Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
czwartek, 12 czerwca 2025
Szwedzkie Góry - miejsca pamięci na Bemowie
Z mapki zamieszczonej na wspomnianej wyżej stronie wynika, że Szwedzkie Góry ciągnęły się na północny wschód od Boernerowa. Ślad po nich nie pozostał, w ich miejscu rozciąga się obecnie lotnisko, ale zanim zrównano je z ziemią, to jeszcze w czasie drugiej wojny światowej rozegrały się na nich dramatyczne wydarzenia. W książce "Kronika Boernerowa" Lowisa Lermer pisze, że 6 stycznia 1940 r., w święto Trzech Króli, Niemcy rozstrzelali tu 96 obywateli polskich - 95 mężczyzn i jedną kobietę. Według niepotwierdzonej informacji zbrodni mieli dokonać funkcjonariusze SD, czyli niemieckiej Służby Bezpieczeństwa Reichsfuhrera SS, przeznaczonej do likwidacji wrogów III Rzeszy, której komendantem w Warszawie był standartenfuhrer SS Josef Meisinger, szef SD i Policji Bezpieczeństwa (Sipo), zwany "rzeźnikiem Warszawy". Po wojnie, w wyniku ekshumacji, udało się zidentyfikować zaledwie trzy ciała. Wszystkie ofiary tej zbrodni pochowane zostały na cmentarzu w Palmirach. Spacerując alejkami palmirskiego cmentarza, w jego północno-zachodniej części, uwagę zwracają dwa rzędy kamiennych krzyży w zdecydowanej większości z tabliczkami z napisem "NN".
Dziewięćdziesiąt trzy osoby, które miały rodziny, bliskich. O ich losie najbliżsi nigdy się nie dowiedzieli. A być może oni sami wojny też nie przeżyli? Trudno jest żyć, nie wiedząc o tym, gdzie i w jakich okolicznościach odeszły osoby nam bliskie, i gdzie znalazły miejsce spoczynku. Moja mama, dopiero na pół roku przed pożegnaniem z tym światem, poznała okoliczności śmierci i miejsce pochówku swojego taty, po 78 latach od dnia jego śmierci, i po 79 latach od dnia rozstania z nim. Widziała go po raz ostatni, gdy miała 4 lata. Doskonale zapamiętała chwile pożegnania na stacji kolejowej gdzieś w okolicach Głębokiego na Wileńszczyźnie, łzy ojca, swojej mamy, brata, i koszulę taty mokrą od jej łez, gdy wtulała się w jego pierś. Florian zanim wsiadł do pociągu i odjechał na wschód, odwrócił się jeszcze na chwilę, by - jak się później okazało - po raz ostatni spojrzeć na swoją żonę i dwójkę dzieci, po czym szybko zniknął w wagonie. Już się więcej nie zobaczyli. Podejmowane poszukiwania po zakończonej wojnie, za pośrednictwem Czerwonego Krzyża, nie przyniosły skutku. Sąd Rejonowy w Białymstoku wydał postanowienie - napisane z błędem zresztą - uznające Floriana za zmarłego w czasie forsowania Nissy (pisownia oryginalna z dokumentu) Łużyckiej. Kilkuletnia dziewczynka wielokrotnie wychodziła na ulicę Sienkiewicza w Białymstoku, którą maszerowali żołnierze na ćwiczenia w lesie Pietrasze. Wierzyła, że wypatrzy wśród nich tatę. Niestety nadaremnie. I dopiero 6 marca 2023 r., jak się okazało na 6 dni przed 78 rocznicą śmierci (zmarł 12 marca 1945 r.), za sprawą strony internetowej straty.pl, dowiedzieliśmy się, że Florian zmarł w szpitalu w Siedlcach, i na wniosek szpitala, został pochowany na cmentarzu Janowskim w tym urokliwym mieście.
Pomnik upamiętniający ofiary egzekucji na Szwedzkich Górach stoi przy ruchliwej i głośnej ulicy Powstańców Śląskich, między chodnikiem a ogródkami działkowymi, w miejscu oddalonym od rzeczywistego miejsca egzekucji, na którym teraz rozpościera się płyta lotniska. Trudno się przy obelisku oddać rozmyślaniom czy modlitwie w ciszy i skupieniu, ale też nie jest to niemożliwe. Warto tu czasem zajrzeć i pamiętać o tych wszystkich, którzy niedaleko stąd stracili życie.
poniedziałek, 14 marca 2011
Suchowola. Tropem Jaćwingów i nie tylko.
Suchowola miała być osadą założoną jeszcze przez Jaćwingów, na co wskazywałaby jej pierwotna nazwa - Suchaja Jaćwieź. Czy rzeczywiście tak było, dziś nie sposób tego stwierdzić. Dysponujemy zbyt wątłą wiedzą na ten temat, by wysnuwać jakieś kategoryczne wnioski, nie starcza informacji ani w źródłach pisanych, ani też guntownych badań archeologicznych, na które jak zwykle brakuje funduszy, tak więc ta odleglejsza historia miasteczka siłą rzeczy musi tonąć w mrokach niepamięci. Możemy jedynie snuć przypuszczenia na podstawie dostępnych, niestety ubogich źródeł.
Wedle jednych teorii Jaćwingowie nie zamieszkiwali terenów na południe od rzeki Biebrzy, wedle innych ich terytoria miały rozciągać się aż po Bug, gdzieś w okolicach Drohiczyna i Mielnika, ale to już są hipotezy z pogranicza fantastyki i baśni; jeszcze inne zakładają, że granice ziem jaćwieskich sięgały rzeki Narwi.
Z pewnością tereny pogranicza mazowiecko - krzyżacko - rusko - litewskiego nie sprzyjały w średniowieczu stałemu osadnictwu. Nieustające walki o coraz to nowe terytoria, wyprawy łupieżcze, nie czyniły tych ziem idealnym miejscem do zamieszkania. Świadczyć o tym mogą zniszczone średniowieczne grodziska w nieodległej Trzciance, Aulakowszczyźnie, Milewszczyźnie czy Zamczysku. Nie można jednak wykluczyć, że jakaś część Jaćwingów uciekajacych przed krzyżackimi rejzami osiedliła się właśnie tu, na południe od rzeki Biebrzy, która płynie tuż za północnymi rogatkami Suchowoli.
Z czasem pojawili się tu także ruscy osadnicy z okolic Grodna, oraz litewscy z samej Żmudzi. Ci pierwsi wyznania prawosławnego, ci drudzy wyznania katolickiego, co tłumaczyłoby obecność cerkwi prawosławnych oraz kościołów katolickich na tym terenie. Z tym, że cerkwie prawosławne z czasem zamieniono na unickie, a po kasacie Unii Brzeskiej w 1839 r., unitów władze carskie siłą nawróciły na prawosławie, a ci z kolei po wydaniu ukazu tolerancyjnego przez cara Mikołaja II w 1905 r. nie mogąc wrócić do wiary swoich przodków (bo Cerkwi Unickiej nie przywrócono) przechodzili na katolicyzm. Do tej pory jednakże jeszcze gdzieniegdzie w okolicach Suchowoli przetrwały gwary białoruskie, choć żadna z władających nimi osób, nie nazwie siebie Białorusinem, a taka sugestia ze strony kogoś z zewnątrz, może nawet wywołać oburzenie i obrazę (przyczyny tego stanu rzeczy są zandto skomplikowane, by opisać je w krótkim artykule, ale jak to na pograniczu zwykle bywa swoje źródło mają w trudnej historii).
W XVIII wieku, dla wzbogacenia mozaiki kulturowej, etnicznej i relignej pogranicza, w Suchowoli i jej okolicach pojawili się także Tatarzy:
"Po rozbiorach Suchowola i otaczające ją wioski znalazły się w granicach zaboru pruskiego. W 1796 roku w wyniku umowy prusko-tatarskiej utworzono w Suchowoli pułk tatarski liczący ponad 270 osób, a w listopadzie tego roku zdecydowano o osiedleniu w mieście 45 rodzin tatarskich. Tatarzy suchowolscy otrzymali 27 włók ziemi w Połominie, 18 w dobrach Kumiała i 18 w dobrach Dubasiewszczyzna." ("Dzieje wsi Czerwonka" Monika Kresa, w "Gwary polskie. Przewodnik multimedialny pod redakcją Haliny Karaś").
Warto dodać, że nieliczni potomkowie Tatarów mieszkają w Suchowoli do dziś. Zainteresowani mogą nawet skorzystać z gościny w Muzułmańskim Domu Parafialnym bądź to w postaci noclegów, bądź posmakować potraw kuchni tatarskiej.
Żeliwny krzyż przed kościołem w Suchowoli.
Zabytkowy drewniany dom w Suchowoli, stojący tuż przy ruchliwej drodze przelotowej do granicy z Litwą, niedzoszłej trasie Via Baltica, rozjeżdżanej codziennie przez tysiace TIRów, które na obszarze zabudowanym nigdy, ale to nigdy nie zwalniają, lecz przy pełnej prędkości przejeżdżają przez mijane wioski, osady, miasteczka. Nie sposób pojąć dlaczego władze publiczne od kilkunastu lat nie są w stanie uporać się z tym problemem.
Kościół pod wezwaniem Św. Piotra i Pawła, który został wybudowany w 1885 r.
Pomnik księdza Jerzego Popiełuszki na rynku w Suchowoli. Ksiądz Popiełuszko urodził się w pobliskich Okopach, a w tutejszym liceum pobierał naukę.
Oczywiście, historia Suchowoli byłaby niepełna, gdyby nie wspomnieć o tutejszych Żydach, ale i w tej sprawie oddajmy głos Pani Monice Kresie:
Hitlerowcy wkroczyli do miasta 7 września 1939 roku, sowieci przemaszerowali tędy 17 dni po nich. Ze względu na ogromną liczbę Żydów zamieszkujących Suchowolę w mieście stworzono getto, w którym zamknięto mieszkańców wyznania mojżeszowego z Suchowoli i okolic. W 1942 roku rozebrano i spalono słynną suchowolską synagogę. Po wojnie częściowo wyludniona i znacznie zniszczona Suchowola utraciła prawa miejskie. Odzyskała je dopiero w 1997 roku."
(Monika Kresa, "Dzieje wsi Czerwonka", w: "Gwary polskie. Przewodnik multimedialny pod redakcją Haliny Karaś).
Warto też wspomnieć, że Suchowola w 1775 r. została uznana przez astrologa i kartografa królewskiego - Szymona Antoniego Sobiekrajskiego za geograficzny środek Europy. Z tym, że wziąwszy pod uwagę fakt, iż zapewne każdy z nas słyszał już o co najmniej kilku podobnych "środkach Europy", położonych w różnych miejscowościach, a nawet różnych krajach, to warto odnosić się do wyliczeń kartografów z pewnym sceptycyzmem.
A z samej Suchowoli mamy już ledwie kilka kilometrów do wsi Okopy, w której urodził się ksiądz Jerzy Popiełuszko, i w okolicach której ma się znajdować bądź kurhan bądź wczesnośredniowieczne grodziska. Wybieramy się tam więc jeszcze tego samego dnia, ale o tym już w następnym wpisie.
sobota, 23 maja 2009
Ocalony
Na spotkanie niemal rok temu, w deszczowy i raczej chłodny czerwcowy dzień, przyszedłem kompletnie nieprzygotowany. Byłem pewien, że moja rola sprowadzi się do wysłuchania Z., zapisania najważniejszych faktów, a następnie stworzenia z nich krótkiej historii, a tu okazuje się, że mam stawiać pytania. Z. nie zdaje sobie kompletnie sprawy, że tak jak dla niego torturą jest snucie zajmujących opowieści, tak dla mnie torturą jest stawianie sensownych pytań. To nie jest przecież zwykła rozmowa starych dobrych znajomych, dzieli nas różnica wieku, to po pierwsze, ale to chyba akurat najmniejszy problem, bo dzieli nas nade wszystko przepaść doświadczeń, przeżyć i związanego z nimi postrzegania świata. Historię Z. już znam, ale nigdy nie opowiadał mi jej osobiście, a ja obiecałem jednak Julii coś w rodzaju reportażu, więc próbujemy jakoś wyjść z tego impasu.
Siedzimy jako jedyni w ogródku pod parasolem przy modernistycznym budynku z 1938 r., odremontowanym całkiem niedawno, mającym teraz dużo szkła i lekkości, nie straszącym już swoją peerelowską szarością. Kiedyś, w latach osiemdziesiątych kilka razy kupowałem tu z mamą zabawki. Teraz mieści się w nim bar, kafejka, cukiernia, sala konferencyjna i coś w rodzaju pubu w podziemiach. Siąpi delikatny deszcz. Po naszej lewej stronie pnie się ku górze smukła neogotycka fara, na wprost barokowy klasztor ze szpetną socrealistyczną przybudówką – blokiem, a dalej kojąca soczysta zieleń parku. Mokra jezdnia wzmaga tylko hałas przejeżdżających bez chwili wytchnienia samochodów i autobusów. Sporo ludzi w pośpiechu zmierza na pobliski przystanek, większość z nich to młode osoby, licealiści nadający miastu żywość, barwę i urok, dzięki nim jest radośniej. Potrafią się ubierać dużo lepiej niż tutejsi studenci, nie mówiąc już o dorosłych, a naszą uwagę przykuwają zwłaszcza dziewczęta, te w tym kraju podobnie, jak i kobiety – niezależnie od miasta – zawsze potrafiły ubierać się gustowniej niż mężczyźni.
Powoli przechodzimy do sedna. Właściwie tylko po to się spotkaliśmy. Z. prosi, by nie podawać jego danych osobowych.
- Napisz Zachariasz Aszer, to hebrajskie imiona. Cóż mogę ci opowiedzieć, tak naprawdę sam niewiele wiem. Przez długie lata poszukiwań, licznych spotkań z ludźmi, którzy mogliby coś wiedzieć, grzebania archiwach udało mi się zebrać kilka strzępów, kilka informacji, i ustaliłem trzy wersje mego ocalenia, nie wiedząc, która z nich jest prawdziwa. Matka dopiero na łożu śmierci potwierdziła, to czego domyślałem się już od dawna, ale nie podała szczegółów. Wedle pierwszej wersji blisko torów na Wygodzie przy ulicy Sienkiewicza ktoś mnie podał mojej “matce”. Według drugiej brat mojej przyszłej “matki” miał mnie przynieść razem ze starym Żydem do domu na Białostoczku. Na podwórku przed domem przejęła mnie “matka”. Ten dom już nie istnieje, stał w pobliżu dzisiejszych Zakładów Graficznych, tuż przy rzece, Białce. Po jego zbombardowaniu przenieśliśmy się na Wygodę, zamieszkaliśmy przy ulicy Kapralskiej. Trzecia wersja zawiera najwięcej szczegółów, chociaż to słowo “najwięcej” mogłoby sugerować, że jest ich wystarczająco dużo, by móc drążyć poszukiwania, ale niestety, nic bardziej złudnego. Pewien mężczyzna, który żył z moją “matką”, opowiadał swojej córce – z którą rozmawiałem, gdy ta była już dorosłą osobą – że przyniesiono mnie w nocy z Dworca Poleskiego. Uratowano mnie w ostatniej chwili z transportu, a miało to być we wrześniu 1941 r.
Moja matka była bardzo skrytą osobą, sam bym się pewnie nigdy nie dowiedział, gdyby nie sąsiedzi. Wszyscy wokół wiedzieli kim jestem, wystarczyło przecież na mnie tylko spojrzeć – kruczoczarne włosy, oczy jak węgliki, oliwkowa karnacja, ale nikt nie znał konkretów, nikt nie wiedział kim byli moi rodzice, nikt nie znał ich imion, nazwiska. Matka mówiła: Nie dowiaduj się, im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie. Swoją tożsamość tak zupełnie na poważnie zacząłem odkrywać dopiero w latach 90-tych, ale nic ponad to, co ci opowiedziałem, nie udało mi się ustalić, i już się pewnie nie uda…
Zamieniamy jeszcze kilka słów na zupełnie inny tematy, deszcz wciąż siąpi, na ulicy ruch, to już zupełnie inne miasto, ci którzy wracają do niego po latach, nie poznają go. Rozchodzimy się, każdy w swoją stronę.
sobota, 17 stycznia 2009
Troki 2008. W poszukiwaniu litewskich Karaimów
Dwa razy udało mi sie odwiedzić Troki w ubiegłym roku. I chyba bym skłamał, gdybym napisał, że byłem ciekaw konfrontacji wspomnień, obrazów, zapamiętanych zdarzeń z pierwszego pobytu w Trokach w bodaj 1988 roku, z wrażeniami z roku 2008. Z pierwszego wyjazdu zachował się obraz tonącego we wrześniowym słońcu jeziora, drogi wiodącej przez ogromny sosnowy las, mgliste wspomnienie jakiegoś nieprzyjemnego sprzedawcy w jedynym otwartym wówczas kiosku, w którym mama kupiła mi książkę o Trokach w twardej oprawie, w języku litewskim, z pięknymi fotografiami. Utkwił mi też w pamięci długi drewniany pomost prowadzący na wyspę z zamkiem z czerwonej cegły, kilka wnętrz i przewodniczka oprowadzająca rosyjskojęzyczną grupę, do której w pewnym momencie się podłączyliśmy. I coś przyjaznego, ciepłego, pobudzającego dziecięcą, a zwłaszcza chłopięcą wyobraźnię, złaknioną walecznych rycerzy i warowni wszelakich.
Wyobraźnia mężczyzny nie jest już taka barwna, żywa, intensywna i niespodziewana. Tym razem byłem dużo bardziej złakniony potraw kuchni karaimskiej, z którą nigdy wcześniej nie miałem do czynienia, niż rycerskich opowieści kryjących się w murach trockiego zamku. Zamek w zasadzie tylko obeszliśmy. Najbardziej byłem ciekaw atmosfery samego miasteczka i wszystkiego tego, co mogłoby się wiązać z Kariamami - interesującym ludem pochodzenia tureckiego wyznającym w gruncie rzeczy judaizm, który osiadł tu za czasów Wielkiego Księcia Witolda.
Pierwszą rzeczą jaką uczyniliśmy, gdy dotarliśmy do Trok w połowie lipca ubiegłego roku było udanie się do kariamskiej restauracji, tuż niedaleko kienesy i muzeum poświęconego Karaimom. Wąską uliczką pnącą się delikatnie w górę wzdłuż brzegu jeziora, zabudowaną z dwóch stron drewnianymi domkami z trzema oknami w szcycie i dwuspadowymi dachami doszliśmy do miejsca, w którym po raz pierwszy miałem zakosztować dań kuchni karaimskiej i delektować się atmosferą drewnianej, niskiej i niebywale urokliwej zabudowy wokół.
Chłodnik karaimski - tak całkowicie odmienny od chłodnika litewskeigo, serwowanego w Wilnie czy gotowanego według receptury babci przez mamę - podała nam około dwudziestoletnia dziewczyna o egzotycznej urodzie - czarnych spiętych bujnych włosach i ni to jasnej, ni to śniadej karnacji, za każdym razem nieśmiało, ale też dumnie wbijająca spojrzenie w stół. Chłodnik był wyśmienity - białej barwy, pikantny, z kawałkami ogórków, szczypiorem, czosnkiem, pietruszką, z kefiru albo naturalnego jogurtu, z dodatkiem zapiekanych ziemniaków.
Drugi przyjazd do Trok, w sierpniu był nieco dłuższy, mieliśmy właściwie pół dnia na kuchnię karaimską, zamek, jezioro, wyspę, muzeum karaimskie, kienesę - gdyby ta choć raz zechciała być otwarta - i cmentarz karaimski.
Tym razem odłączyłem się od kilkuosobowej grupy, z której każdy miał zuepłnie inne oczekiwania wobec Trok, a okazało się, że tylko ja byłem zainteresowany cmentarzem. Najpierw jednak rutualnie przeszliśmy pomostem na wyspę z zamkiem. Była niedziela stąd też wydawało się, że nie ma najmniejszych szans na chwilę wyciszenia. Na pierwszej wyspie przy brzegu starsza, ubogo ubrana kobieta zapraszała nas serdecznie na przejażdżkę łodzią, na której mial wiosłować jej mąż - jeszcze starszy pan, dorabiający pewnie do skromnej emerytury. Nie skorzystaliśmy jednak. Z żalem.
Mimo zgiełku, mimo nieprzebranych tłumów, niemal wydarłem z tego zgiełku chwilę na kontemplację. Tuż przy wejściu na pomost od strony miasta wysoka, szczupła, młoda może 19 - letnia dziewczyna ustawia się z saksofonem i zaczyna grać jazzowe standardy, pięknie, z uczuciem, i choć w dżinsach i prostym tiszercie, ze związanymi w kucyk ciemnymi falującymi blond włosami, wymykającymi się niesfornie z uwięzi, wyglądała jak prześliczna postać ze starych litewskich legend.
Czas jednak nagli, a chcę jeszcze zobaczyć karaimski cmentarz. Ku mej uciesze dziewczyna składa saksofon i kieruje się w stronę miasta. Spokojnie i bez żalu mogę odejść w stronę mostu. Za mostem mam skręcić w lewo, podejść pod górkę i moim oczom ma się ukazać miejsce spoczynku tutejszych Karaimów. Skręcam w lewo w wąską uliczkę, na wszelki wypadek pytam młodą dziewczynę pilnującą prywatnego parkingu na podwórzu czy idę właściwie. Z początku zwracam się do niej po angielsku - pytam w jakim języku możemy rozmawiać - okazuje się, że mówi po polsku. Życzliwie, z uśmiechem wskazuje mi drogę na cmentarz. Jeszcze 100 metrów i jestem na miejscu. Na szczycie wzgórza, z którego roztacza się cudny widok na jezioro i iglasty las. Przez moment - nawet pomimo jeziora w tle - czuję się jak na mizarze w Kruszynianach. To coś tak charakterystycznego w atmosferze dla kresowych cmentarzy tatarskich odnajduję także na cmentarzu karaimksim w Trokach - karłowate, powykręcane sosny, pagórkowaty teren, brak krzyży, kamienne nagrobki - bądź to nieociosane polne kamienie, a raczej głazy, bądź kamienne stelle. Przez uchyloną furtkę wchodzę na teren porośnięty trawą po kolana, poza mną nie ma tu nikogo. Dopiero po chwili pod ogrodzenie cmentarne podjeżdża imponujący dżip, z którego wysiadają trzy osoby - dwóćh mężczyzn i kobieta, wszyscy w średnim wieku, rozmawiają ze sobą w języku litewskim, przygladają mi się z zainteresowaniem choć nie mam karaimskich rysów, czego z kolei nie można powiedzieć o nich. W ich twarzach i posturach znać te tak typowe wschodnie rysy - ciemne włosy, dość śniada karnacja, raczej niewysocy. Brakuje im skośnych oczu, ale łapię się na tym, że nie są przecież Tatarami, choć i w przypadku naszych Tatarów skośne oczy, kruczoczarne włosy, wystające kości policzkowe czy śniada karnacja nie są czymś wcale takim oczywistym. Poza nami nie pojawi się juz do końca naszego pobytu tutaj nikt więcej. Schodzę w dół, w stronę jeziora, tu się zaczynają chaszcze, krzewy, trawa jest wyższa, drzewa iglaste mieszają się z liściastymi, i tu znajduję dużo więcej kamiennych, okazałych nagrobków, słońce do tego miejsca nie dochodzi, kroczę z trudem w cieniu, przedzieram się przez wybujałą letnią roślinność, tylko od strony jeziora dobiegają krzyki turystów kapiących się gdzieś na plaży i pływających łódkami, gdyby nie oni panowałaby tu prawdziwie cmentarna cisza. Ten skarawek także przypomina mi zarośniętą krzewami częśc mizaru w Kruszynianach. Z trwogą spoglądam na zegarek, już na mnie czekają, ale wiem, że tu jeszcze wrócę, juz wkrótce…
MD vel opiekun ogrodów
sobota, 3 stycznia 2009
Sara. Kilka refleksji o Żydach, Polakach i Litwinach
Przez moment można było odnieść nawet wrażenie, że Sara ma swego rodzaju poczucie misji. Dostrzegalny był jakby rys tak charakterystyczny dla Szewacha Weissa. A może to tylko ten paskudny mechanizm chęci widzenia i słyszenia tego, co widzieć i słyszeć się chce?
Sara urodziła się we Lwowie, po wojnie jako dziecko trafiła do Szczecina, na ledwie pół roku, później rodzice wyjechali do Izraela. Polski rozumiała doskonale, potrafiła też rozmawiać łamaną polszczyzną, ale nie przejawiała większej ochoty do czynienia tego, wolała dużo bardziej język angielski czy rosyjski, jako języki komunikacji. Nikt nie pytał dlaczego. Aby nie urazić.
Te sprawy językowe zaprzątają mnie od czasu częstych i regularnych wyjazdów do Wilna. W tym mieście nie mając pewności z kim mam do czynienia - zwracałem się do wilnian w języku angielskim lub rosyjskim, pytanie z reguły brzmiało “czy możemy rozmawiać w języku angielskim czy rosyjskim”, pytanie o możliwość komunikowania się w języku polskim padało tylko wtedy, gdy intuicja podpowiadała mi, że mogę mieć do czynienia z osobą polskiego pochodzenia. To jakiś rodzaj podświadomej poprawności politycznej czy kulturowej. Nie wypadało przecież z góry zakładać Polakowi w Wilnie, że wszyscy władają językiem polskim, bo można tym przecież urazić Litwinów. Nonsens? Z pewnością, ale skutecznie działający. Poczucie, że Litwini mogą nas odbierać, jako potomków dawnych kolonizatorów, którzy przyjeżdżają do stolicy niepodległej Litwy i czują się, jak u siebie, przyjeżdżają jako na swoje, jakby chcieli znowu ich polonizować. Cóż z tego, że tak może uważać garstka zagorzałych nacjonalistów. W dobie wszelkiego rodzaju poprawności, wszelkie nonsensy przenikają, przesączają się w głąb tego co świadome i nieuświadomione, co jest kwestią wyboru, i co kwestią wyboru już nie jest. Nawet stojąc w kolejce do Posh Clubu padła sugestia byśmy rozmawiali między sobą po angielsku, trzech Polaków otoczonych Litwinami, być może Rosjanami, Białorusinami, pewnie też miejscowymi Polakami, osobami łączącymi kilka tych etnosów w sobie, lęka się między sobą rozmawiać po polsku, by nie wzbudzić wobec siebie niechęci. Skąd to założenie, że młodzi Litwini zareagowaliby negatywnie na nasz polski język?
Złożoną materią są te wszystkie lęki, urazy i niechęci wobec języków. Sara jednak preferowała angielski i rosyjski. I nikt nie pytał dlaczego.
Chodząc po ponurym, szarym mieście w deszczu, chłodnym wietrze, temperatura wspólnego wędrowania z każdą chwilą jednak rosła. Bariery ograniczonego zaufania powoli zaczynały kruszeć, by pod sam koniec rozpaść się w drobny mak. Pojawiło się ciepło, szczere uśmiechy, wciąż jeszcze delikatna, ledwie dostrzegalna, ale jednak zawsze nić sympatii.
- Czy mogę ci zadać pytanie? Jeśli będzie zanadto prywatne nie odpowiadaj na nie proszę. Skąd to twoje zainteresowanie Żydami?
Odpowiedź mogła być tylko banalna - czy mieszkając w mieście, którego żydowscy mieszkańcy stanowili niegdyś ponad 50% społeczności, można nie interesować się kultura i historią Żydów? Czy można ją wypreparować, wyciąć, jak wrzód z historii miasta? Czy mieszkając w Polsce można nie być ciekawym dziejów ludu, który zamieszkiwał ten kraj od ponad 800 lat? Czy będąc chrześcijaninem można nie być ciekawym judaizmu?
Wielce możliwe, że oczekiwała zupełnie innej odpowiedzi. Wielce możliwe, że niewyobrażalnym wydawało się jej zainteresowanie tym, czego nie można uczynić wewnętrzną cząstką siebie.
niedziela, 21 grudnia 2008
Tropem archiwum białostockiego getta
Jest coś proażającego w historii białostockiego getta, tak jak w historii każdego z gett z czasów II wojny światowej. Fakt istnienia getta w Białymstoku uświadomiła mi Mama, gdy byłem jeszcze dzieckiem. Często z osiedla Białostoczek do centrum miasta zdarzało nam się przechodzić ulica Czystą, która w swej znacznej części w okresie okupacji niemieckiej należała właśnie do getta. Stare, drewniane, z rzadka tylko murowane domki, z dwuspadowymi dachami, otoczone wiosną, latem i wczesną jesienią przepięknymi, bujnymi, wielobarwnymi ogrodami, z wieloma odcieniami soczystej zieleni, żółci, czerwieni, brązów, zawsze zalane słońcem - takimi je przynajmniej zapamiętałem z dzieciństwa, z lat młodzieńczych, i z czasów studenckich, gdy wczesnym rankiem spóźniony biegłem ulicą Czystą na Aleję Piłsudksiego na autobus, by zdążyć na lektoraty z języka angielskiego. Na te cudne ogrody i sielskie domki wyobraźnia nakładała obrazy z getta, sceny iście piekielne. Zwłaszcza po przeczytaniu na peirwszym roku studiów książki Sameula Pisara "Z krwi i nadziei". Autor mieszkał w getcie w domku przy ulicy Czystej 5, który tak często mijałem, a który dopiero od tej pory byłem w stanie napełnić konkretnymi treściami, konkretnymi ludźmi i wydarzeniami. Od tej pory niemal zawsze widziałem twarz stojącego w oknie kilkunastoletniego chłopca, który cudem ocalał z pożogi getta i nieludzkich obozów.
Ten proces odkrywania makabry białostockiego getta w miejscach, które kilkadziesiąt lat po jego likwidacji pokryły się pięknymi, najpiękniejszymi - jak tylko najpiękniejszymi mogą być - ogrodami trwa już kilkanaście lat.
Teraz dzięki książce Ewy Rogalewskiej, którą ledwie wczoraj zacząłem czytać, odkryłem kolejne kluczowe miejsce dla historii wojennego Białegostoku. Ulica Piasta 29. Dwukondygnacyjny, murowany dom, w kształcie sześcianu, mający w sobie jeszcze coś z uroku międzywojnia, mimo odrapanych tynków, mimo szarości, mimo deszczu i ponurej późnojesiennej scenerii. W otoczeniu kilku zachowanych jeszcze drewnianych domków z dwuspadowymi dachami z tego samego okresu. Wokół agresywnie wciskają się tak zwane apartamentowce, a dużo wcześniej rozłożyło się socrealsityczne blokowisko z wielkiej plyty z blokami i wieżowcami. Wielokrotnie mijałem ten domek nie wiedząc zupełnie o tym, że tutaj w czasie wojny ukryto archiwum białostockiego getta. Członek białostockiego AK - Bolesław Filipowski odebrał wiosną 1943 roku od jednej z łączniczek z getta - Broni Klibańskiej trzy mosiężne tuby, które zakopał na posesji przy tym właśnie domu, gdzieś za sławojkami.
Jest coś niesamowitego w odkrywaniu takich miejsc, czuć w nich powiew historii, dotyk tajemnicy; tak jakby myśli, słowa i obecność ludzi, którzy kiedyś je sobą wypełniali przenikała tych, którzy po latach odkrywają ich skrzętnie skrywaną tajemnicę.
MD
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Poświęciłem się po raz kolejny, by obejrzeć między północą a 2 w nocy dwa ostatnie odcinki znakomitego rosyjskiego serialu "Idiota...
-
Leniwe, zimowe, niedzielne popołudnie, blade słońce świecące prosto w oczy, pola przykryte cienką już warstwą śniegu, a do tego sącząca się ...




