Kilka dni przed Dniem Matki, z przedwojennego, kieszonkowego modlitewnika, z obrazkiem Królowej Korony Polskiej na okładce, o pożółkłych ze starości kartkach, gdy po niego sięgnąłem, wypadło zdjęcie mamy z jej lat szkolnych. Ten stary modlitewnik pokonał drogę z Adamowców na obecnej Białorusi, a niegdyś wsi w województwie wileńskim, poprzez Warszawę, Białystok, aby ponownie trafić do Warszawy. Z fotografii patrzyła na mnie pogodna twarz, z uśmiechniętymi oczami, łagodnie i jakby mimowolnie uśmeichniętymi ustami, z wyraźnie zarysowanymi ciemnymi brwiami, uczennicy technikum ekonomicznego w Białymstoku o kruczoczarnych włosach, w przedziale wiekowym między 16 a 18 lat. Gdy porównuję mamę ze zdjęciami jej rodziców, a moich dziadków, to wyraźnie widzę, że rysy jej twarzy były wypadkową rysów obojga rodziców. Oboje dziadkowie, jak opowiadali krewni i mama, mieli kruczoczarne włosy, jasną karnację i niebieskie oczy. Dziadek - Florian Szpak - urodził się w Adamowcach, w gminie Kozłowszczyzna, powiecie postawskim, województwie wileńskim, w 1902 r., jako syn Mojżesza i Józefy. Babcia - Genowefa Szpak - przyszła na świat w 1911 w Krukowszczyźnie, położonej w gminie Kozłowszczyzna, powiecie postawskim, w województwie wileńskim, jako córka Witalisa i Emilii. Wspomniana fotografia wypadła na kilka dni przed Dniem Matki, który był pierwszym w moim życiu Dniem Matki spędzanym bez mamy. Minęło już pierwsze Boże Narodzenie, pierwsza Wielkanoc, pierwsze urodziny, a teraz nadszedł pierwszy Dzień Matki. Kwietniowa operacja uniemożliwiła mi wyruszenie w drogę, by zapalić świeczkę na grobie rodziców, przystanąć na dłużej, bez pośpiechu, porozmawiać w myślach, odmówić różaniec.
Te "kilka dni" stanowiło jakby powtórzenie ubiegłorocznych "kilku dni", będących ukoronowaniem długoletnich poszukiwań dziadka, który zaginął w roku 1945. 4 marca 2023 r. mieliśmy wypadek, w którym - jak to określili przybyli na miejsce zdarzenia policjanci - tylko cudem nic się nam nie stało. Po potężnym staranowaniu przez pędzącego z szaleńczą prędkością na terenie zabudowanym faceta, który - jak się tłumaczył - nie zauważył świateł - a staliśmy akurat na skrzyżowaniu na czerwonym świetle - wyszliśmy z auta o własnych siłach, bez najmniejszego zadraśnięcia, jedynie ja miałem lekkie skręcenie szyi, niekwalifikujące się nawet do ortopedycznego kołnierza. To była dokładnie dziewiąta rocznica śmierci taty. Dwa dni później, w internetowej bazie straty.pl bez większej nadziei wpisałem dane dziadka i ku mojemu ogromnemu zdumieniu wyświetliło się hasło jemu poświęcone - zgadzało się wszystko - i data i miejsce urodzenia, imię, nazwisko - wraz z informacją o tym, że w dniu 12 marca 1945 r. został pochowany na cmentarzu w Siedlcach. Na kilka dni przed 78 rocznicą śmierci dziadka, i na 6 dni przed rocznicą pochówku. Ukoronowanie 78-letnich poszukiwań. W roku 1946, po ucieczce z Adamowców na fałszywych dokumentach i przyjeździe do Polski, babcia Genowefa udała się do miejscowości Mordy pod Siedlcami, bo tam miał stacjonować Florian, i w Mordach ślad się po nim urywał, jacyś mieszkańcy pamiętali co prawda wysokiego żołnierza o czarnych włosach, niebieskich oczach, który miał chore nogi, nie mógł się poruszać, ale nikt nie wiedział, jakie były jego dalsze losy. W roku 1947 białostocki sąd wydał postanowienie o uznaniu Floriana za zmarłego - wynikało zeń, że miał zginąć w czasie forsowania Nysy Łużyckiej, przy czym słowo "Nysa" zostało zapisane błędnie - "Nissa". Tymczasem w rzeczywistości dziadek nawet tam nie dotarł. Mama i babcia szukały Floriana za pośrednictwem PCK, i mnie się zdarzyło w 2021 r, wystąpić z wnioskiem w tej sprawie do Biura Poszukiwań PCK, w nadziei, że może pojawiły się jakieś nowe dokumenty, nowe dane. Niestety, bez rezultatu. A tego pamiętnego dnia, 6 marca 2023 r., po 78 latach dowidzieliśmy się, że Florian z Mord trafił do szpitala w Siedlcach, tam dokonał żywota, i na wniosek szpitala został pochowany na cmentarzu Janowskim w Siedlcach. Z jednej strony radość, łzy w oczach mamy, a z drugiej świadomość, że odchodził z tego świata zupełnie samotny, prawdopodobnie nikt - poza księdzem i grabarzami - nie towarzyszył mu w ostatniej drodze.
2 maja 2023 r. udało nam się z mamą dotrzeć do Siedlec. Wcześniej skontaktowałem się telefonicznie z księdzem z kancalarii zarządzającej cmentarzem, opowiedziałem pokrótce historię dziadka, ksiądz obiecał, że sprawdzi w księgach parafialnych, i poprosił, bym do niego zadzwonił za 20 minut. Nie minęło jednakże 10 minut, gdy duchowny sam do mnie zadzwonił, powiadamiając, że rzeczywiście na Cmentarzu Janowskim, w dniu 12 marca 1945 r. pochowany został Florian Szpak, ur. 1902 r., ale wątpi, by grób się zachował przez tak długi czas, w sytuacji, gdy nikt się nim nie opiekował, nie był opłacany: - To musiałby być prawdziwy cud. - jak stwierdził. Umówiliśmy się, że przyjedziemy do kancelarii i ksiądz zrobi nam kopię wpisu.
2 maja było dość ciepło, świeciło piękne słońce, od czasu do czasu na niebie pojawiały się niewielkie chmury, nie zapowiadające jednak deszczu. Wyprawę do Siedlec ropoczęliśmy od wizyty w kancelarii mieszczącej się przy kościele pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa Męczennika na ulicy Floriańskiej 3. Zbiegło się zatem dwóch patronów - mój z bierzmowania - św. Stanisław, i dziadka - św. Florian. Na ulicy Floriańskiej uzyskaliśmy kopię wpisu do księgi parafialnej dotyczącego pochówku Floriana. Grobu dziadka oczywiście nie odnaleźliśmy, lecz przy starej drewnianej kaplicy cmentarnej natknęliśmy się na ossarium, w którym złożono szczątki osób pochowanych na tym cmentarzu, wydobyte w czasie kopania nowych grobów. Na tej symbolicznej mogile postanowiliśmy zapalić znicze i pomodlić się dłuższą chwilę. Mama była już wyraźnie słaba, niecałe cztery miesiące później dołaczy do swoich rodziców i brata, choć wtedy jeszcze wszyscy żyliśmy nadzieją, że samą energią, siłą woli, optymizmem, pogodą ducha pokona chorobę.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie wieczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie wieczne. Pokaż wszystkie posty
środa, 5 czerwca 2024
niedziela, 12 maja 2024
Cmentarz Bernardyński na Zarzeczu - wileńskie impresje
Starych cmentarzy nigdy nie postrzegałem jako miejsc ponurych. Czy byłaby to stara cześć cmentarza farnego w Białymstoku, czy w Lubartowie, czy cmentarz żydowski na białostockiej Wygodzie, czy cmentarz w Nowym Dworze, Sokółce, mizar w Kruszynianach, cmentarz karaimski w Trokach, zawsze bardziej przypominały mi tajemnicze parki z wiekowymi monumentalnymi drzewami, niemal tonące w bujnej wiosenno-letniej zieleni klonów, dębów, sosen.
Za każdym razem będąc w Wilnie i odwiedzając Zarzecze, muszę zahaczyć o Cmentarz Bernardyński, przejśc przez bramę wybudowaną w 1820 r., minąwszy drewniane domostwo pamiętające bez wątpienia czasy przedwojenne, z często ujadającym przy nim niewielkim, ale głóśnym psiakiem. Ile razy bym tu nie był, zawsze świeci słońce, jego promienie delikatnie przedzierają się przez gęste listowie majestatycznych drzew. Nigdy nikogo tu nie spotykałem, przysłowiowej żywej duszy nie było. Nekropolia położona jest na skarpie nad rzeką Wilejką. Ze skarpy roztacza się piekny widok na miasto położone na wzgórzach, pełne zieleni, w tej części jakoś tak naturalnie łączące architekturę przedwojenną z nowoczesną, za rzeką rozbudowuje się nowe osiedle bloków, wyglądajacych całkiem ciekawie, estetycznie. Z daleka dobiega szum miasta, ale na cmentarzu - poza śpiewem ptaków - nic ciszy nie mąci, teren łagodnie faluje. W myślach modlę się w intencji wszystkich tu spoczywających. Nie dobiegają tu też odgłosy coraz bardziej ruchliwego Zarzecza, z przyjemnymi knajpkami, powstającymi między parterowymi domami i piętrowymi kamienicami biurowcami, apartamentowcami, które wielkością starają się dostosować do zastanej architektury.
Pierwszy Cmentarz Bernardyński powstał przy świątyni Ojców Bernardynów, a precyzjniej między kościołami świętych Franciszka i Bernarda, św. Anny i św. Michała. W związku jednakże z wytyczeniem ulicy św. Anny, na mocy decyzji wielńskiego magistratu z dnia 25 lutego 1810 r. cmentarz przeniesiono na Zarzecze - tu warto wspomnieć, że stało się to na wniosek Katolickiej Kongregacji Niemieckiej św. Marcina funjocjnującej przy kościele św. Anny. Cmentarz został zamknięty dla pochówków w latach 90-tych ubiegłego wieku i uznany za obiekt zabytkowy, chroniony prawem. Na początku XXI w. podjęto - pod patronatem prezydentów Litwy i Polski - pierwsze prace restauratorskie.
W popołudniowych łagodnych promieniach słońca, w bujnej zieleni, w ciszy i pokoju, nie sposób nie rozmyślać o losach tych wszystkich, którzy zostali na nim pochowani. Wymienianie osób zasłużonych dla miasta, dla polskiej historii, nauki, sztuki, wydaje się bezcelowe - i w sposób wyczerpujący zostały one wspomniane w artykule pod tytułem "Wilno - Cmentarz Bernardyński na Zarzeczu" - opublikowanym na portalu dzieje.pl. Rolą pielgrzymwa przybywającego do tej malowniczej nekropolii jest raczej modlitwa za wszystkich na niej spoczywających, bez względu na ich ziemskie zasługi, stan społeczny, pełnione funkcje, okazałość grobowca czy nagrobka, wobec Stwórcy wszyscy jesteśmy w swojej nędzy równi, a po śmierci nasze ciało staje się prochem, a nasze dusze potrzebują najbardziej gorliwej modlitwy tych, którzy jeszcze na Ziemi pozostają.
Za każdym razem będąc w Wilnie i odwiedzając Zarzecze, muszę zahaczyć o Cmentarz Bernardyński, przejśc przez bramę wybudowaną w 1820 r., minąwszy drewniane domostwo pamiętające bez wątpienia czasy przedwojenne, z często ujadającym przy nim niewielkim, ale głóśnym psiakiem. Ile razy bym tu nie był, zawsze świeci słońce, jego promienie delikatnie przedzierają się przez gęste listowie majestatycznych drzew. Nigdy nikogo tu nie spotykałem, przysłowiowej żywej duszy nie było. Nekropolia położona jest na skarpie nad rzeką Wilejką. Ze skarpy roztacza się piekny widok na miasto położone na wzgórzach, pełne zieleni, w tej części jakoś tak naturalnie łączące architekturę przedwojenną z nowoczesną, za rzeką rozbudowuje się nowe osiedle bloków, wyglądajacych całkiem ciekawie, estetycznie. Z daleka dobiega szum miasta, ale na cmentarzu - poza śpiewem ptaków - nic ciszy nie mąci, teren łagodnie faluje. W myślach modlę się w intencji wszystkich tu spoczywających. Nie dobiegają tu też odgłosy coraz bardziej ruchliwego Zarzecza, z przyjemnymi knajpkami, powstającymi między parterowymi domami i piętrowymi kamienicami biurowcami, apartamentowcami, które wielkością starają się dostosować do zastanej architektury.
Pierwszy Cmentarz Bernardyński powstał przy świątyni Ojców Bernardynów, a precyzjniej między kościołami świętych Franciszka i Bernarda, św. Anny i św. Michała. W związku jednakże z wytyczeniem ulicy św. Anny, na mocy decyzji wielńskiego magistratu z dnia 25 lutego 1810 r. cmentarz przeniesiono na Zarzecze - tu warto wspomnieć, że stało się to na wniosek Katolickiej Kongregacji Niemieckiej św. Marcina funjocjnującej przy kościele św. Anny. Cmentarz został zamknięty dla pochówków w latach 90-tych ubiegłego wieku i uznany za obiekt zabytkowy, chroniony prawem. Na początku XXI w. podjęto - pod patronatem prezydentów Litwy i Polski - pierwsze prace restauratorskie.
W popołudniowych łagodnych promieniach słońca, w bujnej zieleni, w ciszy i pokoju, nie sposób nie rozmyślać o losach tych wszystkich, którzy zostali na nim pochowani. Wymienianie osób zasłużonych dla miasta, dla polskiej historii, nauki, sztuki, wydaje się bezcelowe - i w sposób wyczerpujący zostały one wspomniane w artykule pod tytułem "Wilno - Cmentarz Bernardyński na Zarzeczu" - opublikowanym na portalu dzieje.pl. Rolą pielgrzymwa przybywającego do tej malowniczej nekropolii jest raczej modlitwa za wszystkich na niej spoczywających, bez względu na ich ziemskie zasługi, stan społeczny, pełnione funkcje, okazałość grobowca czy nagrobka, wobec Stwórcy wszyscy jesteśmy w swojej nędzy równi, a po śmierci nasze ciało staje się prochem, a nasze dusze potrzebują najbardziej gorliwej modlitwy tych, którzy jeszcze na Ziemi pozostają.
wtorek, 23 kwietnia 2024
Katrynka - kontrasty
Puszcza Knyszyńska już od niepamiętnych czasów wydawała mi się być bramą do innego świata. Z Białostoczka była to zaledwie kilkunastominutowa wyprawa - na obrzeża Jurowiec - samochodem czy na rowerze; kiedyś w liceum z kolegami dotarliśmy też pieszo do Rybnik - w kwietniową, pierwszą tak prawdzwie ciepłą, słoneczną sobotę; na studiach wyprawy rowerowe do Katrynki, na mostek na rzece Czarnej w pobliżu Rybnik, na dawnej trasie kolejki wąskotorowej, z podręcznikami w plecaku, by przygotować się do letniej sesji. Łagodne wzgórza, falujący krajobraz, kręte leśne drogi, sięgające nieba masztowe sosny i świerki, połyskujące bursztynowej barwy korą w popoudniowym słońcu, intensywny, świeży zapach żywicy. Później, z Bojar wyprawa rowerowa na skraj Puszczy w okolicach Jurowiec zajmowała nie więcej niż 30 minut. Z dzieciństwa najbardziej zapadły mi w pamięć wyjazdy maluchem z rodzicami i z babcią, w okolice Przewalanki, po lewej stronie szosy było oznakowane miejsce biwakowe, nad szosą przebiegały kable osadzone na jeszcze drewnianych słupach, a po prawej po wspięciu się na łagodne wzgórze, po pokonaniu kilkuset metrów leśną przecinką, zbieraliśmy borówki, i kto wie czy też nie żurawinę, na podmokłym terenie. Wyprawy na poziomki, między Jurowcami a Katrynką, po zachodniej stronie szosy wyraźnie zarysowane ślady po okopach, i gdzieś między krzakami malin, i smukyłmi sosnami prosty drewniany krzyż. Przypadkowo spotkania kobieta twierdziła, że w tym miejscu Niemcy rozstrzelali partyzanta. Ten krzyż był widoczny jeszcze do niedawna, nawet z ruchliwej S8, a teraz niestety zniknął, przeczesałem las dokładnie w tym miejscu i nie udało mi się go już odszukać. Innym razem, będąc jeszcze dzieckiem, natknąłem się na wyraźnie zarysowane piaszczyste mogiłki, uporządkowane, z trzema drewnianymi krzyżami, w sosnowym lesie, po wschodniej stronie szosy, bliżej Jurowiec, wszystko wskazywało na to, że ktoś o nie jeszcze wówczas dbał.
W ubiegłym roku w lutym, jadąc drogą techniczną wzdłuż trasy S8, od Jurowiec do Katrynki, wypatrzyłem zza okna samochodu żeliwny krzyż, który wcześniej z szosy był niewidoczny. Po zejściu z nasypu, i pokonaniu kilku metrów, na krzyżu ukazała się tabliczka z napisem informującym, iż w tym miejscu spoczywa 21-letnia kobieta, bez podanego imienia i nazwiska, za to z dopiskiem "ofiara powojennego bandytyzmu". Żeliwny krzyż nieco przechylony, pod nim leżące wiekowe już sztuczne kwiaty, i znicz z pordzewaiałą metalową pokrywką. Od pewnego czasu, odkrywając takie miejsca, mam przekonanie, że nie trafiamy do nich przypadkowo. Po niezwykłych doświadczeniach związanych z odszukaniem miejsca śmierci Emila Bobrukiewicza w okolicach Przewalanki, odnoszę wrażenie, że te osoby, które w sposób tragiczny rozstały się z tym światem, oczekują od nas modlitwy. Zapamiętuję więc imiona i nazwiska, jeśli są podane na tabliczkach, na inksrypcjach na kamiennych postumentach, i modląc się za zmarłych, wymieniam rownież i tych nieszczęśników. I zastanawia mnie ten wyrazisty kontrast piękna natury, klimatu tych miejsc i okrutnych zdarzeń, jakie się w nich rozegrały. Tak jest w lesie na Pietraszach, w miejscu egzekucji, w którym rozstrzelano około 6 tysięcy osób, w otoczeniu dorodnych sosen, łagodnych pagórków, promieni słońca przedzierajacych się przez konary drzew i błękitu nieba nad nimi. Podobnie tu w okolicy Katrynki - majestatyczne sosny, falujący krajobraz, jasność słońca, błękit nieba i delikatnie przekrzywiony żeliwny krzyż, upamiętniający śmierć zaledwie 21-letniej dziewczyny w 1945 r.
Bliżej Katrynki, uwagę zwraca też drewniana słupowa kapliczka z drewnianym świątkiem za szybkami, z 1920 r. Po stronie wschodniej szosy S8, na młodym dębie ktoś zawiesił oprawiony obrazek Jezusa Miłosiernego, Matki Boskiej i podstawkę na znicz. Nie wiem, co te kapliczki upamiętniają, ta druga zupełnie nowa, współczesna, ta pierwsza być może postawiona w miejcu jakiegoś tragicznego wydarzenia z czasu wojny polsko-bolszewickiej. Ten wspomniany kontrast między pieknem natury, krajobrazu a brutalnością historii jest nieodłączonym elementem Puszczy Knyszyńskiej. Z jednej strony zachwyt nad pięknem świata, a z drugiej jakaś groza wywołana okrucieństwem, które rozegrało się w nie tak odelgłej przeszłości, w tych urokliwych miejscach, w towarzystwie ciszy, spokoju, medytacyjnej, kontemplacyjnej atmosfery. Podobne miejsce istnieje też w okolicy nieodległego Kopiska, jednej z najbardziej malowniczych wsi na terenie Puszczy, na której obrzeżach własowcy zamordowali w wyjątkowo okrutny sposób kilku mieszkańców tej wsi, a w którym miejscowa ludność postawiła żeliwny krzyż. Tych miejsc na terenie całej Puszczy jest oczywiście dużo więcej, tu wspominam tylko te najbliższe Katrynki.
W ubiegłym roku w lutym, jadąc drogą techniczną wzdłuż trasy S8, od Jurowiec do Katrynki, wypatrzyłem zza okna samochodu żeliwny krzyż, który wcześniej z szosy był niewidoczny. Po zejściu z nasypu, i pokonaniu kilku metrów, na krzyżu ukazała się tabliczka z napisem informującym, iż w tym miejscu spoczywa 21-letnia kobieta, bez podanego imienia i nazwiska, za to z dopiskiem "ofiara powojennego bandytyzmu". Żeliwny krzyż nieco przechylony, pod nim leżące wiekowe już sztuczne kwiaty, i znicz z pordzewaiałą metalową pokrywką. Od pewnego czasu, odkrywając takie miejsca, mam przekonanie, że nie trafiamy do nich przypadkowo. Po niezwykłych doświadczeniach związanych z odszukaniem miejsca śmierci Emila Bobrukiewicza w okolicach Przewalanki, odnoszę wrażenie, że te osoby, które w sposób tragiczny rozstały się z tym światem, oczekują od nas modlitwy. Zapamiętuję więc imiona i nazwiska, jeśli są podane na tabliczkach, na inksrypcjach na kamiennych postumentach, i modląc się za zmarłych, wymieniam rownież i tych nieszczęśników. I zastanawia mnie ten wyrazisty kontrast piękna natury, klimatu tych miejsc i okrutnych zdarzeń, jakie się w nich rozegrały. Tak jest w lesie na Pietraszach, w miejscu egzekucji, w którym rozstrzelano około 6 tysięcy osób, w otoczeniu dorodnych sosen, łagodnych pagórków, promieni słońca przedzierajacych się przez konary drzew i błękitu nieba nad nimi. Podobnie tu w okolicy Katrynki - majestatyczne sosny, falujący krajobraz, jasność słońca, błękit nieba i delikatnie przekrzywiony żeliwny krzyż, upamiętniający śmierć zaledwie 21-letniej dziewczyny w 1945 r.
Bliżej Katrynki, uwagę zwraca też drewniana słupowa kapliczka z drewnianym świątkiem za szybkami, z 1920 r. Po stronie wschodniej szosy S8, na młodym dębie ktoś zawiesił oprawiony obrazek Jezusa Miłosiernego, Matki Boskiej i podstawkę na znicz. Nie wiem, co te kapliczki upamiętniają, ta druga zupełnie nowa, współczesna, ta pierwsza być może postawiona w miejcu jakiegoś tragicznego wydarzenia z czasu wojny polsko-bolszewickiej. Ten wspomniany kontrast między pieknem natury, krajobrazu a brutalnością historii jest nieodłączonym elementem Puszczy Knyszyńskiej. Z jednej strony zachwyt nad pięknem świata, a z drugiej jakaś groza wywołana okrucieństwem, które rozegrało się w nie tak odelgłej przeszłości, w tych urokliwych miejscach, w towarzystwie ciszy, spokoju, medytacyjnej, kontemplacyjnej atmosfery. Podobne miejsce istnieje też w okolicy nieodległego Kopiska, jednej z najbardziej malowniczych wsi na terenie Puszczy, na której obrzeżach własowcy zamordowali w wyjątkowo okrutny sposób kilku mieszkańców tej wsi, a w którym miejscowa ludność postawiła żeliwny krzyż. Tych miejsc na terenie całej Puszczy jest oczywiście dużo więcej, tu wspominam tylko te najbliższe Katrynki.
czwartek, 14 marca 2024
Puszcza Knyszyńska - wspomnienia - część 17
Puszcza Knyszyńska, zaczynająca się już na północnych i wschodnich rogatkach Białegostoku, swoją szatą roślinną, ukaształtowaniem terenu przypominająca knieje kresowe, ze swoimi łagodnymi wzgórzami, licznymi źródełkami, leśnymi strumykami, rzeczkami, była naturalnym miejscem, które jak magnes przyciągało Florentynę, jej brata i mamę. W dni powszednie, gdy czasu było mniej, najchętniej odwiedzanym miejscem był miejski las Pietrasze, w którym można było zbierać grzyby, maliny, jeżyny, z fantastycznymi skarpami od strony torów, i legendarnym już wzgórzem nazywanym Amazonką, od słowa francuskiego la maisone, to znaczy dom - jako, że na jego szczycie stał murowany parterowy dom z czasów budowy kolei warszawsko-petersburskiej, który powstał jako dom dróżnika. Ów pierwszy dróżnik mógł być Francuzem, zwłaszcza, że Towarzystwo odpowiedzialne za budowę tej linii w 1857 r. oparte było przede wszystkim na kapitale francuskim. Sosnowy las, z piaszczystymi ścieżkami, drogami, skarpami, był idealnym miejscem odpoczynku dla mieszkańców miasta. Korzystała z tego Genowefa, będąc już na emeryturze często wybierała się na zbiór owoców lasu. Tu też po raz pierwszy straciłą przytomność, najpewniej na skutek niedużego wylewu. Na szczeście została szybko odnaleziona przez Florcię i odzyskała świadomość. Była to jednak zapowiedź mającej wkrótce nadejść choroby.
Gdy brat Florci - Oswald - dzięki pierwszym oszczędnościom, nabył motor, zabrał siostrę na przejażdżkę po Puszczy Knyszyńskiej. Pracował w tym czasie przy budowie drogi łączącej Białystok z Augustowem, wiodącej przez Korycin, przed wojną do Augustowa jeżdziło się bowiem przez Knyszyn. Prace trwały na terenie puszczy, a Oswaldek chciał siostrze pokazać miejsce, do którego z budową już dotarli. A że puszcza kusi licznymi drogami, rodzeństwo postanowiło zeksplorować jedną z nich, pech chciał, że te puszczańskie drogi krzyżują się ze sobą w wielu miejscach, i po kilku takich rozjazdach bywa tak, że można stracić orietnację. Tak też się stało, wszystko wskazywało na to, że zgubili się, jeździli nawet po drewnianych podkładach torowiska, najpewniej pozostałych jeszcze po kolejce wąskotorowej, powstałej w czasie pierwszej wojny światowej za sprawą Niemców, wywożących stąd niezliczone metry sześcienne wyciętych drzew. W końcu wyjechali gdzieś na rolzegłej leśnej polanie, z polami uprawnymi. Spotkali na niej człowieka, który wskazał im drogę do Białegostoku. W tym samym czasie, gdy tak jeździli w kółko po puszczy, Genowefa zaczęła się już poważnie niepokoić. Mieli pojechać na krótko do puszczy i zaraz wrócić na obiad, a tu już zbliżała się pora kolacji. W końcu jednak szczęśliwie wrócili.
Zamiłowanie do puszczy pozostało u Florci do końca. Pamiętam wspólne wyprawy z mamą, babcią, tatą jeszcze małym fiatem, do puszczy w okolicach Katrynki, Jurowiec, a w okolicach Przewalanki zbieraliśmy borówki i żurawinę. Gdy miałem lat 12, a może nawet mniej, już po śmierci babci, wybraliśmy się z rodzicami, dwójką ich przyjaciółek w okolice Przewalanki. Byłem wówczas na etapie zaintetesowania wojskowością, tata uczył mnie musztry, a ja każdą okazję wykorzystywałem do zabawy w wojsko, musztrowałem zatem wówczas mamę i dwie ciocie. Pamiętam, że szliśmy leśną drogą, daleko od miejsca, w którym zaparkowaliśmy samochód. Ogromne świerki, masztowe sosny zaczęły ustępować miejsca młodym, dużo mniejszym drzewom liściastym. W pewnym momencie tuż przy drodze, po pokonaniu niewielkiego rowu, ujrzeliśmy kamienny krzyż na kamiennym postumencie. Na krzyżu za szklaną osłonką było umieszczone zdjęcie młodego mężczyzny, zdaje się, że ubranego w koszulę, marynarkę, którego rysy twarzy widzę teraz jak przez mgłę. Z inskrypcji wynikało, że w tym miejscu został zamrordowany. Był to zdaje się wiosenny dzień, słoneczny, który zapadł mi głęboko w pamięć. Przez długie lata nie odczuwałem potrzeby, by wrócić w to miejsce, ono było co prawda w mojej pamięci zachowane, gdzieś w jej zakamarkach, ale myślami do niego nie wracałem. Dopiero po 25 latach, w roku 2013, w kwietniu, w okolicach Świąt Wielkanocnych, poczułem potrzebę, by je odszukać. Wybrałem się tam z mamą i zaproponowałem byśmy spróbowali odnaleźć ten krzyż. Pierwsze podejście było niestety nieudane. Uznałem, że mógł zniknąć na skutek jakiejś burzy, które często przechodziły nad puszczą, być zniszczony przez jakieś powalone drzewo. Znaczna połać lasu została też wycięta. Ale coś nam nie dawało spokoju, wróciliśmy tu po tygodniu czy po dwóch, to na pewno był jeszcze kwiecień, a mimo to sypał śnieg, duże, ciężkie, mokre płaty śniegu, ale ten śnieg się nie topił. Znowu udaliśmy się tą samą drogą w stronę północną. Bez większej nadziei, że go odszukamy. Tuż po odejściu od samochodu, na koleinie leśnej drogi zauważyłem odciśnięte ślady ludzkich stóp oraz ślady łap psa. Te ślady były tak zadziwiająco odciśnięte, jakby jedna stopa ustawiona była w kierunku północnym, a druga w kierunku południowym, śnieg cały czas sypał, a ja miałem wrażenie, że za chwilę zobaczymy kogoś kto przed chwilą szedł tą drogą tuż przed nami. Po mniej więcej stu metrach, ślady łap psa skierowały się z drogi w stronę lasu, i już się na drodze więcej nie pojawiły. Byłem tak zaintrygowany ułożeniem tych śladów, że nie mogłem od nich oderwać oczu. Przeszliśmy już około kilometra, może więcej, i zacząłem znowu tracić wiarę, że odnajdziemy ten krzyż, coraz bardziej skłaniałem się ku temu, że zniknął już z leśnego krajobrazu. Chciałem wracać, ale mama zaoponowała. Minęliśmy rozległe miejsce po wycince lasu, jeden zakręt, kolejny zakręt, i po okolo 2 kilometrach, z prawej strony drogi, na skraju lasu pojawił się kamienny postument, a na nim krzyż. Jakież było nasze zdziwienie! Podeszliśmy doń, nie było już na nim zdjęcia, ale zachowała się inskrypcja, mówiącą, iż w tym miejscu w dniu 25 maja 1945 r. został zamorodowany, w wieku 37 lat, Emil Bobrukiewicz. Gdy ją odczytałem przeszył mnie deszcz, bo tego dnia, gdy po około 25 latach wróciłem w to leśne miejsce, miałem dokładnie 37 lat. Przez kilka minut modliliśmy się na głos przed krzyżem. Śnieg nie przestawał sypać, cały czas ciężkie, ogromne, mokre płaty, i nadal się nie topił. Dopiero po modlitwie, mama powiedziała mi, że na swojej koleinie, którą szła, widziała odciśnięty ślad tylko jednej stopy, a między każdym z nich była duża odległość, i gdy próbowałem je zmierzyć swoimi stopami, nie dałem rady, bo musiałbym zrobić szpagat. W pobliżu nie było nikogo. A ja powiedziałem mamie o śladach, które widziałem na mojej koleinie. One były na tyle intrygujące, że dotarliśmy do miejsca śmierci Emila, choć to i tak przede wszystkim zasługa determinacji mamy. Ona nie chciała się wyocfać, gdy ja po raz drugi zwątpiłem.
Jakiś czas po tym zdarzeniu, mama opowiedziała mi o śnie, jaki jej się przyśnił. Stała w nim na rolzegłym placu przed białostocką katedrą, a na tym placu był tłum ludzi, i w pewnym momencie z tłumu wyłonił się młody mężczyzna, z łagodnym wyrazem twarzy, ubrany w marynarkę, podszedł do niej i powiedział: - Ja bardzo chciałem pani podziękować. Na co mama odparła, że nie ma przecież za co, i że go nie nawet nie zna, a on na to odrzekł: - Nie proszę pani, zna mnie pani, a ja mam za co podziękować.
Mama do końca życia modliła się w intencji zamordowanego Emila Bobrukiewicza.
Następnie w roku śmierci taty, w maju 2014 r., gdy wracałem z przyjaciółką, mamą i mamy przyjaciółką, z sanktuarium w Różanymstoku, postanowiliśmy odwiedzić miejsce śmierci Emila, zapomniawszy już o szczegółach tej inskrypcji na postumencie. Był to gorący, słoneczny dzień, niedziela, i jakież było nasze zdumienie, gdy okazało się, że dotarliśmy w to miejsce dokładnie w dniu, w którym 69 lat wcześniej, w nieznanych nam okolicznościach, został uśmiercony Emil Bobrukiewicz, 25 maja...
Gdy brat Florci - Oswald - dzięki pierwszym oszczędnościom, nabył motor, zabrał siostrę na przejażdżkę po Puszczy Knyszyńskiej. Pracował w tym czasie przy budowie drogi łączącej Białystok z Augustowem, wiodącej przez Korycin, przed wojną do Augustowa jeżdziło się bowiem przez Knyszyn. Prace trwały na terenie puszczy, a Oswaldek chciał siostrze pokazać miejsce, do którego z budową już dotarli. A że puszcza kusi licznymi drogami, rodzeństwo postanowiło zeksplorować jedną z nich, pech chciał, że te puszczańskie drogi krzyżują się ze sobą w wielu miejscach, i po kilku takich rozjazdach bywa tak, że można stracić orietnację. Tak też się stało, wszystko wskazywało na to, że zgubili się, jeździli nawet po drewnianych podkładach torowiska, najpewniej pozostałych jeszcze po kolejce wąskotorowej, powstałej w czasie pierwszej wojny światowej za sprawą Niemców, wywożących stąd niezliczone metry sześcienne wyciętych drzew. W końcu wyjechali gdzieś na rolzegłej leśnej polanie, z polami uprawnymi. Spotkali na niej człowieka, który wskazał im drogę do Białegostoku. W tym samym czasie, gdy tak jeździli w kółko po puszczy, Genowefa zaczęła się już poważnie niepokoić. Mieli pojechać na krótko do puszczy i zaraz wrócić na obiad, a tu już zbliżała się pora kolacji. W końcu jednak szczęśliwie wrócili.
Zamiłowanie do puszczy pozostało u Florci do końca. Pamiętam wspólne wyprawy z mamą, babcią, tatą jeszcze małym fiatem, do puszczy w okolicach Katrynki, Jurowiec, a w okolicach Przewalanki zbieraliśmy borówki i żurawinę. Gdy miałem lat 12, a może nawet mniej, już po śmierci babci, wybraliśmy się z rodzicami, dwójką ich przyjaciółek w okolice Przewalanki. Byłem wówczas na etapie zaintetesowania wojskowością, tata uczył mnie musztry, a ja każdą okazję wykorzystywałem do zabawy w wojsko, musztrowałem zatem wówczas mamę i dwie ciocie. Pamiętam, że szliśmy leśną drogą, daleko od miejsca, w którym zaparkowaliśmy samochód. Ogromne świerki, masztowe sosny zaczęły ustępować miejsca młodym, dużo mniejszym drzewom liściastym. W pewnym momencie tuż przy drodze, po pokonaniu niewielkiego rowu, ujrzeliśmy kamienny krzyż na kamiennym postumencie. Na krzyżu za szklaną osłonką było umieszczone zdjęcie młodego mężczyzny, zdaje się, że ubranego w koszulę, marynarkę, którego rysy twarzy widzę teraz jak przez mgłę. Z inskrypcji wynikało, że w tym miejscu został zamrordowany. Był to zdaje się wiosenny dzień, słoneczny, który zapadł mi głęboko w pamięć. Przez długie lata nie odczuwałem potrzeby, by wrócić w to miejsce, ono było co prawda w mojej pamięci zachowane, gdzieś w jej zakamarkach, ale myślami do niego nie wracałem. Dopiero po 25 latach, w roku 2013, w kwietniu, w okolicach Świąt Wielkanocnych, poczułem potrzebę, by je odszukać. Wybrałem się tam z mamą i zaproponowałem byśmy spróbowali odnaleźć ten krzyż. Pierwsze podejście było niestety nieudane. Uznałem, że mógł zniknąć na skutek jakiejś burzy, które często przechodziły nad puszczą, być zniszczony przez jakieś powalone drzewo. Znaczna połać lasu została też wycięta. Ale coś nam nie dawało spokoju, wróciliśmy tu po tygodniu czy po dwóch, to na pewno był jeszcze kwiecień, a mimo to sypał śnieg, duże, ciężkie, mokre płaty śniegu, ale ten śnieg się nie topił. Znowu udaliśmy się tą samą drogą w stronę północną. Bez większej nadziei, że go odszukamy. Tuż po odejściu od samochodu, na koleinie leśnej drogi zauważyłem odciśnięte ślady ludzkich stóp oraz ślady łap psa. Te ślady były tak zadziwiająco odciśnięte, jakby jedna stopa ustawiona była w kierunku północnym, a druga w kierunku południowym, śnieg cały czas sypał, a ja miałem wrażenie, że za chwilę zobaczymy kogoś kto przed chwilą szedł tą drogą tuż przed nami. Po mniej więcej stu metrach, ślady łap psa skierowały się z drogi w stronę lasu, i już się na drodze więcej nie pojawiły. Byłem tak zaintrygowany ułożeniem tych śladów, że nie mogłem od nich oderwać oczu. Przeszliśmy już około kilometra, może więcej, i zacząłem znowu tracić wiarę, że odnajdziemy ten krzyż, coraz bardziej skłaniałem się ku temu, że zniknął już z leśnego krajobrazu. Chciałem wracać, ale mama zaoponowała. Minęliśmy rozległe miejsce po wycince lasu, jeden zakręt, kolejny zakręt, i po okolo 2 kilometrach, z prawej strony drogi, na skraju lasu pojawił się kamienny postument, a na nim krzyż. Jakież było nasze zdziwienie! Podeszliśmy doń, nie było już na nim zdjęcia, ale zachowała się inskrypcja, mówiącą, iż w tym miejscu w dniu 25 maja 1945 r. został zamorodowany, w wieku 37 lat, Emil Bobrukiewicz. Gdy ją odczytałem przeszył mnie deszcz, bo tego dnia, gdy po około 25 latach wróciłem w to leśne miejsce, miałem dokładnie 37 lat. Przez kilka minut modliliśmy się na głos przed krzyżem. Śnieg nie przestawał sypać, cały czas ciężkie, ogromne, mokre płaty, i nadal się nie topił. Dopiero po modlitwie, mama powiedziała mi, że na swojej koleinie, którą szła, widziała odciśnięty ślad tylko jednej stopy, a między każdym z nich była duża odległość, i gdy próbowałem je zmierzyć swoimi stopami, nie dałem rady, bo musiałbym zrobić szpagat. W pobliżu nie było nikogo. A ja powiedziałem mamie o śladach, które widziałem na mojej koleinie. One były na tyle intrygujące, że dotarliśmy do miejsca śmierci Emila, choć to i tak przede wszystkim zasługa determinacji mamy. Ona nie chciała się wyocfać, gdy ja po raz drugi zwątpiłem.
Jakiś czas po tym zdarzeniu, mama opowiedziała mi o śnie, jaki jej się przyśnił. Stała w nim na rolzegłym placu przed białostocką katedrą, a na tym placu był tłum ludzi, i w pewnym momencie z tłumu wyłonił się młody mężczyzna, z łagodnym wyrazem twarzy, ubrany w marynarkę, podszedł do niej i powiedział: - Ja bardzo chciałem pani podziękować. Na co mama odparła, że nie ma przecież za co, i że go nie nawet nie zna, a on na to odrzekł: - Nie proszę pani, zna mnie pani, a ja mam za co podziękować.
Mama do końca życia modliła się w intencji zamordowanego Emila Bobrukiewicza.
Następnie w roku śmierci taty, w maju 2014 r., gdy wracałem z przyjaciółką, mamą i mamy przyjaciółką, z sanktuarium w Różanymstoku, postanowiliśmy odwiedzić miejsce śmierci Emila, zapomniawszy już o szczegółach tej inskrypcji na postumencie. Był to gorący, słoneczny dzień, niedziela, i jakież było nasze zdumienie, gdy okazało się, że dotarliśmy w to miejsce dokładnie w dniu, w którym 69 lat wcześniej, w nieznanych nam okolicznościach, został uśmiercony Emil Bobrukiewicz, 25 maja...
sobota, 17 lutego 2024
Eleazar
Wąską drogą, obramowaną intensywnie zielonymi drzewami przemieszczała się furgonetka wypełniona ciesielskimi narzędziami. Mężczyzna w koszuli z podwiniętymi rękawami, z pogodnym wyrazem twarzy, trzymał pewnie kierownicę, miał do wykonania pewną misję. Na horyzoncie jasne niebo, tuż przy drodze z kępy drzew wyłaniała się smukła wieża kościoła. Żywe, intensywne barwy kwiatów na bujnych łąkach, lasów w oddali, i tuż przy drodze osiedle drewnianych wielorodzinnych piętrowych domów ze zdobionymi okiennicami, w otoczeniu ogrodów, wysokich malw, do każdego prowadzi wydeptana ścieżka, otwarte drzwi, a w tym wszystkim spokój i atmosfera oczekiwania. Ławeczka przed drzwiami, drewniane ogrodzenie kwiatowej rabatki. Jasność nieokreślonej pory dnia. Pod domem staje furgonetka. To moje pierwsze spotkanie z mężczyzną, który przyjechał z daleka, do miasta, w którym kiedyś już był, a do którego wprowadziłem się zaledwie kilka lat temu. Przyjechał specjalnie po to, by pomóc mi się tu urządzić. Nieoceniony pomocnik, dobrze mi znany, choć nigdy wcześniej nie widziany, wyczekiwany od samego początku, którego wsparcie musiałem mieć przez całe życie. Radość spotkania, większa niż każdej dotychczas doświadczonej chwili radości, odbierana z intensywnością i świeżością uczuć dziecka. Przybył pod imieniem Eleazar, pod którym nigdy go nie znałem, a mimo to wiedziałem, że to on.
Etykiety:
Bóg,
człowiek,
intensywność uczuć,
miłość,
nadzieja,
niebo,
opowiadanie,
poezja,
radość,
sen,
sny,
spotkanie,
szczęście,
świeżość uczuć,
wiara,
wiersz biały,
wsparcie,
życie wieczne
wtorek, 19 grudnia 2023
Na wzgórzu
Majestatyczny
Na wzgórzu
Kościół
W mroku wczesnego poranka
Wspięcie się doń jest nie lada wyczynem
Po schodach zdających się nie mieć końca
W kilku wysokich i rozległych nawach
W świetle świec, skupieniu i ciszy
Grupki rozmodlonych ludzi
Od strony wschodniej
Delikatny blask
Rozświetla piaszczystą ścieżkę wiodącą od rzeki
Łagodnie pnącą się w górę
Do wejścia już z poziomu ziemi
Kroczą nią zamyśleni pielgrzymi
Pojedynczo i małymi grupami
Przypatruję się i szukam znajomych rysów twarzy
Wchodzę do świetlistej nawy
pełnej ludzi siedzących w ławach
i wiem, że ktoś będzie w niej na mnie czekał
Na wzgórzu
Kościół
W mroku wczesnego poranka
Wspięcie się doń jest nie lada wyczynem
Po schodach zdających się nie mieć końca
W kilku wysokich i rozległych nawach
W świetle świec, skupieniu i ciszy
Grupki rozmodlonych ludzi
Od strony wschodniej
Delikatny blask
Rozświetla piaszczystą ścieżkę wiodącą od rzeki
Łagodnie pnącą się w górę
Do wejścia już z poziomu ziemi
Kroczą nią zamyśleni pielgrzymi
Pojedynczo i małymi grupami
Przypatruję się i szukam znajomych rysów twarzy
Wchodzę do świetlistej nawy
pełnej ludzi siedzących w ławach
i wiem, że ktoś będzie w niej na mnie czekał
Etykiety:
Bóg,
chrześcijaństwo,
czekanie,
człowiek,
duch,
dusza,
kościół,
miłość,
nadzieja,
oczekiwanie,
poezja,
sen,
wiara,
wiersz,
wiersz biały,
wiersze,
życie wieczne
środa, 13 grudnia 2023
Jabłoń
Piaszczysta ścieżka
Wzdłuż torowiska
Tramwaje przestały kursować
Nikomu nie są już potrzebne
Bujna zielona trawa
Intensywnie zielone drzewa
Ścieżka wiedzie przez miejsca na przemian słoneczne i cieniste
Nie ma bloków
Nie ma domów
Żadnych samochodów
Jest cisza i spokojne oczekiwanie
Na trawie odpoczywa młoda rodzina
Tuż obok rośnie jabłoń
Z czterema dorodnymi jabłkami
Podchodzę i zrywam tylko dwa
I widzę jak z oddali zmierzacie w moją stronę
Tacy jak zapamiętałem was z dzieciństwa
Wysunąłeś się do przodu
Wypatrzyłeś mnie z daleka
I radośnie zawołałeś, że te dwa w zupełności wystarczą
zdjęcia - Warszawa, Bemowo
Wzdłuż torowiska
Tramwaje przestały kursować
Nikomu nie są już potrzebne
Bujna zielona trawa
Intensywnie zielone drzewa
Ścieżka wiedzie przez miejsca na przemian słoneczne i cieniste
Nie ma bloków
Nie ma domów
Żadnych samochodów
Jest cisza i spokojne oczekiwanie
Na trawie odpoczywa młoda rodzina
Tuż obok rośnie jabłoń
Z czterema dorodnymi jabłkami
Podchodzę i zrywam tylko dwa
I widzę jak z oddali zmierzacie w moją stronę
Tacy jak zapamiętałem was z dzieciństwa
Wysunąłeś się do przodu
Wypatrzyłeś mnie z daleka
I radośnie zawołałeś, że te dwa w zupełności wystarczą
zdjęcia - Warszawa, Bemowo
Etykiety:
apokalipsa,
Bóg,
chrześcijańska poezja,
chrześcijaństwo,
człowiek,
duch,
dusza,
miłość,
nadzieja,
nowa ziemia,
poezja,
rodzice,
rodzina,
tęsknota,
wiara,
wiersz,
wiersz biały,
wiersze,
więzi,
życie wieczne
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...
















































