Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mosarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mosarz. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 listopada 2024

Błyski. Historia rodzinna. Część 37 - powrót Florci w rodzinne strony

Kontakt Genowefy z braćmi, pozostałymi za granicą, która - wbrew temu, co zapowiadał Władysław - okrzepła już na długie lata, był mocno ograniczony, przez pewien czas nie istniał wcale. Genowefa i Oswaldek nigdy już nie wrócili w swoje rodzinne strony. Na podróż do Adamowców odważyła się jedynie Florcia, gdy ukończyła już 20 lat. Wybrała się w nią samotnie, by skonfrontować się ze wspomnienami z dzieciństwa. Władysław, brat Gieni, mieszkał już wówczas z żoną w Mosarzu, na parterze w nowo wybudowanym bloku, w otoczeniu wiekowych zielonych drzew, niedaleko rzeczki Marchwy. Po raz kolejny Florcia spotkała się z wujkiem dopiero w roku 1988. Postępująca zaćma sprawiła, że źrenice jego oczu przybrały już niemal barwę białawą. Powitał przybyszów z Polski serdecznie. Szczupły, średniego wzrostu, mimo ukończonych siedemdzięsciu lat wciąż pełen energii, pogody ducha i wrodzonego optymizmu. Mieliśmy wówczas zamiar odwiedzieć drugiego brata Gieni - Adolfa - mieszkającego w leśniczówce nad jeziorem Mosarskim, ale dojazd tam okazał się być niemożliwy. Mimo że był to ciepły i słoneczny wrzesień roku 1988, drewniany most na rzece został zerwany, i pozostawały jedynie okrężne podrzędne, polne, leśne drogi, a że dzień już nie był długi, to okolica jednak nieznana i wyprawy do malowniczej leśniczówki nie udało się już uskutecznić. Poza tym, w Mosarzu należało jeszcze odwiedzić córkę Adolfa, mieszkającą samotnie w urokliwym, drewnianym domu przy placu, który swoim kształtem przypominał rynek, z widokiem na biały kościółek świętej Anny. Przed rozświetlonym popołudniowym słońcem domem rosły smukłe, wysokie malwy, krzaki pomidorów, pachniało owocami i warzywami cudnej wczesnej jesieni. Józia mówiła do nas po białorusku, nie po rosyjsku, ale właśnie po białorusku. Do dziś pamiętam smak sałatki z pomidorów, ogórków, cebuli z przydomowego ogródka, podanej ze śmietaną. Detal, który nie wiedzieć czemu, zapadł w pamięć.

Brakowało jedynie Justyna. Po wojnie Justyn i Adolf zostali wysiedleni do opuszczonej leśniczówki w przepastnej kniei, nad jeziorem Mosarskim. Któregoś letniego dnia, wracając z Mosarza, mimo oznak zapowiadających zbliżającą się burzę, Justyn postanowił pokonać drogę do domu łódką. Uznał zapewne, że odległość nie jest znaczna, i zdąży przepłynąć jezioro przed burzą. Gdy wypłynął na środek jeziora, zerwał się porywisty wiatr, woda zaczęła siec z każdej strony, potężny podmuch wywrócił tę drobną drewnianą skorupkę razem z jej sternikiem, który nie miał najmniejszych szans, by wyjść cało z tego starcia z bezwzględnym żywiołem. Adolf został w leśniczówce bez brata, z żoną i ze swoimi dziećmi.

W Szuniowcach w pobliżu Głębokiego, tuż przy skrzyżowaniu szutrowych dróg, w drewnianym domku o błękitnej barwie, mieszkała matka chrzestna Florci - Weronika, wraz z mężem Michałem, i dwójką dzieci - córką Marysią i synem - również Michałem. Michał - mąż - w rozmowach z gośćmi z Polski deklarował się jako "prawosławny Białorus", i zarazem polski patriota. Biegle władał językiem polskim, przed wojną służył w wojsku polskim w Wilnie, z czego był bardzo dumny. Rodzony brat Weroniki - Józef Kusznierewicz - brał udział w Kampanii Wrześniowej 1939 r., walczył pod Warszawą. Po klęsce wojsk polskich wraz z kolegami, pochodzącymi z okolic Głębokiego, przedzierał się przez Białostocczyznę, o której krążyły już pogłoski, że trzeba być wyjątkowo ostrożnym, bo jakieś komunistyczne bandy wyłapują polskich żołnierzy i mordują ich lub wydają sowietom. Powrócił jednak cały i zdrowy w rodzinne strony. W wolnej już Polsce za udział w kampanii wrześniowej otrzymał uprawnienia kombatanckie, a żywota dokonał w Głębokiem, dożywając pięknego wieku.

Pod koniec lat 40-tych lub na początku 50-tych Józef, stoczył kolejną walkę w swoim życiu, tym razem z sowiecką władzą. Za skarby tego świata nie chciał usunąć sprzed domu wysokiego drewnianego krzyża, postawionego jeszcze przed wojną przez jego ojca. Nowi czynownicy mieli wypracowane na przestrzeni lat metody walki "z zabobonem i ciemnotą". Pewnego dnia grupa kołchoźników, na polecenie swojego dyrektora, orząc okoliczne pola, przy okazji zaorała również drogę dojazdową do domu Józefa, zatrzymali się jednak przed samym krzyżem, którego nie odważyli się tknąć.

Nieszczęście wydarzyło się natomiast w rodzinie Michała - męża Weroniki. Jego brat, który wyruszył pieszo w odwiedziny do przyjaciół, nie wrócił do domu. Rozpoczęto poszukiwania, ale mężczyzna przepadł jak kamfora. Po dłuższym czasie od zaginięcia, gdzieś w lesie w okolicach Podświla - zupełnie przypadkowo - odnaleziono tylko jego buty. Pojawiło się podejrzenie, że zaatakowała go wataha wilków.

Podobnych opowieści z tej wyprawy Florcia przywiozła wiele. Gdy znalazła się tam w latach 60-tych, wspomnienia lat dziecinnych były wciąż żywe, a te wszystkie tak jej dobrze znane wioski i miasteczka, nie zdążyły się zmienić na tyle, by nie móc ich rozpoznać, lecz ich mieszkańcy byli już w znacznej mierze nie ci sami. Pojawili się przede wszystkim przybysze przywiezieni z głębi ZSRR, rodowici Rosjanie, w żaden sposób niezwiązani z tą ziemią, zniknęły gospodarstwa indywidualne, a pojawiły się kołchozy, świątynie zostały zamienione na magazyny i popadały w ruinę. Jeszcze w roku 1988 kościoł w Udziale przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy. Nabożeństwa odbywały się w kościele w Głębokim, w Mosarzu, a udzialski kościół wyglądał gorzej niż po przejściu hord bolszewików. Ten wyjazd z lat 60-tych był ostatnią wizytą w Adamowcach. Później Florcia powtarzała, że woli zapamiętać swoją rodzinną wieś taką, jaką była za czasów jej dzieciństwa, gdy jeszcze żył tata, brat był chłopcem, a za Florcią biegały kurczaczki, kaczuszki, gąski, które nosiła w durszlaku nad staw przy cmentarnej górce. Z czasu, gdy mama w domu karmiła małą owieczkę mlekiem z butelki ze smokiem, bo jej owcza mama po porodzie niefortunnie zachorowała, a po polach za Oswaldkiem biegał nieodłączny rudy Misiek. Adamowce były pełne znajomych, życzliwych ludzi, odwiedzających się wzajemnie, wspierających się w ciężkiej pracy. I już nigdy więcej nie dała się namówić na odwiedzenie Adamowców, nawet w roku 1988.

czwartek, 11 lipca 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 12 - już w Krukowszczyźnie - oświadczyny Floriana

Nad Adamowcami zawisły ciężkie burzowe chmury, zerwał się silny wiatr, głośno szumiąc w koronach smukłych, wysokich brzóz, topól i wiekowych rozłożystych dębów, rozsianych po podwórkach, gnąc konary i gałęzie na wszystkie strony, kręcąc nimi niemal młynki. Nie w porę pojawiła się ta burza. Rodzice byli już odświętnie ubrani, gotowi do wyjazdu, a tu tymczasem zaczęło grzmieć, błyskać, i rozpadało się na dobre. Od lejącej się strumieniami z nieba wody za oknami zrobiło się szaro. Mojżesz spoglądał przez okno, zaniepokojony, nerwowo przestępując z nogi na nogę - nie wypada się spóźniać, ale jak tu wyruszyć w drogę w takich warunkach. Jedynie Józefa, mimo swojej niespożytej energii, nawet w niesprzyjających okolicznościach potrafiła zachować spokój. Doskonale i harmonijnie łączyły się w niej pozornie przeciwstawne temperamenty, moc i energia, a równocześnie łagodność i spokój. Nie tylko w tej chwili, ale na co dzień. Czym by się nie zajmowała, gdzie by się nie znalazła, zawsze bił od niej wewnętrzny pokój. A burze mają to do siebie, że tak jak nagle się pojawiają, tak też prędko mijają, po cóż się zatem denerwować, deszcz ustanie i pojadą, a w Krukowszczyźnie przecież się nie rozmyślą, poczekają, zresztą te ciężkie czarne chmury zaległy pewnie i nad Mosarzem, więc nietrudno się domyślić, co mogłoby być powodem spóźnienia. Florianowi wydawało się natomiast, że ta burza trwa godzinami, chodził nerwowo po izbie w tą i z powrotem, co wywołało tylko delikatny uśmiech na twarzy Józefy. Tymczasem nie minęła godzina i od zachodu niebo zaczęło się rozjaśniać, deszcz już nie był tak gwałtowny, grzmoty było słychać tylko z oddali, a ciemne chmury przesunęły się na wschód. Od strony Murz niebo stawało się żółtawe, szarość ustępowała miejsca barwie jaśniejszej, cieplejszej, zapowiadającej rychły powrót słońca. Drzewa stały znowu nieruchomo, żadne się nie nadłamało, spadały jeszcze tylko pojedyncze krople bardziej z liści niż z nieba. Florian nie zwlekając poszedł do stajni po konie. Chciał już jak najszybciej dotrzeć do Krukowszczyzny.

Niecałe dziesięć kilometrów drogi, gdy się jedzie bryczką zaprzężoną w rącze konie, to żadna odległość. Nie zdążyli wyruszyć, a już niebawem ich oczom ukazały się zabudowania Krukowszczyzny. Drewniane domy z gankami, tonące w świeżej, mokrej jeszcze zieleni przydomowych ogrodów, stary drewniany krzyż na rozstaju dróg, a nieopodal bardziej zwarta zabudowa Mosarza, z górującą nad miasteczkiem białą bryłą kościoła św. Anny. Mieć już za sobą ten najtrudniejszy moment i rozpocząć zupełnie nowe życie, stać się prawdziwie dorosłym, dojrzałym, mieć własną rodzinę, własny dom, tylko takie myśli kłębiły się teraz w głowie Floriana. Wreszcie bryczka zatrzymała się na wprost ganka, na którym wyczekiwał już Ksawery, tuż za nim stał najstarszy Justyn, trochę dalej Adolf, Władysław, a między nimi całkiem jak na dziewczynę wysoka i postawna Genowefa. Postronnemu obserwatorowi trudno byłoby stwierdzić, kto denerwował się mocniej, czy Florian czy Genowefa. Bez trudności dostrzegłby natomiast, że jedynymi osobami, które zachowywały spokój, i od których biła - zauważalna już na pierwszy rzut oka – serdeczność i życzliwość, byli rodzice Floriana i dziadek Ksawery. Bracia Genowefy nie bardzo wiedzieli, jak mają się zachować, zmagali się z napływającymi z prędkością błyskawicy myślami, intuicjami, suflującymi im jakieś dziwaczne, niezgrabne pomysły - czy powinni okazać choć cień rezerwy i badawczymi spojrzeniami powitać kandydata do ręki ich siostry, czy wręcz przeciwnie, darować sobie jakąś zbędną powściągliwość? Przecież tak naprawdę nie potrafili oschle czy chłodno witać gości, to nie leżało w ich naturze. Ani rodzice, ani dziadek Ksawery nigdy ich nie uczyli okazywania rezerwy, nieufności, podejrzliwości, gość w dom, Bóg w dom. Poza tym wiedzieli, że ich siostra jest na tyle rozsądna, że złego wyboru dokonać nie mogła, ufali jej bezgranicznie, może nawet bardziej niż sobie samym.

wtorek, 18 czerwca 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 6 - powrót Floriana, Adamowce, Wileńszczyzna - lata 30-te

Na drodze od strony Murz pojawiła się postać niespiesznie zmierzająca w stronę Adamowców. Przedwieczorna pora, z wciąż jasnym, żółtawym na północnym zachodzie niebem, słońce nie tak dawno skryło się za widnokręgiem. Florian zdawał sobie sprawę, że za długo zabawił w Mosarzu. Obiecał przecież ojcu, że pojedzie z nim do kościoła w Udziale. Proboszcz prosił Mojżesza o naprawienie kilku ław w świątyni. Wczesnym latem dni na północno-wschodnim spłachetku Wileńszczyzny trwają długo, tak jakby sięgały tu odblaski białych nocy z nie tak znowuż odległej, odmiennej i tajemniczej Estonii. Ta położona jeszcze bardziej na północ kraina żywo pobudzała wyobraźnię. A gdyby tak policzyć kilometry, to można powiedzieć, że leżała jakby w połowie drogi z Adamowców do Warszawy. Wywoływała ciekawość i chęć odkrycia. Słyszało się, że ludność tamtejsza włada zupełnie innym językiem niż sąsiedzi Litwini czy Łotysze. Kraj jest pokryty rozległymi puszczami, a w miastach stoją bajkowe zamki i dostojne, siegające nieba gotyckie katedry. Tak sobie marząc, Florian przyspieszył kroku. Dotarł w końcu do pierwszych zabudowań wsi. Lekko zdyszany wkroczył na podwórze domostwa rodziców, ale na zewnątrz, ani na ganku nikogo nie było. Wszedł do izby, w której przed świętym obrazem klęczała i żarliwie modliła się matka. Józefa miała łagodne usposobienie, spokojne spojrzenie niebieskich o migdałowym kształcie oczu, osadzonych na jasnej, pogodnej twarzy, tak jasnej, że wyraźnie malował się kontrast między ową mleczną niemal bielą a jej kruczoczarnymi bujnymi włosami. Zakończyła modlitwę i z trochę wymuszonym wyrzutem spojrzała na syna. Wiedziała, że był umówiony z ojcem, lecz nie potrafiła się gniewać w sytuacjach, które była w stanie usprawiedliwić, a wiedziała, że syn nie jest lekkoduchem i na pewno jego spóźnienie ma racjonalną przyczynę. Poza tym, z pomocą przyszedł starszy brat Floriana – Jan. Wcześniej dziś uporał się z pracą w polu i razem z ojcem pojechali do Udzieła, a właściwie Udziełła, jak mawiali miejscowi.

Obaj synowie Mojżesza i Józefy byli pracowici i odpowiedzialni, przekroczyli już jednak trzydziesty rok życia i powinni pójść w ślady swoich starszych sióstr, założyć własne rodziny, pobudować własne domy i rozpocząć życie na własny rachunek. Józefa była doskonałą obserwatorką i miała świetną intuicję i dzięki tym wrodzonym zdolnościom dostrzegła już jakiś czas temu, że Florian, wracając z Mosarza, jest nieco odmieniony, coś jakby ukrywał i wszystkiego nie mówi. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że przed kochającą matką nic się ukryć właściwie nie da. Między osobami o tak silnej więzi istnieje jakieś duchowe zespolenie sprawiające, że można nawet czytać w myślach na odległość. Umiejętność, której się nie nabywa w drodze nauki, choćby nie wiadomo ile książek nie przeczytać, ile szkół, by nie ukończyć. Z tym talentem człowiek przychodzi na świat i kochając prawdziwie, podtrzymuje go, pogłębia, rozwija, a jeśli się nie kocha szczerze - jak Bóg przykazał - to tak, jakby ten talent zakopać, pozostawić piękny kwiat bez pielęgnacji, a on więdnie, usycha aż w końcu zanika. Już od co najmniej miesiąca, wracając do domu, Florian przemykał tajemniczy między izbami, z błyszczącymi, lekko uśmiechniętymi oczami, a te błyski mogły być niezauważalne dla kogoś postronnego, lecz nie dla matki.

piątek, 7 czerwca 2024

Błyski . Historia Rodzinna. Część 2 - ucieczka przed bolszewikami, Wileńszczyzna 1920

Nad drogą wiodącą z miasteczka unosił się – widoczny z daleka - ogromny tuman pyłu i słychać już było wyraźnie tętent kopyt końskich. Józek nie zastanawiając się ani chwili oddalił się w stronę Mosarza. Justyn nie zastanawiajac się długo wbiegł do stodoły, dosiadł swojego ulubionego konia, i korzystając z drugich wrót – tych od strony lasu – wyskoczył czym prędzej w stronę ciemniejącego na horyzoncie masywu leśnego. Oddział wyekspediowany do Krukowszczyzny, mający rozprawić się z kułakiem i przykładnie ukarać wroga ludu, wpadł na podwórze między domem a stodołą. Dwóch rozjuszonych mężczyzn wtargnęło do domu, a kilku pozostałych rozwarło wrota stodoły, a ich oczom ukazał się widok drugich wierzei otwartych szeroko i dość daleko na niewysokim wzgórzu dostrzegli postać jeźdźca galopującego w stronę lasu. Natychmiast puścili się za nim w pościg, pokrzykując i pogwizdując, by przywołać na pomoc swoich towarzyszy, przeszukujących izby domu, w nadziei, że znajdą tam znienawidzonych wrogów rewolucji. Żołdacy niezwłocznie wybiegli, dosiedli swoich koni i ruszyli za kompanami, by wesprzeć ich w pościgu. Justyn nie oglądając się pędził w stronę rozległej kniei, w której każdą drogę, każdą ścieżkę, każde uroczysko znał doskonale. Przepastne litewskie puszcze nie raz zapewniały schronienie mieszkańcom tych ziem. Już dojeżdżał do pierwszych drzew, nie zamierzał korzystać z najszerszej leśnej drogi, by nie ułatwiać zadania ścigającym go bolszewikom. Wolniej manewrując między drzewami, których było coraz więcej i las stawał się coraz gęstszy, zniknął niedoszłym oprawcom z pola widzenia. Gdy dotarli do ściany lasu po uciekinierze nie było już śladu, najmniejszy dźwięk go nie zdradzał. Klnąc siarczyście, zawrócili, by dokończyć dzieła zniszczenia. Skoro nie mogli przykładnie powiesić kułaka, rozniecili ogień i podłożyli pod okazały dom i stodołę. Spędzili miejscową ludność i zmusili ją do przyglądania się, jak płonie majątek wroga ludu, i jaki los będzie udziałem każdego, kto ośmieli się stanąć na drodze rewolucji, no i jak wygląda rewolucyjna sprawiedliwość.

Noc Justyn przeczekał w leśnej głuszy, nad brzegiem jeziora. Jasna poświata utrzymywała się jeszcze długo na lipcowym niebie, odbijając się w tafli spokojnego jeziora. Miejscowi opowiadali, że zimą w nocy z głębi jeziora dobiegają dźwięki jakby radosnych okrzyków, toczonych głośno rozmów, gromkich śmiechów, pobrzękujących dzwonków przy końskich uprzężach. A to wszystko za sprawą weselników, który w dawniejszych czasach - jak dawnych tego już nikt nie pamiętał - chcąc zimą skrócić drogę postanowili przeciąć zamarznięte jezioro, jednak lód pod ciężarem sań się załamał, a wody jeziora pochłonęły wszystkich bez wyjątku. I od tamtej pory zimowymi nocami nieszczęśnicy dają o sobie znać.

Na wszelki wypadek Justyn nie rozpalał ogniska. Wyczerpany nadmiarem wrażeń, martwiąc się o pozostawione gospodarstwo i pełen niepokoju o młodsze rodzeństwo, mimowolnie usnął. Wczesnym rankiem, ruszył w stronę Krukowszczyzny. Gdy wyjechał na skraj lasu, ze szczytu wzgórza wypatrzył sterczące kikuty spalonego domu i stodoły. Ominął zgliszcza i skierował się do domu dziadka Ksawerego, pod którego opieką pozostała Gienia, Adolf i Władek. Zdawał sobie sprawę, że ktoś z miejscowych musiał bolszewików powiadomić o tym kogo mają szukać, komu wymierzać dziejową sprawiedliwość. Co mogło kierować takim człowiekiem? Co chciał osiągnąć? Z tymi myślami wracał do wsi, ostrożnie rozglądając się wokół, czy nie ma gdzieś na horyzoncie bolszewickich czujek.

czwartek, 6 czerwca 2024

Błyski. Historia rodzinna. Część 1 - Wileńszczyzna 1920 r.

Po przełamaniu polskiej obrony w bitwie nad Autą, w pobliżu Głębokiego, w dniach od 5 do 7 lipca 1920 wojska bolszewickie Frontu Zachodniego pod wodzą Michaiła Tuchaczewskiego parły pospiesznie na zachód. Dzień był gorący, lipcowa zieleń już nieco przyblakła w porównaniu z zielenią wiosenną, soczystą, bujną, wybuchającą jak co roku dziesiątkami przeróżnych odcieni w łagodnie falującym krajobrazie tej części Wileńszczyzny.

W Krukowszczyźnie, nieopodal Mosarza, od rana był wyczuwany niepokój. W sporym, drewnianym domu, jaki przypadł rodzeństwu po nieoczekiwanej śmierci rodziców, tuż po zakończeniu pierwszej wojny światowej, tego dnia przebywał najstarszy z braci - Justyn. Młodsze dzieci znajdowały pod opieką dziadka, który każdego dnia wysupływał czas na nauczanie wnuków czytania w języku polskim z książeczki do nabożeństwa. Ich rodzice - Witalis i Emilia - padli ofiarą hiszpanki, szalejącej w powojennej Europie. Dzieci musiały w przyspieszonym tempie uczyć się samodzielności i zaradności. A czas był nadal wyjątkowo niespokojny.

Justyn jak co dnia szykował się do pracy w polu. Ponad swój wiek odpowiedzialny, przedwcześnie dojrzały, rozumiał, że to w znacznej mierze od niego zależał los jego młodszych braci i siostry. Słońce zaczynało operować coraz mocniej. Przy domu w rozległym sadzie rosły dorodne jabłonie, grusze, wiśnie i śliwy, a znad sosnowego lasu widocznego na horyzoncie napływał wciąż ożywczy żywiczny zapach. Nagle, między drzewami owocowymi Justyn dostrzegł jasną czuprynę Józka. Kilkuletni chłopiec biegł co sił, machając rękami, i wykrzykując coś w stronę Justyna. Był jednak jeszcze zbyt daleko, by można było rozróżnić słowa czy choćby domyślić się, co za wieść niesinie ten mały posłaniec i co może być przyczyną tej jego niespodziewanej porannej wizyty. Pędził przez łąki od strony miasteczka, wreszcie dopadł do Justyna i zdyszany, zdenerwowany wyrzucił z siebie, że w Mosarzu są już bolszewicy, wypytywali o Justyna i lada moment wpadną do Krukowszczyzny.

czwartek, 18 stycznia 2024

Ponownie wkracza historia - wielka i mniejsza - wspomnienia (część 8)

Nastoletnia dziewczyna, mimo wszystkich napotykanych trudności, usiłowała żyć normalnym życiem, tak jak większość jej koleżanek, mających oboje rodziców, rodzeństwo, i mieszkających od urodzenia w Białymstoku. Chwile beztroski, szczęścia, radości z rzeczy małych i zwyczajnych nie były obce i Florentynie. Pewnego czerwcowego dnia 1956 roku, będąc już szesnastolatką, umówiła się z koleżanką do kina Pokój w Białymstoku – na jaki film, tego już niestety sobie nie przypomnę, choć mama pamiętała go doskonale i mówiła mi o nim. No cóż, to żadna tajemnica, że osoby starsze mają dużo lepszą pamięć, zwłaszcza odnoszącą się do wydarzeń z czasów ich dzieciństwa czy wczesnej młodości. Po seansie dziewczęta wybrały się jeszcze na lody na ulicy Lipowej, czerwcowe wieczory są długie i jasne, a do domu na ulicy Sienkiewicza droga nie tak wcale daleka. A jeszcze w tych czasach na ulicy Lipowej można było spotkać dużo więcej spacerowiczów niż obecnie. Całe życie koncentrowało się przede wszystkim na tej właśnie ulicy, tu się spotykało znajomych, tu się spacerowało do zmierzchu, tu były kina, sklepy, ulica Lipowa była takim nieoficjalnym deptakiem na przestrzeni między Farą a Kościołem Rocha. W pewnym momencie dało się słyszeć jakiś hałas, szum, i oczom dziewczyn ukazał się tłum ludzi zmierzających w stronę domu partii, wznoszących okrzyki nawiązujące do wydarzeń Poznańskiego Czerwca, skandujących też - Węgrzy z nami! Był to bowiem czas, gdy po wydarzeniach poznańskich, Węgrzy organizowali manifestacje wspierające Polaków pod pomnikiem Józefa Bema w Budapeszcie. Dziewczęta nie mogły poskromić ciekawości i odmówić sobie obserwowania dalszego przebiegu tej manifestacji, było to coś zupełnie nowego, nieoczekiwanego, a ówczesna młodzież miała zdaje się jednak dużo większe zrozumienie wydarzeń politycznych i była bardziej patriotycznie nastawiona, mimo czasów niesprzyjających otwartemu okazywaniu patriotyzmu. Tłum gęstniał pod domem partii. Porządku pilnowało wojsko. W pewnym momencie doszło do swoistego zbratania się protestujących i żołnierzy. Manifestanci wznosili okrzyki – „Wojsko z nami!”, i nieoczekiwanie zaczęli podrzucać do góry dowódcę zgromadzonych pod domem partii żołnierzy.

Aż nagle Florentyna dostrzegła w grupie protestujących swojego brata – Oswalda - ich spojrzenia się spotkały i starszy brat zrobiwszy groźną minę pogroził siostrze, dając jej do zrozumienia, by stąd uciekała i broń Boże, nie wspominała w domu mamie o tym, że widziała go w tłumie demonstrantów. Już raz mama zmuszona była pójść na komisariat przy ulicy Sobieskiego 2, w którym przetrzymywano Oswalda, gdy wraz z kolegami znalazł pistolet w magazynach wojskowych niedaleko Dworca Fabrycznego. Genowefie wystarczyła strata ukochanego męża, który nie wrócił z wojny, dzieci więc strzegła jak oka w głowie, niepokoiła się i martwiła o nie. W tej okrojonej rodzinie panowała atmosfera prawdziwej miłości, zresztą to nie była tylko kwestia atmosfery, tę miłość okazywano sobie przede wszystkim na co dzień czynami, choć i słów serdecznych nigdy nie brakowało.

Następny raz wielka historia wkroczy w życie Florentyny w latach 80-tych, gdy - pracując w banku przy Rynku Kościuszki - zostanie członkinią NSZZ „Solidarność” w okresie jej legalnego funkcjonowania. Jedyną szykaną jakiej dozna z tego tytułu będzie pozbawienie jej premii, na wniosek zresztą podobno dobrego kolegi z wydziału. Mama nie miała o to do niego później pretensji, byli na ty, w czasie przypadkowych spotkań na ulicy rozmawiali ze sobą jak gdyby nigdy nic, była też na ślubie i weselu jego córki, jako matka chrzestna męża owej córki. Czas tej pierwszej „Solidarności” był o tyle ciekawy, że mimo wyraźnych podziałów narodowościowych i wyznaniowych na Białostocczyźnie, do NSZZ razem z mamą wstąpiła koleżanka z pokoju wyznania prawosławnego. Później ten cenny kapitał został zaprzepaszczony, tak jak to się w Polsce często dzieje z kapitałem społecznym i w innych dziedzinach.

W swoje rodzinne strony Florentyna wyruszyła będąc już dorosłą osobą, bo w roku 1968, a więc mając lat 28. Pojechała samotnie, do Postaw, do Głębokiego, Mosarza, nie dotarła jedynie do rodzinnej wsi – do Adamowców. Nie uczyniła też tego w roku 1988, gdy była tam z mężem i synem w odwiedzinach u swojej matki chrzestnej w Szuniowcach w pobliżu Głębokiego – Weroniki Goraczko i jej męża Michała Goraczko. Weronika była katoliczką i uważała się za Polkę, a jej mąż Michał mówił, że jest prawosławnym Białorusem, przed wojną służył w polskim wojsku, władał piękną polszczyzną, to byli bardzo serdeczni ludzie. Gdy we wrześniu 1988 r. wybraliśmy się z Szuniowców do Wilna, odwiedziliśmy kaplicę w Ostrej Bramie i pobliską cerkiew Św. Ducha, w której Wercia - na prośbę Michała - zapaliła świeczkę w jego intencji – był już mocno schorowany, z trudem się poruszał nawet po domu. Gdy pytałem mamę dlaczego nie chciała pojechać do Adamowców, choć miała taką okazję, wyjaśniła mi, że woli zachować je w swojej pamięci z czasów dzieciństwa; po wojnie piękny drewniany dom ze zdobieniami wykonanymi przez dziadka, będącego między innymi cieślą, został przez kogoś rozebrany i przeniesiony do innej wsi, bez pytania o zgodę, bez jakichkolwiek formalności. To były już zupełnie inne Adamowce, bez dawnych mieszkańców, barw, smaków, zapachów, nawet bez kilku domostw, które również zostały rozebrane i poprzenoszone nie wiadomo dokąd. Nigdy tej niechęci nie rozumiałem, zwłaszcza, że sam chętnie bym Adamowce odwiedził, ale ja przecież nie miałbym możliwości porównania, to nie było miejsce mojego urodzenia, mojego dzieciństwa. Wracając do roku 1968, tuż po przyjeździe z Polski do ówczesnej Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej – była to bowiem ta część przedwojennej Wileńszczyzny, która przypadła Białorusi - czarnowłosą dziewczynę rozpoznała i powitała pracująca w polu żona brata Genowefy – pół Polka pół Litwinka, to serdeczne powitanie miało miejsce gdzieś w okolicach Mosarza. Pamiętam z 1988 r. odwiedziny u brata babci – Władysława, mieszkał wówczas w skromnym mieszkanku na parterze w dwupiętrowym bloku, w otoczeniu zielonych dorodnych drzew i małych ogródków, te bloki nie pasowały w żaden sposób do sielskiego miejsca, no ale taka była sowiecka rzeczywistość. Wujek Władysław z rysów twarzy był podobny do babci Genowefy; miał już bielmo na oczach i niewiele widział, wykazywał się za to niezmienną od lat pogodą ducha i jakimś nieziemskim spokojem, pogodzeniem ze światem, w którym przyszło mu żyć. To on nie chciał stamtąd wyjechać po wojnie, bo twierdził, że tu była, jest i będzie Polska. Mylił się, ale było widać, że nauczył się z tym żyć. Mówił nam wówczas, że od nich do Adamowców nie jest daleko, ale uszkodzony został most na rzece i gdybyśmy chcieli tam dotrzeć, to trzeba byłoby jechać okrężną drogą. Jednak rodzice nie byli tym wariantem zainteresowani. Ruszyliśmy zatem do kuzynki Józi, mieszkającej w pięknym drewnianym domu, z przeszkloną werandą, przy rynku naprzeciw kościoła w Mosarzu, otoczonym bujnym zielonym jeszcze ogrodem, z wysokimi wielobarwnymi malwami. Do dziś pamiętam smak sałatki pomidorowej ze śmietaną, którą Józia zrobiła z warzyw zebranych w tym ogrodzie, żadna inna nie smakowała mi później tak samo. Co ciekawe, Józia mówiła do nas po białorusku, nie rosyjsku, tylko białorusku właśnie, i doskonale rozumiała język polski, jej dzieciństwo przypadło już na lata BSRR.

Jacyś nasi krewni mieszkali w leśniczówce w głębi lasu niedaleko od Mosarza, a jakie są knieje na Białorusi każdy może sobie wyobrazić, to nie są podmiejskie laski, nie rachityczne sosny Puszczy Kampinoskiej, którą zresztą bardzo lubię, ale to przede wszystkim wtedy, gdy nie mam możliwości wyruszyć do Puszczy Knyszyńskiej, która jako żywo przypomina lasy litewskie i białoruskie – smukłe, masztowe sosny, potężne świerki, dające pod swoimi rozłożystymi gałęziami schronienie przed deszczem. Jeden z mieszkających w owej leśniczówce kuzynów, jeszcze w latach 50-tych czy 60-tych ubiegłego już wieku, chcąc skrócić sobie drogę powrotną do domu, wybrał się łódką przez jezioro, a w międzyczasie rozpętała się straszliwa burza, do domu już żywy niestety nie dotarł. Z uwagi na późną porę, a też i nieznajomość terenu, do leśniczówki się nie wybraliśmy.

Wiem też, że część rodziny ze strony babci wyjechała po wojnie do Wolsztyna i tam się osiedliła na stałe. Kiedyś tych dalekich krewnych odwiedziliśmy w tym urokliwym miasteczku, ale kontakt się niestety urwał. Zapamiętałem jedynie wolno stojący dom i dużo zieleni, w tym wiekowe drzewa rosnące przy domu. Dobre wspomnienie, choć mało konkretne.

Nie jestem już sobie w stanie przypomnieć w jakiej wsi miało miejsce to spotkanie, ale mamie udało się w czasie owego wyjazdu w roku 1968 odwiedzić również dziadka Ksawerego, pogodnego staruszka, bajarza, za którym przepadały dzieci, pewnie po części z racji jego wyglądu – dłuższych siwych miękko falujących włosów i dość długiej siwiutkiej brody, który snuł długie opowieści przypominające ballady Mickiewicza. W słoneczny dzień siedział na drewnianym ganku na bujanym fotelu, z twarzą wystawioną do słońca.

Ten drugi wyjazd w roku 1988, w okresie, w którym ZSRR chylił się już ku upadkowi, choć nikt jeszcze wtedy nie przypuszczał, że lada moment Litwa i Białoruś staną się niepodległymi państwami, ta druga niestety tylko na chwilę. Gdy jechaliśmy do Szuniowców w stronę Głębokiego, gdzieś w okolicy Michaliszek skończył się asfalt, i dobrych kilkanaście kilometrów trzeba było jechać po kocich łbach, ale jakież tam były widoki! Droga przecinała Naroczański Park Narodowy, ogromne połacie wiekowego lasu, jak pierwotna puszcza, w szacie wczesnojesiennej, rozświetlonego wszystkimi możliwymi barwami tej cudnej pory roku.

Weronika i Michał Goraczko mieszkali na samym początku wsi Szuniowce, jadąc od strony Głębokiego. Po drodze minęliśmy mleczarnię zbudowaną na licencji angielskiej, smak serów w niej produkowanych pamiętam do dziś, zupełnie niepodrabialny i niepowtarzalny. To w Szuniowcach po raz pierwszy w życiu trzymałem w rękach kosę i kosiłem koniczynę dla królików, chwytałem króliki za uszy, bo tak mi kazano, choć jako 12-letni chłopiec bałem się, że w ten sposób im te uszy pourywam, i próbowałem je brać pod brzuszek, jak małe szczenięta albo kotki; tu chodziłem na pole po krowy, które za dnia były wypasane na kołchozowym pastwisku, a przed zmierzchem cała wieś się schodziła, by je odebrać, co ciekawe – aby krówka podbiegła obowiązkowo trzeba było mieć ze sobą spory kawałek chleba na zachętę; tu z wnuczką Werci - Aloną i jej kolegą jeździliśmy na rowerach po okolicy, w tym do lasu Borek na obrzeżach Głębokiego, do miejsca egzekucji z czasów drugiej wojny światowej. Pięknie falujące krajobrazy, łąki, pola, sosnowe lasy, światło jesiennego łagodnego słońca, rzeczki, jeziora. I zabudowania poklasztorne w Berezweczu. Mama pamiętała opowieści babci o Polakach okrutnie mordowanych przez sowietów w roku 1941 na terenie klasztoru. Nie wiem na ile prawdziwa jest ta historia – nigdzie nie znalazłem jej potwierdzenia – o ludziach, których żywcem zamurowywano w zagłębieniach murów, w pomieszczeniach więziennych. W Głębokiem uczestniczyliśmy we mszy w barokowym kościele Trójcy Świętej. Po mszy, przed kościołem spotkaliśmy Józefa Kusznierewicza, rodzonego brata Weroniki Goraczko, który przed wojną i w czasie kampanii wrześniowej 1939 r. służył w wojsku polskim. Wróciwszy w rodzinne strony opowiadał, że wycofując się po walkach toczonych w okolicach Warszawy musiał być wyjątkowo ostrożny na terenach Białostocczyzny, ponieważ tam grupy skomunizowanych Białorusinów wyłapywały i mordowały polskich żołnierzy. Józef wypatrzywszy mnie w kościele stwierdził, że jestem podobny do dziadka Floriana Szpaka, którego doskonale pamiętał z czasów przedwojennych. Odwiedziliśmy jeszcze wtedy kościół św. Anny w Mosarzu, w którym przez cały czas trwania ZSRR odbywały się nabożeństwa, i przejeżdżaliśmy w pobliżu kościoła Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale, w 1948 r. zamienionego na kołchozowy magazyn, w którym w lutym 1940 r. ochrzczona została Florentyna Szpak, i do którego jeszcze przed wojną miał podjeżdżać bryczką z żoną i synkiem Florian Szpak, ubrany w garnitur i kapelusz, co po wojnie stało się przyczyną umieszczenia rodziny Szpaków na liście osób przeznaczonych do wywiezienia w głąb ZSRR. Do wsi opuszczonych przez ich mieszkańców sprowadzano z kolei Rosjan z odległych terytoriów Związku Radzieckiego. I tak w Szuniowcach z dawnych, przedwojennych mieszkańców pozostali jedynie Weronika i Michał, oraz mieszkająca na drugim końcu wsi kobieta, która przyznawała się do polskości, a pozostali mieszkańcy przybyli gdzieś z daleka. Poznałem ich chodząc z wnuczką Werci – Aloną – po krowy na pastwisko. Byli to ludzie serdeczni, otwarci, chętnie nawiązujący kontakt i rozmowę. A to starsza pani w chustce na głowie poczęstowała mnie garścią pestek słonecznika, a to ktoś inny jabłkiem, nie doświadczyłem z ich strony żadnych przykrości. Los innych okolicznych wsi był niestety podobny, pozostali nieliczni Polacy, tacy zapewne jak dziadek Władysław z Mosarza, który trwanie w miejscu swojego przyjścia na świat rozumiał jako wierność samemu sobie, a też pewnie i Bogu. Nazwiska jakie się przewijały w rodzinie ze strony mamy to przede wszystkim – Szpak, Bochan, Wasilonek, Łysionek, Murzicz - wskazywałyby na to, że były to rodziny mieszane etnicznie, to było naturalne zjawisko, tak jak wspomniana wyżej ciocia mamy – pół Polka, pół Litwinka, czy Michał Goraczko – kochający polskość prawosławny Białorus – jak sam się określał. Mieszanka etnosów, wyznań, która nie stała na przeszkodzie zgodnemu, codziennemu funkcjonowaniu, przerwanemu brutalnie dopiero przez wojnę, a następnie wchłonięcie tych ziem przez ZSRR.

czwartek, 11 stycznia 2024

Z Krukowszczyzny do Warszawy - wspomnienia (część 1)

Krukowszczyzna, obecnie część Mosarza, rok 1918, na hiszpankę umierają Witalis i Emilia Bochanowie. Witalis miał wedle opowieści rodzinnych pełnić funkcję zarządcy w majątku Kaliksta Piłsudskiego w Mosarzu, a jak było w rzeczywistości nie sposób już dociec. To nie jest też nawet zanadto istotne. Osierocili kilkoro dzieci, w tym niepełonoletnią Genowefę i Władysława, i sporo starszego od nich Justyna. W 1920 r. w czasie marszu bolszewików na zachód, do domostwa Justyna przybiegł chłopiec z Mosarza i ostrzegł go o krasnoarmiejcach, wypytujących o niego w miasteczku i już zmierzających w stronę Krukowszczyzny. Ktoś zatem musiał donieść o bogatym gospodarzu, wrogu ludu i rewolucji, na dodatek polskiej narodowości. Niemal w ostatniej chwili Justyn dosiadł konia i drugą parą wrót w stodole uciekł niedoszłym opracowcom, którzy mieli już być na podwórzu. Czmychnał w stronę lasu, kilku konnych puściło się za nim w pościg, ale zniknął im z pola widzenia gdzieś w pobliskiej kniei. Okazały dom i wszystkie zabudowania zostały spalone przez rozwścieczonych żołdaków. Ktoś musiał donieść, ale ktoś musiał też Justyna cenić, skoro podobno niespełna dziesięcioletni chłopiec przybiegł z miasteczka, by ocalić mu życie.

Babcię czytania uczył dziadek z książeczki do nabożeństwa. Niestety mała Gienia nie nauczyła się pisać. Nie przeszkadzało jej to jednak w tym, by być dobrą matką i babcią, serdeczną i życiowo, prawidzwie ewanglicznie mądrą. Gdy w latach 1936 - 1939 znalazła się wraz z mężem - Florianem - w Warszawie, o jej edukację zadbała hrabina Zabiełło. Florian pracował w fabryce gumy na Woli, mieszkali na Towarowej 33, i gdzieś na Placu Kazimierza Wielkiego; w czerwcu 1939 r. wrócili na Wileńszczyznę, co im ocaliło życie, im i sześcioletniemu synkowi - Oswaldowi, i poczętej w Warszawie, ale oczekującej jeszcze swego przyjścia na świat - w dniu 30 stycznia 1940 r. - Florentynie. Najprawdopodbniej w pobliżu miejsca, w którym stała kamienica, w której mieszkali Gienia i Florian, stoi dziś Tablica pamiątkowa Tchorka przy ul. Towarowej 30 z napisem: „Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. W dniach 5–6 VIII 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali w tym miejscu 120 osób”. Być może i oni znaleźliby się wśród ofiar Rzezi Woli, gdyby w czas nie opuścili Warszawy. Nie bez powodu mama wiele razy opowiadała o śnie często ją nawiedzającym, w którym widziała Warszawę z lotu ptaka, mroczną, pełną ruin, złowrogą, wyludnioną, z unoszącymi się nad nią dymami. Ten sen przestał ją nękać, gdy w roku 2016 zamieszkała w Warszawie, i co symboliczne - żywota dokonała w szpitalu na Woli 17 sierpnia 2023 r., na Woli, na której została też poczęta. W latach 1936 - 1939, trzydziestokilkuletnia Gienia (rocznik 1911) dorywczo pracowała jako służąca w czasie przyjęć u hrabiny Zabiełło, która miała być dla niej dobra jak matka. Otrzymała elganckie ubranie, ale przede wszystkim serce, dobre, godne traktowanie, i jeszcze edukację, którą hrabina wobec biednej dziewczyny z Wileńszczyzny traktowała niemal jak misję. Babcia nigdy nie dowiedziała się jaki los spotkał hrabinę w czasie wojny i po jej zakończeniu, jej syn - Stanisław - był jeszcze w międzywojniu dyplomatą, córka lubiła podróże do Paryża; po wojnie Stanisław Zabiełło napisał książkę "O rząd i granice", ale informacji o losach hrabiny Zabiełło nie udało się uzyskać.

Zanim Genowefa trafiła do Warszawy, doświadczyła łaski i niełaski krewnych po przedwczesnej śmierci rodziców, a później dziadka, i do końca życia nie miała wielkiego nabożeństwa do rodziny, wielokrotnie powtarzała, że dużo więcej dobra doznała ze strony ludzi zupełnie jej obcych. Zawsze też bardziej chwaliła Warszawę niż Wilno. W Warszawie ludzie mili być bardziej otwarci, życzliwi i pomocni, Wilno pojawiało się w jej opowieściach przede wszystkim ze względu na Ostrą Bramę i Kalwarię Wileńską, do których pielgrzymowała.

Jeszcze jako dziewięcioletnia dziewczynka, Gienia z grupą innych dzieciaków z Krukowszczyzny i Mosarza wybiegła na drogę, by witać polskich ułanów, którzy przepędzili stąd barbarzyńskich okupantów ze wschodu. To wydarzenie zapadło jej głęboko w pamięć. Mama pytała babcię skąd wiedziała, że jest Polką. W okolicy, w której mieszkali Litwini, Białorusini, Żydzi, nawet Tatarzy w Murzach i zdaje się, że też w Rakowcach, kwestia narodowości nie była sprawą wcale taką oczywistą. Babcia na to odpowiadała, że mówił jej o tym dziadek, co uczył ją czytania z książeczki do nabożeństwa, w języku polskim oczywiście.

CDN

czwartek, 28 grudnia 2023

Adamowce

Wieś jak z mickiewiczowskiej ballady

na pagórkach zielonych

Przed wsią na wzgórzu cmentarz

piaszczyste mogiłki

drewniane krzyże

wysokie, niskie

i kurhan na polu

Przy kurhanie rdzawe bagno

którego wody małej dziewczynce przypominały krew

tak, że skacząc po kępkach trawy, bała się by stopa nie osunęła się do rdzawej wody

Wyorywane z ziemi szczątki oręża

I przekazywana z pokolenia na pokolenie

historia o napoleońskiej armii

co szła na Moskwę

o krwawej bitwie jaka rozegrała się w pobliżu



I ogromny kamień przy polnej drodze

na którym kilkuletnia dziewczynka

widziała z oddali aniołka

a gdy się z nim zrównywała

aniołek znikał

by za chwilę

po minięciu głazu

pojawić się znowu

I płacz dziecka przy leśnej drodze

słyszany tylko w nocy

Ksiądz z parafii w Udziale uznał, że pochowano w tym miejscu

nieochrzczone dziecko

Ochrzcił je więc sam:

- Jak panna niech będzie Anna

Jak pan niech będzie Jan. -



I dwudziestokilkuletnia dziewczyna

pierwsza we wsi śmiertelna ofiara wojny

postrzelona przypadkowo w głowę w czasie wymiany ognia

między Niemcami i partyzantami



I predsiedatiel, który w nocy wpadał na koniu do wsi

w skórzanym płaszczu,

krzyczał, groził, wymachiwał naganem

- Przepisuj się na jaką chcesz narodowość, byle nie była polska –

- Ty polackaja morda, ja tiebia ubiju! -

I głośny płacz dziewczynki

rzucającej się mamie na ratunek, obejmującej ją co sił w wątłych ramionach

i krzyk przeszywający skamieniałe serce

– Nie dam mamy!

Wyszedł rozwścieczony trzaskając drzwiami

I nocne ucieczki babci na cmentarz

na łąki, pastwiska, pola, do lasu

by tylko uniknąć przepisania

i noce spędzone w stogach siana

pod które nad ranem podchodziła woda

co boleśnie skróciło babci życie



Rodzice babci

ofiary hiszpanki

Witalis i Emilia

Wcześnie osierocone dzieci

Babcię czytania

uczył jej dziadek

Z książeczki do nabożeństwa

Dom rodzinny babci stał w Krukowszczyźnie

- obecnie części Mosarza -

W 1920 roku

O nadchodzących bolszewikach

Ostrzegł najstarszego brata babci - Justyna

Kilkuletni chłopiec

co sił w nogach przybiegając z miasteczka

Krasnoarmiejcy już się zbliżali

Justyn w ostatniej chwili dosiadł konia

I drugimi wrotami

Uciekł w stronę lasu

Niedoszli oprawcy podjęli pościg

Lecz nie zdołali go pojmać

W rozległej kniei rozpłynął się im jak zjawa



I babcia będąca dzieckiem

witająca polskich ułanów

Razem z innymi mieszkańcami

którzy na widok polskiego wojska

wylegli na drogę



I jezioro, z którego toni w nocy dobiegał dźwięk dzwonków u sań, i ludzkie głosy - śpiewy, nawoływania

Dawno temu zimą

jego wody miały pochłonąć orszak weselny

Pod saniami lód się załamał i nikt nie ocalał



I kuzynka ze szczerą radością witająca mamę

W 1968 r. przybyłą w rodzinne strony

Pół Polka pół Litwinka

W polu przy pracy

Zaskoczona widokiem

Młodej dziewczyny z Polski



I jakiś mityczny przodek, co to w czasie odwrotu napoleńskiej armii spod Moskwy

miał osiąść na stałe w Adamowcach

i być w tej armii - wedle podań - lekarzem

po którym w domu

zostały stare drewniane jakby apteczne meble

I opowieść, że wywędrował gdzieś z Mazowsza, z okolic Ostrołęki

piątek, 4 września 2009

Co Polacy o Białorusinach i Białorusi wiedzą, a co wiedzieć powinni?

"Gość Niedzielny", którego odkryłem około roku temu wydaje się być jednym z naibardziej interesujących tygodników katolickich w Polsce; otwartym, ciekawym i niebojącym się świata, problemów społecznych z jakimi boryka się współczesny świat, słowem czasopismem, które nie lęka się dialogu z postmodernistycznym światem, nie demonizuje i nie egzorcyzmuje go. I w zasadzie moja opinia nie zmieniła się. Rozczarował mnie natomiast nieco pewien artykuł z numeru 35 z dnia 30 sierpnia 2009 r. Barbary Gruszki - Zych pod tytułem "Madonna, korona i łzy" poświęcony niedawnej - bo z 22 sierpnia - uroczystości koronacji obrazu Matki Bożej Brasławskiej, a w nim przede wszystkim taki oto passus: "Na Białorusi przeważają wyznawcy prawosławia. Wyjątek w statystykach stanowi parafia w Brasławiu. - 70 procent mieszkańców to katolicy, większość z nich ma polskie korzenie (...)" I niby wszystko jest w porządku, wielce możliwe, że większość owych 70 % stanowią osoby mające polskie korzenie. Swoją drogą warto postawić pytanie czy ktoś przeprowadził jakieś wiarygodne badania w tej materii? Inna rzecz czy takie badania prowadzić warto? Problem tkwi w czym innym. W Polsce funkcjonuje głęboko zakorzeniony stereotyp, że niemal każdy katolik na Białorusi ma polskie korzenie. Zabawnie o tego typu podejściu napisała jedna z moich ulubionych blogerek emieryka w poście "Wesołe (i nie zanadto wesołe) historie" z dnia 26 sierpnia 2009 r.:

"Na dniach dzwoniłam do Grodna, żeby porozmawiać z kierownikiem pewnej katolickiej organizacji. Zadaję mu pytania po białorusku i uprzejmie słucham odpowiedzi po polsku. Dzięki Bogu, rozumiemy się całkiem dobrze. Po dziesięciu minutach takiej dwujęzycznej rozmowy mój rozmówca nieoczekiwanie mówi (naturalnie po polsku):
- A teraz przejdźmy do rozmowy o Pani polskich korzeniach..."

Kiedyś o problemie nieznajomości ze strony polskich urzędników konsularnych języka białoruskiego pisał johncupala. Nie potrafię doprawdy pojąć jak można wysyłać do pracy na Białorusi osoby nie znające języka białoruskiego - aż się boję pomyśleć czy znające historię, kulturę i mające wyobrażenie o współczesnych problemach politycznych. Teraz jeszcze pojawia się problem osób mających nieszczęsne poczucie misji "przywracania polskości" Białorusinów katolików. Wielu Polaków wciąż niestety nie wie, że zbitka Polak - katolik, Białorusin - prawosławny nie ma nie tylko zastosowania do Białorusi, ale też nie musi mieć zastosowania do białostocczyzny. Całkiem niedawno w białoruskim czasopismie poświęconym sprawom społeczno - kulturalnym "Czasopis" wydawanym w Białymstoku pojawił się artykuł Krzysztofa Gosa, w języku białoruskim, o nabożeństwach katolickich odprawianych w małym białym barokowym kościółku z XVII wieku przy białostockiej katedrze. Co prawda autor przyznaje, że większość uczestniczących w nabożeństwie stanowili prawosławni Białorusini, to jednak ma nadzieję, że grono białoruskich katolików z mszy na mszę będzie się zwiększać.

Warto jednak pamiętać o tym, że na białostocczyźnie czy na Białorusi katolicy nie muszą być Polakami. Na ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego wielu etnicznych prawosławnych Rusinów lub Litwinów po 1596 roku przyjmowało Unię Brzeską. Unia na ziemiach zaboru rosyjskiego została zlikwidowana w 1839 roku, wielu unitów było wówczas siłą nawracanych na prawosławie. Po wydaniu jednak ukazau tolerancyjnego w 1905 r. przez cara potomkowie unitów nie mogąc powrócić do Unii, która przecież nie została odnowiona, przechodziło na katolicyzm (dotyczy to także Podlasia południowego). Stąd też dziwić nie mogą białoruskojęzyczni katolicy w okolicach Sokółki czy Korycina (około 40 km na północny wschód i na północ od Białegostoku). Nawet jeśli ci uważają się za Polaków, to warto pamiętać o tym, że ich korzenie tkwią w etnosach białoruskich lub też litewskich.

Pamiętam, że mając 12 lat znalazłem się pod koniec lat 80-tych na Białorusi w okolicach Głębokiego i Postaw, odwiedziliśmy wówczas pewną kuzynkę w Mosarzu. Mieszkała samotnie w urokliwym drewnianym domku nieopodal mosarskiego kościoła. To co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to to, że rozmawiała z nami w języku białoruskim, a my oczywiście po polsku. Nie wiem czy uważała się za Polkę czy Bialorusinkę. Tak jak nie wiem czy mąż innej naszej kuzynki, który określał się jako prawosławny - w czasie drugiej wojny wiernie służył w polskim wojsku - uważał siebie za Polaka czy Białorusina. Zakładanie z góry, że każdy katolik na Białorusi ma polskie korzenie wydaje mi się arogancją i ignorancją jednocześnie. Kościół katolicki jest kościołem powszechnym, w którym narodowości odgrywają rolę drugorzędną, i chyba warto o tym pamiętać.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...