Pokazywanie postów oznaczonych etykietą więzi międzyludzkie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą więzi międzyludzkie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 stycznia 2023

Starożyńce

Trudno wyjaśnić tę wielką fascynację litewskimi krajobrazami. I gdy nie mam możliwości wyruszenia na Litwę, to lubię i potrzebuję znaleźć się gdzieś chociaż w pobliżu granicy z Litwą, i nawet jeśli nie będą to okolice Berżnik, to jestem w stanie zadowolić się okolicami Lipska nad Biebrzą. Tam już czuć powiew Litwy, falujące pagórki, zachody słońca, puszczańskie wioski z drewnianymi domami, kościółkami (Mikaszówka), kaplicami (Rudawka), czy nawet zielone otwarte przestrzenie, dają jakąś namiastkę prawdziwej nieosiągalnej na dany czas Litwy. Oczywiście można to uzasadnić pochodzeniem Mamy i całej Rodziny ze strony Mamy, z dawnego powiatu postawskiego województwa wileńskiego. Tam wszak krajobrazy podobne, jeziora, łagodne pagórki, lasy, knieje. Widocznie potrzeba obcowania z takim krajobrazem jest we krwi, i jest on bliższy niż mazowieckie równiny, choć i one uroku pozbawione nie są, ale tam jednak jest się bardziej u siebie. I te historie rodzinne, w których przewija się wątek również litewskich członków rodziny. Zatem nawet, gdyby miałaby to być wyprawa na kilka godzin, aby tylko zatopić się w tych tak bliskich sercu widokach, to warto wybrać się na północny wschód. Odkrywać coraz to nowe pejzaże, nowe wsie, domostwa, pola, łąki, lasy, wszelkie inne zakątki, spotykać mieszkańców tych zagubionych przy granicy osad.

Ze Skieblewa jadąc do Mikaszówki, warto odbić w stronę Żabickich, i dalej Starożyńców. Mijane po drodze bunkry z Linii Mołotowa, nadal jakoś budzą grozę, szpecą krajobraz, ohydny ślad ruskiego mira.

Na stronie internetowej Suwalskiego Towarzystwa Genealogicznego im. prof. Jerzego Wiśniewskiego znajdujemy taką ciekawą informację o tych terenach:

"W tym czasie południowo-wschodniej części Suwalszczyzny na granicy dóbr prywatnych i puszczy, tworzono nowe wsie osoczników: Bohatery, Starożyńce, Kurianka oraz chłopską wieś Skieblewo do obsługi wzniesionego w latach 1561-1569 dworu Wołkusz, siedziby leśniczego perstuńskiego. Poza rzekę Wołkusz i bagna pod Lipskiem osadnictwo dalej się nie posunęło. Ukoronowaniem kolonizacji tej części puszczy było założenie przez Stefana Batorego królewskiego miasta Lipska. Przywilej lokacyjny wystawił król w Grodnie 8 grudnia 1580 r. Dwa lata później Stefan Batory założył w Lipsku parafię katolicką. Zapewne jednocześnie utworzono cerkiew i parafię unicką. Nowe miasto prócz funkcji handlowo-rzemieślniczych miało także z racji położenia nad Biebrzą stać się miastem portowym. Tak się nie stało. Nie spełniło pokładanych nadziei m. in. ze względu na konkurencję dwóch sąsiednich miasteczek: Hołynki i Sopoćkiń oraz rozwijającej się Dąbrowy."

Natomiast na stronie internetowej Nadleśnictwa Augustów dowiadujemy się jeszcze kilku ciekawych rzeczy o osocznikach z Żabickich:

"W XVI na południowym skraju Puszczy Augustowskiej zakładano wsie osockie. Przeważnie byli to chłopi, zwolnieni z obowiązków pańszczyźnianych, których funkcja przechodziła z ojca na syna - w ten sposób powstały m.in. wsie Starożyńce, Markowce, Skieblewo i Kurianka. Podobnie długo spełniali swoją powinność osocznicy z wsi Żabickie, którzy odpowiedzialni byli za przewożenie korespondencji zarządu lasów. Osiedlono tutaj także bartników, pilnujących królewskich barci - tak powstały wsie Bartniki i Rakowicze."

oraz dość wyczerpujące wyjaśnienie kim owi osocznicy w ogóle byli:

"Osocznik- w dawnych czasach była to dobrze uposażona ludność chłopska, której zadaniem było pilnowanie przestrzegania zakazów na terenie osoki – części puszczy, którą musiał co jakiś czas objechać lub obejść. Osiedlani byli najpierw w osadach na skraju Puszczy i udawali się w jej głąb zazwyczaj w 4 osobowych grupkach na całe miesiące. Dodatkowo odpowiadali oni jednak za tzw. wchody do puszczy oraz strzegli jej przed kłusownikami. W owym czasie prawo wstępu do jej lasów miała jedynie ludność – chłopi i szlachta z pobliskich wsi posiadająca tzw. prawo wchodów."

Przez fantastycznie położone na stoku łagodnego wzniesienia Żabickie, których widok zamyka po prawej stronie ów nieszczęsny bunkier, zmierzamy w stronę Starożyńców, po lewej stronie młody sosnowy lasek, po prawej falujące łany zbóż, a na horyzoncie ciemniejący las. Jak to często, zwłaszcza w Polsce bywa, pięknym widokom musi towarzyszyć pamięć tragicznych wydarzeń, które się nigdyś w tej scenerii na przestrzeni stuleci rozgrywały, przetoczyła się przez nie historia mała i duża, z całym swoim okrucieństwem, bezwzględnością, obojętnością na ludzką nędzę i niedolę. Kiedyś te ziemie zamieszkiwali Jaćwingowie, z którymi owa historie obeszła się wyjątkowo burutalnie, później tysiącami ginęli tu żołnierze w czasie I wojny światowej, krwią ziemia ta spłynęła nie mniej obficie w czasie II wojny światowej, a i wyparcie stąd Niemców nie przyniosło wyzwolenia, czym była Obława Augustowska wyjaśniać właściwie nie trzeba.

Artur Gaweł i Grzegorz Ryżewski w książce "Z biegiem Biebrzy. Przewodnik historyczno-etnograficzny" zamieścili fragment relacji korespondenta gazety wrocławskiej „Schlesische Zeitung” opisującej jedną z najkrwawszych bitew, jakie rozegrały się w czasie I wojny światowej na terenie gminy Lipsk:

"Przy Wołkuszu - Sołojewszczyźnie – Żabickich okrążone rosyjskie kolumny wystąpiły ze skraju lasu szybko naprzód. Odrzuciły one swoje dawne sposoby walki (możliwie często okopywać się) i szukały osłony w pagórkowatej okolicy między wsiami Wołkusz - Bartniki - Markowce - Starożyńce. Wtedy niemieckie karabiny maszynowe otworzyły swój ogień, haubice i armaty strzelały na 800 m i pod koniec na 450 m po gęstych masach, które po porażce zapełniały się nowymi kolumnami. Cały ten pogrom, którego nie zna wojenna historia, rozegrał się na placu w 2000 metrów, że nawet gołym okiem można było zobaczyć, jak całe kupy ludzi padają na ziemię i jak batalion za batalionem był niszczony pod ogniem karabinów maszynowych. Pod płynnym ogniem lekkiej artylerii polowej nowe i nowe kolumny występowały naprzód, coraz bardziej pole zabijało się trupami na tym wąsko ograniczonym odcinku boju i niemiecki ogień przynosił ciągle nowe, duże straty kolumnom w ich szalonym ataku. Po 2-u godzinnym płynnym ogniu wszystkie działania rosyjskiego oddziału były doprowadzone do pełnej jego porażki. Złożenie na ołtarz wojny w ofierze tysięcy ludzi było daremne, ponieważ przełamać niemiecki żelazny pierścień było niemożliwym i ostatnia rozpaczliwa próba gen. Bułhakowa przedrzeć się do Grodna runęła! Lecz jaki obraz przedstawiał się przy obserwacji z Wołkusza! Przyjaciel na przyjacielu, leżała niezliczona ilość trupów, którymi były zasłane leżące na przedzie wzniesienia, lecz honor 20-go korpusu był uratowany a cenę tego ratunku przedstawiało 7000 zabitych, którzy padli w ataku w jeden dzień bitwy na przestrzeni 2-ch kilometrów, znajdując tu bohaterską śmierć!"

W ruskim mirze, czy byłaby to carska Rosja, czy komunistyczny ZSRR, czy na niby modernizująca się Federacja Rosyjska, życie ludzkie nigdy nie przedstawiało większej wartości, co obecnie uwidacznia się w wojnie w Ukrainie.

Te piękne krajobrazy były zatem świadkiem wielu okrutnych ludzkich działań, wielu bezsensownych śmierci. Teraz, falujące łany zbóż, łagodne pagórki, cmieniejące na horyzoncie lasy, w promieniach delikatnego majowego popołudniowego słońca, stanowią prawdziwie idylliczną scenerię. Cisza, spokój, fantastyczne powietrze, aż się nie chce stąd wyjeżdzać.

Z Żabickich do Starożyńców wiedzie szutrowa droga. Przy pierwszych zabudowaniach Starożyńców zostawiamy na poboczu auto, by przyjrzeć się drewnianym krzyżom otwierającym drogę do wsi. Wokół ocean zieleni, za krzyżami teren się obniża, by za chwilę ponownie się wypiętrzyć spokojnie i łagodnie, i tuż za polem widać kolejną szutrową drogę, a przy niej u stóp wzgórza, urokliwe, malownicze drewniane domy. Przy krzyżach spotykamy panią ze starszym mężczyzną, wspierającym się na lasce. Nawiązujemy miłą rozmowę. Pani opowiada, że niedawno wyszła ze szpitala, a teraz wybrała się na spacer z Tatą, który ma już 88 lat. I tak sobie oboje spacerują wzdłuż szutrowej drogi i łanów zbóż. Starszy pan w koszuli, marynarce, w czapce w stylu maciejówki, opowiada o neogotyckim kościele w Lipsku, z wieży którego podziwiał niegdyś całą okolicę. Państwu towarzyszy kotka o wdzięcznym imieniu Marcysia, śliczna trikolorka, która wędruje ze swoimi gospodarzami niczym wierny psiaczek, przy nodze. Gdy kończymy rozmowę, pani przywołuje towarzyszkę wędrówek, a ta posłusznie podbiega, i idą razem dalej, a kobieta zbiera polne kwiaty. I są takie spotkania, które chciałoby się powtarzać, dają jakąś radość, nadzieję, i wzbudzają to, co dobrego gdzieś tam w nas głęboko sobie drzemie. Mamy nadzieję, że tego starszego pana z córką jeszcze kiedyś spotkamy.

Przemieszczamy się dalej, skręcamy w lewo piaszczystą drogą, mijamy drewniane domy, opuszczone gospodarstwa, kolejny drewniany krzyż, a po prawej stronie fantastyczny kolorowy drewniany domek, przy którym droga gwałtownie opada w dół. I uświadamiamy sobie, że to jednak pora już wracać, bo jeszcze w Lipsku czekają na nas miody do odebrania, ale to już zupełnie inna historia.

poniedziałek, 9 stycznia 2023

Stare Hory

To już niemal tradycyjne miejsce postoju i odpoczynku w drodze z Rabki do Budapesztu. Na pograniczu Niżnych Tatr i Wielkiej Fatry, niewielka miejscowość w dolinie, asfaltowy parking, barokowy kościółek, drewniana księgarenka, w której co roku spotykamy tę samą panią, która być może i nas już rozpoznaje. Za każdym razem przeszukuję w niej półki i lady z zamiarem znalezienia czegoś interesującego, co pozwoliłoby mi później w domu szlifować język słowacki. Nauka z portali internetowych to jednak zupełnie nie to samo co papier i książka trzymana w dłoniach w jesienne i zimowe wieczory przy zapalonej lampce.

Stare Hory powstały jako osada górnicza na przełomie XIII i XIV w. W okolicy znajdowały się bogate złoża srebra i miedzi. W roku 1448 rozpoczęto budowę kościoła, która została ukończona w 1499 r., dzięki Michałowi Königsbergerowi, właścicielowi miejscowych kopalń. W XVI w. Węgry i Słowację dotknęły niepokoje polityczne, w tym najazd turecki, tzw. powstania stanowe, które nie pozostały bez wpływu i na życie religijne miejscowej ludności. Dobre warunki dla odrodzenia religijności powstały dopiero po 1711 r., kiedy to zakończyło się ostatnie powstanie stanowe, i wypędzono Turków z kraju. Tradycja pielgrzymowania do Starych Hor - wedle ustnego podania - jest tak stara, jak stary jest tutejszy kościół i ustawiona w nim figura Matki Bożej. Pielgrzymi przybywali tu już zatem w XV w., a rozkwit pielgrzymek przypadł na wiek XVII. Pątnicy władali trzema językami - słowackim, niemieckim, węgierskim, i w tych językach głoszono tu też kazania. W wieku XIX zamknięto kopalnie, a górników zaczęli zastępować drwale, furmani i robotnicy, zwłaszcza z harmanieckich papierni i huty żelaza w Podbrezovej. Pielgrzymowali do Starych Hor również urzędnicy, kupcy i rzemieślnicy z pobliskich miast. Na prośbę bańskobystrzyckiego biskupa - Franciszka Berchtolda, papież Pius VI nadał Starym Horam specjalny przywilej. Od 1780 r. nawiedzenie starohorskiej świątyni, połączone ze spowiedzią, komunią i modlitwą (w intencji jedności chrześcijańskich robotników, wykorzenienia błędów i zawierzenia Kościoła Bogu) nagradzane było odpustami. I odpust można było uzyskać każdego dnia w roku, nie zaś w jakiś jeden wyznaczony szczególny dzień. Nieodłączoną częścią tego miejsca pielgrzymkowego jest tzw. Studnička. Na jej temat nie zachowały się jednak żadne pisemne relacje. Wedle ustnych przekazów mieszkańców Starych Hor, tradycja związana ze Studničką pochodzi z czasów niepokojów społecznych w XVII w. Ówcześni starohorzanie obawiając się, że figura Matki Bożej dostanie się w ręce wrogich sił, usunęli ją z ołtarza, starannie owinęli w płótna, a następnie zakopali w lesie na stoku pobliskiej góry. Kiedy niebezpieczeństwo minęło, w roku 1711 figura została odkopana i w uroczystej procesji przeniesiona do ołtarza w kościele, a z miejsca, w którym spoczywała, wybiło źródełko z wodą o uzdrawiającej mocy.

Sam kościółek nie jest już gotycką budowlą, jaką był pierwotnie, nosi ślady przebudowy w XVIII w. W dni powszednie w godzinach tuż popołudniowych jest przeważnie zamknięty, można wejść jedynie do kruchty. Tuż obok niego swój bieg rozpoczyna droga prowadząca do Studničky, tj. ołtarza polowego i wspomnianego źródełka. Zdarza się, że niektórzy podjeżdżają autami do połowy trasy i dalej udają się pieszo. Nie jest to jednak daleka i długa droga, a też i nie tak bardzo stroma. Zawsze można na niej kogoś spotkać, przeważnie są to współcześni pielgrzymi, tak ich nazwijmy, przyjeżdżający po pracy z pobliskiej Bańskiej Bystrzycy. Napotkani wędrowcy zazwyczaj z uśmiechem pozdrawiają się wzajemnie, nietrudno też nawiązać miłą rozmowę, nawet jeśli słowackim nie włada się zanadto biegle. Za każdym razem kiedy tu jestem, mam to szczęście, że trafiam na słoneczną i ciepłą pogodę. W cieniu strzelistych świerków, przy źródełku, można się ochłodzić nie tylko krystaliczną wodą, ale też delikatnymi powiewami wiatru. To miejsce, w którym rzeczywiście się odpoczywa, zbiera energię do dalszej podróży, czy to w stronę Węgier, czy w stronę Polski.

Więcej o Starych Horach warto przeczytać na stronie internetowej farnosti Stare Hory oraz na portalu poświęconym tzw. putinickim miestom na Slovensku.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Stará Ľubovňa - sierpień 2011 r. (1)

Wyprawa na pogranicze polsko - słowackie byłaby niewiele warta bez odwiedzenia Bardejowa, Kurowa, Plawnicy czy Starej Lubowni. Widok młodych Romów ciągnących wózki wypełnione drewnem, warzywami albo owocami w okolicach Kurowa albo Plawnicy, dymy ognisk snujące się w kotlinie między Tarnowem a Bardejowem, zaparkowane na poboczu osobowe auta i ich właściciele pracujący w polu, roztaczający się wokół intensywny zapach dojrzałych, niezebranych jeszcze owoców i warzyw z przydomowych sadów i ogrodów, a to wszystko w oprawie łagodnego, bursztynowego światła, chylącego się ku zachodowi słońca. Ubrane na czarno staruszki, w takiej też barwy chustkach zawiązanych pod brodą, przygarbione, ale żwawo zmierzające w stronę wiejskich kościołów, cerkwi greckokatolickich, a czasem protestanckich zborów.

Stara Lubownia to już, jak na słowackie warunki, miasteczko z prawdziwego zdarzenia, choć pozornie dość senne i jakby zanadto wyludnione już po godzinie 16.00. Turyści zazwyczaj koncentrują się na imponującym średniowiecznym zamku, oddalonym kilka kilometrów od centrum, i tylko nieliczni zajeżdżają do centrum. Stary Rynek, to kilkanaście dobrze zachowanych, w większości klasycystycznych kamienic, nie mających jednak tego uroku i wdzięku, co gotyckie, renesansowe i barkowe kamienice Rynku w Bardejowie. A i kościół też nie ma tego rozmachu; jest kilkakrotnie mniejszy od okazałej bardejowskiej gotyckiej bazyliki św. Idziego, z zewnątrz raczej bezstylowy, pokryty zółtawym tynkiem, jakby jeszcze w czasach komunistycznych, kiedy być może pełnił rolę jakiegoś obiektu użyteczności publicznej, magazynu, bądź muzeum. Olśniewa dopiero swoim wnętrzem, eksplozją barkowych rzeźb i malowideł w tonacji pastelowej, monumentalnymi drewnianymi konfesjonałami, solidnymi ławami oraz panującym, bez względu na porę dnia, półmrokiem sprzyjającym kontemplacji. Miejsce, w którym realnie odczuwa się obecność sacrum. W ubiegłym roku w tym właśnie kościele, w czasie nabożeństwa różańcowego posiadłem umiejętność modlitwy w "sloweniczinie", a w tym roku dane mi było doświadczyć, zresztą nie tylko tu, ale też w Plawnicy i w Bardejowie, czym jest pełne pokory, i zwyczajnej ludzkiej życzliwości, przekazywanie sobie przez wiernych znaku pokoju, ze szczerym wyczekiwaniem, uśmiechem i gotowością do podchodzenia do wszystkich stojących wokół w promieniu kilku metrów, z wyciągniętą do uścisku dłonią. Proste, bezpośrednie, niekłamane, choć nabożeństwa po powrocie do kraju, w mojej parafii szybko sprowadziły mnie na ziemię - kilka osób ledwie raczących odwrócić głowę do stojących wokół, mamroczących coś niewyraźnie pod nosem, niektórzy nie zadający sobie nawet takiego trudu. Polska współczesna wiara jest taka sama jak relacje międzyludzkie w życiu prywatnym i społecznym, tak samo podejrzliwa, nieufna i skrajnie indywidualistyczna. A nuż ten stojący obok mnie jest parszywym pisowcem, albo podłym platformersem, szują, byłym donosicielem i kanalią, tamten przypomina mi szefa despotę, albo irytującego kolegę czy koleżankę z pracy! Paskudna spuścizna PRL-u, a w niemałym stopniu pewnie sięgająca jeszcze czasów ostatniej wojny, przekazywana z pokolenia na pokolenie. To, co w słowackich kościołach stanowi normę, tu staje się pożądanym i chwalebnym wyjątkiem.

Nabożeństwo w kościele w Starej Lubowni, okazuje się być prawdziwym misterium, dającym intensywne poczucie zupełnie naturalnej wspólnoty, w najmniejszym calu nie odstającym od tych w Bardejowie czy Plawnicy.










































Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...