Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać jelenie i łanie, łagodne, spokojne wilki, nieśmiałe łosie, owieczki i baranki. Nikt nikomu nie będzie wadził. Zapanuje spokój i radość, i ten stan nie będzie miał końca.
Las Bielański, bielący się śnieżną bielą zimy, w połyskującym zimowym słońcu. Przy minus osiemnastu stopniach, w niedzielny poranek, jest tak samo urokliwy jak i w szacie bujnej, soczystej majowej zieleni, czyniącej go nieco mrocznym. Promienie słońca z trudem przebijają się przez gęste listowie. Wędrując alejkami pnącymi się po skarpach, czy wijącymi się u ich podnóża, niezależnie od pory dnia, pory roku, mam wrażenie, że trwa tu wieczna błoga niedziela, napotkani ludzie zmierzają na wspólną ucztę, rozsnuwają się zapachy gotującego się pysznego obiadu, a wszyscy za chwilę zasiądą na kocach, na drewnianych ławkach albo bezpośrednio na trawie, i przystąpią do spożywania świeżych, dymiących jeszcze dań. Powstaje też wrażenie, że przyjdą ci, których z nami już nie ma, choć byli jeszcze niedawno, i ci, co byli znacznie dawniej. Odpoczniemy w końcu wszyscy, tocząc rozmowy nad gorącą herbatą, przy ciastach podawanych z domowym kompotem, deserach lodowo-owocowych, z bitą śmietaną, galaretką. Wystarczy jeszcze tylko się potrudzić, przemierzyć kilka alejek, odczuć nieuciążliwe, a przyjemne zmęczenie, i udać się na zieloną łąkę, z niewysoką trawą, wyłaniającą się między wiekowymi, dostojnymi dębami. Za moment przybędą na nią wszyscy, na których czekamy, za którymi tęsknimy.
Jak we śnie, w którym wszystko wokół niespodziewanie i nagle się uciszy, świat cały zamilknie i przystanie, a od strony zachodniej nadejdą Rodzice, skromnie i elegancko ubrani, na trawie przy jabłoni zasiądą młodzi ludzie z dziećmi, a ja podejdę do karłowatej jabłoni, by zerwać z niej na powitanie Powracających jabłka, i Tata z oddali zakrzyknie do mnie, że dwa jabłka wystarczą.
Nastrój błogiej, leniwej niedzieli utrzymuje się w tym lesie nieustannie. I jest tu jakby świat cały, wszystko co do życia niezbędne. Barokowy kościół, dawne eremitoria, płaski szczyt niewysokiego wzniesienia z boiskami i idealnie wkomponowanymi w zieleń nowymi budynkami, biało kwitnące majowe wiśnie, ciche alejki, las, bistro Luna z domowymi pysznymi obiadami i ciastami oraz życzliwą, uprzejmą obsługą, Matka Boska w grocie, przed którą palą się lampki, i Matka Boska Kodeńska w zagłębieniu pnia starego drzewa, ławki na nasłonecznionym stoku łagodnego wzgórza, w miejscu, w którym ponad sto lat temu swój ogród czule pielęgnowali kameduli. Nazwa Bielany pochodzi wszak nie od śnieżnej bieli, lecz od ich habitów, połyskujących między drzewami.
A do tego wspomnienia Babci, która z Dziadziusiem, i małym Oswaldkiem przychodziła tu na pikniki. Najpewniej w niedziele, po Mszy gdzieś na Woli, może w kościele św. Klemensa. Po tygodniu ciężkiej pracy Floriana w fabryce gumy. Ten las, te skarpy, nadwiślański brzeg, wyglądały wówczas zupełnie inaczej, choć duch miejsca, mam wrażenie, że trwa niezmiennie. Wędrowanie tu jest jak szukanie śladów Babci na alejkach Kalwarii Wileńskiej, do której pielgrzymowała z okolic Głębokiego. Przybysze z dalekiej Wileńszczyzny, poszukujący lepszego życia, lepszego świata, i Opatrzność, która nad nimi czuwała i sprawiła, że latem przed wybuchem wojny zdążyli wrócić do rodzinnych Adamowców, do nie tak dawno pobudowanego drewnianego domu. Ten powrót najpewniej ocalił im życie. Inaczej upamiętniałaby ich jedna z wolskich tablic Tchorka, gdzieś przy Wolskiej, Górczewskiej albo Towarowej, a prochy spoczęłyby na Cmentarzu Wolskim albo ciemne smugi spalenizmy zostały odkryte przy wznoszeniu budynku pod salon samochodowy.
Nad lasem postrzępione białe obłoki suną po błękitnym niebie, słońce powoli zacznyna się chylić ku zachodowi, niedawno spadł długo wyczekiwany deszcz, ożywił leśną zieleń, która w maju powinna barwić świat setkami różnych odcieni. Trudno stąd odchodzić, nawet jeżeli się wie, że wkrótce się tu powróci. Osiołki będą czekać w swojej zagrodzie i nadstawią głowy do głaskania.
wschody słońca
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
niedziela, 17 maja 2026
piątek, 27 lutego 2026
Puszcza Kampinoska, Lasy Piaśnickie, Sztutowo - miejsca pamięci i modlitwy
Puszcza Kampinoska, Lasy Piaśnickie, wiele innych lasów, miejsc dziś urokliwych i malowiniczych, kryje mroczną historię, tak nieprzystającą do ich współczesnego klimatu.
Wydmy Łuże, Pogórze Leśne, Podłuże, Uroczysko Opaleń. Bursztynowe sosny, miękki mech pod stopami. Można przechodzić wiele razy leśnymi ścieżkami i nie dostrzec niektórych drewnianych krzyży, niewysokich drewnianych ogrodzeń, zawieszonych przy tablicach informacyjnych biało-czerwonych flag. Nieopodal Szwedzkie Góry, nie tak daleko znane już powszechnie Palmiry. Ostatecznie wszyscy rozstrzelani w wymienionych miejscach trafili na cmentarz w Palmirach. Ich ciała tuż po wojnie ekshumowano i złożono na palmirskim cmentarzu. Wokół piękny las, cisza, śpiew ptaków wiosną, latem, tej zimy piękny biały śnieg, słońce, mróz. Zdecydowana większość rozstrzelanych jest nieznana z imienia i nazwiska. Swoją drogą, zastanawia ile jeszcze takich miejsc pozostaje nieodkrytych w Puszczy Kampinoskiej. Miejsc, do których niemieckie auta przywoziły obywateli polskich, a rozstawieni w szeregu oprawcy wycelowali karabiny i sprawnie zakończyli ich życie. Ciała zakopano we wcześniej wyszykowanym dole, przysypano piachem, posadzono drzewa, by zatrzeć wszelkie możliwe ślady. Miejscowa ludność miała tych egzekucji nie dostrzec, odbywały się głęboko w lesie, o wczesnej lub późnej porze, nikt wówczas w pobliżu miał nie przechodzić, żaden leśnik, żaden mieszkaniec pobliskiej wioski.
Kampinos mimo całego swojego uroku, pięknych wydm, malowniczych sosen, jest naznaczony śmiercią. Okolice Wólki Węglowej, Sierakowa, Lasek, Izabelina, Truksawia, Wierszy, pojedyncze krzyże na mogiłach żołnierzy Kampanii Wrześniowej, partyzantów, powstańców styczniowych. Mogiła powstańców styczniowych w okolicach Zabrowa Leśnego, śródleśny cmentarz w Wiktorowie, cmentarz partyzancki w Wierszach, krzyż upamiętniający partyzantów poległych przy leśniczówce Opaleń, przy której mieścił się magazyn broni. A ci którzy nie polegli na miejscu zostali schwytani i powieszeni z zagipsowanymi ustami przy ulicy Leszno. W tych miejscach czuje coś, co nie pozwala się w pełni cieszyć pięknem natury, krajobrazu. Sosna powstańców styczniowych w Górkach, uschnięta, powalona, na niej carscy żołdacy wieszali złapanych nieszczęśników. Stężenie tych wszystkich tragicznych zdarzeń w historii Polski, tu na przestrzeni obecnej Puszczy, wymusza wędrówkę z modlitwą na ustach, ze świadomością, że to piękno zostało okupione ogromną daniną krwi. To jak wędrowanie po warszawskiej Starówce, Śródmieściu, czy Woli, po ziemi nasiąkniętej krwią, której śladów już nie widać, ale ta dramatyczna historia w tej przestrzeni trwa. Idąc Nowym Światem, mijając tablice Tchorka w miejscach egzekucji, myśli biegną do minionych wydarzeń i ludzi, którzy stracili tu życie, do nieistniejącego świata.
Wrześniowy dzień powszedni, w Wejherowie na przemian świeci słońce, nadchodzą ciężkie, ołowiane chmury, pada deszcz. Urokliwa Starówka, pyszne pierogi w przytulnej pierogarni, zabytkowe kościoły z nielicznymi modlącymi się w ciszy popołudniowej powszedniego dnia osobami. Muzeum ofiar mordu piaśnickiego w willi wzniesionej w międzywojniu. Ekspozycja obszerna, na pół dnia wnikliwego analizowania, bardzo interesująca. Uwagę przykuwa zdjęcie zakonnicy - bł. Alicji Kotowskiej. Okazuje się, że urodziła się w Warszawie, a nasze drogi przecięły się, gdy mieszkałem na Żoliborzu i w wolnym czasie przychodziłem do św. Jana Kantego, kościoła przylegającego do monumentalnego budynku, w którym rozlokowała się szkoła prowadzona przez Siostry Zmartwychwstanki. W niej na początku lat 30-tych ubiegłego wieku nauczała siostra Alicja. Później trafiła do Wejherowa i tu została dyrektorką szkoły. A życie swoje zakończyła z tysiącami innych, rozstrzelana przez Niemców w Lasach Piaśnickich. W miejscu egzekucji, pozostał najprawdopodobniej po niej tylko nadpalony różaniec. Niemcy przed wycofaniem się przed nacierającą armią czerwoną zdążyli jeszcze spalić ciała pomordowanych.
Z Wejherowa wyruszamy na północ. W międzyczasie spadł nawet grad, zrobiło się zimno, a po niedługim czasie na niebie znowu zaświeciło słońce. Tablice przy szosie wskazują drogę do miejsc egzekucji. Leśna droga, wokół piękne, majestatyczne, smukłe sosny, przypominające te z Puszczy Knyszyńskiej i Augustowskiej, bujny miękki mech, nie ma wysokiego poszycia,zbiorowe groby rozrzucone są na dużej przestrzeni. Poprawiła się pogoda, więc przyjeżdżają kolejne auta. Ludzie wędrują od grobu do grobu, czytają historię zbrodni opisaną na tablicach i kontemplują zamieszczone na nich archiwalne zdjęcia. Promienie słońca łagodnie rozświetlają bursztynowe pnie sosen. Powietrze jest rześkie, choć po deszczu i gradzie jeszcze ostre, czuć niemal lekki wiatr od morza i jego zapach wymieszany z olejkami eterycznymi sosen. Biorę w dłoń kamyk, będzie pamiątką, choć Babcia, Mama, starsi ludzie, mówili, że nie można zabierać żadnych rzeczy z cmentarza. A jesteśmy przecież na wielkim leśnym cmentarzu. Ale ten kamyk ma mi przypominać o modlitwie za tysiące pomordowanych w Lasach Piaśnickich.
I jeszcze jeden las, w pobliżu niemieckiego obozu w Sztutowie. Idąc wzdłuż ogrodzenia wkraczamy do liściastego, dość ciemnego lasu. Dzień jest chłodny i pochmurny, lecz nic nie pada. Docieramy do miejsca, w którym Niemcy palili ludzkie szczątki. Odruchowo sięgamy po różańce, by odmówić w intencji pomordowanych Koronkę do Miłosierdzia Bożego, jako że zbliża się godzina piętnasta. Tuż po powrocie do Warszawy, ostatniego dnia września, los rzucił mnie na niedzielną mszę do kościoła Matki Bożej Częstochowskiej na Zagórnej. Po mszy podszedłem do stolika, na którym zauważyłem obrazek z wizerunkiem zamyślonej zakonnicy. Nigdy jej wcześniej nie widziałem. Podniosłem go i jakież było moje zdumienie, gdy przeczytałem, że widniejąca na obrazku zakonnica - bł. Julia Rodzińska oddała życie w obozie w Sztutowie właśnie, a przed wybuchem wojny związana była - z tak bliskim mojemu sercu - Wilnem. Była dominikanką, od 1934 r. przełożoną domu zaknnego w Wilnie i kierowała tam zakładem dla sierot.
Czy to zwykłe przypadki, zbiegi okoliczności? Czy nasze drogi przeplatają się z bliskimi nam zmarłymi, świętymi, błogosławionymi. Czy oni nas wyszukują, by nas wspierać, jeśli "widzą" w nas otwartość na takie spotkania? Kiedyś się tego dowiemy.
Wydmy Łuże, Pogórze Leśne, Podłuże, Uroczysko Opaleń. Bursztynowe sosny, miękki mech pod stopami. Można przechodzić wiele razy leśnymi ścieżkami i nie dostrzec niektórych drewnianych krzyży, niewysokich drewnianych ogrodzeń, zawieszonych przy tablicach informacyjnych biało-czerwonych flag. Nieopodal Szwedzkie Góry, nie tak daleko znane już powszechnie Palmiry. Ostatecznie wszyscy rozstrzelani w wymienionych miejscach trafili na cmentarz w Palmirach. Ich ciała tuż po wojnie ekshumowano i złożono na palmirskim cmentarzu. Wokół piękny las, cisza, śpiew ptaków wiosną, latem, tej zimy piękny biały śnieg, słońce, mróz. Zdecydowana większość rozstrzelanych jest nieznana z imienia i nazwiska. Swoją drogą, zastanawia ile jeszcze takich miejsc pozostaje nieodkrytych w Puszczy Kampinoskiej. Miejsc, do których niemieckie auta przywoziły obywateli polskich, a rozstawieni w szeregu oprawcy wycelowali karabiny i sprawnie zakończyli ich życie. Ciała zakopano we wcześniej wyszykowanym dole, przysypano piachem, posadzono drzewa, by zatrzeć wszelkie możliwe ślady. Miejscowa ludność miała tych egzekucji nie dostrzec, odbywały się głęboko w lesie, o wczesnej lub późnej porze, nikt wówczas w pobliżu miał nie przechodzić, żaden leśnik, żaden mieszkaniec pobliskiej wioski.
Kampinos mimo całego swojego uroku, pięknych wydm, malowniczych sosen, jest naznaczony śmiercią. Okolice Wólki Węglowej, Sierakowa, Lasek, Izabelina, Truksawia, Wierszy, pojedyncze krzyże na mogiłach żołnierzy Kampanii Wrześniowej, partyzantów, powstańców styczniowych. Mogiła powstańców styczniowych w okolicach Zabrowa Leśnego, śródleśny cmentarz w Wiktorowie, cmentarz partyzancki w Wierszach, krzyż upamiętniający partyzantów poległych przy leśniczówce Opaleń, przy której mieścił się magazyn broni. A ci którzy nie polegli na miejscu zostali schwytani i powieszeni z zagipsowanymi ustami przy ulicy Leszno. W tych miejscach czuje coś, co nie pozwala się w pełni cieszyć pięknem natury, krajobrazu. Sosna powstańców styczniowych w Górkach, uschnięta, powalona, na niej carscy żołdacy wieszali złapanych nieszczęśników. Stężenie tych wszystkich tragicznych zdarzeń w historii Polski, tu na przestrzeni obecnej Puszczy, wymusza wędrówkę z modlitwą na ustach, ze świadomością, że to piękno zostało okupione ogromną daniną krwi. To jak wędrowanie po warszawskiej Starówce, Śródmieściu, czy Woli, po ziemi nasiąkniętej krwią, której śladów już nie widać, ale ta dramatyczna historia w tej przestrzeni trwa. Idąc Nowym Światem, mijając tablice Tchorka w miejscach egzekucji, myśli biegną do minionych wydarzeń i ludzi, którzy stracili tu życie, do nieistniejącego świata.
Wrześniowy dzień powszedni, w Wejherowie na przemian świeci słońce, nadchodzą ciężkie, ołowiane chmury, pada deszcz. Urokliwa Starówka, pyszne pierogi w przytulnej pierogarni, zabytkowe kościoły z nielicznymi modlącymi się w ciszy popołudniowej powszedniego dnia osobami. Muzeum ofiar mordu piaśnickiego w willi wzniesionej w międzywojniu. Ekspozycja obszerna, na pół dnia wnikliwego analizowania, bardzo interesująca. Uwagę przykuwa zdjęcie zakonnicy - bł. Alicji Kotowskiej. Okazuje się, że urodziła się w Warszawie, a nasze drogi przecięły się, gdy mieszkałem na Żoliborzu i w wolnym czasie przychodziłem do św. Jana Kantego, kościoła przylegającego do monumentalnego budynku, w którym rozlokowała się szkoła prowadzona przez Siostry Zmartwychwstanki. W niej na początku lat 30-tych ubiegłego wieku nauczała siostra Alicja. Później trafiła do Wejherowa i tu została dyrektorką szkoły. A życie swoje zakończyła z tysiącami innych, rozstrzelana przez Niemców w Lasach Piaśnickich. W miejscu egzekucji, pozostał najprawdopodobniej po niej tylko nadpalony różaniec. Niemcy przed wycofaniem się przed nacierającą armią czerwoną zdążyli jeszcze spalić ciała pomordowanych.
Z Wejherowa wyruszamy na północ. W międzyczasie spadł nawet grad, zrobiło się zimno, a po niedługim czasie na niebie znowu zaświeciło słońce. Tablice przy szosie wskazują drogę do miejsc egzekucji. Leśna droga, wokół piękne, majestatyczne, smukłe sosny, przypominające te z Puszczy Knyszyńskiej i Augustowskiej, bujny miękki mech, nie ma wysokiego poszycia,zbiorowe groby rozrzucone są na dużej przestrzeni. Poprawiła się pogoda, więc przyjeżdżają kolejne auta. Ludzie wędrują od grobu do grobu, czytają historię zbrodni opisaną na tablicach i kontemplują zamieszczone na nich archiwalne zdjęcia. Promienie słońca łagodnie rozświetlają bursztynowe pnie sosen. Powietrze jest rześkie, choć po deszczu i gradzie jeszcze ostre, czuć niemal lekki wiatr od morza i jego zapach wymieszany z olejkami eterycznymi sosen. Biorę w dłoń kamyk, będzie pamiątką, choć Babcia, Mama, starsi ludzie, mówili, że nie można zabierać żadnych rzeczy z cmentarza. A jesteśmy przecież na wielkim leśnym cmentarzu. Ale ten kamyk ma mi przypominać o modlitwie za tysiące pomordowanych w Lasach Piaśnickich.
I jeszcze jeden las, w pobliżu niemieckiego obozu w Sztutowie. Idąc wzdłuż ogrodzenia wkraczamy do liściastego, dość ciemnego lasu. Dzień jest chłodny i pochmurny, lecz nic nie pada. Docieramy do miejsca, w którym Niemcy palili ludzkie szczątki. Odruchowo sięgamy po różańce, by odmówić w intencji pomordowanych Koronkę do Miłosierdzia Bożego, jako że zbliża się godzina piętnasta. Tuż po powrocie do Warszawy, ostatniego dnia września, los rzucił mnie na niedzielną mszę do kościoła Matki Bożej Częstochowskiej na Zagórnej. Po mszy podszedłem do stolika, na którym zauważyłem obrazek z wizerunkiem zamyślonej zakonnicy. Nigdy jej wcześniej nie widziałem. Podniosłem go i jakież było moje zdumienie, gdy przeczytałem, że widniejąca na obrazku zakonnica - bł. Julia Rodzińska oddała życie w obozie w Sztutowie właśnie, a przed wybuchem wojny związana była - z tak bliskim mojemu sercu - Wilnem. Była dominikanką, od 1934 r. przełożoną domu zaknnego w Wilnie i kierowała tam zakładem dla sierot.
Czy to zwykłe przypadki, zbiegi okoliczności? Czy nasze drogi przeplatają się z bliskimi nam zmarłymi, świętymi, błogosławionymi. Czy oni nas wyszukują, by nas wspierać, jeśli "widzą" w nas otwartość na takie spotkania? Kiedyś się tego dowiemy.
piątek, 17 października 2025
Wieczorem - kapliczka przy Dywizjonu 303, św. Józef i metalowy krucyfiks
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury.
Wydeptana ścieżka wzdłuż torowiska, z błyszczącymi za dnia w jesiennym słońcu żółtymi liścmi. Z łoskotem przemyka żołty, rozświetlony tramwaj, przedzierający się przez ciemny październikowy wieczór. Smukłe, dorodne drzewa na przemian kryją i odsłaniają ścieżkę. Wije się ona tajemniczo i daje poczucie naturalności. Po drugiej stronie S8, za ekranami, królestwo betonu, asfaltu, absurdalnie gęstej zabudowy. A tu jeszcze oaza względnej ciszy i spokoju. Staruszkowie wydęptują tę dróżkę o każdej porze roku, zmierzając do bramki ogródków działkowych, mieszkańcy pobliskich bloków na spacerach z psiakami, o poranku i po południu pracownicy i studenci zdążający w stronię WAT-u. Teraz ciepły wieczór o zapachu sosny. Gdzieś w pobliżu we wrześniu 1939 r. toczyły się boje o Warszawę. Na terenach obecnego WAT-u w okopach ginęli żołnierze, którzy miejsce spoczynku znaleźli na cmentarzu wojennym w Starych Babicach i przy kościółku na Starym Boernerowie.
Z kładki nad S8 widoczne linie setek świateł aut stojących na trasie w stronę Poznania. Jak co roku, bliżej listopada, ruch się wzmaga.
Kapliczka przy Dywizjonu 303, postawiona przez Jana i Marcyannę Pyć we wrześniu 1916 roku, z prośbą o modlitwę: "O Maryjo ulituj się nad niedostatkami i nędzami naszymi, i racz im zaradzić". Figurka Maryi za okienkami. W maju w jedną niedzielę odbywa się przy niej majowe. Ktoś czasem postawi świeczkę, sztuczny kwiatek, z rzadka ktoś się przeżegna, zatrzyma, pomodli, przeważnie przemykają tylko samochody na parking przy siłowni.
Chwila wieczornego wytchnienia. Jesień spokojna i cicha, z pojawiającymi się już wieczorem i o poranku mgłami, wilgotna, momentami deszczowa, i dość często - na szczeście - słonecznymi popołudniami. Jesień żołtych, pomarańczowych, czerwieniejących liści, z dniami na tyle długimi, że po pracy można jeszcze pójść do świętego Józefa koło Michalitów, na krótką rozmowę. I spotkania z przypadkowymi ludźmi, którym jeszcze chce się rozmawiać z nieznajomymi, przyjaźnie i życzliwie. I dostrzegalny z ulicy, w oknie bloku, metalowy krucyfiks. Prawie taki sam, jaki w 1946 r. przywiozła Babcia z Adamowców na Wileńszczyźnie, w woreczku z mąką, żeby sowieci nie zrabowali, bo był posrebrzany. Dziś stoi w mieszkaniu na Bemowie, jak rodzinna relikwia.
Powoli wszystko się wycisza, zapada jakby w sen. Panie Jezu przyjdź po raz drugi.
Wydeptana ścieżka wzdłuż torowiska, z błyszczącymi za dnia w jesiennym słońcu żółtymi liścmi. Z łoskotem przemyka żołty, rozświetlony tramwaj, przedzierający się przez ciemny październikowy wieczór. Smukłe, dorodne drzewa na przemian kryją i odsłaniają ścieżkę. Wije się ona tajemniczo i daje poczucie naturalności. Po drugiej stronie S8, za ekranami, królestwo betonu, asfaltu, absurdalnie gęstej zabudowy. A tu jeszcze oaza względnej ciszy i spokoju. Staruszkowie wydęptują tę dróżkę o każdej porze roku, zmierzając do bramki ogródków działkowych, mieszkańcy pobliskich bloków na spacerach z psiakami, o poranku i po południu pracownicy i studenci zdążający w stronię WAT-u. Teraz ciepły wieczór o zapachu sosny. Gdzieś w pobliżu we wrześniu 1939 r. toczyły się boje o Warszawę. Na terenach obecnego WAT-u w okopach ginęli żołnierze, którzy miejsce spoczynku znaleźli na cmentarzu wojennym w Starych Babicach i przy kościółku na Starym Boernerowie.
Z kładki nad S8 widoczne linie setek świateł aut stojących na trasie w stronę Poznania. Jak co roku, bliżej listopada, ruch się wzmaga.
Kapliczka przy Dywizjonu 303, postawiona przez Jana i Marcyannę Pyć we wrześniu 1916 roku, z prośbą o modlitwę: "O Maryjo ulituj się nad niedostatkami i nędzami naszymi, i racz im zaradzić". Figurka Maryi za okienkami. W maju w jedną niedzielę odbywa się przy niej majowe. Ktoś czasem postawi świeczkę, sztuczny kwiatek, z rzadka ktoś się przeżegna, zatrzyma, pomodli, przeważnie przemykają tylko samochody na parking przy siłowni.
Chwila wieczornego wytchnienia. Jesień spokojna i cicha, z pojawiającymi się już wieczorem i o poranku mgłami, wilgotna, momentami deszczowa, i dość często - na szczeście - słonecznymi popołudniami. Jesień żołtych, pomarańczowych, czerwieniejących liści, z dniami na tyle długimi, że po pracy można jeszcze pójść do świętego Józefa koło Michalitów, na krótką rozmowę. I spotkania z przypadkowymi ludźmi, którym jeszcze chce się rozmawiać z nieznajomymi, przyjaźnie i życzliwie. I dostrzegalny z ulicy, w oknie bloku, metalowy krucyfiks. Prawie taki sam, jaki w 1946 r. przywiozła Babcia z Adamowców na Wileńszczyźnie, w woreczku z mąką, żeby sowieci nie zrabowali, bo był posrebrzany. Dziś stoi w mieszkaniu na Bemowie, jak rodzinna relikwia.
Powoli wszystko się wycisza, zapada jakby w sen. Panie Jezu przyjdź po raz drugi.
środa, 6 sierpnia 2025
Krzyż nad Wolą - gra cieni przy Rondzie Daszyńskiego i pamięć Rzezi Woli
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec można wielki krzyż, rozpościerający swoje ramiona nad całą Wolą. W miarę zbliżania się do skrzyżowania z Karolkową to ciekawe zjawisko stopniowo zanika. Przypatrując się natomiast elewacji zauważyć można, że ta pozioma belka to jakby taras, zagłębienie w gładkiej powierzchni, z innego rodzaju oknami od całej reszty, natomiast belka pionowa to najwyraźniej cień rzucany przez sąsiedni budynek, będący jeszcze w budowie.
Ten wizerunek krzyża będący grą cieni, tworzy niesamowity efekt, zwłaszcza teraz, przy okazji kolejnej już rocznicy Rzezi Woli. Tak jakby przypominał o straszliwej męce kilkudziesięciu tysięcy jej mieszkańców - dokładna liczba zamordowanych nie jest znana, istnieją wersje mówiące o 30 tysiącach ofiar, skończywszy na niemal 65 tysiącach mieszkańców tej robotniczej niegdyś dzielnicy. Prawdziwej liczby ofiar zapewne nie poznamy już nigdy, nie sposob ich policzyć. Tak jak nie poznamy imion i nazwisk większości z nich. A ten krzyż swoimi ramionami jakby obejmował ich wszystkich, znanych z imienia i nazwiska tylko Bogu, każdego bez wyjątku, i całą Wolę.
Niedaleko tego miejsca, w latach 1936-1939, najprawdopodobniej do czerwca 1939 r., mieszkali Florian i Genowefa Szpakowie, przybyli do Warszawy w poszukiwaniu lepszego życia z dalekiej Wileńszczyzny, bo prawie spod granicy z Łotwą. Florian pracował na Woli w fabryce gumy, Genowefa zajmowała się wychowaniem kilkuletniego synka i dorywczo pracowała jako służąca u hrabiny Zabiełło. Pomieszkiwali na placu Kazimierza Wielkiego i przy Towarowej 33. Na te adresy wskazują pieczątki w zachowanej książeczce ubezpieczeniowej Floriana. Nie wiadomo czy to wieści o zbliżającej się wojnie, czy jakaś intuicja, czy Opatrzność, zdecydowały o tym, że w czerwcu 1939 r. powrócili do swojej rodzinnej wsi - Adamowce, zagubionej między Postawami a Głębokim. Podobno, jak już się wszystko wyciszy, uspokoi, zamierzali wrócić do Warszawy. Gdy po zakończonej wojnie Genowefa z kilkuletnią córeczką Florcią przyjechała do Warszawy, będącej wówczas miastem gruzów, tak je w każdym razie zapamiętałą sześcioletnia Florcia, to poszukiwała kamienicy przy ulicy Wroniej. Wydaje się, że bardziej chodziło o plac Kazimierza Wielkiego, znajdujący się przed wojną w pobiliżu tej ulicy. Jednak nie udało jej się odnależć tego, czego szukała. Dziewczynka, ze swojego pierwszego wyjazdu do Warszawy, zapamiętała też światełka migoczące w nocy, gdzieś wysoko, jakby zawieszone na niebie, w kamienicach, które gdzieś w tym morzu rumowisk, cudem ocalały, w całości albo w części, jakby były pourywane, porozrywane, ze schodami prowadzącymi w przestworza.
Gdy po raz pierwszy jeseienią 2014 r., nocując na ulicy Żytniej, zacząłem odkrywać Wolę, nieopodal ulicy Towarowej znalazłem kamień z tablicą Tchorka, upamiętniający ofiary egzekucji dokonanej przez Niemców w czasie Rzezi Woli. Pomyślałem wówczas, że gdyby w czerwcu 1939 r. Florian i Genowefa z Warszawy nie wyjechali, to ta liczba widniejąca na kamieniu mogłaby być wyższa. Na świecie był już kilkuletni synek Floriana i Genowefy - Oswaldek, a w styczniu 1940 r. na świat przyszła, poczęta na Woli, Florcia. W 1944 r. miałaby cztery latka, Oswaldek dziesięć, Genowefa 33, a Florian 42 lata.
A 17 sierpnia 2023 r. historia zatoczyła jakieś symboliczne koło, w Szpitalu Wolskim z tym światem pożegnała się Florentyna, w sumie nieopodal miejsca, w którym została poczęta. Na kilka lat przed odejściem z tego łaz padołu opowiadała, że gdy w 2016 r. powróciła niejako do Warszawy, przestał ją nawiedzać nawracający koszmar senny, w którym widziała jakby z lotu ptaka wypalone, zniszczone, czarno-szare miasto. Świat jest jednak pełen symboli, ukrytych znaczeń, które czekają na ich odkrycie i nazwanie.
Ten wizerunek krzyża będący grą cieni, tworzy niesamowity efekt, zwłaszcza teraz, przy okazji kolejnej już rocznicy Rzezi Woli. Tak jakby przypominał o straszliwej męce kilkudziesięciu tysięcy jej mieszkańców - dokładna liczba zamordowanych nie jest znana, istnieją wersje mówiące o 30 tysiącach ofiar, skończywszy na niemal 65 tysiącach mieszkańców tej robotniczej niegdyś dzielnicy. Prawdziwej liczby ofiar zapewne nie poznamy już nigdy, nie sposob ich policzyć. Tak jak nie poznamy imion i nazwisk większości z nich. A ten krzyż swoimi ramionami jakby obejmował ich wszystkich, znanych z imienia i nazwiska tylko Bogu, każdego bez wyjątku, i całą Wolę.
Niedaleko tego miejsca, w latach 1936-1939, najprawdopodobniej do czerwca 1939 r., mieszkali Florian i Genowefa Szpakowie, przybyli do Warszawy w poszukiwaniu lepszego życia z dalekiej Wileńszczyzny, bo prawie spod granicy z Łotwą. Florian pracował na Woli w fabryce gumy, Genowefa zajmowała się wychowaniem kilkuletniego synka i dorywczo pracowała jako służąca u hrabiny Zabiełło. Pomieszkiwali na placu Kazimierza Wielkiego i przy Towarowej 33. Na te adresy wskazują pieczątki w zachowanej książeczce ubezpieczeniowej Floriana. Nie wiadomo czy to wieści o zbliżającej się wojnie, czy jakaś intuicja, czy Opatrzność, zdecydowały o tym, że w czerwcu 1939 r. powrócili do swojej rodzinnej wsi - Adamowce, zagubionej między Postawami a Głębokim. Podobno, jak już się wszystko wyciszy, uspokoi, zamierzali wrócić do Warszawy. Gdy po zakończonej wojnie Genowefa z kilkuletnią córeczką Florcią przyjechała do Warszawy, będącej wówczas miastem gruzów, tak je w każdym razie zapamiętałą sześcioletnia Florcia, to poszukiwała kamienicy przy ulicy Wroniej. Wydaje się, że bardziej chodziło o plac Kazimierza Wielkiego, znajdujący się przed wojną w pobiliżu tej ulicy. Jednak nie udało jej się odnależć tego, czego szukała. Dziewczynka, ze swojego pierwszego wyjazdu do Warszawy, zapamiętała też światełka migoczące w nocy, gdzieś wysoko, jakby zawieszone na niebie, w kamienicach, które gdzieś w tym morzu rumowisk, cudem ocalały, w całości albo w części, jakby były pourywane, porozrywane, ze schodami prowadzącymi w przestworza.
Gdy po raz pierwszy jeseienią 2014 r., nocując na ulicy Żytniej, zacząłem odkrywać Wolę, nieopodal ulicy Towarowej znalazłem kamień z tablicą Tchorka, upamiętniający ofiary egzekucji dokonanej przez Niemców w czasie Rzezi Woli. Pomyślałem wówczas, że gdyby w czerwcu 1939 r. Florian i Genowefa z Warszawy nie wyjechali, to ta liczba widniejąca na kamieniu mogłaby być wyższa. Na świecie był już kilkuletni synek Floriana i Genowefy - Oswaldek, a w styczniu 1940 r. na świat przyszła, poczęta na Woli, Florcia. W 1944 r. miałaby cztery latka, Oswaldek dziesięć, Genowefa 33, a Florian 42 lata.
A 17 sierpnia 2023 r. historia zatoczyła jakieś symboliczne koło, w Szpitalu Wolskim z tym światem pożegnała się Florentyna, w sumie nieopodal miejsca, w którym została poczęta. Na kilka lat przed odejściem z tego łaz padołu opowiadała, że gdy w 2016 r. powróciła niejako do Warszawy, przestał ją nawiedzać nawracający koszmar senny, w którym widziała jakby z lotu ptaka wypalone, zniszczone, czarno-szare miasto. Świat jest jednak pełen symboli, ukrytych znaczeń, które czekają na ich odkrycie i nazwanie.
sobota, 2 sierpnia 2025
Plac Szembeka - pamięć Olszynki Grochowskiej i modernistyczny kościół
Plac Piotra Szembeka, w czerwcowym, popołudniowym słońcu. Spokojna, nieśpieszna niedziela, a miejsce w swoim klimacie - nie wiedzieć czemu - przypomina mi Budapeszt. Okoliczni mieszkańcy zmierzają na wieczorną mszę do kościoła Najczystszego Serca Maryi, oryginalnej, modernistycznej świątyni, powstałej dla uczczenia pamięci polskich żołnierzy poległych w bitwie z rosyjskim zaborcą pod Olszynką Grochowską w lutym 1831 r. Prace przy jej wznoszeniu - według projektu Andrzeja Boniego - rozpoczęto w 1934 roku. W czasie kopania fundamentów natrafiono na dwie zbiorowe mogiły, w których odkryto szczątki powstańców listopadowych.
Ten ciekawy architektonicznie kościół w swoich smukłych, strzelających ku niebu liniach ma w sobie coś z neogotyku, w klimacie z zewnątrz i wewnątrz przypominać może nieco neogotyckie świątynie z Podlasia - w Korycinie, Janowie Sokólskim, Lipsku nad Biebrzą. W nawach w czasie mszy o 20.00 panuje przyjemny półmrok. W kruchcie tablice upamiętniające żołnierzy Kampanii Wrześniowej. Zanim zejdą się liczni wierni, w ławkach siedzą, klęczą pojedyncze osoby, zatopione w cichej rozmowie z Bogiem. Nastrój świątyni sprzyja modlitwie, indywidualnej i we wspólnocie. Na Eucharystię schodzą się powoli rodzice z małymi dziećmi, staruszkowie płci obojga, osoby w wieku średnim. Obok siadają dwie siostry - przypuszczalnie, tak by wynikało z zachowania i rysów twarzy, jedna około dwudziestoletnia, druga góra kilka lat od niej starsza, obie w trampkach, szerokich spodniach i tiszertach, z plecakami. Sprawiają wrażenie jakby mieszkały tu na Pradze Południe od wielu pokoleń. Taką pewność i swobodę w zachowaniu, w odnoszeniu się do siebie nawzajem, do ludzi wokół, można mieć chyba tylko wówczas, gdy się w danym miejscu jest zakorzenionym od co najmniej kilku pokoleń, a człowiek nie tylko czuje się jak u siebie - takie subiektywne poczucie można wszak mieć będąc nawet przybyszem z daleka - ale w sposób naturalny jest wrośnięty w dane miejsce. Są przecież miejsca, w których każdy z nas, będąc w nich nawet po raz pierwszy, czuje się jakby był u siebie, jakby się w nich urodził, jakby był w nie wkomponowany całym sobą, ale to w końcu tylko odczucie, pozbawione tej swobody i naturalności, właściwej tym, którzy są rzeczywiście u siebie rzeczywiście, przez rodziców, dziadków, pradziadków, korzeniami zapuszczonymi przez lat dziesiątki, a może nawet i więcej. Te siostry, momentalnie zwróciły na siebie uwagę kilkuletniej dziewczynki, która odłączyła się od siedzącej w pobliżu mamy, i stopniowo, z początku z pewnią nieśmiałością, zbliżała się do nich - z obustronnym zresztą zainteresowaniem, a gdy one ją zaczęły zachęcać uśmiechami, i bystrymi spojrzeniami pogodnych oczu, ta już bez skrępowania do nich podeszła, i obie strony zaczeły stroić zabawne miny i słać w swoją stronę szczere uśmiechy.
Rozległy się dzwonki, oznajmiające rozpoczęcie mszy. Celebrował ją młody czarnoskóry kapłan, doskonałą polszczyzną, starannie, w skupieniu, z uwagą, tak, że nie sposób było się rozpraszać czy uronić choćby jednego słowa z tego, co mówił. Starannie odczytana Ewangelia, przemyślana, wycyzelowana homilia. I w tle dyskretny śpiew scholi, z mocnymi kobiecymi głosami. Pieśń na pożegnanie dnia, na dobrą noc, na każdą chwilę z Jezusem.
Po nabożeństwie, przed kościołem na placu uwagę zwraca na siebie głośna grupa roześmianych nastolatków. Gdzieś przy ławce cała bateria kolorowych butelek po alkoholach. Na południowej pierzei placu pizzeria ze stolikami pod parasolami, nabita do granic możliwości. Snują się apetyczne zapachy. Kilka niskich kamienic z międzywojnia. Dalej plebania z rozległym zielonym placem i sadem. Na północnej pierzei tużpowojenne kamienice, a w nich otwarte okna, skrzynki z barwnymi kwiatami. Na rogu nowoczesny już blok. Na wschodniej stronie ceglane, piętrowe, proste domy, powstałe jeszcze prawdopodobnie przed wojną. Od strony zachodniej ruchliwa i głośna Grochowska. Horyzont zamykają odległe współczesne bloki. Na kilku ławkach śpią być może bezdomni. Jeszcze jasność dnia podtrzymuje chylące się ku zachodowi słońce, za moment nastanie wieczór, łagodny, ciepły i spokojny.
Ten ciekawy architektonicznie kościół w swoich smukłych, strzelających ku niebu liniach ma w sobie coś z neogotyku, w klimacie z zewnątrz i wewnątrz przypominać może nieco neogotyckie świątynie z Podlasia - w Korycinie, Janowie Sokólskim, Lipsku nad Biebrzą. W nawach w czasie mszy o 20.00 panuje przyjemny półmrok. W kruchcie tablice upamiętniające żołnierzy Kampanii Wrześniowej. Zanim zejdą się liczni wierni, w ławkach siedzą, klęczą pojedyncze osoby, zatopione w cichej rozmowie z Bogiem. Nastrój świątyni sprzyja modlitwie, indywidualnej i we wspólnocie. Na Eucharystię schodzą się powoli rodzice z małymi dziećmi, staruszkowie płci obojga, osoby w wieku średnim. Obok siadają dwie siostry - przypuszczalnie, tak by wynikało z zachowania i rysów twarzy, jedna około dwudziestoletnia, druga góra kilka lat od niej starsza, obie w trampkach, szerokich spodniach i tiszertach, z plecakami. Sprawiają wrażenie jakby mieszkały tu na Pradze Południe od wielu pokoleń. Taką pewność i swobodę w zachowaniu, w odnoszeniu się do siebie nawzajem, do ludzi wokół, można mieć chyba tylko wówczas, gdy się w danym miejscu jest zakorzenionym od co najmniej kilku pokoleń, a człowiek nie tylko czuje się jak u siebie - takie subiektywne poczucie można wszak mieć będąc nawet przybyszem z daleka - ale w sposób naturalny jest wrośnięty w dane miejsce. Są przecież miejsca, w których każdy z nas, będąc w nich nawet po raz pierwszy, czuje się jakby był u siebie, jakby się w nich urodził, jakby był w nie wkomponowany całym sobą, ale to w końcu tylko odczucie, pozbawione tej swobody i naturalności, właściwej tym, którzy są rzeczywiście u siebie rzeczywiście, przez rodziców, dziadków, pradziadków, korzeniami zapuszczonymi przez lat dziesiątki, a może nawet i więcej. Te siostry, momentalnie zwróciły na siebie uwagę kilkuletniej dziewczynki, która odłączyła się od siedzącej w pobliżu mamy, i stopniowo, z początku z pewnią nieśmiałością, zbliżała się do nich - z obustronnym zresztą zainteresowaniem, a gdy one ją zaczęły zachęcać uśmiechami, i bystrymi spojrzeniami pogodnych oczu, ta już bez skrępowania do nich podeszła, i obie strony zaczeły stroić zabawne miny i słać w swoją stronę szczere uśmiechy.
Rozległy się dzwonki, oznajmiające rozpoczęcie mszy. Celebrował ją młody czarnoskóry kapłan, doskonałą polszczyzną, starannie, w skupieniu, z uwagą, tak, że nie sposób było się rozpraszać czy uronić choćby jednego słowa z tego, co mówił. Starannie odczytana Ewangelia, przemyślana, wycyzelowana homilia. I w tle dyskretny śpiew scholi, z mocnymi kobiecymi głosami. Pieśń na pożegnanie dnia, na dobrą noc, na każdą chwilę z Jezusem.
Po nabożeństwie, przed kościołem na placu uwagę zwraca na siebie głośna grupa roześmianych nastolatków. Gdzieś przy ławce cała bateria kolorowych butelek po alkoholach. Na południowej pierzei placu pizzeria ze stolikami pod parasolami, nabita do granic możliwości. Snują się apetyczne zapachy. Kilka niskich kamienic z międzywojnia. Dalej plebania z rozległym zielonym placem i sadem. Na północnej pierzei tużpowojenne kamienice, a w nich otwarte okna, skrzynki z barwnymi kwiatami. Na rogu nowoczesny już blok. Na wschodniej stronie ceglane, piętrowe, proste domy, powstałe jeszcze prawdopodobnie przed wojną. Od strony zachodniej ruchliwa i głośna Grochowska. Horyzont zamykają odległe współczesne bloki. Na kilku ławkach śpią być może bezdomni. Jeszcze jasność dnia podtrzymuje chylące się ku zachodowi słońce, za moment nastanie wieczór, łagodny, ciepły i spokojny.
poniedziałek, 28 lipca 2025
Kościół świętego Aleksandra na placu Trzech Krzyży - oaza w centrum Warszawy
Murowana rotunda na placu Trzech Krzyży, niepozorna, w dni powszednie prawdziwa oaza, osłona od zgiełku miasta, choć docierają do wnętrza odgłosy przemykających aut, sunących na sygnale karetek, wozów strażackich, policyjnych. W upalne letnie dni świątynia oferuje odrobinę ochłody i schronienie przed żarem lejącym się z nieba, tak dokuczliwym w mieście pełnym asfaltu, szkła, betonu. Czasem w środku modlą się w ławkach dwie, trzy osoby, czasem jest zupełnie pusto. Więcej osób zaczyna się schodzić przed mszą o godzinie 16.00, z pobliskich urzędów, korporacji, firm prywatnych, przypadkowi przechodnie, turyści, pielgrzymi.
Z lewej strony marmurowa Matka Boska, delikatnie uśmiechnięta, z otwartymi ramionami, w powłóczystej sukni, wita każdego, kto tu zagląda przypadkowo albo w sposób zamierzony. Wizerunek łagodnej Czarnej Madonny na lewo od ołtarza, ze spojrzeniem zapraszającym do cichej rozmowy. Chrystus spoczywający w grobie, pod bacznym okiem świętego Józefa z dzieciątkiem na ramionach. Przed Wielkim Tygodniem zawieszony z prawej strony, nad Matką Ostrobramską, przejmujący wizerunek spętanego sznurami łagodnego, niewinnego baranka, którego chciałoby się uwolnić z tych pęt, a przynajmniej już nigdy ich więcej nie zakładać, nie przyczyniać się do tego bolesnego wiązania.
Po dniu pracy, możliwość przyjścia na Eucharystię, to prawdziwa ulga i ochłoda. Oddanie trudów, radości, smutków, wszelkich pocieszeń, przed ołtarzem, przed obrazem przedstawiającym Ukrzyżowanego. Oddanie każdej chwili cierpienia, każdej łaski tego dnia otrzymanej, natchnienia, dziękczynienie za opiekę, obronę. I słowa wypowiedziane przez kapłana przed Komunią, zapadłe mocno w pamięć:
"Ja Jestem z tobą, Jestem twoim obrońcą..."...
W powszedni, upalny, lipcowy dzień, w czasie Eucharystii drzwi świątyni otwiera skośnooki, czarnowłosy młody mężczyzna. Początkowo cofnął się, ale po chwili drzwiami z lewej i prawej strony, zaczęły wchodzić do kościoła skośnookie kobiety, za nimi ledwie trzech mężczyzn. Osoby młode i starsze, dwie siostry zakonne w szarych habitach. Znalazłszy wolne miejsca w ławkach przybysze usadowili się w nich sprawnie i cicho, by nikomu nie przeszkadzać. Od razu było widać, że to nie turyści, lecz pielgrzymi. Msza przed chwilą się rozpoczęła. Uczestniczyli w niej aktywnie, znali modlitwy, półgłosem odmawiali je w ojczystym języku. Większość przystąpiła do Komunii. W sposób serdeczny, nie pomijając nikogo w pobliżu, przekazywali znak pokoju, z uśmiechem w oczach i na ustach, demonstrując otwartość całą swoją postawą. Po zakończonej Mszy, przy wsparciu uczestniczących w niej osób, które zaoferowały się pełnić rolę tłumacza, pielgrzymi poprosili kapłana o indywidualne błogosławieństwo dla każdego z nich, udzielane w sposób osobliwy, poprzez delikatne przytulenie, co wyglądało tak jakby się zatapiali bezpośrednio w objęciach Jezusa. Ci młodsi pielgrzymi szukali kontaktu, sposobności do rozmowy z miejscowymi, Polakami.
Podeszła do mnie około trzydziestoletnia dziewczyna, oznajmiła, że są pielgrzymami z Korei Południowej i jadą do Czarnej Madonny w Częstochowie, choć nazwy tego miasta nie była w stanie wymówić. Przyjechali do Polski, którą postrzegają jako kraj wiernie podtrzymujący swój katolicyzm. Polska kojarzy jej się z Janem Pawlem II, a w Korei katolicy stanowią około 10% społeczeństwa. Śpieszyli się niestety do autokaru, czekającego na nich nieopodal, by za chwilę ruszyć w dalszą drogę. Sprawnie zebrali się, przemieścili i szary autokar pomknął w dół ulicą Książącą, w słoneczne, środowe, lipcowe popołudnie.
Ci sympatyczni pielgrzymi wnieśli przez ten krótki czas szczerą, prostą radość z Wiary, szlachetną prostotę i pokój. Można było odnieść wrażenie, że odjeżdżają bliskie nam i kochane osoby, za którymi wkrótce już będziemy tęsknić, tak jak byśmy się znali od wielu lat.
Z lewej strony marmurowa Matka Boska, delikatnie uśmiechnięta, z otwartymi ramionami, w powłóczystej sukni, wita każdego, kto tu zagląda przypadkowo albo w sposób zamierzony. Wizerunek łagodnej Czarnej Madonny na lewo od ołtarza, ze spojrzeniem zapraszającym do cichej rozmowy. Chrystus spoczywający w grobie, pod bacznym okiem świętego Józefa z dzieciątkiem na ramionach. Przed Wielkim Tygodniem zawieszony z prawej strony, nad Matką Ostrobramską, przejmujący wizerunek spętanego sznurami łagodnego, niewinnego baranka, którego chciałoby się uwolnić z tych pęt, a przynajmniej już nigdy ich więcej nie zakładać, nie przyczyniać się do tego bolesnego wiązania.
Po dniu pracy, możliwość przyjścia na Eucharystię, to prawdziwa ulga i ochłoda. Oddanie trudów, radości, smutków, wszelkich pocieszeń, przed ołtarzem, przed obrazem przedstawiającym Ukrzyżowanego. Oddanie każdej chwili cierpienia, każdej łaski tego dnia otrzymanej, natchnienia, dziękczynienie za opiekę, obronę. I słowa wypowiedziane przez kapłana przed Komunią, zapadłe mocno w pamięć:
"Ja Jestem z tobą, Jestem twoim obrońcą..."...
W powszedni, upalny, lipcowy dzień, w czasie Eucharystii drzwi świątyni otwiera skośnooki, czarnowłosy młody mężczyzna. Początkowo cofnął się, ale po chwili drzwiami z lewej i prawej strony, zaczęły wchodzić do kościoła skośnookie kobiety, za nimi ledwie trzech mężczyzn. Osoby młode i starsze, dwie siostry zakonne w szarych habitach. Znalazłszy wolne miejsca w ławkach przybysze usadowili się w nich sprawnie i cicho, by nikomu nie przeszkadzać. Od razu było widać, że to nie turyści, lecz pielgrzymi. Msza przed chwilą się rozpoczęła. Uczestniczyli w niej aktywnie, znali modlitwy, półgłosem odmawiali je w ojczystym języku. Większość przystąpiła do Komunii. W sposób serdeczny, nie pomijając nikogo w pobliżu, przekazywali znak pokoju, z uśmiechem w oczach i na ustach, demonstrując otwartość całą swoją postawą. Po zakończonej Mszy, przy wsparciu uczestniczących w niej osób, które zaoferowały się pełnić rolę tłumacza, pielgrzymi poprosili kapłana o indywidualne błogosławieństwo dla każdego z nich, udzielane w sposób osobliwy, poprzez delikatne przytulenie, co wyglądało tak jakby się zatapiali bezpośrednio w objęciach Jezusa. Ci młodsi pielgrzymi szukali kontaktu, sposobności do rozmowy z miejscowymi, Polakami.
Podeszła do mnie około trzydziestoletnia dziewczyna, oznajmiła, że są pielgrzymami z Korei Południowej i jadą do Czarnej Madonny w Częstochowie, choć nazwy tego miasta nie była w stanie wymówić. Przyjechali do Polski, którą postrzegają jako kraj wiernie podtrzymujący swój katolicyzm. Polska kojarzy jej się z Janem Pawlem II, a w Korei katolicy stanowią około 10% społeczeństwa. Śpieszyli się niestety do autokaru, czekającego na nich nieopodal, by za chwilę ruszyć w dalszą drogę. Sprawnie zebrali się, przemieścili i szary autokar pomknął w dół ulicą Książącą, w słoneczne, środowe, lipcowe popołudnie.
Ci sympatyczni pielgrzymi wnieśli przez ten krótki czas szczerą, prostą radość z Wiary, szlachetną prostotę i pokój. Można było odnieść wrażenie, że odjeżdżają bliskie nam i kochane osoby, za którymi wkrótce już będziemy tęsknić, tak jak byśmy się znali od wielu lat.
piątek, 20 czerwca 2025
Cmentarz w Starych Babicach - śladami Kampanii Wrześniowej 1939 r.
Gdy się kroczy piaszczystą ścieżką wydeptaną wzdłuż torów tramwajowych linii nr 20, powstałej jeszcze w latach 30-tych ubiegłego wieku, która miała połączyć podmiejskie wówczas osiedle wybudowane dla pracowników pocztowych (nazywane początkowo Osiedlem Łączności, a następnie - od roku 1936 - Boernerowem - od nazwiska ministra poczt i telegrafów w kilku rządach okresu międzywojennego - Ignacego Boernera), łagodnie wijącą się między pozostałościami dawnych górczańskich ogrodów, dorodnymi drzewami wiśniowymi, śliwami, jabłoniami, i obok pięknej, okazałej sosny, myśli mimowolnie płyną w przeszłość.
W książce Lowisy Lermer "Kronika Boernerowa" czytamy, że w czasie Kampanii Wrześniowej 1939 r., największe straty w tej okolicy poniosła 9 Kompania, walcząca na terenach zajmowanych dziś przez Wojskową Akademię Techniczną. Jej stanowiska znajdowały się na obszarze odsłoniętych pól, rozciągających się od Boernerowa aż po Blizne i Babice. 27 września poległ jej dowódca - Feliks Henryk Szawłowski, w rejonie Babic. Ledwie zdążył ukończyć 33 lata - urodziny obchodził 11 sierpnia. Miejsce spoczynku znalazł na powązkowskim cmentarzu wojskowym.
Na północ od ścieżki rozciągają się WAT-owskie ogródki działkowe. Tak więc to między innymi tu musiały się toczyć zacięte boje, być może tędy przesuwało się natarcie polskich oddziałów od strony Górc w kierunku fortu Blizne, zajętego przez Niemców. Dziś cudnie świeci tu słońce, zieleń wybujała po deszczach, a nie minęło jeszcze sto lat, gdy w tej okolicy rozpętało się prawdziwe piekło. Wielu żołnierzy, walczących we wrześniu 1939 r. na przedpolach Warszawy, w okolicach Boernerowa, Grot, Babic, Chrzanowa, Jelonek, Górc, miejsce swojego spoczynku znalazło na cmentarzu w Starych Babicach.
Czwartek Bożego Ciała, w łagodnych promieniach słońca połyskuje pobielona ceglana brama, z wkomponowanymi w nią hełmami żołnierzy, początkowo złożonymi na ich mogiłach. Od czasu do czasu zrywa się ni stąd ni zowąd silny wiatr, smgający gałęziami wysokich drzew liściastych, otaczających z dwóch stron cmentarz. Z lewej strony do cmentarza przylegają domy mieszkalne z ogrodami. Naprzeciw bramy wąska, choć ruchliwa ulica. Przy niej kolejne domy mieszkalne. Na tablicy informacyjnej przed bramą czytamy, że cmentarz został założony w roku 1940 przez Jana Okwiecińskiego, sekretarza ówczesnej gminy Blizne, przedstawiciela Rady Głównej Opiekuńczej, i wójta Eugeniusza Przedworskiego, którzy uzyskali od Niemców zgodę na jego utworzenie. Początkowono złożono tu ciała eksumonowanych co najmniej 282 żołnierzy Wojska Polskiego, 5 policjantów, oraz 79 osób cywilnych. Ekshumacji dokonywano m.in. na terenie Radostacji Babice, Osiedla Łączności Babice-Boernerowo, Grot, Górc, Jelonek, Chrzanowa i Bliznego. 174 żołnierzy jest znanych z imienia i nazwiska, 108 żołnierzy imiona i nazwiska nie są znane. W kolejnych latach pochowano tu grupę powstańców warszawskich, żołnierzy Armii Krajowej, m.in. ze zgrupowania "Kampinos", a także cywilne ofiary wojny. Niektóre źródła historyczne podają liczbę 400 pochowanych na cmentarzu osób, według danych gminnych jest ich tu 388. Przypuszczalnie wiele grobów stanowią mogiły zbiorowe. Według zapisów dokonanych w kronice babcikiego koła Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, powstałego w roku 1969, na cmentarzu może spoczywać łącznie około tysiąca żołnierzy i osób cywilnych.
Warto pamiętać, że w urządzaniu cmentarza pomagali mieszkańcy okolicznych miejscowości. Ogrodzenie i bramę wykonał w 1942 r., ze składek społecznych, mieszkaniec Babic - Idzi Mainka. W pracach pomagali harcerze z Babic oraz z Hufca Centralna Praga.
15 sierpnia 1943 r., w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, a zarazem święto Wojska Polskiego, na cmentarnym wysokim drewnianym krzyżu pojawiły się biało-czerwone flagi. Tego bohaterskiego wyczynu dokonał harcerz o nazwisku Dobrowolski, który był prawdopodobnie jednym z założycieli babickiego harcerstwa. Za popełnienie tak wielkiej - w oczach okupanta - zbrodni, groziła oczywiście kara śmierci.
Spacerując alejkami, między rzędami białych krzyży, uwagę zwracają liczne tabliczki z inskrypcją "NN" - żołnierz nieznany, oraz informujące o cywilnych ofiarach wojny zamordowanych w roku 1939, ale też i później. Trzy kamienne, białe krzyże obok siebie, a pod nimi pochowana rodzina - ojciec, matka i córka - Antoni Kędzierski, ofiara terroru niemieckiego, ur. 1888 r., ojciec, obok - Wiktoria Kędzierska, ofiara terroru niemieckiego, ur. 1927 r., córka, i Lucyna Kędzierska, ur. 1887 r., matka. Nieopodal krzyż z tabliczką - Ryszard Rżysko, ofiara terroru niemieckiego, zginął w Powstaniu Warszawskim 5 sierpnia 1944 r., a w rzędzie za nim - Władysława Rżysko, ofiara terroru niemieckiego, zginęła w Powstaniu Warszawskim 21 sierpnia 1944 r. Przy krzyżu Mariana Galbarczyka, strzelca poległego 25 września 1939 r., ktoś zapewne z rodziny, ustawił fotografię zmarłego w mundurze i w czapce rogatywce. Przy krzyżu Michała Szewczuka, strzelca poległego 27 września 1939 r., zatknięta metalowa tabliczka z inskrypcją w języku ukraińskim - "Szewczuk Michajło, ur. 19 sierpnia 1911 r., wicznaja pamiać". Nie sposób nie zauważyć dużej liczby nie krzyży, lecz pionowych kamiennych słupków z gwiazdą Dawida, imionami i nazwiskami żołnierzy pochodzenia żydowskiego, wyznania mojżeszowego, obywateli polskich, poległych w obronie również i ich ojczyzny.
Wędrujemy powoli alejkami, przechodzimy przed każdym krzyżem, czytamy wszystkie tabliczki, z modlitwą na ustach, przy krzyżu nieznanej cywilnej ofiary terroru niemieckiego zapalamy znicz, w intencji wszystkich tu pochowanych. To jedyne, co możemy teraz dla nich zrobić, zapalić znicz, wspomnieć każdego z nich z osobna, nawet tego nieznanego. W konarach wysokich drzew, okalających cmentarz, wyjątkowo głośno szumi wiatr, zrywający się co jakiś czas, a jednocześnie nie przestaje świecić popołudniowe słońce, którego promienie rozświetlają białe krzyże.
W książce Lowisy Lermer "Kronika Boernerowa" czytamy, że w czasie Kampanii Wrześniowej 1939 r., największe straty w tej okolicy poniosła 9 Kompania, walcząca na terenach zajmowanych dziś przez Wojskową Akademię Techniczną. Jej stanowiska znajdowały się na obszarze odsłoniętych pól, rozciągających się od Boernerowa aż po Blizne i Babice. 27 września poległ jej dowódca - Feliks Henryk Szawłowski, w rejonie Babic. Ledwie zdążył ukończyć 33 lata - urodziny obchodził 11 sierpnia. Miejsce spoczynku znalazł na powązkowskim cmentarzu wojskowym.
Na północ od ścieżki rozciągają się WAT-owskie ogródki działkowe. Tak więc to między innymi tu musiały się toczyć zacięte boje, być może tędy przesuwało się natarcie polskich oddziałów od strony Górc w kierunku fortu Blizne, zajętego przez Niemców. Dziś cudnie świeci tu słońce, zieleń wybujała po deszczach, a nie minęło jeszcze sto lat, gdy w tej okolicy rozpętało się prawdziwe piekło. Wielu żołnierzy, walczących we wrześniu 1939 r. na przedpolach Warszawy, w okolicach Boernerowa, Grot, Babic, Chrzanowa, Jelonek, Górc, miejsce swojego spoczynku znalazło na cmentarzu w Starych Babicach.
Czwartek Bożego Ciała, w łagodnych promieniach słońca połyskuje pobielona ceglana brama, z wkomponowanymi w nią hełmami żołnierzy, początkowo złożonymi na ich mogiłach. Od czasu do czasu zrywa się ni stąd ni zowąd silny wiatr, smgający gałęziami wysokich drzew liściastych, otaczających z dwóch stron cmentarz. Z lewej strony do cmentarza przylegają domy mieszkalne z ogrodami. Naprzeciw bramy wąska, choć ruchliwa ulica. Przy niej kolejne domy mieszkalne. Na tablicy informacyjnej przed bramą czytamy, że cmentarz został założony w roku 1940 przez Jana Okwiecińskiego, sekretarza ówczesnej gminy Blizne, przedstawiciela Rady Głównej Opiekuńczej, i wójta Eugeniusza Przedworskiego, którzy uzyskali od Niemców zgodę na jego utworzenie. Początkowono złożono tu ciała eksumonowanych co najmniej 282 żołnierzy Wojska Polskiego, 5 policjantów, oraz 79 osób cywilnych. Ekshumacji dokonywano m.in. na terenie Radostacji Babice, Osiedla Łączności Babice-Boernerowo, Grot, Górc, Jelonek, Chrzanowa i Bliznego. 174 żołnierzy jest znanych z imienia i nazwiska, 108 żołnierzy imiona i nazwiska nie są znane. W kolejnych latach pochowano tu grupę powstańców warszawskich, żołnierzy Armii Krajowej, m.in. ze zgrupowania "Kampinos", a także cywilne ofiary wojny. Niektóre źródła historyczne podają liczbę 400 pochowanych na cmentarzu osób, według danych gminnych jest ich tu 388. Przypuszczalnie wiele grobów stanowią mogiły zbiorowe. Według zapisów dokonanych w kronice babcikiego koła Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, powstałego w roku 1969, na cmentarzu może spoczywać łącznie około tysiąca żołnierzy i osób cywilnych.
Warto pamiętać, że w urządzaniu cmentarza pomagali mieszkańcy okolicznych miejscowości. Ogrodzenie i bramę wykonał w 1942 r., ze składek społecznych, mieszkaniec Babic - Idzi Mainka. W pracach pomagali harcerze z Babic oraz z Hufca Centralna Praga.
15 sierpnia 1943 r., w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, a zarazem święto Wojska Polskiego, na cmentarnym wysokim drewnianym krzyżu pojawiły się biało-czerwone flagi. Tego bohaterskiego wyczynu dokonał harcerz o nazwisku Dobrowolski, który był prawdopodobnie jednym z założycieli babickiego harcerstwa. Za popełnienie tak wielkiej - w oczach okupanta - zbrodni, groziła oczywiście kara śmierci.
Spacerując alejkami, między rzędami białych krzyży, uwagę zwracają liczne tabliczki z inskrypcją "NN" - żołnierz nieznany, oraz informujące o cywilnych ofiarach wojny zamordowanych w roku 1939, ale też i później. Trzy kamienne, białe krzyże obok siebie, a pod nimi pochowana rodzina - ojciec, matka i córka - Antoni Kędzierski, ofiara terroru niemieckiego, ur. 1888 r., ojciec, obok - Wiktoria Kędzierska, ofiara terroru niemieckiego, ur. 1927 r., córka, i Lucyna Kędzierska, ur. 1887 r., matka. Nieopodal krzyż z tabliczką - Ryszard Rżysko, ofiara terroru niemieckiego, zginął w Powstaniu Warszawskim 5 sierpnia 1944 r., a w rzędzie za nim - Władysława Rżysko, ofiara terroru niemieckiego, zginęła w Powstaniu Warszawskim 21 sierpnia 1944 r. Przy krzyżu Mariana Galbarczyka, strzelca poległego 25 września 1939 r., ktoś zapewne z rodziny, ustawił fotografię zmarłego w mundurze i w czapce rogatywce. Przy krzyżu Michała Szewczuka, strzelca poległego 27 września 1939 r., zatknięta metalowa tabliczka z inskrypcją w języku ukraińskim - "Szewczuk Michajło, ur. 19 sierpnia 1911 r., wicznaja pamiać". Nie sposób nie zauważyć dużej liczby nie krzyży, lecz pionowych kamiennych słupków z gwiazdą Dawida, imionami i nazwiskami żołnierzy pochodzenia żydowskiego, wyznania mojżeszowego, obywateli polskich, poległych w obronie również i ich ojczyzny.
Wędrujemy powoli alejkami, przechodzimy przed każdym krzyżem, czytamy wszystkie tabliczki, z modlitwą na ustach, przy krzyżu nieznanej cywilnej ofiary terroru niemieckiego zapalamy znicz, w intencji wszystkich tu pochowanych. To jedyne, co możemy teraz dla nich zrobić, zapalić znicz, wspomnieć każdego z nich z osobna, nawet tego nieznanego. W konarach wysokich drzew, okalających cmentarz, wyjątkowo głośno szumi wiatr, zrywający się co jakiś czas, a jednocześnie nie przestaje świecić popołudniowe słońce, którego promienie rozświetlają białe krzyże.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...
-
Gdy się kroczy piaszczystą ścieżką wydeptaną wzdłuż torów tramwajowych linii nr 20, powstałej jeszcze w latach 30-tych ubiegłego wieku, któr...
































