Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje Podlasie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje Podlasie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 września 2010

Dobrzyniówka, niedzielene popołudnie

Około 30 km na północ od Białegostoku, w stronę Korycina, wystarczy przejechać urokliwą Puszczę Knyszyńską, by znaleźć się w urokliwej Dobrzyniówce. Chłodne, ale słoneczne niedzielnie popołudnie, w radiu Sting i utwory U2 wykonywane przez nieznane mi wokalistki, i brzmiące dużo ciekawiej niż wersje oryginalne, grane w Trójce przez Marcina Kydryńskiego, jak zwykle melancholijnie, jesiennie i jednocześnie radośnie. Postój jak zwykle na piaskowej drodze z Dobrzyniówki do Czarnegostoku, przy kilkumetrowym zmurszałym krzyżu na łaodnym wzgórzu, naprzeciw pole kukurydzy, w kotlince czerwieniejące dachy gospodarstwa. Od strony zachodniej opuszczone, niszczejące zabudowania nieistniejącego już pegieeru, z pootwieranymi na oścież drewnianymi drzwiami, puste oczodoły okien, ściany z daleka co prawda jeszcze bieleją, a dopiero z bliska widać odrapane tynki, pordzewiałe siatki, dziurawe dachy.

Jesienne słońce świeci prosto w twarz. Z nieodległej Jasnionówki dobiega nieco przytłumiony dźwięk kościelnych dzwonów.
W średniowieczu okolice Dobrzyniówki zamieszkiwali prawdopodobnie Jaćwingowie, później krzyżowały się tu wpływy Słowian wschodnich, zachodnich i Litwinów.

Wieś tworzy ledwie kilkanaście gospodarstw, w tym kilka nowoczesnych, nawet gustownych domów. Wokół łagodne wzgórza, sosnowe i brzozowe zagajniki, kilka zmurszałych krzyży i co najmniej dwa tajemnicze miejsca. Jedno przy piaskowej drodze do Czarnegostoku - wśród szczerych pól owocowe drzewo (z daleka trudno ocenić jego gatunek) otoczone, jakby ułożonymi ludzką ręką kamieniami tworzącymi niezbyt regularny krąg. Trudno się do niego dostać z jakiejkolwiek strony, zimą dojście utrudniają śnieżne zaspy, latem łany pszenicy, a teraz bruzdy zaoranej ziemi. Można odnieść wrażezenie, iż jest to kurhan, być może choleryczny cmentarz, lub cmentarz z czasów wojny - być może z czasów potopu szwedzkiego, wojny północnej albo I wojny światowej. Zastanawiać musi to, że nikt jeszcze tego skrawka ziemi nie zagospodarował, nie zaorał, drzewa nie wyciął, kamieni nie usunął, by powiększyć pole.

Drugie tajemnicze miejsce znajduje się przed wsią od strony trasy augustowskiej. Żeliwny krzyż na kamiennym postumencie, ustawiony nie bezpośrednio przy drodze, nie na rozstaju dróg, ale niemal na samym środku uprawnego pola. Zimą, kiedy jeszcze nie było śniegu, udało mi się do niego podejść, ale inskrypcje wygrawerowane w kamieniu były całkowice zatarte.


niedziela, 22 sierpnia 2010

Do Różanegostoku. Słów kilka o Białorusinach katolikach

Słoneczna, upalna niedziela, od samego rana nic się nie układa, pomyliłem klucze do garażu z kluczami do mieszkania i spóźniliśmy się na miejsce spotkania przy stacji benzynowej u wylotu z Białegostoku w stronę Grodna. 10 minut spóźnienia, to da się jeszcze znieść. Godzina 7.40, Waslików jest jeszcze senny, niemrawy ruch na ulicach, mijamy tylko samochody na białoruskich numerach jadące w stronę Białegostoku. Wzgórze krzyży w św. Wodzie wzorowane na litewskiej Góze Krzyży w Saulai, pofałdowany krajobraz, a na całej północy czernieje już leśny masyw Puszczy Knyszyńskiej. Mijamy Czarną Białostocką, za Strażą kończy się Puszcza, krajobraz staje się otwarty, ale faluje tak samo, a może nawet jeszcze mocniej niż w okolicach Wasilkowa, w stronę Białegostoku wciąż ciągną jedynie auta na białoruskich numerach. W Sokółce odbijamy na północ, w stronę Dąbrowy Białostockiej.

Różanystok jest miejscem niezwykłym, nie tylko ze względu na sanktuarium maryjne, które mieści się w murach dostojnej barokowej świątyni, godnej samego Grodna bądź Wilna, a wyrastającej ni stąd, ni zowąd wśród szczerych pól. Ile razy bym tu nie zawitał, zawsze zdarza mi się słyszeć mowę białoruską. Na palcach jednej ręki można pewnie zliczyć w Białymstoku Polaków, którzy mieliby świadomość istnienia Białorusinów wyznania katolickiego. O katolikach Białorusinach na Białorusi, ktoś może i słyszał, ale w Polsce, na Podlasiu? Sam sobie zdałem z tego sprawę chyba dopiero tuż po studiach.

"Czeho", "takaja", "proczitajesz", "maładaja" - takie słowa udało mi się dziś wyłowić z rozmów starszych kobiet zmierzających do kościoła, kilku mężczyzn pod murem okalającym teren świątyni także przeplata rozmowę białoruskimi słowami. Swoją drogą ciekawe czy ci ludzie uważają siebie za Białorusinów? Szczerze mówiąc, wątpię. Gdyby ich o to zapytać, popatrzyliby zdumieni, wzruszyli ramionami i odpowiedzieliby z nieznoszącą sprzeciwu pewnością, że są Polakami z krwi i kości. Być może ich przodkowie byli unitami, którzy po 1905 r. po wydaniu ukazu toleranycyjnego przez cara Mikołaja II, przeszli na katolicyzm, bo cerkwi unickiej po jej likwidacji na terenach Cesarstwa Rosyjskiego w 1839 r. przecież nie przywrócono. Być może przedokowie części z nich byli Litwinami, i od XIV w. mniej lub bardziej szczerze wyznawali katolicyzm, łącząc go jeszcze przez dłuższy czas z elementami wierzeń pogańskich.

Podobno ksiądz Jerzy Popiełuszko w dzieciństwie także władał dialektem języka białoruskiego - urodził się wszak w położonych na zachód od Różanegostoku o około 20-30 km Okopach.

Miła dla ucha, śpiewna, ale jakże inna w intonacji i melodyce od języka rosyjskiego mowa. Podobną władała pewna babcia, która poprosiła nas o podwiezienie, gdzieś w okolicach Miednik na Litwie niemal 2 lata temu.

Do różanostockiego sanktuarium zmierzają także młodzi ludzie, ci rozmawiają ze sobą piękną, literacką polszczyzną. Czy w domu zdarza im się komunikować w języku białoruskim? Czy jest to tylko język ich babć i dziadków, a rodziców już niekoniecznie?

Białorusini w Polsce dali sobie wmówić, że dialekty języka białoruskiego, to mowa wiejska, prosta, chopska, słowem "obciachowa", do której wstyd się przyznać. Świadczy o niskim statusie społecznym, o niskim poziomie kulturalnym, o braku wykształcenia. To mowa ludzi prostych, niewyedukowanych, mowa upośledzająca, stygmatyzująca, która może tylko utrudnić życie. Środowiska Białorusinów wyznania prawosławnego zrzuciły już z siebie ten kompleks, powstają w Białymstoku nawet przedszkola z językiem białoruskim. Co zaś z katolikami władajacymi językiem białoruskim? W ubiegłym roku zrodziła się wśród kilku młodych osób inicjatywa, by w Białymstoku w białym kościele przy katedrze odprawiać raz w miesiącu nabożeństwo w języku białoruskim. Czy przetrwała? Nie mam bladego pojęcia. Na pierwszej takiej mszy pojawiło się około dwudziestu osób, w tym spora część z nich to wyznawcy prawosławia.

piątek, 28 maja 2010

Grodzisko? Między Sadowem a Suchodoliną



















































O tym interesującym miejscu pisałem w tym oto poście:
Różanystok, św. Jan Bosko, grodzisko i w zasadzie o tym, że nic nie dzieje się przez przypadek
zastanawiąc się nad tym czy jest to prastare grodzisko, miejsce dawnego kultu pogańskiego Bałtów (Jaćwingów, Litwinów), a może Słowian? A może jest to zwyczajne naturalne wzgórze nie kryjące żadnej tajemnicy? Przyjmijmy jednak, że jest to sredniowieczne grodzisko, tak jest dużo ciekawiej.

piątek, 25 grudnia 2009

Krótka Bożonarodzeniowa podróż

Deszczowe Boże Narodzenie, leje jak z cebra, na plus trzeba zaliczyć mimo wszystko to, że jest ciepło, a deszcz przypomina bardziej deszcz wiosenny niż późnojesienny. Termometr wskazuje niemal 9 stopni Celsjusza. Mam w zasadzie dwie drogi do wyboru - na północ bądź na południe, dwa moje ulubione kierunki. Północ urzekała mnie około dwóch lat temu swoim litewskim krajobrazem i nastrojem - pofałdowany melancholijnie teren, Puszcza Knyszyńska, sosnowe zagajniki w dolinach i na szczytach łagodnie wznosących się i opodających wzgórz, drewniana w większości zabudowa wsi - zgrabne, przytulne domki o dwuspadowych dachach, niektóre jeszcze ze zdobieniami, w których etnografowie doszukaliby się pewnie wpływów litewskich. Starsi mieszkańcy tych wiosek do tej pory władają białoruskim dialektem, ale mało prawdopodbnym jest to, że do przybyszów z miasta odważą się przemówić w tym języku, co innego w gronie rodzinnym, bliskich osób, sąsiadów. Wioski wyłącznie katolickie - w przeciwieństwie do kierunku południowego. Przy drogach kilkumetrowe smukłe, niekiedy zmurszałe drewniane krzyże, czasem krzyże żeliwne wieńczące kamienne kapliczki.

Wyjazd z Białegostoku tuż za "Wikingiem" może z powodzeniem stanowić wizytówkę regionu, oddany ledwie kilka dni temu do użytku. Solidna dwupasmówka, niemal jak droga ekspresowa, rozjazdy, mosty, i tak aż lub tylko do Katrynki. Dalej już ta sama asfaltówka co przed laty, o wyżłobionych koleinach, którą dziś wyjątkowo fatalnie się jedzie - w zagłębieniach hektolitry wody, którą wzbijają jadące z naprzeciwka tiry, jedynym wyjściem pozostaje włączenie największej prędkości wycieraczek. W Puszczy zalega jeszcze śnieg, szary, brudny, sukcesywnie topinoy przez ciepły deszcz. Próbuję odbić w drogę do Kopiska, ale ta wygląda jak szklanka - śniegu na niej co prawda nie ma, ale lód się jeszcze nie rozpłynął. Postanawiam jechać dalej na północ. Tu puszcza wita mnie mgłą gęstą i białą jak mleko, nie widać nie tylko jadących z naprzeciwka samochodów, ale także wierzchołków drzew. Za Przewalanką puszcza się kończy. Korci mnie, by pojechać do Korycina, ale to jednak prawie 40 km od Białegostoku, a chcę jeszcze wrócić za widna. Dojeżdzam do drogi na Brody, ta jest jednak również oblodzona. Chciałem dojechać do wsi znanej mi w zasadzie tylko i wyłącznie z pewnej rozmowy telefonicznej z mamą niepełnosprawnego chłopca, utrzymującego kontakt ze światem głównie za pośrednictwem Internetu. Rzadko zdarza się spotykać ludzi tak dobrych, troskliwych i pogodzonych z losem, jak ta kobieta. Dobroć, opiekuńczość, ciepło płynęły z każdego wypowiedzianego przez nią słowa, jak balsam dla duszy. Nie ma jednak rady, ze względu na gładki lód jestem zmuszony zawrócić. Cofam się nieco w stronę Białegostoku, w prawo droga prowadzi do Jasionówki przez Dobrzyniówkę, wąska asflatówka, ale bez śniegu i nie oblodzona. Dopiero w sosnowym zagajniku pojawia się ubity śnieg, który do końca nie roztajał. Nie ma jednak meijsca do nawrócenia, trzeba jechać dalej, lasek zaraz się kończy, na wzniesieniu przede mną widnieją zabudowania Dobrzyniówki, malutkiej, urokliwej wioski. Zanim do niej dojadę moją uwagę przykuje żeliwny krzyż wieńczący kamienny postument. Kapliczka stoi w odległości około 10 metrów od szosy, w szczerym polu, nie na rozstaju dróg, nie na skrzyżowaniu, lecz w polu. Bez wątpienia musi coś upamiętniać. Wysiadam z samochodu, podchodzę bliżej, oglądam ją z każdej strony, kamienny postument jest mokry, trudno się na nim dopatrzeć jakichkolwiek inskrypcji, żadnych zagłębień, żadnych żłobień - możliwe, że zostały zatarte przez deszcze, śniegi, słońce i wiatry. Dziś się niczego o kapliczce nie dowiem, ale postanawiam tu wrócić jeszcze wielokrotnie. W strugach ciepłego deszczu, zanim wsiądę do samcohodu wykonuję jeszcze kilka telefonów z zaległymi życzeniami. Aż się nie chce wracać do domu, mimo paskudnej przecież pogody. Ludzie z przejeżdżajacych samochodów przypatrują mi się ze zdziwieniem. Czas jednak na powrót. Ostatni rzut oka na piaskową drogą umykającą w stronę sosonowego zagajnika, prowadzącą nie wiadomo dalej dokąd. A w samochodzie przez przypadek trafiam w "Trójce" na koncert Kasi Pumy Piaseckiej wykonującej przepiękne kolędy i pastorałki. Słowem rewelacja! Nie śpiewałem wczoraj kolęd z rodziną, to dziś śpiewam je sam w samochodzie.

Jedyną jaką udało mi się znaleźć na youtube dzielę się poniżej:



sobota, 18 kwietnia 2009

Podzamczysk i Aulakowszczyzna. Szlakiem litewskiego pogranicza. Zdjęcia

Opublikowane poniżej zdjęcia są wariacją na temat grodziska w Aulakowszczyźnie - prawdopodobnie litewskiego z XII wieku, z wyjątkiem dwóch ostatnich (na samym dole), które przedstawiają grodzisko w Podzamczysku, z tego samego okresu. Ale na pograniczu, jak to na pograniczu, pewności chyba nigdy mieć nie można, bo być może owe usypiska były dziełem Jaćwingów, a może Słowian? Jaki los spotkał ich mieszkańców nie wiadomo, choć jak wspominał nasz przewodnik (o którym mowa w poprzednim poście) wykopywane przez niego i przez innych mieszkańców Aulakowszczyzny zwęglone bale wskazywałyby na to, że nieszczęśnicy ci zostali zaatakowani przez… No właśnie, przez kogo? A to już zależy od tego kto je zamieszkiwał. Jeśli Litwini bądź Jaćwingowie, to możliwe, że agresorami byli Krzyżacy z nieodległego przecież zamku w Ełku, a może Mazowszanie? Jeśli zamieszkiwali je Słowianie to atakującymi mogli być Bałtowie, tj. Litwini lub Jaćwingowie. A kto wie może nawet sami Wikingowie. Wykopaliska przeprowadzone w 2007 r. na grodzisku z IX - XI wieku w Trzciance (odległej około 15 - 20 km na wschód od Aulakowszczyzny) dowodzą, że napadającymi mogli być właśnie przybysze ze Skandynawii. O Trzciance wspomnę w jednym z następnych postów, bo to także wielce interesujące miejsce. Tak czy owak ta archeologiczna niepewność pozostawia pole do popisu dla wyobraźni, ale z drugiej strony tak korci, by wiedzieć na pewno!




















poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Aulakowszczyzna. Szlakiem pogranicza litewskiego

Wreszcie kilka dni wolnych, które można wykorzystać do eksploracji tak do niedawna zaniedbanej północnej części skrawka Białostocczyzny. Dotychczas dużo bardziej pociągało mnie południe - Mielnik, Serpelice, Biała Podlaska, Grabarka, Janów Podlaski, Kostomłoty. Sam do końca nie potrafię wyjaśnić skąd się wzięło to świeże zamiłowanie do północy, może z odmiennego krajobrazu - dużo bardziej nieprzewidywalnego niż ten na południu, dużo bardziej swawolnego, radosnego, pofalowanego z miejscami, które śmiało mogłyby konkurować z pogórzem. Morenowe wzgórza figlarnie wzbijające się i opadające, z niespodziewanie wyrastającymi na ich szczytach lub w kotlinkach sosnowymi zagajnikami, porozrzucane na koloniach drewniane domki o dwuspadowych dachach w otoczeniu sadów, które lada dzień wybuchną całym urokiem wiosny.

A właściwie już wiem, właśnie sobie przypomniałem skąd się wzięła ta północ. Wystarczyły ledwie dwa zdania z nowo wydanego przewodnika po Puszczy Knyszyńskiej, wspominające o grodzisku usypanym przez Litwinów w bodaj XII wieku na pograniczu litewsko - mazowieckim, to jest na obecnym północnym skraju puszczy. Tyle razy tamtędy przejeżdżałem i nie byłem go w stanie dostrzec. Dopiero niedawno, bez najmniejszych problemów wśród falujących pól otoczonych lasem na horyzoncie od strony północnej i południowej odkryliśmy sztucznie usypane wzgórze, tak odmienne od rozsianych wokół naturalnych pagórków morenowych. Między Niemczynem a Podzamczyskiem, od południa widnieją dachy Zamczyska i niepokojący z lekka granat puszczy. Od strony zachodniej wzgórze się nieco osypało, stok jest częściow zaorany, od strony wschodniej pole już nie tak ordynarnie wdziera się na stok, ale do grodziska nie można podejść z żadnej strony, bo z każdej otoczone jest zaoranym polem. Na jego płaskim szczycie wyrosło kilka sosen i dzika grusza. Wokół hula tylko wiatr i ani żywej duszy. Nie ma nawet kogo zapytać o straszące tu duchy, o wyorywane z ziemi skorupy naczyń ceramicznych, glinanych, gorty strzał, pordzewiałe miecze.

Z Podzamczyska jedziemy do Aulakowszczyzny. Nazwa trudna do wymówienia i w swym trzonie zupełnie nie słowiańska, nie biorąc pod uwagę przyrostka “owszczyzna”. O ile dobrze pamiętam Piotr Aulak - osocznik lub myśliwiec otrzymał tę wieś jako nadanie za wierną służbę królowi w bodaj 1601 roku. Ale nie był tu pierwszym osadnikiem. Tajemnicze grodzisko tuż za wsią powstało już w XII wieku, a kto wie może i wcześniej. Zupełnie niewidoczne z asfaltowej drogi do Korycina. Pytamy we wsi starszą kobietę zamiatającą ulicę przed domem o stare grodzisko. Uśmiechnięta, życzliwa odpowiada nam, że sama o nim wie niewiele, ale jej syn może nam co nieco o zamku opowiedzieć. Ona nie jest stąd, jej teściowa też nie była stąd, ale coś o zamku wiedziała. Syn do nas nie wyjdzie, ale starsza pani po krótkiej z nim rozmowie, kiedy to rzuciła miotłę i poszła do drewnianego domku, by po chwili wrócić, wskaże nam dokładnie drogę. Zapyta jeszcze przyglądającego się nam obojętnie sąsiada czy nie wie czegoś o zamku, bo kiedyś coś tam o nim czytał w jakiejś książce. Ten odeśle nas do gminy w sprawie książki o zamku, a tymczasem wskaże żółty znak tuż za wsią, za nim wzgórze, na którym pole orze traktorem jakiś człowiek, mogący podobno opowiedzieć nam coś o grodzisku. Życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt, dojeżdżamy do znaku informującego o zakręcie, zatrzymujemy samochód, na wierzchołku wzgórza przystaje traktor, w którego kabinie widnieje niewyraźna męska sylwetka. Uzbrojeni w aparaty wspinamy się pod górę. Podchodzimy do traktorzysty, który przygląda nam się z zaciekawieniem. Pytamy o grodzisko. Z początku nieco podejrzliwie około 40-letni mężczyzna zeskakując z maszyny pyta nas czy jesteśmy od konserwatora zabytków. Naszym zapewnieniom, że nie nie daje wiary, ale chętnie zaczyna snuć opowieść o zamku i prowadzi nas do niego.

- Tu przed wami, tam w dole, gdzie rosną te wierzby, to jest grodzisko.

Jego kontury przez stulecia znacznie się zatarły, ale można dostrzec sztucznie usypane niewysokie wzniesienie.

- Tam kiedyś ludzie wybierali glinę i jak kopali, to wykopywali poczerniałe, spalone drągi. Połowa grodziska jest moja, a połowa wójta.

Stajemy na szczycie wzniesienia, od strony południowej przylegającego do stoku wysokiego wzgórza, na którym pole ma nasz przewodnik. Nie bardzo potrafię zrozumieć dlaczego grodzisko nie zostało wzniesione na samym szczycie. A może to było podgrodzie? Choć z tego, co mówi gospodarz wynika, że podgrodzie musiało być jeszcze niżej, tam gdzie jest łąka, na której orząc odkrywał kolejne spalone bale.

Ze wzgórza roztacza się przepiekny widok na radosne pagórki z budzącą się do życią roślinnością - sosnowe zagajniki, wierzby rosnące tuż przy rzece - Kumiałce, drewniane przytulne zabudowania wioski.

- Dziadek mówił, że tu straszy w nocy.

- A pan widział ducha?

- Ja nie, ale nigdy w nocy tu nie przychodziłem - śmieje się - A może dziadek nie chciał po prostu, by wnuki same tu chodziły.

W międzyczasie na szczycie wzgórza pojawia się drugi traktor.

- To ojciec przyjechał, zobaczył, że mój traktor stoi i zaniepokoił się.

Zrobiwszy mnóstwo zdjęć, wdrapujemy się na szczyt wzgórza. Witamy się z przybyłem tatą naszego przewodnika, który to jeszcze raz upewniwszy się czy, aby na pewno nie jesteśmy z jakiegoś urzędu, nabrał do nas zaufania.

Przez kilkanaście minut rozmawiamy jeszcze z mężczyznami o możliwości wykorzystania tak drogocennego skarbu na własnym polu, trochę o historii samego grodziska, a później już tylko słuchamy o rosyjskim generale, który zginął we wsi w 1944 r., którego ciało ekshumowano w latach 50-tych i wywieziono do ZSRR, o cmentarzysku cholerycznym na polu po drugiej stronie drogi do Korycina, o katiuszach, który stały we wsi i w 1944 r. ostrzeliwały Kamionkę, w której okopali się Niemcy, o pradziadku, który opowiadał albo nawet brał udział w powstaniu listopadowym(choć chyba raczej powinno to być powstanie styczniowe).

Rozmowa z synem i ojcem to prawdziwa przyjemność, są istną skarbnicą wiedzy. Prości, dobrzy ludzie, o łagodnych uśmiechach i spokojnych spojrzeniach.

Czas nas jednak nagli (sobota przed Wielką Nocą), tu także życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt i wyruszamy w dalszą podróż…

CDN…

Zdjęcia z wyprawy opublikowalem w tym oto poscie.

sobota, 21 marca 2009

Okopy

Filmu o Jerzym Popiełuszce jeszcze nie oglądałem, choć zamierzam. Brakuje mi jedynie czasu na wybranie się do kina, a gdy czas już mam to wolę wyruszyć gdzieś za miasto. W ubiegłą niedzielę wybór padł na Okopy, niewielką wieś w pobliżu Suchowoli.

Jadąc prostą drogą z Białegostoku, nie byłoby to więcej niż 50 - 60 kilometrów, ale postanowiliśmy jechać nieco dookoła - przez Knyszyn, Jasionówkę, Korycin i Janów - jedne z bardziej interesujących miejscowości na północ od Białegostoku.

Na drodze między Janowem a Suchowolą mijamy drogowskazy i wioski o litewsko i rusińsko brzmiących nazwach, a właściwie posiadających litewskie i rusińskie rdzenie. Do tych litewskobrzmiących bez wątpienia należą: Skidlewo, Dryga, Kizielany, Dubasiewszczyzna, a te z rusińskim rdzeniem to: Nowe Stojło czy Trofimówka. Krajobraz tych okolic jest charakterystyczny dla północnych obrzeży Puszczy Knyszyńskiej - lekko falujący niewysokimi morenowymi wzgórzami, gdzieniegdzie tylko porośniętymi niewielkimi laskami sosnowymi, przepiękny wczesną wiosną rozkwitającą wszystkimi soczystymi odcieniami zieleni.

Przed samymi Okopami, przy zjeździe ze wzgórza tuż za Suchowolą roztacza się niewiarygodny wręcz widok, podobny widziałem gdzieś tuż przed Alytusem na Litwie - rozległa panorama z granatowym lasem na horyzoncie, w dole dolina z lasem jeszcze skwapliwie kryjącym zwały śniegu, a dalej kolejne wzgórza, za nimi jeszcze następne. W lesie na dnie kotlinki skręcamy w lewo, po drodze mijamy jakby sztucznie usypane wzgórza, przypominające średniowieczne grodziska, bo nie mogą być to przecież szańce, które oglądał Sienkiewicz przed napisaniem “Potopu”, choć z drugiej strony nazwa wsi - Okopy mogłaby wskazywać, że były tu jakieś umocnienia, czy to jednak te, na których rozegrała się bitwa w czasie potopu szwedzkiego pewności nie mam. Asfaltowa droga, dziurawa jak szwajcarski ser wije się serpentynami u podnóża tych wzgórz. Być może za sprawą braku słońca, porozrzucanych jeszcze gdzieniegdzie płatów brudnego śniegu, ogólnej szaroburej tonacji, odnoszę wrażenie, że jest to miejsce ponure, budzące swego rodzaju trudną do wyjaśnienia grozę, choć nie wątpię, że wiosną czy latem musi być tu dużo bardziej urokliwie.

Wreszcie dojeżdżamy do wioski. Tablica Okopy. Mijamy kilka opuszczonych drewnianych chałup, kilka zamieszkałych, niektóre odnowione wyglądają bardziej na domki letniskowe niż miejsce stałego zamieszkania.

Prawdę powiedziawszy nie przyjechaliśmy tu po to, by zobaczyć dom, w którym urodził się ksiądz Jerzy, ledwie raz widziałem go na zdjęciu w gazecie i na dodatek nie jestem w stanie go rozpoznać wśród tych, które mijamy. Bardziej zależało nam na atmosferze samego miejsca. Głęboko wierzę w to, że otoczenie czysto zewnętrzne - krajobraz, klimat, architektura kształtują człowieka, który na takie kształtowanie jest otwarty. Chciałem zobaczyć jak wygląda miejsce, w którym urodził się człowiek bez wątpienia święty.




Wieś wywarła na mnie wrażenie przygnębiające. Po przejechaniu na jej drugi kraniec wyszliśmy z samochodu, by się nieco rozejrzeć.

Przy polnej drodze dostrzegamy dość ciekawy stary krzyż.



W czasie, gdy kontemplujemy ów przydrożny zabytek, podchodzi do nas mężczyzna w średnim wieku, w niedbale nałożonej czapce, rozpiętej kurtce, gumowcach.W jego spojrzeniu czai się nieufność, pozdrawiamy go pierwsi, nawiązujemy rozmowę. Alkoholowy oddech, kilka zamienionych zdań i wszystko wskazuje na to, że mężczyzna jest tak typowym dla wsi ściany wschodniej starym kawalerem, który smutki topi w duchu puszczy albo podobnym trunku. Młode kobiety hurmem uciekają ze wsi, młodzi mężczyźni także, ale mimo wszystko nie słyszy się o zjawisku staropanieństwa na wsi, a starokawalerstwo jest dość poważnym problemem. I choć podejrzliwość do końca się nie rozpierzcha, to można odnieść wrażenie, że naszego rozmówcę na wsi trzyma swego rodzaju ze wszech miar pożądany sentymentalizm. Ożywia się i rozrzewnia, gdy opowiada nam o swoich dziadkach i pradziadkach, mających, kiedyś chałupę na wzgórzu, które wskazuje nam skinieniem głowy. Naszą rozmowę przerywają dwie jadące na skuterze nastoletnie dziewczyny. Później pojawia się jakiś samochód i mężczyzna, jakby nieco spłoszony żegna się z nami. Więcej osób już w Okopach nie spotkamy.

Wrażenie posępności miejsca potęguje jeszcze kapliczka wyglądająca jak nagrobek przy jednym z opuszczonych domostw z inskrypcją informującą, o tym, że w tym miejscu w 1999 r. zginał śmiercią tragiczną jakiś młody człowiek, oraz dwa krzyże nieopodal ustawione między asfaltową drogą a porośniętymi zeschniętą trawą fundamentami nieistniejącego już domostwa, w tym jeden z tabliczką z napisem, iż w tym miejscu spoczywa rodzina bodaj Pacewiczów pochowana w 1908.



sobota, 21 lutego 2009

Na pograniczu

Prawosławie, katolicyzm, islam, nie są na Wschodzie w żaden sposób wyznacznikami przynależności do określonej grupy narodowościowej. O tym, że można być Białorusinem wyznania katolickiego dowiedziałem się ledwie na studiach. A że można być prawosławnym Polakiem wiedziałem odkąd tylko zacząłem się stykać i świadomie rozmawiać z kolegami i koleżankami wyznania prawosławnego, którzy nigdy i nijak nie określiliby siebie, jako Białorusinów. Tatarzy wyznający nader liberalną wersję islamu - w zależności od upodobań - definiują się jako Polacy lub Białorusini, język tatarski czy język kipczacki jest już dla nich zupełnie odległą przeszłością.

Z Białorusinami historia jest znacznie bardziej skomplikowana. Spośród moich znajomych tylko 3 osoby odważnie i otwarcie przyznały się do swojej białoruskości. Jedna spośród nich jednak nigdy nie chciała wchodzić głębiej w kwestie narodowościowe, kulturowe czy historyczne. I mimo naszej bliskiej znajomości nigdy nie udało nam się przeprowadzić rozmowy o istocie bycia Białorusinem/Białorusinką. Tylko jedna, jedyna koleżanka, otwarcie przyznająca się do swojej białoruskości, aktywnie działająca także w Bractwie Młodzieży Prawosławnej, z lubością czytająca poezję księdza Twardowskiego i encykliki Jana Pawła II, równie otwarcie potrafiła debatować o relacjach polsko - białoruskich, o czasach komunizmu, które znaliśmy w zasadzie z opowieści rodziców, dziadków i książek, o działaniach AK na Podlasiu, o relacjach między katolikami i prawosławnymi. Szalenie interesująca osoba, szkoda, że wyjechała z Polski tuż po studiach i dotąd nie wróciła, widocznie nie znalazła tu sobie miejsca.

Zdarzały mi się też spotkania z osobami, które swoją białoruskość “ujawniały” w sposób zawoalowany. W tych przypadkach tym bardziej było trudno o przeprowadzenie jakiejkolwiek szczerej rozmowy o wzajemnych relacjach między różnymi grupami narodowościowymi czy wyznaniowymi zamieszkującym wschodnią Polskę. Tu zderzałem się ze ścianą nieufności, co prawda nie podejrzliwości, nie niechęci, ale wyraźnie czułem, że nie jestem “swój”, nie jestem tą osobą, z którą można czy powinno się otwarcie rozmawiać na tematy tak drażliwe na Wschodzie jak narodowość, religia, język czy historia.

Tymczasem w obecnie mam przyjemność pracować z pewną młodą osobą, która otwarcie nie zadeklarowała białoruskości - pewnie dlatego, że nie było takiej potrzeby, a i stosownych ku temu okoliczności. Pewne jednak wypowiedzi, rozmowy jednoznacznie wskazują, że identyfikuje się z tą grupą narodowościową, jej kulturą, historią i językiem. W wolnych chwilach pozwalamy sobie na rozmowy nie związane z pracą. Właśnie kilka dni temu opowiadała mi o tym, jak to będąc jeszcze młodszą i dużo bardziej naiwną zawsze powtarzała, że czuje się Polką, że utożsamia się z państwem polskim, że jest dumna z faktu zamieszkiwania w tym kraju, że składała wielokrotnie napuszone deklaracje, iż nigdy go nie opuści, a rzeczywistość negatywnie zweryfikowała jej zapatrywania. W swojej diagnozie współczesnej polskiej rzeczywistości nie różniliśmy się w niczym. Zastanawialiśmy się razem czy istnieje jakiś kraj w Europie, a ściślej w Unii Europejskiej, który można byłoby uznać za miejsce mniej przyjazne do życia niż właśnie Polska. Nie znaleźliśmy takiego. Pewnie w naszej ocenie byliśmy zbyt surowi, skrajnie nieobiektywni, może zanadto emocjonalni. Ale może właśnie dlatego, że wiązaliśmy z tym krajem i nadal wiążemy ogromne nadzieje, choć jeśli chodzi o mnie, to ja chyba coraz mniejsze.

Odkryliśmy wspólną wrażliwość w patrzeniu na sprawy społeczne i polityczne, wspólne punkty odniesienia i jednakowy ogląd rzeczywistości.

Jakże bolesna była kilka chwil później konieczność wysłuchania rozmowy dwóch dwudziestokilkuletnich dziewczyn, niegłupich, bystrych, ze stopniami magistrów produkowanych dziś na skalę masową, o swoich facetach, z której wynikało, że “narzeczony” jednej z nich każde zdanie kończy słowem “kurwa”, co zresztą z lubością relacjonująca cytowała. Pojawiła się też historia z gór, gdzie w kolejce do wyciągu o mały włos nie doszło do bójki z inicjatywy owego “narzeczonego” i jego brata. I to paskudne słownictwo okraszające relację, nawet mimo tego, że były to ledwie cytaty. Od razu przypomniał mi się artykuł pewnego profesora przeczytany kiedyś w “Obywatelu” o swoich studentach, spośród których wielu ze względu na swoją mentalność i słownictwo nie różniło się niczym od najgorszego żula. Ale to przecież rzeczywistość nie tylko polska…

sobota, 31 stycznia 2009

Zimowa wyprawa do Zabłudowa, dwa cmentarze i co ma z tym wspólnego dziadek Antoniego Słonimskiego

Gdyby nie te wszystkie malownicze wioski wokół, urokliwe miasteczka, nieprzebyte puszcze, zagajniki rozłożone na wzgórkach i w dolinkach, pagórki, pola, łąki, samo miasto byłoby nie do zniesienia. A że jest zima, to jestem skazany tylko i wyłącznie na wycieczki samochodowe, i choć brak słońca doskwiera mi niemiłosiernie, którejś niedzieli zbawienne złociste promienie przedarły się przez szarobure chmury, które nie dawały im z początku najmniejszych szans. Nie namyślając się długo, wbiłem się w auto i ruszyłem na południe, do słońca.

Niewiele zostało z dawnej świetności Zabłudowa, który upodobał sobie na swoją siedzibę ród Chodkiewiczów, jedna z jego gałęzi rzecz jasna, bo o siedzibach Chodkiewiczów w samej okolicy Białegostoku można wyczytać co najmniej dwóch. Któż dziś pamięta, że ten sławetny ród był pochodzenia rusińskiego? Któż dziś pamięta, że pierwsze księgi w języku rusińskim powstawały w drukarni hetmana Chodkiewicza właśnie w Zabłudowie, drukowane przez wychodźców z Moskwy - Iwana Fiodorowa i Piotra Mścisławca?

Któż wie o tym, że dziadek Antoniego Słonimskiego - Chaim Zelig Słonimski przez czas pewien wraz z żoną mieszkał właśnie w Zabłudowie?

Któż wie o tym, że jedna z najpiękniejszych drewnianych żydowskich synagog w przedwojennej Polsce istniała właśnie tu?

Dziś Zabłudów jest sennym miasteczkiem, by nie powiedzieć osadą, położoną na trasie z Białegostoku do Lublina, malowniczo wtuloną w raczej płaski krajobraz, gdzieniegdzie poprzetykany łagodnymi wzniesieniami. Nie sposób jednak nie ulec urokowi ośnieżonego miasteczka jadąc od strony Krynickich i widząc w oddali dwie smukłe wieże kościoła i obok wspaniałą kopułę cerkwi górujące nad miastem drewnianych przytulnych domków.


Stary cmentarz w Zabłudowie. Jedno z najciekawszych miejsc w miasteczku. Zachowało się tu sporo nagrobków z XIX wieku, na których bez trudu można odczytać imiona i nazwiska spoczywających tu osób. W tle niestety widać bloki z wielkiej płyty, to nieodłączny element polskiego krajobrazu, odziedziczony w spadku po latach komunizmu. Trochę wprowadziłem w błąd Czytelników pisząc powyżej o miasteczku drewnianych domków, ale tylko trochę, bowiem te - tak mi się przynajmniej wydaje - i tak stanowią przeważającą część zabudowy.


Kaplica na starym cmentarzu.



Kirukt, cmentarz żydowski na obrzeżach Zabłudowa przy malowniczej drodze do jednej z urokliwszych wiosek w okolicach Białegostoku - Krynickich.



Ohel - grób rabina. Iluż spoczywa tu Żydów, którzy znać musieli dziadka Antoniego Słonimskiego - Chaima Zeliga Słonimskiego, genialnego samouka i miłośnika nauk wszelakich.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...