Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Plac Kazimierza Wielkiego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Plac Kazimierza Wielkiego. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 września 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 30 - poszukiwania ulicy Wroniej w Warszawie

Dziecko zapamiętało, że mama pojechała szukać na pewno ulicy Wroniej. Wzięła dziewczynkę ze sobą, chłopiec został pod opieką stryjka Jana w Białymstoku. Florcia wspominała z tego wyjazdu Warszawę jako morze gruzów. Skąd się wzięła ulica Wronia? Czego Genowefa na tej ulicy mogła szukać? Gdy w latach 2014-2015, przyjeżdżając do pracy w Warszawie, po dwa, trzy dni w tygodniu pomieszkiwałem w hostelu Sióstr Uczennic Boskiego Mistrza na ulicy Żytniej, zacząłem odkrywać Wolę, odszukałem też ulicę Wronią. Z czasem nabrałem przekonania, że musiała ona prowadzić do nieistniejącego Placu Kazimierza Wielkiego, przy którym Genowefa z Florianem mieszkali przez krótki czas, po wyprowadzce z ulicy Towarowej. Genowefa zapewne miała nadzieje, że zachowała się kamienica, w której pozostawili skromne mieszkanko. Ale wokół były jedynie gruzowiska. Florci utkwiły w pamięci wieczorne wędrówki z mamą, w czasie których gdzieś w oddali w pozostałościach kamienic, z których na tle ciemnego nieba urywały się klatki schodowe, same schody, piętra, pokoje, kuchnie, korytarze, i ni stąd, ni zowąd błyskały światełka zawieszone w powietrzu, palących się w tych pourywanych pomieszczeniach lampek czy świeczek. Gdzieś ktoś w ocalałej kuchni czy pokoju, siedział przy posiłku przy stole, jakby jakąś magiczną mocą unosząc się w powietrzu na tle czerniejącego nieba.

- Nie potrzebuje pani noclegu? - zapytała elegancka kobieta w średnim wieku.

Florcia z przestrachem spojrzała na ową kobietę. Była wysoka, energiczna, jakaś nerwowa, i przede wszystkim źle jej patrzyło z oczu. Genowefa zawahała się, bo zbliżała się już noc, pociąg do Białegostoku niedawno odjechał. Perspektywa noclegu na dworcu kolejowym trochę przerażała. Wiedziała, że gdzieś na Dąbrówce w Warszawie mieszkała pani Chabrowa, Chabrowa po mężu, przed wojną wyjechała z Wileńszczyzny za pracą do Warszawy, tu poznała przyszłego męża, założyła rodzinę, wilniuczki znały się jeszcze od czasów przedwojennych, tylko jak ją odszukać na tej Dąbrówce po zmierzchu?

- To co, nie potrzebuje pani tego noclegu?! - dopytywała po raz kolejny poirytowana kobieta.

Genowefa zawahała się. Florcia ściśnęła mocno dłoń mamy, nieufnie wpatrując się w nagabującą je kobietę. Coś się dziecku w tej dorosłej nie podobało. Zaczęła ciągnąć mamę za rekę:

- Mamo, chodź, idziemy!

Genowefa nadal się zastanawiała.

- Przecież nie będzie pani słuchać dziecka! - coraz agresywniej napierała nagabywaczka.

- Mamo, chodź, idziemy!

Kobieta spiorunowała Florcię wściekłym spojrzeniem. Ale Genowefa uległa prośbom kilkuletniej córeczki. Postanowiła jednak szukać pani Chabrowej. Pojadą do Dąbrówki, i kogoś zapytają, może ktoś pomoże, a jeśli nie, to wrócą i w ostateczności przenocują na dworcu, a nad ranem wrócą do Białegostoku.

Wiedzione jakąś dobrą ręką odszukały - przy pomocy przypadkowo napotkanych osób - panią Chabrową. Pani Chabrowa była osobą serdeczną i życzliwą, rozmowną, więc cały wieczór i część nocy snuły z Genowefą długie rozmowy i wspomnienia.

Jakiś czas po tej wyprawie, do izdebki w domu przy ulicy Sienkiewicza w Białymstoku, na pogaduszki do Genowefy wpadła sąsiadka. Przyniosła jakąś gazetę, w której wyczytała o działającej w Warszawie szajce, która na dworcu kolejowym werbowała przyjezdnych na noclegi, a następnie ich rabowała, mordowała, a z ludzkich członków miała wyrabiać wędliny. Nigdy nie udało mi się znaleźć informacji potwierdzającej istnienie takiej grupy działającej w powojennej Warszawie. Możliwe, że to jedna z licznych istniejących niegdyś urban legends. Dziecko zapamiętało natomiast doskonale tę kobietę o wyjątkowo złych oczach, a tuż po tym wizytę sąsiadki, która przyszła do mamy z taką przerażającą informacją wyczytaną gdzieś w gazecie, i słowa mamy tuż po wyjściu owej sąsiadki:

- Mój ty mały aniołku.

poniedziałek, 22 lipca 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 15 - przyjazd do Warszawy, robotnicza Wola

Zawieruchę wojenną przetrwała książeczka ubezpieczeniowa Floriana, wydana w 1936 roku, z wpisanymi do niej dwoma adresami zamieszkania, pierwszym przy ulicy Towarowej 33, i drugim przy Placu Kazimierza Wielkiego. Warszawska robotnicza Wola. A więc kuzyni pomogli znaleźć pracę i mieszkanie. Genowefa i Florian, z trzyletnim synkiem, nie musieli wyruszać w ciemno do stolicy. Z Adamowców do Warszawy jest ponad 600 kilometrów. Wyprawa z tego odległego zakątka była w tamtych czasach przedsięwzięciem logistycznie skomplikowanym. Z rozległych, falujących krajobrazów północno-wschodniej Wileńszczyzny, z pól, łąk, lasów, jezior, do fabrycznej, robotniczej dzielnicy - warszawskiej Woli. Nieopodal słynnego Kercelaka z labiryntem ścieżek między drewnianymi straganami, przekrzykującymi się przekupkami i przekupniami, tłumami kupujących, a też przedstawicielami kryminalnego półświatka. Gmachy fabryk, ogromnych, średnich i malutkich; skromne zakłady rzemieślnicze; kominy potężne, sięgające nieba i niższe, kamienice czynszowe, kilkupiętrowe, a między nimi i niska, parterowa zabudowa, tu kino, tam knajpa, szpitale, kościół w stylu neogotyckim, modernistycznym, cerkiew prawosławna. Istna różnorodność wszystkiego wokół, momentami ocierająca się o chaos. Łoskot pędzących tramwajów, przejeżdżające dość szerokimi ulicami automobile, wozy konne, gwar tłumów przemykających chodnikami, robotnicy śpieszący do fabryk na pierwszą, drugą zmianę, nad ranem, wieczorem, w nocy. Dym wydobywający się z kominów, jazgotliwa zajezdnia tramwajowa, okrągłe monumentalne budynki z czerwonej cegły należące do Gazowni Warszawskiej. Wschody i zachody słońca zza kominów i fabrycznych dachów, i jasne słoneczne światło sączące się zza zasłony dymów, pyłu i wzbijanego kurzu, z dostrzegalnymi skrawkami błękitnego nieba i białych obłoków. W tej mieszaninie szarości, hałasu, bogactwa i nędzy, ludzkiej wytrwałości, cierpliwości, szlachetności i upadku, a czasem nawet plugastwa wszelakiego, trzeba było zbudować dom już nie z kamienia czy drewna, ale przystań dla ducha, przestrzeń, do której po znojnej pracy będzie się wracać z prawdziwą ulgą i radością w sercu.

Istnieje publikacja z 1998 roku pod tytułem "Historia polskiego przemysłu gumowego" - część 8 serii "Karty z historii polskiego przemysłu chemicznego", autorstwa Mariana Basia, Lecha Ciechanowicza, Wiktora Hryniewieckiego, Wiktora Jurczakowskiego i Jerzego Rucińskiego, która wspomina o kilku fabrykach produkujących gumę na Woli. Tą najbardziej pasującą do skrawków informacji związanych z Genowefą i Florianem wydaje się być Fabryka Wyrobów Gumowych "Indogum", mieszcząca się przy ulicy Srebrnej 16, założona w 1932 roku, w 1936 roku zatrudniająca 75 pracowników. Jako jej właściciele wymienieni zostali: M. Kejlin, J. Reichenbaum, H. Gruszkowski. Produkowano w niej węże, tkaniny gumowane, wyroby techniczne, opony i dętki rowerowe. W rubryce uwagi widnieje informacja, że została zniszczona we wrześniu 1939 roku. To najprawdopodobniej w niej od lata 1936 r. do czerwca 1939 r. pracował Florian. Z Towarowej miałby do pracy drogę nie zanadto odległą, bo tylko około kilometra, a z Placu Kazimierza Wielkiego jeszcze bliżej.

Kamienica na Towarowej 33 i plac Kazimierza Wielkiego już nie istnieją, nawet nie do końca wiadomo, gdzie dokładnie ta kamienica stała, nieco łatwiej zlokalizować miejsce, w którym niegdyś rozlokował się plac imienia tego tak cenionego króla. Kiedy w 2014 r. pomieszkiwałem przy ulicy Żytniej i zacząłem odkrywać Wolę, natknąłem się w pobliżu ulicy Towarowej 30 na tablicę Tchorka z wygrawerowanym napisem: "Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. W dniach 5-6 sierpnia 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali w tym miejscu 120 osób". Upamiętnia ona ofiary egzekucji przeprowadzonej przez Niemców w trakcie Rzezi Woli. W okolicach 6 sierpnia 1944 r. na podwórzu pobliskiego domu przy ulicy Krochmalnej 90 (obecnie Jaktorowska 4) zamordowano co najmniej 34 osoby. Tablic Tchorka na pobliskiej ulicy Wolskiej, Górczewskiej, i rozsianych po innych uliczkach Woli jest znacznie więcej. Niedaleko stąd był też plac Kazimierza Wielkiego, na którym - przed powrotem w czerwcu 1939 r. na Wileńszczyznę - mieszkali Florian z Genowefą i kilkuletnim synkiem. Co zdecydowało o tym wyjeździe do Adamowców? Z opowieści Genowefy wynikało, że miał być to powrót tymczasowy, Warszawy nie zamierzali opuścić na zawsze. Jaki byłby ich los, gdyby jednak z Warszawy nie wyjechali albo wrócili przed wrześniem 1939 r.? Być może i oni znaleźliby się w tych liczbach ujętych na kamiennych tablicach, w gronie ofiar nieznanych z imienia i nazwiska, ale już nie tylko we trójkę, lecz i z dziewczynką poczętą na Woli, choć – dzięki zrządzeniu Opatrzności – urodzoną już w styczniu 1940 r. w Adamowcach, w dawnym województwie wileńskim.

W czerwcu 1939 r. można już było spodziewać się wybuchy wojny. Kto jednakże mógł przewidzieć, jakie przyniesie ona ze sobą okrucieństwa. Wedle zapewnień ówczesnej propagandy Polska miała być państwem silnym militarnie i moralnie, naród zjednoczony i gotowy do walki. Ale zostawmy propagandowe hasła, wróćmy do pięknego lata roku 1936, pozwólmy młodym nacieszyć się sobą, rodziną, Warszawą, nową pracą, marzeniami o lepszym życiu, nadzieją na lepszy los niż ten, który pozostawili za sobą, hen daleko na Wileńszczyźnie.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...