Z tego niedługiego okresu warszawskiego do dziś pozostało kilka fotografii. Najpierw pokonały drogę z Warszawy do Adamowców, następnie z Adamowców do Białegostoku, i w końcu z Białegostoku powróciły do Warszawy. Historia zatoczyła pełne koło, a wraz z nią i te zdjęcia. Z jednej z nich spogląda na nas lekko łobuzerskim spojrzeniem cztero, może pięcioletni chłopak, siedzi pewnie na koniu, w krótkich spodenkach, bluzie, będącej częścią munduru ułana z czasów Księstwa Warszawskiego, na głowie ma czako, w prawej dłoni dzierży drewniany karabin, lewą trzyma wodze, a w tle widać dwa dość spore budynki – w tym z lewej strony dostrzegalne są trzy kondygnacje, na parterze wysokie podłużne okna, na drugim i trzecim piętrze okna nieco mniejsze, i na trzeciej kondygnacji budynek się urywa, a trochę bardziej w głębi, z prawej strony, pięciopiętrowa kamienica, na jej piętrach drugim, trzecim i czwartym widoczne są balkony, zaś dolną jej część zasłania nieznajomy chłopak stojący na trawie, w trzewikach, getrach, krótkich spodniach i białej koszuli wpuszczonej w spodnie, w fikuśnym nakryciu głowy, i patrzy prosto w obiektyw z zaciekawieniem. Przyglądając się tej fotografii, mam wrażenie jakbym już kiedyś widział te budynki na innych zdjęciach przedstawiających międzywojenną Warszawę. Być może jest to Mokotów, może okolice Pól Mokotowskich. Na drugiej fotografii Oswaldek siedzi - dla odmiany - na słoniu, w krótkich spodenkach, w bluzie z białym kołnierzem, z prawej strony stoi Florian, w eleganckim trzyczęściowym garniturze, białej koszuli, pod krawatem, i w kapeluszu, a w tle za nimi widoczne jest wysokie, rozłożyste drzewo. I zachowała się jeszcze trzecia fotografia - wykonana już w atelier, na tle tapety z kwiatami i fragmentem jakiegoś pałacu - na pierwszym planie na trzykołowym rowerku siedzi chłopczyk w marynarskiej bluzie, krótkich spodenkach, z dłuższą grzywką i krótko przystrzyżonymi włosami, z jego lewej strony stoi Genowefa, w czarnej sukience do połowy łydki, z białym fantazyjnym kołnierzem układającym się płatki kwiatu, w białych rękawiczkach i kapelusiku, a z prawej strony - Florian, również w trzyczęściowym garniturze jasnego koloru, spodnie zaprasowane na kant, biały kołnierz koszuli, krawat w paski, i delikatnie przekrzywiony kapelusz.
To co może się wydawać nie najlepszym miejscem do życia, fabryczna, trochę chaotyczna i nie należąca do najbezpieczniejszych Wola, w opowieściach Genowefy malowała się jako miejsce dające poczucie zakotwiczenia w spokojnej przystani. Można byłoby zakładać, że dużo bardziej przyjazne, ciche, a więc lepsze do życia były dalekie niewielkie Adamowce, zanurzone w litewskim, czy jak ktoś woli - białoruskim krajobrazie, z niewysokimi wzniesieniami, przepastnymi kniejami, rozegłymi polami i łąkami, przetykanymi urokliwymi jeziorami. A jednak czy pewna historia się w określony sposób nie powtarza? Obecne północno-wschodnie tereny, z otwartymi przestrzeniami, zapierającymi dech w piersiach, z malowniczymi wzniesieniami Wysoczyzny Białostockiej, Wzgórz Sokólskich, pagórkami Suwalszczyzny, Podlasia Nadbużańskiego, tak odmiennymi od dość monotonnych, choć też nie pozbawionych swoistego uroku, mazowieckich równin, wyludniają się podobnie. Tym razem niemała część ich mieszkańców ciągnie już nie tylko do Warszawy, czy mitycznych Stanów Zjednoczonych, które jakby coraz bardziej traciły swój powab, ale rozlewa się po całej Europie, która też już nie wydaje się być tak atrakcyjną, jak jeszcze na początku lat 90-tych ubiegłego wieku.
Wróćmy jednak do przedwojennej Warszawy. W czasie, gdy Florian pracował w fabryce gumy, Genowefa zajmowała się domem. Ktoś musiał opiekować się żywym jak srebro chłopakiem. Pewnego razu, gdy wróciła z Oswaldkiem z zakupów i spaceru, po mieszkaniu kręcił się jakiś nieznajomy mężczyzna o zakapiorskim wyglądzie. Gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, oprych rozwścieczony odepchnął młodą kobietę z dzieckiem, wybiegł na klatkę schodową, zbiegł czym prędzej po schodach i zniknął gdzieś w plątaninie wolskich uliczek. Zaskoczona i wystraszona Gienia nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. Gdy się otrząsnęła, sprawdziła czy z mieszkania nic nie zniknęło. Tak naprawdę niewiele można byłoby z niego ukraść, ale jakąś skromną biżuterię czy zaskórniaki mógłby zabrać. O zdarzeniu tym opowiedziała sąsiadce. I jeszcze tego samego dnia podszedł do niej pewien dwudziestokilkuletni chłopak, mieszkaniec tej samej kamienicy, i powiedział:
- Pani Szpakowa, następnym razem, jak ktoś będzie się kręcił po pani po mieszkaniu, to niech pani woła i krzyczy, a my już będziemy wiedzieli, co mamy robić.
Ten młodzieniec nie pracował, choć nigdy nie brakowało mu środków do życia. Na Woli, jak powszechnie wiadomo, nie wszyscy utrzymywali się z ciężkiej, uczciwej pracy, lecz warto odnotować, że spora część osób z półświatka kierowała się jednak swoistym kodeksem honorowym, a sąsiadowi, wiadomo, w potrzebie zawsze należało pomóc.
W opowieściach Genowefy o Warszawie pojawiał się kościół na ulicy Karolkowej. Świątynia wybudowana w latach 1931 - 1933, w stylu modernistycznym. Gdy trafiłem doń po raz pierwszy jesienią 2014 roku, kiedy to wyruszyłem na pierwszy w moim życiu długi spacer po Woli, ulicą Wolską, Karolkową, Okopową, Żytnią, wieczorową porą, nie mając świadomości, że ta współczesna Wola, mimo że nie mająca wiele wspólnego z Wolą przedwojenną, w pewnych miejscach, o pewnej porze, do miejsc najbezpieczniejszych w stolicy nie należy, poczułem się tak, jakbym trafił do miejsc, które już poniekąd znałem. Zwłaszcza w murach kościoła św. Klemensa Hofbauera momentalnie ogarnęło mnie uczucie wewnętrznego pokoju. Prostota i surowość wnętrza, a jednocześnie wrażenie ciepła domowego ogniska. Dopiero, gdy wróciłem do Białegostoku, mama uświadomiła mi, że ów kościół na Karolkowej często powracał w opowieściach babci. Te same mury, ten sam układ, i choć w czasie Powstania Warszawskiego kościół został zbombardowany, to przed pożarem ochroniła go nowoczesna konstrukcja, ogień bowiem nie uszkodził żelbetonowego stropu i nie zniszczył wnętrza. Natomiast w dniu 6 sierpnia 1944 roku Niemcy zamordowali na ulicy Wolskiej trzydziestu ojców, braci i kleryków mieszkających w klasztorze redemptorystów mieszczącym się przy kościele. Kolejne świadectwo Rzezi Woli, uświadamiające jaki los mógłby spotkać Genowefę i Floriana z dziećmi, gdyby czas wojny przyszło im spędzić w Warszawie. Tymczasem w tych murach świątyni, jakby trwały szepty modlitw zanoszonych i przez Genowefę, zapisały się w przestrzeni nawy na stałe, wraz z modlitwami wypowiadanymi przez tych, którzy na czas wojny tu pozostali i nie mieli szans jej przetrwać.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
niedziela, 28 lipca 2024
poniedziałek, 22 lipca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 15 - przyjazd do Warszawy, robotnicza Wola
Zawieruchę wojenną przetrwała książeczka ubezpieczeniowa Floriana, wydana w 1936 roku, z wpisanymi do niej dwoma adresami zamieszkania, pierwszym przy ulicy Towarowej 33, i drugim przy Placu Kazimierza Wielkiego. Warszawska robotnicza Wola. A więc kuzyni pomogli znaleźć pracę i mieszkanie. Genowefa i Florian, z trzyletnim synkiem, nie musieli wyruszać w ciemno do stolicy. Z Adamowców do Warszawy jest ponad 600 kilometrów. Wyprawa z tego odległego zakątka była w tamtych czasach przedsięwzięciem logistycznie skomplikowanym. Z rozległych, falujących krajobrazów północno-wschodniej Wileńszczyzny, z pól, łąk, lasów, jezior, do fabrycznej, robotniczej dzielnicy - warszawskiej Woli. Nieopodal słynnego Kercelaka z labiryntem ścieżek między drewnianymi straganami, przekrzykującymi się przekupkami i przekupniami, tłumami kupujących, a też przedstawicielami kryminalnego półświatka. Gmachy fabryk, ogromnych, średnich i malutkich; skromne zakłady rzemieślnicze; kominy potężne, sięgające nieba i niższe, kamienice czynszowe, kilkupiętrowe, a między nimi i niska, parterowa zabudowa, tu kino, tam knajpa, szpitale, kościół w stylu neogotyckim, modernistycznym, cerkiew prawosławna. Istna różnorodność wszystkiego wokół, momentami ocierająca się o chaos. Łoskot pędzących tramwajów, przejeżdżające dość szerokimi ulicami automobile, wozy konne, gwar tłumów przemykających chodnikami, robotnicy śpieszący do fabryk na pierwszą, drugą zmianę, nad ranem, wieczorem, w nocy. Dym wydobywający się z kominów, jazgotliwa zajezdnia tramwajowa, okrągłe monumentalne budynki z czerwonej cegły należące do Gazowni Warszawskiej. Wschody i zachody słońca zza kominów i fabrycznych dachów, i jasne słoneczne światło sączące się zza zasłony dymów, pyłu i wzbijanego kurzu, z dostrzegalnymi skrawkami błękitnego nieba i białych obłoków. W tej mieszaninie szarości, hałasu, bogactwa i nędzy, ludzkiej wytrwałości, cierpliwości, szlachetności i upadku, a czasem nawet plugastwa wszelakiego, trzeba było zbudować dom już nie z kamienia czy drewna, ale przystań dla ducha, przestrzeń, do której po znojnej pracy będzie się wracać z prawdziwą ulgą i radością w sercu.
Istnieje publikacja z 1998 roku pod tytułem "Historia polskiego przemysłu gumowego" - część 8 serii "Karty z historii polskiego przemysłu chemicznego", autorstwa Mariana Basia, Lecha Ciechanowicza, Wiktora Hryniewieckiego, Wiktora Jurczakowskiego i Jerzego Rucińskiego, która wspomina o kilku fabrykach produkujących gumę na Woli. Tą najbardziej pasującą do skrawków informacji związanych z Genowefą i Florianem wydaje się być Fabryka Wyrobów Gumowych "Indogum", mieszcząca się przy ulicy Srebrnej 16, założona w 1932 roku, w 1936 roku zatrudniająca 75 pracowników. Jako jej właściciele wymienieni zostali: M. Kejlin, J. Reichenbaum, H. Gruszkowski. Produkowano w niej węże, tkaniny gumowane, wyroby techniczne, opony i dętki rowerowe. W rubryce uwagi widnieje informacja, że została zniszczona we wrześniu 1939 roku. To najprawdopodobniej w niej od lata 1936 r. do czerwca 1939 r. pracował Florian. Z Towarowej miałby do pracy drogę nie zanadto odległą, bo tylko około kilometra, a z Placu Kazimierza Wielkiego jeszcze bliżej.
Kamienica na Towarowej 33 i plac Kazimierza Wielkiego już nie istnieją, nawet nie do końca wiadomo, gdzie dokładnie ta kamienica stała, nieco łatwiej zlokalizować miejsce, w którym niegdyś rozlokował się plac imienia tego tak cenionego króla. Kiedy w 2014 r. pomieszkiwałem przy ulicy Żytniej i zacząłem odkrywać Wolę, natknąłem się w pobliżu ulicy Towarowej 30 na tablicę Tchorka z wygrawerowanym napisem: "Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. W dniach 5-6 sierpnia 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali w tym miejscu 120 osób". Upamiętnia ona ofiary egzekucji przeprowadzonej przez Niemców w trakcie Rzezi Woli. W okolicach 6 sierpnia 1944 r. na podwórzu pobliskiego domu przy ulicy Krochmalnej 90 (obecnie Jaktorowska 4) zamordowano co najmniej 34 osoby. Tablic Tchorka na pobliskiej ulicy Wolskiej, Górczewskiej, i rozsianych po innych uliczkach Woli jest znacznie więcej. Niedaleko stąd był też plac Kazimierza Wielkiego, na którym - przed powrotem w czerwcu 1939 r. na Wileńszczyznę - mieszkali Florian z Genowefą i kilkuletnim synkiem. Co zdecydowało o tym wyjeździe do Adamowców? Z opowieści Genowefy wynikało, że miał być to powrót tymczasowy, Warszawy nie zamierzali opuścić na zawsze. Jaki byłby ich los, gdyby jednak z Warszawy nie wyjechali albo wrócili przed wrześniem 1939 r.? Być może i oni znaleźliby się w tych liczbach ujętych na kamiennych tablicach, w gronie ofiar nieznanych z imienia i nazwiska, ale już nie tylko we trójkę, lecz i z dziewczynką poczętą na Woli, choć – dzięki zrządzeniu Opatrzności – urodzoną już w styczniu 1940 r. w Adamowcach, w dawnym województwie wileńskim.
W czerwcu 1939 r. można już było spodziewać się wybuchy wojny. Kto jednakże mógł przewidzieć, jakie przyniesie ona ze sobą okrucieństwa. Wedle zapewnień ówczesnej propagandy Polska miała być państwem silnym militarnie i moralnie, naród zjednoczony i gotowy do walki. Ale zostawmy propagandowe hasła, wróćmy do pięknego lata roku 1936, pozwólmy młodym nacieszyć się sobą, rodziną, Warszawą, nową pracą, marzeniami o lepszym życiu, nadzieją na lepszy los niż ten, który pozostawili za sobą, hen daleko na Wileńszczyźnie.
Istnieje publikacja z 1998 roku pod tytułem "Historia polskiego przemysłu gumowego" - część 8 serii "Karty z historii polskiego przemysłu chemicznego", autorstwa Mariana Basia, Lecha Ciechanowicza, Wiktora Hryniewieckiego, Wiktora Jurczakowskiego i Jerzego Rucińskiego, która wspomina o kilku fabrykach produkujących gumę na Woli. Tą najbardziej pasującą do skrawków informacji związanych z Genowefą i Florianem wydaje się być Fabryka Wyrobów Gumowych "Indogum", mieszcząca się przy ulicy Srebrnej 16, założona w 1932 roku, w 1936 roku zatrudniająca 75 pracowników. Jako jej właściciele wymienieni zostali: M. Kejlin, J. Reichenbaum, H. Gruszkowski. Produkowano w niej węże, tkaniny gumowane, wyroby techniczne, opony i dętki rowerowe. W rubryce uwagi widnieje informacja, że została zniszczona we wrześniu 1939 roku. To najprawdopodobniej w niej od lata 1936 r. do czerwca 1939 r. pracował Florian. Z Towarowej miałby do pracy drogę nie zanadto odległą, bo tylko około kilometra, a z Placu Kazimierza Wielkiego jeszcze bliżej.
Kamienica na Towarowej 33 i plac Kazimierza Wielkiego już nie istnieją, nawet nie do końca wiadomo, gdzie dokładnie ta kamienica stała, nieco łatwiej zlokalizować miejsce, w którym niegdyś rozlokował się plac imienia tego tak cenionego króla. Kiedy w 2014 r. pomieszkiwałem przy ulicy Żytniej i zacząłem odkrywać Wolę, natknąłem się w pobliżu ulicy Towarowej 30 na tablicę Tchorka z wygrawerowanym napisem: "Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. W dniach 5-6 sierpnia 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali w tym miejscu 120 osób". Upamiętnia ona ofiary egzekucji przeprowadzonej przez Niemców w trakcie Rzezi Woli. W okolicach 6 sierpnia 1944 r. na podwórzu pobliskiego domu przy ulicy Krochmalnej 90 (obecnie Jaktorowska 4) zamordowano co najmniej 34 osoby. Tablic Tchorka na pobliskiej ulicy Wolskiej, Górczewskiej, i rozsianych po innych uliczkach Woli jest znacznie więcej. Niedaleko stąd był też plac Kazimierza Wielkiego, na którym - przed powrotem w czerwcu 1939 r. na Wileńszczyznę - mieszkali Florian z Genowefą i kilkuletnim synkiem. Co zdecydowało o tym wyjeździe do Adamowców? Z opowieści Genowefy wynikało, że miał być to powrót tymczasowy, Warszawy nie zamierzali opuścić na zawsze. Jaki byłby ich los, gdyby jednak z Warszawy nie wyjechali albo wrócili przed wrześniem 1939 r.? Być może i oni znaleźliby się w tych liczbach ujętych na kamiennych tablicach, w gronie ofiar nieznanych z imienia i nazwiska, ale już nie tylko we trójkę, lecz i z dziewczynką poczętą na Woli, choć – dzięki zrządzeniu Opatrzności – urodzoną już w styczniu 1940 r. w Adamowcach, w dawnym województwie wileńskim.
W czerwcu 1939 r. można już było spodziewać się wybuchy wojny. Kto jednakże mógł przewidzieć, jakie przyniesie ona ze sobą okrucieństwa. Wedle zapewnień ówczesnej propagandy Polska miała być państwem silnym militarnie i moralnie, naród zjednoczony i gotowy do walki. Ale zostawmy propagandowe hasła, wróćmy do pięknego lata roku 1936, pozwólmy młodym nacieszyć się sobą, rodziną, Warszawą, nową pracą, marzeniami o lepszym życiu, nadzieją na lepszy los niż ten, który pozostawili za sobą, hen daleko na Wileńszczyźnie.
sobota, 20 lipca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 14 - na świat przychodzi Oswaldek
Rok 1932 minął pod znakiem wznoszenia nowej siedziby w Adamowcach. Zdobienia nad oknami, z motywami roślinnymi, geometrycznymi, okiennice, wykonał samodzielnie Florian. Wiosną 1933 roku, w nowym domu na świat przyszedł chłopak. Specjalistką od nadawania imion w rodzinie Szpaków była ciotka Marianna, która długie lata spędziła jako guwernantka w Petersburgu. Była oczytana głównie we francuskiej i niemieckiej literaturze romantycznej, i za jej to sprawą przypadło chłopakowi imię Oswald. Starsza już kobieta postrzegała siebie jako damę, na przestrzeni kilkudziesięciu lat przesiąkła wielkomiejską atmosferą, a gdy dodać do tego tak hołubioną w rodzinie Szpaków opowieść o wspomnianym przodku, mającym być medykiem w armii napoleońskiej, to naturalną konsekwencją takiego nagromadzenia "zaszczytów", musiało stać się przekonanie, że dzieci nie mogły nosić pospolitych imion, musiały się czymś wyróżniać. Współcześnie takie przekonania też nie powinny zadziwiać, pod tym także względem natura ludzka, jak się okazuje, w dużych liczbach, jest niezmienna i objawia się między innymi w takich drobnostkach, nawet jeśli – teoretycznie - żyjemy bardziej egalitarnych czasach.
Oswaldek przyszedł na świat dorodny i zdrowy. Radość w domach Szpaków i Bochanów była wielka. Chłopaka ochrzczono w kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale. Rósł jak na drożdżach, był żywy, pełen energii, ruchliwy, miał ciemne włosy, jasną cerę i niebieskie oczy.
Czasy stawały się jednak coraz bardziej niespokojne. Skutki Wielkiego Kryzysu lat 1929-1933 dotarły i na Wileńszczyznę, choć i przed jego nastaniem tereny te do najłatwiejszych nie należały. Nie była to kraina mlekiem i miodem płynąca, a jednak życie godne, choć skromne można wieść tu było. Piękno natury, krajobrazu kontrastowało z większą lub mniejszą biedą znacznej części mieszkańców. Zabory nie tak dawno się skończyły, a bycie częścią imperium carskiego, tą buntowniczą, o silnych polskich wpływach, wiązało się z zapóźnieniem gospodarczym, będącym skutkiem odgórnego tłumienia wszelkiej inicjatywy, rozwoju, karą za niewdzięczność wobec cara. Obecnie, bliskość granicy ze Związkiem Radzieckim również nie sprzyjała rozwinięciu skrzydeł. Niemal odwieczne przekleństwo polskiej ściany wschodniej. Drobne rzemiosło i handel w miasteczkach, znaczna część ludności utrzymująca się z rolnictwa, brak rozwiniętego przemysłu, rzutowały na sytuację ekonomiczną całego regionu. Jedna rodzina z Adamowców sprzedała już swoje gospodarstwo i jako pierwsza ze wsi wyjechała w poszukiwaniu lepszego życia do Stanów Zjednoczonych. Florian i Genowefa również poważnie rozważali taką możliwość. Marzyli o większej rodzinie, ale ich pomysł ewentualnego wyjazdu nie przypadł do gustu ani Mojżeszowi i Józefie, ani dziadkowi Ksaweremu i braciom Gieni, a i oni sami nie byli do niego przekonani. Postanowili więc pozostać w kraju. Uznali, że wspólnymi siłami podołają wszelkim trudnościom, i jeśli nie tu w Adamowcach czy w Krukowszczyźnie, to przecież jacyś kuzyni wyjechali do Warszawy i w ostateczności pomogą im znaleźć jakąś solidną pracę w stolicy. Do Wilna Genowefa wyjechać nie chciała. O mieście tym, tak z jednej strony umiłowanym ze względu na Matkę z Ostrej Bramy czy Kalwarię Wileńską, dobrego zdania nie miała. Lubiła odwiedzać Matuchnę Najświętszą, co w Ostrej świeci Bramie, kochała kalwaryjskie ścieżki, wijące się na lesistych wzgórzach, ale pracy i życia sobie w Wilnie nie wyobrażała. Za to sława Warszawy jako miasta przyjaznego, otwartego na przybyszów, którego mieszkańcy - jak mawiała Gienia - nikomu zginąć nie dadzą, dotarła i na te odległe rubieże. Oboje zatem mieli twardy orzech do zgryzienia – czy zostać w Adamowcach, czy może jednak wyruszyć do stolicy?
Oswaldek przyszedł na świat dorodny i zdrowy. Radość w domach Szpaków i Bochanów była wielka. Chłopaka ochrzczono w kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale. Rósł jak na drożdżach, był żywy, pełen energii, ruchliwy, miał ciemne włosy, jasną cerę i niebieskie oczy.
Czasy stawały się jednak coraz bardziej niespokojne. Skutki Wielkiego Kryzysu lat 1929-1933 dotarły i na Wileńszczyznę, choć i przed jego nastaniem tereny te do najłatwiejszych nie należały. Nie była to kraina mlekiem i miodem płynąca, a jednak życie godne, choć skromne można wieść tu było. Piękno natury, krajobrazu kontrastowało z większą lub mniejszą biedą znacznej części mieszkańców. Zabory nie tak dawno się skończyły, a bycie częścią imperium carskiego, tą buntowniczą, o silnych polskich wpływach, wiązało się z zapóźnieniem gospodarczym, będącym skutkiem odgórnego tłumienia wszelkiej inicjatywy, rozwoju, karą za niewdzięczność wobec cara. Obecnie, bliskość granicy ze Związkiem Radzieckim również nie sprzyjała rozwinięciu skrzydeł. Niemal odwieczne przekleństwo polskiej ściany wschodniej. Drobne rzemiosło i handel w miasteczkach, znaczna część ludności utrzymująca się z rolnictwa, brak rozwiniętego przemysłu, rzutowały na sytuację ekonomiczną całego regionu. Jedna rodzina z Adamowców sprzedała już swoje gospodarstwo i jako pierwsza ze wsi wyjechała w poszukiwaniu lepszego życia do Stanów Zjednoczonych. Florian i Genowefa również poważnie rozważali taką możliwość. Marzyli o większej rodzinie, ale ich pomysł ewentualnego wyjazdu nie przypadł do gustu ani Mojżeszowi i Józefie, ani dziadkowi Ksaweremu i braciom Gieni, a i oni sami nie byli do niego przekonani. Postanowili więc pozostać w kraju. Uznali, że wspólnymi siłami podołają wszelkim trudnościom, i jeśli nie tu w Adamowcach czy w Krukowszczyźnie, to przecież jacyś kuzyni wyjechali do Warszawy i w ostateczności pomogą im znaleźć jakąś solidną pracę w stolicy. Do Wilna Genowefa wyjechać nie chciała. O mieście tym, tak z jednej strony umiłowanym ze względu na Matkę z Ostrej Bramy czy Kalwarię Wileńską, dobrego zdania nie miała. Lubiła odwiedzać Matuchnę Najświętszą, co w Ostrej świeci Bramie, kochała kalwaryjskie ścieżki, wijące się na lesistych wzgórzach, ale pracy i życia sobie w Wilnie nie wyobrażała. Za to sława Warszawy jako miasta przyjaznego, otwartego na przybyszów, którego mieszkańcy - jak mawiała Gienia - nikomu zginąć nie dadzą, dotarła i na te odległe rubieże. Oboje zatem mieli twardy orzech do zgryzienia – czy zostać w Adamowcach, czy może jednak wyruszyć do stolicy?
czwartek, 18 lipca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 13 - ślub Genowefy i Floriana
Oświadczyny okazały się być nie takimi przerażającymi jak się obojgu wydawało. Dziadek Ksawery, Mojżesz i Józefa przypadli sobie od razu do gustu. Istniało między nimi jakieś podobieństwo, zauważalne już na pierwszy rzut oka. Florian przezwyciężył swoje stremowanie i z początku, może nieco nieporadnie, wypowiedział te najważniejsze - jak dotąd - w swoim życiu słowa, w których prosił opiekunów o rękę swojej wybranki. Głos mu drżał, nogi się trzęsły niemiłosiernie, nie wiedział co zrobić z dłońmi. Widział przed sobą ledwie kilka osób, co do których nie miał pewności, czy aby na pewno są mu życzliwe. To trudne do ukrycia zdenerwowanie miało jednak swoją dobrą stronę. W sposób niezamierzony przydało mu tylko wiarygodności i wzbudziło nawet sympatię braci, którzy nabrali już pewności, że nie mają do czynienia z jakimś niewydarzonym fircykiem. Słowem, pierwsze lody zostały przełamane. Gdy oświadczyny zostały przyjęte, rozmowa momentalnie potoczyła się swobodnym, żwawym strumieniem. I z taką łatwością płynęła, że dopiero, gdy słońce zaczęło się już chylić ku zachodowi, przypomniano sobie, że może warto przejść już do konkretów co do ślubu i wesela. Ustalono, że weselisko odbędzie się w domu Szpaków w Adamowcach. Sporych rozmiarów izby i podwórze pomieszczą i bliższą i dalszą rodzinę, sąsiadów, i przyjaciół. A o właściwą pogodę zadba już święty Justyn.
Ślub się odbył w kościele świętej Anny w Mosarzu. Święty Justyn rzeczywiście się spisał i zapewnił idealną na taki dzień aurę. Od chwili przysięgi złożonej przed ołtarzem rozpoczął się nowy etap w życiu Genowefy i Floriana, pełen nadziei i szczęścia z założonej właśnie rodziny. Mojżesz i Józefa, nie zwlekając, wydzielili w Adamowcach miejsce pod budowę nowego domu. Chętnych do pomocy przy jego wznoszeniu nie brakowało. Mojżesz, Jan, dziadek Ksawery wciąż jeszcze pełen zapału i energii, a także Justyn, Adolf i Władysław, zobowiązali się tak organizować sobie czas, by Florian mógł na nich liczyć. A zanim powstanie nowe domostwo, miejsca u Mojżesza i Józefy nowożeńcom nie zabraknie.
Sąsiedzi, znajomi i przyjaciele obu rodzin, zgodnie zauważali, że przedstawiciele tych już niejako połączonych rodów nie mogli się lepiej do siebie dopasować pod każdym niemal względem. A to miało być najlepszą rękojmią dobrego przyszłego życia.
Ślub się odbył w kościele świętej Anny w Mosarzu. Święty Justyn rzeczywiście się spisał i zapewnił idealną na taki dzień aurę. Od chwili przysięgi złożonej przed ołtarzem rozpoczął się nowy etap w życiu Genowefy i Floriana, pełen nadziei i szczęścia z założonej właśnie rodziny. Mojżesz i Józefa, nie zwlekając, wydzielili w Adamowcach miejsce pod budowę nowego domu. Chętnych do pomocy przy jego wznoszeniu nie brakowało. Mojżesz, Jan, dziadek Ksawery wciąż jeszcze pełen zapału i energii, a także Justyn, Adolf i Władysław, zobowiązali się tak organizować sobie czas, by Florian mógł na nich liczyć. A zanim powstanie nowe domostwo, miejsca u Mojżesza i Józefy nowożeńcom nie zabraknie.
Sąsiedzi, znajomi i przyjaciele obu rodzin, zgodnie zauważali, że przedstawiciele tych już niejako połączonych rodów nie mogli się lepiej do siebie dopasować pod każdym niemal względem. A to miało być najlepszą rękojmią dobrego przyszłego życia.
czwartek, 11 lipca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 12 - już w Krukowszczyźnie - oświadczyny Floriana
Nad Adamowcami zawisły ciężkie burzowe chmury, zerwał się silny wiatr, głośno szumiąc w koronach smukłych, wysokich brzóz, topól i wiekowych rozłożystych dębów, rozsianych po podwórkach, gnąc konary i gałęzie na wszystkie strony, kręcąc nimi niemal młynki. Nie w porę pojawiła się ta burza. Rodzice byli już odświętnie ubrani, gotowi do wyjazdu, a tu tymczasem zaczęło grzmieć, błyskać, i rozpadało się na dobre. Od lejącej się strumieniami z nieba wody za oknami zrobiło się szaro. Mojżesz spoglądał przez okno, zaniepokojony, nerwowo przestępując z nogi na nogę - nie wypada się spóźniać, ale jak tu wyruszyć w drogę w takich warunkach. Jedynie Józefa, mimo swojej niespożytej energii, nawet w niesprzyjających okolicznościach potrafiła zachować spokój. Doskonale i harmonijnie łączyły się w niej pozornie przeciwstawne temperamenty, moc i energia, a równocześnie łagodność i spokój. Nie tylko w tej chwili, ale na co dzień. Czym by się nie zajmowała, gdzie by się nie znalazła, zawsze bił od niej wewnętrzny pokój. A burze mają to do siebie, że tak jak nagle się pojawiają, tak też prędko mijają, po cóż się zatem denerwować, deszcz ustanie i pojadą, a w Krukowszczyźnie przecież się nie rozmyślą, poczekają, zresztą te ciężkie czarne chmury zaległy pewnie i nad Mosarzem, więc nietrudno się domyślić, co mogłoby być powodem spóźnienia. Florianowi wydawało się natomiast, że ta burza trwa godzinami, chodził nerwowo po izbie w tą i z powrotem, co wywołało tylko delikatny uśmiech na twarzy Józefy. Tymczasem nie minęła godzina i od zachodu niebo zaczęło się rozjaśniać, deszcz już nie był tak gwałtowny, grzmoty było słychać tylko z oddali, a ciemne chmury przesunęły się na wschód. Od strony Murz niebo stawało się żółtawe, szarość ustępowała miejsca barwie jaśniejszej, cieplejszej, zapowiadającej rychły powrót słońca. Drzewa stały znowu nieruchomo, żadne się nie nadłamało, spadały jeszcze tylko pojedyncze krople bardziej z liści niż z nieba. Florian nie zwlekając poszedł do stajni po konie. Chciał już jak najszybciej dotrzeć do Krukowszczyzny.
Niecałe dziesięć kilometrów drogi, gdy się jedzie bryczką zaprzężoną w rącze konie, to żadna odległość. Nie zdążyli wyruszyć, a już niebawem ich oczom ukazały się zabudowania Krukowszczyzny. Drewniane domy z gankami, tonące w świeżej, mokrej jeszcze zieleni przydomowych ogrodów, stary drewniany krzyż na rozstaju dróg, a nieopodal bardziej zwarta zabudowa Mosarza, z górującą nad miasteczkiem białą bryłą kościoła św. Anny. Mieć już za sobą ten najtrudniejszy moment i rozpocząć zupełnie nowe życie, stać się prawdziwie dorosłym, dojrzałym, mieć własną rodzinę, własny dom, tylko takie myśli kłębiły się teraz w głowie Floriana. Wreszcie bryczka zatrzymała się na wprost ganka, na którym wyczekiwał już Ksawery, tuż za nim stał najstarszy Justyn, trochę dalej Adolf, Władysław, a między nimi całkiem jak na dziewczynę wysoka i postawna Genowefa. Postronnemu obserwatorowi trudno byłoby stwierdzić, kto denerwował się mocniej, czy Florian czy Genowefa. Bez trudności dostrzegłby natomiast, że jedynymi osobami, które zachowywały spokój, i od których biła - zauważalna już na pierwszy rzut oka – serdeczność i życzliwość, byli rodzice Floriana i dziadek Ksawery. Bracia Genowefy nie bardzo wiedzieli, jak mają się zachować, zmagali się z napływającymi z prędkością błyskawicy myślami, intuicjami, suflującymi im jakieś dziwaczne, niezgrabne pomysły - czy powinni okazać choć cień rezerwy i badawczymi spojrzeniami powitać kandydata do ręki ich siostry, czy wręcz przeciwnie, darować sobie jakąś zbędną powściągliwość? Przecież tak naprawdę nie potrafili oschle czy chłodno witać gości, to nie leżało w ich naturze. Ani rodzice, ani dziadek Ksawery nigdy ich nie uczyli okazywania rezerwy, nieufności, podejrzliwości, gość w dom, Bóg w dom. Poza tym wiedzieli, że ich siostra jest na tyle rozsądna, że złego wyboru dokonać nie mogła, ufali jej bezgranicznie, może nawet bardziej niż sobie samym.
Niecałe dziesięć kilometrów drogi, gdy się jedzie bryczką zaprzężoną w rącze konie, to żadna odległość. Nie zdążyli wyruszyć, a już niebawem ich oczom ukazały się zabudowania Krukowszczyzny. Drewniane domy z gankami, tonące w świeżej, mokrej jeszcze zieleni przydomowych ogrodów, stary drewniany krzyż na rozstaju dróg, a nieopodal bardziej zwarta zabudowa Mosarza, z górującą nad miasteczkiem białą bryłą kościoła św. Anny. Mieć już za sobą ten najtrudniejszy moment i rozpocząć zupełnie nowe życie, stać się prawdziwie dorosłym, dojrzałym, mieć własną rodzinę, własny dom, tylko takie myśli kłębiły się teraz w głowie Floriana. Wreszcie bryczka zatrzymała się na wprost ganka, na którym wyczekiwał już Ksawery, tuż za nim stał najstarszy Justyn, trochę dalej Adolf, Władysław, a między nimi całkiem jak na dziewczynę wysoka i postawna Genowefa. Postronnemu obserwatorowi trudno byłoby stwierdzić, kto denerwował się mocniej, czy Florian czy Genowefa. Bez trudności dostrzegłby natomiast, że jedynymi osobami, które zachowywały spokój, i od których biła - zauważalna już na pierwszy rzut oka – serdeczność i życzliwość, byli rodzice Floriana i dziadek Ksawery. Bracia Genowefy nie bardzo wiedzieli, jak mają się zachować, zmagali się z napływającymi z prędkością błyskawicy myślami, intuicjami, suflującymi im jakieś dziwaczne, niezgrabne pomysły - czy powinni okazać choć cień rezerwy i badawczymi spojrzeniami powitać kandydata do ręki ich siostry, czy wręcz przeciwnie, darować sobie jakąś zbędną powściągliwość? Przecież tak naprawdę nie potrafili oschle czy chłodno witać gości, to nie leżało w ich naturze. Ani rodzice, ani dziadek Ksawery nigdy ich nie uczyli okazywania rezerwy, nieufności, podejrzliwości, gość w dom, Bóg w dom. Poza tym wiedzieli, że ich siostra jest na tyle rozsądna, że złego wyboru dokonać nie mogła, ufali jej bezgranicznie, może nawet bardziej niż sobie samym.
poniedziałek, 8 lipca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 11 - w Krukowszczyźnie i w Adamowcach - oświadczyny Floriana
Dziadek Ksawery od pewnego już czasu liczył się z tym, że takie pytanie może wkrótce paść. Dwudziestojednoletnia dziewczyna, nader często wyprawiająca się do świętej Anny w Mosarzu, oprócz niewątpliwych potrzeb duchowych musiała mieć też jeszcze inny powód, tak podpowiadała mu z reguły niezawodna intucja. Znał wnuczkę doskonale i jego uwadze nie mogły umknąć pewne zmiany w jej zachowaniu. Wracała do domu pod wieczór rozpromieniona, radosna, skora do rozmów i żartów częściej niż zazwyczaj. Siwowłosy staruszek wierzył głęboko w rozsądek dziewczyny, miał do niej niezachwiane zaufanie, ale też cały zestaw pytań, na które chciałby poznać odpowiedź – jak się domyślał - ze strony wybranka Genowefy. Podobnie i bracia, oni również dostrzegli zmianę w zachowaniu swojej siostry - jeszcze bardziej radosne, rozpromienione oczy i częstsze niż dotychczas wyprawy do mosarskiego kościoła. Wszyscy w tej rodzinie czuli się za siebie odpowiedzialni, każdemu zależało na szczęściu i dobru drugiego, ufali sobie wzajemnie bezgranicznie, wczesna utrata rodziców, traumatyczne wydarzenia z czasu wojny polsko-bolszewickiej, mozolna codzienna praca w gospodarstwie, zahartowały każdego z nich w zmaganiach z wszelkimi trudnościami i przeciwnościami losu, dały też umiejętność twardego stąpania po ziemi i trzeźwego oglądu świata. Ale w ich życiu było też miejsce na spontaniczność, radość z drobnych rzeczy, rozmowy, żarty i śmiech. Mieli też pewność co do tego, że zawsze mogą na siebie liczyć, niezależnie od okoliczności.
I w końcu to oczekiwane pytanie padło z ust Genowefy, zwróciła się z nim do dziadka i do braci. Nie przyszło jej to łatwo, ale chciała mieć już ten moment za sobą. Zależało jej na jednomyślności w tym względzie ich wszystkich, tak bardzo byli sobie bliscy. Mężczyźni nawet nie kryli radości, nie mieli wątpliwości co do daru rozeznawania Gieni, potrafiła doskonale odczytywać ludzkie charaktery i miała niezawodne wyczucie do ludzi.
Teraz pozostawało tylko przygotować się na wizytę Floriana z rodzicami w Krukowszczyźnie. On jednak też musiał najpierw opowiedzieć rodzicom o swojej wybrance, powiadomić ich o podjętej decyzji, a następnie wspólnie z nimi złżć wizytę w jej domu i poprosić o zgodę na ślub jej opiekunów. W gronie kolegów był odważny, rozmowny i wesoły, a teraz czuł niepokój, zamartwiał się jak zostanie przyjęty przez braci i dziadka Genowefy, czy przypadnie im do gustu, czy polubią się od pierwszego spotkania, czy wzajemne docieranie się będzie procesem rozłożonym na lata?
I w końcu to oczekiwane pytanie padło z ust Genowefy, zwróciła się z nim do dziadka i do braci. Nie przyszło jej to łatwo, ale chciała mieć już ten moment za sobą. Zależało jej na jednomyślności w tym względzie ich wszystkich, tak bardzo byli sobie bliscy. Mężczyźni nawet nie kryli radości, nie mieli wątpliwości co do daru rozeznawania Gieni, potrafiła doskonale odczytywać ludzkie charaktery i miała niezawodne wyczucie do ludzi.
Teraz pozostawało tylko przygotować się na wizytę Floriana z rodzicami w Krukowszczyźnie. On jednak też musiał najpierw opowiedzieć rodzicom o swojej wybrance, powiadomić ich o podjętej decyzji, a następnie wspólnie z nimi złżć wizytę w jej domu i poprosić o zgodę na ślub jej opiekunów. W gronie kolegów był odważny, rozmowny i wesoły, a teraz czuł niepokój, zamartwiał się jak zostanie przyjęty przez braci i dziadka Genowefy, czy przypadnie im do gustu, czy polubią się od pierwszego spotkania, czy wzajemne docieranie się będzie procesem rozłożonym na lata?
czwartek, 4 lipca 2024
Błyski. Historia rodzinna. Część 10 - Adamowce dziś, zaginiona wieś na Wileńszczyźnie
Do dziś po Adamowcach pozostało jedynie kilka wiekowych, opuszczonych drewnianych domów, które pochłonęła lawina gęstych wybujałych krzaków i całkiem już wysokich drzew. Droga od strony Murz zarosła wysoką trawą, zaniknęły koleiny wyjeżdżone wozami i furmankami na przestrzeni setek lat, nie widać nawet drewnianego mostka na rzeczce Marchwie, jedynie pola i łąki - jak dawniej - łagodnie wznoszą się i opadają.
Dom Floriana i Genowefy już po wojnie ktoś rozebrał i wywiózł do innej wsi, nie wiadomo kto, nie wiadomo dokąd. Nowy dom z misternie wykonanymi przez Floriana zdobieniami nad oknami. We wsi nie ma już mieszkańców. Z trudem można ją wypatrzeć na google maps, i tylko wówczas, jeśli się wie o jej dawnym istnieniu. W pewnym ocalałym domu pozostała stara szafa z niedomykającymi się drzwiczkami, a na niej leży egzemplarz "Gościa Niedzielnego" z 2012 roku, być może przywieziony z Polski, być może prenumerowany, w 2024 roku wyglądający nadal jak nowy, tak jakby go ktoś przed chwilą skończył czytać i odłożył. Tylko słońce świeci tak samo, jak w roku 1932, gdy w Adamowcach zamieszkali Florian z Genowefą. W miejscu pełnym życia, doskonale znających się ludzi, odwiedzających się wzajemnie, pracujących na co dzień w polu, przy warsztatach, krzątających się w izbach, kuchniach, po których dziś już nie ma śladu, przestrzeń po nich we władanie objęła zachłanna natura. Życie dzikie, nieujarzmione pochłonęło wszystko to, co było z takim mozołem tworzone od czasu, kiedy pojawił się tu pierwszy osadnik, wszystko to, co tę naturę porządkowało, nadawało jej cel i kierunek. Oglądanie zdjęć i filmików wykonanych latem 2024 r., przesłanych z Białorusi, z miejsca, które w zsadzie było niegdyś Adamowcami, zbiegło się w czasie z kontemplowaniem fotografii z czasów międzywojnia. Na jednej z warszawskich ulic widać piętrowe murowane domy, wzniesione w stylu modernistycznym, biegnące środkiem tory tramwajowe, dokładnie w tym samym miejscu, co w latach trzydziestych ubiegłego wieku, przecinające ulicę na dwie części, tak jak i dziś. Od strony północnej kroczy kobieta, i cienie kładące się na nawierzchni wskazują, że ulica musiała być zalana słońcem. Odnosi się wrażenie, jakby owa kobieta wyszła z domu przed chwilą, jakby przechodziła tędy jeszcze za naszej pamięci, i niemożliwe jest to, by na tej ulicy, czy na ulicy sąsiedniej, jej już nie było na zawsze. Przecież tu się prawie nic nie zmieniło. Minęło dziewięćdziesiąt lat? To niemożliwe. Ta kobieta przechodziła tym istniejącym chodnikiem naprawdę nie tak dawno. Czy to samo można powiedzieć o miejscu, które zmieniło się nie do poznania? O miejscu, w którym stał dom, a dziś nie ma po nim śladu, niewidoczne fundamenty porosły chaszcze, wysokie trawy, zielsko po pas skutecznie zniechęcają do wchodzenia i poszukiwania jakichś ocalałych być może resztek. Nie zachowały się ogrodzenia, nie ma studni żurawi, kiedyś piaszczysta droga możliwa jest do przebycia tylko autem terenowym na wysokim zawieszeniu. Gdzie miejsce na bryczkę, którą Florian jeździł z rodziną do kościoła? Gdzie warsztat do gręplowania wełny? Gdzie ławeczka przed domem, na której wieczorami przesiadywali Mojżesz z Józefą? Gdzie podziały się przydomowe ogródki, kwietne rabatki, wysokie malwy, obsypane kwieciem albo owocami sady?
Prawdziwie dobre wspomnienia mają to do siebie, że te wszystkie wydarzenia, które są ich treścią, musiały się rozgrywać w dni pełne słońca, w anturażu wszystkich żywych barw wiosny czy wczesnego lata, płonącej jesieni lub baśniowej zimy. W każdym razie, Adamowce w opowieściach Florci zawsze były pełne słońca, ludzi pomocnych i życzliwych, natury przyjaznej mieszkańcom, z pewnymi wyjątkami, które burzyły ten obraz i pewnie dlatego zatarły się w pamięci dziecka.
Dom Floriana i Genowefy już po wojnie ktoś rozebrał i wywiózł do innej wsi, nie wiadomo kto, nie wiadomo dokąd. Nowy dom z misternie wykonanymi przez Floriana zdobieniami nad oknami. We wsi nie ma już mieszkańców. Z trudem można ją wypatrzeć na google maps, i tylko wówczas, jeśli się wie o jej dawnym istnieniu. W pewnym ocalałym domu pozostała stara szafa z niedomykającymi się drzwiczkami, a na niej leży egzemplarz "Gościa Niedzielnego" z 2012 roku, być może przywieziony z Polski, być może prenumerowany, w 2024 roku wyglądający nadal jak nowy, tak jakby go ktoś przed chwilą skończył czytać i odłożył. Tylko słońce świeci tak samo, jak w roku 1932, gdy w Adamowcach zamieszkali Florian z Genowefą. W miejscu pełnym życia, doskonale znających się ludzi, odwiedzających się wzajemnie, pracujących na co dzień w polu, przy warsztatach, krzątających się w izbach, kuchniach, po których dziś już nie ma śladu, przestrzeń po nich we władanie objęła zachłanna natura. Życie dzikie, nieujarzmione pochłonęło wszystko to, co było z takim mozołem tworzone od czasu, kiedy pojawił się tu pierwszy osadnik, wszystko to, co tę naturę porządkowało, nadawało jej cel i kierunek. Oglądanie zdjęć i filmików wykonanych latem 2024 r., przesłanych z Białorusi, z miejsca, które w zsadzie było niegdyś Adamowcami, zbiegło się w czasie z kontemplowaniem fotografii z czasów międzywojnia. Na jednej z warszawskich ulic widać piętrowe murowane domy, wzniesione w stylu modernistycznym, biegnące środkiem tory tramwajowe, dokładnie w tym samym miejscu, co w latach trzydziestych ubiegłego wieku, przecinające ulicę na dwie części, tak jak i dziś. Od strony północnej kroczy kobieta, i cienie kładące się na nawierzchni wskazują, że ulica musiała być zalana słońcem. Odnosi się wrażenie, jakby owa kobieta wyszła z domu przed chwilą, jakby przechodziła tędy jeszcze za naszej pamięci, i niemożliwe jest to, by na tej ulicy, czy na ulicy sąsiedniej, jej już nie było na zawsze. Przecież tu się prawie nic nie zmieniło. Minęło dziewięćdziesiąt lat? To niemożliwe. Ta kobieta przechodziła tym istniejącym chodnikiem naprawdę nie tak dawno. Czy to samo można powiedzieć o miejscu, które zmieniło się nie do poznania? O miejscu, w którym stał dom, a dziś nie ma po nim śladu, niewidoczne fundamenty porosły chaszcze, wysokie trawy, zielsko po pas skutecznie zniechęcają do wchodzenia i poszukiwania jakichś ocalałych być może resztek. Nie zachowały się ogrodzenia, nie ma studni żurawi, kiedyś piaszczysta droga możliwa jest do przebycia tylko autem terenowym na wysokim zawieszeniu. Gdzie miejsce na bryczkę, którą Florian jeździł z rodziną do kościoła? Gdzie warsztat do gręplowania wełny? Gdzie ławeczka przed domem, na której wieczorami przesiadywali Mojżesz z Józefą? Gdzie podziały się przydomowe ogródki, kwietne rabatki, wysokie malwy, obsypane kwieciem albo owocami sady?
Prawdziwie dobre wspomnienia mają to do siebie, że te wszystkie wydarzenia, które są ich treścią, musiały się rozgrywać w dni pełne słońca, w anturażu wszystkich żywych barw wiosny czy wczesnego lata, płonącej jesieni lub baśniowej zimy. W każdym razie, Adamowce w opowieściach Florci zawsze były pełne słońca, ludzi pomocnych i życzliwych, natury przyjaznej mieszkańcom, z pewnymi wyjątkami, które burzyły ten obraz i pewnie dlatego zatarły się w pamięci dziecka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...