Justyn miał wyjątkowo dobrego patrona. Był przekonany, że bez niego, sam o własnych siłach, nie dałby sobie rady. Wspierał wydatnie dziadka Ksawerego w prowadzeniu gospodarstwa i wychowywaniu młodszego rodzeństwa. Teraz bracia i siostra byli już formalnie dorośli i wydawałoby się, że można byłoby już nieco odetchnąć, lecz pojawiły się nowe wyzwania.
A tymczasem w Mosarzu w roku 1927 rozgorzał o Justyna spór, nie o Justyna Bochana, lecz o świętego Justyna, a dokładnie o jego relikwie przechowywane w kościele świętej Anny. Na początku lat dwudziestych, po długich latach nieobecności w Starym Miadziole, do miasteczka powrócili karmelici bosi i przypomnieli sobie o pewnej utraconej świętości. Przełożony karmelickiego klasztoru - ojciec Bronisław Jarosiński - tego roku wystąpił do arcybiskupa wileńskiego Romualda Jałbrzykowskiego o oddanie srebrnej trumienki zawierającej relikwie świętego Justyna Męczennika, która w tym czasie znajdowała się w kościele św. Anny w Mosarzu. O tym, że kiedyś stanowiły one własność kościoła ojców karmelitów w Starym Miadziole świadczyć miała opinia ogółu wiernych i zapiski w starych kronikach. Swoje prośby i petycje zaczęli słać i wierni. Arcybiskup zapoznawszy się wnikliwie z owymi pismami, skierował list do mosarskiego proboszcza - ks. Stanisława Klima, w którym wystąpił do duchownego o zwrot żądanych relikwii. Tu się jednak włączył lud mosarski. Dowiedziawszy się o całej sprawie, wzburzył się niepomiernie i nie miał najmniejszego zamiaru świętego Justyna oddawać, uznawszy go już na mocy zasiedzenia za swojego! Nie trzeba było zatem długo czekać na listowną odpowiedź ks. Klima, a w rozgorzałej walce o świętości wsparł go również właściciel mosarskiego majątku - Edmund Piłsudski, prawnuk hrabiny Anny Hrebnickiej, za sprawą której owe relikwie trafiły do Mosarza. Edmund Piłsudski - w swoim własnym liście - powoływał się na przysługujące mu - jako spadkobiercy hrabiny - prawo do tej bezcennej pamiątki rodzinnej. Argumentował, że relikwie – w czasie pielgrzymki do Rzymu - otrzymał od Ojca Świętego Antoni Koszczyc, który następnie przywiózł je do Miadzioła i umieścił w ufundowanym przez siebie w roku 1754 kościele ojców karmelitów. Jednakże 78 lat później, po kasacie klasztoru, Anna z Koszczyców Hrebnicka, córka Antoniego, a praprababka Edmunda, otrzymała od władz duchownych pozwolenie na przewiezienie ich do kościoła w Mosarzu, gdzie przebywała u swojej córki Barbary, ówczesnej właścicielki miasteczka, a prababki Edmunda, po której on Mosarz odziedziczył. Klarował dalej, że relikwie znajdują się w mosarskim kościele już 90 lat, otoczone czcią nie tylko jego rodziny, ale też ogółu wiernych, i - co niezwykle ważne – zarówno tych wyznania katolickiego, jak i prawosławnego. Dzięki tym relikwiom lud tutejszy uchronił się od rusyfikacji. A próba ich odebrania teraz mogłaby wywołać niepotrzebny opór i wzburzenie wśród miejscowej ludności. Podkreślał, że nie wyobraża sobie bez nich Mosarza, i że byłby złym spadkobiercą rodzinnej tradycji, ale i złym obywatelem Kresów, gdyby stanowczo nie sprzeciwił się próbom ich odebrania, a miejscowy lud uznałby go niechybnie za zdrajcę. Powołał się też na dokument sporządzony przez biskupa Żylińskiego w 1851 r. we dworze w Mosarzu, oddany na przechowanie do kościoła, poświadczający, że relikwie były osobistą własnością Antoniego Koszczyca.
Proboszcz Klim podszedł natomiast do sprawy czysto pragmatycznie. W swojej odpowiedzi na plan pierwszy wybił tę okoliczność, że relikwie nie są przechowywane - tak jak utrzymują ojcowie karmelici - w srebrnej trumience, znajdującej się gdzieś na uboczu, lecz w pokaźnych rozmiarów drewnianej posrebrzanej trumnie, stanowiącej podstawę nastawy wielkiego ołtarza, a zatem jej usunięcie jest właściwie niemożliwe! Poza tym od roku 1838 mosarski lud niejako zrósł się z nimi nierozerwalnie, a pielgrzymują do nich mieszkańcy i dalszych okolic, w promieniu aż stu kilometrów! I - co istotne - spory odsetek owych pielgrzymów stanowią wyznawcy prawosławia. Wszystko to razem sprawiło, że lud tutejszy bez czynnego protestu pozbawić się relikwii nie pozwoli, uznając, że byłby to zamach na jego najświętsze prawa, a nadto, znając jego temperament, ewentualny protest mógłby być dla Kościoła wysoce niepożądany. Ks. Klim podkreślał również, że już od dłuższego czasu parafianie interweniowali u niego w tej sprawie, a z ich wypowiedzi i nawet – o zgrozo! - pogróżek wynika, że wszelakie próby wywiezienia świętego Justyna zostałyby udaremnione!
I jak tu ludowi zabrać taką świętość? W odpowiedzi na pismo proboszcza Rada Administracyjna Dóbr Archidiecezji Wileńskiej powiadamiała zainteresowane strony, iż postanowiła pozostawić relikwie świętego Justyna w mosarskim kościele. Mimo to uparci zakonnicy ze Starego Miadzioła nie mieli zamiaru składać broni. Nowy prowincjał klasztoru, w sierpniu 1928 roku wystąpił z kolejną petycją do kurii, pod którą i tym razem podpisali się staromiadziolscy parafianie! Ojciec Antoni od Dzieciątka Jezus odwoływał się w niej do starych modlitewników, zawierających historię ofiarowania relikwii przez fundatora dla kościoła w Starym Miadziole, pieśni i godzinek do świętego Justyna oraz założonego przy kościele Bractwa św. Justyna, zatwierdzonego przez papieża Klemensa XIV dnia 5 kwietnia 1773 roku. "Bóg błogosławieństwem swoim i łaskami szczególniejszymi za przyczyną Męczennika swego Justyna wyraźnie odznaczył to miejsce" - pisał. Przywoływał i inne mocne argumenty, ale władza diecezjalna decyzji swojej zmienić już nie chciała.
Można zatem było dalej swobodnie przybywać do świętego Justyna do Mosarza, ze swoimi intencjami i upraszać jego wstawiennictwa. Wielu doznawało tu uzdrowień ducha i ciała. 24 czerwca, co roku, na odpust parafialny, ciągnęły tłumy, pieszo i na furmankach. I tego też dnia 1931 r. w Mosarzu, na placu przed kościołem, po raz kolejny zbiegły się drogi z Krukowszczyzny i z Adamowców.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
czwartek, 27 czerwca 2024
piątek, 21 czerwca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 8 - spotkanie w Mosarzu, Wileńszczyzna lata 30-te
Od czasu, kiedy spotkał w drzwiach kościoła w Mosarzu dość wysoką, ciemnowłosą dziewczynę o niebieskich oczach, zaczął bywać w nim częściej. Nie był osobą szczególnie rozmodloną i uduchowioną, stąd te jego częste wizyty w kościele budziły zdumienie wśród kolegów, a i starszy brat wydawał się być nimi nieco zaskoczony. Jednakże różne dziwy się na tym świecie zdarzają, więc dlaczego by i Florian nie miał - ni stąd, ni zowąd - poczuć jakiegoś zamiłowania do pogłębionego życia duchowego. Lat miał dwadzieścia dziewięć, rodziny swojej jeszcze nie założył, kto wie, co jest mu w niebiosach zapisane. Można się było zatem dziwić, choć nie zanadto, zwłaszcza że od kolegów nie stronił, nadal pomagał ojcu prowadzić warsztat stolarski. Na pozór nic się nie zmieniło. Tymczasem on wracał i wracał do świętej Anny, i przesiadywał w kościele całymi godzinami. Czy to jednak przez przypadek, czy jakimś dziwnym zrządzeniem losu, za każdym razem, kiedy mając wolne, zaglądał do świętej Anny, to albo ta ciemnowłosa dziewczyna klęczała w ławce, albo pojawiała się w czasie, gdy on już na nią czekał, albo mijali się w drzwiach kruchty. Wystarczyło jednakże tych niby przypadkowych spotkań do tego, by ich spojrzenia zaczęły się krzyżować, a z czasem też oczy obojga równocześnie - jakby na mocy jakiegoś tajemniczego porozumienia – uśmiechały się do siebie, kąciki ust łagodnie unosiły, aż w końcu mimowolnie rozwiązały się języki, najpierw język - Floriana, a tuż po nim - tej pogodnej dziewczyny. I zupełnie spontanicznie wywiązała się pierwsza rozmowa młodych ludzi, może trochę niezdarna, odrobinę chaotyczna, ale dzięki niej lody zostały przełamane. Droga do kolejnych rozmów w czasie tych absolutnie przypadkowych spotkań została przetarta. Wkrótce oboje wiedzieli już o sobie wszystko, co najważniejsze, co osoby, które jakaś tajemna siła ku sobie przyciąga, wiedzieć powinny i chciały. I co najistotniejsze, oboje mieli już pewność, że tych rozmów i spotkań, powinno być więcej, najlepiej, by w ogóle nie miały one końca.
czwartek, 20 czerwca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 7 - w Głębokim, Wileńszczyzna lata 30-te
Na podwórzu przed domem Ksawerego stały już drewniane wozy, na które Adolf, Władysław i Justyn pospiesznie ładowali skrzynki pełne dojrzałych, dorodnych jabłek, gruszek, śliwek i wiśni. Następnego dnia po południu z Głębokiego miał odjeżdżać pociąg do Wilna, w którym odbiorcy czekali już na pachnące, apetyczne owoce z Krukowszczyzny. Ksawery wyruszył do miasteczka, by załatwić wszelkie formalności związane z transportem. Mijał właśnie smukłe wieże cerkwi, która jeszcze do drugiej połowy XIX wieku była kościołem pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, wzniesionym w latach 1730-1735 w stylu baroku wileńskiego. Swoją smukłością linii tak odmiennego od barku regionów i krain położonych na południe od Wileńszczyzny. Ten słynny barok wileński jakby postanowił się upodobnić do strzelistego gotyku sięgającego północnego nieba. I pierwszą świątynią wzniesioną w tym stylu nie był żaden z kościołów wileńskich, lecz właśnie budowla, którą w tej chwili podziwiał Ksawery. Niemal naprzeciw cerkwi usadowiła się druga okazała świątynia, w tym samym stylu, którego cechy zyskała jednak dopiero w czasie przebudowy, około trzydziestu lat później niż jej sąsiadka. To kościół pod wezwaniem Trójcy Świętej. Obie świątynie sprawiały wrażenie, jakby prowadziły ze sobą przyjacielską pogawędkę.
W granicach miasta znajdowały się też dwa jeziora - Kahalne i Wielkie. Jezioro Kahalne jeszcze do niedawna nazywano Głębokim, ale z tej racji, że gmina żydowska dzierżawiła prawo do połowów na nim, to miejscowa ludność przemianowała je na kahalne, od słowa „kahał”, w jidysz oznaczającego gminę żydowską. A przy ulicy Warszawskiej rozlokowała się jeszcze drewniana Wielka Synagoga, nakryta okazałym łamanym dachem.
W miasteczku przeważała niska drewniana zabudowa, przetykana piętrowymi murowanymi kamieniczkami, będącymi jednak w mniejszości. Ruch na uliczkach był spory. Sklepiki, warsztaty, składy towarów, młyn, garbarnia, poczta, administracja powiatu, przyciągały do Głębokiego licznych przybyszów z całego powiatu. Gwar miasteczka, ten cały rejwach, załatwianie wszelkich formalności nie było tym, w czym Ksawery czuł się mocny. Aby odetchnąć zatapiał się w ciszy i spokoju przestronnego wnętrza kościoła Świętej Trójcy. Odwiedzał go zazwyczaj w drodze powrotnej, zasiadał wówczas w ławce tuż przy ołtarzu, wydobywał z kieszeni marynarki swój noszący ślady częstego używania modlitewnik i oddawał się cichej modlitwie. Zawsze miał tyle spraw na głowie, owoce z sadu sprzedawały się znakomicie, ale wnuki, którymi się opiekował, stały się już dorosłymi osobami, należało im jeszcze pomóc w ułożeniu życia, a on przecież nie wie, ile mu jeszcze czasu pozostało na tym pięknym świecie, który tak kochał. Co prawda jego dom jest w stanie pomieścić ich wszystkich, a gospodarstwo przypadnie może Justynowi, może Adolfowi, może Władek zechce na nim pozostać, może będą pracować wspólnie, zgodnie, bez jakichkolwiek nieporozumień, tak zgodnie jak dotychczas. Gienia, czarnowłosa dziewczyna z falującymi włosami, jasną karnacją, energiczna, zaradna. Jakież to byłoby szczęście, gdyby trafiła na dobrego męża i mogła już założyć własną rodzinę. Wszak nie jest dobrze, by człowiek był sam. Tak rozmyślając, w błogiej ciszy, Ksawery oparł głowę o przeciwległą ławkę, przymknął mimowolnie oczy i błogo przysnął. Te chwile wyciszenia, krótkiego snu, sprawiały, że natłok myśli w głowie samoczynnie się układał i porządkował, a odpoczynek przynosił nowe pomysły, a czasem nawet gotowe rozwiązania nurtujących problemów. Po kilku minutach ocknął się, otworzył modlitewnik na litanii do Serca Jezusowego i szeptem zaczął odczytywać jej wezwania.
W granicach miasta znajdowały się też dwa jeziora - Kahalne i Wielkie. Jezioro Kahalne jeszcze do niedawna nazywano Głębokim, ale z tej racji, że gmina żydowska dzierżawiła prawo do połowów na nim, to miejscowa ludność przemianowała je na kahalne, od słowa „kahał”, w jidysz oznaczającego gminę żydowską. A przy ulicy Warszawskiej rozlokowała się jeszcze drewniana Wielka Synagoga, nakryta okazałym łamanym dachem.
W miasteczku przeważała niska drewniana zabudowa, przetykana piętrowymi murowanymi kamieniczkami, będącymi jednak w mniejszości. Ruch na uliczkach był spory. Sklepiki, warsztaty, składy towarów, młyn, garbarnia, poczta, administracja powiatu, przyciągały do Głębokiego licznych przybyszów z całego powiatu. Gwar miasteczka, ten cały rejwach, załatwianie wszelkich formalności nie było tym, w czym Ksawery czuł się mocny. Aby odetchnąć zatapiał się w ciszy i spokoju przestronnego wnętrza kościoła Świętej Trójcy. Odwiedzał go zazwyczaj w drodze powrotnej, zasiadał wówczas w ławce tuż przy ołtarzu, wydobywał z kieszeni marynarki swój noszący ślady częstego używania modlitewnik i oddawał się cichej modlitwie. Zawsze miał tyle spraw na głowie, owoce z sadu sprzedawały się znakomicie, ale wnuki, którymi się opiekował, stały się już dorosłymi osobami, należało im jeszcze pomóc w ułożeniu życia, a on przecież nie wie, ile mu jeszcze czasu pozostało na tym pięknym świecie, który tak kochał. Co prawda jego dom jest w stanie pomieścić ich wszystkich, a gospodarstwo przypadnie może Justynowi, może Adolfowi, może Władek zechce na nim pozostać, może będą pracować wspólnie, zgodnie, bez jakichkolwiek nieporozumień, tak zgodnie jak dotychczas. Gienia, czarnowłosa dziewczyna z falującymi włosami, jasną karnacją, energiczna, zaradna. Jakież to byłoby szczęście, gdyby trafiła na dobrego męża i mogła już założyć własną rodzinę. Wszak nie jest dobrze, by człowiek był sam. Tak rozmyślając, w błogiej ciszy, Ksawery oparł głowę o przeciwległą ławkę, przymknął mimowolnie oczy i błogo przysnął. Te chwile wyciszenia, krótkiego snu, sprawiały, że natłok myśli w głowie samoczynnie się układał i porządkował, a odpoczynek przynosił nowe pomysły, a czasem nawet gotowe rozwiązania nurtujących problemów. Po kilku minutach ocknął się, otworzył modlitewnik na litanii do Serca Jezusowego i szeptem zaczął odczytywać jej wezwania.
wtorek, 18 czerwca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 6 - powrót Floriana, Adamowce, Wileńszczyzna - lata 30-te
Na drodze od strony Murz pojawiła się postać niespiesznie zmierzająca w stronę Adamowców. Przedwieczorna pora, z wciąż jasnym, żółtawym na północnym zachodzie niebem, słońce nie tak dawno skryło się za widnokręgiem. Florian zdawał sobie sprawę, że za długo zabawił w Mosarzu. Obiecał przecież ojcu, że pojedzie z nim do kościoła w Udziale. Proboszcz prosił Mojżesza o naprawienie kilku ław w świątyni. Wczesnym latem dni na północno-wschodnim spłachetku Wileńszczyzny trwają długo, tak jakby sięgały tu odblaski białych nocy z nie tak znowuż odległej, odmiennej i tajemniczej Estonii. Ta położona jeszcze bardziej na północ kraina żywo pobudzała wyobraźnię. A gdyby tak policzyć kilometry, to można powiedzieć, że leżała jakby w połowie drogi z Adamowców do Warszawy. Wywoływała ciekawość i chęć odkrycia. Słyszało się, że ludność tamtejsza włada zupełnie innym językiem niż sąsiedzi Litwini czy Łotysze. Kraj jest pokryty rozległymi puszczami, a w miastach stoją bajkowe zamki i dostojne, siegające nieba gotyckie katedry. Tak sobie marząc, Florian przyspieszył kroku. Dotarł w końcu do pierwszych zabudowań wsi. Lekko zdyszany wkroczył na podwórze domostwa rodziców, ale na zewnątrz, ani na ganku nikogo nie było. Wszedł do izby, w której przed świętym obrazem klęczała i żarliwie modliła się matka. Józefa miała łagodne usposobienie, spokojne spojrzenie niebieskich o migdałowym kształcie oczu, osadzonych na jasnej, pogodnej twarzy, tak jasnej, że wyraźnie malował się kontrast między ową mleczną niemal bielą a jej kruczoczarnymi bujnymi włosami. Zakończyła modlitwę i z trochę wymuszonym wyrzutem spojrzała na syna. Wiedziała, że był umówiony z ojcem, lecz nie potrafiła się gniewać w sytuacjach, które była w stanie usprawiedliwić, a wiedziała, że syn nie jest lekkoduchem i na pewno jego spóźnienie ma racjonalną przyczynę. Poza tym, z pomocą przyszedł starszy brat Floriana – Jan. Wcześniej dziś uporał się z pracą w polu i razem z ojcem pojechali do Udzieła, a właściwie Udziełła, jak mawiali miejscowi.
Obaj synowie Mojżesza i Józefy byli pracowici i odpowiedzialni, przekroczyli już jednak trzydziesty rok życia i powinni pójść w ślady swoich starszych sióstr, założyć własne rodziny, pobudować własne domy i rozpocząć życie na własny rachunek. Józefa była doskonałą obserwatorką i miała świetną intuicję i dzięki tym wrodzonym zdolnościom dostrzegła już jakiś czas temu, że Florian, wracając z Mosarza, jest nieco odmieniony, coś jakby ukrywał i wszystkiego nie mówi. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że przed kochającą matką nic się ukryć właściwie nie da. Między osobami o tak silnej więzi istnieje jakieś duchowe zespolenie sprawiające, że można nawet czytać w myślach na odległość. Umiejętność, której się nie nabywa w drodze nauki, choćby nie wiadomo ile książek nie przeczytać, ile szkół, by nie ukończyć. Z tym talentem człowiek przychodzi na świat i kochając prawdziwie, podtrzymuje go, pogłębia, rozwija, a jeśli się nie kocha szczerze - jak Bóg przykazał - to tak, jakby ten talent zakopać, pozostawić piękny kwiat bez pielęgnacji, a on więdnie, usycha aż w końcu zanika. Już od co najmniej miesiąca, wracając do domu, Florian przemykał tajemniczy między izbami, z błyszczącymi, lekko uśmiechniętymi oczami, a te błyski mogły być niezauważalne dla kogoś postronnego, lecz nie dla matki.
Obaj synowie Mojżesza i Józefy byli pracowici i odpowiedzialni, przekroczyli już jednak trzydziesty rok życia i powinni pójść w ślady swoich starszych sióstr, założyć własne rodziny, pobudować własne domy i rozpocząć życie na własny rachunek. Józefa była doskonałą obserwatorką i miała świetną intuicję i dzięki tym wrodzonym zdolnościom dostrzegła już jakiś czas temu, że Florian, wracając z Mosarza, jest nieco odmieniony, coś jakby ukrywał i wszystkiego nie mówi. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że przed kochającą matką nic się ukryć właściwie nie da. Między osobami o tak silnej więzi istnieje jakieś duchowe zespolenie sprawiające, że można nawet czytać w myślach na odległość. Umiejętność, której się nie nabywa w drodze nauki, choćby nie wiadomo ile książek nie przeczytać, ile szkół, by nie ukończyć. Z tym talentem człowiek przychodzi na świat i kochając prawdziwie, podtrzymuje go, pogłębia, rozwija, a jeśli się nie kocha szczerze - jak Bóg przykazał - to tak, jakby ten talent zakopać, pozostawić piękny kwiat bez pielęgnacji, a on więdnie, usycha aż w końcu zanika. Już od co najmniej miesiąca, wracając do domu, Florian przemykał tajemniczy między izbami, z błyszczącymi, lekko uśmiechniętymi oczami, a te błyski mogły być niezauważalne dla kogoś postronnego, lecz nie dla matki.
piątek, 14 czerwca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 5 - Adamowce, ród Szpaków, Wileńszczyzna lata 30-te
Krajobraz delikatnie wznosił się i spokojnie opadał, falowały razem z nim pola obsiane zbożami, bujne łąki i ciemniejące masywy leśne na horyzoncie, niewielkie wsie z drewnianą zabudową, poprzecinane strumykami i wąskimi rzeczkami. Piaszczysta droga z Adamowców wiodła przez Murzy, ale można też było jechać przez Rakowce. Murzy, leżące przy znaczniejszym trakcie, były znane z tego, że płonęły zawsze. gdy przez te tereny przetaczały się wrogie wojska. Na wschód od Adamowców rozłożyły się Rakowce, w których mieszkali między innymi Tatarzy i tym się najbardziej wyróżniały.
Na ganku drewnianego domu stał wysoki, mocno zbudowany, czarnowłosy mężczyzna. Wypatrywał kogoś na drodze, ale dukt i od strony Murzów i od strony Rakowców był wciąż pusty. Florian powinien już wrócić, a wciąż go nie ma. W domu przy kuchni krzątała się energiczna, szczupła, ciemnowłosa kobieta. Do domu przylegał ciesielski warsztat. Mojżesz i jego syn Florian byli cenionymi w okolicy cieślami. Zlecenia wszelkiego rodzaju spływały nieustannie od mieszkańców okolicznych wsi i miasteczek. A to trzeba było komuś pomóc przy budowie domu, a to dokonać drobnych napraw, choćby ław w kościele w Mosarzu albo w Udziale, albo wyrzeźbić jakieś fantazyjne zdobienia nad oknami, okiennice, krzesła, stoły, czy co tam jeszcze się komuś zamarzyło mieć w domu z drewna. Dziś Florian miał wrócić z Mosarza wcześniej. Planowali razem z ojcem pojechać do kościoła w Udziale, by naprawić oparcia i klęczniki w kilku kościelnych ławach. Słońce zaczynało już powoli chylić się ku zachodowi, swoim balsamicznym światłem czule otaczało przydomowe ogrody, pola, sady, łąki i las na horyzoncie. Tę porę dnia Mojżesz i Józefa lubili najbardziej. To był czas kiedy mogli w końcu z czystym sumieniem oddać się odpoczynkowi na ganku albo wyruszyć na spacer piaszczystą drogą w stronę Murz bądź Rakowców, a bursztynowe, podkreślające urodę okolicy światło przydawało światu jakiegoś nierzeczywistego blasku i nastroju.
W Adamowcach mieszkali przede wszystkim Adamowicze i Szpakowie. Którzy przeważali trudno stwierdzić. W domu Mojżesza i Józefy uwagę zwracały wiekowe, monumentalne meble, przypominające do złudzenia meble, jakie widywało się w aptekach. Wedle tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie, pewien – nieznany z imienia – przodek Szpaków miał być lekarzem w armii Napoleona, i w czasie niesławnego odwrotu jej resztek spod Moskwy, z jakichś przyczyn zatrzymał się na dłużej w Adamowcach. Wówczas swoją urodą i charakterem urzekła owego zacnego przodka miejscowa dziewczyna, z którą postanowił pozostać na tym urokliwym skrawku ziemi już do końca swych dni. A sam miał wywodzić się gdzieś z Mazowsza, podobno z okolic Ostrołęki. Tyle rodzinne opowieści, a jak było w rzeczywistości, któż to może wiedzieć. Te apteczne meble stanowiły niejako poszlakę wskazującą na prawdziwość tej opowieści. Istniała też jeszcze jedna, choć mocno pośrednia poszlaka - nieopodal wsi, znajdował się kurhan, wyraźnie ludzką ręką usypane wzgórze, u którego podnóża, w czasie prac polowych, miejscowi gospodarze wydobywali z ziemi szczątki broni, szable, bagnety, będące pozostałością po potyczce, jaką stoczyły tu niedobitki armii napoleońskiej ze ścigającymi ich Rosjanami. A poza tym, pierwotnie przodkowie ze strony Mojżesza mieli nosić podwójne nazwisko Szpak-Szpakowski, i dopiero w czasie nasilonej walki z polskością na rubieżach Wileńszczyzny, po Powstaniu Styczniowym, urzędnicy carscy któremuś z pradziadków, gdy ten już oślepł, ucięli w dokumentach drugi człon nazwiska "Szpakowski", bo ze Szpaka wedle ich rozumienia można było uczynić Rosjanina, za to Szpak-Szpakowski już nastręczał pewnych trudności. Tak zapewne dumali czynownicy i tak wcielali w życie rusyfikację. Jednak wyznania tych niepokornych, przymusowych poddanych cara zmienić już nie byli w stanie, stąd ród Szpaków dzielnie, do odzyskania niepodległości trwał przy polskiej mowie i kulturze.
Na ganku drewnianego domu stał wysoki, mocno zbudowany, czarnowłosy mężczyzna. Wypatrywał kogoś na drodze, ale dukt i od strony Murzów i od strony Rakowców był wciąż pusty. Florian powinien już wrócić, a wciąż go nie ma. W domu przy kuchni krzątała się energiczna, szczupła, ciemnowłosa kobieta. Do domu przylegał ciesielski warsztat. Mojżesz i jego syn Florian byli cenionymi w okolicy cieślami. Zlecenia wszelkiego rodzaju spływały nieustannie od mieszkańców okolicznych wsi i miasteczek. A to trzeba było komuś pomóc przy budowie domu, a to dokonać drobnych napraw, choćby ław w kościele w Mosarzu albo w Udziale, albo wyrzeźbić jakieś fantazyjne zdobienia nad oknami, okiennice, krzesła, stoły, czy co tam jeszcze się komuś zamarzyło mieć w domu z drewna. Dziś Florian miał wrócić z Mosarza wcześniej. Planowali razem z ojcem pojechać do kościoła w Udziale, by naprawić oparcia i klęczniki w kilku kościelnych ławach. Słońce zaczynało już powoli chylić się ku zachodowi, swoim balsamicznym światłem czule otaczało przydomowe ogrody, pola, sady, łąki i las na horyzoncie. Tę porę dnia Mojżesz i Józefa lubili najbardziej. To był czas kiedy mogli w końcu z czystym sumieniem oddać się odpoczynkowi na ganku albo wyruszyć na spacer piaszczystą drogą w stronę Murz bądź Rakowców, a bursztynowe, podkreślające urodę okolicy światło przydawało światu jakiegoś nierzeczywistego blasku i nastroju.
W Adamowcach mieszkali przede wszystkim Adamowicze i Szpakowie. Którzy przeważali trudno stwierdzić. W domu Mojżesza i Józefy uwagę zwracały wiekowe, monumentalne meble, przypominające do złudzenia meble, jakie widywało się w aptekach. Wedle tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie, pewien – nieznany z imienia – przodek Szpaków miał być lekarzem w armii Napoleona, i w czasie niesławnego odwrotu jej resztek spod Moskwy, z jakichś przyczyn zatrzymał się na dłużej w Adamowcach. Wówczas swoją urodą i charakterem urzekła owego zacnego przodka miejscowa dziewczyna, z którą postanowił pozostać na tym urokliwym skrawku ziemi już do końca swych dni. A sam miał wywodzić się gdzieś z Mazowsza, podobno z okolic Ostrołęki. Tyle rodzinne opowieści, a jak było w rzeczywistości, któż to może wiedzieć. Te apteczne meble stanowiły niejako poszlakę wskazującą na prawdziwość tej opowieści. Istniała też jeszcze jedna, choć mocno pośrednia poszlaka - nieopodal wsi, znajdował się kurhan, wyraźnie ludzką ręką usypane wzgórze, u którego podnóża, w czasie prac polowych, miejscowi gospodarze wydobywali z ziemi szczątki broni, szable, bagnety, będące pozostałością po potyczce, jaką stoczyły tu niedobitki armii napoleońskiej ze ścigającymi ich Rosjanami. A poza tym, pierwotnie przodkowie ze strony Mojżesza mieli nosić podwójne nazwisko Szpak-Szpakowski, i dopiero w czasie nasilonej walki z polskością na rubieżach Wileńszczyzny, po Powstaniu Styczniowym, urzędnicy carscy któremuś z pradziadków, gdy ten już oślepł, ucięli w dokumentach drugi człon nazwiska "Szpakowski", bo ze Szpaka wedle ich rozumienia można było uczynić Rosjanina, za to Szpak-Szpakowski już nastręczał pewnych trudności. Tak zapewne dumali czynownicy i tak wcielali w życie rusyfikację. Jednak wyznania tych niepokornych, przymusowych poddanych cara zmienić już nie byli w stanie, stąd ród Szpaków dzielnie, do odzyskania niepodległości trwał przy polskiej mowie i kulturze.
środa, 12 czerwca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 4 - kościół św. Anny w Mosarzu, Wileńszczyzna około 1931 r.
W Dzienniku Województwa Wileńskiego za lata 1928 - 1939 Justyn, Adolf, Władysław i Genowefa Bochan, wymienieni są jako właściciele gospodarstwa rolnego w Kolonii Krukowszczyzna, powiecie postawskim. Z dokumentu wynika również, że Kolonię zamieszkiwali: Jan, Henryk, Piotr, Anna, Antonina i Mikołaj Korzanowie; Cecylia Kotuszonok; Justyn, Józef, Stanisław, Benigda i Anna Krupko, Kucko Jadwiga, Leokadia Skokowska, Urszula Los, Ignacy i Justyn Lysionok; Srol - Notka, Chanerla, Lejzer, Hela, Esteri, Cyla, Srol, Chaim, Aryj Rapoport; Franciszek, Adolf, Onufry, Józef, Napoleon, Aleksander i Rozalia Szkielowie, Andrzej i Józefa Szymko, Emilia i Justyna Wyszadko, oraz Adela Zawadzka. Typowa północno - wschodnia mieszanka etniczno-wyznaniowa. O konfliktach na tym tle nigdy się nie wspominało, choć w pelną idyllę trudno uwierzyć.
Justyn nigdy nie dowiedział się kto stał za donodem do bolszewików o jego rzekomym kułactwie. Czy był to ktoś z Krukowszczyzny, z Mosarza, czy innej miejscowości, nie wiadomo. Nie miał czasu na dociekania, rzeczą najważniejszą była opieka nad rodzeństwem i zwykłe troski dnia codziennego.
Młodzieniec razem z dziadkiem Ksawerym z czasem powiększyli areał sadu. Skrzynki pełne dorodnych, smakowitych, pachnących jabłek, gruszek, wiśni i śliwek wysyłali już nie tylko do Wilna, ale i do odległej Warszawy. Czas płynął nieubłaganie, dzieci stawały się starsze i przybywało im obowiązków - już nie tylko opieka nad zwierzętami, ale też pomoc w pracach w sadzie, przy pielęgnowaniu drzew i zbieraniu owoców.
Natomiast każda niedziela, bez wyjątku, była dniem świętym. Biały neoklasycystyczny kościółek, zwieńczony trójkątnym szczytem, obwiedziony niewysokim murem, rozlokowany na niewysokim wzniesieniu, nieopodal mosarskiego rynku, był miejscem, w którym i przy którym koncentrowało się życie mieszkańców miasteczka i okolicznych wsi. Patronowała mu święta Anna. Dwudziestoletnia Genowefa lubiła go odwiedzać nie tylko w niedzielę i święta. Ówczesny proboszcz - ks. Stanisław Klim - dbał o to, by każdy parafianin znalazł przy kościele swoje miejsce, by wolny czas, którego nie było za wiele, mógł spędzić godnie, po Bożemu, wspólnie z innymi, i by z tych spotkań dla całej społeczności wypływało jakieś dobro. Powstały zatem liczne wspólnoty parafialne, w tym Trzeci Zakon św. Franciszka, Bractwa Żywego Różańca i Trzeźwości, Stowarzyszenie Krucjaty Eucharystycznej Dzieci i Młodzieży, wzniesiono też Dom Ludowy. A to wszystko w parafii, która w 1929 r. liczyła 5706 wiernych. Genowefa znaczną część swojego wolnego czasu, którego nie miała przecież zbyt dużo, poświęcała modlitwie w tej przyjaznej świątyni, choć jak się wkrótce miało okazać, modlitwa była jedną z przyczyn, dla których się w niej pojawiała, ważną, acz nie jedyną.
Justyn nigdy nie dowiedział się kto stał za donodem do bolszewików o jego rzekomym kułactwie. Czy był to ktoś z Krukowszczyzny, z Mosarza, czy innej miejscowości, nie wiadomo. Nie miał czasu na dociekania, rzeczą najważniejszą była opieka nad rodzeństwem i zwykłe troski dnia codziennego.
Młodzieniec razem z dziadkiem Ksawerym z czasem powiększyli areał sadu. Skrzynki pełne dorodnych, smakowitych, pachnących jabłek, gruszek, wiśni i śliwek wysyłali już nie tylko do Wilna, ale i do odległej Warszawy. Czas płynął nieubłaganie, dzieci stawały się starsze i przybywało im obowiązków - już nie tylko opieka nad zwierzętami, ale też pomoc w pracach w sadzie, przy pielęgnowaniu drzew i zbieraniu owoców.
Natomiast każda niedziela, bez wyjątku, była dniem świętym. Biały neoklasycystyczny kościółek, zwieńczony trójkątnym szczytem, obwiedziony niewysokim murem, rozlokowany na niewysokim wzniesieniu, nieopodal mosarskiego rynku, był miejscem, w którym i przy którym koncentrowało się życie mieszkańców miasteczka i okolicznych wsi. Patronowała mu święta Anna. Dwudziestoletnia Genowefa lubiła go odwiedzać nie tylko w niedzielę i święta. Ówczesny proboszcz - ks. Stanisław Klim - dbał o to, by każdy parafianin znalazł przy kościele swoje miejsce, by wolny czas, którego nie było za wiele, mógł spędzić godnie, po Bożemu, wspólnie z innymi, i by z tych spotkań dla całej społeczności wypływało jakieś dobro. Powstały zatem liczne wspólnoty parafialne, w tym Trzeci Zakon św. Franciszka, Bractwa Żywego Różańca i Trzeźwości, Stowarzyszenie Krucjaty Eucharystycznej Dzieci i Młodzieży, wzniesiono też Dom Ludowy. A to wszystko w parafii, która w 1929 r. liczyła 5706 wiernych. Genowefa znaczną część swojego wolnego czasu, którego nie miała przecież zbyt dużo, poświęcała modlitwie w tej przyjaznej świątyni, choć jak się wkrótce miało okazać, modlitwa była jedną z przyczyn, dla których się w niej pojawiała, ważną, acz nie jedyną.
wtorek, 11 czerwca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 3 - polscy ułani, Wileńszczyzna 1920
Po pokonaniu Armii Czerwonej w bitwie pod Warszawą, i ostatecznym jej rozgromieniu nad Niemnem, w październiku 1920 r. oddziały polskie wkroczyły na północno-wschodnią Wileńszczyznę.
Dzień był słoneczny i ciepły, niebo błękitne z pojedynczymi obłokami, owocowe drzewa w sadach połyskiwały już wszystkimi barwami jesieni, rozświetlając łagodne pagórki, pola i domostwa, jakby naniesionymi pędzlem na obraz delikatnie rozmazanymi plamkami barwy czerwonej, żółtej i pomarańczowej.
Życie musiało się toczyć swoim codziennym rytmem. Dziadek Ksawery z Justynem znosili kolejne skrzynki dorodnych jabłek do stodoły. Część z nich pojedzie do Głębokiego, a część być może trafi na targ do Wilna. W tym samym czasie najmłodsi z rodzeństwa, Władek i Gienia pilnowali krzątających się na podwórzu przed domem kaczek, gęsi i kurcząt. Dzieci nad wyraz poważnie traktowały powierzane im przez dziadka Ksawerego obowiązki. Poza tym troska o ich małych, puchatych towarzyszy była wyjątkowo wdzięcznym zajęciem.
Nagle na podwórko wbiegła gromadka dzieciaków z Krukowszczyzny, przekrzykujących się wzajemnie:
- Chodźcie, chodźcie! Polscy ułani jadą do miasta!
Ze stodoły wybiegli dziadek Ksawery i Justyn. Gienia i Władek rzucili błagalne spojrzenia w stronę Ksawerego i starszego brata. Siwowłosy i siwobrody mężczyzna przybierając surowy wyraz twarzy i marszcząc brwi, nieudolnie usiłował ukryć blask radości w oczach, bo ułani, ułanami, a ptactwa pilnować trzeba, w każdej chwili na niebie może pojawić się jastrząb i upolować wypatrzonego z wysoka zwierzaka, a z drugiej strony - w takiej chwili - nie mógł przecież postąpić inaczej, jak tylko pozwolić wnukom pobiec z dzieciakami z sąsiedztwa. Gienia i Władek już się poderwali, gdy wnet na drodze do miasteczka podniósł się szum, wzbiły się tumany kurzu i dał się słyszeć dźwięk końskich kopyt. Droga przebiegała nieopodal domu Ksawerego. I zupełnie nieoczekiwanie okazało się, że wcale nie trzeba pędzić do Mosarza. Ułani w szarych mundurach, na wspaniałych koniach, z lancami w dłoniach z powiewającymi na łagodnym wietrze biało-czerwonymi proporcami, wolno, dostojnie, przeparadowali obok drewnianego domu z okazałym gankiem. Za nimi podążała spora grupa rozkrzyczanych, rozradowanych dzieciaków. Wkrótce do tej gromady dołączyli też i dorośli, którzy porzucili swoje polowe i ogrodowe prace, by móc się napawać widokiem polskich ułanów. Ksawery przystanął na schodkach wiodących na ganek i cicho powiedział do siebie:
- Warto było czekać. Warto było tych kochanych malców uczyć czytania.
Dzień był słoneczny i ciepły, niebo błękitne z pojedynczymi obłokami, owocowe drzewa w sadach połyskiwały już wszystkimi barwami jesieni, rozświetlając łagodne pagórki, pola i domostwa, jakby naniesionymi pędzlem na obraz delikatnie rozmazanymi plamkami barwy czerwonej, żółtej i pomarańczowej.
Życie musiało się toczyć swoim codziennym rytmem. Dziadek Ksawery z Justynem znosili kolejne skrzynki dorodnych jabłek do stodoły. Część z nich pojedzie do Głębokiego, a część być może trafi na targ do Wilna. W tym samym czasie najmłodsi z rodzeństwa, Władek i Gienia pilnowali krzątających się na podwórzu przed domem kaczek, gęsi i kurcząt. Dzieci nad wyraz poważnie traktowały powierzane im przez dziadka Ksawerego obowiązki. Poza tym troska o ich małych, puchatych towarzyszy była wyjątkowo wdzięcznym zajęciem.
Nagle na podwórko wbiegła gromadka dzieciaków z Krukowszczyzny, przekrzykujących się wzajemnie:
- Chodźcie, chodźcie! Polscy ułani jadą do miasta!
Ze stodoły wybiegli dziadek Ksawery i Justyn. Gienia i Władek rzucili błagalne spojrzenia w stronę Ksawerego i starszego brata. Siwowłosy i siwobrody mężczyzna przybierając surowy wyraz twarzy i marszcząc brwi, nieudolnie usiłował ukryć blask radości w oczach, bo ułani, ułanami, a ptactwa pilnować trzeba, w każdej chwili na niebie może pojawić się jastrząb i upolować wypatrzonego z wysoka zwierzaka, a z drugiej strony - w takiej chwili - nie mógł przecież postąpić inaczej, jak tylko pozwolić wnukom pobiec z dzieciakami z sąsiedztwa. Gienia i Władek już się poderwali, gdy wnet na drodze do miasteczka podniósł się szum, wzbiły się tumany kurzu i dał się słyszeć dźwięk końskich kopyt. Droga przebiegała nieopodal domu Ksawerego. I zupełnie nieoczekiwanie okazało się, że wcale nie trzeba pędzić do Mosarza. Ułani w szarych mundurach, na wspaniałych koniach, z lancami w dłoniach z powiewającymi na łagodnym wietrze biało-czerwonymi proporcami, wolno, dostojnie, przeparadowali obok drewnianego domu z okazałym gankiem. Za nimi podążała spora grupa rozkrzyczanych, rozradowanych dzieciaków. Wkrótce do tej gromady dołączyli też i dorośli, którzy porzucili swoje polowe i ogrodowe prace, by móc się napawać widokiem polskich ułanów. Ksawery przystanął na schodkach wiodących na ganek i cicho powiedział do siebie:
- Warto było czekać. Warto było tych kochanych malców uczyć czytania.
piątek, 7 czerwca 2024
Błyski . Historia Rodzinna. Część 2 - ucieczka przed bolszewikami, Wileńszczyzna 1920
Nad drogą wiodącą z miasteczka unosił się – widoczny z daleka - ogromny tuman pyłu i słychać już było wyraźnie tętent kopyt końskich. Józek nie zastanawiając się ani chwili oddalił się w stronę Mosarza. Justyn nie zastanawiajac się długo wbiegł do stodoły, dosiadł swojego ulubionego konia, i korzystając z drugich wrót – tych od strony lasu – wyskoczył czym prędzej w stronę ciemniejącego na horyzoncie masywu leśnego. Oddział wyekspediowany do Krukowszczyzny, mający rozprawić się z kułakiem i przykładnie ukarać wroga ludu, wpadł na podwórze między domem a stodołą. Dwóch rozjuszonych mężczyzn wtargnęło do domu, a kilku pozostałych rozwarło wrota stodoły, a ich oczom ukazał się widok drugich wierzei otwartych szeroko i dość daleko na niewysokim wzgórzu dostrzegli postać jeźdźca galopującego w stronę lasu. Natychmiast puścili się za nim w pościg, pokrzykując i pogwizdując, by przywołać na pomoc swoich towarzyszy, przeszukujących izby domu, w nadziei, że znajdą tam znienawidzonych wrogów rewolucji. Żołdacy niezwłocznie wybiegli, dosiedli swoich koni i ruszyli za kompanami, by wesprzeć ich w pościgu. Justyn nie oglądając się pędził w stronę rozległej kniei, w której każdą drogę, każdą ścieżkę, każde uroczysko znał doskonale. Przepastne litewskie puszcze nie raz zapewniały schronienie mieszkańcom tych ziem. Już dojeżdżał do pierwszych drzew, nie zamierzał korzystać z najszerszej leśnej drogi, by nie ułatwiać zadania ścigającym go bolszewikom. Wolniej manewrując między drzewami, których było coraz więcej i las stawał się coraz gęstszy, zniknął niedoszłym oprawcom z pola widzenia. Gdy dotarli do ściany lasu po uciekinierze nie było już śladu, najmniejszy dźwięk go nie zdradzał. Klnąc siarczyście, zawrócili, by dokończyć dzieła zniszczenia. Skoro nie mogli przykładnie powiesić kułaka, rozniecili ogień i podłożyli pod okazały dom i stodołę. Spędzili miejscową ludność i zmusili ją do przyglądania się, jak płonie majątek wroga ludu, i jaki los będzie udziałem każdego, kto ośmieli się stanąć na drodze rewolucji, no i jak wygląda rewolucyjna sprawiedliwość.
Noc Justyn przeczekał w leśnej głuszy, nad brzegiem jeziora. Jasna poświata utrzymywała się jeszcze długo na lipcowym niebie, odbijając się w tafli spokojnego jeziora. Miejscowi opowiadali, że zimą w nocy z głębi jeziora dobiegają dźwięki jakby radosnych okrzyków, toczonych głośno rozmów, gromkich śmiechów, pobrzękujących dzwonków przy końskich uprzężach. A to wszystko za sprawą weselników, który w dawniejszych czasach - jak dawnych tego już nikt nie pamiętał - chcąc zimą skrócić drogę postanowili przeciąć zamarznięte jezioro, jednak lód pod ciężarem sań się załamał, a wody jeziora pochłonęły wszystkich bez wyjątku. I od tamtej pory zimowymi nocami nieszczęśnicy dają o sobie znać.
Na wszelki wypadek Justyn nie rozpalał ogniska. Wyczerpany nadmiarem wrażeń, martwiąc się o pozostawione gospodarstwo i pełen niepokoju o młodsze rodzeństwo, mimowolnie usnął. Wczesnym rankiem, ruszył w stronę Krukowszczyzny. Gdy wyjechał na skraj lasu, ze szczytu wzgórza wypatrzył sterczące kikuty spalonego domu i stodoły. Ominął zgliszcza i skierował się do domu dziadka Ksawerego, pod którego opieką pozostała Gienia, Adolf i Władek. Zdawał sobie sprawę, że ktoś z miejscowych musiał bolszewików powiadomić o tym kogo mają szukać, komu wymierzać dziejową sprawiedliwość. Co mogło kierować takim człowiekiem? Co chciał osiągnąć? Z tymi myślami wracał do wsi, ostrożnie rozglądając się wokół, czy nie ma gdzieś na horyzoncie bolszewickich czujek.
Noc Justyn przeczekał w leśnej głuszy, nad brzegiem jeziora. Jasna poświata utrzymywała się jeszcze długo na lipcowym niebie, odbijając się w tafli spokojnego jeziora. Miejscowi opowiadali, że zimą w nocy z głębi jeziora dobiegają dźwięki jakby radosnych okrzyków, toczonych głośno rozmów, gromkich śmiechów, pobrzękujących dzwonków przy końskich uprzężach. A to wszystko za sprawą weselników, który w dawniejszych czasach - jak dawnych tego już nikt nie pamiętał - chcąc zimą skrócić drogę postanowili przeciąć zamarznięte jezioro, jednak lód pod ciężarem sań się załamał, a wody jeziora pochłonęły wszystkich bez wyjątku. I od tamtej pory zimowymi nocami nieszczęśnicy dają o sobie znać.
Na wszelki wypadek Justyn nie rozpalał ogniska. Wyczerpany nadmiarem wrażeń, martwiąc się o pozostawione gospodarstwo i pełen niepokoju o młodsze rodzeństwo, mimowolnie usnął. Wczesnym rankiem, ruszył w stronę Krukowszczyzny. Gdy wyjechał na skraj lasu, ze szczytu wzgórza wypatrzył sterczące kikuty spalonego domu i stodoły. Ominął zgliszcza i skierował się do domu dziadka Ksawerego, pod którego opieką pozostała Gienia, Adolf i Władek. Zdawał sobie sprawę, że ktoś z miejscowych musiał bolszewików powiadomić o tym kogo mają szukać, komu wymierzać dziejową sprawiedliwość. Co mogło kierować takim człowiekiem? Co chciał osiągnąć? Z tymi myślami wracał do wsi, ostrożnie rozglądając się wokół, czy nie ma gdzieś na horyzoncie bolszewickich czujek.
czwartek, 6 czerwca 2024
Błyski. Historia rodzinna. Część 1 - Wileńszczyzna 1920 r.
Po przełamaniu polskiej obrony w bitwie nad Autą, w pobliżu Głębokiego, w dniach od 5 do 7 lipca 1920 wojska bolszewickie Frontu Zachodniego pod wodzą Michaiła Tuchaczewskiego parły pospiesznie na zachód. Dzień był gorący, lipcowa zieleń już nieco przyblakła w porównaniu z zielenią wiosenną, soczystą, bujną, wybuchającą jak co roku dziesiątkami przeróżnych odcieni w łagodnie falującym krajobrazie tej części Wileńszczyzny.
W Krukowszczyźnie, nieopodal Mosarza, od rana był wyczuwany niepokój. W sporym, drewnianym domu, jaki przypadł rodzeństwu po nieoczekiwanej śmierci rodziców, tuż po zakończeniu pierwszej wojny światowej, tego dnia przebywał najstarszy z braci - Justyn. Młodsze dzieci znajdowały pod opieką dziadka, który każdego dnia wysupływał czas na nauczanie wnuków czytania w języku polskim z książeczki do nabożeństwa. Ich rodzice - Witalis i Emilia - padli ofiarą hiszpanki, szalejącej w powojennej Europie. Dzieci musiały w przyspieszonym tempie uczyć się samodzielności i zaradności. A czas był nadal wyjątkowo niespokojny.
Justyn jak co dnia szykował się do pracy w polu. Ponad swój wiek odpowiedzialny, przedwcześnie dojrzały, rozumiał, że to w znacznej mierze od niego zależał los jego młodszych braci i siostry. Słońce zaczynało operować coraz mocniej. Przy domu w rozległym sadzie rosły dorodne jabłonie, grusze, wiśnie i śliwy, a znad sosnowego lasu widocznego na horyzoncie napływał wciąż ożywczy żywiczny zapach. Nagle, między drzewami owocowymi Justyn dostrzegł jasną czuprynę Józka. Kilkuletni chłopiec biegł co sił, machając rękami, i wykrzykując coś w stronę Justyna. Był jednak jeszcze zbyt daleko, by można było rozróżnić słowa czy choćby domyślić się, co za wieść niesinie ten mały posłaniec i co może być przyczyną tej jego niespodziewanej porannej wizyty. Pędził przez łąki od strony miasteczka, wreszcie dopadł do Justyna i zdyszany, zdenerwowany wyrzucił z siebie, że w Mosarzu są już bolszewicy, wypytywali o Justyna i lada moment wpadną do Krukowszczyzny.
W Krukowszczyźnie, nieopodal Mosarza, od rana był wyczuwany niepokój. W sporym, drewnianym domu, jaki przypadł rodzeństwu po nieoczekiwanej śmierci rodziców, tuż po zakończeniu pierwszej wojny światowej, tego dnia przebywał najstarszy z braci - Justyn. Młodsze dzieci znajdowały pod opieką dziadka, który każdego dnia wysupływał czas na nauczanie wnuków czytania w języku polskim z książeczki do nabożeństwa. Ich rodzice - Witalis i Emilia - padli ofiarą hiszpanki, szalejącej w powojennej Europie. Dzieci musiały w przyspieszonym tempie uczyć się samodzielności i zaradności. A czas był nadal wyjątkowo niespokojny.
Justyn jak co dnia szykował się do pracy w polu. Ponad swój wiek odpowiedzialny, przedwcześnie dojrzały, rozumiał, że to w znacznej mierze od niego zależał los jego młodszych braci i siostry. Słońce zaczynało operować coraz mocniej. Przy domu w rozległym sadzie rosły dorodne jabłonie, grusze, wiśnie i śliwy, a znad sosnowego lasu widocznego na horyzoncie napływał wciąż ożywczy żywiczny zapach. Nagle, między drzewami owocowymi Justyn dostrzegł jasną czuprynę Józka. Kilkuletni chłopiec biegł co sił, machając rękami, i wykrzykując coś w stronę Justyna. Był jednak jeszcze zbyt daleko, by można było rozróżnić słowa czy choćby domyślić się, co za wieść niesinie ten mały posłaniec i co może być przyczyną tej jego niespodziewanej porannej wizyty. Pędził przez łąki od strony miasteczka, wreszcie dopadł do Justyna i zdyszany, zdenerwowany wyrzucił z siebie, że w Mosarzu są już bolszewicy, wypytywali o Justyna i lada moment wpadną do Krukowszczyzny.
środa, 5 czerwca 2024
Dzień Matki
Kilka dni przed Dniem Matki, z przedwojennego, kieszonkowego modlitewnika, z obrazkiem Królowej Korony Polskiej na okładce, o pożółkłych ze starości kartkach, gdy po niego sięgnąłem, wypadło zdjęcie mamy z jej lat szkolnych. Ten stary modlitewnik pokonał drogę z Adamowców na obecnej Białorusi, a niegdyś wsi w województwie wileńskim, poprzez Warszawę, Białystok, aby ponownie trafić do Warszawy. Z fotografii patrzyła na mnie pogodna twarz, z uśmiechniętymi oczami, łagodnie i jakby mimowolnie uśmeichniętymi ustami, z wyraźnie zarysowanymi ciemnymi brwiami, uczennicy technikum ekonomicznego w Białymstoku o kruczoczarnych włosach, w przedziale wiekowym między 16 a 18 lat. Gdy porównuję mamę ze zdjęciami jej rodziców, a moich dziadków, to wyraźnie widzę, że rysy jej twarzy były wypadkową rysów obojga rodziców. Oboje dziadkowie, jak opowiadali krewni i mama, mieli kruczoczarne włosy, jasną karnację i niebieskie oczy. Dziadek - Florian Szpak - urodził się w Adamowcach, w gminie Kozłowszczyzna, powiecie postawskim, województwie wileńskim, w 1902 r., jako syn Mojżesza i Józefy. Babcia - Genowefa Szpak - przyszła na świat w 1911 w Krukowszczyźnie, położonej w gminie Kozłowszczyzna, powiecie postawskim, w województwie wileńskim, jako córka Witalisa i Emilii. Wspomniana fotografia wypadła na kilka dni przed Dniem Matki, który był pierwszym w moim życiu Dniem Matki spędzanym bez mamy. Minęło już pierwsze Boże Narodzenie, pierwsza Wielkanoc, pierwsze urodziny, a teraz nadszedł pierwszy Dzień Matki. Kwietniowa operacja uniemożliwiła mi wyruszenie w drogę, by zapalić świeczkę na grobie rodziców, przystanąć na dłużej, bez pośpiechu, porozmawiać w myślach, odmówić różaniec.
Te "kilka dni" stanowiło jakby powtórzenie ubiegłorocznych "kilku dni", będących ukoronowaniem długoletnich poszukiwań dziadka, który zaginął w roku 1945. 4 marca 2023 r. mieliśmy wypadek, w którym - jak to określili przybyli na miejsce zdarzenia policjanci - tylko cudem nic się nam nie stało. Po potężnym staranowaniu przez pędzącego z szaleńczą prędkością na terenie zabudowanym faceta, który - jak się tłumaczył - nie zauważył świateł - a staliśmy akurat na skrzyżowaniu na czerwonym świetle - wyszliśmy z auta o własnych siłach, bez najmniejszego zadraśnięcia, jedynie ja miałem lekkie skręcenie szyi, niekwalifikujące się nawet do ortopedycznego kołnierza. To była dokładnie dziewiąta rocznica śmierci taty. Dwa dni później, w internetowej bazie straty.pl bez większej nadziei wpisałem dane dziadka i ku mojemu ogromnemu zdumieniu wyświetliło się hasło jemu poświęcone - zgadzało się wszystko - i data i miejsce urodzenia, imię, nazwisko - wraz z informacją o tym, że w dniu 12 marca 1945 r. został pochowany na cmentarzu w Siedlcach. Na kilka dni przed 78 rocznicą śmierci dziadka, i na 6 dni przed rocznicą pochówku. Ukoronowanie 78-letnich poszukiwań. W roku 1946, po ucieczce z Adamowców na fałszywych dokumentach i przyjeździe do Polski, babcia Genowefa udała się do miejscowości Mordy pod Siedlcami, bo tam miał stacjonować Florian, i w Mordach ślad się po nim urywał, jacyś mieszkańcy pamiętali co prawda wysokiego żołnierza o czarnych włosach, niebieskich oczach, który miał chore nogi, nie mógł się poruszać, ale nikt nie wiedział, jakie były jego dalsze losy. W roku 1947 białostocki sąd wydał postanowienie o uznaniu Floriana za zmarłego - wynikało zeń, że miał zginąć w czasie forsowania Nysy Łużyckiej, przy czym słowo "Nysa" zostało zapisane błędnie - "Nissa". Tymczasem w rzeczywistości dziadek nawet tam nie dotarł. Mama i babcia szukały Floriana za pośrednictwem PCK, i mnie się zdarzyło w 2021 r, wystąpić z wnioskiem w tej sprawie do Biura Poszukiwań PCK, w nadziei, że może pojawiły się jakieś nowe dokumenty, nowe dane. Niestety, bez rezultatu. A tego pamiętnego dnia, 6 marca 2023 r., po 78 latach dowidzieliśmy się, że Florian z Mord trafił do szpitala w Siedlcach, tam dokonał żywota, i na wniosek szpitala został pochowany na cmentarzu Janowskim w Siedlcach. Z jednej strony radość, łzy w oczach mamy, a z drugiej świadomość, że odchodził z tego świata zupełnie samotny, prawdopodobnie nikt - poza księdzem i grabarzami - nie towarzyszył mu w ostatniej drodze.
2 maja 2023 r. udało nam się z mamą dotrzeć do Siedlec. Wcześniej skontaktowałem się telefonicznie z księdzem z kancalarii zarządzającej cmentarzem, opowiedziałem pokrótce historię dziadka, ksiądz obiecał, że sprawdzi w księgach parafialnych, i poprosił, bym do niego zadzwonił za 20 minut. Nie minęło jednakże 10 minut, gdy duchowny sam do mnie zadzwonił, powiadamiając, że rzeczywiście na Cmentarzu Janowskim, w dniu 12 marca 1945 r. pochowany został Florian Szpak, ur. 1902 r., ale wątpi, by grób się zachował przez tak długi czas, w sytuacji, gdy nikt się nim nie opiekował, nie był opłacany: - To musiałby być prawdziwy cud. - jak stwierdził. Umówiliśmy się, że przyjedziemy do kancelarii i ksiądz zrobi nam kopię wpisu.
2 maja było dość ciepło, świeciło piękne słońce, od czasu do czasu na niebie pojawiały się niewielkie chmury, nie zapowiadające jednak deszczu. Wyprawę do Siedlec ropoczęliśmy od wizyty w kancelarii mieszczącej się przy kościele pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa Męczennika na ulicy Floriańskiej 3. Zbiegło się zatem dwóch patronów - mój z bierzmowania - św. Stanisław, i dziadka - św. Florian. Na ulicy Floriańskiej uzyskaliśmy kopię wpisu do księgi parafialnej dotyczącego pochówku Floriana. Grobu dziadka oczywiście nie odnaleźliśmy, lecz przy starej drewnianej kaplicy cmentarnej natknęliśmy się na ossarium, w którym złożono szczątki osób pochowanych na tym cmentarzu, wydobyte w czasie kopania nowych grobów. Na tej symbolicznej mogile postanowiliśmy zapalić znicze i pomodlić się dłuższą chwilę. Mama była już wyraźnie słaba, niecałe cztery miesiące później dołaczy do swoich rodziców i brata, choć wtedy jeszcze wszyscy żyliśmy nadzieją, że samą energią, siłą woli, optymizmem, pogodą ducha pokona chorobę.
Te "kilka dni" stanowiło jakby powtórzenie ubiegłorocznych "kilku dni", będących ukoronowaniem długoletnich poszukiwań dziadka, który zaginął w roku 1945. 4 marca 2023 r. mieliśmy wypadek, w którym - jak to określili przybyli na miejsce zdarzenia policjanci - tylko cudem nic się nam nie stało. Po potężnym staranowaniu przez pędzącego z szaleńczą prędkością na terenie zabudowanym faceta, który - jak się tłumaczył - nie zauważył świateł - a staliśmy akurat na skrzyżowaniu na czerwonym świetle - wyszliśmy z auta o własnych siłach, bez najmniejszego zadraśnięcia, jedynie ja miałem lekkie skręcenie szyi, niekwalifikujące się nawet do ortopedycznego kołnierza. To była dokładnie dziewiąta rocznica śmierci taty. Dwa dni później, w internetowej bazie straty.pl bez większej nadziei wpisałem dane dziadka i ku mojemu ogromnemu zdumieniu wyświetliło się hasło jemu poświęcone - zgadzało się wszystko - i data i miejsce urodzenia, imię, nazwisko - wraz z informacją o tym, że w dniu 12 marca 1945 r. został pochowany na cmentarzu w Siedlcach. Na kilka dni przed 78 rocznicą śmierci dziadka, i na 6 dni przed rocznicą pochówku. Ukoronowanie 78-letnich poszukiwań. W roku 1946, po ucieczce z Adamowców na fałszywych dokumentach i przyjeździe do Polski, babcia Genowefa udała się do miejscowości Mordy pod Siedlcami, bo tam miał stacjonować Florian, i w Mordach ślad się po nim urywał, jacyś mieszkańcy pamiętali co prawda wysokiego żołnierza o czarnych włosach, niebieskich oczach, który miał chore nogi, nie mógł się poruszać, ale nikt nie wiedział, jakie były jego dalsze losy. W roku 1947 białostocki sąd wydał postanowienie o uznaniu Floriana za zmarłego - wynikało zeń, że miał zginąć w czasie forsowania Nysy Łużyckiej, przy czym słowo "Nysa" zostało zapisane błędnie - "Nissa". Tymczasem w rzeczywistości dziadek nawet tam nie dotarł. Mama i babcia szukały Floriana za pośrednictwem PCK, i mnie się zdarzyło w 2021 r, wystąpić z wnioskiem w tej sprawie do Biura Poszukiwań PCK, w nadziei, że może pojawiły się jakieś nowe dokumenty, nowe dane. Niestety, bez rezultatu. A tego pamiętnego dnia, 6 marca 2023 r., po 78 latach dowidzieliśmy się, że Florian z Mord trafił do szpitala w Siedlcach, tam dokonał żywota, i na wniosek szpitala został pochowany na cmentarzu Janowskim w Siedlcach. Z jednej strony radość, łzy w oczach mamy, a z drugiej świadomość, że odchodził z tego świata zupełnie samotny, prawdopodobnie nikt - poza księdzem i grabarzami - nie towarzyszył mu w ostatniej drodze.
2 maja 2023 r. udało nam się z mamą dotrzeć do Siedlec. Wcześniej skontaktowałem się telefonicznie z księdzem z kancalarii zarządzającej cmentarzem, opowiedziałem pokrótce historię dziadka, ksiądz obiecał, że sprawdzi w księgach parafialnych, i poprosił, bym do niego zadzwonił za 20 minut. Nie minęło jednakże 10 minut, gdy duchowny sam do mnie zadzwonił, powiadamiając, że rzeczywiście na Cmentarzu Janowskim, w dniu 12 marca 1945 r. pochowany został Florian Szpak, ur. 1902 r., ale wątpi, by grób się zachował przez tak długi czas, w sytuacji, gdy nikt się nim nie opiekował, nie był opłacany: - To musiałby być prawdziwy cud. - jak stwierdził. Umówiliśmy się, że przyjedziemy do kancelarii i ksiądz zrobi nam kopię wpisu.
2 maja było dość ciepło, świeciło piękne słońce, od czasu do czasu na niebie pojawiały się niewielkie chmury, nie zapowiadające jednak deszczu. Wyprawę do Siedlec ropoczęliśmy od wizyty w kancelarii mieszczącej się przy kościele pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa Męczennika na ulicy Floriańskiej 3. Zbiegło się zatem dwóch patronów - mój z bierzmowania - św. Stanisław, i dziadka - św. Florian. Na ulicy Floriańskiej uzyskaliśmy kopię wpisu do księgi parafialnej dotyczącego pochówku Floriana. Grobu dziadka oczywiście nie odnaleźliśmy, lecz przy starej drewnianej kaplicy cmentarnej natknęliśmy się na ossarium, w którym złożono szczątki osób pochowanych na tym cmentarzu, wydobyte w czasie kopania nowych grobów. Na tej symbolicznej mogile postanowiliśmy zapalić znicze i pomodlić się dłuższą chwilę. Mama była już wyraźnie słaba, niecałe cztery miesiące później dołaczy do swoich rodziców i brata, choć wtedy jeszcze wszyscy żyliśmy nadzieją, że samą energią, siłą woli, optymizmem, pogodą ducha pokona chorobę.
niedziela, 2 czerwca 2024
Powroty - Mikaszówka w Puszczy Augustowskiej
Droga na północ, w kierunku trójstyku granic, Puszcza Knyszyńska w majowo-czerwcowej szacie, dziesiątek, może więcej, odcieni
zieleni. W Popiołówce tradycyjnie już odbijamy na Ostrą Górę, dalej w stronę Janowa, przez Połomin, w stronę Bagnów, po drodze mijamy krzyż Kirejczyków, proszących o modlitwę, naprzeciw opuszczony sad z walącymi się ścianami jakiegoś gospodarczego budynku, niewielką łączką mieniącą się soczyście żółtymi mleczami o zapachu wiosennego miodu, tu zwykle robimy krótki postój. Za Bagnami, odbijamy na wschód, szosą prostą jak strzała, carską drogą zbudowaną na przełomie XIX i XX w. z Grodna do twierdzy Osowiec. Z Dąbrowy Białostockiej ruszamy na północ, w stronę Lipska nad Biebrzą, tu już bez trudności łapiemy nie tylko białoruskie stacje radiowe, grające zachodnią muzykę, zapewne jako coś w rodzaju wentylu bezpieczeństwa dla represjonowanego społeczeństwa, ale przy sprzyjajacych warunkach można też pochwycić litewskie stacje. Litewska radiosfera jest o niebo ciekawsza od polskiej, bardziej zróżnicowana, grająca więcej litewskiej muzyki, a z zachodniej - nie wciąż te same zgrane od 20 lat hity, tłuczone przez niemal niczym nieróżniące się od siebie zetki, eremefy, eski. Radio grające klasykę, radio grające jazz, stacja serwująca elektronikę, radio narodowe, coś jakby stara polska Jedynka, litewskie Radio Maryja, z płynącymi zeń melodyjnymi modlitwami w miłym dla ucha, śpiewnym języku litewskim. Za Skieblewem wkraczamy do majestatycznej krainy Puszczy Augustowskiej, niebotycznych sosen i se świerków, po prawej stronie mijamy dwa ukryte sowieckie bunkry z linii Mołotowa powstałej w latach 1940-1941, niedaleko przebiegała granica - na rzece Wołkuszance - miedzy dwiema apokaliptycznymi bestiami - ZSRR i III Rzeszą. Nieco dalej, rozrzucone na zalanych popołudniowym słońcem, łagodnie falujących leśnych polanach, zabudowania Rubcowa. Przed Gruszkami tajemnicze bagienne Cygańskie Mogiłki, następnie na rozleglej słonecznej polanie malownicze Gruszki, stąd już ledwie kilka kilometrów do białoruskiej granicy, na skraju wsi mogiła powstańców styczniowych, wciśnięta między dwie zabudowane działki. Małe, drewniane kapliczki, z daszkami, szybkami i świętymi obrazkami, zawieszone na smukłych sosnach, naprzeciw pomnik i krzyż upamiętniające prężenie działającą na tych terenach Armię Krajową. Rzut kamieniem i jesteśmy w Mikaszówce. Przy śluzie na Kanale Augustowskim kilka grup kajakowiczów, sezon rozpoczety. W latach 50-tych ubiegłego wieku, bywał tutaj Karol Wojtyła ze studentami, w czasie spływów nocwali w tutejszej plebanii, w drewnianym kościółku z 1907 r. przyszły papież odprawiał poranne msze. Trójkątny plac między kościołem a plebanią i zabytkowym murowanym domem dróżnika nad Kanałem, obsadzony modrzewiami, z figurą Matki Boskiej, drewnianymi ławkami, na których - w cieniu wysokich drzew - odpoczywają rowerzyści. Na posesji kościelnej oprócz przejmującej instalacji upamiętniającej ofiary Obławy Augustowskiej, pojawił się w tym roku żelazny mnich, trzymający krzyż i różaniec. Do kościoła wchodzimy na raty, ktoś musi zostać na zewnątrz z Azą. Moja kolej wypada idealnie o 15:00, w porze koronki. Popołudniowe słońce łagodnie sączy się przez okna do bocznych kaplic, dając delikatne światło także w nawie. Zapalam świeczkę przed Jezusem Miłosiernym i Matką Boską Nieustającej Pomocy, poza mną nie ma nikogo, w trakcie modlitwy wchodzi jedynie jakaś dziewczyna, ale kontempluje w ciszy ścienne malowidła i ołtarz. Kościółek w Mikaszówce jest świątynią tego typu, że jak się do niej wejdzie, to trudno zebrać siły i ochotę na to, by z niej wyjść, a kiedy w końcu zdajemy sobie sprawę, że to już jednak pora, by wracać lub by jechać gdzieś dalej, to opuszczamy go z ociąganiem się i wyraźną niechęcią. Ale to już ten czas. Po koronce wstaję, wolnym krokiem zmierzam w kierunku drzwi, rozciągam czas, odwracam się i jeszcze na chwil kilka klękam. Po wyjściu na zewnatrz zachodzę jeszcze do figury Matki Boskiej ustawionej na lewo od kościoła. W końcu ruszamy w stronę Rygola, 3 km na północny wschód od Mikaszówki. Coraz bliżej wyjątkowo nieprzyjaznej granicy. W Rygolu odbijamy na północ, mylimy drogi, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jedziemy w stronę Dworczyska, nawigacja pokazuje między drogą a jeziorem Płaskie mogiłę powstańców styczniowych. Robimy zatem postój, trochę z nawigacją, trochę na intuicję, szukamy tej bratniej mogiły. Niestety nikt nie wpadł na pomysł, by drogę do niej oznakować, a to sprawiłoby, że z pewnością odwiedzałoby ją więcej turystów - w koncu na tej trasie z Rygola do Dworczyska mijamy wielu rowerzystów, biegaczy, a do mogiły idziemy sami. Dopiero po przejściu kilkuset metrów pojawia się oparta o pień sosny drewniana tabliczka z ledwie widocznym napisem "do mogiły powstańców", ale jest tak przekrzywiona, że właściwie to nie wiadomo czy mamy iść prosto czy skręcić w lewo.
Docieramy w końcu nad jezioro Płaskie. Mimo, że nie jest to jeszcze czas wakacji, na niewielkiej plaży przedzielonej ogrodzeniem na część dla użytkowników pola biwakowego i drugą - ogólnodostępną, tłumy. Chwila odpoczynku i decydujemy się wrócić do Mikaszówki, a stamtąd nad Jezioro Mikaszewo. I okazało się to dobrym wyborem, plaża nad jeziorem Mikaszewo jest dużo większa, z przyzwoitą infrastrukturą, drewniane pomosty, ludzi nie mniej, ale na większej przestrzeni każdy znajduje dla siebie miejsce na rozłożenie koca, swobodną kontemplację pięknego jeziora, czytanie, spanie czy kąpiel, nawet Aza odważyła się wejść po raz drugi w swoim husky'owym życiu do wody, byle nie za daleko, byle blisko pana, i byle woda nie sięgała do samego pyszczka.
Docieramy w końcu nad jezioro Płaskie. Mimo, że nie jest to jeszcze czas wakacji, na niewielkiej plaży przedzielonej ogrodzeniem na część dla użytkowników pola biwakowego i drugą - ogólnodostępną, tłumy. Chwila odpoczynku i decydujemy się wrócić do Mikaszówki, a stamtąd nad Jezioro Mikaszewo. I okazało się to dobrym wyborem, plaża nad jeziorem Mikaszewo jest dużo większa, z przyzwoitą infrastrukturą, drewniane pomosty, ludzi nie mniej, ale na większej przestrzeni każdy znajduje dla siebie miejsce na rozłożenie koca, swobodną kontemplację pięknego jeziora, czytanie, spanie czy kąpiel, nawet Aza odważyła się wejść po raz drugi w swoim husky'owym życiu do wody, byle nie za daleko, byle blisko pana, i byle woda nie sięgała do samego pyszczka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...
-
Gdy się kroczy piaszczystą ścieżką wydeptaną wzdłuż torów tramwajowych linii nr 20, powstałej jeszcze w latach 30-tych ubiegłego wieku, któr...































