewy porzeczek, wysokie trawy, prawie tak jak w Adamowcach, tylko dom dużo większy i dużo starszy, właściwie w każdej chwili zagrożony runięciem, i zamieszkany przez kilka rodzin. Genowefa nie zwlekając rozpoczęła poszukiwania pracy, Oswaldkowi trzeba było znaleźć szkołę, Florci jeszcze przedszkole, ale rzeczą najważniejszą było dowiedzieć się co się dzieje z Florianem. Jan powiedział, że rozstali się w Mordach koło Siedlec. Gdy z panem Pietuszko odjeżdżali do Białegostoku, Florian już chorował, miał unieruchomione nogi, nie mógł chodzić, a czasu minęło sporo od dnia, w którym widzieli się po raz ostatni. By wyruszyć do Mord potrzebne były środki finansowe na podróż, były one też niezbędne do zaspokajania codziennych życiowych potrzeb. Konieczne zatem stało się sprzedanie krówki Wilniuczki, jak ją nazywała Genowefa. Zwierzątko, które przebyło razem z nimi tak długą i znojną drogę, nabył rolnik z Bagnówki. Dziś Bagnówka jest dzielnicą Białegostoku, wówczas była podmiejską wsią tuż za Wygodą, nie tak znowuż odległą od ulicy Sienkiewicza, choć kilka dobrych kilometrów te miejsca od siebie dzieliło. Rozłąka z wiernym, kochanym zwierzęciem nie obyła się bez łez, najmocniej przeżyły ją dzieci, ale i Genowefa nie potrafiła ukryć swoich uczuć, choć starała się jak mogła trzymać fason przed córeczką i synem.
Następnego dnia po dokonanej transakcji, o poranku, do mieszkanka przybyszów z Wileńszczyzny wkroczyła sąsiadka głośno oznajmiając:
- Pani Szpakowa, pani Szpakowa, pani krówka stoi w ogrodzie!
Jakaż była radość i zdziwienie trojga. Wszyscy w jednej chwili wybiegli na podwórko i spostrzegli stojącą jakby nigdy nic Wilniuczkę, skubiącą sobie spokojnie soczystą trawę. Okazało się, że zwierzę samo, w sobie tylko znany sposób, wróciło do swoich prawowitych - jak uważało - gospodarzy, najwyraźniej zapamiętało drogę, którą prowadził ją nabywca i korzystając z wolności na bagnowskim pastwisku postanowiło powrócić do tych, których na swój zwierzęcy sposób tak mocno kochało, i przez których musiało się też czuć kochane. Radość nie trwała jednak długo, Genowefa po początkowej radości z tego cudownego powrotu, zamyśliła się, posmutniała i stwierdziła, że sprzedaż została dokonana, otrzymała żądaną cenę, pieniędzy nie mogła zwrócić, i po krótkotrwałej euforii musiała przekonać dzieci, że krówkę trzeba będzie odprowadzić do jej nowego gospodarza. To już kolejne bolesne rozstanie, wyciskająca łzy nauka rezygnacji, trudna lekcja ofiary i poświęcenia, a zarazem dotrzymywania umów i uczciwości, radości, po której nastaje ból i smutek. Dla sześcioletniej dziewczynki i trzynastoletniego chłopaka to zdarzenie stanowiło kolejne niezwykle traumatyczne przeżycie.
Dość sprawnie udało się natomiast Genowefie znaleźć pracę w fabryce włókienniczej przy ulicy Włókienniczej, dawniej Białostoczańskiej. Białystok w czasie zaborów stał się drugim po Łodzi istotnym ośrodkiem przemysłu włókienniczego w granicach imperium carskiego. Część fabryk włókienniczych, powstałych w XIX w., funkcjonowała jeszcze przez długie lata po zakończeniu drugiej wojny. Praca była ciężka, na zmiany. W czasie nocnej zmiany, dzieci musiały zostawać same w domu. Zanim Genowefa poszła do pracy, udało się znaleźć szkołę dla Oswaldka, a dla Florci przedszkole przy ulicy Złotej, mieszczące się w murowanej kamienicy z okresu międzywojennego, istniejącej po dziś dzień. Wszystko powoli zaczęło się układać. Brakowało jedynie męża i ojca. Trzydziestopięcioletniej kobiecie, samotnie wychowującej dwójkę dzieci, pracującej fizycznie w fabryce w dzień, w nocy, nie było łatwo związać koniec z końcem, lecz wiedziała, że musi odszukać zaginionego Floriana, i wychować dwójkę ukochanych dzieci. Gdy już załatwiła wszystkie najważniejsze sprawy i twardo stanęła na nogach, pewnego dnia zostawiwszy dzieci pod opieką Jana i jego żony Wincenty, wyruszyła w drogę do Mord, gdzie po raz ostatni był Florian widziany. Dziś odległość 130 kilometrów dzieląca Białystok od Mord jest śmiesznie łatwą do pokonania, lecz w czasach powojennych nie była to taka prosta wyprawa.
Następnego dnia po dokonanej transakcji, o poranku, do mieszkanka przybyszów z Wileńszczyzny wkroczyła sąsiadka głośno oznajmiając:
- Pani Szpakowa, pani Szpakowa, pani krówka stoi w ogrodzie!
Jakaż była radość i zdziwienie trojga. Wszyscy w jednej chwili wybiegli na podwórko i spostrzegli stojącą jakby nigdy nic Wilniuczkę, skubiącą sobie spokojnie soczystą trawę. Okazało się, że zwierzę samo, w sobie tylko znany sposób, wróciło do swoich prawowitych - jak uważało - gospodarzy, najwyraźniej zapamiętało drogę, którą prowadził ją nabywca i korzystając z wolności na bagnowskim pastwisku postanowiło powrócić do tych, których na swój zwierzęcy sposób tak mocno kochało, i przez których musiało się też czuć kochane. Radość nie trwała jednak długo, Genowefa po początkowej radości z tego cudownego powrotu, zamyśliła się, posmutniała i stwierdziła, że sprzedaż została dokonana, otrzymała żądaną cenę, pieniędzy nie mogła zwrócić, i po krótkotrwałej euforii musiała przekonać dzieci, że krówkę trzeba będzie odprowadzić do jej nowego gospodarza. To już kolejne bolesne rozstanie, wyciskająca łzy nauka rezygnacji, trudna lekcja ofiary i poświęcenia, a zarazem dotrzymywania umów i uczciwości, radości, po której nastaje ból i smutek. Dla sześcioletniej dziewczynki i trzynastoletniego chłopaka to zdarzenie stanowiło kolejne niezwykle traumatyczne przeżycie.
Dość sprawnie udało się natomiast Genowefie znaleźć pracę w fabryce włókienniczej przy ulicy Włókienniczej, dawniej Białostoczańskiej. Białystok w czasie zaborów stał się drugim po Łodzi istotnym ośrodkiem przemysłu włókienniczego w granicach imperium carskiego. Część fabryk włókienniczych, powstałych w XIX w., funkcjonowała jeszcze przez długie lata po zakończeniu drugiej wojny. Praca była ciężka, na zmiany. W czasie nocnej zmiany, dzieci musiały zostawać same w domu. Zanim Genowefa poszła do pracy, udało się znaleźć szkołę dla Oswaldka, a dla Florci przedszkole przy ulicy Złotej, mieszczące się w murowanej kamienicy z okresu międzywojennego, istniejącej po dziś dzień. Wszystko powoli zaczęło się układać. Brakowało jedynie męża i ojca. Trzydziestopięcioletniej kobiecie, samotnie wychowującej dwójkę dzieci, pracującej fizycznie w fabryce w dzień, w nocy, nie było łatwo związać koniec z końcem, lecz wiedziała, że musi odszukać zaginionego Floriana, i wychować dwójkę ukochanych dzieci. Gdy już załatwiła wszystkie najważniejsze sprawy i twardo stanęła na nogach, pewnego dnia zostawiwszy dzieci pod opieką Jana i jego żony Wincenty, wyruszyła w drogę do Mord, gdzie po raz ostatni był Florian widziany. Dziś odległość 130 kilometrów dzieląca Białystok od Mord jest śmiesznie łatwą do pokonania, lecz w czasach powojennych nie była to taka prosta wyprawa.
piątek, 6 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 26 - przyjazd do Białegostoku, układanie życia na nowo
Z Krakowa trzeba było dostać się do Łodzi. W Łodzi przy Piotrkowskiej rozlokował się Państwowy Urząd Repatriacyjny, w którym należało załatwić wszelkie formalności związane z przyjazdem do nowej Polski. Dzięki wsparciu UNRRY (UNRRA - United Nations Relief and Rehabilitation Administration - Administracja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy; organizacja niosąca pomoc krajom spustoszonym przez wojnę) PUR pomagał finansowo i materialnie tym wszystkim, którzy zmuszeni byli opuścić rodzinne strony, bo te zostały wcielone do ZSRR. Nie był to jeszcze czas nasilonych represji wobec ludności cywilnej, nowa władza nie mogła i nie była w stanie walczyć na wielu frontach jednocześnie. Genowefa uważała, że będąc na terytorium Polski, w samym jej sercu, jej i dzieciom nic już nie zagraża, nie ma tu priedsiedatieli w skórzanych płaszczach grożących pistoletami, nie ma wszechobecnego NKWD, podejrzanych Serafinów, donosicieli, których tak bolała jakaś skromna bryczka, garnitur i kapelusz Floriana. Dowiedziała się natomiast, że rodzony brat jej męża został zwolniony z wojska i skierowany do pracy w straży banku w Białymstoku. Otrzymał służbowe mieszkanie, w którym zamieszkał z żoną i dwójką dzieci. Białystok był na ten czas dobrą lokalizacją, oczywiście przejściową. Nigdy nie robił na Genowefie dobrego wrażenia, znała to miasto jedynie zza okien pociągu. W drodze z Wilna do Warszawy, pociąg zatrzymywał się na stacji w Białymstoku. Sprawiał wrażenie miasta ponurego, typowo fabrycznego. Nigdy wcześniej nie mieli w nim krewnych, znajomych, żadnych spraw do załatwienia. Ale teraz okoliczności sprawiły, że stał się miejscem idealnym do zamieszkania. Raz, że brat Floriana mógłby im pomóc, a dwa - będzie stąd już blisko do Wilna, i gdy sytuacja w Polsce i na świecie się unormuje, można będzie sprawnie i szybko powrócić do Adamowców. Zatem - kierunek Białystok. Z pomocą PUR i UNRRY.
Znowu stukot kół, długa jazda pociągiem, przez zburzoną Warszawę, i przyjazd nad ranem do Białegostoku. Dwoje dzieci, tobołki, worek z mąką, a w nim posrebrzany krucyfiks, żywot świętej Genowefy zwinięty w rulon, i wierna, łagodna krówka żywicielka. Trzeba było jeszcze tylko przemaszerować przez gruzowiska do urzędu na Warszawskiej, tam okazać dokumenty i czekać na przydział jakiegoś dachu nad głową. Na ulicy Warszawskiej mieścił się też w przedwojennej kamienicy bank, do pracy w którym skierowano Jana. Okazała kamienica i obok, w podwórzu, piętrowy budynek mieszkalny dla pracowników banku. Tuż za nim zielone i pachnące owocami, warzywami i ziołami późnego lata ogrody ciągnące się do rzeki Białej. Białystok był wówczas miastem zrujnowanym, zniszczonym w ponad osiemdziesięciu procentach. Ocalały nieliczne kamienice i część drewnianej zabudowy. Trasa tej dziwnej wędrówki wiodła więc przez zwaliska gruzów, przetykane murowanymi i drewnianymi ocaleńcami, ogrodami, drzewami, łapczywie wdzierającą się - gdzie się tylko dało - bujną zielenią traw, krzaków, wielobarwnych dzikich kwiatów.
Ówczesna administracja cywilna działała mimo wszystko sprawnie. Nie zachowały się żadne opowieści o konieczności koczowania gdzieś pod gołym niebem. Niepełna rodzina z odległych Adamowców otrzymała skromną izdebkę z kuchnią w drewnianym domu wzniesionym z podkładów kolejowych może pod koniec XIX, a może na początku XX w., przy ulicy Sienkiewicza. Dziś w tym miejscu rozłożył się całkiem przyjemny skwer z okazałymi drzewami, w cieniu których można szukać ochłody w upalne dni, a za plecami mieć Muzeum Pamięci Sybiru w dawnych magazynach wojskowych. Tuż po wojnie stały tu drewniane domy w otoczeniu sporych ogrodów. Nieopodal, w jednym z takich ogrodów, leżał wysoki komin huty szkła, zbombardowanej w lipcu 1944 r. przez sowietów, podobno omyłkowo, mieli bombardować inną hutę, przy ulicy Ryskiej, a trafili w tę niewielką, na czyjejś prywatnej posesji. Duży ogród przy domu zapewniał pożywienie krówce. W pozostałych izbach mieszkali przedwojenni jeszcze mieszkańcy tego domu. Należało teraz stopniowo układać życie na nowo, zdobyć jakieś wiadomości o Florianie, wszak wojna się już dawno skończyła, a nie ma o nim żadnych wieści, znaleźć pracę, posłać dzieci do szkoły, i zdać się całkowicie na Boga.
Znowu stukot kół, długa jazda pociągiem, przez zburzoną Warszawę, i przyjazd nad ranem do Białegostoku. Dwoje dzieci, tobołki, worek z mąką, a w nim posrebrzany krucyfiks, żywot świętej Genowefy zwinięty w rulon, i wierna, łagodna krówka żywicielka. Trzeba było jeszcze tylko przemaszerować przez gruzowiska do urzędu na Warszawskiej, tam okazać dokumenty i czekać na przydział jakiegoś dachu nad głową. Na ulicy Warszawskiej mieścił się też w przedwojennej kamienicy bank, do pracy w którym skierowano Jana. Okazała kamienica i obok, w podwórzu, piętrowy budynek mieszkalny dla pracowników banku. Tuż za nim zielone i pachnące owocami, warzywami i ziołami późnego lata ogrody ciągnące się do rzeki Białej. Białystok był wówczas miastem zrujnowanym, zniszczonym w ponad osiemdziesięciu procentach. Ocalały nieliczne kamienice i część drewnianej zabudowy. Trasa tej dziwnej wędrówki wiodła więc przez zwaliska gruzów, przetykane murowanymi i drewnianymi ocaleńcami, ogrodami, drzewami, łapczywie wdzierającą się - gdzie się tylko dało - bujną zielenią traw, krzaków, wielobarwnych dzikich kwiatów.
Ówczesna administracja cywilna działała mimo wszystko sprawnie. Nie zachowały się żadne opowieści o konieczności koczowania gdzieś pod gołym niebem. Niepełna rodzina z odległych Adamowców otrzymała skromną izdebkę z kuchnią w drewnianym domu wzniesionym z podkładów kolejowych może pod koniec XIX, a może na początku XX w., przy ulicy Sienkiewicza. Dziś w tym miejscu rozłożył się całkiem przyjemny skwer z okazałymi drzewami, w cieniu których można szukać ochłody w upalne dni, a za plecami mieć Muzeum Pamięci Sybiru w dawnych magazynach wojskowych. Tuż po wojnie stały tu drewniane domy w otoczeniu sporych ogrodów. Nieopodal, w jednym z takich ogrodów, leżał wysoki komin huty szkła, zbombardowanej w lipcu 1944 r. przez sowietów, podobno omyłkowo, mieli bombardować inną hutę, przy ulicy Ryskiej, a trafili w tę niewielką, na czyjejś prywatnej posesji. Duży ogród przy domu zapewniał pożywienie krówce. W pozostałych izbach mieszkali przedwojenni jeszcze mieszkańcy tego domu. Należało teraz stopniowo układać życie na nowo, zdobyć jakieś wiadomości o Florianie, wszak wojna się już dawno skończyła, a nie ma o nim żadnych wieści, znaleźć pracę, posłać dzieci do szkoły, i zdać się całkowicie na Boga.
czwartek, 5 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 25 - długo wyczekiwana granica
Szarpnęło gwałtownie wagonem i zaczęło się hamowanie. Albo kolejny nieoczekiwany postój albo kontrola i granica. Po wielu dniach męczącej jazdy należało się spodziewać najtrudniejszego momentu tej wymuszonej podróży. Pociąg stanął w polu, otworzyły się drzwi drewnianych wagonów, z których wysypał się tłum ludzi. W zasięgu wzroku pojawili się skośnoocy żołnierze w szynelach, budionnówkach z czerwonymi pięcioramiennymi gwiazdami, w dłoniach paski, a na nich karabiny z zatkniętymi bagnetami. Czyli to jednak już. Granica. Dzieci odczuwały i rozumiały grozę sytuacji. Jeszcze silniej czuła ją i rozumiała Genowefa. Ufność we wstawiennictwo Matki z Ostrej Bramy była jednak niezachwiana, drogi odwrotu już nie było.
Dzień był słoneczny i ciepły. Rozpoczęła się kontrola dokumentów. Zanosiło się na wyjątkowo długi i pełen nerwów postój. Sowieci w swoim wykonywaniu obowiązków byli całkowicie nieprzewidywalni - albo nad wyraz dociekliwi i precyzyjni albo skrajnie niedbali i niedokładni. Dokumenty nie były sfałszowane, nie były podrabiane, należały jedynie do całkowicie obcych im osób, zbliżonych jedynie wiekowo, z którymi nie łączyło ich żadne pokrewieństwo, a podobieństwo fizyczne w rysach twarzy nie było uderzające. Jakby na to nie patrzeć, jednak ucieczka, oszustwo, które gdyby zostało wykryte, oznaczłoby jedno - drogę na wschód, więzienie, wywózkę. Przyszła na nich kolej. Genowefa z duszą na ramieniu, mgiełką przed oczami, na nogach z waty, stała resztkami sił, podtrzymywana jakąś niewidzialną siłą, gdy sołdat zerkał w dokumenty. Jego twarz bez wyrazu, nieobliczalna. Minuty ciągnące się w nieskończoność. Matko Boska Ostrobramska, ratuj!
Uratowała. Droga do Polski stoi otworem!
Gdy wydawało się, że już po wszystkim, że można wracać do wagonów, nagle powietrze przeszył nieludzki krzyk. Odruchowo głowy zebranych odwróciły się w stronę, z której dobiegł ten przeszywający serce i duszę dźwięk. Skośnoocy żołdacy w budionnówkach rozdzielali dwie kobiety - młodszą, w wieku lat około dwudziestu, i starszą - na oko lat około pięćdziesięciu. Kobiety nie pozowalały się rozłączyć, krzyczały, płakały, próbowały schwycić się dłońmi, co tylko rozwścieczyło oprawców, którzy zaczęli je okładać kolbami karabinów, po całym ciele, jak rzeczy powalili je na ziemię i bili kolbami po głowach. Tryskająca z zadawanych ran krew wymieszana z łzami rozmazała się na ich twarzach tak, że nie było widać oczu, ust, rysów twarzy. Ten obraz zapadł małej Florci tak silnie w pamięć, że nie była w stanie od niego się uwolnić. Ale wówczas Genowefa momentalnie odwróciła dziewczynkę plecami do tej okrutnej sceny, wtuliła w siebie, mocno przycisnęła jej główkę osłaniając ją dłońmi.
Po niedługim czasie pociąg ruszył dalej, już tylko metry dzieliły go od Polski. Po miesiącu wyczerpującej fizycznie, a jeszcze bardziej psychicznie podróży dotarł do Krakowa. Genowefa jednak nie zamierzała osiedlać się w Krakowie. W Adamowcach został dom i gospodarstwo, bracia pozostali w Krukwoszczyźnie, im - tak jak i wielu innym - wydawało się, że to całe zamieszanie z granicami jest tymczasowe, nie było ich na liście do wywózki, nie widzieli więc żadnego powodu, by opuszczać swoje rodzinne strony. W myślach Gieni zarysował się natomiast plan, by poszukać miejsca do życia gdzieś bliżej granicy, skąd byłoby bliżej do Adamowców.
Dzień był słoneczny i ciepły. Rozpoczęła się kontrola dokumentów. Zanosiło się na wyjątkowo długi i pełen nerwów postój. Sowieci w swoim wykonywaniu obowiązków byli całkowicie nieprzewidywalni - albo nad wyraz dociekliwi i precyzyjni albo skrajnie niedbali i niedokładni. Dokumenty nie były sfałszowane, nie były podrabiane, należały jedynie do całkowicie obcych im osób, zbliżonych jedynie wiekowo, z którymi nie łączyło ich żadne pokrewieństwo, a podobieństwo fizyczne w rysach twarzy nie było uderzające. Jakby na to nie patrzeć, jednak ucieczka, oszustwo, które gdyby zostało wykryte, oznaczłoby jedno - drogę na wschód, więzienie, wywózkę. Przyszła na nich kolej. Genowefa z duszą na ramieniu, mgiełką przed oczami, na nogach z waty, stała resztkami sił, podtrzymywana jakąś niewidzialną siłą, gdy sołdat zerkał w dokumenty. Jego twarz bez wyrazu, nieobliczalna. Minuty ciągnące się w nieskończoność. Matko Boska Ostrobramska, ratuj!
Uratowała. Droga do Polski stoi otworem!
Gdy wydawało się, że już po wszystkim, że można wracać do wagonów, nagle powietrze przeszył nieludzki krzyk. Odruchowo głowy zebranych odwróciły się w stronę, z której dobiegł ten przeszywający serce i duszę dźwięk. Skośnoocy żołdacy w budionnówkach rozdzielali dwie kobiety - młodszą, w wieku lat około dwudziestu, i starszą - na oko lat około pięćdziesięciu. Kobiety nie pozowalały się rozłączyć, krzyczały, płakały, próbowały schwycić się dłońmi, co tylko rozwścieczyło oprawców, którzy zaczęli je okładać kolbami karabinów, po całym ciele, jak rzeczy powalili je na ziemię i bili kolbami po głowach. Tryskająca z zadawanych ran krew wymieszana z łzami rozmazała się na ich twarzach tak, że nie było widać oczu, ust, rysów twarzy. Ten obraz zapadł małej Florci tak silnie w pamięć, że nie była w stanie od niego się uwolnić. Ale wówczas Genowefa momentalnie odwróciła dziewczynkę plecami do tej okrutnej sceny, wtuliła w siebie, mocno przycisnęła jej główkę osłaniając ją dłońmi.
Po niedługim czasie pociąg ruszył dalej, już tylko metry dzieliły go od Polski. Po miesiącu wyczerpującej fizycznie, a jeszcze bardziej psychicznie podróży dotarł do Krakowa. Genowefa jednak nie zamierzała osiedlać się w Krakowie. W Adamowcach został dom i gospodarstwo, bracia pozostali w Krukwoszczyźnie, im - tak jak i wielu innym - wydawało się, że to całe zamieszanie z granicami jest tymczasowe, nie było ich na liście do wywózki, nie widzieli więc żadnego powodu, by opuszczać swoje rodzinne strony. W myślach Gieni zarysował się natomiast plan, by poszukać miejsca do życia gdzieś bliżej granicy, skąd byłoby bliżej do Adamowców.
środa, 4 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 24 - przez Wilno na zachód
Wiadomo, że były to bydlęce wagony i był to długi skład ciągnięty przez dwie lokomotywy. Dni jeszcze utrzymwały się ciepłe i długie. Dziewczynka zapamiętała postój w Wilnie. Z dworca kolejowego był już tylko rzut kamieniem do Ostrej Bramy. Mama wzięła córeczkę za rękę i poszły razem tak dobrze znanymi Genowefie uliczkami. Nikt wówczas nie zakładał, że będzie to wyjazd na zawsze, bez możliwości powrotu, wszystko wokół wydawało się tymczasowe, przejściowe, chaotyczne, trzeba się było ratować przed wywózką w głąb złowrogiego państwa, ale sytuacja się przecież w końcu ustabilizuje, wszystko wróci do normy i być może rację ma Władek, twierdząc, że tu była i będzie Polska. Trzeba jedynie przetrwać ten czas zamętu, wojennej zawieruchy, szaleństwa wywózek, zmiany granic, rozdzielania rodzin.
- Mamo, to w końcu ile jest tych Matek Boskich?
- Jedna dziecko, jedna.
- Ale przecież w Wilnie, w Częstochowie, w Warszawie...
- To nic, Matka Boska jest jedna, tylko w każdym miejscu inaczej namalowana, inaczej ubrana.
Ta w pozłacanej sukience, z promieniami i gwiazdkami wokół głowy, w okazałej koronie, z dłońmi skrzyżowanymi na piersi, o zamyślonym wyrazie twarzy, spoglądająca z troską i uważnością na klęczącą przed Nią sześcioletnią Florcię, przypadła dziecku do gustu najbardziej i tak już pozostanie.
Czasu nie było za dużo, nigdy nie wiadomo, jak długo skład będzie stał na stacji. Pierwszeństwo miały pociągi wojskowe. Wojna się już niby skończyła, ale ruch w jedną i drugą stronę trwał w najlepsze. Wywożenie wszelkiego rodzaju łupów wojennych musiało przebiegać sprawnie, transporty cywilne nie miały w tym powojennym ruchu większego znaczenia.
Zdążyły w samą porę. Oswaldek dzielnie pilnował dobytku. Pociąg ruszył na południowy zachód. Jechali przed siebie, nie znając właściwie celu tej wymuszonej podróży.
Postoje zdarzały się przeważnie w szczerym polu. Był to czas na wykarmienie przewożonych zwierząt na łąkąch przylegających do torów. Nikt precyzjnie nie określał czasu takiego postoju. Trzeba było się wzajemnie pilnować, by ktoś nie odszedł za daleko, by zwierzęta się nie rozproszyły, i by kogoś z towarzyszy tej wędrówki nie pozostawić na pastwę losu, bo w razie zagubienia jak się później odnaleźć?
Miarowy stukot kół wagonów, uchylone lekko drzwi, by zachować ruch powietrza, jazda w dzień, jazda nocą, i obawa, by jednak ktoś się nie zorientował, że jadą na nieswoich dokumentach, by nikt tym przeklętym papierom zbyt dociekliwie się nie przyglądał. Z każdym dniem niepokój jednak narastał, z każdą godziną, minutą zbliżali się nieuchronnie do tej widmowej granicy, na której na pewno dokumenty jakiś sołdat będzie sprawdzał. Niech ona już w końcu się pojawi! Mieć to już ją za sobą! Być w tej innej Polsce, co prawda nie w Adamowcach, nie w Wilnie, ale jednak między swoimi, to prawie jak u siebie, i odetchnąć z ulgą.
- Mamo, to w końcu ile jest tych Matek Boskich?
- Jedna dziecko, jedna.
- Ale przecież w Wilnie, w Częstochowie, w Warszawie...
- To nic, Matka Boska jest jedna, tylko w każdym miejscu inaczej namalowana, inaczej ubrana.
Ta w pozłacanej sukience, z promieniami i gwiazdkami wokół głowy, w okazałej koronie, z dłońmi skrzyżowanymi na piersi, o zamyślonym wyrazie twarzy, spoglądająca z troską i uważnością na klęczącą przed Nią sześcioletnią Florcię, przypadła dziecku do gustu najbardziej i tak już pozostanie.
Czasu nie było za dużo, nigdy nie wiadomo, jak długo skład będzie stał na stacji. Pierwszeństwo miały pociągi wojskowe. Wojna się już niby skończyła, ale ruch w jedną i drugą stronę trwał w najlepsze. Wywożenie wszelkiego rodzaju łupów wojennych musiało przebiegać sprawnie, transporty cywilne nie miały w tym powojennym ruchu większego znaczenia.
Zdążyły w samą porę. Oswaldek dzielnie pilnował dobytku. Pociąg ruszył na południowy zachód. Jechali przed siebie, nie znając właściwie celu tej wymuszonej podróży.
Postoje zdarzały się przeważnie w szczerym polu. Był to czas na wykarmienie przewożonych zwierząt na łąkąch przylegających do torów. Nikt precyzjnie nie określał czasu takiego postoju. Trzeba było się wzajemnie pilnować, by ktoś nie odszedł za daleko, by zwierzęta się nie rozproszyły, i by kogoś z towarzyszy tej wędrówki nie pozostawić na pastwę losu, bo w razie zagubienia jak się później odnaleźć?
Miarowy stukot kół wagonów, uchylone lekko drzwi, by zachować ruch powietrza, jazda w dzień, jazda nocą, i obawa, by jednak ktoś się nie zorientował, że jadą na nieswoich dokumentach, by nikt tym przeklętym papierom zbyt dociekliwie się nie przyglądał. Z każdym dniem niepokój jednak narastał, z każdą godziną, minutą zbliżali się nieuchronnie do tej widmowej granicy, na której na pewno dokumenty jakiś sołdat będzie sprawdzał. Niech ona już w końcu się pojawi! Mieć to już ją za sobą! Być w tej innej Polsce, co prawda nie w Adamowcach, nie w Wilnie, ale jednak między swoimi, to prawie jak u siebie, i odetchnąć z ulgą.
sobota, 31 sierpnia 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 23 - ciąg dalszy żywota św. Genowefy
Zygfryd będąc ciężko rannym, długo powracał do zdrowia w rycerskim obozie. W tym czasie dotarły do niego wieści o wyroku wykonanym na jego żonie. Gdy w końcu wyzdrowiał i powrócił do swojego zamku, zastał Golla z towarzyszami wyprawiającego ucztę. Złoczyńca był przekonany, że Zygfryd z wojny żywym już nie wróci. Gdy hrabia wszedł do swojej komnaty, przejętej przez rządcę, zauważył wszystkie listy żony do niego pisane, przechwycone przez Golla, z których żaden nie dotarł do Zygfryda, podobnie jak i listy Zygfryda do Genowefy nie zostały doręczone. Nabierając podejrzeń, gdy pogrążył się w żalu, do komnaty weszła wierna Berta, by przekazać mu list napisany przez Genowefę jeszcze w więzieniu. Dowiedziawszy się o tym wszystkim, co się rzeczywiście pod jego nieobecność wydarzyło, wydał polecenie, by skuć Golla i wtrącić do lochu. Popadłszy w niezmierzony smutek i rozpacz, hrabia szukał zapomnienia w polowaniach. W czasie jednego z nich rzucił się w pogoń za dziką zwierzyną. Zwierzę uciekając skryło się w jaskini Genowefy. Była to bowiem wierna łania, której mlekiem przez siedem lat żywiła się Genowefa i jej synek. Gdy hrabia wszedł do jaskini zobaczył postać ludzką, okropnie wymizerowaną, przypominającą bardziej zjawę, i przyszła mu myśl, że jest to miejsce śmierci jego żony, a on widzi jej ducha, lecz wtedy ona doń przemówiła i zapewniła, że nie jest duchem, tylko jego wciąż żywą żoną, którą on skazał na śmierć, mimo że ona była niewinna. Genowefa podniosła się i resztką sił podeszła do Zygfryda, ujęła jego dłoń i wskazała na pierścień na jej palcu, który od niego otrzymała. Hrabia padł na kolana, zalał się łzami i jął ją prosić o przebaczenie. W odpowiedzi Genowefa rzekła, że nie czuła i nie czuje doń gniewu, ponieważ wiedziała, że został oszukany. W międzyczasie z lasu powrócił Bolesty. Matka oznajmiła mu, że mężczyzna, który ich nawiedził, jest jego ojcem.
Radości ze spotkania nie było końca. Następnie wszyscy razem, łącznie ze świtą, udali się na zamek. Za lasem, przy drodze zebrały się już tłumy ludzi, jako że wieść o cudownym ocaleniu i odnalezieniu hrabiny rozeszła się lotem błyskawicy. W tym tłumie dali się też dostrzec dwaj pielgrzymi w długich płaszczach i z kosturami w dłoniach. Okazało się, że byli to dwaj niedoszli oprawcy Genowefy. Padli przed nią na kolana i błagali ją o przebaczenie. Opowiedzieli o tym, jak to po pozostawieniu jej w lesie, obawiając się gniewu Golla, udali się w długą pielgrzymkę do Ziemi Świętej, z której przed kilkoma dniami powrócili. Genowefa podziękowała im za ocalenie życia jej i synka.
Gdy ten uroczysty orszak zbliżał się do zamku, uderzono we wszystkie kościelne dzwony, a rozrzewniony lud płakał z radości. Jedni wspinali się na drzewa, inni na dachy, by tylko ujrzeć ukochaną panią. Za lektyką jechał konno hrabia, z drugiej strony wierny sługa Wolf, dalej podążali dwaj pielgrzymi, a między nimi obłaskawiona łania. Rycerze i służba poprzedzali lektykę, a część z nich zamykała ów radosny pochód. Stary sługa Wolf, nie zwlekając, wziął ze sobą kilku rycerzy i udał się z nimi w drogę, by powiadomić zbolałych rodziców Genowefy o jej cudownym ocaleniu. W połowie drogi najpierw spotkali biskupa Hidolfa, który udzielał ślubu Genowefie i Zygfrydowi, i razem ruszyli z dobrą nowiną na zamek starego księcia i księżnej. Rodzice co roku w kaplicy zamkowej czcili pamięć swej córki. Tego właśnie dnia biskup przyjeżdżał do pogrążonych w żałobie staruszków i odprawiał mszę za duszę zmarłej. Tym razem biskup przybył z twarzą jaśniejącą niebiańską wręcz radością i oznajmił cudowną wiadomość. Tuż za nim, do komnaty wkroczył Wolf, który głęboko skłoniwszy się, ze wszystkimi znanymi mu szczegółami opowiedział tę niezwykłą historię. Wszyscy czym prędzej udali się do Zygfrydsburga, by zobaczyć ukochaną córkę i wnuka. Radosne powitanie we łzach wydawało się nie mieć końca. I wtedy biskup przypomniał o szczęściu, które zaczęło się od wielkich cierpień, tak jak wszelkie zbawienie na ziemi zaczynać się musi. Powiedział też, że Bóg zgromadził tu wszystkich razem, aby radości nikomu nie brakowało, i by wszyscy swoje łzy na ofiarę dziękczynienia mogli złożyć, a Bóg zawsze zwykł czynić więcej niż się spodziewamy. Błogosławiony jest zaś ten, kto wytrwa w dobrym, a gdy zostanie doświadczony, otrzyma koronę w niebie, jaką Bóg zapowiedział tym, którzy Go kochają.
Genowefa szybko wracała do sił, codziennie odwiedzali ją poddani, mieszkańcy zamku i okolicznych miejscowości. Sługa Wolf dbał o to, by przystęp do niej nie był wzbroniony najbiedniejszemu i najmniejszemu. Hrabina dla każdego z odwiedzających miała słowa, które ten następnie przez całe swoje życie, będąc już siwowłosym starcem czy siwowłosą staruszką, powtarzał swoim potomnym. Mówiła, że i oni na tym świecie wiele cierpieć muszą, że niejedna przykrość ich dotknęła i jeszcze dotknie, ale mimo wszystko winni kochać Boga, w Nim pokładać nadzieję i nie poddawać się nigdy rozpaczy, bowiem tylko On może położyć kres ich wszystkim utrapieniom. A gdy już wszystko wydaje się stracone, tylko Bóg dopomóc może, i wszelkie zło jest władny zamienić w dobro. Nie powinni pragnąć wielkich bogactw i zaszczytów, tylko poprzestawać na małym, gdyż i w stanie umiarkowania można być szczęśliwym, tak jak ona tego doświadczyła mieszkając wiele lat w puszczy, bo choć są ubogimi, mają więcej niż ona miała w lesie. Mają mieszkania, odzież, pościel, zimą ciepłą strawę i ciepłą izbę. Kto kocha Boga i ma Go w swoim sercu, ten ma w duszy Niebo. Modlitwa zaś dodaje siły w znoszeniu wszelkich przeciwności i nigdy bezskuteczną nie bywa. Dobre sumienie jest natomiast największym skarbem, najpewniejszą pociechą w cierpieniach, w więzieniu, w chorobie i w śmierci.
A sprawca tych wszystkich nieszczęść, jakie spadły na hrabinę i jej synka, dworzanin Gollo, został skazany przez sąd na karę śmierci, jako haniebny potwarca, zdradziecki sługa i trzykrotny morderca. Miał być rozerwany przez cztery konie na cztery sztuki, lecz hrabia - za wstawiennictwem swojej żony - darował mu życie, jednak nie miał prawa uwolnić go z lochu.
Zygfryd zadbał też o łanię - kazał jej wystawić przy pałacu piękną obórkę. Zwierzę kilka razy dziennie przychodziło do Genowefy, nie można jej było odpędzić dopóki choć na chwilę do komnaty swojej pani wpuszczona nie została. Jadła z rąk każdego, a dzieci dawały jej chleb, głaskały, zaś ich matki mawiały, że gdyby nie ta mądra łania, ich kochana pani i młody panicz musieliby niechybnie umrzeć w leśnej głuszy.
Nie wiadomo jak długo żyła Genowefa. Gdy jej ziemski czas dobiegł końca, od mogiły skrapianej łzami męża, syna i poddanych, żadnym sposobem nie chciała się oddalić wierna łania. Nie chciała tknąć przynoszonej jej paszy i po kilku dniach znaleziono ją nieżywą na grobie swojej pani. Hrabia kazał wystawić okazały nagrobek z białego marmuru, na którym u nóg Genowefy została wyobrażona jej kochająca łania. W puszczy, przy grocie, na prośbę Genowefy, pobudowano kaplicę, a z drugiej strony jaskini, gdzie płynął strumień, stanął klasztor z pięknym ogromnym ogrodem. Tysiące pielgrzymów ściągało do tego miejsca, a lud natychmiastowo okrzyknął zmarłą świętą. Po wielu latach zamek Zygfrydsburg popadł w ruinę. A wszystkie te wydarzenia miały się rozegrać w okolicach miasta Koblencja.
Taką pokrzepiającą opowieść, wyczytaną w książce "Opis życia Świętej Genowefy, czyli wzór ufności w Bogu dla pobożnych ludzi", wydanej w Częstochowie w 1886 r., snuł dziadek Ksawery. I tak też przedstawiają ją barwne, choć nieco wyblakłe, rysunki na obrazie przywiezionym z Wilna, który Genowefa postanowiła zabrać z Adamowców.
Był rok 1979, może 1980, ciepły, słoneczny, może wiosenny, a może letni dzień. Genowefa wzięła tę niemal relikwię, przypominającą jej bliskich i rodzinne strony, i z mieszkania na czwartym piętrzy przy ulicy Skłodowskiej 5, z trzyletnim, może czteroletnim wnuczkiem, udała się do warsztatu oprawy obrazów, mieszczącego się w starej, odrapanej kamienicy na Piaskach, na zachowanym skrawku ulicy starego Białegostoku. Ta kamienica, i ta ulica już nie istnieją, w ich miejscu stoją jedenastopiętrowe bloki, rozlokowały się parkingi, przeprowadzono asfaltowe uliczki, zniknął bruk, zniknęła samotnie stojąca kamienica, a ramy, w które obraz został wówczas oprawiony, trwają do dziś, nieznacznie tylko nadkruszone.
Radości ze spotkania nie było końca. Następnie wszyscy razem, łącznie ze świtą, udali się na zamek. Za lasem, przy drodze zebrały się już tłumy ludzi, jako że wieść o cudownym ocaleniu i odnalezieniu hrabiny rozeszła się lotem błyskawicy. W tym tłumie dali się też dostrzec dwaj pielgrzymi w długich płaszczach i z kosturami w dłoniach. Okazało się, że byli to dwaj niedoszli oprawcy Genowefy. Padli przed nią na kolana i błagali ją o przebaczenie. Opowiedzieli o tym, jak to po pozostawieniu jej w lesie, obawiając się gniewu Golla, udali się w długą pielgrzymkę do Ziemi Świętej, z której przed kilkoma dniami powrócili. Genowefa podziękowała im za ocalenie życia jej i synka.
Gdy ten uroczysty orszak zbliżał się do zamku, uderzono we wszystkie kościelne dzwony, a rozrzewniony lud płakał z radości. Jedni wspinali się na drzewa, inni na dachy, by tylko ujrzeć ukochaną panią. Za lektyką jechał konno hrabia, z drugiej strony wierny sługa Wolf, dalej podążali dwaj pielgrzymi, a między nimi obłaskawiona łania. Rycerze i służba poprzedzali lektykę, a część z nich zamykała ów radosny pochód. Stary sługa Wolf, nie zwlekając, wziął ze sobą kilku rycerzy i udał się z nimi w drogę, by powiadomić zbolałych rodziców Genowefy o jej cudownym ocaleniu. W połowie drogi najpierw spotkali biskupa Hidolfa, który udzielał ślubu Genowefie i Zygfrydowi, i razem ruszyli z dobrą nowiną na zamek starego księcia i księżnej. Rodzice co roku w kaplicy zamkowej czcili pamięć swej córki. Tego właśnie dnia biskup przyjeżdżał do pogrążonych w żałobie staruszków i odprawiał mszę za duszę zmarłej. Tym razem biskup przybył z twarzą jaśniejącą niebiańską wręcz radością i oznajmił cudowną wiadomość. Tuż za nim, do komnaty wkroczył Wolf, który głęboko skłoniwszy się, ze wszystkimi znanymi mu szczegółami opowiedział tę niezwykłą historię. Wszyscy czym prędzej udali się do Zygfrydsburga, by zobaczyć ukochaną córkę i wnuka. Radosne powitanie we łzach wydawało się nie mieć końca. I wtedy biskup przypomniał o szczęściu, które zaczęło się od wielkich cierpień, tak jak wszelkie zbawienie na ziemi zaczynać się musi. Powiedział też, że Bóg zgromadził tu wszystkich razem, aby radości nikomu nie brakowało, i by wszyscy swoje łzy na ofiarę dziękczynienia mogli złożyć, a Bóg zawsze zwykł czynić więcej niż się spodziewamy. Błogosławiony jest zaś ten, kto wytrwa w dobrym, a gdy zostanie doświadczony, otrzyma koronę w niebie, jaką Bóg zapowiedział tym, którzy Go kochają.
Genowefa szybko wracała do sił, codziennie odwiedzali ją poddani, mieszkańcy zamku i okolicznych miejscowości. Sługa Wolf dbał o to, by przystęp do niej nie był wzbroniony najbiedniejszemu i najmniejszemu. Hrabina dla każdego z odwiedzających miała słowa, które ten następnie przez całe swoje życie, będąc już siwowłosym starcem czy siwowłosą staruszką, powtarzał swoim potomnym. Mówiła, że i oni na tym świecie wiele cierpieć muszą, że niejedna przykrość ich dotknęła i jeszcze dotknie, ale mimo wszystko winni kochać Boga, w Nim pokładać nadzieję i nie poddawać się nigdy rozpaczy, bowiem tylko On może położyć kres ich wszystkim utrapieniom. A gdy już wszystko wydaje się stracone, tylko Bóg dopomóc może, i wszelkie zło jest władny zamienić w dobro. Nie powinni pragnąć wielkich bogactw i zaszczytów, tylko poprzestawać na małym, gdyż i w stanie umiarkowania można być szczęśliwym, tak jak ona tego doświadczyła mieszkając wiele lat w puszczy, bo choć są ubogimi, mają więcej niż ona miała w lesie. Mają mieszkania, odzież, pościel, zimą ciepłą strawę i ciepłą izbę. Kto kocha Boga i ma Go w swoim sercu, ten ma w duszy Niebo. Modlitwa zaś dodaje siły w znoszeniu wszelkich przeciwności i nigdy bezskuteczną nie bywa. Dobre sumienie jest natomiast największym skarbem, najpewniejszą pociechą w cierpieniach, w więzieniu, w chorobie i w śmierci.
A sprawca tych wszystkich nieszczęść, jakie spadły na hrabinę i jej synka, dworzanin Gollo, został skazany przez sąd na karę śmierci, jako haniebny potwarca, zdradziecki sługa i trzykrotny morderca. Miał być rozerwany przez cztery konie na cztery sztuki, lecz hrabia - za wstawiennictwem swojej żony - darował mu życie, jednak nie miał prawa uwolnić go z lochu.
Zygfryd zadbał też o łanię - kazał jej wystawić przy pałacu piękną obórkę. Zwierzę kilka razy dziennie przychodziło do Genowefy, nie można jej było odpędzić dopóki choć na chwilę do komnaty swojej pani wpuszczona nie została. Jadła z rąk każdego, a dzieci dawały jej chleb, głaskały, zaś ich matki mawiały, że gdyby nie ta mądra łania, ich kochana pani i młody panicz musieliby niechybnie umrzeć w leśnej głuszy.
Nie wiadomo jak długo żyła Genowefa. Gdy jej ziemski czas dobiegł końca, od mogiły skrapianej łzami męża, syna i poddanych, żadnym sposobem nie chciała się oddalić wierna łania. Nie chciała tknąć przynoszonej jej paszy i po kilku dniach znaleziono ją nieżywą na grobie swojej pani. Hrabia kazał wystawić okazały nagrobek z białego marmuru, na którym u nóg Genowefy została wyobrażona jej kochająca łania. W puszczy, przy grocie, na prośbę Genowefy, pobudowano kaplicę, a z drugiej strony jaskini, gdzie płynął strumień, stanął klasztor z pięknym ogromnym ogrodem. Tysiące pielgrzymów ściągało do tego miejsca, a lud natychmiastowo okrzyknął zmarłą świętą. Po wielu latach zamek Zygfrydsburg popadł w ruinę. A wszystkie te wydarzenia miały się rozegrać w okolicach miasta Koblencja.
Taką pokrzepiającą opowieść, wyczytaną w książce "Opis życia Świętej Genowefy, czyli wzór ufności w Bogu dla pobożnych ludzi", wydanej w Częstochowie w 1886 r., snuł dziadek Ksawery. I tak też przedstawiają ją barwne, choć nieco wyblakłe, rysunki na obrazie przywiezionym z Wilna, który Genowefa postanowiła zabrać z Adamowców.
Był rok 1979, może 1980, ciepły, słoneczny, może wiosenny, a może letni dzień. Genowefa wzięła tę niemal relikwię, przypominającą jej bliskich i rodzinne strony, i z mieszkania na czwartym piętrzy przy ulicy Skłodowskiej 5, z trzyletnim, może czteroletnim wnuczkiem, udała się do warsztatu oprawy obrazów, mieszczącego się w starej, odrapanej kamienicy na Piaskach, na zachowanym skrawku ulicy starego Białegostoku. Ta kamienica, i ta ulica już nie istnieją, w ich miejscu stoją jedenastopiętrowe bloki, rozlokowały się parkingi, przeprowadzono asfaltowe uliczki, zniknął bruk, zniknęła samotnie stojąca kamienica, a ramy, w które obraz został wówczas oprawiony, trwają do dziś, nieznacznie tylko nadkruszone.
piątek, 16 sierpnia 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 22 - decyzja o wyjeździe z Adamowców i historia św. Genowefy
Gdzieś niedaleko Adamowców mieszkał mężczyzna, który miał żonę i dwójkę dzieci - chłopaka i dziewczynkę. Dorośli byli w wieku podobnym do Floriana i Genowefy, dziewczynka w wieku zbliżonym do Florci, ale największy problem był z chłopakiem, bo Oswaldek był o kilka dobrych lat od niego młodszy. Miał wówczas lat 13, a różnica kilku lat w takim wieku jest dostrzegalna na pierwszy rzut oka.
Genowefa zdawała sobie jednak sprawę, że pozostanie w Adamowcach i na ziemiach włączonych już do ZSRR będzie się wiązało z niechybną wywózką w głąb ojczyzny światowego proletariatu. Wiedziała, że ten wspomniany mężczyzna chce sprzedać dokumenty swojej żony i dzieci. Zdecydowała się kupić je od niego. Lista osób przeznaczonych do wywózki była pewna, imiona, nazwiska, daty urodzenia. Ucieczka na własnych dokumentach nie wchodziła zatem w rachubę, a choć zatrzymanie w czasie podróży na cudzych dokumentach mogłoby oznaczać podobne, jeśli nie takie same konsekwencje, jak pozostanie w rodzinnych stronach, to stawką był wyjazd do Polski, nowej Polski, która jeszcze się ostatecznie nie ukształtowała i nie było do końca wiadomo, jakim będzie krajem w przyszłości. Jednak możliwość zamieszkania wśród swoich, wśród rodaków, w środowisku bliskim kulturowo, językowo, mentalnie, dawała poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli po raz kolejny trzeba byłoby rozpoczynać życie od nowa.
Nie zamierzała dłużej zwlekać. Umowa repatriacyjna podpisana przez polskie władze z władzami ZSRR w lipcu 1945, otwierała osobom deklarującym narodowość polską drogę do Polski jeszcze w 1946 roku.
Ulubionego konia Floriana, tego, który bał się pociągów, zarekwirowali sowieci, w zamian zostawili swoją wychudzoną szkapę. Trzeba ją było oddać sąsiadom. Ale jedyną krówkę koniecznie należało zabrać ze sobą. Genowefa pamiętała, by nasuszyć chleba, który w postaci sucharów na pewno przyda się w drodze. Ubrania, posrebrzany krucyfiks schowany w worku z mąką, obraz przedstawiający żywot świętej Genowefy, zakupiony w Wilnie przez dziadka Ksawerego, gdy Gienia, będąc dzieckiem, nieszczęśliwie spadła z drabiny i tak mocno uderzyła głową w ziemię, że groziła jej trwała utrata wzroku. Ksawery załatwiając sprawy w Wilnie, pamiętał o tym, by przywieźć obraz, który niczym współczesny komiks, przedstawiał historię życia patronki dziecka, słynącej z tego, że jej wstawiennictwo miało przywracać wzrok niewidomym. I Gienia po niedługim czasie wzrok rzeczywiście odzyskała. Nieco wyblakły, trochę wyszarzały i poplamiony, oprawiony w drewnianą ramę, za szkłem, wisi na ścianie do dziś. W prawym dolnym rogu widnieje napis - "Dozwoleno Cenzuroju, gorod Warszawa, 26 Apriela 1893 god", i nieco wyżej tytuł już w języku polskim "Żywot św. Genowefy, czyli wzór ufności w Bogu". Składa się nań trzynaście precyzyjnie wykonanych, kolorowych, pobudzających wyobraźnię scen z życia świętej.
Wedle dawnej legendy żył w Niderlandach pewien brabancki książę, cieszący się powszechnym szacunkiem i miłością wśród swoich poddanych. Słynął z wielkich cnót i miał nie mniej szlachetną i bogobojną małżonkę, a Bóg obdarzył ich córką, jedynaczką, o imieniu Genowefa, którą kochali nad życie. Dziewczynka wykazywała niezwykłą bystrość umysłu i szlachetne serce pełne miłości bliźniego. Gdzie tylko dostrzegła nędzę lub chorobę, spieszyła z pomocą, dzieląc się własnymi sukienkami, udzielając pieniężnego wsparcia ze środków, jakimi obdarzali ją rodzice na zakup bogatych strojów. Rano i wieczorem śpieszyła do chorych. Pewnego razu, gdy ich kraj najechały wrogie wojska, ojciec Genowefy w czasie zaciętych walk znalazł się w niebezpieczeństwie utraty życia. Ze wszystkich stron otoczyli go nieprzyjacielscy wojownicy, odpierał dzielnie ich ataki, a gdy w końcu zaczął słabnąć w boju, z pomocą przybył mu waleczny hrabia Zygfryd i ocalił księciu życie. Stary książę, po zakończeniu wojny, powodowany wdzięcznością, zaprosił walecznego rycerza do swojego zamku. A poznawszy go bliżej, umiłował szczerze swego wybawcę i dał mu Genowefę za żonę. Ślubu młodej parze udzielił sędziwy i bogobojny starzec, biskup Hidolf, który błogosławiąc młodą parę, niczym prorok Symeon, przepowiedział młodym, że ich życie będzie wypełnione cierniami. Po ceremonii ślubnej małżonkowie odjechali do zamku Zygfryda, posadowionego na wyniosłej skale. Nie dane im jednak było długo cieszyć się szczęściem. Maurowie z Hiszpanii wtargnęli do Francji. Hrabia Zygfryd został wezwany do królewskiego obozu. Genowefa zostawszy sama na zamku, zapraszała doń wszystkie dziewczęta z okolicznych włości. Uczyła je szycia i przędzenia. Tak jak w dzieciństwie, niezmiennie pozostawała opiekunką ubogich i sierot. Nie było biednego, który by nie doznał od niej wsparcia, nie było chorego, którego by nie wspomogła lekarstwem i dobrym słowem. Tymczasem rządca zamku, którego hrabia przed wyruszeniem w bój mianował swoim zastępcą, niejaki Gollo, człowiek niezwykle przebiegły, potrafiący każdego zjednać gładkimi słowami, w kilka dni po odjeździe hrabiego, przybrał postać samowładnego pana. I jeżeli ktoś nie podejmował choćby prób, by zaskarbić sobie jego względy, ten musiał się liczyć ze srogim odwetem. Z początku wobec pani zamku okazywał najgłębsze uszanowanie, lecz z czasem zuchwale ośmielił się wyjawić jej swą miłość, którą ona, wierna małżeńskiej przysiędze, ze zgrozą i oburzeniem odrzuciła. Zawiedziony w swych nadziejach, gwałtowną namiętność zamienił w zemstę i poprzysiągł Genowefie zgubę. Ona, przewidując grożące jej niebezpieczeństwo, napisała do męża list z gorącą prośbą, by oddalił z zamku zdradzieckiego rządcę. List miał dostarczyć wierny sługa Zygfryda - Drako, lecz gdy Gollo się o tym dowiedział, wpadł do komnaty, w której Genowefa przekazywała Drakowi list, i przeszył wiernego sługę mieczem. Wielkie poruszenie wszczęło się na zamku, służba zbiegła się do komnaty, w której leżała zemdlona hrabina i zbroczony krwią sługa. Rządca, wykorzystując sytuację, począł rzucać na Genowefę najgorsze potwarze. Po czym zabrał list hrabiny, napisał swój własny, w którym przedstawił ją jako wiarołomną małżonkę. Wysłał go czym prędzej przez umyślnego, a hrabinę wtrącił do więzienia. Genowefa została zamknięta w ciemnym, zimnym, wilgotnym lochu, mieszczącym się w baszcie zamku. Przez kilka miesięcy trwała uwięziona w kamiennej celi. Nikt nie mógł jej odwiedzać, sam tylko Gollo od czasu do czasu do niej przychodził i usilnie namawiał do złamania przysięgi, lecz ona mu za każdym razem odpowiadała, że woli, by ludzie mieli ją za występną, niżby miała rzeczywiście przez zbrodnię ocalić swe życie. Jej cierpienia zaczęły narastać, bowiem tuż po wyjeździe męża, okazało się, że zostanie matką. I wkrótce urodziła w więzieniu syna, którego od razu poświęciła i oddała Bogu. Posłużyła się kubkiem z wodą, polała nią dziecko i chrzcząc je w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego nadała mu imię Bolesty, jako że wśród łez i bólu przyszedł na świat.
Którejś nocy ktoś zastukał w okienko celi. Okazało się, że była to Berta, córka dozorcy więzienia, którą Genowefa jeszcze do niedawna czule się opiekowała. Dziewczyna ostrzegła swoją umiłowaną panią, że rządca wydał na nią i na dziecko wyrok śmierci, zapytała też, czy mogłaby jej w jakiś sposób pomóc. Genowefa poprosiła o światło, papier, atrament i pióro. Gdy otrzymała to, o co prosiła, napisała list do męża. W liście tym żegnając się z nim, dowodziła swej niewinności, prosiła też, by powiadomił o jej losie ukochanych rodziców, oraz by nie zabijał złoczyńcy Golla. Poświadczała zarazem, że jego poczciwy sługa Drako w niczym nie zawinił i do końca pozostał mu wiernym, wzywała by zaopiekował się jego żoną i dziećmi, a także, by nagrodził Bertę, która ten list mu dostarczyła, jako, że ona jedna jedyna jej nie opuściła. Gdy tylko oddała przez okienko list Bercie, otworzyły się drzwi celi i wkroczyli do niej dwaj uzbrojeni pachołkowie. Jeden z nich trzymał zapaloną pochodnię, a drugi dzierżył odsłonięty miecz. Nakazali kobiecie wziąć dziecko i podążać za nimi. Szli długim ciemnym korytarzem, wydającym się nie mieć końca. Wreszcie dotarli do okutych żelazem drzwi, otworzyli je z trudem i znaleźli się na dworze. Była już późna noc, niebo iskrzyło się miriadami gwiazd. Wokół roztaczała się ciemna knieja, rosły dorodne świerki i ponure jodły. Mężczyzna z mieczem kazał jej oddać dziecię. Genowefa błagała ich obu, by ocalili życie dziecku, a zabili tylko ją. Na to jeden z pachołków zwrócił się do drugiego, by darować życie pani, która tyle dobra i im przecież wyświadczyła. Ostatecznie zdecydowali, że oszczędzą życie nie tylko dziecku, ale też hrabinie, a jako potwierdzenie dokonanej zbrodni - na żądanie Golla - zamiast języka pani, przyniosą ucięty język psa. W zamian kobieta miała jedynie przysiąc, iż nigdy nie opuści puszczy, do której ją przywiedli. Jak postanowili, tak też uczynili. Pozostawili ją z dzieckiem, a sami udali się z powrotem do zamku. Genowefa usiadła pod rozłożystą sosną. W wierzchołkach drzew złowrogo szumiał wiatr, pohukiwały sowy, a w oddali słychać było wycie wilków. Matka w żarliwej modlitwie oddała się wraz z synkiem pod opiekę Bogu. Zaczął padać deszcz ze śniegiem i wiać mroźny wiatr od wschodu. Wypatrywała jakiegoś schronienia i owoców zdatnych do spożycia. W końcu udało jej się znaleźć przyjazną i zaciszną dolinę, a w skale nieopodal wejście do niedużej jaskini. Przy skale biło czyste jak kryształ źródło. Genowefa uklękła i jęła prosić Boga o pomoc. Gdy tak trwała na modlitwie, zaszeleściły zeschnięte gałązki i liście zaściełające ziemię, a przed otworem jaskini stanęła piękna łania. Z początku przyglądała się kobiecie i jej dziecku uważnie, aż w końcu do nich podeszła i poczęła przybyszów obwąchiwać. A gdy Genowefa podała jej pęk suchej trawy, łania nie uciekła, lecz zjadła trawę i pozwoliła się wydoić. Mlekiem łani matka nakarmiła dziecię i sama się nim również pożywiła. Okazało się, że owa jaskinia była legowiskiem zwierzęcia. Z mchu kobieta wyszykowała posłanie sobie i synkowi, rozłożystą gałęzią jodły zasłoniła wejście do jaskini, by ochronić się od wiatru, a łania swoim oddechem ogrzewała wnętrze groty. Z dwóch patyków Genowefa sporządziła krzyż, przed którym kilka razy dziennie się modliła. Wierna łania, która jej odtąd już nie opuszczała, leżała u nóg swojej pani. I tak mijały lata. Chłopczyk, rósł, żywiąc się ziołami, korzonkami, mlekiem i wodą, zaczął też wypowiadać pierwsze słowa, w tym po raz pierwszy powiedział "mama". Siedem lat żyli w tej przepastnej kniei, aż w końcu Genowefa poważnie zachorowała. Szykując się już do odejścia z tego świata, opowiedziała synkowi całą ich historię, pouczyła go, że gdy ona umrze, on będzie musiał iść trzy dni i trzy noce, aż wyjdzie z puszczy na wielką równinę, na której będzie stał zamek jego ojca. Oddała mu swój pierścień, który miał posłużyć jako potwierdzenie tego, że jest synem jej i Zygfryda. Gdy matka tak leżała nieprzytomna, chłopiec prosił Boga, by dobry Ojciec przywrócił ją do życia.
Genowefa zdawała sobie jednak sprawę, że pozostanie w Adamowcach i na ziemiach włączonych już do ZSRR będzie się wiązało z niechybną wywózką w głąb ojczyzny światowego proletariatu. Wiedziała, że ten wspomniany mężczyzna chce sprzedać dokumenty swojej żony i dzieci. Zdecydowała się kupić je od niego. Lista osób przeznaczonych do wywózki była pewna, imiona, nazwiska, daty urodzenia. Ucieczka na własnych dokumentach nie wchodziła zatem w rachubę, a choć zatrzymanie w czasie podróży na cudzych dokumentach mogłoby oznaczać podobne, jeśli nie takie same konsekwencje, jak pozostanie w rodzinnych stronach, to stawką był wyjazd do Polski, nowej Polski, która jeszcze się ostatecznie nie ukształtowała i nie było do końca wiadomo, jakim będzie krajem w przyszłości. Jednak możliwość zamieszkania wśród swoich, wśród rodaków, w środowisku bliskim kulturowo, językowo, mentalnie, dawała poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli po raz kolejny trzeba byłoby rozpoczynać życie od nowa.
Nie zamierzała dłużej zwlekać. Umowa repatriacyjna podpisana przez polskie władze z władzami ZSRR w lipcu 1945, otwierała osobom deklarującym narodowość polską drogę do Polski jeszcze w 1946 roku.
Ulubionego konia Floriana, tego, który bał się pociągów, zarekwirowali sowieci, w zamian zostawili swoją wychudzoną szkapę. Trzeba ją było oddać sąsiadom. Ale jedyną krówkę koniecznie należało zabrać ze sobą. Genowefa pamiętała, by nasuszyć chleba, który w postaci sucharów na pewno przyda się w drodze. Ubrania, posrebrzany krucyfiks schowany w worku z mąką, obraz przedstawiający żywot świętej Genowefy, zakupiony w Wilnie przez dziadka Ksawerego, gdy Gienia, będąc dzieckiem, nieszczęśliwie spadła z drabiny i tak mocno uderzyła głową w ziemię, że groziła jej trwała utrata wzroku. Ksawery załatwiając sprawy w Wilnie, pamiętał o tym, by przywieźć obraz, który niczym współczesny komiks, przedstawiał historię życia patronki dziecka, słynącej z tego, że jej wstawiennictwo miało przywracać wzrok niewidomym. I Gienia po niedługim czasie wzrok rzeczywiście odzyskała. Nieco wyblakły, trochę wyszarzały i poplamiony, oprawiony w drewnianą ramę, za szkłem, wisi na ścianie do dziś. W prawym dolnym rogu widnieje napis - "Dozwoleno Cenzuroju, gorod Warszawa, 26 Apriela 1893 god", i nieco wyżej tytuł już w języku polskim "Żywot św. Genowefy, czyli wzór ufności w Bogu". Składa się nań trzynaście precyzyjnie wykonanych, kolorowych, pobudzających wyobraźnię scen z życia świętej.
Wedle dawnej legendy żył w Niderlandach pewien brabancki książę, cieszący się powszechnym szacunkiem i miłością wśród swoich poddanych. Słynął z wielkich cnót i miał nie mniej szlachetną i bogobojną małżonkę, a Bóg obdarzył ich córką, jedynaczką, o imieniu Genowefa, którą kochali nad życie. Dziewczynka wykazywała niezwykłą bystrość umysłu i szlachetne serce pełne miłości bliźniego. Gdzie tylko dostrzegła nędzę lub chorobę, spieszyła z pomocą, dzieląc się własnymi sukienkami, udzielając pieniężnego wsparcia ze środków, jakimi obdarzali ją rodzice na zakup bogatych strojów. Rano i wieczorem śpieszyła do chorych. Pewnego razu, gdy ich kraj najechały wrogie wojska, ojciec Genowefy w czasie zaciętych walk znalazł się w niebezpieczeństwie utraty życia. Ze wszystkich stron otoczyli go nieprzyjacielscy wojownicy, odpierał dzielnie ich ataki, a gdy w końcu zaczął słabnąć w boju, z pomocą przybył mu waleczny hrabia Zygfryd i ocalił księciu życie. Stary książę, po zakończeniu wojny, powodowany wdzięcznością, zaprosił walecznego rycerza do swojego zamku. A poznawszy go bliżej, umiłował szczerze swego wybawcę i dał mu Genowefę za żonę. Ślubu młodej parze udzielił sędziwy i bogobojny starzec, biskup Hidolf, który błogosławiąc młodą parę, niczym prorok Symeon, przepowiedział młodym, że ich życie będzie wypełnione cierniami. Po ceremonii ślubnej małżonkowie odjechali do zamku Zygfryda, posadowionego na wyniosłej skale. Nie dane im jednak było długo cieszyć się szczęściem. Maurowie z Hiszpanii wtargnęli do Francji. Hrabia Zygfryd został wezwany do królewskiego obozu. Genowefa zostawszy sama na zamku, zapraszała doń wszystkie dziewczęta z okolicznych włości. Uczyła je szycia i przędzenia. Tak jak w dzieciństwie, niezmiennie pozostawała opiekunką ubogich i sierot. Nie było biednego, który by nie doznał od niej wsparcia, nie było chorego, którego by nie wspomogła lekarstwem i dobrym słowem. Tymczasem rządca zamku, którego hrabia przed wyruszeniem w bój mianował swoim zastępcą, niejaki Gollo, człowiek niezwykle przebiegły, potrafiący każdego zjednać gładkimi słowami, w kilka dni po odjeździe hrabiego, przybrał postać samowładnego pana. I jeżeli ktoś nie podejmował choćby prób, by zaskarbić sobie jego względy, ten musiał się liczyć ze srogim odwetem. Z początku wobec pani zamku okazywał najgłębsze uszanowanie, lecz z czasem zuchwale ośmielił się wyjawić jej swą miłość, którą ona, wierna małżeńskiej przysiędze, ze zgrozą i oburzeniem odrzuciła. Zawiedziony w swych nadziejach, gwałtowną namiętność zamienił w zemstę i poprzysiągł Genowefie zgubę. Ona, przewidując grożące jej niebezpieczeństwo, napisała do męża list z gorącą prośbą, by oddalił z zamku zdradzieckiego rządcę. List miał dostarczyć wierny sługa Zygfryda - Drako, lecz gdy Gollo się o tym dowiedział, wpadł do komnaty, w której Genowefa przekazywała Drakowi list, i przeszył wiernego sługę mieczem. Wielkie poruszenie wszczęło się na zamku, służba zbiegła się do komnaty, w której leżała zemdlona hrabina i zbroczony krwią sługa. Rządca, wykorzystując sytuację, począł rzucać na Genowefę najgorsze potwarze. Po czym zabrał list hrabiny, napisał swój własny, w którym przedstawił ją jako wiarołomną małżonkę. Wysłał go czym prędzej przez umyślnego, a hrabinę wtrącił do więzienia. Genowefa została zamknięta w ciemnym, zimnym, wilgotnym lochu, mieszczącym się w baszcie zamku. Przez kilka miesięcy trwała uwięziona w kamiennej celi. Nikt nie mógł jej odwiedzać, sam tylko Gollo od czasu do czasu do niej przychodził i usilnie namawiał do złamania przysięgi, lecz ona mu za każdym razem odpowiadała, że woli, by ludzie mieli ją za występną, niżby miała rzeczywiście przez zbrodnię ocalić swe życie. Jej cierpienia zaczęły narastać, bowiem tuż po wyjeździe męża, okazało się, że zostanie matką. I wkrótce urodziła w więzieniu syna, którego od razu poświęciła i oddała Bogu. Posłużyła się kubkiem z wodą, polała nią dziecko i chrzcząc je w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego nadała mu imię Bolesty, jako że wśród łez i bólu przyszedł na świat.
Którejś nocy ktoś zastukał w okienko celi. Okazało się, że była to Berta, córka dozorcy więzienia, którą Genowefa jeszcze do niedawna czule się opiekowała. Dziewczyna ostrzegła swoją umiłowaną panią, że rządca wydał na nią i na dziecko wyrok śmierci, zapytała też, czy mogłaby jej w jakiś sposób pomóc. Genowefa poprosiła o światło, papier, atrament i pióro. Gdy otrzymała to, o co prosiła, napisała list do męża. W liście tym żegnając się z nim, dowodziła swej niewinności, prosiła też, by powiadomił o jej losie ukochanych rodziców, oraz by nie zabijał złoczyńcy Golla. Poświadczała zarazem, że jego poczciwy sługa Drako w niczym nie zawinił i do końca pozostał mu wiernym, wzywała by zaopiekował się jego żoną i dziećmi, a także, by nagrodził Bertę, która ten list mu dostarczyła, jako, że ona jedna jedyna jej nie opuściła. Gdy tylko oddała przez okienko list Bercie, otworzyły się drzwi celi i wkroczyli do niej dwaj uzbrojeni pachołkowie. Jeden z nich trzymał zapaloną pochodnię, a drugi dzierżył odsłonięty miecz. Nakazali kobiecie wziąć dziecko i podążać za nimi. Szli długim ciemnym korytarzem, wydającym się nie mieć końca. Wreszcie dotarli do okutych żelazem drzwi, otworzyli je z trudem i znaleźli się na dworze. Była już późna noc, niebo iskrzyło się miriadami gwiazd. Wokół roztaczała się ciemna knieja, rosły dorodne świerki i ponure jodły. Mężczyzna z mieczem kazał jej oddać dziecię. Genowefa błagała ich obu, by ocalili życie dziecku, a zabili tylko ją. Na to jeden z pachołków zwrócił się do drugiego, by darować życie pani, która tyle dobra i im przecież wyświadczyła. Ostatecznie zdecydowali, że oszczędzą życie nie tylko dziecku, ale też hrabinie, a jako potwierdzenie dokonanej zbrodni - na żądanie Golla - zamiast języka pani, przyniosą ucięty język psa. W zamian kobieta miała jedynie przysiąc, iż nigdy nie opuści puszczy, do której ją przywiedli. Jak postanowili, tak też uczynili. Pozostawili ją z dzieckiem, a sami udali się z powrotem do zamku. Genowefa usiadła pod rozłożystą sosną. W wierzchołkach drzew złowrogo szumiał wiatr, pohukiwały sowy, a w oddali słychać było wycie wilków. Matka w żarliwej modlitwie oddała się wraz z synkiem pod opiekę Bogu. Zaczął padać deszcz ze śniegiem i wiać mroźny wiatr od wschodu. Wypatrywała jakiegoś schronienia i owoców zdatnych do spożycia. W końcu udało jej się znaleźć przyjazną i zaciszną dolinę, a w skale nieopodal wejście do niedużej jaskini. Przy skale biło czyste jak kryształ źródło. Genowefa uklękła i jęła prosić Boga o pomoc. Gdy tak trwała na modlitwie, zaszeleściły zeschnięte gałązki i liście zaściełające ziemię, a przed otworem jaskini stanęła piękna łania. Z początku przyglądała się kobiecie i jej dziecku uważnie, aż w końcu do nich podeszła i poczęła przybyszów obwąchiwać. A gdy Genowefa podała jej pęk suchej trawy, łania nie uciekła, lecz zjadła trawę i pozwoliła się wydoić. Mlekiem łani matka nakarmiła dziecię i sama się nim również pożywiła. Okazało się, że owa jaskinia była legowiskiem zwierzęcia. Z mchu kobieta wyszykowała posłanie sobie i synkowi, rozłożystą gałęzią jodły zasłoniła wejście do jaskini, by ochronić się od wiatru, a łania swoim oddechem ogrzewała wnętrze groty. Z dwóch patyków Genowefa sporządziła krzyż, przed którym kilka razy dziennie się modliła. Wierna łania, która jej odtąd już nie opuszczała, leżała u nóg swojej pani. I tak mijały lata. Chłopczyk, rósł, żywiąc się ziołami, korzonkami, mlekiem i wodą, zaczął też wypowiadać pierwsze słowa, w tym po raz pierwszy powiedział "mama". Siedem lat żyli w tej przepastnej kniei, aż w końcu Genowefa poważnie zachorowała. Szykując się już do odejścia z tego świata, opowiedziała synkowi całą ich historię, pouczyła go, że gdy ona umrze, on będzie musiał iść trzy dni i trzy noce, aż wyjdzie z puszczy na wielką równinę, na której będzie stał zamek jego ojca. Oddała mu swój pierścień, który miał posłużyć jako potwierdzenie tego, że jest synem jej i Zygfryda. Gdy matka tak leżała nieprzytomna, chłopiec prosił Boga, by dobry Ojciec przywrócił ją do życia.
poniedziałek, 12 sierpnia 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 21 - nowe porządki, pętla się zaciska
Front, który się przetoczył przez okolice Adamowców, pozostawił kilka rodzin bez dachu nad głową. Mieszkańcom wsi życie ocaliły pospiesznie wykopane przy wzgórzu cmentarnym ziemianki, spaliło się jednak kilka domów, i jak to zwykle bywało przy okazji każdej wojny, spłonęły pobliskie Murzy, leżące na szlaku, którym ciągnęły różnorakie armie. W Adamowcach pożar doszczętnie strawił dom Łucji. Starszej już kobiety, która samotnie wychowywała ponad dwudziestoletniego syna. Młody mężczyzna, podobnie jak wszyscy mężczyźni ze wsi w wieku poborowym, otrzymał wezwanie do wojska, i wyruszył na wschód, a Łucja trafiła do domu Genowefy i Floriana. Miejsca w nim było wystarczająco dużo, by dać też schronienie pogorzelcom z Murz - dwóm dorosłym już siostrom. Starsza z nich ocaliła maszynę do szycia, która dawała im skromne źródło dochodu. A że dziewczyna potrafiła ją sprawnie obsługiwać, szyła na niej ubrania, bez trudu znajdujące swoich nabywców, zaś Florci uszyła szmacianą lalkę, która stała się ulubioną zabawką dziewczynki.
Gdy mężczyźni zdolni do odbycia służby wojskowej zostali wysłani na wschód, we wsi pojawił się tajemniczy Serafin z żoną i dziećmi. Wśród mieszkańców Adamowców dość szybko zyskał przydomek „Szalony Serafin”, a to za sprawą tego, że wieczorami miał zwyczaj okrywać się białym prześcieradłem, i tylko nim osłonięty, ze świecą w dłoni biegał po wsi i zaglądał do okien domostw. Nie wszyscy Adamowczanie uwierzyli w jego szaleństwo, wielu odnosiło się doń podejrzliwie, widywano go bowiem nie tylko biegającego drogą, po ogrodach, sadach, łąkach i polach, ale też wystającego pod otwartymi oknami i nasłuchującego, o czym się w domach wieczorami rozmawia. Na tych terenach zainstalowała się już władza sowiecka. Takich Serafinów, którzy ni stąd nie zowąd pojawili się i w okolicznych miejscowościach było dużo więcej. We wsi zaczęły też znikać między innymi kury. Gdy któregoś razu w rozmowie z Serafinem Genowefa złościła się na tajemnicze zniknięcie jednej z kur, Serafin spokojnie słuchał aż w końcu z uśmiechem powiedział:
- Jeśli ktoś ją zabrał i zjadł, to niech mu będzie tylko na zdrowie.
W Adamowcach na pewien czas zamieszkała również Rosjanka ze swoją dorosłą córką, przybyłe gdzieś z głębi ZSRR. Dziewczyna była zagorzałą, wyjątkowo fanatyczną komunistyczną aktywistką. Mogła mieć około dwudziestu kilku lat. Po matce było widać, że jest nieszczęśliwą osobą. Czasem pozwalała sobie na szczerość w rozmowach z Genowefą i uświadamiała mieszkańców wsi, że tak naprawdę biedy prawdziwej w swoim życiu nie zaznali, to co widzi w tej niewielkiej wsi, te domy, ich wyposażenie, ubrania, jakie noszą spotykani ludzie, to, co jedzą, w zestawieniu z tym, czego zaznała w swoich rodzinnych stronach, pozwala jej stwierdzić, że mimo trudów i okropieństw wojny, jakich Adamowczanie zaznali, to jest to niemal kraina mlekiem i miodem płynąca.
- Wy nie znacie biedy. – mawiała.
Genowefie zaufała na tyle, że po pewnym czasie zaczęła ostrzegać ją przed swoją córką.
- Uważajcie na to, co przy niej mówicie. Ja sama muszę się mocno pilnować. Jeżeli powiecie coś, co będzie nie po myśli sowieckiej władzy, ona na was z pewnością doniesie.
Obie kobiety po niedługim pobycie w Adamowcach wyruszyły gdzieś dalej na zachód, może do Wilna.
Nie upłynęło dużo czasu od wysłania mężczyzn na wschód, a do wsi dotarła smutna wiadomość. Okazało się, że w czasie podróży pociągiem, w wagonie, w którym na pryczach spali żołnierze, deski jednej z nich niefortunnie się załamały pod ciężarem śpiącego na górze mężczyzny, który razem z nimi runął na niczego nie spodziewającego się syna Łucji, przygniatając go niestety śmiertelnie. Nie wiadomo kto był heroldem złej wieści. Florcia zapamiętała jedynie wybuch głośnego płaczu Łucji, jakiego ani wcześniej, ani później, nie widziała i nie słyszała. Kobieta płakała po zmarłym jedynym synu dniami i nocami. Została sama na tym Bożym świecie.
Władza sowiecka niezwłocznie przystąpiła do wprowadzania swoich porządków. Adamowce zaczął nawiedzać priedsiedatiel tworzącego się kołchozu. Swoim wyglądem przypominał komisarza NKWD, w skórzanym czarnym płaszczu, z pistoletem zatkniętym za pas, w czarnej skórzanej czapce jakby czekisty, z daszkiem i pięcioramienną czerwoną gwiazdą. Nachodził mieszkańców w domach i nakazywał przepisywanie się na wszelkie narodowości - litewską, białoruską, żydowską, tatarską, rosyjską, byle nie polską. Początkowo oznajmiał o takiej konieczności, z czasem stawał się coraz bardziej agresywny, aż w końcu w sposób otwarty zaczął grozić niczym pospolity bandyta. W czasie jednego z takich najść, po zmroku, gdy dzieci leżały już w łóżkach, a Genowefa krzątała się jeszcze przy kuchni, nagle z hukiem otworzyły się drzwi. Bez pukania, wpadł do izby, jakby wchodził do siebie do domu. Od razu zaczął krzyczeć po rosyjsku. Dzieci się obudziły. I gdy spotkał się z kolejną odmową ze strony Genowefy, wyjął zza skórzanego pasa pistolet, zamachnął się nim i wykrzyknął:
- Ty polackaja morda, ja tiebia ubiju!
Zachowania dziecięce są częstokroć nieprzewidywalne. To mógł być rok 1945, a może już 1946, Florcia mogła mieć 5, może już 6 lat. Wystraszona, gdy zobaczyła jak ten przerażający mężczyzna z pistoletem w dłoni zamachnął się na mamę, wyskoczyła momentalnie z łóżeczka, ominęła odzianą w skórę złowrogą postać, przywarła mocno do mamy, objęła ją z całych sił za nogi, zalała się łzami i z co sił w płucach krzyczała:
- Nie dam mamy! Nie dam mamy!
Wściekły priedsiediatiel zaklął siarczyście, i trzaskając drzwiami tak mocno, że o mały włosy nie wypadły razem z futryną, wyszedł z domu.
Ale myliłby się ten, kto by sądził, że najścia się skończyły. Genowefa, nie mając zamiaru przepisywać się na inną narodowość, w tych dniach, kiedy ów sowiecki funkcjonariusz nawiedzał Adamowce, postanowiła znikać z domu. Nocowała na cmentarzu, w stogach siana, pod które nad ranem podchodziła woda z pobliskiej rzeki. Gdy kładła się spać wieczorem wtulona w siano, nad ranem budziła się częściowo w wodzie. Pamiątką po tych nocach stały się bóle reumatyczne, a z czasem choroby układu krążenia, zaś kilkadziesiąt lat później pierwszy udar, następnie kolejny, aż w końcu częściowy paraliż.
Genowefa zdała sobie sprawę, że tak jednak żyć się nie da, że te groźby, najścia się nie skończą. Powstało wrażenie, że pętla wokół rodziny zaciska się coraz mocniej, że – wbrew temu, co twierdził jej brat Władysław – Polski tu już - na razie przynajmniej - nie ma i nie będzie. W końcu czarę goryczy przelała informacja, jaką przekazały Gieni kuzynki, pracujące w miejscowej administracji. Wedle niej Genowefa i jej dzieci mieli się znaleźć na liście osób przeznaczonych do wywiezienia w głąb ZSRR. A to za sprawą złożonego przez kogoś donosu, że Florian ubrany w garnitur i kapelusz, wraz z rodziną, jeździł bryczką na niedzielne msze do kościoła. Ten garnitur, kapelusz, bryczka, własne zadbane gospodarstwo, wystarczały, by być uznanym za wroga ludu, kułaka, i przykładnie ukaranym. Trzeba już było zacząć działać konkretnie, nocne ucieczki na cmentarz, nocowanie na polach, nie mogły być rozwiązaniem.
Gdy mężczyźni zdolni do odbycia służby wojskowej zostali wysłani na wschód, we wsi pojawił się tajemniczy Serafin z żoną i dziećmi. Wśród mieszkańców Adamowców dość szybko zyskał przydomek „Szalony Serafin”, a to za sprawą tego, że wieczorami miał zwyczaj okrywać się białym prześcieradłem, i tylko nim osłonięty, ze świecą w dłoni biegał po wsi i zaglądał do okien domostw. Nie wszyscy Adamowczanie uwierzyli w jego szaleństwo, wielu odnosiło się doń podejrzliwie, widywano go bowiem nie tylko biegającego drogą, po ogrodach, sadach, łąkach i polach, ale też wystającego pod otwartymi oknami i nasłuchującego, o czym się w domach wieczorami rozmawia. Na tych terenach zainstalowała się już władza sowiecka. Takich Serafinów, którzy ni stąd nie zowąd pojawili się i w okolicznych miejscowościach było dużo więcej. We wsi zaczęły też znikać między innymi kury. Gdy któregoś razu w rozmowie z Serafinem Genowefa złościła się na tajemnicze zniknięcie jednej z kur, Serafin spokojnie słuchał aż w końcu z uśmiechem powiedział:
- Jeśli ktoś ją zabrał i zjadł, to niech mu będzie tylko na zdrowie.
W Adamowcach na pewien czas zamieszkała również Rosjanka ze swoją dorosłą córką, przybyłe gdzieś z głębi ZSRR. Dziewczyna była zagorzałą, wyjątkowo fanatyczną komunistyczną aktywistką. Mogła mieć około dwudziestu kilku lat. Po matce było widać, że jest nieszczęśliwą osobą. Czasem pozwalała sobie na szczerość w rozmowach z Genowefą i uświadamiała mieszkańców wsi, że tak naprawdę biedy prawdziwej w swoim życiu nie zaznali, to co widzi w tej niewielkiej wsi, te domy, ich wyposażenie, ubrania, jakie noszą spotykani ludzie, to, co jedzą, w zestawieniu z tym, czego zaznała w swoich rodzinnych stronach, pozwala jej stwierdzić, że mimo trudów i okropieństw wojny, jakich Adamowczanie zaznali, to jest to niemal kraina mlekiem i miodem płynąca.
- Wy nie znacie biedy. – mawiała.
Genowefie zaufała na tyle, że po pewnym czasie zaczęła ostrzegać ją przed swoją córką.
- Uważajcie na to, co przy niej mówicie. Ja sama muszę się mocno pilnować. Jeżeli powiecie coś, co będzie nie po myśli sowieckiej władzy, ona na was z pewnością doniesie.
Obie kobiety po niedługim pobycie w Adamowcach wyruszyły gdzieś dalej na zachód, może do Wilna.
Nie upłynęło dużo czasu od wysłania mężczyzn na wschód, a do wsi dotarła smutna wiadomość. Okazało się, że w czasie podróży pociągiem, w wagonie, w którym na pryczach spali żołnierze, deski jednej z nich niefortunnie się załamały pod ciężarem śpiącego na górze mężczyzny, który razem z nimi runął na niczego nie spodziewającego się syna Łucji, przygniatając go niestety śmiertelnie. Nie wiadomo kto był heroldem złej wieści. Florcia zapamiętała jedynie wybuch głośnego płaczu Łucji, jakiego ani wcześniej, ani później, nie widziała i nie słyszała. Kobieta płakała po zmarłym jedynym synu dniami i nocami. Została sama na tym Bożym świecie.
Władza sowiecka niezwłocznie przystąpiła do wprowadzania swoich porządków. Adamowce zaczął nawiedzać priedsiedatiel tworzącego się kołchozu. Swoim wyglądem przypominał komisarza NKWD, w skórzanym czarnym płaszczu, z pistoletem zatkniętym za pas, w czarnej skórzanej czapce jakby czekisty, z daszkiem i pięcioramienną czerwoną gwiazdą. Nachodził mieszkańców w domach i nakazywał przepisywanie się na wszelkie narodowości - litewską, białoruską, żydowską, tatarską, rosyjską, byle nie polską. Początkowo oznajmiał o takiej konieczności, z czasem stawał się coraz bardziej agresywny, aż w końcu w sposób otwarty zaczął grozić niczym pospolity bandyta. W czasie jednego z takich najść, po zmroku, gdy dzieci leżały już w łóżkach, a Genowefa krzątała się jeszcze przy kuchni, nagle z hukiem otworzyły się drzwi. Bez pukania, wpadł do izby, jakby wchodził do siebie do domu. Od razu zaczął krzyczeć po rosyjsku. Dzieci się obudziły. I gdy spotkał się z kolejną odmową ze strony Genowefy, wyjął zza skórzanego pasa pistolet, zamachnął się nim i wykrzyknął:
- Ty polackaja morda, ja tiebia ubiju!
Zachowania dziecięce są częstokroć nieprzewidywalne. To mógł być rok 1945, a może już 1946, Florcia mogła mieć 5, może już 6 lat. Wystraszona, gdy zobaczyła jak ten przerażający mężczyzna z pistoletem w dłoni zamachnął się na mamę, wyskoczyła momentalnie z łóżeczka, ominęła odzianą w skórę złowrogą postać, przywarła mocno do mamy, objęła ją z całych sił za nogi, zalała się łzami i z co sił w płucach krzyczała:
- Nie dam mamy! Nie dam mamy!
Wściekły priedsiediatiel zaklął siarczyście, i trzaskając drzwiami tak mocno, że o mały włosy nie wypadły razem z futryną, wyszedł z domu.
Ale myliłby się ten, kto by sądził, że najścia się skończyły. Genowefa, nie mając zamiaru przepisywać się na inną narodowość, w tych dniach, kiedy ów sowiecki funkcjonariusz nawiedzał Adamowce, postanowiła znikać z domu. Nocowała na cmentarzu, w stogach siana, pod które nad ranem podchodziła woda z pobliskiej rzeki. Gdy kładła się spać wieczorem wtulona w siano, nad ranem budziła się częściowo w wodzie. Pamiątką po tych nocach stały się bóle reumatyczne, a z czasem choroby układu krążenia, zaś kilkadziesiąt lat później pierwszy udar, następnie kolejny, aż w końcu częściowy paraliż.
Genowefa zdała sobie sprawę, że tak jednak żyć się nie da, że te groźby, najścia się nie skończą. Powstało wrażenie, że pętla wokół rodziny zaciska się coraz mocniej, że – wbrew temu, co twierdził jej brat Władysław – Polski tu już - na razie przynajmniej - nie ma i nie będzie. W końcu czarę goryczy przelała informacja, jaką przekazały Gieni kuzynki, pracujące w miejscowej administracji. Wedle niej Genowefa i jej dzieci mieli się znaleźć na liście osób przeznaczonych do wywiezienia w głąb ZSRR. A to za sprawą złożonego przez kogoś donosu, że Florian ubrany w garnitur i kapelusz, wraz z rodziną, jeździł bryczką na niedzielne msze do kościoła. Ten garnitur, kapelusz, bryczka, własne zadbane gospodarstwo, wystarczały, by być uznanym za wroga ludu, kułaka, i przykładnie ukaranym. Trzeba już było zacząć działać konkretnie, nocne ucieczki na cmentarz, nocowanie na polach, nie mogły być rozwiązaniem.
sobota, 10 sierpnia 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 20 - bolesne rozstanie
Codzienny rytm życia wyznaczały prace w gospodarstwie, zamówienia na prace stolarskie, zabawy z dziećmi, wspólne niedzielne wyprawy do kościoła w Udziale, skromną bryczką, Florian w garniturze i kapeluszu, Genowefa w odświętnej sukience. Do bryczki był zaprzęgany ulubiony koń Floriana, tylko jego słuchał i jemu się podporządkowywał. Miał też pewną słabość - ogromnie bał się pociągów. Przed przejazdem kolejowym, za każdym razem, gdy nadjeżdżała lokomotywa, narowił się, stawał dęba, i wtedy jedynie Florian był w stanie nad nim zapanować.
Któregoś dnia mała Florcia stała się przyczyną poruszenia we wsi i wielkiego niepokoju rodziców. Dzień był letni, długi, i w czasie, gdy Florian pracował w polu, a Genowefa wyszła do ogrodu, dziecko zniknęło z domu. Gdy matka wróciła z ogrodu, po dziecku nie było śladu, wołała, zaglądała do izb, wybiegła na dwór, popędziła do sąsiadów, ale dziewczynki nikt nie widział. W poszukiwania dziecka zaangażowała się cała wieś. Gdy w międzyczasie Florian wrócił z Oswaldkiem do domu, do akcji wkroczył ulubieniec chłopaka – Misiek. Stanął przed łóżkiem rodziców i zaczął usilnie szczekać, i za żadne skarby nie chciał od niego odejść, nawet przywoływany przez Floriana. W końcu zwierzak próbował wejść pod łóżko, i gdy tak uparcie i coraz głośniej ujadał, Oswaldek nachylił się, by zobaczyć co też mogło tak mocno przykuć uwagę jego podopiecznego, że nie dawał się przekonać, by wyjść na dwór. I wtedy jego oczom ukazał się taki oto widok – śpiąca spokojnie, jakby nigdy nic, młodsza siostrzyczka, nie reagująca na panujący w izbie hałas.
- Tato, tato! Ona tu jest, śpi pod łóżkiem!
Tuż po cudownym odnalezieniu, do domu wróciła zrezygnowana i zafrasowana Genowefa, dziwiąc się wesołej atmosferze, jaką w nim zastała. Po chwili zauważyła córeczkę, całą i zdrową, z poważną miną coś wyjaśniającą rozbawionemu tacie. Okazało się, że dziewczynka z jakiegoś powodu obraziła się na rodziców, i postanowiła dać im nauczkę i schowała się pod łóżkiem, ale nie przypuszczała, że w międzyczasie jej się przyśnie. I w ten oto sposób zagadka zaginięcia sama się rozwiązała. Realizacja planu nie przebiegła co prawda zgodnie z zamierzeniami dziewczynki, wymknęła jej się nieco spod kontroli, ale że finał był szczęśliwy to rodzice podeszli do całej sprawy ze zrozumieniem.
Tymczasem zbliżał się front. Na początku lipca 1944 roku oddziały Armii Czerwonej wkroczyły do Głębokiego. Mieszkańcy Adamowców, nauczeni już niejednym wojennym doświadczeniem, postanowili zawczasu przygotować nieopodal wzgórza cmentarnego ziemianki, w których mogliby się schronić, gdyby walki toczyły się w pobliżu wsi. I nie mylili się, kule i pociski przelatywały nad wsią, a owe naprędce wykonane schronienia ocaliły im życie. Wymiana ognia nie trwała na szczęście długo.
Po przejściu frontu nastały nowe porządki. Pojawiła się sowiecka władza, która mieszkańców tych ziem postrzegała jako obywateli ZSRR. Za tak zwanego pierwszego sowieta, w dniach 26-28 października 1939 r. we Lwowie obradowało Zgromadzenie Ludowe Zachodniej Ukrainy, a w dniach 28-30 października 1939 r. w Białymstoku Zgromadzenie Ludowe Zachodniej Białorusi. Gremia te najpierw uchwaliły ustanowienie władzy sowieckiej na terenach zajętych we wrześniu 1939 r. przez wojska radzieckie, a następnie przyjęły deklaracje do Rady Najwyższej ZSRS, zawierające żądania włączenia tych terenów do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Rada Najwyższa ZSRS dekretem z dnia 1 listopada 1939 r. włączyła południowo-wschodnie województwa II RP do USRS, a 2 listopada 1939 r. województwa północno-wschodnie do BSRS. Delegaci do tych zgromadzeń zostali wybrani w pseudowyborach, które odbyły się 22 października 1939 r. pod całkowitą kontrolą Moskwy, a głosy można było oddawać jedynie na kandydatów wspieranych przez sowietów. Konsekwencją tych działań było już tylko przyjęcie dekretu 29 listopada 1939 r. przez Prezydium Rady Najwyższej ZSRS „o nabyciu obywatelstwa ZSRS przez mieszkańców zachodnich obwodów Ukraińskiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej”. Zgodnie z jego postanowieniami obywatele polscy, którzy znajdowali się na terenach zachodnich obwodów Ukrainy i Białorusi – jak władze komunistyczne nazywały zajęte polskie terytoria – w momencie włączenia tych regionów do ZSRS automatycznie stawali się obywatelami ZSRS. W ten sposób kilkanaście milionów obywateli polskich, wbrew swojej woli, otrzymało obywatelstwo radzieckie. A w rezultacie, jako nowi obywatele ZSRS, mężczyźni mieli obowiązek służby wojskowej w Armii Czerwonej. Tak też się stało i na Wileńszczyźnie. Mieszkańcy Adamowców płci męskiej otrzymali powołania do radzieckiego wojska.
Nadszedł smutny czas rozstania. Ten dzień Florcia zapamiętała doskonale na całe życie, choć miała wówczas zaledwie 4 lata. Scena pożegnania z ukochanym tatą na stacji kolejowej wyryła się aż zanadto wyraźnie w jej pamięci. Przytuliła się z całych sił do Floriana, którego koszula stała się mokra od łez dziecka. Mężczyzna wsiadając do pociągu, próbował ukryć swoją twarz, by żona i dzieci nie widzieli jego łez. Na chwilę przed odjazdem pociągu wychylił się, by jeszcze raz spojrzeć na Genowefę, Florcię i Oswaldka.
Znacznie później dowiedzieli się, że Florian i jego brat Jan trafili do miejscowości Gorochowieckije Łagieria, w głębi Rosji. Wysłano tam mężczyzn z okolic Głębokiego, Postaw, Brasławia. Opowiedział im o tym pan Pietuszko, pochodzący z okolic Brasławia, który zaprzyjaźnił się z Florianem i Janem. Mężczyźni, po dłuższym pobycie we wspomnianych Gorochowieckich Łagieriach otrzymali co prawda polskie mundury, ale szkolili ich rosyjscy oficerowie. W sowieckim duchu, na sowiecką modłę. Dowództwo przyjęło, że przybyli są plastyczną masą, którą można dowolnie kształtować i lepić z niej sowieckiego człowieka. Te ich wyobrażenia spotkały się jednakże od samego początku ze zdecydowanym oporem. Twórcy nowego człowieka, jego formowanie rozpoczęli od narzucenia zakazu porannej i wieczornej modlitwy. Zabronili polskim żołnierzom wykonywania pieśni "Kiedy ranne wstają zorze", a na wieczór "Wszystkie nasze dzienne sprawy". Gdy kresowiacy w odpowiedzi na to posunięcie odmówili wyjścia na poranny apel, jeden z rozhisteryzowanych sowieckich politruków, rozwścieczony, purpurowy ze złości, zaczął biegać po obozie z pistoletem, wymachiwać nim i krzyczeć, że miateżników ubijet! Nie wywarło to jednak na zbuntowanych przybyszach z Wileńszczyzny najmniejszego wrażenia. W końcu ktoś z sowieckiego dowództwa poszedł po rozum do głowy, uciszono rozgrzanego politruka i zapewne w obawie przed możliwym większym buntem, by przełamać sytuację patową, zezwolono na poranne i wieczorne modlitwy i pieśni.
Któregoś dnia mała Florcia stała się przyczyną poruszenia we wsi i wielkiego niepokoju rodziców. Dzień był letni, długi, i w czasie, gdy Florian pracował w polu, a Genowefa wyszła do ogrodu, dziecko zniknęło z domu. Gdy matka wróciła z ogrodu, po dziecku nie było śladu, wołała, zaglądała do izb, wybiegła na dwór, popędziła do sąsiadów, ale dziewczynki nikt nie widział. W poszukiwania dziecka zaangażowała się cała wieś. Gdy w międzyczasie Florian wrócił z Oswaldkiem do domu, do akcji wkroczył ulubieniec chłopaka – Misiek. Stanął przed łóżkiem rodziców i zaczął usilnie szczekać, i za żadne skarby nie chciał od niego odejść, nawet przywoływany przez Floriana. W końcu zwierzak próbował wejść pod łóżko, i gdy tak uparcie i coraz głośniej ujadał, Oswaldek nachylił się, by zobaczyć co też mogło tak mocno przykuć uwagę jego podopiecznego, że nie dawał się przekonać, by wyjść na dwór. I wtedy jego oczom ukazał się taki oto widok – śpiąca spokojnie, jakby nigdy nic, młodsza siostrzyczka, nie reagująca na panujący w izbie hałas.
- Tato, tato! Ona tu jest, śpi pod łóżkiem!
Tuż po cudownym odnalezieniu, do domu wróciła zrezygnowana i zafrasowana Genowefa, dziwiąc się wesołej atmosferze, jaką w nim zastała. Po chwili zauważyła córeczkę, całą i zdrową, z poważną miną coś wyjaśniającą rozbawionemu tacie. Okazało się, że dziewczynka z jakiegoś powodu obraziła się na rodziców, i postanowiła dać im nauczkę i schowała się pod łóżkiem, ale nie przypuszczała, że w międzyczasie jej się przyśnie. I w ten oto sposób zagadka zaginięcia sama się rozwiązała. Realizacja planu nie przebiegła co prawda zgodnie z zamierzeniami dziewczynki, wymknęła jej się nieco spod kontroli, ale że finał był szczęśliwy to rodzice podeszli do całej sprawy ze zrozumieniem.
Tymczasem zbliżał się front. Na początku lipca 1944 roku oddziały Armii Czerwonej wkroczyły do Głębokiego. Mieszkańcy Adamowców, nauczeni już niejednym wojennym doświadczeniem, postanowili zawczasu przygotować nieopodal wzgórza cmentarnego ziemianki, w których mogliby się schronić, gdyby walki toczyły się w pobliżu wsi. I nie mylili się, kule i pociski przelatywały nad wsią, a owe naprędce wykonane schronienia ocaliły im życie. Wymiana ognia nie trwała na szczęście długo.
Po przejściu frontu nastały nowe porządki. Pojawiła się sowiecka władza, która mieszkańców tych ziem postrzegała jako obywateli ZSRR. Za tak zwanego pierwszego sowieta, w dniach 26-28 października 1939 r. we Lwowie obradowało Zgromadzenie Ludowe Zachodniej Ukrainy, a w dniach 28-30 października 1939 r. w Białymstoku Zgromadzenie Ludowe Zachodniej Białorusi. Gremia te najpierw uchwaliły ustanowienie władzy sowieckiej na terenach zajętych we wrześniu 1939 r. przez wojska radzieckie, a następnie przyjęły deklaracje do Rady Najwyższej ZSRS, zawierające żądania włączenia tych terenów do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Rada Najwyższa ZSRS dekretem z dnia 1 listopada 1939 r. włączyła południowo-wschodnie województwa II RP do USRS, a 2 listopada 1939 r. województwa północno-wschodnie do BSRS. Delegaci do tych zgromadzeń zostali wybrani w pseudowyborach, które odbyły się 22 października 1939 r. pod całkowitą kontrolą Moskwy, a głosy można było oddawać jedynie na kandydatów wspieranych przez sowietów. Konsekwencją tych działań było już tylko przyjęcie dekretu 29 listopada 1939 r. przez Prezydium Rady Najwyższej ZSRS „o nabyciu obywatelstwa ZSRS przez mieszkańców zachodnich obwodów Ukraińskiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej”. Zgodnie z jego postanowieniami obywatele polscy, którzy znajdowali się na terenach zachodnich obwodów Ukrainy i Białorusi – jak władze komunistyczne nazywały zajęte polskie terytoria – w momencie włączenia tych regionów do ZSRS automatycznie stawali się obywatelami ZSRS. W ten sposób kilkanaście milionów obywateli polskich, wbrew swojej woli, otrzymało obywatelstwo radzieckie. A w rezultacie, jako nowi obywatele ZSRS, mężczyźni mieli obowiązek służby wojskowej w Armii Czerwonej. Tak też się stało i na Wileńszczyźnie. Mieszkańcy Adamowców płci męskiej otrzymali powołania do radzieckiego wojska.
Nadszedł smutny czas rozstania. Ten dzień Florcia zapamiętała doskonale na całe życie, choć miała wówczas zaledwie 4 lata. Scena pożegnania z ukochanym tatą na stacji kolejowej wyryła się aż zanadto wyraźnie w jej pamięci. Przytuliła się z całych sił do Floriana, którego koszula stała się mokra od łez dziecka. Mężczyzna wsiadając do pociągu, próbował ukryć swoją twarz, by żona i dzieci nie widzieli jego łez. Na chwilę przed odjazdem pociągu wychylił się, by jeszcze raz spojrzeć na Genowefę, Florcię i Oswaldka.
Znacznie później dowiedzieli się, że Florian i jego brat Jan trafili do miejscowości Gorochowieckije Łagieria, w głębi Rosji. Wysłano tam mężczyzn z okolic Głębokiego, Postaw, Brasławia. Opowiedział im o tym pan Pietuszko, pochodzący z okolic Brasławia, który zaprzyjaźnił się z Florianem i Janem. Mężczyźni, po dłuższym pobycie we wspomnianych Gorochowieckich Łagieriach otrzymali co prawda polskie mundury, ale szkolili ich rosyjscy oficerowie. W sowieckim duchu, na sowiecką modłę. Dowództwo przyjęło, że przybyli są plastyczną masą, którą można dowolnie kształtować i lepić z niej sowieckiego człowieka. Te ich wyobrażenia spotkały się jednakże od samego początku ze zdecydowanym oporem. Twórcy nowego człowieka, jego formowanie rozpoczęli od narzucenia zakazu porannej i wieczornej modlitwy. Zabronili polskim żołnierzom wykonywania pieśni "Kiedy ranne wstają zorze", a na wieczór "Wszystkie nasze dzienne sprawy". Gdy kresowiacy w odpowiedzi na to posunięcie odmówili wyjścia na poranny apel, jeden z rozhisteryzowanych sowieckich politruków, rozwścieczony, purpurowy ze złości, zaczął biegać po obozie z pistoletem, wymachiwać nim i krzyczeć, że miateżników ubijet! Nie wywarło to jednak na zbuntowanych przybyszach z Wileńszczyzny najmniejszego wrażenia. W końcu ktoś z sowieckiego dowództwa poszedł po rozum do głowy, uciszono rozgrzanego politruka i zapewne w obawie przed możliwym większym buntem, by przełamać sytuację patową, zezwolono na poranne i wieczorne modlitwy i pieśni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Gdy się kroczy piaszczystą ścieżką wydeptaną wzdłuż torów tramwajowych linii nr 20, powstałej jeszcze w latach 30-tych ubiegłego wieku, któr...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...