Las Bielański, bielący się śnieżną bielą zimy, w połyskującym zimowym słońcu, przy minus osiemnastu stopniach, w niedzielny poranek, jest tak samo urokliwy jak i w szacie bujnej, soczystej majowej zieleni, czyniącej go nieco mrocznym. Promieniom słońca nie jest łatwo przebić się przez gęste listowie. Wędrując alejkami pnącymi się po skarpach, czy wijącymi się u ich podnóża, niezależnie od pory dnia, pory roku, mam wrażenie, że trwa tu wieczna błoga niedziela, ludzie zmierzają gdzieś na wspólną ucztę, roznoszą się zapachy gotującego się smakowitego obiadu, a wszyscy za chwilę zasiądą na kocach, na drewnianych ławkach albo bezpośrednio na trawie, i przystąpią do spożywania świeżych, dymiących jeszcze dań. I powstaje też wrażenie, że przyjdą ci, których z nami już nie ma, a byli jeszcze niedawno, i ci, co byli znacznie dawniej. Odpoczniemy w końcu tocząc rozmowy nad gorącą herbatą, przy ciastach podawanych z domowym kompotem, deserach lodowo-owocowych, z bitą śmietaną, galaretką. Wystarczy tylko jeszcze się potrudzić, pochodzić, przemierzyć kilka alejek, odczuć nieuciążliwe, lecz przyjemne zmęczenie i udać się na zieloną łąkę, z niską trawą, rozłożoną między wiekowymi, dostojnymi dębami. A za moment przybędą na nią wszyscy, na których czekamy, za którymi tęsknimy. Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać jelenie i łanie, łagodne, spokojne wilki, nieśmiałe łosie, owieczki i baranki. Nikt nikomu nie będzie wadził. Zapanuje spokój i radość, i ten stan nie będzie miał końca.
Jak we śnie, w którym wszystko wokół niespodziewanie i nagle się uciszy, świat cały zamilknie i przystanie, a od strony zachodniej nadejdą Rodzice, skromnie i elegancko ubrani, na trawie przy jabłoni zasiądzie jakaś rodzina z dziećmi, a ja podejdę do młodej, niewysokiej jabłoni, by zerwać z niej na powitanie Powracających jabłka, i Tata z oddali zakrzyknie do mnie, że dwa jabłka wystarczą.
Nastrój błogiej, leniwej niedzieli utrzymuje się w tym miejscu nieustannie. I jest tu jakby świat cały, wszystko co do życia niezbędne. Barokowy kościół, dawne eremitoria, płaski szczyt niewysokiego wzniesienia z boiskami i idealnie wkomponowanymi w zieleń budynkami, biało kwitnące majowe wiśnie, ciche alejki, las, bistro Luna z domowymi pysznymi obiadami i ciastami oraz życzliwą, uprzejmą obsługą, Matka Boska w grocie, przed którą palą się lampki, ławki na nasłonecznionym stoku łagodnego wzgórza, w miejscu, w którym ponad sto lat temu swój ogród czule pielęgnowali kameduli. Bielany wszak nie od śnieżnej bieli, lecz od ich habitów, połyskujących między dzrewami.
I wspomnienia Babci, która z Dziadziusiem, i małym Oswiadlkiem przychodzila tu na pikniki. Najpewniej w niedziele, po Mszy gdzieś na Woli, i po tygodniu ciężkiej pracy Floriana w fabryce gumy. Ten las, te skarpy wyglądały wówczas zupełnie inaczej, choć duch miejsca, jakby trwał niezmiennie. Wędrowanie tu, to jak szukanie śladów Babci na alejkach Kalwarii Wileńskiej, do której pielgrzymowała z okolic Głębokiego, po tylu zawieruchach, które przetoczyły się przez te ziemie. Przybysze z dalekiej Wileńszczyzny, poszukujący lepszego życia, lepszego świata, i Opatrzność, która nad nimi czuwała i sprawiła, że latem przed wybuchem wojny zdążyli wrócić do rodzinnych Adamowców, do niedawno pobudowanego drewnianego domu. Ten powrót ocalił im życie. Inaczej upamiętniałaby ich jedna z wolskich tablic Tchorka, gdzieś przy Wolskiej, Górczewskiej albo Towarowej, a prochy spoczęłyby na Cmentarzu Wolskim albo ciemne smugi spalenizmy zostały wydobyte przy wznoszeniu budynku pod salon samochodowy.
Nad lasem postrzępione białe obłoki suną po błękitnym niebie, słońce powoli zacznyna się chylić ku zachodowi, niedawno spadł długo wyczekiwany deszcz, ożywił leśną zieleń, która w maju powinna barwić świat setkami różnych odcieni. Trudno stąd odchodzić, nawet jeżeli się wie, że wkrótce się tu powróci. Osiołki będą czekać w swojej zagrodzie i nadstawią głowy do głaskania.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
niedziela, 17 maja 2026
piątek, 27 lutego 2026
Lasy
Wydmy Łuże, Pogórze Leśne, Podłuże, Uroczysko Opaleń. Bursztynowe sosny, miękki mech pod stopami. Można przechodzić wiele razy pobliskimi szlakami i nie dostrzec drewnianych, wysokich krzyży, niewysokich drewnianych ogrodzeń, zawieszonych przy tablicach biało-czerwonych flag. Stoją pojedyncze znicze, co zrozumiałe, ze względu na otaczajacy las i możliwość szybkiego rozprzestrzenienia się pożaru. Nieopodal Szwedzkie Góry, też nie tak daleko Palmiry. Ostatecznie wszyscy tu rozstrzelani przez Niemców trafili na cmentarz w Palmirach. Ich ciała tuż po wojnie ekshumowano i złożono z wieloma innymi na palmirskim cmentarzu. Wokół piękny las, cisza, śpiew ptaków wiosną, latem, tej zimy piękny biały śnieg, słońce, mróz. Zdecydowana większość rozstrzelanych nieznana z imienia i nazwiska. Swoją drogą, ciekawe ile takich miejsc jest jeszcze nie odkrytych w Puszczy Kampinoskiej. Miejsc, do których niemieckie budy przywoziły obywateli polskich, a rozstawieni w szeregu oprawcy wycelowali karabiny i sprawnie zakończyli ich życie. Ciała zakopano we wcześniej wykopanym rowie, a następnie przysypano piachem, posadzono drzewa, by zatrzeć wszelkie możliwe ślady, a miejscowa ludność tych egzekucji nie dostrzegła, bo odbyły się gdzieś głębiej lesie, o wczesnej lub późnej porze, nikt wówczas w pobliżu nie przechodził, żaden leśnik, żaden mieszkaniec pobliskiej wioski. Kampinos mimo całego swojego uroku, pięknych wydm, sosen, jest jakoś naznaczony śmiercią, czuć już tu na każdym kroku. Okolice Wólki Węglowej, Sierakowa, Lasek, Izabelina, Truksawia, Wierszy, pojedyncze krzyże na mogiłach żołnierzy Kampanii Wrześniowej, partyzantów, powstańców styczniowych. Mogiła powstańców styczniowych w okolicach Zabrowa Leśnego, śródleśny cmentarz w Wiktorowie, cmentarz partyzancki w Wierszach, krzyż upamiętniający partyzantów poległych przy leśniczówce Opaleń, w której mieścił się magazyn broni, a ci którzy nie polegli na miejscu zostali powieszeni z zagipsowanymi ustami przy ulicy Leszno. Zawsze się w tych miejscach czuje coś, co nie pozwala się w pełni cieszyć pięknem natury, krajobrazu. Sosna powstańców styczniowych w Górkach, uschnięta, powalona, na niej carscy żołdacy wieszali schwytanych nieszczęśników. Stężenie tych wszystkich tragicznych zdarzeń w historii Polski, tu na przestrzeni obecnej Puszczy, wyumsza niejako wędrówkę z modlitwą na ustach, ze świadomością, że to piękno zostało okupione ogromną daniną krwi. To jak wędrowanie po warszawskiej Starówce, Śródmieściu, czy Woli, po ziemi nasiąkniętej krwią, której śladów już nie widać, ale ta historia w tej przstrzeni trwa. Idąc Nowym Światem, mijając tablice Tchorka w miejscach egzekucji, myśli biegną do minionych wydarzeń i ludzi, którzy stracili tu życie, do minionego świata.
Wrześniowy dzień powszedni, w Wejherowie na przemian słońce, chmury, deszcz, urokliwa Starówka, pyszne pierogi w prztulnej pierogarni, zabytkowe kościoły z nielicznymi modlącymi się w ciszy osobami. Muzeum ofiar mordu piaśnickiego w willi wzniesionej w międzywojniu. Ekspozycja obszerna, na pół dnia wnikliwego zwiedzania, bardzo interesująca. Uwagę przykuwa zdjęcie zakonnicy - bł. Alicji Kotowskiej. Okazuje się, że urodziła się w Warszawie, a nasze drogi przecięły się, gdy mieszkałem na Żoliborzu i w wolnym czasie przychodziłem do św. Jana Kantego, kościoła przylegajacego do momnumentalnego budnku, mieszczącego szkołę prowadzoną przez Siostry Zmartwychwstanki, w której na początku lat 30-tych ubiegłego wieku nauczała też siostra Alicja. Później trafiła do Wejherowa i tu została dyrektorką szkoły. A życie swoje zakończyła z tysiącami innych, rozstrzelana przez Niemców w Lasach Piaśnickich. W miejscu egzekucji, pozostał najprawdopodobniej po niej tylko różaniec. Niemcy przed wycofaniem się przed nacierającą armią czerwoną zdążyli jeszcze spalić ciała pomordowanych.
Z Wejherowa wyruszamy na północ. W międzyczasie naszły ołowiane chmury, mimo połowy września, przez moment padał grad, zrobiło się bardzo zimno, a po niedługim czasie na niebie znowu zaświeciło słońce. Tablice przy szosie wskazują drogę do miejsc egzekucji. Leśna droga, wokół piękne, majestatyczne, smukłe sosny, przypominające te z Puszczy Knyszyńskiej i Augustowskiej, bujny mech, nie ma wysokiego poszycia, groby rozrzucone są na dużej przestrzeni. Poprawiła się pogoda, więc przyjeżdżają kolejne auta. Ludzie chodzą od grobu do grobu, czytają historię zbrodni opisaną na tablicach i kontemplują zamieszczone na nich archiwalne zdjęcia. Promienie słońca łagodnie rozświetleją bursztynowe pnie sosen. Powietrze jest rześkie, choć po deszczu i gradzie jeszcze ostre, czuć niemal lekki wiatr od morza i jego zapach wymieszany z olejkami eterycznymi sosen. Biorę w dłoń kamyk, będzie pamiątką, choć Babcia, Mama, starsi ludzie, mówili, że nie można zabierać żadnych rzeczy z cmentarza. A jesteśmy przecież na wielkim leśnym cmentarzu. Ale kamyk ma przypminać o modlitwie.
I kolejny las w pobliżu obozu w Sztutowie. Wędrując wzdłuż ogrodzenia dawnego obozu, wkraczamy do liściastego, dość ciemnego lasu, dzień jest chłodny i pochmurny, lecz nic nie pada. Dochodzimy do miejsca, w którym Niemcy palili ludzkie szczątki. Odruchowo niemal sięgamy po różańce, by odmówić w intencji pomordowanych Koronkę do Miłosierdzia Bożego, jako że zbliża się godzina piętnasta. Tuż po powrocie do Warszawy, ostatniego dnia września, los rzucił mnie na niedzielną mszę do kościoła Matki Bożej Częstochowskiej. Po mszy podszedłem do stolika przy kaplicy, z którego wziąłem obrazek z wizerunkiem zamyślonej zakonnicy, nigdy jej wcześniej nie widziałem, i jakież było moje zdumienie, gdy przeczytałem, że przedstawiona na obrazku zakonnica - bł. Julia Rodzińska oddała życie w obozie w Sztutowie właśnie, a przed wybuchem wojny związana była - z tak bliskim mojemu sercu - Wilnem. Była dominikanką, od 1934 r. przełożoną domu zaknnego w Wilnie i kierowała tam zakładem dla sierot. Na obrazku z drugiej strony widniała litania do bł.Julii Rodzińskiej.
Czy to zwykłe przypadki, zbiegi okoliczności? Czy nasze drogi przeplatają się z bliskimi nam zmarłymi, świętymi, błogosławionymi. Czy oni nas wyszukują, by nas wspierać, jeśli "widzą" w nas otwartość na takie spotkania? Kiedyś się tego dowiemy.
Wrześniowy dzień powszedni, w Wejherowie na przemian słońce, chmury, deszcz, urokliwa Starówka, pyszne pierogi w prztulnej pierogarni, zabytkowe kościoły z nielicznymi modlącymi się w ciszy osobami. Muzeum ofiar mordu piaśnickiego w willi wzniesionej w międzywojniu. Ekspozycja obszerna, na pół dnia wnikliwego zwiedzania, bardzo interesująca. Uwagę przykuwa zdjęcie zakonnicy - bł. Alicji Kotowskiej. Okazuje się, że urodziła się w Warszawie, a nasze drogi przecięły się, gdy mieszkałem na Żoliborzu i w wolnym czasie przychodziłem do św. Jana Kantego, kościoła przylegajacego do momnumentalnego budnku, mieszczącego szkołę prowadzoną przez Siostry Zmartwychwstanki, w której na początku lat 30-tych ubiegłego wieku nauczała też siostra Alicja. Później trafiła do Wejherowa i tu została dyrektorką szkoły. A życie swoje zakończyła z tysiącami innych, rozstrzelana przez Niemców w Lasach Piaśnickich. W miejscu egzekucji, pozostał najprawdopodobniej po niej tylko różaniec. Niemcy przed wycofaniem się przed nacierającą armią czerwoną zdążyli jeszcze spalić ciała pomordowanych.
Z Wejherowa wyruszamy na północ. W międzyczasie naszły ołowiane chmury, mimo połowy września, przez moment padał grad, zrobiło się bardzo zimno, a po niedługim czasie na niebie znowu zaświeciło słońce. Tablice przy szosie wskazują drogę do miejsc egzekucji. Leśna droga, wokół piękne, majestatyczne, smukłe sosny, przypominające te z Puszczy Knyszyńskiej i Augustowskiej, bujny mech, nie ma wysokiego poszycia, groby rozrzucone są na dużej przestrzeni. Poprawiła się pogoda, więc przyjeżdżają kolejne auta. Ludzie chodzą od grobu do grobu, czytają historię zbrodni opisaną na tablicach i kontemplują zamieszczone na nich archiwalne zdjęcia. Promienie słońca łagodnie rozświetleją bursztynowe pnie sosen. Powietrze jest rześkie, choć po deszczu i gradzie jeszcze ostre, czuć niemal lekki wiatr od morza i jego zapach wymieszany z olejkami eterycznymi sosen. Biorę w dłoń kamyk, będzie pamiątką, choć Babcia, Mama, starsi ludzie, mówili, że nie można zabierać żadnych rzeczy z cmentarza. A jesteśmy przecież na wielkim leśnym cmentarzu. Ale kamyk ma przypminać o modlitwie.
I kolejny las w pobliżu obozu w Sztutowie. Wędrując wzdłuż ogrodzenia dawnego obozu, wkraczamy do liściastego, dość ciemnego lasu, dzień jest chłodny i pochmurny, lecz nic nie pada. Dochodzimy do miejsca, w którym Niemcy palili ludzkie szczątki. Odruchowo niemal sięgamy po różańce, by odmówić w intencji pomordowanych Koronkę do Miłosierdzia Bożego, jako że zbliża się godzina piętnasta. Tuż po powrocie do Warszawy, ostatniego dnia września, los rzucił mnie na niedzielną mszę do kościoła Matki Bożej Częstochowskiej. Po mszy podszedłem do stolika przy kaplicy, z którego wziąłem obrazek z wizerunkiem zamyślonej zakonnicy, nigdy jej wcześniej nie widziałem, i jakież było moje zdumienie, gdy przeczytałem, że przedstawiona na obrazku zakonnica - bł. Julia Rodzińska oddała życie w obozie w Sztutowie właśnie, a przed wybuchem wojny związana była - z tak bliskim mojemu sercu - Wilnem. Była dominikanką, od 1934 r. przełożoną domu zaknnego w Wilnie i kierowała tam zakładem dla sierot. Na obrazku z drugiej strony widniała litania do bł.Julii Rodzińskiej.
Czy to zwykłe przypadki, zbiegi okoliczności? Czy nasze drogi przeplatają się z bliskimi nam zmarłymi, świętymi, błogosławionymi. Czy oni nas wyszukują, by nas wspierać, jeśli "widzą" w nas otwartość na takie spotkania? Kiedyś się tego dowiemy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Bielany
Las Bielański, bielący się śnieżną bielą zimy, w połyskującym zimowym słońcu, przy minus osiemnastu stopniach, w niedzielny poranek, jest ta...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Gdy się stąpa piaszczystą ścieżką wydeptaną wzdłuż torów tramwajowych linii powstałej jeszcze w latach 30-tych ubiegłego wieku, która miała ...
-
Nieistniejące, splantowane pod budowę lotniska "Babice", pierwsze o nich wzmianki - jak można przeczytać na stronie internetowej T...