Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białorusini. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białorusini. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 stycznia 2024

Ponownie wkracza historia - wielka i mniejsza - wspomnienia (część 8)

Nastoletnia dziewczyna, mimo wszystkich napotykanych trudności, usiłowała żyć normalnym życiem, tak jak większość jej koleżanek, mających oboje rodziców, rodzeństwo, i mieszkających od urodzenia w Białymstoku. Chwile beztroski, szczęścia, radości z rzeczy małych i zwyczajnych nie były obce i Florentynie. Pewnego czerwcowego dnia 1956 roku, będąc już szesnastolatką, umówiła się z koleżanką do kina Pokój w Białymstoku – na jaki film, tego już niestety sobie nie przypomnę, choć mama pamiętała go doskonale i mówiła mi o nim. No cóż, to żadna tajemnica, że osoby starsze mają dużo lepszą pamięć, zwłaszcza odnoszącą się do wydarzeń z czasów ich dzieciństwa czy wczesnej młodości. Po seansie dziewczęta wybrały się jeszcze na lody na ulicy Lipowej, czerwcowe wieczory są długie i jasne, a do domu na ulicy Sienkiewicza droga nie tak wcale daleka. A jeszcze w tych czasach na ulicy Lipowej można było spotkać dużo więcej spacerowiczów niż obecnie. Całe życie koncentrowało się przede wszystkim na tej właśnie ulicy, tu się spotykało znajomych, tu się spacerowało do zmierzchu, tu były kina, sklepy, ulica Lipowa była takim nieoficjalnym deptakiem na przestrzeni między Farą a Kościołem Rocha. W pewnym momencie dało się słyszeć jakiś hałas, szum, i oczom dziewczyn ukazał się tłum ludzi zmierzających w stronę domu partii, wznoszących okrzyki nawiązujące do wydarzeń Poznańskiego Czerwca, skandujących też - Węgrzy z nami! Był to bowiem czas, gdy po wydarzeniach poznańskich, Węgrzy organizowali manifestacje wspierające Polaków pod pomnikiem Józefa Bema w Budapeszcie. Dziewczęta nie mogły poskromić ciekawości i odmówić sobie obserwowania dalszego przebiegu tej manifestacji, było to coś zupełnie nowego, nieoczekiwanego, a ówczesna młodzież miała zdaje się jednak dużo większe zrozumienie wydarzeń politycznych i była bardziej patriotycznie nastawiona, mimo czasów niesprzyjających otwartemu okazywaniu patriotyzmu. Tłum gęstniał pod domem partii. Porządku pilnowało wojsko. W pewnym momencie doszło do swoistego zbratania się protestujących i żołnierzy. Manifestanci wznosili okrzyki – „Wojsko z nami!”, i nieoczekiwanie zaczęli podrzucać do góry dowódcę zgromadzonych pod domem partii żołnierzy.

Aż nagle Florentyna dostrzegła w grupie protestujących swojego brata – Oswalda - ich spojrzenia się spotkały i starszy brat zrobiwszy groźną minę pogroził siostrze, dając jej do zrozumienia, by stąd uciekała i broń Boże, nie wspominała w domu mamie o tym, że widziała go w tłumie demonstrantów. Już raz mama zmuszona była pójść na komisariat przy ulicy Sobieskiego 2, w którym przetrzymywano Oswalda, gdy wraz z kolegami znalazł pistolet w magazynach wojskowych niedaleko Dworca Fabrycznego. Genowefie wystarczyła strata ukochanego męża, który nie wrócił z wojny, dzieci więc strzegła jak oka w głowie, niepokoiła się i martwiła o nie. W tej okrojonej rodzinie panowała atmosfera prawdziwej miłości, zresztą to nie była tylko kwestia atmosfery, tę miłość okazywano sobie przede wszystkim na co dzień czynami, choć i słów serdecznych nigdy nie brakowało.

Następny raz wielka historia wkroczy w życie Florentyny w latach 80-tych, gdy - pracując w banku przy Rynku Kościuszki - zostanie członkinią NSZZ „Solidarność” w okresie jej legalnego funkcjonowania. Jedyną szykaną jakiej dozna z tego tytułu będzie pozbawienie jej premii, na wniosek zresztą podobno dobrego kolegi z wydziału. Mama nie miała o to do niego później pretensji, byli na ty, w czasie przypadkowych spotkań na ulicy rozmawiali ze sobą jak gdyby nigdy nic, była też na ślubie i weselu jego córki, jako matka chrzestna męża owej córki. Czas tej pierwszej „Solidarności” był o tyle ciekawy, że mimo wyraźnych podziałów narodowościowych i wyznaniowych na Białostocczyźnie, do NSZZ razem z mamą wstąpiła koleżanka z pokoju wyznania prawosławnego. Później ten cenny kapitał został zaprzepaszczony, tak jak to się w Polsce często dzieje z kapitałem społecznym i w innych dziedzinach.

W swoje rodzinne strony Florentyna wyruszyła będąc już dorosłą osobą, bo w roku 1968, a więc mając lat 28. Pojechała samotnie, do Postaw, do Głębokiego, Mosarza, nie dotarła jedynie do rodzinnej wsi – do Adamowców. Nie uczyniła też tego w roku 1988, gdy była tam z mężem i synem w odwiedzinach u swojej matki chrzestnej w Szuniowcach w pobliżu Głębokiego – Weroniki Goraczko i jej męża Michała Goraczko. Weronika była katoliczką i uważała się za Polkę, a jej mąż Michał mówił, że jest prawosławnym Białorusem, przed wojną służył w polskim wojsku, władał piękną polszczyzną, to byli bardzo serdeczni ludzie. Gdy we wrześniu 1988 r. wybraliśmy się z Szuniowców do Wilna, odwiedziliśmy kaplicę w Ostrej Bramie i pobliską cerkiew Św. Ducha, w której Wercia - na prośbę Michała - zapaliła świeczkę w jego intencji – był już mocno schorowany, z trudem się poruszał nawet po domu. Gdy pytałem mamę dlaczego nie chciała pojechać do Adamowców, choć miała taką okazję, wyjaśniła mi, że woli zachować je w swojej pamięci z czasów dzieciństwa; po wojnie piękny drewniany dom ze zdobieniami wykonanymi przez dziadka, będącego między innymi cieślą, został przez kogoś rozebrany i przeniesiony do innej wsi, bez pytania o zgodę, bez jakichkolwiek formalności. To były już zupełnie inne Adamowce, bez dawnych mieszkańców, barw, smaków, zapachów, nawet bez kilku domostw, które również zostały rozebrane i poprzenoszone nie wiadomo dokąd. Nigdy tej niechęci nie rozumiałem, zwłaszcza, że sam chętnie bym Adamowce odwiedził, ale ja przecież nie miałbym możliwości porównania, to nie było miejsce mojego urodzenia, mojego dzieciństwa. Wracając do roku 1968, tuż po przyjeździe z Polski do ówczesnej Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej – była to bowiem ta część przedwojennej Wileńszczyzny, która przypadła Białorusi - czarnowłosą dziewczynę rozpoznała i powitała pracująca w polu żona brata Genowefy – pół Polka pół Litwinka, to serdeczne powitanie miało miejsce gdzieś w okolicach Mosarza. Pamiętam z 1988 r. odwiedziny u brata babci – Władysława, mieszkał wówczas w skromnym mieszkanku na parterze w dwupiętrowym bloku, w otoczeniu zielonych dorodnych drzew i małych ogródków, te bloki nie pasowały w żaden sposób do sielskiego miejsca, no ale taka była sowiecka rzeczywistość. Wujek Władysław z rysów twarzy był podobny do babci Genowefy; miał już bielmo na oczach i niewiele widział, wykazywał się za to niezmienną od lat pogodą ducha i jakimś nieziemskim spokojem, pogodzeniem ze światem, w którym przyszło mu żyć. To on nie chciał stamtąd wyjechać po wojnie, bo twierdził, że tu była, jest i będzie Polska. Mylił się, ale było widać, że nauczył się z tym żyć. Mówił nam wówczas, że od nich do Adamowców nie jest daleko, ale uszkodzony został most na rzece i gdybyśmy chcieli tam dotrzeć, to trzeba byłoby jechać okrężną drogą. Jednak rodzice nie byli tym wariantem zainteresowani. Ruszyliśmy zatem do kuzynki Józi, mieszkającej w pięknym drewnianym domu, z przeszkloną werandą, przy rynku naprzeciw kościoła w Mosarzu, otoczonym bujnym zielonym jeszcze ogrodem, z wysokimi wielobarwnymi malwami. Do dziś pamiętam smak sałatki pomidorowej ze śmietaną, którą Józia zrobiła z warzyw zebranych w tym ogrodzie, żadna inna nie smakowała mi później tak samo. Co ciekawe, Józia mówiła do nas po białorusku, nie rosyjsku, tylko białorusku właśnie, i doskonale rozumiała język polski, jej dzieciństwo przypadło już na lata BSRR.

Jacyś nasi krewni mieszkali w leśniczówce w głębi lasu niedaleko od Mosarza, a jakie są knieje na Białorusi każdy może sobie wyobrazić, to nie są podmiejskie laski, nie rachityczne sosny Puszczy Kampinoskiej, którą zresztą bardzo lubię, ale to przede wszystkim wtedy, gdy nie mam możliwości wyruszyć do Puszczy Knyszyńskiej, która jako żywo przypomina lasy litewskie i białoruskie – smukłe, masztowe sosny, potężne świerki, dające pod swoimi rozłożystymi gałęziami schronienie przed deszczem. Jeden z mieszkających w owej leśniczówce kuzynów, jeszcze w latach 50-tych czy 60-tych ubiegłego już wieku, chcąc skrócić sobie drogę powrotną do domu, wybrał się łódką przez jezioro, a w międzyczasie rozpętała się straszliwa burza, do domu już żywy niestety nie dotarł. Z uwagi na późną porę, a też i nieznajomość terenu, do leśniczówki się nie wybraliśmy.

Wiem też, że część rodziny ze strony babci wyjechała po wojnie do Wolsztyna i tam się osiedliła na stałe. Kiedyś tych dalekich krewnych odwiedziliśmy w tym urokliwym miasteczku, ale kontakt się niestety urwał. Zapamiętałem jedynie wolno stojący dom i dużo zieleni, w tym wiekowe drzewa rosnące przy domu. Dobre wspomnienie, choć mało konkretne.

Nie jestem już sobie w stanie przypomnieć w jakiej wsi miało miejsce to spotkanie, ale mamie udało się w czasie owego wyjazdu w roku 1968 odwiedzić również dziadka Ksawerego, pogodnego staruszka, bajarza, za którym przepadały dzieci, pewnie po części z racji jego wyglądu – dłuższych siwych miękko falujących włosów i dość długiej siwiutkiej brody, który snuł długie opowieści przypominające ballady Mickiewicza. W słoneczny dzień siedział na drewnianym ganku na bujanym fotelu, z twarzą wystawioną do słońca.

Ten drugi wyjazd w roku 1988, w okresie, w którym ZSRR chylił się już ku upadkowi, choć nikt jeszcze wtedy nie przypuszczał, że lada moment Litwa i Białoruś staną się niepodległymi państwami, ta druga niestety tylko na chwilę. Gdy jechaliśmy do Szuniowców w stronę Głębokiego, gdzieś w okolicy Michaliszek skończył się asfalt, i dobrych kilkanaście kilometrów trzeba było jechać po kocich łbach, ale jakież tam były widoki! Droga przecinała Naroczański Park Narodowy, ogromne połacie wiekowego lasu, jak pierwotna puszcza, w szacie wczesnojesiennej, rozświetlonego wszystkimi możliwymi barwami tej cudnej pory roku.

Weronika i Michał Goraczko mieszkali na samym początku wsi Szuniowce, jadąc od strony Głębokiego. Po drodze minęliśmy mleczarnię zbudowaną na licencji angielskiej, smak serów w niej produkowanych pamiętam do dziś, zupełnie niepodrabialny i niepowtarzalny. To w Szuniowcach po raz pierwszy w życiu trzymałem w rękach kosę i kosiłem koniczynę dla królików, chwytałem króliki za uszy, bo tak mi kazano, choć jako 12-letni chłopiec bałem się, że w ten sposób im te uszy pourywam, i próbowałem je brać pod brzuszek, jak małe szczenięta albo kotki; tu chodziłem na pole po krowy, które za dnia były wypasane na kołchozowym pastwisku, a przed zmierzchem cała wieś się schodziła, by je odebrać, co ciekawe – aby krówka podbiegła obowiązkowo trzeba było mieć ze sobą spory kawałek chleba na zachętę; tu z wnuczką Werci - Aloną i jej kolegą jeździliśmy na rowerach po okolicy, w tym do lasu Borek na obrzeżach Głębokiego, do miejsca egzekucji z czasów drugiej wojny światowej. Pięknie falujące krajobrazy, łąki, pola, sosnowe lasy, światło jesiennego łagodnego słońca, rzeczki, jeziora. I zabudowania poklasztorne w Berezweczu. Mama pamiętała opowieści babci o Polakach okrutnie mordowanych przez sowietów w roku 1941 na terenie klasztoru. Nie wiem na ile prawdziwa jest ta historia – nigdzie nie znalazłem jej potwierdzenia – o ludziach, których żywcem zamurowywano w zagłębieniach murów, w pomieszczeniach więziennych. W Głębokiem uczestniczyliśmy we mszy w barokowym kościele Trójcy Świętej. Po mszy, przed kościołem spotkaliśmy Józefa Kusznierewicza, rodzonego brata Weroniki Goraczko, który przed wojną i w czasie kampanii wrześniowej 1939 r. służył w wojsku polskim. Wróciwszy w rodzinne strony opowiadał, że wycofując się po walkach toczonych w okolicach Warszawy musiał być wyjątkowo ostrożny na terenach Białostocczyzny, ponieważ tam grupy skomunizowanych Białorusinów wyłapywały i mordowały polskich żołnierzy. Józef wypatrzywszy mnie w kościele stwierdził, że jestem podobny do dziadka Floriana Szpaka, którego doskonale pamiętał z czasów przedwojennych. Odwiedziliśmy jeszcze wtedy kościół św. Anny w Mosarzu, w którym przez cały czas trwania ZSRR odbywały się nabożeństwa, i przejeżdżaliśmy w pobliżu kościoła Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale, w 1948 r. zamienionego na kołchozowy magazyn, w którym w lutym 1940 r. ochrzczona została Florentyna Szpak, i do którego jeszcze przed wojną miał podjeżdżać bryczką z żoną i synkiem Florian Szpak, ubrany w garnitur i kapelusz, co po wojnie stało się przyczyną umieszczenia rodziny Szpaków na liście osób przeznaczonych do wywiezienia w głąb ZSRR. Do wsi opuszczonych przez ich mieszkańców sprowadzano z kolei Rosjan z odległych terytoriów Związku Radzieckiego. I tak w Szuniowcach z dawnych, przedwojennych mieszkańców pozostali jedynie Weronika i Michał, oraz mieszkająca na drugim końcu wsi kobieta, która przyznawała się do polskości, a pozostali mieszkańcy przybyli gdzieś z daleka. Poznałem ich chodząc z wnuczką Werci – Aloną – po krowy na pastwisko. Byli to ludzie serdeczni, otwarci, chętnie nawiązujący kontakt i rozmowę. A to starsza pani w chustce na głowie poczęstowała mnie garścią pestek słonecznika, a to ktoś inny jabłkiem, nie doświadczyłem z ich strony żadnych przykrości. Los innych okolicznych wsi był niestety podobny, pozostali nieliczni Polacy, tacy zapewne jak dziadek Władysław z Mosarza, który trwanie w miejscu swojego przyjścia na świat rozumiał jako wierność samemu sobie, a też pewnie i Bogu. Nazwiska jakie się przewijały w rodzinie ze strony mamy to przede wszystkim – Szpak, Bochan, Wasilonek, Łysionek, Murzicz - wskazywałyby na to, że były to rodziny mieszane etnicznie, to było naturalne zjawisko, tak jak wspomniana wyżej ciocia mamy – pół Polka, pół Litwinka, czy Michał Goraczko – kochający polskość prawosławny Białorus – jak sam się określał. Mieszanka etnosów, wyznań, która nie stała na przeszkodzie zgodnemu, codziennemu funkcjonowaniu, przerwanemu brutalnie dopiero przez wojnę, a następnie wchłonięcie tych ziem przez ZSRR.

czwartek, 23 września 2010

Emila Plater - białoruska Joanna d'Arc? O tolerancji słów kilka

Dzisiejsze białoruskie "Wiestki" publikują artykuł pod tytułem "Białoruska Joanna d'Arc (1806 - 1831), o Emilii Plater. Tymczasem, w rzeczywistości nie jest to białoruska Joanna Dark, ale litewska, w dawnym rozumieniu tego słowa. Zresztą, żeby się nie czepiać, to gdzieś dalej w tekście pojawia się informacja, że Emilia Plater była Litwinką. Nie wiem jedynie do końca jaki jest w tym kontekście sens tego określenia, istnieją bowiem na Białorusi środowiska, które spuściznę dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, chciałyby utożsamić jedynie z białoruskością, a tak się nie da, tak jak też nie sposób utożsamić jej ze polskością czy współczesną litewskością. Jest to też poza tym niezbyt rozsądne i zupełnie niepotrzbne. A co tak naprawdę miałaby oznaczac owa "litewskość" Emilii Plater? Otóż ród Platerów wywodził swoje korzenie ze szlachty niemieckiej, która osiedliła się w Inflantach jeszcze za czasów, gdy władał nimi Zakon Kawalerów Mieczowych, z czasem rody owe polonizowały się, ale utożsamiały się z Litwą, tak jak z Litwą utożsamiał się Adam Mickiewicz. I te wszystkie wzajemne próby wydarcia sobie Mickiewicza przez Polaków, Litwinów i Białorusinów są tyleż zabawne, co niemądre. Rozpatrywanie dawnych określeń Litwin, Polak, Białorusin, z dzisiejszej etnicznej perspektywy ma się do ówczesnego kontekstu kulturowego nijak, i sprawia wrażenie uzurpacji rozhisteryzowanych środowisk czy to po polskiej, czy po litewskiej, czy białoruskiej stronie. Te etniczne kryteria nie mogą mieć żadnego zastosowania do ówczesnej sytuacji. No bo w jaki sposób można Emilię Plater nazwać Białorusinką, Litwinką czy Polką, skoro ta miała niemieckie korzenie? Pozostaje jeszcze kwestia wyboru, ale czy ona sama określiłaby siebie, jako Białorusinkę, Polkę czy Litwinkę w dzisiejszym rozumieniu tych słów? Z pewnością nazwałaby siebie Litiwnką, ale w takim właśnie znaczeniu, jakie słowu Litwa nadawał Mickiewicz choćby w Inwokacji.

Zabawne są te wszystkie próby zawłaszczania, wyrywania sobie dziedzictwa Wielkiego Księstwa Litewskiego, szalenie infantylne i do niczego dobrego prowadzić nie mogą. Trudno tu na obecnych wschodnich terneach RP, czy na dawnych kresach RP, które tworzą współczesną Białoruś czy Litwę mówić o jakiejś jedności, jednorodoności etnicznej, skoro niemal każda rodzina może poszczycić się polskimi, litewskimi, białoruskimi, a niekiedy niemieckimi, karaimskimi, rosyjskimi czy tatarskimi korzeniami. Sam wśród swoich przodków bez trudu znajduję Białorusinów, Litwinów, i prawdopodobnie Tatarów, którzy przyjęli katolicyzm. I te wszystkie brednie o tolerancji nie są mi do niczego potrzebne, tolerancja oznacza znoszenie tego, co nam przyjemności nie sprawia, co nas inrytuje, drażni, boli, a ta litewska różnorodnosć była i jest stanem naturalnym, w którym nikt nikogo znosić, tolerować nie musi, skoro ma się w jednej rodzinie tyle nacji, tyle wyznań, to traktujemy to, jako coś organicznego, integralnego, a nie coś co należałoby ledwie tolerować. Tolerancję zostawmy tym, którzy plotą androny o jednorodności etnicznej, narodowej czy religijnej.

czwartek, 2 września 2010

Sanktuarium maryjne w Różanymstoku - fotografie







































Jedno z najbardziej urokliwych i mistycznych miejsc na Podlasiu. Tuż przy granicy z Białorusią, w odległości nie więcej niż 20 km od Grodna. Z wyższej wieży podobno nawet widać Grodno. Nigdy nie było mi dane tego sprawdzić, pozostaje mi jedynie wierzyć tym, którzy na wieżę się wspinali i je widzieli. To także miejsce interesujące pod względem kulturowym – przed mszą starsi ludzie, ale też w średnim wieku, zmierzając do kościoła czy stojąc grupkami i omawiając jakieś ważne sprawy dnia codziennego posługują się pięknym dialektem białoruskim. Wnętrze świątyni jest bujnie barokowe, i choć kościół wyrasta ni stąd, ni zowąd, gdzieś wśród szczerych pól i góruje nad całą okolicą, wchodząc do środka, można odnieść wrażenie, że znaleźliśmy się w jednym z barokowych kościołów wileńskich. Na zdjęciach widoczne są także budynki powstałe na początku XX w., kiedy to po klęsce powstania styczniowego najpierw świątynia została zamieniona na cerkiew, a następnie zabudowania klasztorne zostały przekazane mniszkom prawosławnym, przybyłym tu z głębi Rosji. Owe mniszki miały kształcić nauczycielki do prawosławnych szkół parafialnych na terenach dawnej Rzeczpospolitej. Siostry wyjechały z Różanegostoku w roku 1915 wywożąc ze sobą obraz słynący cudami. W roku 1915 w ramach tak zwanego "bieżeństwa" w głąb Rosji wyjechała z tych terenów większość wyznawców prawosławia. Urzędnicy carscy rozpowszechnili bowiem pogłoskę, że wkraczające wojska niemieckie dokonają zemsty na wyznawcach prawosławia, podejrzewanych o sprzyjanie wojskom carskim. Pierwsze cuda przed obrazem Matki Boskiej miały mieć miejsce jeszcze w XVII wieku, kiedy Różanystok, zwany w owym czasie Krzywym Stokiem należał do rusko-litewskiego rodu Tyszkiewiczów. To wówczas też na prośbę właścicieli przybyli do Krzywego Stoku z nieodleglych Sejn dominikanie, którzy mieli sprawować opiekę nad drewnianą świątynią i obrazem. Obecnie w Różanymstoku prowadzony jest przez Salezjanów dom poprawczy, szkoła, a z tego, co mi wiadomo także świetlica dla dzieci z ubogich rodzin, na którą można przekazywać 1 % od podatku, co też warto czynić, bo tereny te nie słyną z bogactwa.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Do Różanegostoku. Słów kilka o Białorusinach katolikach

Słoneczna, upalna niedziela, od samego rana nic się nie układa, pomyliłem klucze do garażu z kluczami do mieszkania i spóźniliśmy się na miejsce spotkania przy stacji benzynowej u wylotu z Białegostoku w stronę Grodna. 10 minut spóźnienia, to da się jeszcze znieść. Godzina 7.40, Waslików jest jeszcze senny, niemrawy ruch na ulicach, mijamy tylko samochody na białoruskich numerach jadące w stronę Białegostoku. Wzgórze krzyży w św. Wodzie wzorowane na litewskiej Góze Krzyży w Saulai, pofałdowany krajobraz, a na całej północy czernieje już leśny masyw Puszczy Knyszyńskiej. Mijamy Czarną Białostocką, za Strażą kończy się Puszcza, krajobraz staje się otwarty, ale faluje tak samo, a może nawet jeszcze mocniej niż w okolicach Wasilkowa, w stronę Białegostoku wciąż ciągną jedynie auta na białoruskich numerach. W Sokółce odbijamy na północ, w stronę Dąbrowy Białostockiej.

Różanystok jest miejscem niezwykłym, nie tylko ze względu na sanktuarium maryjne, które mieści się w murach dostojnej barokowej świątyni, godnej samego Grodna bądź Wilna, a wyrastającej ni stąd, ni zowąd wśród szczerych pól. Ile razy bym tu nie zawitał, zawsze zdarza mi się słyszeć mowę białoruską. Na palcach jednej ręki można pewnie zliczyć w Białymstoku Polaków, którzy mieliby świadomość istnienia Białorusinów wyznania katolickiego. O katolikach Białorusinach na Białorusi, ktoś może i słyszał, ale w Polsce, na Podlasiu? Sam sobie zdałem z tego sprawę chyba dopiero tuż po studiach.

"Czeho", "takaja", "proczitajesz", "maładaja" - takie słowa udało mi się dziś wyłowić z rozmów starszych kobiet zmierzających do kościoła, kilku mężczyzn pod murem okalającym teren świątyni także przeplata rozmowę białoruskimi słowami. Swoją drogą ciekawe czy ci ludzie uważają siebie za Białorusinów? Szczerze mówiąc, wątpię. Gdyby ich o to zapytać, popatrzyliby zdumieni, wzruszyli ramionami i odpowiedzieliby z nieznoszącą sprzeciwu pewnością, że są Polakami z krwi i kości. Być może ich przodkowie byli unitami, którzy po 1905 r. po wydaniu ukazu toleranycyjnego przez cara Mikołaja II, przeszli na katolicyzm, bo cerkwi unickiej po jej likwidacji na terenach Cesarstwa Rosyjskiego w 1839 r. przecież nie przywrócono. Być może przedokowie części z nich byli Litwinami, i od XIV w. mniej lub bardziej szczerze wyznawali katolicyzm, łącząc go jeszcze przez dłuższy czas z elementami wierzeń pogańskich.

Podobno ksiądz Jerzy Popiełuszko w dzieciństwie także władał dialektem języka białoruskiego - urodził się wszak w położonych na zachód od Różanegostoku o około 20-30 km Okopach.

Miła dla ucha, śpiewna, ale jakże inna w intonacji i melodyce od języka rosyjskiego mowa. Podobną władała pewna babcia, która poprosiła nas o podwiezienie, gdzieś w okolicach Miednik na Litwie niemal 2 lata temu.

Do różanostockiego sanktuarium zmierzają także młodzi ludzie, ci rozmawiają ze sobą piękną, literacką polszczyzną. Czy w domu zdarza im się komunikować w języku białoruskim? Czy jest to tylko język ich babć i dziadków, a rodziców już niekoniecznie?

Białorusini w Polsce dali sobie wmówić, że dialekty języka białoruskiego, to mowa wiejska, prosta, chopska, słowem "obciachowa", do której wstyd się przyznać. Świadczy o niskim statusie społecznym, o niskim poziomie kulturalnym, o braku wykształcenia. To mowa ludzi prostych, niewyedukowanych, mowa upośledzająca, stygmatyzująca, która może tylko utrudnić życie. Środowiska Białorusinów wyznania prawosławnego zrzuciły już z siebie ten kompleks, powstają w Białymstoku nawet przedszkola z językiem białoruskim. Co zaś z katolikami władajacymi językiem białoruskim? W ubiegłym roku zrodziła się wśród kilku młodych osób inicjatywa, by w Białymstoku w białym kościele przy katedrze odprawiać raz w miesiącu nabożeństwo w języku białoruskim. Czy przetrwała? Nie mam bladego pojęcia. Na pierwszej takiej mszy pojawiło się około dwudziestu osób, w tym spora część z nich to wyznawcy prawosławia.

wtorek, 29 lipca 2008

Powrót z Wilna. Poszukiwanie tożsamości

Ledwie cztery dni, Alytus, Troki, Wilno, Druskienniki. Słoneczny, upalny weekend na Litwie. Wyjazd za granicę, do miejsc, w których mogłem poczuć się jak u siebie. Bynajmniej nie w tym sensie, że Wilno to polskie miasto, bo to przecież bzdura, Wilno jest stolicą Litwy, i jest miastem litewskim, i tak powinno pozostać już na zawsze, ale Wilno to też miasto wielokulturowe, stanowiące dorobek Polaków, Litwinów, Białorusinów, Rusinów czy Rosjan, Żydów, Karaimów. Wilno jest mi duchowo dużo bliższe niż Warszawa, to prawdziwie europejskie miasto w promieniu kilkuset kilometrów od Białegostoku. To do Wilna jadę jak do duchowej stolicy, a do Warszawy, jedynie jako do miasta, w którym trzeba coś załatwić, podpisać umowę, odbyć szkolenie, czasem rozmowę w sprawie pracy. Ot taki duży ośrodek administracyjny, naukowy, kulturowy, który nie ma w sobie najmniejszej siły przyciągania, poza siłą pieniądza.

Wilno siłę przyciągania bez wątpienia ma, pojechałem tam ledwie 2 tygodnie temu, a już w najbliższy piątek znowu tam wracam. I wiem, że będę chciał wracać jeszcze wiele razy. Miasto, w którym można oddychać pełną piersią, płynnie przechodzić z języka polskiego na angielski, rosyjski, i pewnie jeszcze wiele innych, gdybym tylko te inne znał. I nie mam tu na myśli tylko i wyłącznie napotkanych turystów, ale przede wszystkim pytanych o drogę i wiele innych rzeczy wilnian.

Miasto na wzgórzach, tonące w zieleni, zalane słońcem, brodzące w deszczu, z błyskawicami i grzmotami rozrywającymi się gdzieś w ołowianym niebie. Cerkiew katedralna nosząca znamiona gruzińskiej architektury cerkiewnej, cerkiew tuż przy Ostrej Bramie, która użyczyła nam schronienia na czas straszliwej burzy, gdzie staliśmy skrępowani nie wiedząc jak się zachowywać w czasie liturgii, zmoknięci wyszliśmy na ciekawskich i przypadkowych turystów - podglądaczy, którzy schronili się jedynie przed deszczem, a przecież i tak mieliśmy do niej zajść, w celach bynajmniej nie utylitarnych.

Kościół przy Ostrej Bramie, i rozbrzmiewający nad nami niebiański dziewczęcy głos, wydobywający się gdzieś z ukrycia, nie mogliśmy się dopatrzeć wykonawczyni pięknej pieśni w języku litewskim. Głos magnetyczny, który nie pozwalał nam wyjść z chłodnego wnętrza w czasie, gdy na zewnątrz lał się żar z nieba, a przecież znowuż nie przyszliśmy do kościoła, by szukać w nim schronienia.

Popiersia Gaona z Wilna w nocnym mieście, odkrywamy je o pierwszej w nocy, wśród ocalałych kamieniczek i wąskich uliczek żydowskiej niegdyś pewnie części miasta. Tylko z lewej wynurza się jakby posowiecka budowla, ale jest noc, więc słabo ją widać.

Trójkątny rynek, we wschodniej pierzei dawny hotel, w którym kiedyś zatrzymał się Dostojewski, z wmurowaną weń tablicą upamiętniającą ten pobyt.

Tablica poświęcona Konstantemu Kalinowskiemu - polsko - białoruskiemu bohaterowi; tablica poświęcona polskiemu chłopakowi - uczniowi gimnazjum, który w czasie powodzi w bodaj 1938 roku uratował żydowskie dziecko z rwącej wody, a sam został porwany przez wezbraną rzekę, która nie oddała go już żywym. Przy tej tablicy, jakbym doznał olśnienia, to przecież esencja ducha, którego być może podświadomie próbowała przekazać mi babcia, a później mama, obie pochodzące hen z kresów za Wilnem.

- Często pytałam mamę skąd wiedziała, że jesteśmy Polakami - tak opowiadała mi z kolei moja mama o babci, gdy ta barwnie rozprawiała o tym, jak biegła witać w roku 1920 polskich ułanów zajmujących Wileńszczyznę. Odpowiedź brzmiała mniej więcej tak: - To oczywiste, od moich rodziców.

Co było oczywiste dla mojej babci, dla mnie już takim oczywistym nie jest. Czy można było zachować czystość etniczną na Kresach?

Pamiętam jeszcze z roku 1988, miałem 12 lat, pojechaliśmy po raz pierwszy - i jak na razie wciąż ostatni - w odwiedziny do rodziny na Białorusi, udało nam się też na kilka godzin wpaść do Wilna, gdzie matka chrzestna mojej mamy zapaliła świeczkę na prośbę swego męża - wyznawcy prawosławia; w cerkwi, która podczas mojego ostatniego pobytu przed 2 tygodniami udzieliła nam w czasie burzy schronienia.

Ten duch Kresów sprawia, że odczuwam taką samą więź z Litwinem, Białorusinem, Żydem, Tatarem, Karaimem, jak z Polakiem, a może z tymi pozostałymi, tj. niepolakami więź jeszcze silniejszą...

CDN

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Uroki uniformizacji

W słowie od redaktora w 6 numerze "Czasopisu" Jerzy Chmielewski dzieli się z czytelnikami ciekawym spostrzeżeniem, któremu do pewnego stopnia nie sposób nie przyznać racji , a mianowicie: "Nietrudno zauważyć, że wsi w cywilizacyjnym znaczeniu u nas już nie ma. Wszędzie nastała cywilizacja miasta - z jednakowym stylem życia, spędzania czasu i tymi samymi priorytetami (materialnymi, a jakże) czy to w Białymstoku, Orli, Trześciance, a nawet gdzieś na kolonii w głuszy pod lasem."

Te słowa utkwiły mi w pamięci i stały się inspiracją do rozmyślania, choć moje myślenie poszło w nieco innym kierunku.

W swoim życiu miałem wielu znajomych Białorusinów czy wyznawców prawosławia, którzy rozczarowywali mnie kompletnym brakiem zainteresowania swoją tożsamością. Ta wiedza wydawała sie im być do niczego niepotrzebna, nudna i stanowiąca swego rodzaju balast.

Pewna znajoma pochodząca z Narewki, wyznania prawosławnego, do białoruskości nie przyznająca się bądź do niej nie poczuwająca się, najchętniej spędzałaby dni wolne w knajpach, albo podróżowałaby bezustannie do Grecji, Egiptu, Hiszpanii, by nurkować w morzu i godzinami opalać się na piaszczystych plażach. O samej Narewce wie niewiele - historia to rzecz nie dla niej, nie interesuje jej zupełnie; prawosławie? no jest prawosławna, święta obchodzi, ale żeby wchodzić w jakieś szczegóły, to rzecz już zbyteczna.

Inna znajoma, absolwentka historii - za którą tak naprawdę nie przepada, studia chciała jakieś skończyć, padło na historię, ale historyków raczej uważa za nudny gatunek człowieka. Opowiadała mi któregoś razu o pewnym nieszczęśniku, koledze ze studiów, który najwyraźniej darzył ją szczególnymi względami, zapraszał na długie spacery i przy okazji - jak to określiła - męczył ją opowieściami o swoich historycznych pasjach, a że nie chciała być niemiła, to zgodziła sie na kilka spacerów, ale kolegi miała szczerze dość. Jej prawosławie było "świąteczne", sprowadzone do rytuału i kilku udziałów w pielgrzymkach na Grabarkę. Te ostatnie zadziwiły mnie najbardziej, bo nie pasowały do niej nijak. Duchowość wydawała się być na ostatnim miejscu w hierarchii jej wartości czy zainteresowań, co innego sport, spotkania z koleżankami, knajpy, dyskoteki.

Koleżanka z Gródka, studentka, najchętniej spędzałaby czas otoczona wianuszkiem zabawiających ją kolegów, w knajpach albo dyskotekach. Czy czuje się Białorusinką? Ależ skądże, jest Polką wyznania prawosławnego. A Leon Tarasewicz? Obrusza się, - Jakiż tam z niego Białorusin! Gródek, Chodkiewiczowie, miejsce, w którym stał zamek. - To mnie nie interesuje.

Podobne przykłady można by mnożyć. Czy jest to przypadłość Białorusinów, osób wyznania prawosławnego, bo ktoś mógłby tak pomyśleć przeczytawszy powyższe opisy? Ale za myślenie innych nie ponoszę odpowiedzialności. W ten sposób chciałem jedynie wykazać jak bardzo się uniformizujemy. Lista moich znajomych narodowości polskiej, wyznania katolickiego, nie przywiązujących żadnej wagi do swojej tożsamości byłaby dużo dłuższa (ze względu na proporcje). Osób, dla których katolicyzm sprowadza się do cotygodniowego dreptania do kościoła i kupowania prezentów na Boże Narodzenie, dla których polska historia czy kultura, to sprawy dobre jedynie dla nudziarzy czy mizantropów, jest bez liku.

Na marginesie tylko dodam, że najbardziej zadziwiła mnie kiedyś spotkana dziewczyna z zachodniej Polski, absolwentka prawa, doktorantka, prowadząca zajęcia ze studentami, która nie wiedziała czym była "Żegota".

Czy zatem rację ma Jerzy Chmielewski, że uniformizuje nas cywilizacja miasta? Chyba nie do końca. Nie uniformizuje nas cywilizacja miasta, ale kultura masowa. Prawdziwe miasto to różnorodność, miejsce, w którym każdy kto nie jest psychopatą, dewiantem, przestępcą powinien mieć swoją przestrzeń wolności i swoją niszę, w któej mógłby czuć się bezpiecznie, nawet jeśli miałoby sie to odbywać kosztem samotności.

To, że osoby z Gródka, Dąbrowy Białostockiej, Narewki, Bielska Podlaskiego przyjeżdżają do Białegostoku czy Warszawy i nie są w stanie wnieść nic nowego, nic świeżego, nic prawdziwie swojego, które nie są w stanie budować prawdziwej i głębokiej różnorodności miasta, nie świadczy o tym, że na prowincję, na wieś wkradła się cywilizacja miasta, ale właśnie owa nieszczęsna płytka, miałka i bezbarwna kultura masowa, która nie stanowi nic innego, jak tylko zaprzeczenie cywilizacji miasta, które z samej swojej definicji jest wielorakie i każdemu gwarantuje autonomię, jeśli ten nie krzywdzi innych.

Dla jasności dodam, że nie widzę nic złego w podróżach zagranicznych, w spędzaniu wolnego czasu w knajpach w towarzystwie znajomych, w dyskotekach, w sportach. Sam lubię uprawiać wszelkie sporty, podróżować kiedy tylko i gdzie się tylko da, lubię czasem odwiedzać knajpy i tańczyć w klubach, ale niepokoi mnie to, gdy owe "pasje" stają się celem samym w sobie, a nie towarzyszy im jakakolwiek sfera duchowa, sfera idei.

Co z tego, że wkrótce będziemy się spotykać i opowiadać sobie o podróżach do Egiptu - nie wiedząc nic o jego historii, kulturze, nie poznawszy tamtejszych ludzi i problemów z jakimi zmagają się na co dzień. Jaki sens mogą mieć podróże do Egiptu, Hiszpanii, Grecji sprowadzające się do nurkowania w morzu, smażenia się na plaży, zwiedzenia piramid, Akropolu, cykania tysięcy zdjęć wypasionymi cyfrówkami? Od tego wszystkiego wieja przeraźliwa pustka. Co z tego, że będziemy całymi dniami przesiadywać w knajpach prowadząc rozmowy o niczym i szukając tylko towarzystwa, które nas rozbawi? To wszystko nie ma nic wspólnego ze zbliżaniem ludzi do siebie. Rzecz nie w tym byśmy byli jednorodni i jednowymiarowi, ale w tym, by się naszą odmiennością potrafić zachwycać.

Mam też całe szczęście wśród Białorusinów czy wyznawców prawosławia znajomych, którzy są świadomi swojej tożsamości, i rozmowy, z którymi są zawsze żywe i szalenie interesujące, a to dlatego, że ci potrafią powiedzieć wiele o tym, co ich różni ode mnie, a co było mi dotychczas nieznane.

piątek, 14 marca 2008

O odwadze

W wolnych chwilach czytam dziś "Czasopis" - białoruskie czasopismo społeczno - kulturalne, a w nim także teksty w języku białoruskim. Tylko w ten sposób jestem w stanie nauczyć się języka białoruskiego. W ten sam sposób uczę się słowackiego i szlifuję angielski i rosyjski - czytając prasę, czasopisma, książki w tych właśnie językach.

Dziś akurat trafiłem na artykuł Sokrata Janowicza, którego niezmiernie szanuję, to właśnie między innymi za sprawą jego książek poznawałem prawdziwą historię wielonarodowego i wielokulturowego Podlasia.

Bez większych problemów przeczytałem felieton Janowicza napisany w języku białoruskim, nie rozumiałem jedynie nielicznych słów. Ale od rozumienia do umiejętności mówienia czy pisania w języku obcym długa jeszcze droga. Przyjdzie jednak czas i na pozostałe umiejętności.

Sokrat Janowicz pisze o współpracy z SB Eugeniusza Czykwina - posła SLD, który gorliwie zaprzecza stawianym mu zarzutom. Miał być zarejestrowany pod pseudonimami "Izydor" i "Wilhelm" i współpracować z SB od 1970 roku, czyli od roku, w którym Sokrat Janowicz swoją współpracę ze służbami komunistycznymi zakończył. Janowicz do swojej niechlubnej karty w życiorysie przyznał się, Czykwin wytrwale i z uporem jej się wypiera.

Janowicz zwraca uwagę, że jego wstydliwą przeszłością lokalne media chętnie się zajmowały, natomiast nad sprawą Czykwina nie pochylają się z tak wielkim zainteresowaniem. Janowicz składa to na karb lęku lokalnych mediów przed wpływami posła SLD. I jak znam rzeczywistość tutejszą pewnie tak jest. Będąc posłem SLD Czykwin ma na tyle mocną pozycję,że dziennikarze sami z siebie wiedzą o tym, że jego sprawą nie warto się zanadto dociekliwie zajmować, bo można na tym tylko stracić. A jeśli tego nie wiedzą, to zapewne uświadomią im to ich naczelni.

Zemsta może przybrać różnorodną postać, nie warto się zastanawiać jak mogłaby wyglądać, za pewnik można jednak przyjąć, że w tym mieście wzajemnych powiązań, kolesiów, koleżanek i innych zależności, koniunkturalizmu, konformizmu, jakaś kara niepokornego dziennikarza, a nawet całą gazetę czy inne medium mogłaby spotkać.

Najbardziej zadziwiło mnie natomiast kilka stwierdzeń Sokrata Janowicza, w których odważnie wyznaje, że wielu Białorusinów popierało komunistyczny reżim, w tym działania SB, wielu też pracowało w SB. "Wielu" nie znaczy wszyscy, nie oznacza nawet większości. Ale dajmy pokój liczbom, nie w tym rzecz, by dokładnie co do jednego wyliczyć ilu Białorusinów wspierało, a ilu pracowało w UB, a później w SB. Liczy się sam fakt przyznania do tej ponurej prawdy ze strony jednego z najważniejszych przedstawicieli białoruskiej elity w Polsce.

środa, 12 marca 2008

O polskich Białorusinach

Wczoraj przy scrabble i przy dobrej waniliowej wódce z pomarańczą rozmawiam z kolegą m.in. o polskich Białorusinach. Obaj, choć rdzenni Polacy, jesteśmy wielbicielami białoruskiego czasopisma "Czasopis". Kolega przywędrował do Białegostoku z Gorzowa Wielkopolskiego, ja jestem białostocczaninem w pierwszym pokoleniu. Moja Mama trafiła do Białegostoku jako kilkuletnia repatriantka z najprawdziwszych kresów, Tata pochodzi ze wschodu, ale zaledwie z Lubelszczyzny.

Zarówno mnie, jak i koledze zależy na dobrych relacjach polsko - białoruskich. Nie możemy w głębi duszy pojąć - choć jest to wyjaśnialne i powszechnie znane argumenty uzasadniające ten stan rzeczy nas paradoksalnie przekonują - jak to możliwe, że większość polskich Białorusinów czy wyznawców prawosławia wciąż popiera postkomunistów.

Rozmawiamy o dialektach białoruskich i ukraińskich na Podlasiu. W sumie spędzamy niemal pięć godzin rozmawiając, grając w scrabble i popijając "waniliowy strzał", a to wszystko w miłej atmosferze pubu "Sześcian" mieszczącego się na poddaszu zabytkowego prawdopodobnie pożydowskiego domku w centrum Białegostoku.

Do domu docieram po północy. Chwytam za styczniowy numer "Czasopisu". Niestety nie mam wciąż takiego luksusu, by usiąść i od deski do deski za jednym posiedzeniem przeczytać cały numer, zresztą chyba nawet nie lubię tak czytać. Czytając potrzebuję się delektować, wracać po kilkakroć do wybranych zdań, fragmentów, sformułowań.

Już wiem, że prędko nie zasnę, szkoda czasu na sen, gdy tyle ciekawych rzeczy do przeczytania. Moją uwagę najbardziej przykuwa list Kasi Dmitruk - uczestniczki "Bardowskiej jesieni" w Bielsku Podlaskim - festiwalu białoruskiej poezji śpiewanej. Swoim listem dziękuje za wsparcie Jerzemu Chmielewskiemu wyrażone na łamach grudniowego wydania "Czasopisu". Kto w dzisiejszych czasach powszechnego koniunkturalizmu, wszechobecnego konformizmu potrafi sprzeciwić się znaczącym środowiskom, opiniotwórczym grupom czy jakiejkolwiek większości? Kasia Dmitruk, której osobiście nie znam, o istnieniu której dowiaduję się przed chwilą z "Czasopisu" okazuje wdzięczność swemu obrońcy. Nie ma żalu, że nie otrzymała nagrody czy wyróżnienia, ale boli ją to, że przyczyną takiego stanu rzeczy mogło być jej wyznanie poczynione publicznie, iż nie czuje się stuprocentową Białorusinką. A któż może się czuć stuprocentowym Białorusinem? Czy ja się czuję stuprocentowym Polakiem? Oczywiście, że nie.

Kasia pada ofiarą swojej odwagi i prawdy, płaci za nie cenę. Szalenie mi to imponuje i jestem dla niej pełen podziwu. Kasia w swoim liście pisze o hermetyczności środowiska, która wyradzać się może w fundamentalizm. Dobrze ją rozumiem, stykam się z tym zjawiskiem wśród Polaków, którzy gotowi są mnie opluć za najmniejszą krytyczną uwagę o polskości czy Polakach. I nie rozumieją tego, że nie czynię tego, by pomawiać naród polski czy - jak kto woli - kalać swoje gniazdo. Trzeba wiedzieć o złych i dobrych stronach swojej przeszłości, by nie popaść w samozachwyt i megalomanię narodową, by nie wykluczać ze wspólnoty tych, z którymi się nie zgadzamy, by ich nie piętnować i nie atakować bezsensownie.

Tymczasem Kasia wyznała, że nie jest jeszcze stuprocentową Białorusinką, że wciąż jest na etapie poszukiwania, odkrywania swojej tożsamości, i to się jury najwyraźniej nie spodobało.

Od czasów jeszcze studenckich marzą mi się wspólne białorusko - polskie przedsięwzięcia, które wydatnie przyczyniałyby się do poprawy relacji między tymi narodami. Ale wciąż napotykam ten jałowy, absurdalny mur podlaskiej niemożności. Jeśli polscy znajomi, to nie są zainteresowani taką działalnością, są bierni, apatyczni wolą zajmować się duperelami niż czymś naprawdę istotnym, choć inteligencji nie można im odmówić. Jeśli białoruscy znajomi, to trudna do przemożenia nieufność. Przez moment chcę napisać list do "Czasopisu" z propozycją powołania wspólnego polsko - białoruskiego stowarzyszenia abstrahującego całkowicie od polityki, ale po chwili rezygnuję. Nie chcę po raz kolejny wyjść na naiwnego pięknoducha. Może jeszcze zmienię zdanie...

czwartek, 24 stycznia 2008

O pysze narodowej i samobiczowaniu

Popadanie w skrajności wydaje się być naszą narodową specjalizacją. Każde dotknięcie bolesnej części naszej przeszłości sprawia, że zamiast rzeczowej i spokojnej dyskusji, prób dochodzenia do porozumienia dzielimy się na wrogie obozy, które skaczą sobie do gardeł. I zazwyczaj nie ma miejsca na środek, bo przecież rzecz idzie o imponderabilia. To zresztą sprawa nie tylko odległej przeszłości, ale także tej całkiem niedawnej. Tak więc, by nie sięgać daleko - w październiku 2007 r. zamiast wyborów parlamentarnych mieliśmy Armagedon, w którym starły się siły dobra i zła (dobro i zło zależne od punktu widzenia).

Natomiast kilka tygodni temu pewne renomowane wydawnictwo wydało książkę mającą w zamierzeniu jej autora i owego wydawnictwa wywołać ogólnonarodową debatę, a jak się okazało wywołała jedynie chaotyczną i krwawą kłótnię, która wątpliwe by się jakimkolwiek porozumieniem zakończyła. Póki co obie strony się okopały na swoich pozycjach, umacniają się na nich i pokrzykują do siebie z oddali.

To wszystko zaczyna mi przypominać pewne dwie skrajne postawy, z których jedna jest charakterystyczna dla pogranicza, na którym mieszkam, a druga usiłuje się tu przebić z kaganek oświaty niosącego dla ciemnego ludu centrum i południa Polski.

Ta pierwsza jeszcze nie tak całkiem dawno próbowała mi wmawiać, że mój bliźni władający białoruską mową lub chadzający zamiast do kościoła do cerkwi, to "kacap", "ruski", "naród chłopski", słowem bliźni, owszem, ale gorszego sortu.

Ta druga zaś sugeruje mi, że z racji tego kim jestem żywię chroniczną niechęć do pewnego narodu.

Co do tej pierwszej, to zawsze mam w pamięci ważne słowa, które uczyniły mnie odpornym na jej argumenty:

"Archidiecezję w Białymstoku zamieszkują także nasi bracia prawosławni. Szukajmy zawsze tego, co łączy, spotykajmy się w duchu ekumenicznym, módlmy się wspólnie."

albo

"Bolesne doświadczenia żyją nadal w pamięci zbiorowej. W niej tkwią również głębokie korzenie nieufności, wciąż jeszcze nie przezwyciężonej. Wszyscy dźwigamy brzemię historycznych win, wszyscy popełniamy błędy. (...) Gdziekolwiek zaistniała krzywda, niezależnie po której stronie należy ją przezwyciężyć przez uznanie własnej winy przed Bogiem i przebaczenie. (...) Pomni na słowa Modlitwy Pańskiej: odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, w duchu wzajemnego pojednania, wybaczmy sobie nawzajem doznane w przeszłości krzywdy po to, aby w nowy, prawdziwie ewangeliczny sposób kształtować nasze wzajemne stosunki, i tworzyć lepsze jutro Kościołów pojednanych."

Odpowiedź na pytanie kto jest autorem owych słów pozostawiam domyślności Czytelnika, dodam tylko, że zostały one skierowane do mieszkańców tego właśnie pogranicza w czerwcu 1991 r. I na nic się tu zdadzą pokrzykiwania i pohukiwania tych, którzy by chcieli by było inaczej.

Co do tej drugiej postawy, to muszę przyznać, że owa wmawiana mi niechęć jest mi i moim bliższym i dalszym znajomym całkowicie obca. Antysemityzm postrzegam przez niedawny wybryk kilku troglodytów, którzy zbezcześcili cmentarz żydowski w Białymstoku, ale którzy dzięki współpracy mieszkańców miasta z policją po kilku dniach zostali schwytani, a ich zdjęcia opublikowano w Internecie. Nie chcę przez to bagatelizować problemu, czy powiedzieć, że go nie ma. Pewnie jest, ale nie w takich proporcjach, w jakich usiłuje się go przedstawić. Relacje polsko - żydowskie postrzegam natomiast przez pryzmat działalności wielu ludzi - np. pewnego stowarzyszenia, które prężnie organizuje wykłady poświęcone historii i kulturze Żydów na Podlasiu, pokazy filmów, wycieczki (piesze, rowerowe, samochodowe) do miejsc związanych z kulturą żydowską, tatarską, białoruską, w których uczestniczą setki ludzi w różnym wieku. To wreszcie setki młodych ludzi porządkujących co roku cmentarz żydowski, to mieszkańcy Tykocina, którzy jeszcze niedawno prowadzili pod okiem pani dyrektor muzeum w synagodze teatr odgrywający sceny z życia tykocińskich Żydów.

Słowem, we wszystkim warto znać umiar. A jeśli ktoś lubi kwasić się w którymś w dwóch wyżej wymienionych sosów to jego sprawa, nic mi do tego.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...