Wieść o cudzie musiała się rozejść po kraju lotem błyskawicy. I nadarzyła się kolejna okazja, by wybrać się do ukochanej przez Genowefę i Florcię Warszawy. Warszawa będzie się przez życie Florci przewijać w sposób niezwykle tajemniczy. Będą studia zaoczne na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, przesiadywanie w przerwach między wykładami na schodkach na Mariensztacie z widokiem na Wisłę, odwiedziny katedry świętego Floriana na Pradze (najpewniej ze względu na pamięć o kochanym tacie - Florianie), samotny spacer na cmentarz powstańczy na Woli i zapamiętany przejmujący widok białych brzozowych krzyży. Aż w końcu historia zatoczy pełne koło - od poczęcia w mieszkaniu w kamienicy na placu Kazimierza Wielkiego do Szpitala Wolskiego przy Kasprzaka. Życie zaczęło się na Woli i na Woli znalazło swój kres.
Ale teraz jest ciepły i słoneczny październikowy dzień. Pociąg jedzie wolno, miarowy stukot kół nie wygłusza jednak emocji i nie czyni podróży monotonną. Genowefa i Florcia jadą do swojej Matki, która towarzyszy im nieustannie w każdym miejscu, spogląda z obrazów, roztacza opiekę, i wtedy, gdy wyruszały w nieznane z Adamowców przez Wilno, i gdy osiadły w Białymstoku, jest stale obecna w ich myślach. Oswaldek wybył już w wielki świat. W Białymstoku było mu za ciasno, jak mawiał. Poza tym takie cudowne wydarzenia go nie interesowały. Gdyby nawet był na miejscu, znalazłby bez trudności jakikolwiek pretekst, by do Warszawy nie pojechać. Zresztą nie był sentymentalny. Prawdziwe życie było tam gdzie koledzy, żarty, rozmowy o motocyklach, samochodach, gdzie działo się coś, co wywoływało dreszcz ekscytacji, podnosiło adrenalinę. Do wiary miał stosunek zdystansowany. Później będzie często powtarzał, że on się nie chce naprzykrzać Panu Bogu.
W końcu pociąg dociera do właściwej stacji. Już od dworca formują się spontanicznie grupy sunące w stronę Nowolipek. Słońce chyli się już ku zachodowi, za moment zapadnie zmierzch. Neoromański kościół świętego Augustyna, z czerwonej cegły, ze smukłą wieżą sięgającą niemal nieba, w roku 1940 znalazł się na terenie getta. W czasie likwidacji getta Niemcy w nawach świątyni urządzili magazyn, w którym gromadzili zrabowane mienie żydowskie, zaś po wybuchu Powstania Warszawskiego na wysokiej wieży umieścili punkt obserwacyjny i gniazdo broni maszynowej, trafione przez Powstańców ogniem ze zdobycznego czołgu. Niedaleko był też Pawiak, z którego okien więźniowie po raz ostatni w swoim życiu mogli spojrzeć na krzyż osadzony na świątyni. I wreszcie tak powszrchnie znany z fotografii widok - smukła wieża, obok przycupnięta bryła kościoła, a wokół niekończące się morze gruzów.
Tymczasem w stronę Nowolipek ciągnęli warszawiacy i przyjezdni. Cały przekrój społeczny, wiekowy, począwszy od dzieci z rodzicami po staruszków, osoby, które właśnie wyszły z pracy, i te, które przyjechały do Warszawy z bliska i daleka specjalnie po to, by zobaczyć na własne oczy ten głośny cud. Na całej trasie widoczne były grupy milicjantów. Na ulicach wyraźnie wyczuwalna była atmosfera ekscytacji, momentami nawet euforii. Na twarzach mijanych osób rysowała się czasem radość, czasem zwykłe zaciekawienie, a nierzadko konsternacja, niezrozumienie tego, co się wokół dzieje. Bliżej Nowolipek tłum gęstniał. Podejście pod sam kościół było już niemożliwe. Aby zająć jakieś w miarę sensowne miejsce obserwacyjne, trzeba się było przedzierać między stojącymi i wpatrującymi się w stronę zwieńczenia wieży św. Augustyna. Jedni stali oniemiali w zachwycie z zadartymi głowami, inni mówili, że nic nie widzą. Gdy Gienia z Florcią w końcu dotarły najbliżej świątyni, jak to tylko było możliwe, przechodząca obok nich starsza kobieta z papierosem w ustach psioczyła na zgromadzony tłum i pogardliwym tonem rzucała do zgromadzonych:
- Co wy tam widzicie?! Tam nic nie ma!
I w końcu klnąc siarczyście zniknęła gdzieś w tej ludzkiej gęstwinie.
- A ty Mamo widziałaś tam Matkę Boską? Ty i Babcia widziałyście ją?
- Tak, my widziałyśmy...
- Wyraźnie?
- Tak, nad wieżą widziałyśmy świetlistą postać.
- A jak ona wyglądała?
- Była w sukni, unosiła się z rozpostartymi dłońmi, może wyglądała tak jakby była zafrasowana.
Obie były przekonane, że świetlista postać, co do której nie miały wątpliwości, że to Matka Boska, wlała wówczas w ludzi, będących świadkami tego zdarzenia, jakąś przemożną nadzieję, przyniosła im radość, umocniła ich wiarę i uczyniła ich życzliwszymi. Cud na Nowolipkach nie został uznany przez Kościół Katolicki. Kuria wydała oświadczenie, że jest to zjawisko całkowicie naturalne. Władze państwowe początkowo miały trudności z uporaniem się z owym cudem. Kilka razy zamalowywano hełm wieży kościelnej, by nie dawał żadnego odblasku, ale kres tym licznym manifestacjom na Nowolipkach położyły dopiero aresztowania wśród przyjeżdżających i obserwujących. Zatrzymano w sumie ponad siedemset osób, a niemal połowę spośród nich stanowili przyjezdni z różnych regionów Polski. Zjawisko zaczęło się wymykać rządzącym spod kontroli i stawać coraz bardziej niebezpieczne.
Dla Genowefy i Florentyny opieka Matki Bożej była czymś tak naturalnym, jak oddychanie, nigdy w nią nie powątpiewały, miały pewność, że Niebieska Matka nad nimi czuwa, modli się i wyprasza potrzebne łaski. Żadne komunikaty, oświadczenia kurialne nie miały większego znaczenia, nie mówiąc już o państwowej propagandzie.
Gdy wczesną jesienią 2014 r. zamieszkałem na ulicy Żytniej i zacząłem odkrywać Wolę, odszukałem też kościół św. Augustyna. Wówczas nie znałem tej historii związanej z cudem. Nie mogłem natomiast oderwać wzroku od obrazu Matki Boskiej wiszącego w lewej nawie, obok ołtarza. Przy każdej nadarzającej się okazji musiałem doń podejść. Wracając do Białegostoku, opowiadałem Mamie o tych moich wolskich, warszawskich wędrówkach, odkryciach, i wtedy też usłyszałem po raz pierwszy opowieść Mamy o ich wyprawie na Nowolipki w październiku 1959 r. Tak jakby czekała z tą opowieścią na to, aż będę gotowy jej wysłychać bez podawania jej w wątpliwość.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
niedziela, 5 stycznia 2025
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...