Nie wiadomo, jak do tego doszło, w jakich okolicznościach, ale wiadomo, że Genowefa, aby wspomóc męża, zyskała dorywczą pracę w charakterze służącej u hrabiny Zabiełło. Nazwisko wskazywałoby na litewskie, kresowe korzenie arystokratki, której imię zatarło się we wspomnieniach, ale nie pewne zdarzenia i fakty, które przetrwały w opowieściach i to one miały największe znaczenie. Hrabina Zabiełło, którą Genowefa wspominała z wielką rewerencją, i która była dla młodej dziewczyny z Wileńszczyzny, kimś znacznie więcej niż tylko pracodawcą. Może zadecydowało tym pochodzenie obu kobiet z Kresów. A może hrabina była przekonana, że ma do wykonania pewną misję wobec tych, których los umieścił w hierarchii społecznej niżej od niej, i że ona, jako osoba poniekąd uprzywilejowana, winna przekazać choćby cząstkę tego, co przynależało do niej z racji zgromadzonego na przestrzeni wieków - przez jej przodków - kapitału, nie tyle materialnego, co przede wszystkim umysłowego i duchowego, tym, których los tak obficie nie obdarował. Może była przeświadczona, że jej pozycja społeczna rodzi nade wszystko określone zobowiązania, a nie jest tylko czymś statycznym, co ma łechtać ego i zaspokajać poczucie bycia kimś lepszym, i co należy jedynie przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza oraz konsumować, nie zaprzątając sobie głowy tym, co nie tak udane.
W pierwszej kolejności wyposażyła Genowefę w elegancką sukienkę, pantofle, rękawiczki, lecz to akurat zwykłe technikalia, jedynie strój roboczy, który należało przyodziewać w czasie obsługi przyjęć odbywających się w domu hrabiny. Najważniejsze było to, że traktowała dwudziestokilkuletnią dziewczynę niemal jak własną córkę, z troską i niezwykłą serdecznością. Dbała o jej edukację i uwrażliwiała na wartość wiedzy oraz konieczność nieustającej nauki, lubiła z nią rozmawiać, dzieliła się opowieściami o losach swoich i swojej rodziny, która w czasie rewolucji bolszewickiej znalazła się na terenach rdzennie rosyjskich, objętych walkami rewolucyjnymi, niejako w oku cyklonu. Była osobą wierzącą i wątki wiary przewijały się w jej opowiadaniach. Można powiedzieć, że był to epizod w życiu Genowefy, jednak sam fakt, że wielokrotnie ciepło wspominała swoją duchową opiekunke, wskazywałby na to, że było to doświadczenie mocno ją formujące, budujące wiarę w człowieka. Zapamiętała również, że syn hrabiny – Stanisław Zabiełło – był polskim dyplomatą. Dziś wiemy, że w czasie wojny pełnił funkcję przedstawiciela rządu RP na uchodźstwie we Francji Vichy i prowadził jedną z najodważniejszych akcji zainicjowanych przez polskich dyplomatów na rzecz ratowania Żydów, i setki, a może nawet tysiące osób, zawdzięczają mu życie. Prowadzone przez niego biura dostarczały osobom narodowości żydowskiej sfałszowane dokumenty potwierdzające ich chrześcijańskie lub aryjskie pochodzenie, zdobywały wizy na wyjazd z Francji do państw Ameryki, Azji i Afryki, a nawet pomagał uwolnić żydowskich więźniów zatrzymanych przez francuską policję. Tak pisał o nim izraelski dziennik „Israel Hayom”. W 1942 r. polski dyplomata został zaaresztowany przez gestapo, a następnie trafił do obozów koncentracyjnych w Buchenwaldzie, Mittelbau-Dora i Bergen Belsen. Przeżył wojnę i w 1947 r. powrócił do Polski i podjął pracę w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Chciałoby się powiedzieć, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Wątpliwości być nie może, że te piękne ideały zaszczepiła w synu matka, która również pięknie żyła.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robotnicza Wola. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robotnicza Wola. Pokaż wszystkie posty
piątek, 2 sierpnia 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 17 - duchowa opiekunka - hrabina Zabiełło
niedziela, 28 lipca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 16 - na warszawskiej robotniczej Woli
Z tego niedługiego okresu warszawskiego do dziś pozostało kilka fotografii. Najpierw pokonały drogę z Warszawy do Adamowców, następnie z Adamowców do Białegostoku, i w końcu z Białegostoku powróciły do Warszawy. Historia zatoczyła pełne koło, a wraz z nią i te zdjęcia. Z jednej z nich spogląda na nas lekko łobuzerskim spojrzeniem cztero, może pięcioletni chłopak, siedzi pewnie na koniu, w krótkich spodenkach, bluzie, będącej częścią munduru ułana z czasów Księstwa Warszawskiego, na głowie ma czako, w prawej dłoni dzierży drewniany karabin, lewą trzyma wodze, a w tle widać dwa dość spore budynki – w tym z lewej strony dostrzegalne są trzy kondygnacje, na parterze wysokie podłużne okna, na drugim i trzecim piętrze okna nieco mniejsze, i na trzeciej kondygnacji budynek się urywa, a trochę bardziej w głębi, z prawej strony, pięciopiętrowa kamienica, na jej piętrach drugim, trzecim i czwartym widoczne są balkony, zaś dolną jej część zasłania nieznajomy chłopak stojący na trawie, w trzewikach, getrach, krótkich spodniach i białej koszuli wpuszczonej w spodnie, w fikuśnym nakryciu głowy, i patrzy prosto w obiektyw z zaciekawieniem. Przyglądając się tej fotografii, mam wrażenie jakbym już kiedyś widział te budynki na innych zdjęciach przedstawiających międzywojenną Warszawę. Być może jest to Mokotów, może okolice Pól Mokotowskich. Na drugiej fotografii Oswaldek siedzi - dla odmiany - na słoniu, w krótkich spodenkach, w bluzie z białym kołnierzem, z prawej strony stoi Florian, w eleganckim trzyczęściowym garniturze, białej koszuli, pod krawatem, i w kapeluszu, a w tle za nimi widoczne jest wysokie, rozłożyste drzewo. I zachowała się jeszcze trzecia fotografia - wykonana już w atelier, na tle tapety z kwiatami i fragmentem jakiegoś pałacu - na pierwszym planie na trzykołowym rowerku siedzi chłopczyk w marynarskiej bluzie, krótkich spodenkach, z dłuższą grzywką i krótko przystrzyżonymi włosami, z jego lewej strony stoi Genowefa, w czarnej sukience do połowy łydki, z białym fantazyjnym kołnierzem układającym się płatki kwiatu, w białych rękawiczkach i kapelusiku, a z prawej strony - Florian, również w trzyczęściowym garniturze jasnego koloru, spodnie zaprasowane na kant, biały kołnierz koszuli, krawat w paski, i delikatnie przekrzywiony kapelusz.
To co może się wydawać nie najlepszym miejscem do życia, fabryczna, trochę chaotyczna i nie należąca do najbezpieczniejszych Wola, w opowieściach Genowefy malowała się jako miejsce dające poczucie zakotwiczenia w spokojnej przystani. Można byłoby zakładać, że dużo bardziej przyjazne, ciche, a więc lepsze do życia były dalekie niewielkie Adamowce, zanurzone w litewskim, czy jak ktoś woli - białoruskim krajobrazie, z niewysokimi wzniesieniami, przepastnymi kniejami, rozegłymi polami i łąkami, przetykanymi urokliwymi jeziorami. A jednak czy pewna historia się w określony sposób nie powtarza? Obecne północno-wschodnie tereny, z otwartymi przestrzeniami, zapierającymi dech w piersiach, z malowniczymi wzniesieniami Wysoczyzny Białostockiej, Wzgórz Sokólskich, pagórkami Suwalszczyzny, Podlasia Nadbużańskiego, tak odmiennymi od dość monotonnych, choć też nie pozbawionych swoistego uroku, mazowieckich równin, wyludniają się podobnie. Tym razem niemała część ich mieszkańców ciągnie już nie tylko do Warszawy, czy mitycznych Stanów Zjednoczonych, które jakby coraz bardziej traciły swój powab, ale rozlewa się po całej Europie, która też już nie wydaje się być tak atrakcyjną, jak jeszcze na początku lat 90-tych ubiegłego wieku.
Wróćmy jednak do przedwojennej Warszawy. W czasie, gdy Florian pracował w fabryce gumy, Genowefa zajmowała się domem. Ktoś musiał opiekować się żywym jak srebro chłopakiem. Pewnego razu, gdy wróciła z Oswaldkiem z zakupów i spaceru, po mieszkaniu kręcił się jakiś nieznajomy mężczyzna o zakapiorskim wyglądzie. Gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, oprych rozwścieczony odepchnął młodą kobietę z dzieckiem, wybiegł na klatkę schodową, zbiegł czym prędzej po schodach i zniknął gdzieś w plątaninie wolskich uliczek. Zaskoczona i wystraszona Gienia nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. Gdy się otrząsnęła, sprawdziła czy z mieszkania nic nie zniknęło. Tak naprawdę niewiele można byłoby z niego ukraść, ale jakąś skromną biżuterię czy zaskórniaki mógłby zabrać. O zdarzeniu tym opowiedziała sąsiadce. I jeszcze tego samego dnia podszedł do niej pewien dwudziestokilkuletni chłopak, mieszkaniec tej samej kamienicy, i powiedział:
- Pani Szpakowa, następnym razem, jak ktoś będzie się kręcił po pani po mieszkaniu, to niech pani woła i krzyczy, a my już będziemy wiedzieli, co mamy robić.
Ten młodzieniec nie pracował, choć nigdy nie brakowało mu środków do życia. Na Woli, jak powszechnie wiadomo, nie wszyscy utrzymywali się z ciężkiej, uczciwej pracy, lecz warto odnotować, że spora część osób z półświatka kierowała się jednak swoistym kodeksem honorowym, a sąsiadowi, wiadomo, w potrzebie zawsze należało pomóc.
W opowieściach Genowefy o Warszawie pojawiał się kościół na ulicy Karolkowej. Świątynia wybudowana w latach 1931 - 1933, w stylu modernistycznym. Gdy trafiłem doń po raz pierwszy jesienią 2014 roku, kiedy to wyruszyłem na pierwszy w moim życiu długi spacer po Woli, ulicą Wolską, Karolkową, Okopową, Żytnią, wieczorową porą, nie mając świadomości, że ta współczesna Wola, mimo że nie mająca wiele wspólnego z Wolą przedwojenną, w pewnych miejscach, o pewnej porze, do miejsc najbezpieczniejszych w stolicy nie należy, poczułem się tak, jakbym trafił do miejsc, które już poniekąd znałem. Zwłaszcza w murach kościoła św. Klemensa Hofbauera momentalnie ogarnęło mnie uczucie wewnętrznego pokoju. Prostota i surowość wnętrza, a jednocześnie wrażenie ciepła domowego ogniska. Dopiero, gdy wróciłem do Białegostoku, mama uświadomiła mi, że ów kościół na Karolkowej często powracał w opowieściach babci. Te same mury, ten sam układ, i choć w czasie Powstania Warszawskiego kościół został zbombardowany, to przed pożarem ochroniła go nowoczesna konstrukcja, ogień bowiem nie uszkodził żelbetonowego stropu i nie zniszczył wnętrza. Natomiast w dniu 6 sierpnia 1944 roku Niemcy zamordowali na ulicy Wolskiej trzydziestu ojców, braci i kleryków mieszkających w klasztorze redemptorystów mieszczącym się przy kościele. Kolejne świadectwo Rzezi Woli, uświadamiające jaki los mógłby spotkać Genowefę i Floriana z dziećmi, gdyby czas wojny przyszło im spędzić w Warszawie. Tymczasem w tych murach świątyni, jakby trwały szepty modlitw zanoszonych i przez Genowefę, zapisały się w przestrzeni nawy na stałe, wraz z modlitwami wypowiadanymi przez tych, którzy na czas wojny tu pozostali i nie mieli szans jej przetrwać.
To co może się wydawać nie najlepszym miejscem do życia, fabryczna, trochę chaotyczna i nie należąca do najbezpieczniejszych Wola, w opowieściach Genowefy malowała się jako miejsce dające poczucie zakotwiczenia w spokojnej przystani. Można byłoby zakładać, że dużo bardziej przyjazne, ciche, a więc lepsze do życia były dalekie niewielkie Adamowce, zanurzone w litewskim, czy jak ktoś woli - białoruskim krajobrazie, z niewysokimi wzniesieniami, przepastnymi kniejami, rozegłymi polami i łąkami, przetykanymi urokliwymi jeziorami. A jednak czy pewna historia się w określony sposób nie powtarza? Obecne północno-wschodnie tereny, z otwartymi przestrzeniami, zapierającymi dech w piersiach, z malowniczymi wzniesieniami Wysoczyzny Białostockiej, Wzgórz Sokólskich, pagórkami Suwalszczyzny, Podlasia Nadbużańskiego, tak odmiennymi od dość monotonnych, choć też nie pozbawionych swoistego uroku, mazowieckich równin, wyludniają się podobnie. Tym razem niemała część ich mieszkańców ciągnie już nie tylko do Warszawy, czy mitycznych Stanów Zjednoczonych, które jakby coraz bardziej traciły swój powab, ale rozlewa się po całej Europie, która też już nie wydaje się być tak atrakcyjną, jak jeszcze na początku lat 90-tych ubiegłego wieku.
Wróćmy jednak do przedwojennej Warszawy. W czasie, gdy Florian pracował w fabryce gumy, Genowefa zajmowała się domem. Ktoś musiał opiekować się żywym jak srebro chłopakiem. Pewnego razu, gdy wróciła z Oswaldkiem z zakupów i spaceru, po mieszkaniu kręcił się jakiś nieznajomy mężczyzna o zakapiorskim wyglądzie. Gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, oprych rozwścieczony odepchnął młodą kobietę z dzieckiem, wybiegł na klatkę schodową, zbiegł czym prędzej po schodach i zniknął gdzieś w plątaninie wolskich uliczek. Zaskoczona i wystraszona Gienia nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. Gdy się otrząsnęła, sprawdziła czy z mieszkania nic nie zniknęło. Tak naprawdę niewiele można byłoby z niego ukraść, ale jakąś skromną biżuterię czy zaskórniaki mógłby zabrać. O zdarzeniu tym opowiedziała sąsiadce. I jeszcze tego samego dnia podszedł do niej pewien dwudziestokilkuletni chłopak, mieszkaniec tej samej kamienicy, i powiedział:
- Pani Szpakowa, następnym razem, jak ktoś będzie się kręcił po pani po mieszkaniu, to niech pani woła i krzyczy, a my już będziemy wiedzieli, co mamy robić.
Ten młodzieniec nie pracował, choć nigdy nie brakowało mu środków do życia. Na Woli, jak powszechnie wiadomo, nie wszyscy utrzymywali się z ciężkiej, uczciwej pracy, lecz warto odnotować, że spora część osób z półświatka kierowała się jednak swoistym kodeksem honorowym, a sąsiadowi, wiadomo, w potrzebie zawsze należało pomóc.
W opowieściach Genowefy o Warszawie pojawiał się kościół na ulicy Karolkowej. Świątynia wybudowana w latach 1931 - 1933, w stylu modernistycznym. Gdy trafiłem doń po raz pierwszy jesienią 2014 roku, kiedy to wyruszyłem na pierwszy w moim życiu długi spacer po Woli, ulicą Wolską, Karolkową, Okopową, Żytnią, wieczorową porą, nie mając świadomości, że ta współczesna Wola, mimo że nie mająca wiele wspólnego z Wolą przedwojenną, w pewnych miejscach, o pewnej porze, do miejsc najbezpieczniejszych w stolicy nie należy, poczułem się tak, jakbym trafił do miejsc, które już poniekąd znałem. Zwłaszcza w murach kościoła św. Klemensa Hofbauera momentalnie ogarnęło mnie uczucie wewnętrznego pokoju. Prostota i surowość wnętrza, a jednocześnie wrażenie ciepła domowego ogniska. Dopiero, gdy wróciłem do Białegostoku, mama uświadomiła mi, że ów kościół na Karolkowej często powracał w opowieściach babci. Te same mury, ten sam układ, i choć w czasie Powstania Warszawskiego kościół został zbombardowany, to przed pożarem ochroniła go nowoczesna konstrukcja, ogień bowiem nie uszkodził żelbetonowego stropu i nie zniszczył wnętrza. Natomiast w dniu 6 sierpnia 1944 roku Niemcy zamordowali na ulicy Wolskiej trzydziestu ojców, braci i kleryków mieszkających w klasztorze redemptorystów mieszczącym się przy kościele. Kolejne świadectwo Rzezi Woli, uświadamiające jaki los mógłby spotkać Genowefę i Floriana z dziećmi, gdyby czas wojny przyszło im spędzić w Warszawie. Tymczasem w tych murach świątyni, jakby trwały szepty modlitw zanoszonych i przez Genowefę, zapisały się w przestrzeni nawy na stałe, wraz z modlitwami wypowiadanymi przez tych, którzy na czas wojny tu pozostali i nie mieli szans jej przetrwać.
poniedziałek, 22 lipca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 15 - przyjazd do Warszawy, robotnicza Wola
Zawieruchę wojenną przetrwała książeczka ubezpieczeniowa Floriana, wydana w 1936 roku, z wpisanymi do niej dwoma adresami zamieszkania, pierwszym przy ulicy Towarowej 33, i drugim przy Placu Kazimierza Wielkiego. Warszawska robotnicza Wola. A więc kuzyni pomogli znaleźć pracę i mieszkanie. Genowefa i Florian, z trzyletnim synkiem, nie musieli wyruszać w ciemno do stolicy. Z Adamowców do Warszawy jest ponad 600 kilometrów. Wyprawa z tego odległego zakątka była w tamtych czasach przedsięwzięciem logistycznie skomplikowanym. Z rozległych, falujących krajobrazów północno-wschodniej Wileńszczyzny, z pól, łąk, lasów, jezior, do fabrycznej, robotniczej dzielnicy - warszawskiej Woli. Nieopodal słynnego Kercelaka z labiryntem ścieżek między drewnianymi straganami, przekrzykującymi się przekupkami i przekupniami, tłumami kupujących, a też przedstawicielami kryminalnego półświatka. Gmachy fabryk, ogromnych, średnich i malutkich; skromne zakłady rzemieślnicze; kominy potężne, sięgające nieba i niższe, kamienice czynszowe, kilkupiętrowe, a między nimi i niska, parterowa zabudowa, tu kino, tam knajpa, szpitale, kościół w stylu neogotyckim, modernistycznym, cerkiew prawosławna. Istna różnorodność wszystkiego wokół, momentami ocierająca się o chaos. Łoskot pędzących tramwajów, przejeżdżające dość szerokimi ulicami automobile, wozy konne, gwar tłumów przemykających chodnikami, robotnicy śpieszący do fabryk na pierwszą, drugą zmianę, nad ranem, wieczorem, w nocy. Dym wydobywający się z kominów, jazgotliwa zajezdnia tramwajowa, okrągłe monumentalne budynki z czerwonej cegły należące do Gazowni Warszawskiej. Wschody i zachody słońca zza kominów i fabrycznych dachów, i jasne słoneczne światło sączące się zza zasłony dymów, pyłu i wzbijanego kurzu, z dostrzegalnymi skrawkami błękitnego nieba i białych obłoków. W tej mieszaninie szarości, hałasu, bogactwa i nędzy, ludzkiej wytrwałości, cierpliwości, szlachetności i upadku, a czasem nawet plugastwa wszelakiego, trzeba było zbudować dom już nie z kamienia czy drewna, ale przystań dla ducha, przestrzeń, do której po znojnej pracy będzie się wracać z prawdziwą ulgą i radością w sercu.
Istnieje publikacja z 1998 roku pod tytułem "Historia polskiego przemysłu gumowego" - część 8 serii "Karty z historii polskiego przemysłu chemicznego", autorstwa Mariana Basia, Lecha Ciechanowicza, Wiktora Hryniewieckiego, Wiktora Jurczakowskiego i Jerzego Rucińskiego, która wspomina o kilku fabrykach produkujących gumę na Woli. Tą najbardziej pasującą do skrawków informacji związanych z Genowefą i Florianem wydaje się być Fabryka Wyrobów Gumowych "Indogum", mieszcząca się przy ulicy Srebrnej 16, założona w 1932 roku, w 1936 roku zatrudniająca 75 pracowników. Jako jej właściciele wymienieni zostali: M. Kejlin, J. Reichenbaum, H. Gruszkowski. Produkowano w niej węże, tkaniny gumowane, wyroby techniczne, opony i dętki rowerowe. W rubryce uwagi widnieje informacja, że została zniszczona we wrześniu 1939 roku. To najprawdopodobniej w niej od lata 1936 r. do czerwca 1939 r. pracował Florian. Z Towarowej miałby do pracy drogę nie zanadto odległą, bo tylko około kilometra, a z Placu Kazimierza Wielkiego jeszcze bliżej.
Kamienica na Towarowej 33 i plac Kazimierza Wielkiego już nie istnieją, nawet nie do końca wiadomo, gdzie dokładnie ta kamienica stała, nieco łatwiej zlokalizować miejsce, w którym niegdyś rozlokował się plac imienia tego tak cenionego króla. Kiedy w 2014 r. pomieszkiwałem przy ulicy Żytniej i zacząłem odkrywać Wolę, natknąłem się w pobliżu ulicy Towarowej 30 na tablicę Tchorka z wygrawerowanym napisem: "Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. W dniach 5-6 sierpnia 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali w tym miejscu 120 osób". Upamiętnia ona ofiary egzekucji przeprowadzonej przez Niemców w trakcie Rzezi Woli. W okolicach 6 sierpnia 1944 r. na podwórzu pobliskiego domu przy ulicy Krochmalnej 90 (obecnie Jaktorowska 4) zamordowano co najmniej 34 osoby. Tablic Tchorka na pobliskiej ulicy Wolskiej, Górczewskiej, i rozsianych po innych uliczkach Woli jest znacznie więcej. Niedaleko stąd był też plac Kazimierza Wielkiego, na którym - przed powrotem w czerwcu 1939 r. na Wileńszczyznę - mieszkali Florian z Genowefą i kilkuletnim synkiem. Co zdecydowało o tym wyjeździe do Adamowców? Z opowieści Genowefy wynikało, że miał być to powrót tymczasowy, Warszawy nie zamierzali opuścić na zawsze. Jaki byłby ich los, gdyby jednak z Warszawy nie wyjechali albo wrócili przed wrześniem 1939 r.? Być może i oni znaleźliby się w tych liczbach ujętych na kamiennych tablicach, w gronie ofiar nieznanych z imienia i nazwiska, ale już nie tylko we trójkę, lecz i z dziewczynką poczętą na Woli, choć – dzięki zrządzeniu Opatrzności – urodzoną już w styczniu 1940 r. w Adamowcach, w dawnym województwie wileńskim.
W czerwcu 1939 r. można już było spodziewać się wybuchy wojny. Kto jednakże mógł przewidzieć, jakie przyniesie ona ze sobą okrucieństwa. Wedle zapewnień ówczesnej propagandy Polska miała być państwem silnym militarnie i moralnie, naród zjednoczony i gotowy do walki. Ale zostawmy propagandowe hasła, wróćmy do pięknego lata roku 1936, pozwólmy młodym nacieszyć się sobą, rodziną, Warszawą, nową pracą, marzeniami o lepszym życiu, nadzieją na lepszy los niż ten, który pozostawili za sobą, hen daleko na Wileńszczyźnie.
Istnieje publikacja z 1998 roku pod tytułem "Historia polskiego przemysłu gumowego" - część 8 serii "Karty z historii polskiego przemysłu chemicznego", autorstwa Mariana Basia, Lecha Ciechanowicza, Wiktora Hryniewieckiego, Wiktora Jurczakowskiego i Jerzego Rucińskiego, która wspomina o kilku fabrykach produkujących gumę na Woli. Tą najbardziej pasującą do skrawków informacji związanych z Genowefą i Florianem wydaje się być Fabryka Wyrobów Gumowych "Indogum", mieszcząca się przy ulicy Srebrnej 16, założona w 1932 roku, w 1936 roku zatrudniająca 75 pracowników. Jako jej właściciele wymienieni zostali: M. Kejlin, J. Reichenbaum, H. Gruszkowski. Produkowano w niej węże, tkaniny gumowane, wyroby techniczne, opony i dętki rowerowe. W rubryce uwagi widnieje informacja, że została zniszczona we wrześniu 1939 roku. To najprawdopodobniej w niej od lata 1936 r. do czerwca 1939 r. pracował Florian. Z Towarowej miałby do pracy drogę nie zanadto odległą, bo tylko około kilometra, a z Placu Kazimierza Wielkiego jeszcze bliżej.
Kamienica na Towarowej 33 i plac Kazimierza Wielkiego już nie istnieją, nawet nie do końca wiadomo, gdzie dokładnie ta kamienica stała, nieco łatwiej zlokalizować miejsce, w którym niegdyś rozlokował się plac imienia tego tak cenionego króla. Kiedy w 2014 r. pomieszkiwałem przy ulicy Żytniej i zacząłem odkrywać Wolę, natknąłem się w pobliżu ulicy Towarowej 30 na tablicę Tchorka z wygrawerowanym napisem: "Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. W dniach 5-6 sierpnia 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali w tym miejscu 120 osób". Upamiętnia ona ofiary egzekucji przeprowadzonej przez Niemców w trakcie Rzezi Woli. W okolicach 6 sierpnia 1944 r. na podwórzu pobliskiego domu przy ulicy Krochmalnej 90 (obecnie Jaktorowska 4) zamordowano co najmniej 34 osoby. Tablic Tchorka na pobliskiej ulicy Wolskiej, Górczewskiej, i rozsianych po innych uliczkach Woli jest znacznie więcej. Niedaleko stąd był też plac Kazimierza Wielkiego, na którym - przed powrotem w czerwcu 1939 r. na Wileńszczyznę - mieszkali Florian z Genowefą i kilkuletnim synkiem. Co zdecydowało o tym wyjeździe do Adamowców? Z opowieści Genowefy wynikało, że miał być to powrót tymczasowy, Warszawy nie zamierzali opuścić na zawsze. Jaki byłby ich los, gdyby jednak z Warszawy nie wyjechali albo wrócili przed wrześniem 1939 r.? Być może i oni znaleźliby się w tych liczbach ujętych na kamiennych tablicach, w gronie ofiar nieznanych z imienia i nazwiska, ale już nie tylko we trójkę, lecz i z dziewczynką poczętą na Woli, choć – dzięki zrządzeniu Opatrzności – urodzoną już w styczniu 1940 r. w Adamowcach, w dawnym województwie wileńskim.
W czerwcu 1939 r. można już było spodziewać się wybuchy wojny. Kto jednakże mógł przewidzieć, jakie przyniesie ona ze sobą okrucieństwa. Wedle zapewnień ówczesnej propagandy Polska miała być państwem silnym militarnie i moralnie, naród zjednoczony i gotowy do walki. Ale zostawmy propagandowe hasła, wróćmy do pięknego lata roku 1936, pozwólmy młodym nacieszyć się sobą, rodziną, Warszawą, nową pracą, marzeniami o lepszym życiu, nadzieją na lepszy los niż ten, który pozostawili za sobą, hen daleko na Wileńszczyźnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Poświęciłem się po raz kolejny, by obejrzeć między północą a 2 w nocy dwa ostatnie odcinki znakomitego rosyjskiego serialu "Idiota...