Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury.
Wydeptana ścieżka wzdłuż torowiska, z błyszczącymi za dnia w jesiennym słońcu żółtymi liścmi. Z łoskotem przemyka żołty, rozświetlony tramwaj, przedzierający się przez ciemny październikowy wieczór. Smukłe, dorodne drzewa na przemian kryją i odsłaniają ścieżkę. Wije się ona tajemniczo i daje poczucie naturalności. Po drugiej stronie S8, za ekranami, królestwo betonu, asfaltu, absurdalnie gęstej zabudowy. A tu jeszcze oaza względnej ciszy i spokoju. Staruszkowie wydęptują tę dróżkę o każdej porze roku, zmierzając do bramki ogródków działkowych, mieszkańcy pobliskich bloków na spacerach z psiakami, o poranku i po południu pracownicy i studenci zdążający w stronię WAT-u. Teraz ciepły wieczór o zapachu sosny. Gdzieś w pobliżu we wrześniu 1939 r. toczyły się boje o Warszawę. Na terenach obecnego WAT-u w okopach ginęli żołnierze, którzy miejsce spoczynku znaleźli na cmentarzu wojennym w Starych Babicach i przy kościółku na Starym Boernerowie.
Z kładki nad S8 widoczne linie setek świateł aut stojących na trasie w stronę Poznania. Jak co roku, bliżej listopada, ruch się wzmaga.
Kapliczka przy Dywizjonu 303, postawiona przez Jana i Marcyannę Pyć we wrześniu 1916 roku, z prośbą o modlitwę: "O Maryjo ulituj się nad niedostatkami i nędzami naszymi, i racz im zaradzić". Figurka Maryi za okienkami. W maju w jedną niedzielę odbywa się przy niej majowe. Ktoś czasem postawi świeczkę, sztuczny kwiatek, z rzadka ktoś się przeżegna, zatrzyma, pomodli, przeważnie przemykają tylko samochody na parking przy siłowni.
Chwila wieczornego wytchnienia. Jesień spokojna i cicha, z pojawiającymi się już wieczorem i o poranku mgłami, wilgotna, momentami deszczowa, i dość często - na szczeście - słonecznymi popołudniami. Jesień żołtych, pomarańczowych, czerwieniejących liści, z dniami na tyle długimi, że po pracy można jeszcze pójść do świętego Józefa koło Michalitów, na krótką rozmowę. I spotkania z przypadkowymi ludźmi, którym jeszcze chce się rozmawiać z nieznajomymi, przyjaźnie i życzliwie. I dostrzegalny z ulicy, w oknie bloku, metalowy krucyfiks. Prawie taki sam, jaki w 1946 r. przywiozła Babcia z Adamowców na Wileńszczyźnie, w woreczku z mąką, żeby sowieci nie zrabowali, bo był posrebrzany. Dziś stoi w mieszkaniu na Bemowie, jak rodzinna relikwia.
Powoli wszystko się wycisza, zapada jakby w sen. Panie Jezu przyjdź po raz drugi.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
piątek, 17 października 2025
środa, 6 sierpnia 2025
Krzyż nad Wolą - gra cieni przy Rondzie Daszyńskiego i pamięć Rzezi Woli
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec można wielki krzyż, rozpościerający swoje ramiona nad całą Wolą. W miarę zbliżania się do skrzyżowania z Karolkową to ciekawe zjawisko stopniowo zanika. Przypatrując się natomiast elewacji zauważyć można, że ta pozioma belka to jakby taras, zagłębienie w gładkiej powierzchni, z innego rodzaju oknami od całej reszty, natomiast belka pionowa to najwyraźniej cień rzucany przez sąsiedni budynek, będący jeszcze w budowie.
Ten wizerunek krzyża będący grą cieni, tworzy niesamowity efekt, zwłaszcza teraz, przy okazji kolejnej już rocznicy Rzezi Woli. Tak jakby przypominał o straszliwej męce kilkudziesięciu tysięcy jej mieszkańców - dokładna liczba zamordowanych nie jest znana, istnieją wersje mówiące o 30 tysiącach ofiar, skończywszy na niemal 65 tysiącach mieszkańców tej robotniczej niegdyś dzielnicy. Prawdziwej liczby ofiar zapewne nie poznamy już nigdy, nie sposob ich policzyć. Tak jak nie poznamy imion i nazwisk większości z nich. A ten krzyż swoimi ramionami jakby obejmował ich wszystkich, znanych z imienia i nazwiska tylko Bogu, każdego bez wyjątku, i całą Wolę.
Niedaleko tego miejsca, w latach 1936-1939, najprawdopodobniej do czerwca 1939 r., mieszkali Florian i Genowefa Szpakowie, przybyli do Warszawy w poszukiwaniu lepszego życia z dalekiej Wileńszczyzny, bo prawie spod granicy z Łotwą. Florian pracował na Woli w fabryce gumy, Genowefa zajmowała się wychowaniem kilkuletniego synka i dorywczo pracowała jako służąca u hrabiny Zabiełło. Pomieszkiwali na placu Kazimierza Wielkiego i przy Towarowej 33. Na te adresy wskazują pieczątki w zachowanej książeczce ubezpieczeniowej Floriana. Nie wiadomo czy to wieści o zbliżającej się wojnie, czy jakaś intuicja, czy Opatrzność, zdecydowały o tym, że w czerwcu 1939 r. powrócili do swojej rodzinnej wsi - Adamowce, zagubionej między Postawami a Głębokim. Podobno, jak już się wszystko wyciszy, uspokoi, zamierzali wrócić do Warszawy. Gdy po zakończonej wojnie Genowefa z kilkuletnią córeczką Florcią przyjechała do Warszawy, będącej wówczas miastem gruzów, tak je w każdym razie zapamiętałą sześcioletnia Florcia, to poszukiwała kamienicy przy ulicy Wroniej. Wydaje się, że bardziej chodziło o plac Kazimierza Wielkiego, znajdujący się przed wojną w pobiliżu tej ulicy. Jednak nie udało jej się odnależć tego, czego szukała. Dziewczynka, ze swojego pierwszego wyjazdu do Warszawy, zapamiętała też światełka migoczące w nocy, gdzieś wysoko, jakby zawieszone na niebie, w kamienicach, które gdzieś w tym morzu rumowisk, cudem ocalały, w całości albo w części, jakby były pourywane, porozrywane, ze schodami prowadzącymi w przestworza.
Gdy po raz pierwszy jeseienią 2014 r., nocując na ulicy Żytniej, zacząłem odkrywać Wolę, nieopodal ulicy Towarowej znalazłem kamień z tablicą Tchorka, upamiętniający ofiary egzekucji dokonanej przez Niemców w czasie Rzezi Woli. Pomyślałem wówczas, że gdyby w czerwcu 1939 r. Florian i Genowefa z Warszawy nie wyjechali, to ta liczba widniejąca na kamieniu mogłaby być wyższa. Na świecie był już kilkuletni synek Floriana i Genowefy - Oswaldek, a w styczniu 1940 r. na świat przyszła, poczęta na Woli, Florcia. W 1944 r. miałaby cztery latka, Oswaldek dziesięć, Genowefa 33, a Florian 42 lata.
A 17 sierpnia 2023 r. historia zatoczyła jakieś symboliczne koło, w Szpitalu Wolskim z tym światem pożegnała się Florentyna, w sumie nieopodal miejsca, w którym została poczęta. Na kilka lat przed odejściem z tego łaz padołu opowiadała, że gdy w 2016 r. powróciła niejako do Warszawy, przestał ją nawiedzać nawracający koszmar senny, w którym widziała jakby z lotu ptaka wypalone, zniszczone, czarno-szare miasto. Świat jest jednak pełen symboli, ukrytych znaczeń, które czekają na ich odkrycie i nazwanie.
Ten wizerunek krzyża będący grą cieni, tworzy niesamowity efekt, zwłaszcza teraz, przy okazji kolejnej już rocznicy Rzezi Woli. Tak jakby przypominał o straszliwej męce kilkudziesięciu tysięcy jej mieszkańców - dokładna liczba zamordowanych nie jest znana, istnieją wersje mówiące o 30 tysiącach ofiar, skończywszy na niemal 65 tysiącach mieszkańców tej robotniczej niegdyś dzielnicy. Prawdziwej liczby ofiar zapewne nie poznamy już nigdy, nie sposob ich policzyć. Tak jak nie poznamy imion i nazwisk większości z nich. A ten krzyż swoimi ramionami jakby obejmował ich wszystkich, znanych z imienia i nazwiska tylko Bogu, każdego bez wyjątku, i całą Wolę.
Niedaleko tego miejsca, w latach 1936-1939, najprawdopodobniej do czerwca 1939 r., mieszkali Florian i Genowefa Szpakowie, przybyli do Warszawy w poszukiwaniu lepszego życia z dalekiej Wileńszczyzny, bo prawie spod granicy z Łotwą. Florian pracował na Woli w fabryce gumy, Genowefa zajmowała się wychowaniem kilkuletniego synka i dorywczo pracowała jako służąca u hrabiny Zabiełło. Pomieszkiwali na placu Kazimierza Wielkiego i przy Towarowej 33. Na te adresy wskazują pieczątki w zachowanej książeczce ubezpieczeniowej Floriana. Nie wiadomo czy to wieści o zbliżającej się wojnie, czy jakaś intuicja, czy Opatrzność, zdecydowały o tym, że w czerwcu 1939 r. powrócili do swojej rodzinnej wsi - Adamowce, zagubionej między Postawami a Głębokim. Podobno, jak już się wszystko wyciszy, uspokoi, zamierzali wrócić do Warszawy. Gdy po zakończonej wojnie Genowefa z kilkuletnią córeczką Florcią przyjechała do Warszawy, będącej wówczas miastem gruzów, tak je w każdym razie zapamiętałą sześcioletnia Florcia, to poszukiwała kamienicy przy ulicy Wroniej. Wydaje się, że bardziej chodziło o plac Kazimierza Wielkiego, znajdujący się przed wojną w pobiliżu tej ulicy. Jednak nie udało jej się odnależć tego, czego szukała. Dziewczynka, ze swojego pierwszego wyjazdu do Warszawy, zapamiętała też światełka migoczące w nocy, gdzieś wysoko, jakby zawieszone na niebie, w kamienicach, które gdzieś w tym morzu rumowisk, cudem ocalały, w całości albo w części, jakby były pourywane, porozrywane, ze schodami prowadzącymi w przestworza.
Gdy po raz pierwszy jeseienią 2014 r., nocując na ulicy Żytniej, zacząłem odkrywać Wolę, nieopodal ulicy Towarowej znalazłem kamień z tablicą Tchorka, upamiętniający ofiary egzekucji dokonanej przez Niemców w czasie Rzezi Woli. Pomyślałem wówczas, że gdyby w czerwcu 1939 r. Florian i Genowefa z Warszawy nie wyjechali, to ta liczba widniejąca na kamieniu mogłaby być wyższa. Na świecie był już kilkuletni synek Floriana i Genowefy - Oswaldek, a w styczniu 1940 r. na świat przyszła, poczęta na Woli, Florcia. W 1944 r. miałaby cztery latka, Oswaldek dziesięć, Genowefa 33, a Florian 42 lata.
A 17 sierpnia 2023 r. historia zatoczyła jakieś symboliczne koło, w Szpitalu Wolskim z tym światem pożegnała się Florentyna, w sumie nieopodal miejsca, w którym została poczęta. Na kilka lat przed odejściem z tego łaz padołu opowiadała, że gdy w 2016 r. powróciła niejako do Warszawy, przestał ją nawiedzać nawracający koszmar senny, w którym widziała jakby z lotu ptaka wypalone, zniszczone, czarno-szare miasto. Świat jest jednak pełen symboli, ukrytych znaczeń, które czekają na ich odkrycie i nazwanie.
sobota, 2 sierpnia 2025
Plac Szembeka - pamięć Olszynki Grochowskiej i modernistyczny kościół
Plac Piotra Szembeka, w czerwcowym, popołudniowym słońcu. Spokojna, nieśpieszna niedziela, a miejsce w swoim klimacie - nie wiedzieć czemu - przypomina mi Budapeszt. Okoliczni mieszkańcy zmierzają na wieczorną mszę do kościoła Najczystszego Serca Maryi, oryginalnej, modernistycznej świątyni, powstałej dla uczczenia pamięci polskich żołnierzy poległych w bitwie z rosyjskim zaborcą pod Olszynką Grochowską w lutym 1831 r. Prace przy jej wznoszeniu - według projektu Andrzeja Boniego - rozpoczęto w 1934 roku. W czasie kopania fundamentów natrafiono na dwie zbiorowe mogiły, w których odkryto szczątki powstańców listopadowych.
Ten ciekawy architektonicznie kościół w swoich smukłych, strzelających ku niebu liniach ma w sobie coś z neogotyku, w klimacie z zewnątrz i wewnątrz przypominać może nieco neogotyckie świątynie z Podlasia - w Korycinie, Janowie Sokólskim, Lipsku nad Biebrzą. W nawach w czasie mszy o 20.00 panuje przyjemny półmrok. W kruchcie tablice upamiętniające żołnierzy Kampanii Wrześniowej. Zanim zejdą się liczni wierni, w ławkach siedzą, klęczą pojedyncze osoby, zatopione w cichej rozmowie z Bogiem. Nastrój świątyni sprzyja modlitwie, indywidualnej i we wspólnocie. Na Eucharystię schodzą się powoli rodzice z małymi dziećmi, staruszkowie płci obojga, osoby w wieku średnim. Obok siadają dwie siostry - przypuszczalnie, tak by wynikało z zachowania i rysów twarzy, jedna około dwudziestoletnia, druga góra kilka lat od niej starsza, obie w trampkach, szerokich spodniach i tiszertach, z plecakami. Sprawiają wrażenie jakby mieszkały tu na Pradze Południe od wielu pokoleń. Taką pewność i swobodę w zachowaniu, w odnoszeniu się do siebie nawzajem, do ludzi wokół, można mieć chyba tylko wówczas, gdy się w danym miejscu jest zakorzenionym od co najmniej kilku pokoleń, a człowiek nie tylko czuje się jak u siebie - takie subiektywne poczucie można wszak mieć będąc nawet przybyszem z daleka - ale w sposób naturalny jest wrośnięty w dane miejsce. Są przecież miejsca, w których każdy z nas, będąc w nich nawet po raz pierwszy, czuje się jakby był u siebie, jakby się w nich urodził, jakby był w nie wkomponowany całym sobą, ale to w końcu tylko odczucie, pozbawione tej swobody i naturalności, właściwej tym, którzy są rzeczywiście u siebie rzeczywiście, przez rodziców, dziadków, pradziadków, korzeniami zapuszczonymi przez lat dziesiątki, a może nawet i więcej. Te siostry, momentalnie zwróciły na siebie uwagę kilkuletniej dziewczynki, która odłączyła się od siedzącej w pobliżu mamy, i stopniowo, z początku z pewnią nieśmiałością, zbliżała się do nich - z obustronnym zresztą zainteresowaniem, a gdy one ją zaczęły zachęcać uśmiechami, i bystrymi spojrzeniami pogodnych oczu, ta już bez skrępowania do nich podeszła, i obie strony zaczeły stroić zabawne miny i słać w swoją stronę szczere uśmiechy.
Rozległy się dzwonki, oznajmiające rozpoczęcie mszy. Celebrował ją młody czarnoskóry kapłan, doskonałą polszczyzną, starannie, w skupieniu, z uwagą, tak, że nie sposób było się rozpraszać czy uronić choćby jednego słowa z tego, co mówił. Starannie odczytana Ewangelia, przemyślana, wycyzelowana homilia. I w tle dyskretny śpiew scholi, z mocnymi kobiecymi głosami. Pieśń na pożegnanie dnia, na dobrą noc, na każdą chwilę z Jezusem.
Po nabożeństwie, przed kościołem na placu uwagę zwraca na siebie głośna grupa roześmianych nastolatków. Gdzieś przy ławce cała bateria kolorowych butelek po alkoholach. Na południowej pierzei placu pizzeria ze stolikami pod parasolami, nabita do granic możliwości. Snują się apetyczne zapachy. Kilka niskich kamienic z międzywojnia. Dalej plebania z rozległym zielonym placem i sadem. Na północnej pierzei tużpowojenne kamienice, a w nich otwarte okna, skrzynki z barwnymi kwiatami. Na rogu nowoczesny już blok. Na wschodniej stronie ceglane, piętrowe, proste domy, powstałe jeszcze prawdopodobnie przed wojną. Od strony zachodniej ruchliwa i głośna Grochowska. Horyzont zamykają odległe współczesne bloki. Na kilku ławkach śpią być może bezdomni. Jeszcze jasność dnia podtrzymuje chylące się ku zachodowi słońce, za moment nastanie wieczór, łagodny, ciepły i spokojny.
Ten ciekawy architektonicznie kościół w swoich smukłych, strzelających ku niebu liniach ma w sobie coś z neogotyku, w klimacie z zewnątrz i wewnątrz przypominać może nieco neogotyckie świątynie z Podlasia - w Korycinie, Janowie Sokólskim, Lipsku nad Biebrzą. W nawach w czasie mszy o 20.00 panuje przyjemny półmrok. W kruchcie tablice upamiętniające żołnierzy Kampanii Wrześniowej. Zanim zejdą się liczni wierni, w ławkach siedzą, klęczą pojedyncze osoby, zatopione w cichej rozmowie z Bogiem. Nastrój świątyni sprzyja modlitwie, indywidualnej i we wspólnocie. Na Eucharystię schodzą się powoli rodzice z małymi dziećmi, staruszkowie płci obojga, osoby w wieku średnim. Obok siadają dwie siostry - przypuszczalnie, tak by wynikało z zachowania i rysów twarzy, jedna około dwudziestoletnia, druga góra kilka lat od niej starsza, obie w trampkach, szerokich spodniach i tiszertach, z plecakami. Sprawiają wrażenie jakby mieszkały tu na Pradze Południe od wielu pokoleń. Taką pewność i swobodę w zachowaniu, w odnoszeniu się do siebie nawzajem, do ludzi wokół, można mieć chyba tylko wówczas, gdy się w danym miejscu jest zakorzenionym od co najmniej kilku pokoleń, a człowiek nie tylko czuje się jak u siebie - takie subiektywne poczucie można wszak mieć będąc nawet przybyszem z daleka - ale w sposób naturalny jest wrośnięty w dane miejsce. Są przecież miejsca, w których każdy z nas, będąc w nich nawet po raz pierwszy, czuje się jakby był u siebie, jakby się w nich urodził, jakby był w nie wkomponowany całym sobą, ale to w końcu tylko odczucie, pozbawione tej swobody i naturalności, właściwej tym, którzy są rzeczywiście u siebie rzeczywiście, przez rodziców, dziadków, pradziadków, korzeniami zapuszczonymi przez lat dziesiątki, a może nawet i więcej. Te siostry, momentalnie zwróciły na siebie uwagę kilkuletniej dziewczynki, która odłączyła się od siedzącej w pobliżu mamy, i stopniowo, z początku z pewnią nieśmiałością, zbliżała się do nich - z obustronnym zresztą zainteresowaniem, a gdy one ją zaczęły zachęcać uśmiechami, i bystrymi spojrzeniami pogodnych oczu, ta już bez skrępowania do nich podeszła, i obie strony zaczeły stroić zabawne miny i słać w swoją stronę szczere uśmiechy.
Rozległy się dzwonki, oznajmiające rozpoczęcie mszy. Celebrował ją młody czarnoskóry kapłan, doskonałą polszczyzną, starannie, w skupieniu, z uwagą, tak, że nie sposób było się rozpraszać czy uronić choćby jednego słowa z tego, co mówił. Starannie odczytana Ewangelia, przemyślana, wycyzelowana homilia. I w tle dyskretny śpiew scholi, z mocnymi kobiecymi głosami. Pieśń na pożegnanie dnia, na dobrą noc, na każdą chwilę z Jezusem.
Po nabożeństwie, przed kościołem na placu uwagę zwraca na siebie głośna grupa roześmianych nastolatków. Gdzieś przy ławce cała bateria kolorowych butelek po alkoholach. Na południowej pierzei placu pizzeria ze stolikami pod parasolami, nabita do granic możliwości. Snują się apetyczne zapachy. Kilka niskich kamienic z międzywojnia. Dalej plebania z rozległym zielonym placem i sadem. Na północnej pierzei tużpowojenne kamienice, a w nich otwarte okna, skrzynki z barwnymi kwiatami. Na rogu nowoczesny już blok. Na wschodniej stronie ceglane, piętrowe, proste domy, powstałe jeszcze prawdopodobnie przed wojną. Od strony zachodniej ruchliwa i głośna Grochowska. Horyzont zamykają odległe współczesne bloki. Na kilku ławkach śpią być może bezdomni. Jeszcze jasność dnia podtrzymuje chylące się ku zachodowi słońce, za moment nastanie wieczór, łagodny, ciepły i spokojny.
poniedziałek, 28 lipca 2025
Kościół świętego Aleksandra na placu Trzech Krzyży - oaza w centrum Warszawy
Murowana rotunda na placu Trzech Krzyży, niepozorna, w dni powszednie prawdziwa oaza, osłona od zgiełku miasta, choć docierają do wnętrza odgłosy przemykających aut, sunących na sygnale karetek, wozów strażackich, policyjnych. W upalne letnie dni świątynia oferuje odrobinę ochłody i schronienie przed żarem lejącym się z nieba, tak dokuczliwym w mieście pełnym asfaltu, szkła, betonu. Czasem w środku modlą się w ławkach dwie, trzy osoby, czasem jest zupełnie pusto. Więcej osób zaczyna się schodzić przed mszą o godzinie 16.00, z pobliskich urzędów, korporacji, firm prywatnych, przypadkowi przechodnie, turyści, pielgrzymi.
Z lewej strony marmurowa Matka Boska, delikatnie uśmiechnięta, z otwartymi ramionami, w powłóczystej sukni, wita każdego, kto tu zagląda przypadkowo albo w sposób zamierzony. Wizerunek łagodnej Czarnej Madonny na lewo od ołtarza, ze spojrzeniem zapraszającym do cichej rozmowy. Chrystus spoczywający w grobie, pod bacznym okiem świętego Józefa z dzieciątkiem na ramionach. Przed Wielkim Tygodniem zawieszony z prawej strony, nad Matką Ostrobramską, przejmujący wizerunek spętanego sznurami łagodnego, niewinnego baranka, którego chciałoby się uwolnić z tych pęt, a przynajmniej już nigdy ich więcej nie zakładać, nie przyczyniać się do tego bolesnego wiązania.
Po dniu pracy, możliwość przyjścia na Eucharystię, to prawdziwa ulga i ochłoda. Oddanie trudów, radości, smutków, wszelkich pocieszeń, przed ołtarzem, przed obrazem przedstawiającym Ukrzyżowanego. Oddanie każdej chwili cierpienia, każdej łaski tego dnia otrzymanej, natchnienia, dziękczynienie za opiekę, obronę. I słowa wypowiedziane przez kapłana przed Komunią, zapadłe mocno w pamięć:
"Ja Jestem z tobą, Jestem twoim obrońcą..."...
W powszedni, upalny, lipcowy dzień, w czasie Eucharystii drzwi świątyni otwiera skośnooki, czarnowłosy młody mężczyzna. Początkowo cofnął się, ale po chwili drzwiami z lewej i prawej strony, zaczęły wchodzić do kościoła skośnookie kobiety, za nimi ledwie trzech mężczyzn. Osoby młode i starsze, dwie siostry zakonne w szarych habitach. Znalazłszy wolne miejsca w ławkach przybysze usadowili się w nich sprawnie i cicho, by nikomu nie przeszkadzać. Od razu było widać, że to nie turyści, lecz pielgrzymi. Msza przed chwilą się rozpoczęła. Uczestniczyli w niej aktywnie, znali modlitwy, półgłosem odmawiali je w ojczystym języku. Większość przystąpiła do Komunii. W sposób serdeczny, nie pomijając nikogo w pobliżu, przekazywali znak pokoju, z uśmiechem w oczach i na ustach, demonstrując otwartość całą swoją postawą. Po zakończonej Mszy, przy wsparciu uczestniczących w niej osób, które zaoferowały się pełnić rolę tłumacza, pielgrzymi poprosili kapłana o indywidualne błogosławieństwo dla każdego z nich, udzielane w sposób osobliwy, poprzez delikatne przytulenie, co wyglądało tak jakby się zatapiali bezpośrednio w objęciach Jezusa. Ci młodsi pielgrzymi szukali kontaktu, sposobności do rozmowy z miejscowymi, Polakami.
Podeszła do mnie około trzydziestoletnia dziewczyna, oznajmiła, że są pielgrzymami z Korei Południowej i jadą do Czarnej Madonny w Częstochowie, choć nazwy tego miasta nie była w stanie wymówić. Przyjechali do Polski, którą postrzegają jako kraj wiernie podtrzymujący swój katolicyzm. Polska kojarzy jej się z Janem Pawlem II, a w Korei katolicy stanowią około 10% społeczeństwa. Śpieszyli się niestety do autokaru, czekającego na nich nieopodal, by za chwilę ruszyć w dalszą drogę. Sprawnie zebrali się, przemieścili i szary autokar pomknął w dół ulicą Książącą, w słoneczne, środowe, lipcowe popołudnie.
Ci sympatyczni pielgrzymi wnieśli przez ten krótki czas szczerą, prostą radość z Wiary, szlachetną prostotę i pokój. Można było odnieść wrażenie, że odjeżdżają bliskie nam i kochane osoby, za którymi wkrótce już będziemy tęsknić, tak jak byśmy się znali od wielu lat.
Z lewej strony marmurowa Matka Boska, delikatnie uśmiechnięta, z otwartymi ramionami, w powłóczystej sukni, wita każdego, kto tu zagląda przypadkowo albo w sposób zamierzony. Wizerunek łagodnej Czarnej Madonny na lewo od ołtarza, ze spojrzeniem zapraszającym do cichej rozmowy. Chrystus spoczywający w grobie, pod bacznym okiem świętego Józefa z dzieciątkiem na ramionach. Przed Wielkim Tygodniem zawieszony z prawej strony, nad Matką Ostrobramską, przejmujący wizerunek spętanego sznurami łagodnego, niewinnego baranka, którego chciałoby się uwolnić z tych pęt, a przynajmniej już nigdy ich więcej nie zakładać, nie przyczyniać się do tego bolesnego wiązania.
Po dniu pracy, możliwość przyjścia na Eucharystię, to prawdziwa ulga i ochłoda. Oddanie trudów, radości, smutków, wszelkich pocieszeń, przed ołtarzem, przed obrazem przedstawiającym Ukrzyżowanego. Oddanie każdej chwili cierpienia, każdej łaski tego dnia otrzymanej, natchnienia, dziękczynienie za opiekę, obronę. I słowa wypowiedziane przez kapłana przed Komunią, zapadłe mocno w pamięć:
"Ja Jestem z tobą, Jestem twoim obrońcą..."...
W powszedni, upalny, lipcowy dzień, w czasie Eucharystii drzwi świątyni otwiera skośnooki, czarnowłosy młody mężczyzna. Początkowo cofnął się, ale po chwili drzwiami z lewej i prawej strony, zaczęły wchodzić do kościoła skośnookie kobiety, za nimi ledwie trzech mężczyzn. Osoby młode i starsze, dwie siostry zakonne w szarych habitach. Znalazłszy wolne miejsca w ławkach przybysze usadowili się w nich sprawnie i cicho, by nikomu nie przeszkadzać. Od razu było widać, że to nie turyści, lecz pielgrzymi. Msza przed chwilą się rozpoczęła. Uczestniczyli w niej aktywnie, znali modlitwy, półgłosem odmawiali je w ojczystym języku. Większość przystąpiła do Komunii. W sposób serdeczny, nie pomijając nikogo w pobliżu, przekazywali znak pokoju, z uśmiechem w oczach i na ustach, demonstrując otwartość całą swoją postawą. Po zakończonej Mszy, przy wsparciu uczestniczących w niej osób, które zaoferowały się pełnić rolę tłumacza, pielgrzymi poprosili kapłana o indywidualne błogosławieństwo dla każdego z nich, udzielane w sposób osobliwy, poprzez delikatne przytulenie, co wyglądało tak jakby się zatapiali bezpośrednio w objęciach Jezusa. Ci młodsi pielgrzymi szukali kontaktu, sposobności do rozmowy z miejscowymi, Polakami.
Podeszła do mnie około trzydziestoletnia dziewczyna, oznajmiła, że są pielgrzymami z Korei Południowej i jadą do Czarnej Madonny w Częstochowie, choć nazwy tego miasta nie była w stanie wymówić. Przyjechali do Polski, którą postrzegają jako kraj wiernie podtrzymujący swój katolicyzm. Polska kojarzy jej się z Janem Pawlem II, a w Korei katolicy stanowią około 10% społeczeństwa. Śpieszyli się niestety do autokaru, czekającego na nich nieopodal, by za chwilę ruszyć w dalszą drogę. Sprawnie zebrali się, przemieścili i szary autokar pomknął w dół ulicą Książącą, w słoneczne, środowe, lipcowe popołudnie.
Ci sympatyczni pielgrzymi wnieśli przez ten krótki czas szczerą, prostą radość z Wiary, szlachetną prostotę i pokój. Można było odnieść wrażenie, że odjeżdżają bliskie nam i kochane osoby, za którymi wkrótce już będziemy tęsknić, tak jak byśmy się znali od wielu lat.
piątek, 20 czerwca 2025
Cmentarz w Starych Babicach - śladami Kampanii Wrześniowej 1939 r.
Gdy się kroczy piaszczystą ścieżką wydeptaną wzdłuż torów tramwajowych linii nr 20, powstałej jeszcze w latach 30-tych ubiegłego wieku, która miała połączyć podmiejskie wówczas osiedle wybudowane dla pracowników pocztowych (nazywane początkowo Osiedlem Łączności, a następnie - od roku 1936 - Boernerowem - od nazwiska ministra poczt i telegrafów w kilku rządach okresu międzywojennego - Ignacego Boernera), łagodnie wijącą się między pozostałościami dawnych górczańskich ogrodów, dorodnymi drzewami wiśniowymi, śliwami, jabłoniami, i obok pięknej, okazałej sosny, myśli mimowolnie płyną w przeszłość.
W książce Lowisy Lermer "Kronika Boernerowa" czytamy, że w czasie Kampanii Wrześniowej 1939 r., największe straty w tej okolicy poniosła 9 Kompania, walcząca na terenach zajmowanych dziś przez Wojskową Akademię Techniczną. Jej stanowiska znajdowały się na obszarze odsłoniętych pól, rozciągających się od Boernerowa aż po Blizne i Babice. 27 września poległ jej dowódca - Feliks Henryk Szawłowski, w rejonie Babic. Ledwie zdążył ukończyć 33 lata - urodziny obchodził 11 sierpnia. Miejsce spoczynku znalazł na powązkowskim cmentarzu wojskowym.
Na północ od ścieżki rozciągają się WAT-owskie ogródki działkowe. Tak więc to między innymi tu musiały się toczyć zacięte boje, być może tędy przesuwało się natarcie polskich oddziałów od strony Górc w kierunku fortu Blizne, zajętego przez Niemców. Dziś cudnie świeci tu słońce, zieleń wybujała po deszczach, a nie minęło jeszcze sto lat, gdy w tej okolicy rozpętało się prawdziwe piekło. Wielu żołnierzy, walczących we wrześniu 1939 r. na przedpolach Warszawy, w okolicach Boernerowa, Grot, Babic, Chrzanowa, Jelonek, Górc, miejsce swojego spoczynku znalazło na cmentarzu w Starych Babicach.
Czwartek Bożego Ciała, w łagodnych promieniach słońca połyskuje pobielona ceglana brama, z wkomponowanymi w nią hełmami żołnierzy, początkowo złożonymi na ich mogiłach. Od czasu do czasu zrywa się ni stąd ni zowąd silny wiatr, smgający gałęziami wysokich drzew liściastych, otaczających z dwóch stron cmentarz. Z lewej strony do cmentarza przylegają domy mieszkalne z ogrodami. Naprzeciw bramy wąska, choć ruchliwa ulica. Przy niej kolejne domy mieszkalne. Na tablicy informacyjnej przed bramą czytamy, że cmentarz został założony w roku 1940 przez Jana Okwiecińskiego, sekretarza ówczesnej gminy Blizne, przedstawiciela Rady Głównej Opiekuńczej, i wójta Eugeniusza Przedworskiego, którzy uzyskali od Niemców zgodę na jego utworzenie. Początkowono złożono tu ciała eksumonowanych co najmniej 282 żołnierzy Wojska Polskiego, 5 policjantów, oraz 79 osób cywilnych. Ekshumacji dokonywano m.in. na terenie Radostacji Babice, Osiedla Łączności Babice-Boernerowo, Grot, Górc, Jelonek, Chrzanowa i Bliznego. 174 żołnierzy jest znanych z imienia i nazwiska, 108 żołnierzy imiona i nazwiska nie są znane. W kolejnych latach pochowano tu grupę powstańców warszawskich, żołnierzy Armii Krajowej, m.in. ze zgrupowania "Kampinos", a także cywilne ofiary wojny. Niektóre źródła historyczne podają liczbę 400 pochowanych na cmentarzu osób, według danych gminnych jest ich tu 388. Przypuszczalnie wiele grobów stanowią mogiły zbiorowe. Według zapisów dokonanych w kronice babcikiego koła Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, powstałego w roku 1969, na cmentarzu może spoczywać łącznie około tysiąca żołnierzy i osób cywilnych.
Warto pamiętać, że w urządzaniu cmentarza pomagali mieszkańcy okolicznych miejscowości. Ogrodzenie i bramę wykonał w 1942 r., ze składek społecznych, mieszkaniec Babic - Idzi Mainka. W pracach pomagali harcerze z Babic oraz z Hufca Centralna Praga.
15 sierpnia 1943 r., w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, a zarazem święto Wojska Polskiego, na cmentarnym wysokim drewnianym krzyżu pojawiły się biało-czerwone flagi. Tego bohaterskiego wyczynu dokonał harcerz o nazwisku Dobrowolski, który był prawdopodobnie jednym z założycieli babickiego harcerstwa. Za popełnienie tak wielkiej - w oczach okupanta - zbrodni, groziła oczywiście kara śmierci.
Spacerując alejkami, między rzędami białych krzyży, uwagę zwracają liczne tabliczki z inskrypcją "NN" - żołnierz nieznany, oraz informujące o cywilnych ofiarach wojny zamordowanych w roku 1939, ale też i później. Trzy kamienne, białe krzyże obok siebie, a pod nimi pochowana rodzina - ojciec, matka i córka - Antoni Kędzierski, ofiara terroru niemieckiego, ur. 1888 r., ojciec, obok - Wiktoria Kędzierska, ofiara terroru niemieckiego, ur. 1927 r., córka, i Lucyna Kędzierska, ur. 1887 r., matka. Nieopodal krzyż z tabliczką - Ryszard Rżysko, ofiara terroru niemieckiego, zginął w Powstaniu Warszawskim 5 sierpnia 1944 r., a w rzędzie za nim - Władysława Rżysko, ofiara terroru niemieckiego, zginęła w Powstaniu Warszawskim 21 sierpnia 1944 r. Przy krzyżu Mariana Galbarczyka, strzelca poległego 25 września 1939 r., ktoś zapewne z rodziny, ustawił fotografię zmarłego w mundurze i w czapce rogatywce. Przy krzyżu Michała Szewczuka, strzelca poległego 27 września 1939 r., zatknięta metalowa tabliczka z inskrypcją w języku ukraińskim - "Szewczuk Michajło, ur. 19 sierpnia 1911 r., wicznaja pamiać". Nie sposób nie zauważyć dużej liczby nie krzyży, lecz pionowych kamiennych słupków z gwiazdą Dawida, imionami i nazwiskami żołnierzy pochodzenia żydowskiego, wyznania mojżeszowego, obywateli polskich, poległych w obronie również i ich ojczyzny.
Wędrujemy powoli alejkami, przechodzimy przed każdym krzyżem, czytamy wszystkie tabliczki, z modlitwą na ustach, przy krzyżu nieznanej cywilnej ofiary terroru niemieckiego zapalamy znicz, w intencji wszystkich tu pochowanych. To jedyne, co możemy teraz dla nich zrobić, zapalić znicz, wspomnieć każdego z nich z osobna, nawet tego nieznanego. W konarach wysokich drzew, okalających cmentarz, wyjątkowo głośno szumi wiatr, zrywający się co jakiś czas, a jednocześnie nie przestaje świecić popołudniowe słońce, którego promienie rozświetlają białe krzyże.
W książce Lowisy Lermer "Kronika Boernerowa" czytamy, że w czasie Kampanii Wrześniowej 1939 r., największe straty w tej okolicy poniosła 9 Kompania, walcząca na terenach zajmowanych dziś przez Wojskową Akademię Techniczną. Jej stanowiska znajdowały się na obszarze odsłoniętych pól, rozciągających się od Boernerowa aż po Blizne i Babice. 27 września poległ jej dowódca - Feliks Henryk Szawłowski, w rejonie Babic. Ledwie zdążył ukończyć 33 lata - urodziny obchodził 11 sierpnia. Miejsce spoczynku znalazł na powązkowskim cmentarzu wojskowym.
Na północ od ścieżki rozciągają się WAT-owskie ogródki działkowe. Tak więc to między innymi tu musiały się toczyć zacięte boje, być może tędy przesuwało się natarcie polskich oddziałów od strony Górc w kierunku fortu Blizne, zajętego przez Niemców. Dziś cudnie świeci tu słońce, zieleń wybujała po deszczach, a nie minęło jeszcze sto lat, gdy w tej okolicy rozpętało się prawdziwe piekło. Wielu żołnierzy, walczących we wrześniu 1939 r. na przedpolach Warszawy, w okolicach Boernerowa, Grot, Babic, Chrzanowa, Jelonek, Górc, miejsce swojego spoczynku znalazło na cmentarzu w Starych Babicach.
Czwartek Bożego Ciała, w łagodnych promieniach słońca połyskuje pobielona ceglana brama, z wkomponowanymi w nią hełmami żołnierzy, początkowo złożonymi na ich mogiłach. Od czasu do czasu zrywa się ni stąd ni zowąd silny wiatr, smgający gałęziami wysokich drzew liściastych, otaczających z dwóch stron cmentarz. Z lewej strony do cmentarza przylegają domy mieszkalne z ogrodami. Naprzeciw bramy wąska, choć ruchliwa ulica. Przy niej kolejne domy mieszkalne. Na tablicy informacyjnej przed bramą czytamy, że cmentarz został założony w roku 1940 przez Jana Okwiecińskiego, sekretarza ówczesnej gminy Blizne, przedstawiciela Rady Głównej Opiekuńczej, i wójta Eugeniusza Przedworskiego, którzy uzyskali od Niemców zgodę na jego utworzenie. Początkowono złożono tu ciała eksumonowanych co najmniej 282 żołnierzy Wojska Polskiego, 5 policjantów, oraz 79 osób cywilnych. Ekshumacji dokonywano m.in. na terenie Radostacji Babice, Osiedla Łączności Babice-Boernerowo, Grot, Górc, Jelonek, Chrzanowa i Bliznego. 174 żołnierzy jest znanych z imienia i nazwiska, 108 żołnierzy imiona i nazwiska nie są znane. W kolejnych latach pochowano tu grupę powstańców warszawskich, żołnierzy Armii Krajowej, m.in. ze zgrupowania "Kampinos", a także cywilne ofiary wojny. Niektóre źródła historyczne podają liczbę 400 pochowanych na cmentarzu osób, według danych gminnych jest ich tu 388. Przypuszczalnie wiele grobów stanowią mogiły zbiorowe. Według zapisów dokonanych w kronice babcikiego koła Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, powstałego w roku 1969, na cmentarzu może spoczywać łącznie około tysiąca żołnierzy i osób cywilnych.
Warto pamiętać, że w urządzaniu cmentarza pomagali mieszkańcy okolicznych miejscowości. Ogrodzenie i bramę wykonał w 1942 r., ze składek społecznych, mieszkaniec Babic - Idzi Mainka. W pracach pomagali harcerze z Babic oraz z Hufca Centralna Praga.
15 sierpnia 1943 r., w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, a zarazem święto Wojska Polskiego, na cmentarnym wysokim drewnianym krzyżu pojawiły się biało-czerwone flagi. Tego bohaterskiego wyczynu dokonał harcerz o nazwisku Dobrowolski, który był prawdopodobnie jednym z założycieli babickiego harcerstwa. Za popełnienie tak wielkiej - w oczach okupanta - zbrodni, groziła oczywiście kara śmierci.
Spacerując alejkami, między rzędami białych krzyży, uwagę zwracają liczne tabliczki z inskrypcją "NN" - żołnierz nieznany, oraz informujące o cywilnych ofiarach wojny zamordowanych w roku 1939, ale też i później. Trzy kamienne, białe krzyże obok siebie, a pod nimi pochowana rodzina - ojciec, matka i córka - Antoni Kędzierski, ofiara terroru niemieckiego, ur. 1888 r., ojciec, obok - Wiktoria Kędzierska, ofiara terroru niemieckiego, ur. 1927 r., córka, i Lucyna Kędzierska, ur. 1887 r., matka. Nieopodal krzyż z tabliczką - Ryszard Rżysko, ofiara terroru niemieckiego, zginął w Powstaniu Warszawskim 5 sierpnia 1944 r., a w rzędzie za nim - Władysława Rżysko, ofiara terroru niemieckiego, zginęła w Powstaniu Warszawskim 21 sierpnia 1944 r. Przy krzyżu Mariana Galbarczyka, strzelca poległego 25 września 1939 r., ktoś zapewne z rodziny, ustawił fotografię zmarłego w mundurze i w czapce rogatywce. Przy krzyżu Michała Szewczuka, strzelca poległego 27 września 1939 r., zatknięta metalowa tabliczka z inskrypcją w języku ukraińskim - "Szewczuk Michajło, ur. 19 sierpnia 1911 r., wicznaja pamiać". Nie sposób nie zauważyć dużej liczby nie krzyży, lecz pionowych kamiennych słupków z gwiazdą Dawida, imionami i nazwiskami żołnierzy pochodzenia żydowskiego, wyznania mojżeszowego, obywateli polskich, poległych w obronie również i ich ojczyzny.
Wędrujemy powoli alejkami, przechodzimy przed każdym krzyżem, czytamy wszystkie tabliczki, z modlitwą na ustach, przy krzyżu nieznanej cywilnej ofiary terroru niemieckiego zapalamy znicz, w intencji wszystkich tu pochowanych. To jedyne, co możemy teraz dla nich zrobić, zapalić znicz, wspomnieć każdego z nich z osobna, nawet tego nieznanego. W konarach wysokich drzew, okalających cmentarz, wyjątkowo głośno szumi wiatr, zrywający się co jakiś czas, a jednocześnie nie przestaje świecić popołudniowe słońce, którego promienie rozświetlają białe krzyże.
czwartek, 19 czerwca 2025
Kapliczka w Izabelinie - drewniana kapliczka Matki Boskiej w Puszczy Kampinoskiej
Wąska asfaltowa droga wijąca się między nowymi zabudowaniami, tonącymi w zieleni przeważnie sosen, ale i drzew liściastych, niewysokie wzniesienia wydmowe, tak charakterystyczne dla Puszczy Kampinoskiej. Odchodząca w bok piaszczysta droga, ciekawe ujęcie zakrętu, aż się prosi, by sobie wyobrazić, jak wyglądał ten zakątek, gdy było tu prościej, naturalniej, a między dwiema drogami drewniana kapliczka, przed nią ławeczki, i całkiem spora grupka osób, które zebrały się na nabożeństwo czerwcowe, w promieniach zachodzącego słońca, w otoczeniu czerwcowej, żywej zieleni. Na spokojnym błękitnym niebie gdzieniegdzie wiszą postrzępione ciemne obłoki. Zebrani mężczyźni i kobiety, pogodni staruszkowie, uśmiechnięte twarze, stoją przy drewnianych ławkach przed kapliczką, najwyraźniej wspólne odmawianie litanii do serca Jezusa sprawia im radość. Z rzadka przejeżdżające auta nie mącą spokoju popołudniowego Święta Bożego Ciała. Od czasu do czasu zrywa się wiatr, porusza wierzchołkami całkiem wysokich sosen. I kolejne ćwiczenie z wyobraźni - jak ten malowniczy skrawek Puszczy prezentował się zanim pojawił się asfalt i nowoczesne domostwa za wysokimi ogrodzeniami, gdy piaszczysta droga meandrowała między smukłymi drzewami, łagodnie unosiła i opadała, a za zakrętem musiało być zawsze coś ciekawego i tajemniczego. Teraz stoją tu rozmodleni staruszkowie, a na ich twarzach rysuje się niekłamane szczęście ze spotkania ze znajomymi i wspólnej rozmowy z Bogiem.
Kapliczka wykonanana z pnia wiekowego drzewa, w jej wnęce Matka Boska trzymająca dziecię, wyraz twarzy delikatnie zatroskany, okryta niebieskim płaszczem, w otoczeniu róż i goździków, przed Nią zawieszony wielki różaniec, a z prawej strony zatknięta biało-czerwona flaga. Nad wnęką, za szkłem, w drewnianej ramce, zawieszony obrazek Jezusa wskazującego na swoje promieniejące miłością serce. Nakryta namiotowym daszkiem, od którego rozchodzą się wielobarwne wstążki, u dołu przywiązane do drewnianaych sztachetek niewysokiego ogrodzenia, za którym schroniło się królestwo kwiatów. Od strony asfaltowej drogi kolejny obrazek, tym razem z wizerunkiem Jana Pawła II, a poniżej na kartce zaproszenie na nabożeństwa majowe i czerwcowe codziennie o godzinie 18:30. Poniżej wnęki wykonanana inskrypcja - "Maryjo Królowo Polski módl się za nami. Serce Maryi niepokalany kwiat przemienia pociesza chroni cały świat". I na samym dole wygrawerowana data - 1996, a nad nią przytwierdzona malutka tabliczka informująca, że wykonawcą tej pięknej kapliczki był Marian Balcerzak.
Wspaniały widok na zakończenie świątecznego dnia. Przypominający widywane niedawno nabożeństwa majowe przy podlaskich kapliczkach, w otoczeniu przebudzonej po zimie bujnej zieleni, gdzieś w środku lub na skraju wsi, przy piaszczystej czy asfaltowej drodze, przy skrzyżowaniu dróg, w łagodnie falującym, rozświetlonym promieniami łagodnego, popołudniowego słońca krajobrazie północnego Podlasia, na styku z Suwalszczyzną.
Kapliczka wykonanana z pnia wiekowego drzewa, w jej wnęce Matka Boska trzymająca dziecię, wyraz twarzy delikatnie zatroskany, okryta niebieskim płaszczem, w otoczeniu róż i goździków, przed Nią zawieszony wielki różaniec, a z prawej strony zatknięta biało-czerwona flaga. Nad wnęką, za szkłem, w drewnianej ramce, zawieszony obrazek Jezusa wskazującego na swoje promieniejące miłością serce. Nakryta namiotowym daszkiem, od którego rozchodzą się wielobarwne wstążki, u dołu przywiązane do drewnianaych sztachetek niewysokiego ogrodzenia, za którym schroniło się królestwo kwiatów. Od strony asfaltowej drogi kolejny obrazek, tym razem z wizerunkiem Jana Pawła II, a poniżej na kartce zaproszenie na nabożeństwa majowe i czerwcowe codziennie o godzinie 18:30. Poniżej wnęki wykonanana inskrypcja - "Maryjo Królowo Polski módl się za nami. Serce Maryi niepokalany kwiat przemienia pociesza chroni cały świat". I na samym dole wygrawerowana data - 1996, a nad nią przytwierdzona malutka tabliczka informująca, że wykonawcą tej pięknej kapliczki był Marian Balcerzak.
Wspaniały widok na zakończenie świątecznego dnia. Przypominający widywane niedawno nabożeństwa majowe przy podlaskich kapliczkach, w otoczeniu przebudzonej po zimie bujnej zieleni, gdzieś w środku lub na skraju wsi, przy piaszczystej czy asfaltowej drodze, przy skrzyżowaniu dróg, w łagodnie falującym, rozświetlonym promieniami łagodnego, popołudniowego słońca krajobrazie północnego Podlasia, na styku z Suwalszczyzną.
piątek, 13 czerwca 2025
Pochwała blokowisk - Bemowo, kościół Matki Bożej Królowej Aniołów, ogródki działkowe
Snujące się nad ogródkami działkowymi dymy z ognisk, tak charakterystyczne dla schyłku lata, czerwonawe wiśnie opadające już z drzew, wysoka trawa wygnieciona przez nocujące wzdłuż zielonego torowiska stadko dzików. Promienie zachodzącego słońca, przedzierające się przez gęste listowie wysokich drzew. Kłębiące się na niebie chmury, trochę deszczowe, burzowe, przedwieczorny orzeźwiający lekki powiew wiatru. Piaszczysta ścieżka wydeptana między działkowym betonowym ogrodzeniem i torowiskiem, wijąca się między drzewami owocowymi, pozostałymi po dawnych górczańskich sadach i ogrodach, z pachnącymi, ale to już późniejszym latem węgierkami, smakującymi o niebo lepiej niż wszystkie śliwki, jakie można kupić w sklepie, jakaś stara, zaginiona, zapomniana ich odmiana. Rozświetlona zieleń WAT-owskich ogródków, otulająca tę piaszczystą ścieżkę i zapach dymu z ognisk, przypominają mi sierpniową Sandomierszczyznę, z jej sadami i ogrodami, smakami i zapachami w pełni dojrzałego lata.
A zaledwie dwa kilometry stąd zupełnie inny świat, świat blokowiska z początku lat 80-tych. Wysokie bloki i zielone rozległe, jak na miejskie warunki, przestrzenie między nimi, na zdecydowanie bardziej ludzką miarę, niż nowe grodzone tak zwane obozy mieszkaniowe. Skwerek przy ulicy gen. Szareckiego, z odnowionymi ławeczkami, alejkami, zielonymi drzewami liściastymi, iglastymi. Z pobliskiego kościoła michalitów dobiegają dźwięki pobożnej pieśni. Spacerujący mieszkańcy, przedstawiciele wszystkich grup wiekowych. Czworonożny towarzysz wędrówki staje się w wielu wypadkach zachętą do nawiązania nawet dłuższej rozmowy. Chętni przystają, ufne, radosne i przyjazne oczy psa otwierają człowieka. Starsi małżonkowie pochylają się i gładzą zwierzątko po głowie. Nastoletnia dziewczyna z shiba inu, zaczyna snuć opowieść o swoich i brata osiągnięciach sportowych. Żółtawe i czerwonawe cegły kościoła Matki Bożej Królowej Aniołów, żarzą się w promieniach zachodzącego słońca. Ze świątyni wylegają tłumy, choć to piątkowy wczesny wieczór. Starsze panie wkradają się w łaski radosnego husky, który nawet chętnie by z nimi na dłuższy czas tu pozostał, siedział przed kościołem i kontemplował spokój wczesnego wieczoru i długą czerwcową jasność dnia.
W sierpniowy letni sobotni poranek 2017 roku, przy drzwiach kaplicy adoracji, podszedł do nas starszy mężczyzna w białej koszuli z krótkim rękawem, materiałowych lekkich spodniach i w słomkowym kapeluszu. Chętnie nawiązał rozmowę i opowiadał o zaangażowaniu parafii w pomoc jej potrzebującym członkom w tych dawniejszych czasach i współcześnie. Trafnie zauważył, że dzisiejsza bieda jest zupełnie innego rodzaju biedą niż ta z czasów PRL-u czy lat 90-tych, choć wymagającą nie mniejszej, a może nawet większej uwagi i konieczności zajęcia się nią. Biła od tego mężczyzny jakaś mądrość wieku, zebranych na przestrzeni lat doświadczeń, a jednocześnie pogoda ducha, życzliwość i pokora. Sporo już lat minęło od tego spotkania, choć mam wrażenie, jakby to było wczoraj. Nie wiem jak potoczyły się jego losy. Czy angażuje się nadal w życie parafii, czy uczestniczy jeszcze razem z nami w wędrówce po tym świecie?
Lubię te wędrówki między blokami i zielonymi podwórkami "starego" Bemowa, dużo bardziej ludzkiego i przyjaznego niż nowe deweloperskie osiedla. Ludzie są tu bardziej otwarci i życzliwi, chętni do miłej pogawędki.
A zaledwie dwa kilometry stąd zupełnie inny świat, świat blokowiska z początku lat 80-tych. Wysokie bloki i zielone rozległe, jak na miejskie warunki, przestrzenie między nimi, na zdecydowanie bardziej ludzką miarę, niż nowe grodzone tak zwane obozy mieszkaniowe. Skwerek przy ulicy gen. Szareckiego, z odnowionymi ławeczkami, alejkami, zielonymi drzewami liściastymi, iglastymi. Z pobliskiego kościoła michalitów dobiegają dźwięki pobożnej pieśni. Spacerujący mieszkańcy, przedstawiciele wszystkich grup wiekowych. Czworonożny towarzysz wędrówki staje się w wielu wypadkach zachętą do nawiązania nawet dłuższej rozmowy. Chętni przystają, ufne, radosne i przyjazne oczy psa otwierają człowieka. Starsi małżonkowie pochylają się i gładzą zwierzątko po głowie. Nastoletnia dziewczyna z shiba inu, zaczyna snuć opowieść o swoich i brata osiągnięciach sportowych. Żółtawe i czerwonawe cegły kościoła Matki Bożej Królowej Aniołów, żarzą się w promieniach zachodzącego słońca. Ze świątyni wylegają tłumy, choć to piątkowy wczesny wieczór. Starsze panie wkradają się w łaski radosnego husky, który nawet chętnie by z nimi na dłuższy czas tu pozostał, siedział przed kościołem i kontemplował spokój wczesnego wieczoru i długą czerwcową jasność dnia.
W sierpniowy letni sobotni poranek 2017 roku, przy drzwiach kaplicy adoracji, podszedł do nas starszy mężczyzna w białej koszuli z krótkim rękawem, materiałowych lekkich spodniach i w słomkowym kapeluszu. Chętnie nawiązał rozmowę i opowiadał o zaangażowaniu parafii w pomoc jej potrzebującym członkom w tych dawniejszych czasach i współcześnie. Trafnie zauważył, że dzisiejsza bieda jest zupełnie innego rodzaju biedą niż ta z czasów PRL-u czy lat 90-tych, choć wymagającą nie mniejszej, a może nawet większej uwagi i konieczności zajęcia się nią. Biła od tego mężczyzny jakaś mądrość wieku, zebranych na przestrzeni lat doświadczeń, a jednocześnie pogoda ducha, życzliwość i pokora. Sporo już lat minęło od tego spotkania, choć mam wrażenie, jakby to było wczoraj. Nie wiem jak potoczyły się jego losy. Czy angażuje się nadal w życie parafii, czy uczestniczy jeszcze razem z nami w wędrówce po tym świecie?
Lubię te wędrówki między blokami i zielonymi podwórkami "starego" Bemowa, dużo bardziej ludzkiego i przyjaznego niż nowe deweloperskie osiedla. Ludzie są tu bardziej otwarci i życzliwi, chętni do miłej pogawędki.
czwartek, 12 czerwca 2025
Szwedzkie Góry
Nieistniejące, splantowane pod budowę lotniska "Babice", pierwsze o nich wzmianki - jak można przeczytać na stronie internetowej Towarzystwa Boernerowo - pochodzą z czasu Potopu Szwedzkiego (1655-1660). Na przestrzeni stuleci wykorzystywane były jako umocnienia w czasie walk. Na kartach historii pojawiają się ponownie w czasie Wojny Północnej. 31 lipca 1705 r. jazda litewska przemieszczała się tędy z Górc do Puszczy Kampinoskiej. W czasie Insurekcji Kościuszkowskiej w 1794 r. połączone siły rosyjsko-pruskie zajęły na nich pozycje do oblężenia Warszawy, i doszło na ich terenie do walk z wojskami polskimi dowodzonymi przez Tadeusza Kościuszkę. Najpierw opanował je książę Józef Poniatowski, po czym zostały odzyskane przez wojska wroga, a następnie odbił je Henryk Dąbrowski. Szwedzkie Góry były też świadkiem walk toczonych w czasie Powstania Listopadowego w 1831 r. - wówczas wojska polskie musiały ulec silniejszej armii rosyjskiej dowodzonej przez gen. Iwana Paskiewicza.
Z mapki zamieszczonej na wspomnianej wyżej stronie wynika, że Szwedzkie Góry ciągnęły się na północny wschód od Boernerowa. Ślad po nich nie pozostał, w ich miejscu rozciąga się obecnie lotnisko, ale zanim zrównano je z ziemią, to jeszcze w czasie drugiej wojny światowej rozegrały się na nich dramtyczne wydarzenia. W książce "Kronika Boernerowa" Lowisa Lermer pisze, że 6 stycznia 1940 r., w święto Trzech Króli, Niemcy rozstrzelali tu 96 obywateli polskich - 95 mężczyzn i jedną kobietę. Według niepotwierdzonej informacji zbrodni mieli dokonać funkcjonariusze SD, czyli niemieckiej Służby Bezpieczeństwa Reichsfuhrera SS, przeznaczonej do likwidacji wrogów III Rzeszy, której komendantem w Warszawie był standartenfuhrer SS Josef Meisinger, szef SD i Policji Bezpieczeństwa (Sipo), zwany "rzeźnikiem Warszawy". Po wojnie, w wyniku ekshumacji, udało się zidentyfikować zaledwie trzy ciała. Wszystkie ofiary tej zbrodni pochowane zostały na cmentarzu w Palmirach. Spracerując alejkami palmirskiego cmentarza, w jego północno-zachodniej części, uwagę zwracają dwa rzędy kamiennych krzyży w zdecydowanej większości z tabliczkami z napisem "NN".
Dziewięćdziesiąt trzy osoby, które zapewne miały rodziny, bliskich, o których losie ich najbliższi nigdy się nie dowiedzieli. A może oni sami wojny też nie przeżyli? Trudno jest żyć, nie wiedząc o tym, w jaki sposób odeszły osoby nam bliskie, gdzie znalazły miejsce spoczynku. Moja mama, na pół roku przed pożegnaniem z tym światem, poznała okoliczności śmierci i miejsce pochówku swojego taty, po 78 latach od dnia jego śmierci, i po 79 latach od dnia rozstania z nim. Widziała go po raz ostatni, gdy miała 4 lata, doskonale zapamiętała chwile pożegnania na stacji kolejowej gdzieś w okolicach Głębokiego na Wileńszczyźnie, łzy ojca, swojej mamy, brata, i koszulę taty mokrą od jej łez, gdy wtulała się w jego pierś. Florian zanim wsiadł do pociągu i odjechał na wschód, odwrócił jeszcze głowę, na chwilę, by - jak się później okazało - po raz ostatni spojrzeć na swoją żonę i dwójkę dzieci, po czym szybko ukrył twarz i zniknął w wagonie. Już go więcej nie zobaczyli. Podejmowali poszukiwania po zakończonej wojnie, za pośrednictwem Czerwonego Krzyża, ale bez skutku. Sąd Rejonowy w Białymstoku wydał postanowienie - z błędem zresztą - uznające Floriana za zmarłego w czasie forsowania Nissy (pisownia oryginalna z dokumentu) Łużyckiej. Kilkuletnia dziewczynka wielokrotnie wychodziła na ulicę Sienkiewicza w Białymstoku, gdy maszerowali nią żołnierze na ćwiczenia w lesie Pietrasze, w nadziei, że wypatrzy wśród nich tatę. Niestety nadaremnie. I dopiero 6 marca 2023 r., jak się okazało na 6 dni przed 78 rocznicą śmierci (zmarł 12 marca 1945 r.), za sprawą strony internetowej straty.pl, dowiedzieliśmy się, że Florian zmarł w szpitalu w Siedlcach, i na wniosek szpitala, został pochowany na cmentarzu Janowskim w tym urokliwym mieście.
Pomnik upamiętniający ofiary egzekucji na Szwedzkich Górach stoi przy ruchliwej i głośnej ulicy Powstańców Śląskich, między chodnikiem a ogródkami działkowymi, w miejscu oddalonym od rzeczywistego miejsca egzekucji, na którym teraz rozpościera się płyta lotniska. Trudno się przy obelisku oddać rozmyślaniom czy modlitwie w ciszy i skupieniu, ale też nie jest to niemożliwe. Warto tu czasem zajrzeć i pamiętać.
Z mapki zamieszczonej na wspomnianej wyżej stronie wynika, że Szwedzkie Góry ciągnęły się na północny wschód od Boernerowa. Ślad po nich nie pozostał, w ich miejscu rozciąga się obecnie lotnisko, ale zanim zrównano je z ziemią, to jeszcze w czasie drugiej wojny światowej rozegrały się na nich dramtyczne wydarzenia. W książce "Kronika Boernerowa" Lowisa Lermer pisze, że 6 stycznia 1940 r., w święto Trzech Króli, Niemcy rozstrzelali tu 96 obywateli polskich - 95 mężczyzn i jedną kobietę. Według niepotwierdzonej informacji zbrodni mieli dokonać funkcjonariusze SD, czyli niemieckiej Służby Bezpieczeństwa Reichsfuhrera SS, przeznaczonej do likwidacji wrogów III Rzeszy, której komendantem w Warszawie był standartenfuhrer SS Josef Meisinger, szef SD i Policji Bezpieczeństwa (Sipo), zwany "rzeźnikiem Warszawy". Po wojnie, w wyniku ekshumacji, udało się zidentyfikować zaledwie trzy ciała. Wszystkie ofiary tej zbrodni pochowane zostały na cmentarzu w Palmirach. Spracerując alejkami palmirskiego cmentarza, w jego północno-zachodniej części, uwagę zwracają dwa rzędy kamiennych krzyży w zdecydowanej większości z tabliczkami z napisem "NN".
Dziewięćdziesiąt trzy osoby, które zapewne miały rodziny, bliskich, o których losie ich najbliższi nigdy się nie dowiedzieli. A może oni sami wojny też nie przeżyli? Trudno jest żyć, nie wiedząc o tym, w jaki sposób odeszły osoby nam bliskie, gdzie znalazły miejsce spoczynku. Moja mama, na pół roku przed pożegnaniem z tym światem, poznała okoliczności śmierci i miejsce pochówku swojego taty, po 78 latach od dnia jego śmierci, i po 79 latach od dnia rozstania z nim. Widziała go po raz ostatni, gdy miała 4 lata, doskonale zapamiętała chwile pożegnania na stacji kolejowej gdzieś w okolicach Głębokiego na Wileńszczyźnie, łzy ojca, swojej mamy, brata, i koszulę taty mokrą od jej łez, gdy wtulała się w jego pierś. Florian zanim wsiadł do pociągu i odjechał na wschód, odwrócił jeszcze głowę, na chwilę, by - jak się później okazało - po raz ostatni spojrzeć na swoją żonę i dwójkę dzieci, po czym szybko ukrył twarz i zniknął w wagonie. Już go więcej nie zobaczyli. Podejmowali poszukiwania po zakończonej wojnie, za pośrednictwem Czerwonego Krzyża, ale bez skutku. Sąd Rejonowy w Białymstoku wydał postanowienie - z błędem zresztą - uznające Floriana za zmarłego w czasie forsowania Nissy (pisownia oryginalna z dokumentu) Łużyckiej. Kilkuletnia dziewczynka wielokrotnie wychodziła na ulicę Sienkiewicza w Białymstoku, gdy maszerowali nią żołnierze na ćwiczenia w lesie Pietrasze, w nadziei, że wypatrzy wśród nich tatę. Niestety nadaremnie. I dopiero 6 marca 2023 r., jak się okazało na 6 dni przed 78 rocznicą śmierci (zmarł 12 marca 1945 r.), za sprawą strony internetowej straty.pl, dowiedzieliśmy się, że Florian zmarł w szpitalu w Siedlcach, i na wniosek szpitala, został pochowany na cmentarzu Janowskim w tym urokliwym mieście.
Pomnik upamiętniający ofiary egzekucji na Szwedzkich Górach stoi przy ruchliwej i głośnej ulicy Powstańców Śląskich, między chodnikiem a ogródkami działkowymi, w miejscu oddalonym od rzeczywistego miejsca egzekucji, na którym teraz rozpościera się płyta lotniska. Trudno się przy obelisku oddać rozmyślaniom czy modlitwie w ciszy i skupieniu, ale też nie jest to niemożliwe. Warto tu czasem zajrzeć i pamiętać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...
-
Gdy się kroczy piaszczystą ścieżką wydeptaną wzdłuż torów tramwajowych linii nr 20, powstałej jeszcze w latach 30-tych ubiegłego wieku, któr...

















































