Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karaimi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karaimi. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 czerwca 2011

Karaimi. Troki, czerwiec 2011

Karaimi stanowią bez wątpienia jedną z najbardziej interesujących i oryginalnych, a zarazem najmniejszych grup etnicznych zamieszkałych w Polsce. Według szacunkowych danych liczy ona około 200 osób, skupionych głównie w Warszawie, Krakowie, Trójmieście oraz Wrocławiu. W 1997 r. w Warszawie powstał Związek Karaimów Polskich, który powołał do życia Oficynę Wydawniczą "Bitik", wydającą od 1999 r. arcyciekawe czasopismo historyczno - społeczno - kulturalne "Awazymyz" (ku uciesze pasjonatów dostępne także w wersji elektronicznej pod adresem: www.awazymyz..karaimi.org), co w języku karaimskim oznacza "Nasz głos", a będące kontynuacją wydawanego przez Karaimów w latach 80-tych czasopisma o tytule "Coś". Prężnie działa także środowisko Karaimów we Wrocławiu, gdzie w ubiegłym roku została zorgnizowana w Muzeum Etnograficznym głośna wystawa "Karaj jołłary - karaimskie drogi", prezentująca fotografie Karaimów z okresu 1864 - 1950 r.

Historia polskich Karaimów sięga czasów Wielkiego Księstwa Litewskiego, kiedy to wielki książę Witold w drugiej połowie XIV w. sprowadził do Trok z Krymu przedstawicieli walecznego ludu, pochodzenia tureckiego, wyznających wielce oryginalną religię. Słynni na całym ówczesnym wschodzie Europy ze swej bitności, odwagi i lojalności przybysze z Krymu mieli stanowić trzon książęcej drużyny i chronić ziemię oraz ludność księstwa przed rejzami ekspansywnych Krzyżaków oraz rycerzy Zakonu Kawalerów Mieczowych. Troki będące ówczesną stolicą Wielkiego Księstwa podzieliły się wówczas na dwie części - chrześcijańską i karaimską. Opróćz Trok, Karaimi zostali osadzeni jeszcze w 32 innych miejscowościach Księstwa, w tym także wzdłuż granicy z państwem Zakonu Kawalerów Mieczowych.

W 1441 r. Kazimierz Jagiellończyk nadał litewskim Karaimom przywilej tzw. prawa magdeburskiego, gwarantujący im posiadanie własnego samorządu. Prawo magdeburskie przyznawano mieszczanom, z reguły wyznania katolickiego, dużo rzadziej wyznawcom prawosławia. Zapewniało ono miastom i mieszczanom dość sporą, jak na ówczesne czasy, dozę autonomii i wolności. Uzyskanie prawa magdeburskiego przez mieszczan karaimskich, a więc ludność niechrześcijańską, jest bodajże jedynym takim przypadkiem w całej historii. Oznaczało ono, że Karaimi mieli prawo posiadania własnego samorządu, na czele którego stał wybierany przez społeczność wójt, odpowiadajacy tylko i wyłącznie przed wielkim księciem. Ani wojewoda, ani też starosta trocki nie mogli ingerować w sprawy Karaimów. Wszelkie konflikty między Karaimami i ludnością chrześcijańską rozstrzygał natomiast sąd złożony z karaimskiego wójta i wojewody. W postępowaniu przed takim sądem moc pełnowartościowego dowodu miała przysięga składana przez Karaimów zgodnie z nakazami ich religii. To także rzecz niebywała, jak na ówczesne czasy. Ów samorząd, liczne prawa i przywileje nadawane Karaimom przez wielkich książąt litewskich oraz królów polskich przetrwały w niezmienionym stanie aż do czasu rozbiorów.

Z biegiem czasu, kiedy już biegłość w walce straciła na znaczeniu, zmieniły się bowiem strategie, metody prowadzenia wojen, rodzaje stosowanej broni, Karaimi zajęli się z wielkim znawstwem i prawdziwą pasją, o wiele bardziej pokojową działalnością, a mianowicie ogrodnictwem i sadownictwem. Jeszcze w czasie międzywojnia słynęli na całą Polskę z uprawy najlepszych w całej Rzeczypospolitej ogórków. Dziś tę zaszczytną rolę przejęli gospodarze z podlaskiego nadnarwiańskiego Kruszewa, którzy co prawda Karaimami nie są, a mimo to ich ogórki nie mają sobie równych w całym kraju.

W czasie drugiej wojny światowej Karaimi o mały włos nie podzieli losu polskich Żydów, a to za sprawą wyznawanej przez nich dość oryginalnej religii, opartej na Pięcioksięgu i Dekalogu, co mogło nasuwać skojarzenia z judaizmem, choć Karaimi nie uznają Talmudu. Niemałą rolę odegrała w tym też zapewne znajomość języka hebrajskiego, którą wykazywało się wileu Karaimów. Wierni mieli bowiem nieodwołalny obowiązek indywidualnego poznawania i interpretacji treści Pięcioksięgu, a że ten został spisany w języku hebrajskim, konieczne stało się jego przyswojenie. Karaimi wychodzili z założenia, że przekład na język karaimski sam w sobie jest już interpretacją dokonaną przez tłumacza, co w rezultacie miało uniemożliwiać samodzielne poznawanie i odczytywanie treści zawartych w Pięcioksięgu. A z tym wiązał się obowiązek i niemal kult nauki, tak charakterystyczny również dla kultury żydowskiej.

Kto chce jednak poczuć prawdziwego ducha tradycji, historii i kultury karaimskiej powinien wyruszyć na Litwę, a w szczególności do Trok i Wilna. To wciąż największe skupiska tej interesującej społeczności. W obu miastach wciąż funkcjonują świątynie karaimskie, zwane kienesami, choć szansa na to, że uda się je zwiedzić, bez uprzedniego skontaktowania się z odpowiednimi osobami jest niewielka. Jeśli nie umówimy się z duchownymi, będziemy mogli co najwyżej obejrzeć je z zewnątrz. W Trokach warto zajrzeć także do muzeum etnograficznego poświęconego historii i kulturze litewskich Karaimów, po którym w roku ubiegłym oprowadzała nas - co ciekawe - miejscowa Polka. Składajace się na ekspozycję stałą fotografie prezentujące rodziny karaimksie z Trok i całej Litwy, z końca XIX i początku XX w., na długo zapdają w pamięć, ze względu na swój egzotyczny klimat.

Będąc w Trokach nie sposób też pominąć cmentarza karaimskiego, malowniczo położonego na delikatnym wzniesieniu tuż nad jeziorem Tataryszki. Wyprawa z centrum miasta nie powinna nam zająć wiecej niż 10 minut, a wybrać się tam warto, by zagubić się w zielonym gąszczu bujnych traw, krzewów i wiekowych drzew, w poszukiwaniu strzelistych nagrobków, przypominających kamienne stele, albo przysadzistych kamieni wyglądających nieco jak macewy, a po trosze, jak kamienne nagrobki na mizarach w Bohonikach lub Kruszynianach. Sam trocki cmentarz swoim położeniem na łagodnym wzgórzu, z wybujałą, dziką roślinnością, klimatem przypomina tatarskie mizary na Podlasiu, gdyby nie dobiegający znad jeziora gwar kąpiących się na nieodległej najwyraźniej plaży. Wszak i Troki, i Bohoniki, i Kruszyniany, to ziemie dawnego Wielkiego Ksiestwa Litewskiego, tyle że na Podlasiu osiedlili się Tatarzy, a Karaimi już tu nie dotarli. Poza tym północno - wschodnia część współczesnego Podlasia, to ziemie dawnego województwa trockiego.

Odkrywanie tradycji karaimksiej byłoby jednak niepełne, gdyby nie wspomnieć o karaimskiej kuchni, pełnej wschodnich przypraw, pachnących warzyw, smaku kibinów czy wyjątkowego chłodnika karaimskiego, które serwują trockie restauracje.

Aby jednak w pełni poczuć nastrój, smak i zapach karaimskich Trok, warto się do nich wybrać wczesną jesienią, łagodnie słoneczną i ciepłą, kiedy przydomowe ogródki wybuchają feerią jesiennych barw i zapachem warzyw oraz dorodnych, dojrzałych owoców w sadach, a w bujnej wciąż jeszcze roślinności majestatycznie, szczytem do ulicy stoją radośnie żółte, pomarańczowe, zielone, brązowe, orzechowe drewniane domy, o dwuspadowych dachach, z charakterystycznymi trzema oknami, które zgodnie z tradycją karaimską poświęcone są Bogu, księciu i gospodarzowi.


***Fotografie zostaną opublikowane wkrótce : )

niedziela, 6 lutego 2011

Krajowcy i Konstanty Kalinowski – polsko – białoruski bohater

O "krajowcach" swego czasu z wielką sympatią pisał Czesław Miłosz, później z nie mniejszym uczuciem wspominał o nich rozmiłowany w polskiej kulturze litewski poeta Tomasz Venclova. "Krajowców" zawsze wyobrażałem sobie trochę jako marzycieli, Bożych szaleńców, którzy w swej działalności odwoływali się do kulturowego dziedzictwa Wielkiego Księstwa Litewskiego, wbrew realiom swoich czasów wierzyli w możliwość zaistnienia federacji Polski, Białorusi i Litwy. Federacji rzeczywistej, równorzędnych podmiotów politycznych, bez dominacji któregokolwiek z nich. Pobrzmiewają w ich ideach niewątpliwie echa koncepcji federalistycznej Józefa Piłsudskiego. Koncepcji tej z przyczyn politycznych nie udało się wprowadzić w życie, a mimo to w czasach dwudziestolecia międzywojennego, na dawnych ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego, istniała niezbyt liczna grupa fantastów, którym wymarzyło się kontynuowanie tradycji Wielkiego Księstwa. Warunki ku temu były temu co najmniej mało sprzyjające, zabrakło politycznej woli, ale pewnie też i czasu (ledwie 20 lat), by idee "krajowców" uczynić bardziej realnymi. Warto jednak byłoby wrócić dziś do tej pięknej tradycji. Wszak wciąż w graniach RP mamy skrawek - to prawda, że niewielki - ziem, które wchodziły niegdyś w skład WKL. Ziem zamieszkałych przez Litwinów, Białorusinów, Ukraińców, Tatarów, los też nieco dalej rzucił, bo aż do Wrocławia, Warszawy i Krakowa, Karaimów z Trok, Wilna i Łucka. Dziś owa "krajowość" mogłaby przyjąć postać odwoływania się do dziedzictwa Rzeczpospolitej Jagiellońskiej, ale przede wszystkim, jako poszukiwanie tego wszystkiego, co może łączyć zamieszkujące nie tylko ziemie dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego grupy narodowościowe i etniczne.

Do tego celu warto wykorzystać wzorce już obecne w naszej wspólnej historii, modyfikując je rzecz jasna do wymogów współczesności. Jednym z takich wzorców osobowościowych mógłby z pewnością być Konstanty Kalinowski (z białoruska - Kastuś Kalinouski), polsko - białoruski bohater Powstania Styczniowego 1863 r. Ten "dyktator Litwy" urodził się w 1838 r. w rodzinie szlacheckiej we wsi Mostowlany - obecnie położonej tuż przy granicy polsko- białoruskiej, w pobliżu Gródka. W czasie studiów na Uniwersytecie w Moskiwe, z którego został usunięty za posiadanie zakazanych książek, a następnie na Uniwersytecie w Petersburgu, zaangażował się w działalność konspiracyjną w ruchu rewolucyjnych demokratów.

Po powrocie ze studiów na ziemie ojczyste podjął działalność konspiracyjną, w której hasła niepodległościowe łączył z radykalnymi, jak na ówczesne czasy, postulatami społecznymi. Należy jednak pamiętać, że przyszło mu działać w warunkach, w których wciąż istniały niemal feudalne stosunki między chłopstwem, a szlachtą. Do uwłaszczenia chłopów na ziemiach wcielonych do Cesarstwa Rosyjskiego i Królestwa Polskiego doszło dopiero w 1864 r. Z punktu widzenia stronnictwa "czerwonych", do którego należał, walka o niepodległość była możliwa jedynie w połączeniu z walką o zmiany społeczne. Niepodniesienie kwestii społecznych z całą pewnością skutkowałoby także nieprzyłaczaniem się chłopstwa do partii powstańczych. Choć obiektywnie rzecz ujmując zaanagażowanie tej warstwy społecznej w walkę o niepodległość, mimo wielu wysiłków, było minmalne zarówno na ziemiach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, jak i Królestwa Polskiego.

Konstanty Kalinowski chcąc dotrzeć do białoruskich chłopów, stał się autorem i wydawcą dwóch periodyków wydawanych w języku białoruskim - "Mużyckaja prauda" i "Hutarka". Pisma te, co ciekawe, drukowane były w łacince, tj. w języku białoruskim zapisywanym łacińską czcionką. W czasie Powstania Styczniowego, obok Antoniego Mackiewicza, Zygmunta Sierakowskiego, był jednym z najaktywniejszych przywódców na ziemiach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Został podobno zdradzony przez jednego z powstańców, pojmany przez carskich żołdaków, uwięziony w Wilnie i tam też w 1864 r. na Placu Łukiskim stracony.

Obecnie stał się w szerszej świadomości postacią nieco zapomnianą, choć do jego osoby i działalności odwołały się władze polskie tworząc Program Stypendialny im. Konstantego Kalinowskiego, skierowany do studnetów białoruskich, relegowanych z uczelni za działalność opozycyjną wobec reżimu Aleksandra Łukaszenki. Z pobieżnego natomiast przeglądu zasobów internetowych wynika, że więcej prac naukowych, więcej monografii oraz artykułów poświęconych Kalinowskiemu powstaje na Białorusi. Warto więc przypomnieć sobie jego postać, zwłaszcza, że nie tak dawno obchodziliśmy rocznicę wybuchu Powstania Styczniowego.





Widok na Plac Łukiski w Wilnie.







Kościół św. Jakuba i Filipa przy Placu Łukiskim.





Miejsce stracenia Konstantego Kalinowskiego i Zygmunta Sierakowskiego.



Budynek przy Placu Łukiskim w czasach sowieckich będący siedzibą KGB, obecnie Muzeum Ludobójstwa na Litwie.





wtorek, 28 września 2010

Karaimskie Troki










































 




Troki kojarzą mi się przede wszystkim z Karaimami, nie zachwyca mnie specjalnie zrekonstruowany zamek na wyspie, z klinkierowanej cegły, wyglądający już teraz bardziej, jak zamek z klocków lego. Troki to kienesa, cmentarz karaimski przypominający nieco tatarskie mizary w Kruszynianach czy Bohonikach, albo cmentarz żydowski w Krynkach, wczesną jesienią zapach warzyw snujący się z przydomowych ogrodów, drewniane domki z obowiązkowo trzema oknami od strony ulicy - wedle tradycji karaimskiej jedno okno jest przeznaczone Bogu, drugie księciu, a trzecie nieoczekiwanym gościom. Wyraziście żółte, zielone, stoją karnie wzdłuż ulicy równoległej do jeziora, pnącej się ku górze w stronę kienesy, i dalej skromnego muzeum karaimskiego, oraz klimatycznej restauracji serwującej dania kuchni karaimskiej - kibiny z baraniną, z kurczakiem, z kapustą, chłodnik karaimski, jakże różny od litewskiego - karaimski jest zupełnie biały, robiony na bazie kefiru bądź naturalnego jogurtu, z pokrojonymi drobno ogórkami, czosnkiem, rzodkiewką, albo gołąbki nadziewane baraniną zawijane w liście winogronu, z pikantną wielowarzywną sałatką.

Niedaleko od centrum - nie więcej niż dziesięć minut spacerem, nad brzegiem jeziora rozłożył się stary cmentarz karaimski, od strony ulicy, od bramy głównej z trudem można dostrzec nagrobki, które przypominają nieco macewy, a nieco kamienie nagrobne z tatarskich mizarów. By jednak odszukać te najbardziej okazałe, trzeba przedrzeć się przez gąszcz zarośli, wysokich traw, krzaków, by znaleźc się pod baldachimem z koron drzew liściastych, tutaj teren się nieco obniża, łagodnie schodzi ku jezioru, a ciszę miejsca mącą odgłosy kąpiących się - tutaj prawdopodobnie na jednej z dzikich plaż.

Trocka kienesa natomiast, tak jak zresztą i wileńska, niemal zawsze jest zamknięta, trzeba się najprawdopodobniej wcześniej umówić z osobami, które sprawują nad nimi pieczę, by móc je obejrzeć wewnątrz.

W muzeum Karaimów, znajdującym się w odległości nie więcej niż 200 metrów od kienesy, warto obejrzeć ekspozycję stałą prezentującą stroje karaimskie, zdjęcia rodów karaimskich z końca XIX i początku XX w., a także z czasów dwudziestolecia międzywojennego.

Po II wojnie część Karaimów litewskich wyjechała do Polski, spora część jednakże pozostała na Litwie, to tam wciąż tworzą najliczniejszą grupę, choć rozjechali się w większości do znaczniejszych miast Litwy. W samych Trokach można byłoby pewnie na dzień dzisiejszy zliczyć kilkanaście rodzin karaimskich. W Polsce mieszka nie więcej niż trzystu Karaimów, głównie w Warszawie, Wrocławiu (to ci z Wołynia, głównie z Łucka) i Krakowie. Stanowią u nas najmniej liczną grupę etniczną.

A do Wielkiego Księstwa Litewskiego Karaimów sprowadził podobnie, jak i Tatarów, książę Witold w XIV w., mieli oni strzec granic księstwa przed rejzami Krzyżaków i wszelkiej maści innych najeźdzców, którzy by śmieli się pokusić na potęgę Litwy. Z czasem, kiedy rzemiosło wojenne straciło na znaczeniu, Karaimi zaczęli wieść żywot skromnych, ale cenionych powszechnie solidnych rzemieślników i niemal mistrzów ogrodnictwa. Stąd do dziś, każdy odwiedzający Troki, nie może nie zwrócić uwagi na rozsnuwające się z przydomowych ogrodów wspaniałe zapachy warzyw. Karaimów zostało tu niewielu, a tradycja pozostała.

Interesującym jest to, że Karaimi są ludem pochodzenia tureckiego, wywodzącym się z dawnego Państwa Chazarów. Książę Witold sprowadził ich z ziem Chanatu Krymskiego. Wyznają dość oryginalną religię, zdarzało się nawet, że mylono ich z wyznawcami judaizmu, jako że podstawą ich wiary jest Stary Testament, ale odrzucają już tradycję ustną - Talmud.

Na facebook'u udało mi się znaleźć informację o interesującej wystawie poświęconej Karaimom, która ma być otwarta 11 października w Muzeum Etnograficznym we Wrocławiu i trwać do 30 listopada. Na pewno warto tam zajrzeć:  "Wystawa: Karaj jołłary - Karaimskie drogi. Karaimi na starej fotografii". Tak, jak warto odwiedzić Troki, jadąc do Wilna, to tylko 15 kilometrów od granic stolicy Litwy, w kierunku zachodnim.

czwartek, 23 września 2010

Emila Plater - białoruska Joanna d'Arc? O tolerancji słów kilka

Dzisiejsze białoruskie "Wiestki" publikują artykuł pod tytułem "Białoruska Joanna d'Arc (1806 - 1831), o Emilii Plater. Tymczasem, w rzeczywistości nie jest to białoruska Joanna Dark, ale litewska, w dawnym rozumieniu tego słowa. Zresztą, żeby się nie czepiać, to gdzieś dalej w tekście pojawia się informacja, że Emilia Plater była Litwinką. Nie wiem jedynie do końca jaki jest w tym kontekście sens tego określenia, istnieją bowiem na Białorusi środowiska, które spuściznę dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, chciałyby utożsamić jedynie z białoruskością, a tak się nie da, tak jak też nie sposób utożsamić jej ze polskością czy współczesną litewskością. Jest to też poza tym niezbyt rozsądne i zupełnie niepotrzbne. A co tak naprawdę miałaby oznaczac owa "litewskość" Emilii Plater? Otóż ród Platerów wywodził swoje korzenie ze szlachty niemieckiej, która osiedliła się w Inflantach jeszcze za czasów, gdy władał nimi Zakon Kawalerów Mieczowych, z czasem rody owe polonizowały się, ale utożsamiały się z Litwą, tak jak z Litwą utożsamiał się Adam Mickiewicz. I te wszystkie wzajemne próby wydarcia sobie Mickiewicza przez Polaków, Litwinów i Białorusinów są tyleż zabawne, co niemądre. Rozpatrywanie dawnych określeń Litwin, Polak, Białorusin, z dzisiejszej etnicznej perspektywy ma się do ówczesnego kontekstu kulturowego nijak, i sprawia wrażenie uzurpacji rozhisteryzowanych środowisk czy to po polskiej, czy po litewskiej, czy białoruskiej stronie. Te etniczne kryteria nie mogą mieć żadnego zastosowania do ówczesnej sytuacji. No bo w jaki sposób można Emilię Plater nazwać Białorusinką, Litwinką czy Polką, skoro ta miała niemieckie korzenie? Pozostaje jeszcze kwestia wyboru, ale czy ona sama określiłaby siebie, jako Białorusinkę, Polkę czy Litwinkę w dzisiejszym rozumieniu tych słów? Z pewnością nazwałaby siebie Litiwnką, ale w takim właśnie znaczeniu, jakie słowu Litwa nadawał Mickiewicz choćby w Inwokacji.

Zabawne są te wszystkie próby zawłaszczania, wyrywania sobie dziedzictwa Wielkiego Księstwa Litewskiego, szalenie infantylne i do niczego dobrego prowadzić nie mogą. Trudno tu na obecnych wschodnich terneach RP, czy na dawnych kresach RP, które tworzą współczesną Białoruś czy Litwę mówić o jakiejś jedności, jednorodoności etnicznej, skoro niemal każda rodzina może poszczycić się polskimi, litewskimi, białoruskimi, a niekiedy niemieckimi, karaimskimi, rosyjskimi czy tatarskimi korzeniami. Sam wśród swoich przodków bez trudu znajduję Białorusinów, Litwinów, i prawdopodobnie Tatarów, którzy przyjęli katolicyzm. I te wszystkie brednie o tolerancji nie są mi do niczego potrzebne, tolerancja oznacza znoszenie tego, co nam przyjemności nie sprawia, co nas inrytuje, drażni, boli, a ta litewska różnorodnosć była i jest stanem naturalnym, w którym nikt nikogo znosić, tolerować nie musi, skoro ma się w jednej rodzinie tyle nacji, tyle wyznań, to traktujemy to, jako coś organicznego, integralnego, a nie coś co należałoby ledwie tolerować. Tolerancję zostawmy tym, którzy plotą androny o jednorodności etnicznej, narodowej czy religijnej.

sobota, 17 stycznia 2009

Troki 2008. W poszukiwaniu litewskich Karaimów








Dwa razy udało mi sie odwiedzić Troki w ubiegłym roku. I chyba bym skłamał, gdybym napisał, że byłem ciekaw konfrontacji wspomnień, obrazów, zapamiętanych zdarzeń z pierwszego pobytu w Trokach w bodaj 1988 roku, z wrażeniami z roku 2008. Z pierwszego wyjazdu zachował się obraz tonącego we wrześniowym słońcu jeziora, drogi wiodącej przez ogromny sosnowy las, mgliste wspomnienie jakiegoś nieprzyjemnego sprzedawcy w jedynym otwartym wówczas kiosku, w którym mama kupiła mi książkę o Trokach w twardej oprawie, w języku litewskim, z pięknymi fotografiami. Utkwił mi też w pamięci długi drewniany pomost prowadzący na wyspę z zamkiem z czerwonej cegły, kilka wnętrz i przewodniczka oprowadzająca rosyjskojęzyczną grupę, do której w pewnym momencie się podłączyliśmy. I coś przyjaznego, ciepłego, pobudzającego dziecięcą, a zwłaszcza chłopięcą wyobraźnię, złaknioną walecznych rycerzy i warowni wszelakich.

Wyobraźnia mężczyzny nie jest już taka barwna, żywa, intensywna i niespodziewana. Tym razem byłem dużo bardziej złakniony potraw kuchni karaimskiej, z którą nigdy wcześniej nie miałem do czynienia, niż rycerskich opowieści kryjących się w murach trockiego zamku. Zamek w zasadzie tylko obeszliśmy. Najbardziej byłem ciekaw atmosfery samego miasteczka i wszystkiego tego, co mogłoby się wiązać z Kariamami - interesującym ludem pochodzenia tureckiego wyznającym w gruncie rzeczy judaizm, który osiadł tu za czasów Wielkiego Księcia Witolda.

Pierwszą rzeczą jaką uczyniliśmy, gdy dotarliśmy do Trok w połowie lipca ubiegłego roku było udanie się do kariamskiej restauracji, tuż niedaleko kienesy i muzeum poświęconego Karaimom. Wąską uliczką pnącą się delikatnie w górę wzdłuż brzegu jeziora, zabudowaną z dwóch stron drewnianymi domkami z trzema oknami w szcycie i dwuspadowymi dachami doszliśmy do miejsca, w którym po raz pierwszy miałem zakosztować dań kuchni karaimskiej i delektować się atmosferą drewnianej, niskiej i niebywale urokliwej zabudowy wokół.

Chłodnik karaimski - tak całkowicie odmienny od chłodnika litewskeigo, serwowanego w Wilnie czy gotowanego według receptury babci przez mamę - podała nam około dwudziestoletnia dziewczyna o egzotycznej urodzie - czarnych spiętych bujnych włosach i ni to jasnej, ni to śniadej karnacji, za każdym razem nieśmiało, ale też dumnie wbijająca spojrzenie w stół. Chłodnik był wyśmienity - białej barwy, pikantny, z kawałkami ogórków, szczypiorem, czosnkiem, pietruszką, z kefiru albo naturalnego jogurtu, z dodatkiem zapiekanych ziemniaków.

Drugi przyjazd do Trok, w sierpniu był nieco dłuższy, mieliśmy właściwie pół dnia na kuchnię karaimską, zamek, jezioro, wyspę, muzeum karaimskie, kienesę - gdyby ta choć raz zechciała być otwarta - i cmentarz karaimski.

Tym razem odłączyłem się od kilkuosobowej grupy, z której każdy miał zuepłnie inne oczekiwania wobec Trok, a okazało się, że tylko ja byłem zainteresowany cmentarzem. Najpierw jednak rutualnie przeszliśmy pomostem na wyspę z zamkiem. Była niedziela stąd też wydawało się, że nie ma najmniejszych szans na chwilę wyciszenia. Na pierwszej wyspie przy brzegu starsza, ubogo ubrana kobieta zapraszała nas serdecznie na przejażdżkę łodzią, na której mial wiosłować jej mąż - jeszcze starszy pan, dorabiający pewnie do skromnej emerytury. Nie skorzystaliśmy jednak. Z żalem.

Mimo zgiełku, mimo nieprzebranych tłumów, niemal wydarłem z tego zgiełku chwilę na kontemplację. Tuż przy wejściu na pomost od strony miasta wysoka, szczupła, młoda może 19 - letnia dziewczyna ustawia się z saksofonem i zaczyna grać jazzowe standardy, pięknie, z uczuciem, i choć w dżinsach i prostym tiszercie, ze związanymi w kucyk ciemnymi falującymi blond włosami, wymykającymi się niesfornie z uwięzi, wyglądała jak prześliczna postać ze starych litewskich legend.

Czas jednak nagli, a chcę jeszcze zobaczyć karaimski cmentarz. Ku mej uciesze dziewczyna składa saksofon i kieruje się w stronę miasta. Spokojnie i bez żalu mogę odejść w stronę mostu. Za mostem mam skręcić w lewo, podejść pod górkę i moim oczom ma się ukazać miejsce spoczynku tutejszych Karaimów. Skręcam w lewo w wąską uliczkę, na wszelki wypadek pytam młodą dziewczynę pilnującą prywatnego parkingu na podwórzu czy idę właściwie. Z początku zwracam się do niej po angielsku - pytam w jakim języku możemy rozmawiać - okazuje się, że mówi po polsku. Życzliwie, z uśmiechem wskazuje mi drogę na cmentarz. Jeszcze 100 metrów i jestem na miejscu. Na szczycie wzgórza, z którego roztacza się cudny widok na jezioro i iglasty las. Przez moment - nawet pomimo jeziora w tle - czuję się jak na mizarze w Kruszynianach. To coś tak charakterystycznego w atmosferze dla kresowych cmentarzy tatarskich odnajduję także na cmentarzu karaimksim w Trokach - karłowate, powykręcane sosny, pagórkowaty teren, brak krzyży, kamienne nagrobki - bądź to nieociosane polne kamienie, a raczej głazy, bądź kamienne stelle. Przez uchyloną furtkę wchodzę na teren porośnięty trawą po kolana, poza mną nie ma tu nikogo. Dopiero po chwili pod ogrodzenie cmentarne podjeżdża imponujący dżip, z którego wysiadają trzy osoby - dwóćh mężczyzn i kobieta, wszyscy w średnim wieku, rozmawiają ze sobą w języku litewskim, przygladają mi się z zainteresowaniem choć nie mam karaimskich rysów, czego z kolei nie można powiedzieć o nich. W ich twarzach i posturach znać te tak typowe wschodnie rysy - ciemne włosy, dość śniada karnacja, raczej niewysocy. Brakuje im skośnych oczu, ale łapię się na tym, że nie są przecież Tatarami, choć i w przypadku naszych Tatarów skośne oczy, kruczoczarne włosy, wystające kości policzkowe czy śniada karnacja nie są czymś wcale takim oczywistym. Poza nami nie pojawi się juz do końca naszego pobytu tutaj nikt więcej. Schodzę w dół, w stronę jeziora, tu się zaczynają chaszcze, krzewy, trawa jest wyższa, drzewa iglaste mieszają się z liściastymi, i tu znajduję dużo więcej kamiennych, okazałych nagrobków, słońce do tego miejsca nie dochodzi, kroczę z trudem w cieniu, przedzieram się przez wybujałą letnią roślinność, tylko od strony jeziora dobiegają krzyki turystów kapiących się gdzieś na plaży i pływających łódkami, gdyby nie oni panowałaby tu prawdziwie cmentarna cisza. Ten skarawek także przypomina mi zarośniętą krzewami częśc mizaru w Kruszynianach. Z trwogą spoglądam na zegarek, już na mnie czekają, ale wiem, że tu jeszcze wrócę, juz wkrótce…

MD vel opiekun ogrodów

wtorek, 29 lipca 2008

Powrót z Wilna. Poszukiwanie tożsamości

Ledwie cztery dni, Alytus, Troki, Wilno, Druskienniki. Słoneczny, upalny weekend na Litwie. Wyjazd za granicę, do miejsc, w których mogłem poczuć się jak u siebie. Bynajmniej nie w tym sensie, że Wilno to polskie miasto, bo to przecież bzdura, Wilno jest stolicą Litwy, i jest miastem litewskim, i tak powinno pozostać już na zawsze, ale Wilno to też miasto wielokulturowe, stanowiące dorobek Polaków, Litwinów, Białorusinów, Rusinów czy Rosjan, Żydów, Karaimów. Wilno jest mi duchowo dużo bliższe niż Warszawa, to prawdziwie europejskie miasto w promieniu kilkuset kilometrów od Białegostoku. To do Wilna jadę jak do duchowej stolicy, a do Warszawy, jedynie jako do miasta, w którym trzeba coś załatwić, podpisać umowę, odbyć szkolenie, czasem rozmowę w sprawie pracy. Ot taki duży ośrodek administracyjny, naukowy, kulturowy, który nie ma w sobie najmniejszej siły przyciągania, poza siłą pieniądza.

Wilno siłę przyciągania bez wątpienia ma, pojechałem tam ledwie 2 tygodnie temu, a już w najbliższy piątek znowu tam wracam. I wiem, że będę chciał wracać jeszcze wiele razy. Miasto, w którym można oddychać pełną piersią, płynnie przechodzić z języka polskiego na angielski, rosyjski, i pewnie jeszcze wiele innych, gdybym tylko te inne znał. I nie mam tu na myśli tylko i wyłącznie napotkanych turystów, ale przede wszystkim pytanych o drogę i wiele innych rzeczy wilnian.

Miasto na wzgórzach, tonące w zieleni, zalane słońcem, brodzące w deszczu, z błyskawicami i grzmotami rozrywającymi się gdzieś w ołowianym niebie. Cerkiew katedralna nosząca znamiona gruzińskiej architektury cerkiewnej, cerkiew tuż przy Ostrej Bramie, która użyczyła nam schronienia na czas straszliwej burzy, gdzie staliśmy skrępowani nie wiedząc jak się zachowywać w czasie liturgii, zmoknięci wyszliśmy na ciekawskich i przypadkowych turystów - podglądaczy, którzy schronili się jedynie przed deszczem, a przecież i tak mieliśmy do niej zajść, w celach bynajmniej nie utylitarnych.

Kościół przy Ostrej Bramie, i rozbrzmiewający nad nami niebiański dziewczęcy głos, wydobywający się gdzieś z ukrycia, nie mogliśmy się dopatrzeć wykonawczyni pięknej pieśni w języku litewskim. Głos magnetyczny, który nie pozwalał nam wyjść z chłodnego wnętrza w czasie, gdy na zewnątrz lał się żar z nieba, a przecież znowuż nie przyszliśmy do kościoła, by szukać w nim schronienia.

Popiersia Gaona z Wilna w nocnym mieście, odkrywamy je o pierwszej w nocy, wśród ocalałych kamieniczek i wąskich uliczek żydowskiej niegdyś pewnie części miasta. Tylko z lewej wynurza się jakby posowiecka budowla, ale jest noc, więc słabo ją widać.

Trójkątny rynek, we wschodniej pierzei dawny hotel, w którym kiedyś zatrzymał się Dostojewski, z wmurowaną weń tablicą upamiętniającą ten pobyt.

Tablica poświęcona Konstantemu Kalinowskiemu - polsko - białoruskiemu bohaterowi; tablica poświęcona polskiemu chłopakowi - uczniowi gimnazjum, który w czasie powodzi w bodaj 1938 roku uratował żydowskie dziecko z rwącej wody, a sam został porwany przez wezbraną rzekę, która nie oddała go już żywym. Przy tej tablicy, jakbym doznał olśnienia, to przecież esencja ducha, którego być może podświadomie próbowała przekazać mi babcia, a później mama, obie pochodzące hen z kresów za Wilnem.

- Często pytałam mamę skąd wiedziała, że jesteśmy Polakami - tak opowiadała mi z kolei moja mama o babci, gdy ta barwnie rozprawiała o tym, jak biegła witać w roku 1920 polskich ułanów zajmujących Wileńszczyznę. Odpowiedź brzmiała mniej więcej tak: - To oczywiste, od moich rodziców.

Co było oczywiste dla mojej babci, dla mnie już takim oczywistym nie jest. Czy można było zachować czystość etniczną na Kresach?

Pamiętam jeszcze z roku 1988, miałem 12 lat, pojechaliśmy po raz pierwszy - i jak na razie wciąż ostatni - w odwiedziny do rodziny na Białorusi, udało nam się też na kilka godzin wpaść do Wilna, gdzie matka chrzestna mojej mamy zapaliła świeczkę na prośbę swego męża - wyznawcy prawosławia; w cerkwi, która podczas mojego ostatniego pobytu przed 2 tygodniami udzieliła nam w czasie burzy schronienia.

Ten duch Kresów sprawia, że odczuwam taką samą więź z Litwinem, Białorusinem, Żydem, Tatarem, Karaimem, jak z Polakiem, a może z tymi pozostałymi, tj. niepolakami więź jeszcze silniejszą...

CDN

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...