Z tego niedługiego okresu warszawskiego do dziś pozostało kilka fotografii. Najpierw pokonały drogę z Warszawy do Adamowców, następnie z Adamowców do Białegostoku, i w końcu z Białegostoku powróciły do Warszawy. Historia zatoczyła pełne koło, a wraz z nią i te zdjęcia. Z jednej z nich spogląda na nas lekko łobuzerskim spojrzeniem cztero, może pięcioletni chłopak, siedzi pewnie na koniu, w krótkich spodenkach, bluzie, będącej częścią munduru ułana z czasów Księstwa Warszawskiego, na głowie ma czako, w prawej dłoni dzierży drewniany karabin, lewą trzyma wodze, a w tle widać dwa dość spore budynki – w tym z lewej strony dostrzegalne są trzy kondygnacje, na parterze wysokie podłużne okna, na drugim i trzecim piętrze okna nieco mniejsze, i na trzeciej kondygnacji budynek się urywa, a trochę bardziej w głębi, z prawej strony, pięciopiętrowa kamienica, na jej piętrach drugim, trzecim i czwartym widoczne są balkony, zaś dolną jej część zasłania nieznajomy chłopak stojący na trawie, w trzewikach, getrach, krótkich spodniach i białej koszuli wpuszczonej w spodnie, w fikuśnym nakryciu głowy, i patrzy prosto w obiektyw z zaciekawieniem. Przyglądając się tej fotografii, mam wrażenie jakbym już kiedyś widział te budynki na innych zdjęciach przedstawiających międzywojenną Warszawę. Być może jest to Mokotów, może okolice Pól Mokotowskich. Na drugiej fotografii Oswaldek siedzi - dla odmiany - na słoniu, w krótkich spodenkach, w bluzie z białym kołnierzem, z prawej strony stoi Florian, w eleganckim trzyczęściowym garniturze, białej koszuli, pod krawatem, i w kapeluszu, a w tle za nimi widoczne jest wysokie, rozłożyste drzewo. I zachowała się jeszcze trzecia fotografia - wykonana już w atelier, na tle tapety z kwiatami i fragmentem jakiegoś pałacu - na pierwszym planie na trzykołowym rowerku siedzi chłopczyk w marynarskiej bluzie, krótkich spodenkach, z dłuższą grzywką i krótko przystrzyżonymi włosami, z jego lewej strony stoi Genowefa, w czarnej sukience do połowy łydki, z białym fantazyjnym kołnierzem układającym się płatki kwiatu, w białych rękawiczkach i kapelusiku, a z prawej strony - Florian, również w trzyczęściowym garniturze jasnego koloru, spodnie zaprasowane na kant, biały kołnierz koszuli, krawat w paski, i delikatnie przekrzywiony kapelusz.
To co może się wydawać nie najlepszym miejscem do życia, fabryczna, trochę chaotyczna i nie należąca do najbezpieczniejszych Wola, w opowieściach Genowefy malowała się jako miejsce dające poczucie zakotwiczenia w spokojnej przystani. Można byłoby zakładać, że dużo bardziej przyjazne, ciche, a więc lepsze do życia były dalekie niewielkie Adamowce, zanurzone w litewskim, czy jak ktoś woli - białoruskim krajobrazie, z niewysokimi wzniesieniami, przepastnymi kniejami, rozegłymi polami i łąkami, przetykanymi urokliwymi jeziorami. A jednak czy pewna historia się w określony sposób nie powtarza? Obecne północno-wschodnie tereny, z otwartymi przestrzeniami, zapierającymi dech w piersiach, z malowniczymi wzniesieniami Wysoczyzny Białostockiej, Wzgórz Sokólskich, pagórkami Suwalszczyzny, Podlasia Nadbużańskiego, tak odmiennymi od dość monotonnych, choć też nie pozbawionych swoistego uroku, mazowieckich równin, wyludniają się podobnie. Tym razem niemała część ich mieszkańców ciągnie już nie tylko do Warszawy, czy mitycznych Stanów Zjednoczonych, które jakby coraz bardziej traciły swój powab, ale rozlewa się po całej Europie, która też już nie wydaje się być tak atrakcyjną, jak jeszcze na początku lat 90-tych ubiegłego wieku.
Wróćmy jednak do przedwojennej Warszawy. W czasie, gdy Florian pracował w fabryce gumy, Genowefa zajmowała się domem. Ktoś musiał opiekować się żywym jak srebro chłopakiem. Pewnego razu, gdy wróciła z Oswaldkiem z zakupów i spaceru, po mieszkaniu kręcił się jakiś nieznajomy mężczyzna o zakapiorskim wyglądzie. Gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, oprych rozwścieczony odepchnął młodą kobietę z dzieckiem, wybiegł na klatkę schodową, zbiegł czym prędzej po schodach i zniknął gdzieś w plątaninie wolskich uliczek. Zaskoczona i wystraszona Gienia nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. Gdy się otrząsnęła, sprawdziła czy z mieszkania nic nie zniknęło. Tak naprawdę niewiele można byłoby z niego ukraść, ale jakąś skromną biżuterię czy zaskórniaki mógłby zabrać. O zdarzeniu tym opowiedziała sąsiadce. I jeszcze tego samego dnia podszedł do niej pewien dwudziestokilkuletni chłopak, mieszkaniec tej samej kamienicy, i powiedział:
- Pani Szpakowa, następnym razem, jak ktoś będzie się kręcił po pani po mieszkaniu, to niech pani woła i krzyczy, a my już będziemy wiedzieli, co mamy robić.
Ten młodzieniec nie pracował, choć nigdy nie brakowało mu środków do życia. Na Woli, jak powszechnie wiadomo, nie wszyscy utrzymywali się z ciężkiej, uczciwej pracy, lecz warto odnotować, że spora część osób z półświatka kierowała się jednak swoistym kodeksem honorowym, a sąsiadowi, wiadomo, w potrzebie zawsze należało pomóc.
W opowieściach Genowefy o Warszawie pojawiał się kościół na ulicy Karolkowej. Świątynia wybudowana w latach 1931 - 1933, w stylu modernistycznym. Gdy trafiłem doń po raz pierwszy jesienią 2014 roku, kiedy to wyruszyłem na pierwszy w moim życiu długi spacer po Woli, ulicą Wolską, Karolkową, Okopową, Żytnią, wieczorową porą, nie mając świadomości, że ta współczesna Wola, mimo że nie mająca wiele wspólnego z Wolą przedwojenną, w pewnych miejscach, o pewnej porze, do miejsc najbezpieczniejszych w stolicy nie należy, poczułem się tak, jakbym trafił do miejsc, które już poniekąd znałem. Zwłaszcza w murach kościoła św. Klemensa Hofbauera momentalnie ogarnęło mnie uczucie wewnętrznego pokoju. Prostota i surowość wnętrza, a jednocześnie wrażenie ciepła domowego ogniska. Dopiero, gdy wróciłem do Białegostoku, mama uświadomiła mi, że ów kościół na Karolkowej często powracał w opowieściach babci. Te same mury, ten sam układ, i choć w czasie Powstania Warszawskiego kościół został zbombardowany, to przed pożarem ochroniła go nowoczesna konstrukcja, ogień bowiem nie uszkodził żelbetonowego stropu i nie zniszczył wnętrza. Natomiast w dniu 6 sierpnia 1944 roku Niemcy zamordowali na ulicy Wolskiej trzydziestu ojców, braci i kleryków mieszkających w klasztorze redemptorystów mieszczącym się przy kościele. Kolejne świadectwo Rzezi Woli, uświadamiające jaki los mógłby spotkać Genowefę i Floriana z dziećmi, gdyby czas wojny przyszło im spędzić w Warszawie. Tymczasem w tych murach świątyni, jakby trwały szepty modlitw zanoszonych i przez Genowefę, zapisały się w przestrzeni nawy na stałe, wraz z modlitwami wypowiadanymi przez tych, którzy na czas wojny tu pozostali i nie mieli szans jej przetrwać.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzeź Woli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzeź Woli. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 28 lipca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 16 - na warszawskiej robotniczej Woli
poniedziałek, 22 lipca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 15 - przyjazd do Warszawy, robotnicza Wola
Zawieruchę wojenną przetrwała książeczka ubezpieczeniowa Floriana, wydana w 1936 roku, z wpisanymi do niej dwoma adresami zamieszkania, pierwszym przy ulicy Towarowej 33, i drugim przy Placu Kazimierza Wielkiego. Warszawska robotnicza Wola. A więc kuzyni pomogli znaleźć pracę i mieszkanie. Genowefa i Florian, z trzyletnim synkiem, nie musieli wyruszać w ciemno do stolicy. Z Adamowców do Warszawy jest ponad 600 kilometrów. Wyprawa z tego odległego zakątka była w tamtych czasach przedsięwzięciem logistycznie skomplikowanym. Z rozległych, falujących krajobrazów północno-wschodniej Wileńszczyzny, z pól, łąk, lasów, jezior, do fabrycznej, robotniczej dzielnicy - warszawskiej Woli. Nieopodal słynnego Kercelaka z labiryntem ścieżek między drewnianymi straganami, przekrzykującymi się przekupkami i przekupniami, tłumami kupujących, a też przedstawicielami kryminalnego półświatka. Gmachy fabryk, ogromnych, średnich i malutkich; skromne zakłady rzemieślnicze; kominy potężne, sięgające nieba i niższe, kamienice czynszowe, kilkupiętrowe, a między nimi i niska, parterowa zabudowa, tu kino, tam knajpa, szpitale, kościół w stylu neogotyckim, modernistycznym, cerkiew prawosławna. Istna różnorodność wszystkiego wokół, momentami ocierająca się o chaos. Łoskot pędzących tramwajów, przejeżdżające dość szerokimi ulicami automobile, wozy konne, gwar tłumów przemykających chodnikami, robotnicy śpieszący do fabryk na pierwszą, drugą zmianę, nad ranem, wieczorem, w nocy. Dym wydobywający się z kominów, jazgotliwa zajezdnia tramwajowa, okrągłe monumentalne budynki z czerwonej cegły należące do Gazowni Warszawskiej. Wschody i zachody słońca zza kominów i fabrycznych dachów, i jasne słoneczne światło sączące się zza zasłony dymów, pyłu i wzbijanego kurzu, z dostrzegalnymi skrawkami błękitnego nieba i białych obłoków. W tej mieszaninie szarości, hałasu, bogactwa i nędzy, ludzkiej wytrwałości, cierpliwości, szlachetności i upadku, a czasem nawet plugastwa wszelakiego, trzeba było zbudować dom już nie z kamienia czy drewna, ale przystań dla ducha, przestrzeń, do której po znojnej pracy będzie się wracać z prawdziwą ulgą i radością w sercu.
Istnieje publikacja z 1998 roku pod tytułem "Historia polskiego przemysłu gumowego" - część 8 serii "Karty z historii polskiego przemysłu chemicznego", autorstwa Mariana Basia, Lecha Ciechanowicza, Wiktora Hryniewieckiego, Wiktora Jurczakowskiego i Jerzego Rucińskiego, która wspomina o kilku fabrykach produkujących gumę na Woli. Tą najbardziej pasującą do skrawków informacji związanych z Genowefą i Florianem wydaje się być Fabryka Wyrobów Gumowych "Indogum", mieszcząca się przy ulicy Srebrnej 16, założona w 1932 roku, w 1936 roku zatrudniająca 75 pracowników. Jako jej właściciele wymienieni zostali: M. Kejlin, J. Reichenbaum, H. Gruszkowski. Produkowano w niej węże, tkaniny gumowane, wyroby techniczne, opony i dętki rowerowe. W rubryce uwagi widnieje informacja, że została zniszczona we wrześniu 1939 roku. To najprawdopodobniej w niej od lata 1936 r. do czerwca 1939 r. pracował Florian. Z Towarowej miałby do pracy drogę nie zanadto odległą, bo tylko około kilometra, a z Placu Kazimierza Wielkiego jeszcze bliżej.
Kamienica na Towarowej 33 i plac Kazimierza Wielkiego już nie istnieją, nawet nie do końca wiadomo, gdzie dokładnie ta kamienica stała, nieco łatwiej zlokalizować miejsce, w którym niegdyś rozlokował się plac imienia tego tak cenionego króla. Kiedy w 2014 r. pomieszkiwałem przy ulicy Żytniej i zacząłem odkrywać Wolę, natknąłem się w pobliżu ulicy Towarowej 30 na tablicę Tchorka z wygrawerowanym napisem: "Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. W dniach 5-6 sierpnia 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali w tym miejscu 120 osób". Upamiętnia ona ofiary egzekucji przeprowadzonej przez Niemców w trakcie Rzezi Woli. W okolicach 6 sierpnia 1944 r. na podwórzu pobliskiego domu przy ulicy Krochmalnej 90 (obecnie Jaktorowska 4) zamordowano co najmniej 34 osoby. Tablic Tchorka na pobliskiej ulicy Wolskiej, Górczewskiej, i rozsianych po innych uliczkach Woli jest znacznie więcej. Niedaleko stąd był też plac Kazimierza Wielkiego, na którym - przed powrotem w czerwcu 1939 r. na Wileńszczyznę - mieszkali Florian z Genowefą i kilkuletnim synkiem. Co zdecydowało o tym wyjeździe do Adamowców? Z opowieści Genowefy wynikało, że miał być to powrót tymczasowy, Warszawy nie zamierzali opuścić na zawsze. Jaki byłby ich los, gdyby jednak z Warszawy nie wyjechali albo wrócili przed wrześniem 1939 r.? Być może i oni znaleźliby się w tych liczbach ujętych na kamiennych tablicach, w gronie ofiar nieznanych z imienia i nazwiska, ale już nie tylko we trójkę, lecz i z dziewczynką poczętą na Woli, choć – dzięki zrządzeniu Opatrzności – urodzoną już w styczniu 1940 r. w Adamowcach, w dawnym województwie wileńskim.
W czerwcu 1939 r. można już było spodziewać się wybuchy wojny. Kto jednakże mógł przewidzieć, jakie przyniesie ona ze sobą okrucieństwa. Wedle zapewnień ówczesnej propagandy Polska miała być państwem silnym militarnie i moralnie, naród zjednoczony i gotowy do walki. Ale zostawmy propagandowe hasła, wróćmy do pięknego lata roku 1936, pozwólmy młodym nacieszyć się sobą, rodziną, Warszawą, nową pracą, marzeniami o lepszym życiu, nadzieją na lepszy los niż ten, który pozostawili za sobą, hen daleko na Wileńszczyźnie.
Istnieje publikacja z 1998 roku pod tytułem "Historia polskiego przemysłu gumowego" - część 8 serii "Karty z historii polskiego przemysłu chemicznego", autorstwa Mariana Basia, Lecha Ciechanowicza, Wiktora Hryniewieckiego, Wiktora Jurczakowskiego i Jerzego Rucińskiego, która wspomina o kilku fabrykach produkujących gumę na Woli. Tą najbardziej pasującą do skrawków informacji związanych z Genowefą i Florianem wydaje się być Fabryka Wyrobów Gumowych "Indogum", mieszcząca się przy ulicy Srebrnej 16, założona w 1932 roku, w 1936 roku zatrudniająca 75 pracowników. Jako jej właściciele wymienieni zostali: M. Kejlin, J. Reichenbaum, H. Gruszkowski. Produkowano w niej węże, tkaniny gumowane, wyroby techniczne, opony i dętki rowerowe. W rubryce uwagi widnieje informacja, że została zniszczona we wrześniu 1939 roku. To najprawdopodobniej w niej od lata 1936 r. do czerwca 1939 r. pracował Florian. Z Towarowej miałby do pracy drogę nie zanadto odległą, bo tylko około kilometra, a z Placu Kazimierza Wielkiego jeszcze bliżej.
Kamienica na Towarowej 33 i plac Kazimierza Wielkiego już nie istnieją, nawet nie do końca wiadomo, gdzie dokładnie ta kamienica stała, nieco łatwiej zlokalizować miejsce, w którym niegdyś rozlokował się plac imienia tego tak cenionego króla. Kiedy w 2014 r. pomieszkiwałem przy ulicy Żytniej i zacząłem odkrywać Wolę, natknąłem się w pobliżu ulicy Towarowej 30 na tablicę Tchorka z wygrawerowanym napisem: "Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. W dniach 5-6 sierpnia 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali w tym miejscu 120 osób". Upamiętnia ona ofiary egzekucji przeprowadzonej przez Niemców w trakcie Rzezi Woli. W okolicach 6 sierpnia 1944 r. na podwórzu pobliskiego domu przy ulicy Krochmalnej 90 (obecnie Jaktorowska 4) zamordowano co najmniej 34 osoby. Tablic Tchorka na pobliskiej ulicy Wolskiej, Górczewskiej, i rozsianych po innych uliczkach Woli jest znacznie więcej. Niedaleko stąd był też plac Kazimierza Wielkiego, na którym - przed powrotem w czerwcu 1939 r. na Wileńszczyznę - mieszkali Florian z Genowefą i kilkuletnim synkiem. Co zdecydowało o tym wyjeździe do Adamowców? Z opowieści Genowefy wynikało, że miał być to powrót tymczasowy, Warszawy nie zamierzali opuścić na zawsze. Jaki byłby ich los, gdyby jednak z Warszawy nie wyjechali albo wrócili przed wrześniem 1939 r.? Być może i oni znaleźliby się w tych liczbach ujętych na kamiennych tablicach, w gronie ofiar nieznanych z imienia i nazwiska, ale już nie tylko we trójkę, lecz i z dziewczynką poczętą na Woli, choć – dzięki zrządzeniu Opatrzności – urodzoną już w styczniu 1940 r. w Adamowcach, w dawnym województwie wileńskim.
W czerwcu 1939 r. można już było spodziewać się wybuchy wojny. Kto jednakże mógł przewidzieć, jakie przyniesie ona ze sobą okrucieństwa. Wedle zapewnień ówczesnej propagandy Polska miała być państwem silnym militarnie i moralnie, naród zjednoczony i gotowy do walki. Ale zostawmy propagandowe hasła, wróćmy do pięknego lata roku 1936, pozwólmy młodym nacieszyć się sobą, rodziną, Warszawą, nową pracą, marzeniami o lepszym życiu, nadzieją na lepszy los niż ten, który pozostawili za sobą, hen daleko na Wileńszczyźnie.
czwartek, 11 stycznia 2024
Z Krukowszczyzny do Warszawy - wspomnienia (część 1)
Krukowszczyzna, obecnie część Mosarza, rok 1918, na hiszpankę umierają Witalis i Emilia Bochanowie. Witalis miał wedle opowieści rodzinnych pełnić funkcję zarządcy w majątku Kaliksta Piłsudskiego w Mosarzu, a jak było w rzeczywistości nie sposób już dociec. To nie jest też nawet zanadto istotne. Osierocili kilkoro dzieci, w tym niepełonoletnią Genowefę i Władysława, i sporo starszego od nich Justyna. W 1920 r. w czasie marszu bolszewików na zachód, do domostwa Justyna przybiegł chłopiec z Mosarza i ostrzegł go o krasnoarmiejcach, wypytujących o niego w miasteczku i już zmierzających w stronę Krukowszczyzny. Ktoś zatem musiał donieść o bogatym gospodarzu, wrogu ludu i rewolucji, na dodatek polskiej narodowości. Niemal w ostatniej chwili Justyn dosiadł konia i drugą parą wrót w stodole uciekł niedoszłym opracowcom, którzy mieli już być na podwórzu. Czmychnał w stronę lasu, kilku konnych puściło się za nim w pościg, ale zniknął im z pola widzenia gdzieś w pobliskiej kniei. Okazały dom i wszystkie zabudowania zostały spalone przez rozwścieczonych żołdaków. Ktoś musiał donieść, ale ktoś musiał też Justyna cenić, skoro podobno niespełna dziesięcioletni chłopiec przybiegł z miasteczka, by ocalić mu życie.
Babcię czytania uczył dziadek z książeczki do nabożeństwa. Niestety mała Gienia nie nauczyła się pisać. Nie przeszkadzało jej to jednak w tym, by być dobrą matką i babcią, serdeczną i życiowo, prawidzwie ewanglicznie mądrą. Gdy w latach 1936 - 1939 znalazła się wraz z mężem - Florianem - w Warszawie, o jej edukację zadbała hrabina Zabiełło. Florian pracował w fabryce gumy na Woli, mieszkali na Towarowej 33, i gdzieś na Placu Kazimierza Wielkiego; w czerwcu 1939 r. wrócili na Wileńszczyznę, co im ocaliło życie, im i sześcioletniemu synkowi - Oswaldowi, i poczętej w Warszawie, ale oczekującej jeszcze swego przyjścia na świat - w dniu 30 stycznia 1940 r. - Florentynie. Najprawdopodbniej w pobliżu miejsca, w którym stała kamienica, w której mieszkali Gienia i Florian, stoi dziś Tablica pamiątkowa Tchorka przy ul. Towarowej 30 z napisem: „Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. W dniach 5–6 VIII 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali w tym miejscu 120 osób”. Być może i oni znaleźliby się wśród ofiar Rzezi Woli, gdyby w czas nie opuścili Warszawy. Nie bez powodu mama wiele razy opowiadała o śnie często ją nawiedzającym, w którym widziała Warszawę z lotu ptaka, mroczną, pełną ruin, złowrogą, wyludnioną, z unoszącymi się nad nią dymami. Ten sen przestał ją nękać, gdy w roku 2016 zamieszkała w Warszawie, i co symboliczne - żywota dokonała w szpitalu na Woli 17 sierpnia 2023 r., na Woli, na której została też poczęta. W latach 1936 - 1939, trzydziestokilkuletnia Gienia (rocznik 1911) dorywczo pracowała jako służąca w czasie przyjęć u hrabiny Zabiełło, która miała być dla niej dobra jak matka. Otrzymała elganckie ubranie, ale przede wszystkim serce, dobre, godne traktowanie, i jeszcze edukację, którą hrabina wobec biednej dziewczyny z Wileńszczyzny traktowała niemal jak misję. Babcia nigdy nie dowiedziała się jaki los spotkał hrabinę w czasie wojny i po jej zakończeniu, jej syn - Stanisław - był jeszcze w międzywojniu dyplomatą, córka lubiła podróże do Paryża; po wojnie Stanisław Zabiełło napisał książkę "O rząd i granice", ale informacji o losach hrabiny Zabiełło nie udało się uzyskać.
Zanim Genowefa trafiła do Warszawy, doświadczyła łaski i niełaski krewnych po przedwczesnej śmierci rodziców, a później dziadka, i do końca życia nie miała wielkiego nabożeństwa do rodziny, wielokrotnie powtarzała, że dużo więcej dobra doznała ze strony ludzi zupełnie jej obcych. Zawsze też bardziej chwaliła Warszawę niż Wilno. W Warszawie ludzie mili być bardziej otwarci, życzliwi i pomocni, Wilno pojawiało się w jej opowieściach przede wszystkim ze względu na Ostrą Bramę i Kalwarię Wileńską, do których pielgrzymowała.
Jeszcze jako dziewięcioletnia dziewczynka, Gienia z grupą innych dzieciaków z Krukowszczyzny i Mosarza wybiegła na drogę, by witać polskich ułanów, którzy przepędzili stąd barbarzyńskich okupantów ze wschodu. To wydarzenie zapadło jej głęboko w pamięć. Mama pytała babcię skąd wiedziała, że jest Polką. W okolicy, w której mieszkali Litwini, Białorusini, Żydzi, nawet Tatarzy w Murzach i zdaje się, że też w Rakowcach, kwestia narodowości nie była sprawą wcale taką oczywistą. Babcia na to odpowiadała, że mówił jej o tym dziadek, co uczył ją czytania z książeczki do nabożeństwa, w języku polskim oczywiście.
CDN
Babcię czytania uczył dziadek z książeczki do nabożeństwa. Niestety mała Gienia nie nauczyła się pisać. Nie przeszkadzało jej to jednak w tym, by być dobrą matką i babcią, serdeczną i życiowo, prawidzwie ewanglicznie mądrą. Gdy w latach 1936 - 1939 znalazła się wraz z mężem - Florianem - w Warszawie, o jej edukację zadbała hrabina Zabiełło. Florian pracował w fabryce gumy na Woli, mieszkali na Towarowej 33, i gdzieś na Placu Kazimierza Wielkiego; w czerwcu 1939 r. wrócili na Wileńszczyznę, co im ocaliło życie, im i sześcioletniemu synkowi - Oswaldowi, i poczętej w Warszawie, ale oczekującej jeszcze swego przyjścia na świat - w dniu 30 stycznia 1940 r. - Florentynie. Najprawdopodbniej w pobliżu miejsca, w którym stała kamienica, w której mieszkali Gienia i Florian, stoi dziś Tablica pamiątkowa Tchorka przy ul. Towarowej 30 z napisem: „Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. W dniach 5–6 VIII 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali w tym miejscu 120 osób”. Być może i oni znaleźliby się wśród ofiar Rzezi Woli, gdyby w czas nie opuścili Warszawy. Nie bez powodu mama wiele razy opowiadała o śnie często ją nawiedzającym, w którym widziała Warszawę z lotu ptaka, mroczną, pełną ruin, złowrogą, wyludnioną, z unoszącymi się nad nią dymami. Ten sen przestał ją nękać, gdy w roku 2016 zamieszkała w Warszawie, i co symboliczne - żywota dokonała w szpitalu na Woli 17 sierpnia 2023 r., na Woli, na której została też poczęta. W latach 1936 - 1939, trzydziestokilkuletnia Gienia (rocznik 1911) dorywczo pracowała jako służąca w czasie przyjęć u hrabiny Zabiełło, która miała być dla niej dobra jak matka. Otrzymała elganckie ubranie, ale przede wszystkim serce, dobre, godne traktowanie, i jeszcze edukację, którą hrabina wobec biednej dziewczyny z Wileńszczyzny traktowała niemal jak misję. Babcia nigdy nie dowiedziała się jaki los spotkał hrabinę w czasie wojny i po jej zakończeniu, jej syn - Stanisław - był jeszcze w międzywojniu dyplomatą, córka lubiła podróże do Paryża; po wojnie Stanisław Zabiełło napisał książkę "O rząd i granice", ale informacji o losach hrabiny Zabiełło nie udało się uzyskać.
Zanim Genowefa trafiła do Warszawy, doświadczyła łaski i niełaski krewnych po przedwczesnej śmierci rodziców, a później dziadka, i do końca życia nie miała wielkiego nabożeństwa do rodziny, wielokrotnie powtarzała, że dużo więcej dobra doznała ze strony ludzi zupełnie jej obcych. Zawsze też bardziej chwaliła Warszawę niż Wilno. W Warszawie ludzie mili być bardziej otwarci, życzliwi i pomocni, Wilno pojawiało się w jej opowieściach przede wszystkim ze względu na Ostrą Bramę i Kalwarię Wileńską, do których pielgrzymowała.
Jeszcze jako dziewięcioletnia dziewczynka, Gienia z grupą innych dzieciaków z Krukowszczyzny i Mosarza wybiegła na drogę, by witać polskich ułanów, którzy przepędzili stąd barbarzyńskich okupantów ze wschodu. To wydarzenie zapadło jej głęboko w pamięć. Mama pytała babcię skąd wiedziała, że jest Polką. W okolicy, w której mieszkali Litwini, Białorusini, Żydzi, nawet Tatarzy w Murzach i zdaje się, że też w Rakowcach, kwestia narodowości nie była sprawą wcale taką oczywistą. Babcia na to odpowiadała, że mówił jej o tym dziadek, co uczył ją czytania z książeczki do nabożeństwa, w języku polskim oczywiście.
CDN
sobota, 15 listopada 2014
Wola - jesień 2014
Coraz trudniej mi uwierzyć w przypadkowość pewnych zdarzeń. Długo się wzbraniałem przed Warszawą i potrzebowałem przyparcia do muru, by zdecydować się na krok, który kilkadziesiąt lat wcześniej podjęli Dziadkowie. Ulica Żytnia kojarzyła mi się jedynie z hymnem Batalionu Parasol. Nie miałem świadomości, że zamieszkam w pobliżu ulicy Wroniej. Być może obecna Kardynała Wyszyńskiego, odchodząca od Żytniej była przed wojną przedłużeniem Wroniej?
Teraz Wronia, rozpoczyna swój bieg, na lewo od Alei Solidarności, na wysokości pomnika Ofiar Rzezi Woli. Jest chłodny jesienny, słoneczny dzień, z jasnobłękitnym niebem nad Wolą. Szklany dom na rogu Alei i Okopowej. Zgiełk, hałas, ziemia drżąca od przejeżdżających tramwajów. Gdzieś tutaj od 1867 r. do 1944 r. rozlokowało się jedno z największych targowisk w Warszawie - legendarny Kercelak.
Na początku lat 30-tych ubiegłego wieku Babcia i Dziadek postanowili opuścić Wileńszczyznę, by szukać szczęścia w Warszawie. Miłosz pisał o międzywojennym Wilnie jako o wyjątkowo ciasnym, dusznym prowincjonalnym mieście. Wileńszczyzna była wówczas pewnie taką samą parszywą prowincją, jaką dziś jest tak silnie i nieudolnie promowane Podlasie, a Białystok mimo całej swojej nachalnej kampanii z przedwojennym Wilnem w żaden sposób równać się nie może. Najpierw zamieszkali na ulicy Towarowej, później na Wroniej, na robotniczej Woli. Dziadek pracował w fabryce, niestety nie wiadomo w jakiej, Babcia została służącą u hrabiny Zabiełło, która dbałą o młodą, ledwie dwudziestokilkuletnią śliczną czarnowłosą i niebieskooką przybyszkę z północno - wschodniej Wileńszczyzny, niczym o własną córkę, o jej edukację, i nigdy w żaden sposób nie dawała młodej dziewczynie odczuć, że jest osobą niższej kategorii.
Tuż przed wybuchem wojny oboje z kilkuletnim synkiem i oczekiwanym potomkiem - wówczas jeszcze płci nieznanej - powrócili w rodzinne strony, co najprawdopodobniej ocaliło ich życie, Dziadka niestety nie na długo. Na Woli zginąłby na początku sierpnia 1944 r., a tak uzyskał odroczenie o rok.
Warszawę opuszczali posiadając już własne mieszkanie w kamienicy przy Wroniej właśnie. Po wojnie Babcia z kilkuletnią córeczką poczętą jeszcze w Warszawie, wróciła już jako repatriantka, by odzyskać to, co pozostawili w 1939 r., ale ich dawna ulica obróciła się w stertę gruzów. W październiku 2014 r. ulica Wronia jest kłębowiskiem chaotycznej zabudowy, szklanych domów, apartamentowców, biurowców, gdzieniegdzie przetykanych jakimiś starszymi budynkami, wyglądającymi na międzywojenne. W godzinach porannych wydaje się być pusta, z rzadka przemykają mężczyźni w garniturach, przy jakiejś kafejce kręcą się młodzi robotnicy i klną jak szewcy. Przecina ją Ogrodowa, z dużo lepiej zachowanym klimatem przedwojennej Warszawy. Na tym odcinku ocalało więcej starych kamienic, wysokich i ponurych. Chłonę całą tę atmosferę łapczywie. Szklane domy i międzywojenne ceglane kamienice, ostre, przeszywające powietrze, i poczucie niemal fizycznej obecności Babci i Dziadka. Obecności Dziadka, którego nigdy nie spotkałem i Babci, która opuściła nas zdecydowanie przedwcześnie. Poczucie, które chciałbym zatrzymać na zawsze. Od tej pory Wolę będę odkrywał stopniowo, fragmentarycznie, trochę chaotycznie, jak cała jej współczesna architektura i krajobraz.
Każdy skrawek zieleni, trawnika, ziemi wydaje się tu być przesiąknięty krwią kilkudziesięciu tysięcy ofiar. Dotykam stopami piasku, ziemi, które wchłonęły krew ludzi, których mijali, widzieli, znali Babcia i Dziadek. Krew ofiar w sierpniu 1944 dosłownie płynęła ulicami. Tak Wolę opisywali ci, którzy byli świadkami tej niemającej sobie podobnej Rzezi, i którym cudem udało się przeżyć. Tak to opisuje w swojej książce "Rzeź Woli. Zbrodnia nierozliczona" Piotr Gursztyn, przytaczając relacje świadków, potykających się o martwe ciała na ulicach, boso biegnących po odłamkach szkła, po lepkich kałużach krwi, między rzędami płonących jak pochodnie domów.
Ulica Wolska, skrzyżowanie z Karolkową. Kolejny słoneczny, chłodny dzień, czyste błękitne niebo. Strzeżony parking otoczony siatką, za nim wzdłuż Wolskiej ciągnie się pas zieleni. Na rogu Karolkowej pierwszy kamienny obelisk z tablicą Tchorka , upamiętniającą rozstrzelanie w tym miejscu 6 sierpnia kilkuset osób. Nieustanny ruch na dwupasmowej Wolskiej, hałas, wszystko wokół zalane słońcem, jakieś drzewa w pobliżu, które zbrodni pamiętać nie mogą, niesprzątnięte śmieci, pudełka, papiery, być może nawiane przez wiatr, walające się wokół pomnika. Trawa, jeszcze zielona, wilgotna ziemia i obłąkańczy pęd miasta, szum; świat, który nie znajduje czasu, by tu codziennie przystanąć, zatrzymać się. Przy kamieniu leżą jednak kwiaty, stoją znicze, a więc jednak ktoś przychodzi i pamięta. Oddalam się od zgiełku Wolskiej, zagłębiam się w Karolkową, w stronę klasztoru redemptorystów i kościoła pod wezwaniem św.Klemensa Hofbauera. Modernistyczna budowla z lat 30-tych XX w. doskonale pamięta apokaliptyczne wydarzenia z początku sierpnia 1944 r. Kolejna tablica na frontonie kościoła i liczne inne poświęcone ofiarom Rzezi na dziedzińcu świątynnym, a raczej szkolnym. Gursztyn opisuje relację świadka, ukrywającego się na terenie pobliskiej zajezdni tramwajowej, który miał usłyszeć od ocalałych kilku osób o mordzie dokonanym na około 400 cywilach i ich ciałach ułożonych na stos do spalenia przed kościołem. Solidna żelbetowa konstrukcja uchroniła budynek przed spłonięciem. 3 zakonników Niemcy rozstrzelali kilka kroków od świątyni, pozostałych poprowadzili na Wolską. Cisza panująca na nasłonecznionym dziedzińcu, kolorowe, radosne obrazki wykonane przez dzieciaki wystawione w oknach szkoły przylegającej do budynku kościoła, i kilkanaście tablic umieszczonych w murze okalającym podwórze, zielone krzewy, figura Matki Boskiej, być może tu leżały ciała owych 400 nieszczęśników i nie chciały spłonąć przez kilka dni. Jedna tablica poświęcona typowej wolskiej rodzinie, oboje rodzice i kilkoro dzieci zamordowanych przez Niemców. Robotnicza Wola to przecież duże, kilkupokoleniowe rodziny, dziadkowie, rodzice, dzieci, ginęli nieraz wszyscy, dziś nie ma nawet kto o nich pamiętać, zapalić świeczki, położyć kwiatów w miejscu stracenia. Inna tablica wspomina personel szpitala, lekarzy, pielęgniarki, chorych. Kolejna kilkunastoletnie rozstrzelane harcerki. Szkoła, słońce, zieleń, kolorowe obrazki, plakaty, aż nie sposób uwierzyć, że w takim miejscu mogło dojść do tak straszliwej zbrodni. Zawsze miałem z tym problem, z pogodzeniem ludzkiego bestialstwa, okrucieństwa z pięknem świata, które istniało też w momencie zbrodni. 5 i 6 sierpnia były podobno słonecznymi, ciepłymi dniami. Na robotniczej Woli istniało mnóstwo zielonych ogrodów, warzywnych, świadkowie zbrodni, wspominali pomidory z owych ogrodów, które w niejednym przypadku ratowały im życie, w wielu innych życie niejako odbierały. Prowadzeni w kolumnach cywile, którzy oddalali się od pochodu, by zerwać te warzywa z krzaka, stawali się łatwym celem dla zgłodniałych krwi i mordu żołdaków.
Ten paradoks piękna i okrucieństwa przypomina mi miejsce straceń w lesie na Pietraszach, pięknym, sosnowym, położonym na malowniczych pagórkach, który Niemcy upodobali sobie na miejsce zbrodni. Na polanie rozstrzelali około 6 000 osób, w większości Żydów, ale też i Polaków - mieszkańców Białegostoku i pobliskiego Wasilkowa. Żywiczny zapach, bursztynowy, miodowy kolor pni sosen w popołudniowym słońcu, pod błękitnym niebem, tajemnicze zakątki, doliny, wzniesienia, miejsce dziecięcych eskapad, wagarów, młodzieńczych lektur, z centralnie położoną polaną, do której - jako dziecko - zbliżałem się zawsze z dreszczem grozy, lękiem, potęgowanym opowieściami pewnego starszego rodowitego białostoczanina o czaszkach walających się po lesie, w których miejscowi żule mieli szukać złotych zębów.
Kontrast końca świata wielu ludzi z obojętnym pięknem natury. Groza i zarazem spokój takich miejsc. Tego jeszcze zrozumieć nie potrafię.
CDN
Teraz Wronia, rozpoczyna swój bieg, na lewo od Alei Solidarności, na wysokości pomnika Ofiar Rzezi Woli. Jest chłodny jesienny, słoneczny dzień, z jasnobłękitnym niebem nad Wolą. Szklany dom na rogu Alei i Okopowej. Zgiełk, hałas, ziemia drżąca od przejeżdżających tramwajów. Gdzieś tutaj od 1867 r. do 1944 r. rozlokowało się jedno z największych targowisk w Warszawie - legendarny Kercelak.
Na początku lat 30-tych ubiegłego wieku Babcia i Dziadek postanowili opuścić Wileńszczyznę, by szukać szczęścia w Warszawie. Miłosz pisał o międzywojennym Wilnie jako o wyjątkowo ciasnym, dusznym prowincjonalnym mieście. Wileńszczyzna była wówczas pewnie taką samą parszywą prowincją, jaką dziś jest tak silnie i nieudolnie promowane Podlasie, a Białystok mimo całej swojej nachalnej kampanii z przedwojennym Wilnem w żaden sposób równać się nie może. Najpierw zamieszkali na ulicy Towarowej, później na Wroniej, na robotniczej Woli. Dziadek pracował w fabryce, niestety nie wiadomo w jakiej, Babcia została służącą u hrabiny Zabiełło, która dbałą o młodą, ledwie dwudziestokilkuletnią śliczną czarnowłosą i niebieskooką przybyszkę z północno - wschodniej Wileńszczyzny, niczym o własną córkę, o jej edukację, i nigdy w żaden sposób nie dawała młodej dziewczynie odczuć, że jest osobą niższej kategorii.
Tuż przed wybuchem wojny oboje z kilkuletnim synkiem i oczekiwanym potomkiem - wówczas jeszcze płci nieznanej - powrócili w rodzinne strony, co najprawdopodobniej ocaliło ich życie, Dziadka niestety nie na długo. Na Woli zginąłby na początku sierpnia 1944 r., a tak uzyskał odroczenie o rok.
Warszawę opuszczali posiadając już własne mieszkanie w kamienicy przy Wroniej właśnie. Po wojnie Babcia z kilkuletnią córeczką poczętą jeszcze w Warszawie, wróciła już jako repatriantka, by odzyskać to, co pozostawili w 1939 r., ale ich dawna ulica obróciła się w stertę gruzów. W październiku 2014 r. ulica Wronia jest kłębowiskiem chaotycznej zabudowy, szklanych domów, apartamentowców, biurowców, gdzieniegdzie przetykanych jakimiś starszymi budynkami, wyglądającymi na międzywojenne. W godzinach porannych wydaje się być pusta, z rzadka przemykają mężczyźni w garniturach, przy jakiejś kafejce kręcą się młodzi robotnicy i klną jak szewcy. Przecina ją Ogrodowa, z dużo lepiej zachowanym klimatem przedwojennej Warszawy. Na tym odcinku ocalało więcej starych kamienic, wysokich i ponurych. Chłonę całą tę atmosferę łapczywie. Szklane domy i międzywojenne ceglane kamienice, ostre, przeszywające powietrze, i poczucie niemal fizycznej obecności Babci i Dziadka. Obecności Dziadka, którego nigdy nie spotkałem i Babci, która opuściła nas zdecydowanie przedwcześnie. Poczucie, które chciałbym zatrzymać na zawsze. Od tej pory Wolę będę odkrywał stopniowo, fragmentarycznie, trochę chaotycznie, jak cała jej współczesna architektura i krajobraz.
Każdy skrawek zieleni, trawnika, ziemi wydaje się tu być przesiąknięty krwią kilkudziesięciu tysięcy ofiar. Dotykam stopami piasku, ziemi, które wchłonęły krew ludzi, których mijali, widzieli, znali Babcia i Dziadek. Krew ofiar w sierpniu 1944 dosłownie płynęła ulicami. Tak Wolę opisywali ci, którzy byli świadkami tej niemającej sobie podobnej Rzezi, i którym cudem udało się przeżyć. Tak to opisuje w swojej książce "Rzeź Woli. Zbrodnia nierozliczona" Piotr Gursztyn, przytaczając relacje świadków, potykających się o martwe ciała na ulicach, boso biegnących po odłamkach szkła, po lepkich kałużach krwi, między rzędami płonących jak pochodnie domów.
Ulica Wolska, skrzyżowanie z Karolkową. Kolejny słoneczny, chłodny dzień, czyste błękitne niebo. Strzeżony parking otoczony siatką, za nim wzdłuż Wolskiej ciągnie się pas zieleni. Na rogu Karolkowej pierwszy kamienny obelisk z tablicą Tchorka , upamiętniającą rozstrzelanie w tym miejscu 6 sierpnia kilkuset osób. Nieustanny ruch na dwupasmowej Wolskiej, hałas, wszystko wokół zalane słońcem, jakieś drzewa w pobliżu, które zbrodni pamiętać nie mogą, niesprzątnięte śmieci, pudełka, papiery, być może nawiane przez wiatr, walające się wokół pomnika. Trawa, jeszcze zielona, wilgotna ziemia i obłąkańczy pęd miasta, szum; świat, który nie znajduje czasu, by tu codziennie przystanąć, zatrzymać się. Przy kamieniu leżą jednak kwiaty, stoją znicze, a więc jednak ktoś przychodzi i pamięta. Oddalam się od zgiełku Wolskiej, zagłębiam się w Karolkową, w stronę klasztoru redemptorystów i kościoła pod wezwaniem św.Klemensa Hofbauera. Modernistyczna budowla z lat 30-tych XX w. doskonale pamięta apokaliptyczne wydarzenia z początku sierpnia 1944 r. Kolejna tablica na frontonie kościoła i liczne inne poświęcone ofiarom Rzezi na dziedzińcu świątynnym, a raczej szkolnym. Gursztyn opisuje relację świadka, ukrywającego się na terenie pobliskiej zajezdni tramwajowej, który miał usłyszeć od ocalałych kilku osób o mordzie dokonanym na około 400 cywilach i ich ciałach ułożonych na stos do spalenia przed kościołem. Solidna żelbetowa konstrukcja uchroniła budynek przed spłonięciem. 3 zakonników Niemcy rozstrzelali kilka kroków od świątyni, pozostałych poprowadzili na Wolską. Cisza panująca na nasłonecznionym dziedzińcu, kolorowe, radosne obrazki wykonane przez dzieciaki wystawione w oknach szkoły przylegającej do budynku kościoła, i kilkanaście tablic umieszczonych w murze okalającym podwórze, zielone krzewy, figura Matki Boskiej, być może tu leżały ciała owych 400 nieszczęśników i nie chciały spłonąć przez kilka dni. Jedna tablica poświęcona typowej wolskiej rodzinie, oboje rodzice i kilkoro dzieci zamordowanych przez Niemców. Robotnicza Wola to przecież duże, kilkupokoleniowe rodziny, dziadkowie, rodzice, dzieci, ginęli nieraz wszyscy, dziś nie ma nawet kto o nich pamiętać, zapalić świeczki, położyć kwiatów w miejscu stracenia. Inna tablica wspomina personel szpitala, lekarzy, pielęgniarki, chorych. Kolejna kilkunastoletnie rozstrzelane harcerki. Szkoła, słońce, zieleń, kolorowe obrazki, plakaty, aż nie sposób uwierzyć, że w takim miejscu mogło dojść do tak straszliwej zbrodni. Zawsze miałem z tym problem, z pogodzeniem ludzkiego bestialstwa, okrucieństwa z pięknem świata, które istniało też w momencie zbrodni. 5 i 6 sierpnia były podobno słonecznymi, ciepłymi dniami. Na robotniczej Woli istniało mnóstwo zielonych ogrodów, warzywnych, świadkowie zbrodni, wspominali pomidory z owych ogrodów, które w niejednym przypadku ratowały im życie, w wielu innych życie niejako odbierały. Prowadzeni w kolumnach cywile, którzy oddalali się od pochodu, by zerwać te warzywa z krzaka, stawali się łatwym celem dla zgłodniałych krwi i mordu żołdaków.
Ten paradoks piękna i okrucieństwa przypomina mi miejsce straceń w lesie na Pietraszach, pięknym, sosnowym, położonym na malowniczych pagórkach, który Niemcy upodobali sobie na miejsce zbrodni. Na polanie rozstrzelali około 6 000 osób, w większości Żydów, ale też i Polaków - mieszkańców Białegostoku i pobliskiego Wasilkowa. Żywiczny zapach, bursztynowy, miodowy kolor pni sosen w popołudniowym słońcu, pod błękitnym niebem, tajemnicze zakątki, doliny, wzniesienia, miejsce dziecięcych eskapad, wagarów, młodzieńczych lektur, z centralnie położoną polaną, do której - jako dziecko - zbliżałem się zawsze z dreszczem grozy, lękiem, potęgowanym opowieściami pewnego starszego rodowitego białostoczanina o czaszkach walających się po lesie, w których miejscowi żule mieli szukać złotych zębów.
Kontrast końca świata wielu ludzi z obojętnym pięknem natury. Groza i zarazem spokój takich miejsc. Tego jeszcze zrozumieć nie potrafię.
CDN
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...