Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
niedziela, 7 stycznia 2024
Starożyńce
Otwarte szerokie przestrzenie
Ciemniejący masyw puszczy od zachodu
Droga wiodąca na północ
Trójstyk języków, etnosów
Zielone wzgórza
Falujące łany zbóż
żwirowa droga
Betonowe szare, czerniejące mury potrzaskanych bunkrów
Jeden na stoku wzgórza
Pod ołowianym niebem
Wyzierający strzelniczymi otworami
Zza sielankowych drewnianych kolorowych wiejskich domów
z pierwszego planu
muskanych promieniami przebijającego się słońca
Żółty piasek drogi, wyrobiska
Zielone już sady i ogrody
Za wzgórzem kolejne wzniesienia
Dwa wysokie krzyże – żeliwny i drewniany – na rozstaju dróg
Drogą kroczą - kobieta wsparta na kosturze
I staruszek dotrzymujący jej kroku
I trójkolorowy kot
towarzyszący wiernie przy nodze
Popołudniowe wędrowanie
Pośród pól i zagajników
I nieprzeparta chęć rozmowy
Staruszek pamięta
Pnące się wieże lipskiego neogotyckiego kościoła z czerwonej cegły
I spogląda łagodnymi oczami
Odbijającymi chwile radości wspólnego wędrowania
kolejnej minionej już wiosny i nabierającego wigoru lata
czwartek, 12 stycznia 2023
Starożyńce
Ze Skieblewa jadąc do Mikaszówki, warto odbić w stronę Żabickich, i dalej Starożyńców. Mijane po drodze bunkry z Linii Mołotowa, nadal jakoś budzą grozę, szpecą krajobraz, ohydny ślad ruskiego mira.
Na stronie internetowej Suwalskiego Towarzystwa Genealogicznego im. prof. Jerzego Wiśniewskiego znajdujemy taką ciekawą informację o tych terenach:
"W tym czasie południowo-wschodniej części Suwalszczyzny na granicy dóbr prywatnych i puszczy, tworzono nowe wsie osoczników: Bohatery, Starożyńce, Kurianka oraz chłopską wieś Skieblewo do obsługi wzniesionego w latach 1561-1569 dworu Wołkusz, siedziby leśniczego perstuńskiego. Poza rzekę Wołkusz i bagna pod Lipskiem osadnictwo dalej się nie posunęło. Ukoronowaniem kolonizacji tej części puszczy było założenie przez Stefana Batorego królewskiego miasta Lipska. Przywilej lokacyjny wystawił król w Grodnie 8 grudnia 1580 r. Dwa lata później Stefan Batory założył w Lipsku parafię katolicką. Zapewne jednocześnie utworzono cerkiew i parafię unicką. Nowe miasto prócz funkcji handlowo-rzemieślniczych miało także z racji położenia nad Biebrzą stać się miastem portowym. Tak się nie stało. Nie spełniło pokładanych nadziei m. in. ze względu na konkurencję dwóch sąsiednich miasteczek: Hołynki i Sopoćkiń oraz rozwijającej się Dąbrowy."
Natomiast na stronie internetowej Nadleśnictwa Augustów dowiadujemy się jeszcze kilku ciekawych rzeczy o osocznikach z Żabickich:
"W XVI na południowym skraju Puszczy Augustowskiej zakładano wsie osockie. Przeważnie byli to chłopi, zwolnieni z obowiązków pańszczyźnianych, których funkcja przechodziła z ojca na syna - w ten sposób powstały m.in. wsie Starożyńce, Markowce, Skieblewo i Kurianka. Podobnie długo spełniali swoją powinność osocznicy z wsi Żabickie, którzy odpowiedzialni byli za przewożenie korespondencji zarządu lasów. Osiedlono tutaj także bartników, pilnujących królewskich barci - tak powstały wsie Bartniki i Rakowicze."
oraz dość wyczerpujące wyjaśnienie kim owi osocznicy w ogóle byli:
"Osocznik- w dawnych czasach była to dobrze uposażona ludność chłopska, której zadaniem było pilnowanie przestrzegania zakazów na terenie osoki – części puszczy, którą musiał co jakiś czas objechać lub obejść. Osiedlani byli najpierw w osadach na skraju Puszczy i udawali się w jej głąb zazwyczaj w 4 osobowych grupkach na całe miesiące. Dodatkowo odpowiadali oni jednak za tzw. wchody do puszczy oraz strzegli jej przed kłusownikami. W owym czasie prawo wstępu do jej lasów miała jedynie ludność – chłopi i szlachta z pobliskich wsi posiadająca tzw. prawo wchodów."
Przez fantastycznie położone na stoku łagodnego wzniesienia Żabickie, których widok zamyka po prawej stronie ów nieszczęsny bunkier, zmierzamy w stronę Starożyńców, po lewej stronie młody sosnowy lasek, po prawej falujące łany zbóż, a na horyzoncie ciemniejący las. Jak to często, zwłaszcza w Polsce bywa, pięknym widokom musi towarzyszyć pamięć tragicznych wydarzeń, które się nigdyś w tej scenerii na przestrzeni stuleci rozgrywały, przetoczyła się przez nie historia mała i duża, z całym swoim okrucieństwem, bezwzględnością, obojętnością na ludzką nędzę i niedolę. Kiedyś te ziemie zamieszkiwali Jaćwingowie, z którymi owa historie obeszła się wyjątkowo burutalnie, później tysiącami ginęli tu żołnierze w czasie I wojny światowej, krwią ziemia ta spłynęła nie mniej obficie w czasie II wojny światowej, a i wyparcie stąd Niemców nie przyniosło wyzwolenia, czym była Obława Augustowska wyjaśniać właściwie nie trzeba.
Artur Gaweł i Grzegorz Ryżewski w książce "Z biegiem Biebrzy. Przewodnik historyczno-etnograficzny" zamieścili fragment relacji korespondenta gazety wrocławskiej „Schlesische Zeitung” opisującej jedną z najkrwawszych bitew, jakie rozegrały się w czasie I wojny światowej na terenie gminy Lipsk:
"Przy Wołkuszu - Sołojewszczyźnie – Żabickich okrążone rosyjskie kolumny wystąpiły ze skraju lasu szybko naprzód. Odrzuciły one swoje dawne sposoby walki (możliwie często okopywać się) i szukały osłony w pagórkowatej okolicy między wsiami Wołkusz - Bartniki - Markowce - Starożyńce. Wtedy niemieckie karabiny maszynowe otworzyły swój ogień, haubice i armaty strzelały na 800 m i pod koniec na 450 m po gęstych masach, które po porażce zapełniały się nowymi kolumnami. Cały ten pogrom, którego nie zna wojenna historia, rozegrał się na placu w 2000 metrów, że nawet gołym okiem można było zobaczyć, jak całe kupy ludzi padają na ziemię i jak batalion za batalionem był niszczony pod ogniem karabinów maszynowych. Pod płynnym ogniem lekkiej artylerii polowej nowe i nowe kolumny występowały naprzód, coraz bardziej pole zabijało się trupami na tym wąsko ograniczonym odcinku boju i niemiecki ogień przynosił ciągle nowe, duże straty kolumnom w ich szalonym ataku. Po 2-u godzinnym płynnym ogniu wszystkie działania rosyjskiego oddziału były doprowadzone do pełnej jego porażki. Złożenie na ołtarz wojny w ofierze tysięcy ludzi było daremne, ponieważ przełamać niemiecki żelazny pierścień było niemożliwym i ostatnia rozpaczliwa próba gen. Bułhakowa przedrzeć się do Grodna runęła! Lecz jaki obraz przedstawiał się przy obserwacji z Wołkusza! Przyjaciel na przyjacielu, leżała niezliczona ilość trupów, którymi były zasłane leżące na przedzie wzniesienia, lecz honor 20-go korpusu był uratowany a cenę tego ratunku przedstawiało 7000 zabitych, którzy padli w ataku w jeden dzień bitwy na przestrzeni 2-ch kilometrów, znajdując tu bohaterską śmierć!"
W ruskim mirze, czy byłaby to carska Rosja, czy komunistyczny ZSRR, czy na niby modernizująca się Federacja Rosyjska, życie ludzkie nigdy nie przedstawiało większej wartości, co obecnie uwidacznia się w wojnie w Ukrainie.
Te piękne krajobrazy były zatem świadkiem wielu okrutnych ludzkich działań, wielu bezsensownych śmierci. Teraz, falujące łany zbóż, łagodne pagórki, cmieniejące na horyzoncie lasy, w promieniach delikatnego majowego popołudniowego słońca, stanowią prawdziwie idylliczną scenerię. Cisza, spokój, fantastyczne powietrze, aż się nie chce stąd wyjeżdzać.
Z Żabickich do Starożyńców wiedzie szutrowa droga. Przy pierwszych zabudowaniach Starożyńców zostawiamy na poboczu auto, by przyjrzeć się drewnianym krzyżom otwierającym drogę do wsi. Wokół ocean zieleni, za krzyżami teren się obniża, by za chwilę ponownie się wypiętrzyć spokojnie i łagodnie, i tuż za polem widać kolejną szutrową drogę, a przy niej u stóp wzgórza, urokliwe, malownicze drewniane domy. Przy krzyżach spotykamy panią ze starszym mężczyzną, wspierającym się na lasce. Nawiązujemy miłą rozmowę. Pani opowiada, że niedawno wyszła ze szpitala, a teraz wybrała się na spacer z Tatą, który ma już 88 lat. I tak sobie oboje spacerują wzdłuż szutrowej drogi i łanów zbóż. Starszy pan w koszuli, marynarce, w czapce w stylu maciejówki, opowiada o neogotyckim kościele w Lipsku, z wieży którego podziwiał niegdyś całą okolicę. Państwu towarzyszy kotka o wdzięcznym imieniu Marcysia, śliczna trikolorka, która wędruje ze swoimi gospodarzami niczym wierny psiaczek, przy nodze. Gdy kończymy rozmowę, pani przywołuje towarzyszkę wędrówek, a ta posłusznie podbiega, i idą razem dalej, a kobieta zbiera polne kwiaty. I są takie spotkania, które chciałoby się powtarzać, dają jakąś radość, nadzieję, i wzbudzają to, co dobrego gdzieś tam w nas głęboko sobie drzemie. Mamy nadzieję, że tego starszego pana z córką jeszcze kiedyś spotkamy.
Przemieszczamy się dalej, skręcamy w lewo piaszczystą drogą, mijamy drewniane domy, opuszczone gospodarstwa, kolejny drewniany krzyż, a po prawej stronie fantastyczny kolorowy drewniany domek, przy którym droga gwałtownie opada w dół. I uświadamiamy sobie, że to jednak pora już wracać, bo jeszcze w Lipsku czekają na nas miody do odebrania, ale to już zupełnie inna historia.
poniedziałek, 20 maja 2013
Zielone Świątki w Różanymstoku
W Nierośnie, tuż przy szkole o 88-letniej historii, przeznaczonej jak wiele innych do likwidacji, drogowskaz kieruje na wschód, do Sanktuarium Maryjnego w Różanymstoku. Zza zielonych pól, żółto - zielonych łąk porośniętych mleczem, brzozowych zagajników wyłaniają się wieże XVIII-wiecznej barokowej świątyni, wzorowanej na kościele jezuitów w pobliskim Grodnie. Przy dobrej, słonecznej pogodzie można podobno z nich wypatrzeć budowle tego pięknego miasta, dostępu do którego strzeże jednak trudna granica. Tu uroki strefy Schengen nie działają tak, jak w przypadku nieodległej granicy z Litwą.
Różanystok, miejsce zupełnie niezwykłe. Odpust w Zielone Świątki. Setki samochodów, z rejestracjami sokólskimi, białostockimi, augustowskimi, gdzieniegdzie warszawskimi, stragany, obwarzanki, wata cukrowa, "domowe" lody z Sokółki z rodzinnej lodziarni o smaku prawdziwych lodów, a nie mrożonej wody z plastikowym sokiem. Tłumy bezpretensjonalnych ludzi, mężczyźni mimo upału w marynarkach, jasnych koszulach, dżins z trudem dostrzegalny. Eleganckie kobiety, w lekkich, zwiewnych sukienkach. Staruszki i staruszkowie o twarzach pooranych bruzdami, na których odmalowały się lata trudów, smutków, bólu i cierpień, i żywa, prawdziwa wiara w oczach, i świąteczny błysk radości, a do tego jakaś energia w ruchach, której tak często brak staruszkom w mieście. Tu wciąż się pamięta o tym, by dzień święty święcić nie tylko śpiewem i głośną modlitwą w kościele, ale też odświętnym strojem, bez miejskiego nuworyszostwa i nierzadko przesadnej, tandetnej elegancji.
Zesłanie Ducha Świętego. Ławki otaczające kościół zajęte co do jednej, dziesiątki osób, kryjące się w cieniu dawnych zabudowań klasztornych oraz wiekowych lip i brzóz, otaczających z dwóch stron kościół; nieprzebrane tłumy w świątyni, na schodach, w kruchcie, w nawie głównej i nawach bocznych, w tym w lewej z obrazem Matki Boskiej słynącym licznymi cudami już od XVII w. Ten obecny jest jedynie kopią, oryginał został wywieziony gdzieś w głąb Rosji w 1915 r. przez mniszki prawosławne, rezydujące tu od czasu, gdy różanostocki kościół po klęsce powstania styczniowego zamieniony został na cerkiew prawosławną.
Żadnej sztuczności, wiara ludowa w czystej postaci, z jej żarliwością, szczerością, głośną modlitwą. Prawdziwa modlitwa prawdziwych ludzi, spracowanych na co dzień, zmęczonych, znużonych, a tu odzyskujących radość i energię. Wnętrze sanktuarium przywodzi na myśl barokowe świątynie wileńskie. Jesteśmy przecież na ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego, województwa trockiego, powiatu grodzieńskiego. Jeszcze dziś pod kościołem zdarza się, że można usłyszeć białoruską mowę, choć to raczej domena ludzi starszych. Różne typy ludzkie tak jak w Wilnie. I tu i tam, niczym w tyglu, wymieszały się etnosy - litewski, ruski (nie mylić z rosyjskim), polski, tatarski, w Wilnie dodatkowo jeszcze żydowski, tatarski, karaimski i niemiecki, co zaowocowało ciekawym, życiodajnym, oryginalnym i w pełni naturalnym przenikaniem się kultur, a dziś już właściwie znajdującym odzwierciedlenie jedynie w różanych typach urody, i czasem jeszcze zamiłowaniem do uczestniczenia w kilku kulturach jednocześnie.
Opiekę nad różanostockim sanktuarium sprawują obecnie salezjanie, o czym przypomina m.in. posąg św. Jana Bosko w niszy świątyni w fasadzie głównej. Z racji odpustu i przybyłych nań licznie wiernych z początkiem mszy zapełniają się wszystkie konfesjonały. Być może to stereotyp, ale spowiedź u zakonników jest rzeczywiście wyjątkowa. Poczucie bycia słuchanym przez kapłana, uważnie, bez cienia rutyny czy znużenia, dodatkowe pytania, momentami dialog, niesztampowe pouczenia, a na zakończenie głębokie poczucie uwolnienia i uzdrowienia, narodzenie do nowego życia, po raz kolejny, i tak przecież bez końca.
Barokowe wnętrze rozbrzmiewa Słowem, płomienną modlitwą i śpiewem. Po latach zniszczeń, kiedy historia bezwzględnie i okrutnie obchodziła się ze świątyniami katolickimi na wschodzie, różanostockiemu kościołowi nie sposób odmówić piękna. Jego ogrom, rozmach, przestrzeń, obrazy, malowidła, posągi, misternie zdobione ołtarze boczne skutecznie odrywają od codzienności i przenoszą do świata, do którego wszyscy zmierzamy, taką przynajmniej należałoby mieć nadzieję.
Na zakończenie Eucharystii zgromadzeni wierni ruszają w procesji z Najświętszym Sakramentem wokół świątyni. Setki ludzi, w skupieniu i ze śpiewem na ustach, wylewają się z trzech naw przez chłodną kruchtę, szerokimi schodami zmierzają z początku w stronę zabudowań dawnego klasztoru dominikanów, powstałego w XVII w. przy dworze Tyszkiewiczów, mijają następnie po lewej stronie budynek Salezjańskiego Ośrodka Wychowawczego, noszącego wyraźne ślady rosyjskiej architektury sakralnej z XIX w., kiedy to zamieszkały w nim wspomniane wcześniej mniszki prawosławne; dalej wzdłuż stacji Drogi Krzyżowej. Jest w tym wszystkim niebywałe piękno, poczucie wspólnego, razem z innymi, uczestnictwa w niebiańskiej liturgii, łączącej to, co zwyczajne, konkretne, namacalne ze światem niewidzialnym.
Eucharystia kończy się, należy ustąpić miejsca przybyłym już kolejnym parafianom i pielgrzymom, gromadzącym się w cieniu smukłych, rozłożystych drzew i zabytkowych budynków.




















czwartek, 28 lipca 2011
Łomża kontra Białystok
Nie tak dawno natomiast we wstępie do "Dziejów Łomży od czasów najdawniejszych do rozbiorów Rzeczypospolitej (XI w. - 1795 r.)" Donaty Godlewskiej, Adam Czesław Dobroński przypomina o niedocenianiu Łomży przez władze partyjne, następnie administracyjne. Nie wiem czy rzecz rozbija się, bądź rozbijała, o środki finansowe kierowane niegdyś do obu miast, ale wątpliwym wydaje się to, by mogły one być jedyną - bądź decydującą - przyczyną, zwłaszcza, że Białystok też nie sprawia, i nie sprawiał, wrażenia miasta, które przez jakiekolwiek władze rozpieszczanym być mogło. Przyczyn już prędzej warto byłoby szukać w historii, w różnicach poniekąd kulturowych między obu miastami, czy nawet regionami. Na wschód od Narwi mamy bowiem do czynienia z Podlasiem, a na zachód z północnym Mazowszem. Tu na wschodzie ziemie dawnego zaboru rosyjskiego, tam Królestwo Polskie, a jeszcze wcześniej tam Mazowsze, a tu Litwa. Pewne nawyki, postrzeganie siebie przez pryzmat odmienności, zakorzeniene przez wieki trwają pewnie w jakimś stopniu po dziś dzień.
Od niemal 3 lat regularnie bywam w Łomży. Wydaje mi się, że poznałem dość dobrze i samo miasto i wielu jego mieszkańców. Z początku wielu łomżan, z którymi współpracuję, okazywało zdumienie tym, że białostocczanin zdecydował się pracować w Łomży (zresztą raptem nie częściej niż raz w tygodniu). Odnosili się też do mnie z pewnym, co prawda, dość uprzejmym, ale jednak dystansem. Mimo to lody zostały przełamane dość szybko i muszę przyznać, że łomżynianie/łomżanie (obie formy są podobno dopuszczalne), których poznałem są doskonałymi współpracownikami. W mojej ocenie że tak właśnie powinna wręcz wyglądać modelowa współpraca - chęć i gotowość do udzielania sobie wzajemnie pomocy, zaufanie, otwartość, życdzliwość, a więc wszystko to, czego jeszcze nigdy nie doświadczyłem pracując w instytucjach białostockich. Z czasem poznałem zastrzeżenia łomżan wobec Białegostoku. W gruncie rzeczy sprowadzały się one do pewnych zasłyszanych opinii, takich jak np. rzekoma niechęć białostocczan wobec kierowców w samochodach na łomżyńskich numerach.
W międzyczasie przekonałem się też, jakie formy przybierać może owa niechęć białostocczan wobec łomżan, która jednak także nie miała żadnego racjonalnego uzasadnienia. Rzeczą najbardziej zdumiwającą było jednak to, że wyrażały ją - raz osoba nawet na kierwoniczym stanowisku w pewnej instytucji publicznej, a już w każdym przypadku były to osoby doskonale wykształcone. Sprowadzały się one głównie do stwierdzeń typu: "Łomża to jest Łomża" (w negatywnym kontekście rzecz jasna), bez jakiejkolwiek próby roziwjania czy uzasadniania tematu. Trudno doprawdy dyskutować z takimi opiniami.
Sama Łomża jest miastem beż wątpienia interesującym, malowniczo położona na nadnarwiańskiej skarpie, jadąc od strony Piątnicy czy to starym czy nowym mostem, przypomina nieco Sandomierz, przy zachowaniu oczywiście wszelkich proporcji między obu tymi miastami, bo mimo całego swojego potencjału Łomża nie może jednak poszczycić się taką ilością zabytków, jak miasto nad Wisłą, choć bez wątpienia ma także czym się pochwalić, czy gotycką katedrą z XVI w., czy barokowym kościołem i klasztorem kapucynów, czy też bednedyktynek, które pięknie połyskują w słońcu na szczycie skarpy, opróćz tego wiele klimatycznych zaułków, ocalałych monumentalnych kamienic z XIX i początku XX w., świadczących o dawnej wręcz wielkomiejskiej zabudowie miasta.
Z pewnością natomiast brakuje Łomży dobrego gospodarza i pomysłu na promocję. Nie pomogła jej też działalność pewnego posła, która została nagłośniona w mainstreamowych mediach i przyczyniła się do postrzegania miasta, jako ksenofobicznego. Owa działalność mogła niewątpliwie wpłynąć na stworzenie klimatu, w którym stało się możliwe pobicie dwóch uchodźczyń z Kaukazu Północnego. Trzeba tylko pamiętać o tym, że Łomża jest miastem niemal 70-tysięcznym, i ani wyczyny jednego posła, ani czyny przestępcze kilku nierozsądnych młodzieńców nie mogą rzutować na całą społeczność, to zresztą truizm. Osobiście nie wierzę w istnienie ksenofobicznych miast. Taką łatkę próbowano też jakiś czas temu przypiąć Białemustokowi, kiedy to doszło w nim do kilku ataków na cudzoziemców z Afryki oraz zbezczeszczenia cmentarza żydowskiego. Generalizacje tego typu nigdy nie służą rozwiązaniu żadnego problemu.
Wracając zaś do samej istoty owego "konfliktu" między Białymstokiem a Łomżą, wszystko wskazuje na to, że nie znajduje on żadnych racjonalnych podstaw, i na pewno warto na miarę swoich możliwości podważac sesn jego istnienia. Dlatego też w następną środę zamierzam odkrywać nowe urokliwie zakątki Łomży, Starą Łomżę, a może i odwiedzić wreszcie Muzeum Północno - Mazowieckie tuż przy katedrze.
poniedziałek, 14 marca 2011
Suchowola. Tropem Jaćwingów i nie tylko.
Suchowola miała być osadą założoną jeszcze przez Jaćwingów, na co wskazywałaby jej pierwotna nazwa - Suchaja Jaćwieź. Czy rzeczywiście tak było, dziś nie sposób tego stwierdzić. Dysponujemy zbyt wątłą wiedzą na ten temat, by wysnuwać jakieś kategoryczne wnioski, nie starcza informacji ani w źródłach pisanych, ani też guntownych badań archeologicznych, na które jak zwykle brakuje funduszy, tak więc ta odleglejsza historia miasteczka siłą rzeczy musi tonąć w mrokach niepamięci. Możemy jedynie snuć przypuszczenia na podstawie dostępnych, niestety ubogich źródeł.
Wedle jednych teorii Jaćwingowie nie zamieszkiwali terenów na południe od rzeki Biebrzy, wedle innych ich terytoria miały rozciągać się aż po Bug, gdzieś w okolicach Drohiczyna i Mielnika, ale to już są hipotezy z pogranicza fantastyki i baśni; jeszcze inne zakładają, że granice ziem jaćwieskich sięgały rzeki Narwi.
Z pewnością tereny pogranicza mazowiecko - krzyżacko - rusko - litewskiego nie sprzyjały w średniowieczu stałemu osadnictwu. Nieustające walki o coraz to nowe terytoria, wyprawy łupieżcze, nie czyniły tych ziem idealnym miejscem do zamieszkania. Świadczyć o tym mogą zniszczone średniowieczne grodziska w nieodległej Trzciance, Aulakowszczyźnie, Milewszczyźnie czy Zamczysku. Nie można jednak wykluczyć, że jakaś część Jaćwingów uciekajacych przed krzyżackimi rejzami osiedliła się właśnie tu, na południe od rzeki Biebrzy, która płynie tuż za północnymi rogatkami Suchowoli.
Z czasem pojawili się tu także ruscy osadnicy z okolic Grodna, oraz litewscy z samej Żmudzi. Ci pierwsi wyznania prawosławnego, ci drudzy wyznania katolickiego, co tłumaczyłoby obecność cerkwi prawosławnych oraz kościołów katolickich na tym terenie. Z tym, że cerkwie prawosławne z czasem zamieniono na unickie, a po kasacie Unii Brzeskiej w 1839 r., unitów władze carskie siłą nawróciły na prawosławie, a ci z kolei po wydaniu ukazu tolerancyjnego przez cara Mikołaja II w 1905 r. nie mogąc wrócić do wiary swoich przodków (bo Cerkwi Unickiej nie przywrócono) przechodzili na katolicyzm. Do tej pory jednakże jeszcze gdzieniegdzie w okolicach Suchowoli przetrwały gwary białoruskie, choć żadna z władających nimi osób, nie nazwie siebie Białorusinem, a taka sugestia ze strony kogoś z zewnątrz, może nawet wywołać oburzenie i obrazę (przyczyny tego stanu rzeczy są zandto skomplikowane, by opisać je w krótkim artykule, ale jak to na pograniczu zwykle bywa swoje źródło mają w trudnej historii).
W XVIII wieku, dla wzbogacenia mozaiki kulturowej, etnicznej i relignej pogranicza, w Suchowoli i jej okolicach pojawili się także Tatarzy:
"Po rozbiorach Suchowola i otaczające ją wioski znalazły się w granicach zaboru pruskiego. W 1796 roku w wyniku umowy prusko-tatarskiej utworzono w Suchowoli pułk tatarski liczący ponad 270 osób, a w listopadzie tego roku zdecydowano o osiedleniu w mieście 45 rodzin tatarskich. Tatarzy suchowolscy otrzymali 27 włók ziemi w Połominie, 18 w dobrach Kumiała i 18 w dobrach Dubasiewszczyzna." ("Dzieje wsi Czerwonka" Monika Kresa, w "Gwary polskie. Przewodnik multimedialny pod redakcją Haliny Karaś").
Warto dodać, że nieliczni potomkowie Tatarów mieszkają w Suchowoli do dziś. Zainteresowani mogą nawet skorzystać z gościny w Muzułmańskim Domu Parafialnym bądź to w postaci noclegów, bądź posmakować potraw kuchni tatarskiej.
Żeliwny krzyż przed kościołem w Suchowoli.
Zabytkowy drewniany dom w Suchowoli, stojący tuż przy ruchliwej drodze przelotowej do granicy z Litwą, niedzoszłej trasie Via Baltica, rozjeżdżanej codziennie przez tysiace TIRów, które na obszarze zabudowanym nigdy, ale to nigdy nie zwalniają, lecz przy pełnej prędkości przejeżdżają przez mijane wioski, osady, miasteczka. Nie sposób pojąć dlaczego władze publiczne od kilkunastu lat nie są w stanie uporać się z tym problemem.
Kościół pod wezwaniem Św. Piotra i Pawła, który został wybudowany w 1885 r.
Pomnik księdza Jerzego Popiełuszki na rynku w Suchowoli. Ksiądz Popiełuszko urodził się w pobliskich Okopach, a w tutejszym liceum pobierał naukę.
Oczywiście, historia Suchowoli byłaby niepełna, gdyby nie wspomnieć o tutejszych Żydach, ale i w tej sprawie oddajmy głos Pani Monice Kresie:
Hitlerowcy wkroczyli do miasta 7 września 1939 roku, sowieci przemaszerowali tędy 17 dni po nich. Ze względu na ogromną liczbę Żydów zamieszkujących Suchowolę w mieście stworzono getto, w którym zamknięto mieszkańców wyznania mojżeszowego z Suchowoli i okolic. W 1942 roku rozebrano i spalono słynną suchowolską synagogę. Po wojnie częściowo wyludniona i znacznie zniszczona Suchowola utraciła prawa miejskie. Odzyskała je dopiero w 1997 roku."
(Monika Kresa, "Dzieje wsi Czerwonka", w: "Gwary polskie. Przewodnik multimedialny pod redakcją Haliny Karaś).
Warto też wspomnieć, że Suchowola w 1775 r. została uznana przez astrologa i kartografa królewskiego - Szymona Antoniego Sobiekrajskiego za geograficzny środek Europy. Z tym, że wziąwszy pod uwagę fakt, iż zapewne każdy z nas słyszał już o co najmniej kilku podobnych "środkach Europy", położonych w różnych miejscowościach, a nawet różnych krajach, to warto odnosić się do wyliczeń kartografów z pewnym sceptycyzmem.
A z samej Suchowoli mamy już ledwie kilka kilometrów do wsi Okopy, w której urodził się ksiądz Jerzy Popiełuszko, i w okolicach której ma się znajdować bądź kurhan bądź wczesnośredniowieczne grodziska. Wybieramy się tam więc jeszcze tego samego dnia, ale o tym już w następnym wpisie.
wtorek, 23 listopada 2010
Na pograniczu - część 2
W XVI w. miejscowe dobra zostały nadane przez Zygmunta Augusta rusko-litewskiemu rodowi Kurzenieckich, którzy w drugiej połowie XVI w. mieli tu ufundować pierwszy kościół. Wraz z lokacją miasta pojawili się w nim także pierwsi Żydzi, a pod koniec wieku XVII również Tatarzy otrzymujący wówczas od Jana III Sobieskiego liczne nadania na Podlasiu w zamian za zaległy żołd.
Miasta na Podlasiu w czasie panowania Zygmunta Augusta były nadawane jego wienrmy dworzanom, ludziom ze wszech miar wykształconym, oczytanym, najprawdziwszym humanistom epoki Renesansu, a ci modelowali je na odrodzeniową modłę, porządkowali układ nieruchomości, ulic wychodzących z rynku, a realizując renesansowy ideał życia w harmonii z naturą przy zabudowaniach mieszkalnych zakładali rozległe ogrody. I kto wie, jak te miasta wyglądałby dziś, gdyby nie wojny XVII, później XVIII w., okres zaborów, i wreszcie dwóch wojen światowych. Co prawda, układ urbanistycznych owych podlaskich miejscowości niewiele się zmienił od czasów Zygmunta Augusta, a wydaje się, że najlepiej się wciąż ma ideał życia w harmonii z naturą, ze względu na całkiem spore przydmowoe ogrody i sady, to jednak jest to świat wciąż tkwiący w tradycyjnej już polskiej niemożności, tak typowy dla wschodniej Polski -nieefektowny, zupełnie nieprzebojowy i niekrzykliwy, ale niepozbawiony przecież ogromnego uroku i ducha dawnego Rzeczypospolitej Obojga Narodów, choć w przypadku tych ziem, mówienie o dwóch narodach, to kompletne nieporozumienie, bo można ich zliczyć, co najmniej 7.
Jasionówka jest dziś małym, cichym, sennym miasteczkiem, życie toczy się w niej wokół urzędu gminy, kościoła i kilku sklepów. W urzędzie gminy można nabyć książkę o historii miasta, ale jest pewien problem, bo książki są dwie - jedna wydana przy wsparciu urzędu, a druga niezależnie, przez mieszkańca Jasionówki, pasjonata lokalnej historii. Tej drugiej urząd nie rozprowadza, bo podobno nie wszyscy mieszkańcy zgadzają się z tezami postawionymi przez jej autora. Jednak uprzejma pani sprzedająca książkę tę oficjalną, kieruje nas do synowej autora, pracującej w pobliskiej bibliotece, przez nią można skontaktować się z niepoprawnym politycznie - na skalę lokalną - historykiem.
A miejscowa biblioteka, to najprawdziwszy wehikuł czasu, za jej sprawą można przenieść się nieco wstecz w czasie. Tak mniej więcej wyglądała moja pierwsza w życiu osiedlowa biblioteka, unosił się w niej ten sam zapach starych, zakurzonych, wielokrotnie czytanych książek, i była też w ten sam sposób rozświetlona przedzierajacym się przez spore okna jesiennym, ale wciąż jeszcze intensywnym słońcem. Tyle że tu prędko dostrzeżemy coś, czego biblioteki naszego dzieciństwa nie miały - stanowisko z komputerem podłączonym do Internetu. Jednym co prawda, ale obleżęnia dużego nie ma, siedzi przy nim jeden około 10-12 letni chłopiec, może dlatego, że jest to środek tygodnia, godzina 14.00. Synowej autora "niesłusznej" książki jeszcze nie ma, ale podobno można ją nabyć w pobliskim sklepie. Sklepów w rynku i wokół niego jest ledwie kilka, w tym jeden mieszczący się w budynku, będącym niegdyś czymś pośrednim między przystankiem a dworcem autobustowym. Tu sprzedaje się używaną odzież, w budynku w którym rozlokował się bank spółdzielczy, na piętrze znajdują się kolejne dwa sklepy, ze wszystkim, dosłownie, z ubraniami, zniczami, artykułami gospdoarstwa domowego, środkami czystości, jest też zakład fryzjerski, nie ma tylko kupujących i korzystajacych z usług, ale to pewnie ze względu na porę dnia. Tu książki jednak nie mają. Jest za to w samoobsługowym spożywczym, w którym wszyscy wchodząc mówią do siebie i do sprzedawczyń "dzień dobry", kilkanaście egzemplarzy karnie ułożonych na półce, w twardej oprawie, pod gazetami, przy półce z prasą kolorową. To jedank część druga, a pierwsza rozeszła się już dawno, podobno jak świeże pieczywo.
W Jasionówce jest jeszcze kościół i pozostałości parku dworskiego, bo przecież istniał tutaj kiedyś także dwór, który można byłoby nawet nazwać pałacem, nie tak okazałym, jak pałac w Białymstoku, ale jednak sporo większym niż porozrzucane po okolicy dwory modrzewiowe czy nawet murowane, z których do dziś przetrwały nieliczne.
Kościół stoi na wzgórzu, wyglądającym na sztucznie usypane, jest biały, murowany, do kruchty można wejść zawsze, drzwi wejściowych z reguły się nie zamyka, dalej są natomiast kolejne drzwi, żeliwne, przez które można zajrzeć do nawy głównej. Obok kościoła przebiega wąziutka, brukowana uliczka Kościelna. Jeśli odpowiednio stanąć i skierować wzrok ku górze w stronę kościoła, to można nawet odnieść wrażenie, że przenieśliśmy się w czasie i jesteśmy w Jasionówce za czasów jej świetności, ale to wrażenie niestety nie trwa nigdy zanadto długo. Od ryneczku i kościoła niedaleko na wzgórzu rozłożył się cmentarz, z solidną, z drewnianych bali kaplicą i celganymi, kruszejącymi nagrobkami z początku XIX w. Tu także napotkani ludzie mówią dzień dobry i jeszcze do tego życzliwie się uśmiechają.
A stąd już jest niedaleko do Korycina i Dobrzyniówki, ale o nich następnym razem.
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...


















