Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
poniedziałek, 22 stycznia 2024
Codzienne życie w Adamowcach - wspomnienia (część 11)
Nie mam pojęcia co to może być za historia, ale mama wspominała wizytę w udzialskim kościele "litewskiego wojska", zapewne jakiegoś oddziału, który uczestniczył we mszy i w języku polskim żołnierze śpiewali religijne pieśni - msze odbywały się w języku polskim. Wydarzyło się to w czasie okupacji niemieckiej. Czy mógł być to oddział litewskich szaulisów? Szaulisi, inaczej Związek Strzelców Litewskich, w latach 1941-1944 współpracowali z Niemcami, brali udział w akcjach przeciw ludności polskiej i żydowskiej, w walkach z partyzantami AK i sowieckimi? Być może został tu oddelegowany do walki z partyzantami właśnie? Tego już się pewnie nie dowiemy.
W czasie okupacji niemieckiej w lokalnej administracji pracowali również Litwini. I tu, jak wynika z opowieści babci, miał być zatrudniony Litwin o imieniu Stanisław, zwany Staszkiem. Młody mężczyzna władał biegle językiem polskim, i był życzliwie nastawiony wobec miejscowej ludności, niezależnie od jej pochodzenia. Gdy któregoś razu Niemcy zarekwirowali z gospodarstwa Genowefy i Floriana krówkę, dzięki wsparciu Staszka, udało się ją odzyskać. Podobno można było z nim załatwić każdą sprawę, całkowicie bezinteresownie.
czwartek, 18 stycznia 2024
Ponownie wkracza historia - wielka i mniejsza - wspomnienia (część 8)
Aż nagle Florentyna dostrzegła w grupie protestujących swojego brata – Oswalda - ich spojrzenia się spotkały i starszy brat zrobiwszy groźną minę pogroził siostrze, dając jej do zrozumienia, by stąd uciekała i broń Boże, nie wspominała w domu mamie o tym, że widziała go w tłumie demonstrantów. Już raz mama zmuszona była pójść na komisariat przy ulicy Sobieskiego 2, w którym przetrzymywano Oswalda, gdy wraz z kolegami znalazł pistolet w magazynach wojskowych niedaleko Dworca Fabrycznego. Genowefie wystarczyła strata ukochanego męża, który nie wrócił z wojny, dzieci więc strzegła jak oka w głowie, niepokoiła się i martwiła o nie. W tej okrojonej rodzinie panowała atmosfera prawdziwej miłości, zresztą to nie była tylko kwestia atmosfery, tę miłość okazywano sobie przede wszystkim na co dzień czynami, choć i słów serdecznych nigdy nie brakowało.
Następny raz wielka historia wkroczy w życie Florentyny w latach 80-tych, gdy - pracując w banku przy Rynku Kościuszki - zostanie członkinią NSZZ „Solidarność” w okresie jej legalnego funkcjonowania. Jedyną szykaną jakiej dozna z tego tytułu będzie pozbawienie jej premii, na wniosek zresztą podobno dobrego kolegi z wydziału. Mama nie miała o to do niego później pretensji, byli na ty, w czasie przypadkowych spotkań na ulicy rozmawiali ze sobą jak gdyby nigdy nic, była też na ślubie i weselu jego córki, jako matka chrzestna męża owej córki. Czas tej pierwszej „Solidarności” był o tyle ciekawy, że mimo wyraźnych podziałów narodowościowych i wyznaniowych na Białostocczyźnie, do NSZZ razem z mamą wstąpiła koleżanka z pokoju wyznania prawosławnego. Później ten cenny kapitał został zaprzepaszczony, tak jak to się w Polsce często dzieje z kapitałem społecznym i w innych dziedzinach.
W swoje rodzinne strony Florentyna wyruszyła będąc już dorosłą osobą, bo w roku 1968, a więc mając lat 28. Pojechała samotnie, do Postaw, do Głębokiego, Mosarza, nie dotarła jedynie do rodzinnej wsi – do Adamowców. Nie uczyniła też tego w roku 1988, gdy była tam z mężem i synem w odwiedzinach u swojej matki chrzestnej w Szuniowcach w pobliżu Głębokiego – Weroniki Goraczko i jej męża Michała Goraczko. Weronika była katoliczką i uważała się za Polkę, a jej mąż Michał mówił, że jest prawosławnym Białorusem, przed wojną służył w polskim wojsku, władał piękną polszczyzną, to byli bardzo serdeczni ludzie. Gdy we wrześniu 1988 r. wybraliśmy się z Szuniowców do Wilna, odwiedziliśmy kaplicę w Ostrej Bramie i pobliską cerkiew Św. Ducha, w której Wercia - na prośbę Michała - zapaliła świeczkę w jego intencji – był już mocno schorowany, z trudem się poruszał nawet po domu. Gdy pytałem mamę dlaczego nie chciała pojechać do Adamowców, choć miała taką okazję, wyjaśniła mi, że woli zachować je w swojej pamięci z czasów dzieciństwa; po wojnie piękny drewniany dom ze zdobieniami wykonanymi przez dziadka, będącego między innymi cieślą, został przez kogoś rozebrany i przeniesiony do innej wsi, bez pytania o zgodę, bez jakichkolwiek formalności. To były już zupełnie inne Adamowce, bez dawnych mieszkańców, barw, smaków, zapachów, nawet bez kilku domostw, które również zostały rozebrane i poprzenoszone nie wiadomo dokąd. Nigdy tej niechęci nie rozumiałem, zwłaszcza, że sam chętnie bym Adamowce odwiedził, ale ja przecież nie miałbym możliwości porównania, to nie było miejsce mojego urodzenia, mojego dzieciństwa. Wracając do roku 1968, tuż po przyjeździe z Polski do ówczesnej Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej – była to bowiem ta część przedwojennej Wileńszczyzny, która przypadła Białorusi - czarnowłosą dziewczynę rozpoznała i powitała pracująca w polu żona brata Genowefy – pół Polka pół Litwinka, to serdeczne powitanie miało miejsce gdzieś w okolicach Mosarza. Pamiętam z 1988 r. odwiedziny u brata babci – Władysława, mieszkał wówczas w skromnym mieszkanku na parterze w dwupiętrowym bloku, w otoczeniu zielonych dorodnych drzew i małych ogródków, te bloki nie pasowały w żaden sposób do sielskiego miejsca, no ale taka była sowiecka rzeczywistość. Wujek Władysław z rysów twarzy był podobny do babci Genowefy; miał już bielmo na oczach i niewiele widział, wykazywał się za to niezmienną od lat pogodą ducha i jakimś nieziemskim spokojem, pogodzeniem ze światem, w którym przyszło mu żyć. To on nie chciał stamtąd wyjechać po wojnie, bo twierdził, że tu była, jest i będzie Polska. Mylił się, ale było widać, że nauczył się z tym żyć. Mówił nam wówczas, że od nich do Adamowców nie jest daleko, ale uszkodzony został most na rzece i gdybyśmy chcieli tam dotrzeć, to trzeba byłoby jechać okrężną drogą. Jednak rodzice nie byli tym wariantem zainteresowani. Ruszyliśmy zatem do kuzynki Józi, mieszkającej w pięknym drewnianym domu, z przeszkloną werandą, przy rynku naprzeciw kościoła w Mosarzu, otoczonym bujnym zielonym jeszcze ogrodem, z wysokimi wielobarwnymi malwami. Do dziś pamiętam smak sałatki pomidorowej ze śmietaną, którą Józia zrobiła z warzyw zebranych w tym ogrodzie, żadna inna nie smakowała mi później tak samo. Co ciekawe, Józia mówiła do nas po białorusku, nie rosyjsku, tylko białorusku właśnie, i doskonale rozumiała język polski, jej dzieciństwo przypadło już na lata BSRR.
Jacyś nasi krewni mieszkali w leśniczówce w głębi lasu niedaleko od Mosarza, a jakie są knieje na Białorusi każdy może sobie wyobrazić, to nie są podmiejskie laski, nie rachityczne sosny Puszczy Kampinoskiej, którą zresztą bardzo lubię, ale to przede wszystkim wtedy, gdy nie mam możliwości wyruszyć do Puszczy Knyszyńskiej, która jako żywo przypomina lasy litewskie i białoruskie – smukłe, masztowe sosny, potężne świerki, dające pod swoimi rozłożystymi gałęziami schronienie przed deszczem. Jeden z mieszkających w owej leśniczówce kuzynów, jeszcze w latach 50-tych czy 60-tych ubiegłego już wieku, chcąc skrócić sobie drogę powrotną do domu, wybrał się łódką przez jezioro, a w międzyczasie rozpętała się straszliwa burza, do domu już żywy niestety nie dotarł. Z uwagi na późną porę, a też i nieznajomość terenu, do leśniczówki się nie wybraliśmy.
Wiem też, że część rodziny ze strony babci wyjechała po wojnie do Wolsztyna i tam się osiedliła na stałe. Kiedyś tych dalekich krewnych odwiedziliśmy w tym urokliwym miasteczku, ale kontakt się niestety urwał. Zapamiętałem jedynie wolno stojący dom i dużo zieleni, w tym wiekowe drzewa rosnące przy domu. Dobre wspomnienie, choć mało konkretne.
Nie jestem już sobie w stanie przypomnieć w jakiej wsi miało miejsce to spotkanie, ale mamie udało się w czasie owego wyjazdu w roku 1968 odwiedzić również dziadka Ksawerego, pogodnego staruszka, bajarza, za którym przepadały dzieci, pewnie po części z racji jego wyglądu – dłuższych siwych miękko falujących włosów i dość długiej siwiutkiej brody, który snuł długie opowieści przypominające ballady Mickiewicza. W słoneczny dzień siedział na drewnianym ganku na bujanym fotelu, z twarzą wystawioną do słońca.
Ten drugi wyjazd w roku 1988, w okresie, w którym ZSRR chylił się już ku upadkowi, choć nikt jeszcze wtedy nie przypuszczał, że lada moment Litwa i Białoruś staną się niepodległymi państwami, ta druga niestety tylko na chwilę. Gdy jechaliśmy do Szuniowców w stronę Głębokiego, gdzieś w okolicy Michaliszek skończył się asfalt, i dobrych kilkanaście kilometrów trzeba było jechać po kocich łbach, ale jakież tam były widoki! Droga przecinała Naroczański Park Narodowy, ogromne połacie wiekowego lasu, jak pierwotna puszcza, w szacie wczesnojesiennej, rozświetlonego wszystkimi możliwymi barwami tej cudnej pory roku.
Weronika i Michał Goraczko mieszkali na samym początku wsi Szuniowce, jadąc od strony Głębokiego. Po drodze minęliśmy mleczarnię zbudowaną na licencji angielskiej, smak serów w niej produkowanych pamiętam do dziś, zupełnie niepodrabialny i niepowtarzalny. To w Szuniowcach po raz pierwszy w życiu trzymałem w rękach kosę i kosiłem koniczynę dla królików, chwytałem króliki za uszy, bo tak mi kazano, choć jako 12-letni chłopiec bałem się, że w ten sposób im te uszy pourywam, i próbowałem je brać pod brzuszek, jak małe szczenięta albo kotki; tu chodziłem na pole po krowy, które za dnia były wypasane na kołchozowym pastwisku, a przed zmierzchem cała wieś się schodziła, by je odebrać, co ciekawe – aby krówka podbiegła obowiązkowo trzeba było mieć ze sobą spory kawałek chleba na zachętę; tu z wnuczką Werci - Aloną i jej kolegą jeździliśmy na rowerach po okolicy, w tym do lasu Borek na obrzeżach Głębokiego, do miejsca egzekucji z czasów drugiej wojny światowej. Pięknie falujące krajobrazy, łąki, pola, sosnowe lasy, światło jesiennego łagodnego słońca, rzeczki, jeziora. I zabudowania poklasztorne w Berezweczu. Mama pamiętała opowieści babci o Polakach okrutnie mordowanych przez sowietów w roku 1941 na terenie klasztoru. Nie wiem na ile prawdziwa jest ta historia – nigdzie nie znalazłem jej potwierdzenia – o ludziach, których żywcem zamurowywano w zagłębieniach murów, w pomieszczeniach więziennych. W Głębokiem uczestniczyliśmy we mszy w barokowym kościele Trójcy Świętej. Po mszy, przed kościołem spotkaliśmy Józefa Kusznierewicza, rodzonego brata Weroniki Goraczko, który przed wojną i w czasie kampanii wrześniowej 1939 r. służył w wojsku polskim. Wróciwszy w rodzinne strony opowiadał, że wycofując się po walkach toczonych w okolicach Warszawy musiał być wyjątkowo ostrożny na terenach Białostocczyzny, ponieważ tam grupy skomunizowanych Białorusinów wyłapywały i mordowały polskich żołnierzy. Józef wypatrzywszy mnie w kościele stwierdził, że jestem podobny do dziadka Floriana Szpaka, którego doskonale pamiętał z czasów przedwojennych. Odwiedziliśmy jeszcze wtedy kościół św. Anny w Mosarzu, w którym przez cały czas trwania ZSRR odbywały się nabożeństwa, i przejeżdżaliśmy w pobliżu kościoła Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale, w 1948 r. zamienionego na kołchozowy magazyn, w którym w lutym 1940 r. ochrzczona została Florentyna Szpak, i do którego jeszcze przed wojną miał podjeżdżać bryczką z żoną i synkiem Florian Szpak, ubrany w garnitur i kapelusz, co po wojnie stało się przyczyną umieszczenia rodziny Szpaków na liście osób przeznaczonych do wywiezienia w głąb ZSRR. Do wsi opuszczonych przez ich mieszkańców sprowadzano z kolei Rosjan z odległych terytoriów Związku Radzieckiego. I tak w Szuniowcach z dawnych, przedwojennych mieszkańców pozostali jedynie Weronika i Michał, oraz mieszkająca na drugim końcu wsi kobieta, która przyznawała się do polskości, a pozostali mieszkańcy przybyli gdzieś z daleka. Poznałem ich chodząc z wnuczką Werci – Aloną – po krowy na pastwisko. Byli to ludzie serdeczni, otwarci, chętnie nawiązujący kontakt i rozmowę. A to starsza pani w chustce na głowie poczęstowała mnie garścią pestek słonecznika, a to ktoś inny jabłkiem, nie doświadczyłem z ich strony żadnych przykrości. Los innych okolicznych wsi był niestety podobny, pozostali nieliczni Polacy, tacy zapewne jak dziadek Władysław z Mosarza, który trwanie w miejscu swojego przyjścia na świat rozumiał jako wierność samemu sobie, a też pewnie i Bogu. Nazwiska jakie się przewijały w rodzinie ze strony mamy to przede wszystkim – Szpak, Bochan, Wasilonek, Łysionek, Murzicz - wskazywałyby na to, że były to rodziny mieszane etnicznie, to było naturalne zjawisko, tak jak wspomniana wyżej ciocia mamy – pół Polka, pół Litwinka, czy Michał Goraczko – kochający polskość prawosławny Białorus – jak sam się określał. Mieszanka etnosów, wyznań, która nie stała na przeszkodzie zgodnemu, codziennemu funkcjonowaniu, przerwanemu brutalnie dopiero przez wojnę, a następnie wchłonięcie tych ziem przez ZSRR.
czwartek, 22 września 2011
Wilno - wrzesień 2011 r. O relacjach polsko - litewskich skrajnie subiektywnie.
Mimo licznych wyjazdów do Wilna na przestrzeni ostatnich kilku lat, nigdy nie spotkała mnie żadna przykrość, nieżyczliwość czy gest niechęci ze strony Litwinów, czy byłoby to Wilno, Alytus, Kiernave, czy Druskienniki. Wszędzie spotykałem osoby, które mimo świadomości tego, że jestem Polakiem, odnosiły się do mnie szczerze życzliwie i przyjaźnie. Udało mi się nawet zawrzeć kilka bliskich znajomości z etnicznymi Litwinami, którzy nie mając żadnych polskich korzeni, żywo interesują się kulturą polską, a niektórzy nawet zupełnie dobrowolnie i bezinteresownie uczą się języka polskiego. Obawiałem się więc, może nieco irracjonalnie, tej wyprawy na Litwę, spodziewając się spotkania kraju odmienionego, a przede wszystkim reakcji Litwinów na polskie tablice rejestracyjne, na dźwięk polskiej mowy w sklepie, na ulicy, w parku. Nie napiszę jednak, że ku memu zdumieniu nic podobnego się nie wydarzyło, nikt mi nie wybił szyb w samochodzie, nikt nie przebił opon, nikt się nie oburzał na dźwięk polskich słów w kafejce, restauracji, sklepie, i wbrew podświadomym nawet obawom nie byłem wcale zaskoczony, wręcz przeciwnie byłbym wielce zadziwiony, gdyby któreś z tych przerażających zdarzeń nastąpić miało. Litwini, których tym razem spotykałem, byli tak samo uprzejmi, życzliwi, jak wszyscy ci, których zdarzyło mi się spotykać podczas poprzednich wypraw. Zdaję sobie sprawę z tego, że inny zapewne jest stosunek jakiejś części Litwinów wobec Polaków przyjeżdżających z Polski, a inny wobec tych będących obywatelami Litwy i mieszkających tam na stałe. Ale nic nie poradzę na to, że ci, których spotykałem na mojej drodze nie okazywali wobec mnie najmniejszej niechęci, czy wrogości. Policja, którą mnie straszono, a która miała czyhać w szczególności na Polaków, skutecznie i konsekwentnie zatrzymywała na odcinku około 30 km na zachód od Wilna kierowców na litewskich numerach, przekraczających dozwoloną prędkość. Na marginesie muszę dodać, że jestem za każdym razem pod wrażeniem skuteczności litewskiej policji, konsekwentnie ścigającej piratów drogowych - raz zdarzyło mi się być świadkiem pościgu za szaleńcem drogowym, który po kilku minutach został dopędzony i zatrzymany. I wcale nie dziwni mnie to, że na odcinku Wilno - Lazdijai zdecydowana większość kierowców jedzie spokojnie, nie przekraczając dozwolonej prędkości, ani nie łamiąc przepisów ruchu drogowego, by tuż po przekroczeniu granicy w Ogrodnikach pędzić na złamanie karku. To też oczywiście w dużej mierze między innymi kwestia organizacji i efektywności państwa, i jedna z wielu dziedzin, w której wciąż możemy się sporo od Litwinów nauczyć.
Kelnerki w wileńskich kafejkach i restauracjach były tak samo uprzejme, jak wcześniej, ekspedientki w alytuskiej Maximie tak samo pomocne i cierpliwie tłumaczące przybyszom z Polski ni w ząb nie rozumiejącym litewskich napisów na etykietkach czym są nadziewane pyszne bułki i ciasta.
Życie instytucji państwowych, i życie codzienne zwykłych ludzi toczą się zupełnie odmiennym rytmem. Pogorszenie relacji polsko - litewskich na szczeblu państwowym, to z pewnością rezultat uporu i błędnej wizji jednej strony oraz szeregu zaniedbań strony drugiej, oby tylko te nieporozumienia i zacietrzewienia nie zeszły głębiej w dół i nie rozlały się zanadto w tej powszedniej rzeczywistości.
poniedziałek, 5 września 2011
Krynica Zdrój - sierpień 2011 r.
Poza tym cały przekrój społeczny i pełna gama zachowań, tak charakterystycznych w tym kraju, począwszy od bezinteresonwnej życzliwości, a skończywszy na kompletnej bezmyślności. Sporo samotnych staruszków, popijających wody mineralne z plastikowych kubeczków, albo glininaych dzbanków, wspierających się na drewninaych laskach, samotnych i smutnych; obwieszonych pleckami studentów wędrujących po górach, traktujących Krynicę, jako bazę wypadową; opalonych pięćdziesięcoletnich playboyów ze złotymi łancuchami i bransoletami, włóczących się po deptaku, a wieczorami biegających z dancingu na dancing w poszukiwaniu łatwej zdobyczy; pięcdziesięcioletnie panie z brzuszkami, zbrązowiałe bardziej od lampy kwarcowej niż od górskiego słońca, w krótkich spódnicach i szpilkach, mocno odsłaniające nieposłuszne im już ciało, komentujące na ławce na deptaku każdą przechodzącą kobietę, a im kobieta zgrabniejsza, młodsza, tym większą wzbudzająca niechęć i zawiść, słowa cedzą z emfazą, wolno, w jakiejś pseudointeligenckiej manierze rodem z tandetnego programu TV, usilnie udające kogoś kim nie są; starsze małżeństwa spacerujące w milczeniu; starająca się być - do granic możliwości - uprzejmą żona z mrukliwym meżem, który na propozycję zjedzenia ciastka, wypicia kawy, odpowiada nieartykułowanymi dźwiękami wyrażającymi irytację i znudzenie. I ludzie zupełnie zwyczajni, niczym się nie wyróżniający, szczerze uprzejmi, życzliwi, uśmiechnięci. Do tego jeszcze miłośnicy Festiwalu im. Jana Kiepury, operujący językiem wziętym porosto z plakatów, potrafiący o "Mazowszu" powiedzieć jedynie: "Ambasador polskiej kultury na świecie" (slogan reklamowy); i miejscowy staruszek, popijający kolejne już piwo, chcący i potrafiący już chyba tylko opowiadać o swoich alkoholowych wyczynach.
Tygiel prawdziwy, mimo wszystko można odetchnąć pełną piersią, w atmosferze prawdziwej różnorodności, mimo wszystkich absurdów, bezmyślności, czasem agresji i głupoty, a dzięki niekłamanej uprzejmości, życzliwości, otwartości, chęci i gotowości do rozmowy z nieznajomymi.
I przerażająca perspektywa konieczności powrotu do dusznego, ciasnego Białegostoku, skrajnie upartyjnionego i politycznego, w którym wszystko coraz bardziej zaczyna zależeć od mniej lub bardziej cwaniackiego posła i jego świty oraz ich prymitywnych sztuczek, których nie sposób nawet nazwać piarem. Czego można się spodziewać po mieście, w któym największym pracodawcą stała się partia rządząca? Konformizm wydaje się być dużo bardziej powszechny i opłacalny niż w PRL.
czwartek, 23 września 2010
Emila Plater - białoruska Joanna d'Arc? O tolerancji słów kilka
Zabawne są te wszystkie próby zawłaszczania, wyrywania sobie dziedzictwa Wielkiego Księstwa Litewskiego, szalenie infantylne i do niczego dobrego prowadzić nie mogą. Trudno tu na obecnych wschodnich terneach RP, czy na dawnych kresach RP, które tworzą współczesną Białoruś czy Litwę mówić o jakiejś jedności, jednorodoności etnicznej, skoro niemal każda rodzina może poszczycić się polskimi, litewskimi, białoruskimi, a niekiedy niemieckimi, karaimskimi, rosyjskimi czy tatarskimi korzeniami. Sam wśród swoich przodków bez trudu znajduję Białorusinów, Litwinów, i prawdopodobnie Tatarów, którzy przyjęli katolicyzm. I te wszystkie brednie o tolerancji nie są mi do niczego potrzebne, tolerancja oznacza znoszenie tego, co nam przyjemności nie sprawia, co nas inrytuje, drażni, boli, a ta litewska różnorodnosć była i jest stanem naturalnym, w którym nikt nikogo znosić, tolerować nie musi, skoro ma się w jednej rodzinie tyle nacji, tyle wyznań, to traktujemy to, jako coś organicznego, integralnego, a nie coś co należałoby ledwie tolerować. Tolerancję zostawmy tym, którzy plotą androny o jednorodności etnicznej, narodowej czy religijnej.
czwartek, 2 września 2010
Sanktuarium maryjne w Różanymstoku - fotografie
Jedno z najbardziej urokliwych i mistycznych miejsc na Podlasiu. Tuż przy granicy z Białorusią, w odległości nie więcej niż 20 km od Grodna. Z wyższej wieży podobno nawet widać Grodno. Nigdy nie było mi dane tego sprawdzić, pozostaje mi jedynie wierzyć tym, którzy na wieżę się wspinali i je widzieli. To także miejsce interesujące pod względem kulturowym – przed mszą starsi ludzie, ale też w średnim wieku, zmierzając do kościoła czy stojąc grupkami i omawiając jakieś ważne sprawy dnia codziennego posługują się pięknym dialektem białoruskim. Wnętrze świątyni jest bujnie barokowe, i choć kościół wyrasta ni stąd, ni zowąd, gdzieś wśród szczerych pól i góruje nad całą okolicą, wchodząc do środka, można odnieść wrażenie, że znaleźliśmy się w jednym z barokowych kościołów wileńskich. Na zdjęciach widoczne są także budynki powstałe na początku XX w., kiedy to po klęsce powstania styczniowego najpierw świątynia została zamieniona na cerkiew, a następnie zabudowania klasztorne zostały przekazane mniszkom prawosławnym, przybyłym tu z głębi Rosji. Owe mniszki miały kształcić nauczycielki do prawosławnych szkół parafialnych na terenach dawnej Rzeczpospolitej. Siostry wyjechały z Różanegostoku w roku 1915 wywożąc ze sobą obraz słynący cudami. W roku 1915 w ramach tak zwanego "bieżeństwa" w głąb Rosji wyjechała z tych terenów większość wyznawców prawosławia. Urzędnicy carscy rozpowszechnili bowiem pogłoskę, że wkraczające wojska niemieckie dokonają zemsty na wyznawcach prawosławia, podejrzewanych o sprzyjanie wojskom carskim. Pierwsze cuda przed obrazem Matki Boskiej miały mieć miejsce jeszcze w XVII wieku, kiedy Różanystok, zwany w owym czasie Krzywym Stokiem należał do rusko-litewskiego rodu Tyszkiewiczów. To wówczas też na prośbę właścicieli przybyli do Krzywego Stoku z nieodleglych Sejn dominikanie, którzy mieli sprawować opiekę nad drewnianą świątynią i obrazem. Obecnie w Różanymstoku prowadzony jest przez Salezjanów dom poprawczy, szkoła, a z tego, co mi wiadomo także świetlica dla dzieci z ubogich rodzin, na którą można przekazywać 1 % od podatku, co też warto czynić, bo tereny te nie słyną z bogactwa.
niedziela, 29 sierpnia 2010
Czwartkowy wieczór w Wilnie
Klimatyczna knajpka "Dvaras" serwująca tradycyjne potrawy kuchni litewskiej w przystępnych cenach - przyzwoity obiad można w niej zjeść w cenie od 15 do 30 litów (od 17 do 35 zł) - znajduje się gdzieś w połowie drogi między Placem Katderalnym a Ratuszowym. Często okupowana przez turystów z Polski, którzy zachowują się najgłośniej, najbardziej zuchwale i protekcjonalnie wobec kelnerów i kelnerek. Od znajomych często zdarzało mi się słszeć historie o tym, jak w czasie knoferencji, szkoleń i tym podobnych spotkań organizowanych w Wilnie niektórzy Polacy potrafią pogardliwie odnosić się do obsługi. Z pewnością jest to zachowanie, na które nie mogą sobie pozwolić w Niemczech, w Irlandii, Wielkiej Brytanii. Jedynie wschód stwarza niektórym możliwość powetowania sobie swoich upokorzeń, niepowodzeń, kompleksów.
W maju spotkaliśmy tu głośną grupkę pogardliwie pokpwiającą sobie z prymitywnych wyborców PiS. A tym razem trafiliśmy na biznesowy obiad przy stoliku obok, w którym uczestniczyło dwóch polskich biznesmenów i dwoje Litwinów. Rozmowa toczyła się w języku polskim i rosyjskim. Panowie z Polski władali tylko językiem ojczystym, Litwin komunikował się z nimi w języku rosyjskim, Litwinka usiłowała rozmawiać w łamanej polszczyźnie, niewykluczone, że miała polskie korzenie. Biznesmeni z Polski pletli androny o wielkości I Rzeczpospolitej, o słuszności polityki Piłsudskiego, o pogoni, o powstaniach, o wspaniałej wspólnej historii. Litewska para ledwie skrywała pobłażliwe uśmiechy, starajac się zachować uprzejmie wobec swoich gości.
A później jeszcze zasłyszane gdzieś na ulicy zdanie wypowiedziane w języku polskim przez uczestnika jednej z licznych tu wycieczek: "Szkoda, że Wilno nie jest polskim miastem". Wydaje się jednak, że nic bardziej mylnego. Gdyby Wilno miało być polskim miastem, czekał by je najprawdopodobniej los większości miast Polski B - stałoby się zapyziałą, zapuszczoną, zaniedbaną, niedoinwstowaną pseudometropolią, stolicą kresów północno-wschodnich, gdzie o wszystkim decydowaliby lokalni baronowie czy to z PO, czy PiS czy SLD, gdzie wszystko począwszy od sektora administracji publicznej a skończywszy na kulturze zostałoby do bólu upartyjnione. Byłoby takim miastem o jakim pisał przed II wojną Czesław Miłosz - prowincjonalnym, zaniedbanym, z elitami o raczej wąskich horyzontach.
Tymczasem Wilno będące stolicą Litwy, jest jedną z najpiękniejszych stolic europejskich.
czwartek, 7 maja 2009
Litewskie obrazki, w drodze do Miednik, maj 2009
Krzysiek kracze, że babcia i tak kupi nam lody, i wykrakał, z chlebem pod pachą i czterema lodami w przezroczystej foliowej torebce kuśtyka nasza babuleńka, z szerokim uśmiechem rozświetlającym pooraną bruzdami twarz. Wymawiamy się dalej, bez skutku, babcia nie ma dzieci i nie ma wnuków, nie ma komu dać tych lodów, więc poddajemy się i przyjmujemy podarek. W drodze do Miednik babcia opowiada nam niemal całe swoje życie. Mówi w języku białoruskim, ale zupełnie innym niż ten, który tak często zdarza mi się słyszeć w okolicach Białegostoku. Momentami brzmi, jak język polski, zwłaszcza akcent, niektóre słowa są takie same, niektóre jakby wzięte z języka rosyjskiego, ale nie ma chyba tej rosyjskiej melodyki i rytmu, pod tym względem bliżej mu raczej do polskiego. Chwilami jego twardość przywodzi na myśl ukraiński, ale to też nie to, to nie ten rodzaj twardości. Tak czy owak brzmi pięknie i ciekawie. W końcu nie wytrzymuję i pytam co to za ładny język, którym włada nasza babcia, a ona mi odpowiada na to:
- Mówią, że białoruski.
Kobieta troszkę się żali, w pewnym momencie wybucha płaczem. Ojciec zmarł w roku 1959, jedną siostrę pochowali, gdy miała 6 lat, druga zmarła nieco później, babcią nie ma kto się opiekować, ale w czasie naszej niedługiej przecież rozmowy uśmiech często pojawia się na jej dobrej twarzy. To jest właśnie to dobro, ta życzliwość, szczerość i bezinteresowność, której doświadczyłem będąc jeszcze 12 - letnim chłopcem, odwiedzającym rodzinę na Białorusi. I jakie to może za znaczenie, że babcia jest Białorusinką, a wszystkie moje babcie i prababcie, które znałem, a o których tyle słyszałem, uparcie podkreślały, że były Polkami, i to jeszcze szlacheckiego pochodzenia. To wszystko są jakieś przesłony, zupełnie nic nie znaczące powłoki, skoro babcia, która obdarza nas takim zaufaniem, i te moje, które są już gdzieś w niebie, stanowią ten sam typ człowieka, ten sam typ osoby.
W kotlince rozświetlonej popołudniowym słońcem dostrzegamy dwuspadowe dachy drewnianych domków, zieleń bez deszczu jest sucha, nie ma w niej wiosennej witalności i bujności; nasza babcia żegna się z nami, odchodząc pozostawia nam kilka zapadających w pamięć życzliwych słów, z którymi nie rozstaniemy się chyba nigdy.
Jedziemy dalej do Miednik…
CDN
wtorek, 29 lipca 2008
Powrót z Wilna. Poszukiwanie tożsamości
Wilno siłę przyciągania bez wątpienia ma, pojechałem tam ledwie 2 tygodnie temu, a już w najbliższy piątek znowu tam wracam. I wiem, że będę chciał wracać jeszcze wiele razy. Miasto, w którym można oddychać pełną piersią, płynnie przechodzić z języka polskiego na angielski, rosyjski, i pewnie jeszcze wiele innych, gdybym tylko te inne znał. I nie mam tu na myśli tylko i wyłącznie napotkanych turystów, ale przede wszystkim pytanych o drogę i wiele innych rzeczy wilnian.
Miasto na wzgórzach, tonące w zieleni, zalane słońcem, brodzące w deszczu, z błyskawicami i grzmotami rozrywającymi się gdzieś w ołowianym niebie. Cerkiew katedralna nosząca znamiona gruzińskiej architektury cerkiewnej, cerkiew tuż przy Ostrej Bramie, która użyczyła nam schronienia na czas straszliwej burzy, gdzie staliśmy skrępowani nie wiedząc jak się zachowywać w czasie liturgii, zmoknięci wyszliśmy na ciekawskich i przypadkowych turystów - podglądaczy, którzy schronili się jedynie przed deszczem, a przecież i tak mieliśmy do niej zajść, w celach bynajmniej nie utylitarnych.
Kościół przy Ostrej Bramie, i rozbrzmiewający nad nami niebiański dziewczęcy głos, wydobywający się gdzieś z ukrycia, nie mogliśmy się dopatrzeć wykonawczyni pięknej pieśni w języku litewskim. Głos magnetyczny, który nie pozwalał nam wyjść z chłodnego wnętrza w czasie, gdy na zewnątrz lał się żar z nieba, a przecież znowuż nie przyszliśmy do kościoła, by szukać w nim schronienia.
Popiersia Gaona z Wilna w nocnym mieście, odkrywamy je o pierwszej w nocy, wśród ocalałych kamieniczek i wąskich uliczek żydowskiej niegdyś pewnie części miasta. Tylko z lewej wynurza się jakby posowiecka budowla, ale jest noc, więc słabo ją widać.
Trójkątny rynek, we wschodniej pierzei dawny hotel, w którym kiedyś zatrzymał się Dostojewski, z wmurowaną weń tablicą upamiętniającą ten pobyt.
Tablica poświęcona Konstantemu Kalinowskiemu - polsko - białoruskiemu bohaterowi; tablica poświęcona polskiemu chłopakowi - uczniowi gimnazjum, który w czasie powodzi w bodaj 1938 roku uratował żydowskie dziecko z rwącej wody, a sam został porwany przez wezbraną rzekę, która nie oddała go już żywym. Przy tej tablicy, jakbym doznał olśnienia, to przecież esencja ducha, którego być może podświadomie próbowała przekazać mi babcia, a później mama, obie pochodzące hen z kresów za Wilnem.
- Często pytałam mamę skąd wiedziała, że jesteśmy Polakami - tak opowiadała mi z kolei moja mama o babci, gdy ta barwnie rozprawiała o tym, jak biegła witać w roku 1920 polskich ułanów zajmujących Wileńszczyznę. Odpowiedź brzmiała mniej więcej tak: - To oczywiste, od moich rodziców.
Co było oczywiste dla mojej babci, dla mnie już takim oczywistym nie jest. Czy można było zachować czystość etniczną na Kresach?
Pamiętam jeszcze z roku 1988, miałem 12 lat, pojechaliśmy po raz pierwszy - i jak na razie wciąż ostatni - w odwiedziny do rodziny na Białorusi, udało nam się też na kilka godzin wpaść do Wilna, gdzie matka chrzestna mojej mamy zapaliła świeczkę na prośbę swego męża - wyznawcy prawosławia; w cerkwi, która podczas mojego ostatniego pobytu przed 2 tygodniami udzieliła nam w czasie burzy schronienia.
Ten duch Kresów sprawia, że odczuwam taką samą więź z Litwinem, Białorusinem, Żydem, Tatarem, Karaimem, jak z Polakiem, a może z tymi pozostałymi, tj. niepolakami więź jeszcze silniejszą...
CDN
poniedziałek, 2 czerwca 2008
Uroki uniformizacji
Te słowa utkwiły mi w pamięci i stały się inspiracją do rozmyślania, choć moje myślenie poszło w nieco innym kierunku.
W swoim życiu miałem wielu znajomych Białorusinów czy wyznawców prawosławia, którzy rozczarowywali mnie kompletnym brakiem zainteresowania swoją tożsamością. Ta wiedza wydawała sie im być do niczego niepotrzebna, nudna i stanowiąca swego rodzaju balast.
Pewna znajoma pochodząca z Narewki, wyznania prawosławnego, do białoruskości nie przyznająca się bądź do niej nie poczuwająca się, najchętniej spędzałaby dni wolne w knajpach, albo podróżowałaby bezustannie do Grecji, Egiptu, Hiszpanii, by nurkować w morzu i godzinami opalać się na piaszczystych plażach. O samej Narewce wie niewiele - historia to rzecz nie dla niej, nie interesuje jej zupełnie; prawosławie? no jest prawosławna, święta obchodzi, ale żeby wchodzić w jakieś szczegóły, to rzecz już zbyteczna.
Inna znajoma, absolwentka historii - za którą tak naprawdę nie przepada, studia chciała jakieś skończyć, padło na historię, ale historyków raczej uważa za nudny gatunek człowieka. Opowiadała mi któregoś razu o pewnym nieszczęśniku, koledze ze studiów, który najwyraźniej darzył ją szczególnymi względami, zapraszał na długie spacery i przy okazji - jak to określiła - męczył ją opowieściami o swoich historycznych pasjach, a że nie chciała być niemiła, to zgodziła sie na kilka spacerów, ale kolegi miała szczerze dość. Jej prawosławie było "świąteczne", sprowadzone do rytuału i kilku udziałów w pielgrzymkach na Grabarkę. Te ostatnie zadziwiły mnie najbardziej, bo nie pasowały do niej nijak. Duchowość wydawała się być na ostatnim miejscu w hierarchii jej wartości czy zainteresowań, co innego sport, spotkania z koleżankami, knajpy, dyskoteki.
Koleżanka z Gródka, studentka, najchętniej spędzałaby czas otoczona wianuszkiem zabawiających ją kolegów, w knajpach albo dyskotekach. Czy czuje się Białorusinką? Ależ skądże, jest Polką wyznania prawosławnego. A Leon Tarasewicz? Obrusza się, - Jakiż tam z niego Białorusin! Gródek, Chodkiewiczowie, miejsce, w którym stał zamek. - To mnie nie interesuje.
Podobne przykłady można by mnożyć. Czy jest to przypadłość Białorusinów, osób wyznania prawosławnego, bo ktoś mógłby tak pomyśleć przeczytawszy powyższe opisy? Ale za myślenie innych nie ponoszę odpowiedzialności. W ten sposób chciałem jedynie wykazać jak bardzo się uniformizujemy. Lista moich znajomych narodowości polskiej, wyznania katolickiego, nie przywiązujących żadnej wagi do swojej tożsamości byłaby dużo dłuższa (ze względu na proporcje). Osób, dla których katolicyzm sprowadza się do cotygodniowego dreptania do kościoła i kupowania prezentów na Boże Narodzenie, dla których polska historia czy kultura, to sprawy dobre jedynie dla nudziarzy czy mizantropów, jest bez liku.
Na marginesie tylko dodam, że najbardziej zadziwiła mnie kiedyś spotkana dziewczyna z zachodniej Polski, absolwentka prawa, doktorantka, prowadząca zajęcia ze studentami, która nie wiedziała czym była "Żegota".
Czy zatem rację ma Jerzy Chmielewski, że uniformizuje nas cywilizacja miasta? Chyba nie do końca. Nie uniformizuje nas cywilizacja miasta, ale kultura masowa. Prawdziwe miasto to różnorodność, miejsce, w którym każdy kto nie jest psychopatą, dewiantem, przestępcą powinien mieć swoją przestrzeń wolności i swoją niszę, w któej mógłby czuć się bezpiecznie, nawet jeśli miałoby sie to odbywać kosztem samotności.
To, że osoby z Gródka, Dąbrowy Białostockiej, Narewki, Bielska Podlaskiego przyjeżdżają do Białegostoku czy Warszawy i nie są w stanie wnieść nic nowego, nic świeżego, nic prawdziwie swojego, które nie są w stanie budować prawdziwej i głębokiej różnorodności miasta, nie świadczy o tym, że na prowincję, na wieś wkradła się cywilizacja miasta, ale właśnie owa nieszczęsna płytka, miałka i bezbarwna kultura masowa, która nie stanowi nic innego, jak tylko zaprzeczenie cywilizacji miasta, które z samej swojej definicji jest wielorakie i każdemu gwarantuje autonomię, jeśli ten nie krzywdzi innych.
Dla jasności dodam, że nie widzę nic złego w podróżach zagranicznych, w spędzaniu wolnego czasu w knajpach w towarzystwie znajomych, w dyskotekach, w sportach. Sam lubię uprawiać wszelkie sporty, podróżować kiedy tylko i gdzie się tylko da, lubię czasem odwiedzać knajpy i tańczyć w klubach, ale niepokoi mnie to, gdy owe "pasje" stają się celem samym w sobie, a nie towarzyszy im jakakolwiek sfera duchowa, sfera idei.
Co z tego, że wkrótce będziemy się spotykać i opowiadać sobie o podróżach do Egiptu - nie wiedząc nic o jego historii, kulturze, nie poznawszy tamtejszych ludzi i problemów z jakimi zmagają się na co dzień. Jaki sens mogą mieć podróże do Egiptu, Hiszpanii, Grecji sprowadzające się do nurkowania w morzu, smażenia się na plaży, zwiedzenia piramid, Akropolu, cykania tysięcy zdjęć wypasionymi cyfrówkami? Od tego wszystkiego wieja przeraźliwa pustka. Co z tego, że będziemy całymi dniami przesiadywać w knajpach prowadząc rozmowy o niczym i szukając tylko towarzystwa, które nas rozbawi? To wszystko nie ma nic wspólnego ze zbliżaniem ludzi do siebie. Rzecz nie w tym byśmy byli jednorodni i jednowymiarowi, ale w tym, by się naszą odmiennością potrafić zachwycać.
Mam też całe szczęście wśród Białorusinów czy wyznawców prawosławia znajomych, którzy są świadomi swojej tożsamości, i rozmowy, z którymi są zawsze żywe i szalenie interesujące, a to dlatego, że ci potrafią powiedzieć wiele o tym, co ich różni ode mnie, a co było mi dotychczas nieznane.
poniedziałek, 7 kwietnia 2008
Świeczkowa manifestacja w Bratysławie
W portalu google.pl wyświetliła mi się jedna strona, na której znalazła się poszukiwana przeze mnie fraza, w onecie i wirtualnej Polsce ani jedna strona nie została odnaleziona, w interii jedna strona, a oprócz tego w ramkach reklamy firm zajmujących się produkcją czy sprzedażą świec. I to tyle. Wstyd, cóż więcej można powiedzieć. Słowacy bez porównania więcej wiedzą o Polsce, o naszej kulturze, historii, współczesności, niż my o nich, interesują się żywo tym, co dzieje się w Polsce, a my nie jesteśmy w stanie poświęcić uwagi tak ważnemu wydarzeniu w historii Słowacji, jak świeczkowa manifestacja.
25 marca 1988 r. około 2 tysięcy Słowaków zebrało się na głównym placu Bratysławy - "Hviezdoslavovo námestie" (różne źródła podają różną ilość uczestników, niektóre zaznaczają, że nie wszystkich dopuszczono na plac, na którym gromadzili się manifestanci, część została w bocznych uliczkach prowadzących na plac), by podczas pokojowej demonstracji domagać się swobód religijnych, nieingerowania władz komunistycznych w mianowanie biskupów kościoła katolickiego oraz przestrzegania przez władze praw obywatelskich.
Ruch dysydencki w komunistycznej Słowacji był niewielki, sprzeciw wobec komunistycznych zbrodni wyrażały tutaj głównie środowiska katolickie. To w kościołach katolickich drukowano zakazane książki i czasopisma, to właśnie kościół katolicki udzielił wsparcia opozycjonistom wywodzącym się - jak to zostało już wyżej wspomniane - ze środowisk katolickich.
Po wydarzeniach z czasów II wojny światowej, ale i czasu ją poprzedzającego, gdy ksiądz Józef Tiso, a wcześniej ksiądz Andrej Hlinka wdali się we flirt z faszyzmem, kościół katolicki lat 80-tych musiał postępować nader ostrożnie, by uniknąć oskarżeń ze strony władz komunistycznych o "klerofaszyzm". Stąd też obawiał się otwartego i intensywnego zaangażowania w działalność przeciw systemowi. Mimo jednak tych obaw spora część duchowieństwa wsparła swoich wiernych w walce o wolność religijną, nieingerencję państwa w wewnętrzne sprawy kościoła i prawa obywatelskie.
25 marca 1988 r. manifestacja została brutalnie rozpędzona, scenariusz był taki sam, jak w Polsce - na placu pojawili się uzbrojeni po zęby milicjanci, w ruch poszły pałki, działka wodne, następnie rozpoczęły się zatrzymania, aresztowania i cały arsenał innych represji stosowanych przez komunistów. Na niewiele się to jednak zdało, bo kres komunizmu od czasu tych wydarzeń nastąpił niespodziewanie szybko.
Mimo wszystko żal, że niewiele o tym wiemy i nic sie o tym nie mówiło w ostatnim czasie w naszych mediach.
środa, 12 marca 2008
O polskich Białorusinach
Zarówno mnie, jak i koledze zależy na dobrych relacjach polsko - białoruskich. Nie możemy w głębi duszy pojąć - choć jest to wyjaśnialne i powszechnie znane argumenty uzasadniające ten stan rzeczy nas paradoksalnie przekonują - jak to możliwe, że większość polskich Białorusinów czy wyznawców prawosławia wciąż popiera postkomunistów.
Rozmawiamy o dialektach białoruskich i ukraińskich na Podlasiu. W sumie spędzamy niemal pięć godzin rozmawiając, grając w scrabble i popijając "waniliowy strzał", a to wszystko w miłej atmosferze pubu "Sześcian" mieszczącego się na poddaszu zabytkowego prawdopodobnie pożydowskiego domku w centrum Białegostoku.
Do domu docieram po północy. Chwytam za styczniowy numer "Czasopisu". Niestety nie mam wciąż takiego luksusu, by usiąść i od deski do deski za jednym posiedzeniem przeczytać cały numer, zresztą chyba nawet nie lubię tak czytać. Czytając potrzebuję się delektować, wracać po kilkakroć do wybranych zdań, fragmentów, sformułowań.
Już wiem, że prędko nie zasnę, szkoda czasu na sen, gdy tyle ciekawych rzeczy do przeczytania. Moją uwagę najbardziej przykuwa list Kasi Dmitruk - uczestniczki "Bardowskiej jesieni" w Bielsku Podlaskim - festiwalu białoruskiej poezji śpiewanej. Swoim listem dziękuje za wsparcie Jerzemu Chmielewskiemu wyrażone na łamach grudniowego wydania "Czasopisu". Kto w dzisiejszych czasach powszechnego koniunkturalizmu, wszechobecnego konformizmu potrafi sprzeciwić się znaczącym środowiskom, opiniotwórczym grupom czy jakiejkolwiek większości? Kasia Dmitruk, której osobiście nie znam, o istnieniu której dowiaduję się przed chwilą z "Czasopisu" okazuje wdzięczność swemu obrońcy. Nie ma żalu, że nie otrzymała nagrody czy wyróżnienia, ale boli ją to, że przyczyną takiego stanu rzeczy mogło być jej wyznanie poczynione publicznie, iż nie czuje się stuprocentową Białorusinką. A któż może się czuć stuprocentowym Białorusinem? Czy ja się czuję stuprocentowym Polakiem? Oczywiście, że nie.
Kasia pada ofiarą swojej odwagi i prawdy, płaci za nie cenę. Szalenie mi to imponuje i jestem dla niej pełen podziwu. Kasia w swoim liście pisze o hermetyczności środowiska, która wyradzać się może w fundamentalizm. Dobrze ją rozumiem, stykam się z tym zjawiskiem wśród Polaków, którzy gotowi są mnie opluć za najmniejszą krytyczną uwagę o polskości czy Polakach. I nie rozumieją tego, że nie czynię tego, by pomawiać naród polski czy - jak kto woli - kalać swoje gniazdo. Trzeba wiedzieć o złych i dobrych stronach swojej przeszłości, by nie popaść w samozachwyt i megalomanię narodową, by nie wykluczać ze wspólnoty tych, z którymi się nie zgadzamy, by ich nie piętnować i nie atakować bezsensownie.
Tymczasem Kasia wyznała, że nie jest jeszcze stuprocentową Białorusinką, że wciąż jest na etapie poszukiwania, odkrywania swojej tożsamości, i to się jury najwyraźniej nie spodobało.
Od czasów jeszcze studenckich marzą mi się wspólne białorusko - polskie przedsięwzięcia, które wydatnie przyczyniałyby się do poprawy relacji między tymi narodami. Ale wciąż napotykam ten jałowy, absurdalny mur podlaskiej niemożności. Jeśli polscy znajomi, to nie są zainteresowani taką działalnością, są bierni, apatyczni wolą zajmować się duperelami niż czymś naprawdę istotnym, choć inteligencji nie można im odmówić. Jeśli białoruscy znajomi, to trudna do przemożenia nieufność. Przez moment chcę napisać list do "Czasopisu" z propozycją powołania wspólnego polsko - białoruskiego stowarzyszenia abstrahującego całkowicie od polityki, ale po chwili rezygnuję. Nie chcę po raz kolejny wyjść na naiwnego pięknoducha. Może jeszcze zmienię zdanie...
niedziela, 27 stycznia 2008
O braterstwie, Polak, Węgier...
Czym właściwie jest owe braterstwo, ale nie to fałszywe, pozorne, puste, tylko to prawdziwe, które zawiera realną treść?
Po raz pierwszy zrozumiałem jego sens, gdy Mama opowiedziała mi pewną historię z czasów swojej młodości, gdy była jeszcze nastoletnią dziewczyną, której tylko pstro było w głowie. A że nie pamiętałem wszystkich szczegółów owego wydarzenia - mimo, że historię słyszałem wielokrotnie, to poprosiłem Mamę o jej ponowne opowiedzenie całkiem niedawno z możliwie największą ilością detali. Mama chętnie na moją propozycję przystała, a ja notowałem. I poniżej przedstawiam owoc naszej wspólnej pracy.
"Nie pamiętam dokładnie dnia, na pewno było to dwudziestegoktóregoś października 1956 r. Wybrałam się z koleżanką do kina "Pokój" (rzecz się dzieje w Białymstoku - przyp. moje) na szwedzki film "Ona tańczyła jedno lato". Kupiłyśmy bilety, a do rozpoczęcia seansu było jeszcze dużo czasu. Postanowiłyśmy pójść do parku, ale gdy wyszłyśmy na ulicę naszym oczom ukazał się niesamowity widok, nigdy wcześniej czegoś podobnego nie widziałyśmy. Nieprzebrany tłum ludzi szedł ulicą Lipową od Rynku Kościuszki (wcześniej odbył się wiec na dziedzińcu Pałacu Branickich - przyp. moje) w stronę Kościoła św. Rocha. Z tysięcy gardeł wydobywały się okrzyki:
- Węgrzy z nami!
- Rokossowski do Moskwy!
- Chcemy wolnej Polski!
Później, po krótkim nabożeństwie ów pochód wracał tą samą ulicą, z tym, że tym razem zmierzał w stronę domu partii (obecnie Wydział Humanistyczny Uniwersytetu w Białymstoku). Nie wiedziałyśmy co mamy teraz ze sobą począć, czekać na seans czy dołączyć do demonstracji. Jednak ciekawość tego, co się wydarzy później, zwyciężyła. Poszłyśmy pod dom partii.
Uczestnicy manifestacji szczelnie wypełnili plac przed siedzibą KW PZPR, igły nie można było wcisnąć. W tłumie przeważali ludzie młodzi - prawdopodobnie studenci Akademii Medycznej i robotnicy, ale były reprezentowane niemal wszystkie pokolenia i grupy społeczne. Młodzi ludzie wchodzili na gzymsy budynku i wygłaszali przemówienia. Domagali się wolności, niezależności od Moskwy, religii w szkołach, własnej polskiej drogi do socjalizmu, przywrócenia harcerstwa, zniesienia ZMP, i sprawiedliwego rozliczania się przez Moskwę za dostarczany z Polski węgiel (sic!). Zapamiętałam też młodego robotnika z "Uchwytów" (wówczas jedna z największych białostockich fabryk - przyp. moje), który powołując się na Konstytucję 1952 r. domagał się wolności sumienia i wyznania.
Młodzi ludzie żądali też spotkania z władzami Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Jednak nikt do nich nie wyszedł, komuniści zamknęli się na siedem spustów, wygasili wszystkie światła.
Po pewnym czasie na plac zjechały ciężarówki wypełnione żołnierzami. Wojskowi byli jednak przyjaźnie wobec manifestujących nastawieni. Zgromadzeni na placu wiwatowali żołnierzy, wznosili okrzyki - Wojsko z nami!, a dowodzącego nimi kapitana zaczęli podrzucać do góry. Demonstranci bratali się z żołnierzami, rozmawiali ze sobą swobodnie i serdecznie, żartowali.
W pewnym momencie zobaczyłam wśród demonstrujących mojego starszego brata, który spostrzegł także mnie, pogroził mi palcem, a następnie podszedł i kategorycznie kazał nam wracać do domu! Oczywiście nie posłuchałyśmy go.
Tymczasem manifestanci dalej wznosili okrzyki, kontynuowali wygłaszanie przemówień. Zapamiętałam jeszcze, że w jednym z nich wzywano Gomułkę, by nie jechał do Moskwy, żądano też uwolnienia Wyszyńskiego.
Ludzie pokładali wówczas ogromne nadzieje w Gomułce, nikt przecież nie mógł się spodziewać jaki obrót przyjmą sprawy w przyszłości.
Gdy się ściemniło na placu zapłonęły zrobione naprędce pochodnie, panowała niesamowita atmosfera jedności, przyjaźni i zaufania. Tego się nie da nawet opisać. Stałam na owym placu z wypiekami na twarzy i całą sobą chłonęłam wszystko to, co się działo, każdy szczegół, każde wypowiedziane słowo.
Do domu wróciłyśmy późnym wieczorem. Do kina oczywiście nie poszłyśmy, bilety nam przepadły. Za to na ulicy przed domkiem stała mama, zaniepokojona, zdenerwowana, która drżącym głosem wypytywała, co się z nami działo.
To było naprawdę niesamowite przeżycie, już chyba nigdy więcej nic podobnego, co bym tak głęboko przeżyła się nie wydarzyło. Pamiętam, że jeszcze w domu miałam wypieki na twarzy, byłam jak w gorączce.
A już później, kiedy pracowałam koleżanki ze stacji krwiodawstwa opowiadały mi jak kilka dni po owej demonstracji, po krwawych walkach w Budapeszcie, zupełnie spontanicznie zgłaszały się tysiące osób, by oddać krew rannym Węgrom.
Pamiętam też, że w prasie zaczęły się pojawiać reportaże przedstawiające prawdziwe wydarzenia z Węgier, opisujące walki powstańców, okrucieństwa żołnierzy Armii Czerwonej. Niektóre koleżanki przynosiły owe gazety do szkoły, gdzie wspólnie je czytałyśmy. Wszyscy wówczas strasznie współczuli Węgrom."
I choć historię tę Mama opowiadała mi wielokrotnie, po raz pierwszy, gdy byłem jeszcze uczniem szkoły podstawowej i zacząłem się interesować historią, to najbardziej utkwił mi w pamięci ten wątek polsko - węgierski. I tak zrodziła się moja węgierska pasja.
Ale to jeszcze nie wszystko, co chciałem napisać o braterstwie polsko - węgierskim. Ze względu jednak na to, że wpis już i tak jest długi, a mnie goni czas, odłożę to na następny raz.
czwartek, 24 stycznia 2008
O pysze narodowej i samobiczowaniu
Popadanie w skrajności wydaje się być naszą narodową specjalizacją. Każde dotknięcie bolesnej części naszej przeszłości sprawia, że zamiast rzeczowej i spokojnej dyskusji, prób dochodzenia do porozumienia dzielimy się na wrogie obozy, które skaczą sobie do gardeł. I zazwyczaj nie ma miejsca na środek, bo przecież rzecz idzie o imponderabilia. To zresztą sprawa nie tylko odległej przeszłości, ale także tej całkiem niedawnej. Tak więc, by nie sięgać daleko - w październiku 2007 r. zamiast wyborów parlamentarnych mieliśmy Armagedon, w którym starły się siły dobra i zła (dobro i zło zależne od punktu widzenia).
Natomiast kilka tygodni temu pewne renomowane wydawnictwo wydało książkę mającą w zamierzeniu jej autora i owego wydawnictwa wywołać ogólnonarodową debatę, a jak się okazało wywołała jedynie chaotyczną i krwawą kłótnię, która wątpliwe by się jakimkolwiek porozumieniem zakończyła. Póki co obie strony się okopały na swoich pozycjach, umacniają się na nich i pokrzykują do siebie z oddali.
To wszystko zaczyna mi przypominać pewne dwie skrajne postawy, z których jedna jest charakterystyczna dla pogranicza, na którym mieszkam, a druga usiłuje się tu przebić z kaganek oświaty niosącego dla ciemnego ludu centrum i południa Polski.
Ta pierwsza jeszcze nie tak całkiem dawno próbowała mi wmawiać, że mój bliźni władający białoruską mową lub chadzający zamiast do kościoła do cerkwi, to "kacap", "ruski", "naród chłopski", słowem bliźni, owszem, ale gorszego sortu.
Ta druga zaś sugeruje mi, że z racji tego kim jestem żywię chroniczną niechęć do pewnego narodu.
Co do tej pierwszej, to zawsze mam w pamięci ważne słowa, które uczyniły mnie odpornym na jej argumenty:
"Archidiecezję w Białymstoku zamieszkują także nasi bracia prawosławni. Szukajmy zawsze tego, co łączy, spotykajmy się w duchu ekumenicznym, módlmy się wspólnie."
albo
"Bolesne doświadczenia żyją nadal w pamięci zbiorowej. W niej tkwią również głębokie korzenie nieufności, wciąż jeszcze nie przezwyciężonej. Wszyscy dźwigamy brzemię historycznych win, wszyscy popełniamy błędy. (...) Gdziekolwiek zaistniała krzywda, niezależnie po której stronie należy ją przezwyciężyć przez uznanie własnej winy przed Bogiem i przebaczenie. (...) Pomni na słowa Modlitwy Pańskiej: odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, w duchu wzajemnego pojednania, wybaczmy sobie nawzajem doznane w przeszłości krzywdy po to, aby w nowy, prawdziwie ewangeliczny sposób kształtować nasze wzajemne stosunki, i tworzyć lepsze jutro Kościołów pojednanych."
Odpowiedź na pytanie kto jest autorem owych słów pozostawiam domyślności Czytelnika, dodam tylko, że zostały one skierowane do mieszkańców tego właśnie pogranicza w czerwcu 1991 r. I na nic się tu zdadzą pokrzykiwania i pohukiwania tych, którzy by chcieli by było inaczej.
Co do tej drugiej postawy, to muszę przyznać, że owa wmawiana mi niechęć jest mi i moim bliższym i dalszym znajomym całkowicie obca. Antysemityzm postrzegam przez niedawny wybryk kilku troglodytów, którzy zbezcześcili cmentarz żydowski w Białymstoku, ale którzy dzięki współpracy mieszkańców miasta z policją po kilku dniach zostali schwytani, a ich zdjęcia opublikowano w Internecie. Nie chcę przez to bagatelizować problemu, czy powiedzieć, że go nie ma. Pewnie jest, ale nie w takich proporcjach, w jakich usiłuje się go przedstawić. Relacje polsko - żydowskie postrzegam natomiast przez pryzmat działalności wielu ludzi - np. pewnego stowarzyszenia, które prężnie organizuje wykłady poświęcone historii i kulturze Żydów na Podlasiu, pokazy filmów, wycieczki (piesze, rowerowe, samochodowe) do miejsc związanych z kulturą żydowską, tatarską, białoruską, w których uczestniczą setki ludzi w różnym wieku. To wreszcie setki młodych ludzi porządkujących co roku cmentarz żydowski, to mieszkańcy Tykocina, którzy jeszcze niedawno prowadzili pod okiem pani dyrektor muzeum w synagodze teatr odgrywający sceny z życia tykocińskich Żydów.
Słowem, we wszystkim warto znać umiar. A jeśli ktoś lubi kwasić się w którymś w dwóch wyżej wymienionych sosów to jego sprawa, nic mi do tego.
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Poświęciłem się po raz kolejny, by obejrzeć między północą a 2 w nocy dwa ostatnie odcinki znakomitego rosyjskiego serialu "Idiota...