Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żydzi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żydzi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Jasionówka. Powrót

Do Jasionówki chętnie wracam ze względu na jej melancholijną atmosferę i malownicze położenie. Cisza, spokój, senny rytm osady, nieliczni ludzie wędrujący do kilku sklepów na zakupy - w sklepach obsługa jest miła, więc jeśli nie ma pracy, a dzien w domu niemiłosiernie się dłuży, to nie ma nic lepszego niż wyjście do ludzi, można z kasjerką albo właścicielką nawiązać choćby krótką rozmowę.

Jasionówka usytuowana jest na łagodnych wzgórzach. Najpiękniej wygląda ze wzgórza na wschodnik skraju osady, na którym w XVI w. stanął dwór, z początku rusko-litewskiego rodu Kurzenieckich, którzy Jasionówkę otrzymali, jako nadanie królewskie za wierną służbę od Zygmunta Augusta. Akt nadania sporządzony został w języku ruskim: "Od młodos'ti liet swoich buduczi na dworie naszom hospodarskom". Prawdopodobnie już wówczas Jasionówka istniała jako osada, założona przez Jaćwingów. Niewykluczone zatem, że wśród dzisiejszych mieszkańców, część z nich stanowią potomkowie tego walecznego bałtyjskiego ludu. Wraz z lokacją miasta pojawili się w Jasionówce Żydzi, którzy w drugiej połowie XIX w. i w latach 30-tych wieku XX stanowili niemal 70 % mieszkańców miasteczka. Około XVIII w. osiedlili się tu także Tatarzy. W międzywojniu jedną z ulic, zamieszkiwaną głównie przez nich, nazywano Tatarską. Ostatnie rodziny tatarskie opuściły jednak Jasionówkę na początku lat 80-tych ubiegłego wieku. Mieszkańcy pytani o Tatarów, wypowiadają się o nich z wielkim szacunkiem i niekłamanym smutkiem, bo to przecież dobrzy sąsiedzi byli.

Czwartek był pochmurny, deszczowy, szary, ponury, w niczym nie przypominający ostatnich dni lipca. Mnóstwo wiatrołomów w lesie między Dobrzyniówką a Czarnymstokiem. Z krajobrazu zniknął także drewniany krzyż, stojący na wzgórzu w połowie drogi między obiema wioskami. Kiedyś, gdy go fotgrafowałem, mężczyzna orzący pole traktorem, zjechał z niego i zatrzymał mnie, by opowiedzieć historię owego krzyża, na tyle, na ile ją pamiętał. Już miałem odjeżdżać w ostatniej chwili zauważyłem w tylnym lusterku, że macha do mnie ręką. Zatrzymałem samochód, wysiadłem i wysłuchałem krótkiej opowieści o drewnianym, zmurszałym krzyżu postawionym przez dziadka mężczyzny około 1945 r. Na sam koniec podaliśmy sobie ręce, uścisnął mocno moją dłoń. Jeszcze chwilę porozmawialiśmy o współczesności i wróciliśmy do swoich światów. Teraz domyśliłem się dlaczego nie mogłem wypatrzeć jeszcze wyższego, drewnianego krzyża ustawionego przy drodze tuż po skręcie z szosy augustowskiej w stronę Dobrzyniówki. Żal tych dostojnych, smukłych świadków historii, nieodłączonych elementów podlaskiego krajobrazu.

Tym razem w Jasionówce ludzi jest jeszcze mniej niż zazwyczaj, po kilku minutach nawet solidne parasole nie są w stanie osłonić nas przed deszczem. Schornienia szukamy w kruchcie kościoła, by nie przemoknąć do suchej nitki. Pierwszy kościół w Jasionówce ufundowali Kurzenieccy, z początku drewniany, ale zniszczyli go Szwedzi w czasie potopu. Tuż po potopie został odbudowany, już jako murowany, choć jego obecny kształt został mu najwyraźniej nadany po licznych przebudowach w XIX i początkach XX wieku. Stoi na usypanym ludzką ręką wzniesieniu. Może było to kiedyś grodzisko? Ze wzgórza roztacza się piękny widok na drewnianą w większości zabudowę tego dawnego miasteczka, które utraciło prawa miejskie. Od strony północno zachodniej u stóp wzniesienia wije się krótka, wąska, brukowana, pełna uroku uliczka Kościelna. Nie przejedzie nią żaden samochód, ani furmanka, co najwyżej rower.

Woda przestaje lać się z nieba, zaczyna padać deszcz, miarowo, spokojnie, można wyruszyć dalej. W budnyku, który niegdyś był prztystankiem autubusowym, czymś na kształt dworca, mieści się obecnie sklep z używaną odzieżą. Teraz jest zamknięty, w oknie siedzą karnie w rzędzie stare, wyszarzałe pluszaki, prawdziwe przytulanki, jak z mojego dzieciństwa. Na dawnym rynku nie ma żywej duszy. W zielonym, piętrowym budynku mieści się bank spółdzielczy, bodaj fryzjer i dwa sklepy, dalej, nieco wyżej, bo północna pierzeja rynku wznosi się łagodnie, ulokował się Urząd Gminy, a w nim między innymi biblioteka i coś w rodzaju izby pamięci, będącej - miejmy nadzieję - zaczątkiem muzeum.

Zmierzamy w stronę wzgórza dworskiego. Przy ogrodzeniu jednego z domostw, starych, drewnianych, stoi staruszek, opierając się o drewniane sztachety płotu, melancholijnie wpatruje się w ulicę, którą z rzadka przejeżdżają samochody, jeszcze rzadzej rowerzysta, obok przechodzi młoda mama z najwyżej dwuletnim szkrabem. Mężczyzna chętnie nawiązuje rozmowę. Z początku, stoicko pogodzony ze światem, któremu jednak nie wieszczy nic dobrego, stwierdza, bez złości, że ludzie z każdym rokiem, jakby coraz gorsi. Syn pracuje w mieście, nie mieszka Jasionówce, ale gdzieś przy granicy. Pozostały mu jedynie rozmowy z sąsiadami.

- A przed wojną ojciec mój miał poważanie u Żydów. Przychodzili do niego do domu, przesiadywali godzinami. Szanowali ojca, bo znał ich język (najpewniej jidysz).

A jak Armia Czerwona wkroczyła to młodzi Żydzi i Polacy z Jasionówki w pięknej murowanej synagodze urządzili zabawę. Tylko bogobojni starcy krążyli pod oknami i wychodzących z bezczeszczonego Domu Boga przestrzegali:

- Przyjdzie na was kara. Przyjdzie...

Niemcy w styczniu 1943 r. wywieźli wszystkich Żydów na stację do Białegostoku, a stamtąd do Treblinki. Później chodzili z miotaczami ognia i palili wszystko wokół. Z synagogi nie pozostał kamień na kamieniu.

- Tu gdzie ten zielony dom - pokazuje skinieniem głowy - przez ulicę, stała ta synagoga.

- A do dawnego dwrou to już niedaleko macie. W nim jeszcze do niedawna szkoła była, teraz pusty stoi. Młodzi do miasta wyjeżdżają. Pracy nie ma, w mieście zresztą też, to i dalej do Londynu jadą.

Dawny dwór, już w ogóle dworu nie przypomina, przebudowywany co najmniej kilkakorotnie w XIX w., w międzywojniu i po wojnie, zatracił wszystko, co architektonicznie mógł mieć niegdyś do zaprezentowania. Szkoła przeniosła się natomiast kilka lat temu do nowo wybudowanego budynku, oddzielonego od starej szkoły wiekowymi drzewami. Zachowały się też dawne czworaki, częściowo jako pomieszczenia gospodarcze, częściowo mieszkalne. W mieszkających w nich ludziach nie widać agresji, frustracji, mijani nawet się uśmiechają.

Deszcz przestał padać, na moment zza chmur wyjrzało słońce, na boisku do siatkówki pojawiło się trzech nastolatków z piłką, znowu zaczyna się chmurzyć, ale jeszcze nie pada.











































 

poniedziałek, 14 marca 2011

Suchowola. Tropem Jaćwingów i nie tylko.

Miała to być sobotnia wyprawa do Suchowoli, w celu odwiedzenia knajpki serwującej potrawy kuchni tatarskiej. Na miejscu jednak powitał nas wyszarzały arkusz papieru naklejony w oknie przy drzwiach, zawierający niezbyt dobrą dla nas informację, że od października do kwietnia punkt gastronomiczny jest nieczynny, a przyjmuje jedynie zamówienia indywidualne i grupowe telefonicznie. Zamieniliśmy więc naszą wycieczkę kulinarną w krajoznawczą, zresztą nie tyle zamieniliśmy, bo mieliśmy w zamiarach połącznie jednej z drugą, co rozserzyliśmy część krajoznawczą.

Suchowola miała być osadą założoną jeszcze przez Jaćwingów, na co wskazywałaby jej pierwotna nazwa - Suchaja Jaćwieź. Czy rzeczywiście tak było, dziś nie sposób tego stwierdzić. Dysponujemy zbyt wątłą wiedzą na ten temat, by wysnuwać jakieś kategoryczne wnioski, nie starcza informacji ani w źródłach pisanych, ani też guntownych badań archeologicznych, na które jak zwykle brakuje funduszy, tak więc ta odleglejsza historia miasteczka siłą rzeczy musi tonąć w mrokach niepamięci. Możemy jedynie snuć przypuszczenia na podstawie dostępnych, niestety ubogich źródeł.

Wedle jednych teorii Jaćwingowie nie zamieszkiwali terenów na południe od rzeki Biebrzy, wedle innych ich terytoria miały rozciągać się aż po Bug, gdzieś w okolicach Drohiczyna i Mielnika, ale to już są hipotezy z pogranicza fantastyki i baśni; jeszcze inne zakładają, że granice ziem jaćwieskich sięgały rzeki Narwi.

Z pewnością tereny pogranicza mazowiecko - krzyżacko - rusko - litewskiego nie sprzyjały w średniowieczu stałemu osadnictwu. Nieustające walki o coraz to nowe terytoria, wyprawy łupieżcze, nie czyniły tych ziem idealnym miejscem do zamieszkania. Świadczyć o tym mogą zniszczone średniowieczne grodziska w nieodległej Trzciance, Aulakowszczyźnie, Milewszczyźnie czy Zamczysku. Nie można jednak wykluczyć, że jakaś część Jaćwingów uciekajacych przed krzyżackimi rejzami osiedliła się właśnie tu, na południe od rzeki Biebrzy, która płynie tuż za północnymi rogatkami Suchowoli.

Z czasem pojawili się tu także ruscy osadnicy z okolic Grodna, oraz litewscy z samej Żmudzi. Ci pierwsi wyznania prawosławnego, ci drudzy wyznania katolickiego, co tłumaczyłoby obecność cerkwi prawosławnych oraz kościołów katolickich na tym terenie. Z tym, że cerkwie prawosławne z czasem zamieniono na unickie, a po kasacie Unii Brzeskiej w 1839 r., unitów władze carskie siłą nawróciły na prawosławie, a ci z kolei po wydaniu ukazu tolerancyjnego przez cara Mikołaja II w 1905 r. nie mogąc wrócić do wiary swoich przodków (bo Cerkwi Unickiej nie przywrócono) przechodzili na katolicyzm. Do tej pory jednakże jeszcze gdzieniegdzie w okolicach Suchowoli przetrwały gwary białoruskie, choć żadna z władających nimi osób, nie nazwie siebie Białorusinem, a taka sugestia ze strony kogoś z zewnątrz, może nawet wywołać oburzenie i obrazę (przyczyny tego stanu rzeczy są zandto skomplikowane, by opisać je w krótkim artykule, ale jak to na pograniczu zwykle bywa swoje źródło mają w trudnej historii).

W XVIII wieku, dla wzbogacenia mozaiki kulturowej, etnicznej i relignej pogranicza, w Suchowoli i jej okolicach pojawili się także Tatarzy:

"Po rozbiorach Suchowola i otaczające ją wioski znalazły się w granicach zaboru pruskiego. W 1796 roku w wyniku umowy prusko-tatarskiej utworzono w Suchowoli pułk tatarski liczący ponad 270 osób, a w listopadzie tego roku zdecydowano o osiedleniu w mieście 45 rodzin tatarskich. Tatarzy suchowolscy otrzymali 27 włók ziemi w Połominie, 18 w dobrach Kumiała i 18 w dobrach Dubasiewszczyzna." ("Dzieje wsi Czerwonka" Monika Kresa, w "Gwary polskie. Przewodnik multimedialny pod redakcją Haliny Karaś").

Warto dodać, że nieliczni potomkowie Tatarów mieszkają w Suchowoli do dziś. Zainteresowani mogą nawet skorzystać z gościny w Muzułmańskim Domu Parafialnym bądź to w postaci noclegów, bądź posmakować potraw kuchni tatarskiej.



Żeliwny krzyż przed kościołem w Suchowoli.





Zabytkowy drewniany dom w Suchowoli, stojący tuż przy ruchliwej drodze przelotowej do granicy z Litwą, niedzoszłej trasie Via Baltica, rozjeżdżanej codziennie przez tysiace TIRów, które na obszarze zabudowanym nigdy, ale to nigdy nie zwalniają, lecz przy pełnej prędkości przejeżdżają przez mijane wioski, osady, miasteczka. Nie sposób pojąć dlaczego władze publiczne od kilkunastu lat nie są w stanie uporać się z tym problemem.



Kościół pod wezwaniem Św. Piotra i Pawła, który został wybudowany w 1885 r.





Pomnik księdza Jerzego Popiełuszki na rynku w Suchowoli. Ksiądz Popiełuszko urodził się w pobliskich Okopach, a w tutejszym liceum pobierał naukę.


Oczywiście, historia Suchowoli byłaby niepełna, gdyby nie wspomnieć o tutejszych Żydach, ale i w tej sprawie oddajmy głos Pani Monice Kresie:
"Na przełomie XVI i XVII wieku zaczęli osiedlać się tutaj Żydzi. Ponieważ Suchowola stawała się w owym okresie znaczącym ośrodkiem usługowo-handlowym, Żydzi mieli doskonałe warunki do rozwoju swojej działalności. Przez następnych kilka wieków zaaklimatyzowali się tutaj na tyle, że stanowili ważny element narodowościowy wsi, a następnie miasta. Jeszcze lepsze warunki osiedlającym się tu Żydom stworzył dokument króla Augusta II Sasa z 1698 roku, na mocy którego ludność wyznania mojżeszowego mogła już nie tylko osiedlać się w Suchowoli, lecz także budować i prowadzić kramy, zbudować bożnicę, założyć własny cmentarz oraz otworzyć szkołę. Dokument ten miał na celu pobudzenie zniszczonego wojnami polsko-szewdzkimi handlu i rozwój gospodarczy, na który Żydzi trudniący się właśnie handlem, a nie uprawą roli, mieli ogromny wpływ. W 1747 roku została wybudowana słynna synagoga suchowolska, która swoim wyglądem przypominała bożnicę grodzieńską. (...)

Hitlerowcy wkroczyli do miasta 7 września 1939 roku, sowieci przemaszerowali tędy 17 dni po nich. Ze względu na ogromną liczbę Żydów zamieszkujących Suchowolę w mieście stworzono getto, w którym zamknięto mieszkańców wyznania mojżeszowego z Suchowoli i okolic. W 1942 roku rozebrano i spalono słynną suchowolską synagogę. Po wojnie częściowo wyludniona i znacznie zniszczona Suchowola utraciła prawa miejskie. Odzyskała je dopiero w 1997 roku."

(Monika Kresa, "Dzieje wsi Czerwonka", w: "Gwary polskie. Przewodnik multimedialny pod redakcją Haliny Karaś).

Warto też wspomnieć, że Suchowola w 1775 r. została uznana przez astrologa i kartografa królewskiego - Szymona Antoniego Sobiekrajskiego za geograficzny środek Europy. Z tym, że wziąwszy pod uwagę fakt, iż zapewne każdy z nas słyszał już o co najmniej kilku podobnych "środkach Europy", położonych w różnych miejscowościach, a nawet różnych krajach, to warto odnosić się do wyliczeń kartografów z pewnym sceptycyzmem.

A z samej Suchowoli mamy już ledwie kilka kilometrów do wsi Okopy, w której urodził się ksiądz Jerzy Popiełuszko, i w okolicach której ma się znajdować bądź kurhan bądź wczesnośredniowieczne grodziska. Wybieramy się tam więc jeszcze tego samego dnia, ale o tym już w następnym wpisie.


sobota, 6 grudnia 2008

Historia pewnej wycieczki

Wcześniej raptem raz zdarzyło mi się oprowadzać z pewnym znajomym międzynarodową grupę wolontariuszy po miejscach związanych m.in. z kulturą żydowską w Białymstoku. Tym razem miałem o wiele trudniejsze zadanie, a mianowicie oprowadzenia 16 - osobowej grupy młodzieży żydowskiej i polskiej, z nauczycielką z Izraela i dwiema nauczycielkami z Polski. Nie jestem ani wykwalifikowanym ani niewykwalifikowanym przewodnikiem, ani też gawędziarzem, wszelkie przemowy i wystąpienia publiczne bardziej mnie stresują niż sprawiają przyjemność. Szedłem na spotkanie pełen napięcia, niepewności, niepokoju, ale wszystkie te wątpliwości musiałem zostawić przed drzwiami liceum, w którym się umówiliśmy.

Pogoda zdecydowanie nie sprzyja spacerom, szaro, pochmurno, zimno, bez najmniejszego przebłysku słońca czy ciepła, nie mogący się zdecydować czy ma padać czy przestać deszcz. Ulicą Jurowiecką wkraczamy na teren dawnego getta, w miejscu, w którym stała kiedyś jedna z bodaj trzech bram getta, a którą w czasie powstania wjeżdżały niemieckie czołgi. Dalej zmierzamy w stronę ulicy Czystej, by pokazać gościom dom, w którym w getcie mieszkał Samuel Pisar - prawnik i ekonomista, doradca amerykańskich prezydentów, nominowany także do Nagrody Nobla. Kroczymy po bruku pamiętającym okropieństwa czasów pogardy, po prawej stronie część aryjska, po lewej domy będące już za zasiekami, po tej "gorszej" stronie. Z trudem między kocimi łbami, w brudnych kałużach odnajdujemy drewniane pozostałości bramy getta. Przechodnie przyglądają się nam ze zdumieniem, kierowcy z przejeżdżających samochodów także. Następnie kierujemy się w stronę cmentarza getta - obecnie plac Mordechaja Tenenbauma - dowodzącego w czasie powstania w białostockim getcie. Tu opowiadam historię pewnego Żyda uratowanego z białostockiego getta przez Polkę. Ów człowiek jako niemowlę został oddany przez swoich rodziców pewnej prostej kobiecie, Polce, która nie znała nawet tożsamości jego rodziców, a całą prawdę o jego pochodzeniu wyjawiła dopiero na łożu śmierci. Do dziś bezskutecznie próbuje poznać historię swoich rodziców i odtworzyć własną tożsamość. Z Placu Mordechaja Tenenbauma wyruszamy do jednej z trzech ocalałych synagog przy ulicy Waryńskiego, w której mieści się obecnie Galeria im. Ślendzińskich. Tuż obok niej uchowała się kamienica z końca XIX lub początku XX wieku. Przez otwartą żeliwną bramę wchodzimy na podwórze i tu jakbyśmy się przenieśli w czasie - naprzeciw nas wyrasta wysoki gmach dawnej szkoły żydowskiej, a z dwóch stron otaczają nas skrzydła owej kamienicy, nad nami wznoszą się drewniane galerie i balkony, wszystko wygląda tak, jak sto lat temu, i jak w czasach getta. Proponuję wejście na klatkę schodową, z góry po wąskich kamiennych schodach schodzą dwie mieszkanki kamienicy, które na wszelki wypadek pytamy o możliwość obejrzenia klatki. Wspinamy się po schodach na 3 kondygnację. W ciszy, powoli, by nikt nas nie usłyszał kontemplujemy wnętrza, które z pewnością wiele widziały i wiele pamiętają. Istna podróż w czasie!

Pogoda, ograniczony czas wycieczki nie sprzyjają głębszemu poznaniu jej uczestniczek, bo to grupa samych dziewcząt i nauczycielek, krótkie powierzchowne rozmowy, a chciałoby się w ciszy, spokoju, w cieple porozmawiać z każdą z osób. I z przesympatyczną Żydówką mieszkającą w kibucu, której rodzice pochodzą z Maroka i Hiszpanii, i z melancholijną blondynką o niebieskich oczach, która przypomina mi dziewczynę wielokrotnie widywaną już gdzieś w Białymstoku.

Opiekunka młodych Żydówek doskonale rozumie język polski, ale nie rozmawia w nim, nie pytam o powody, komunikujemy się w języku angielskim i rosyjskim. Dowiaduję się, że urodziła się we Lwowie. Sporo wie o Białymstoku, zwłaszcza o jego historii. Prosi bym mówił także o współczesnej rzeczywistości Polski, bym wytłumaczył, że napisy, które mijamy na ścianach nie są skierowane przeciw nim, i mamy szczęście, bo akurat pierwsze napotkane napisy i bazgroły na ścianach bloku - to swastyki i krzyże celtyckie na szubienicach, ale szczęście opuszcza nas tuż obok miejsca, w którym stał dom, w którym urodził się i spędził dzieciństwo Ludwik Zamenhof. Tu na ścianie jednej z kamienic Sara odnajduje gwiazdę Dawida na szubienicy. Zaczynam się tłumaczyć, że to też się zdarza, że nie sposób tego uniknąć, że tacy ludzie też są w Polsce, że to prawdziwy problem. Oboje też dochodzimy do wniosku, że nie można tego ukrywać i udawać, że się takich gwiazd Dawida na szubienicach nie widzi, że ich nie ma, że wszystko jest OK. Ale robi się i tak smutno.

Po drodze spotykamy jeszcze Świętego Mikołaja, dla dziewcząt z Izraela to rzadki widok i wielka atrakcja. Pytam młodego człowieka czy możemy z nim zrobić zdjęcie, ten się chętnie godzi.

Później już tylko chwila zadumy przy spalonej przez Niemców Wielkiej Synagodze, w której - w zależności od źródła - niemieccy żołnierze spalili żywcem od 1000 do 2000 Żydów.

wtorek, 29 lipca 2008

Powrót z Wilna. Poszukiwanie tożsamości

Ledwie cztery dni, Alytus, Troki, Wilno, Druskienniki. Słoneczny, upalny weekend na Litwie. Wyjazd za granicę, do miejsc, w których mogłem poczuć się jak u siebie. Bynajmniej nie w tym sensie, że Wilno to polskie miasto, bo to przecież bzdura, Wilno jest stolicą Litwy, i jest miastem litewskim, i tak powinno pozostać już na zawsze, ale Wilno to też miasto wielokulturowe, stanowiące dorobek Polaków, Litwinów, Białorusinów, Rusinów czy Rosjan, Żydów, Karaimów. Wilno jest mi duchowo dużo bliższe niż Warszawa, to prawdziwie europejskie miasto w promieniu kilkuset kilometrów od Białegostoku. To do Wilna jadę jak do duchowej stolicy, a do Warszawy, jedynie jako do miasta, w którym trzeba coś załatwić, podpisać umowę, odbyć szkolenie, czasem rozmowę w sprawie pracy. Ot taki duży ośrodek administracyjny, naukowy, kulturowy, który nie ma w sobie najmniejszej siły przyciągania, poza siłą pieniądza.

Wilno siłę przyciągania bez wątpienia ma, pojechałem tam ledwie 2 tygodnie temu, a już w najbliższy piątek znowu tam wracam. I wiem, że będę chciał wracać jeszcze wiele razy. Miasto, w którym można oddychać pełną piersią, płynnie przechodzić z języka polskiego na angielski, rosyjski, i pewnie jeszcze wiele innych, gdybym tylko te inne znał. I nie mam tu na myśli tylko i wyłącznie napotkanych turystów, ale przede wszystkim pytanych o drogę i wiele innych rzeczy wilnian.

Miasto na wzgórzach, tonące w zieleni, zalane słońcem, brodzące w deszczu, z błyskawicami i grzmotami rozrywającymi się gdzieś w ołowianym niebie. Cerkiew katedralna nosząca znamiona gruzińskiej architektury cerkiewnej, cerkiew tuż przy Ostrej Bramie, która użyczyła nam schronienia na czas straszliwej burzy, gdzie staliśmy skrępowani nie wiedząc jak się zachowywać w czasie liturgii, zmoknięci wyszliśmy na ciekawskich i przypadkowych turystów - podglądaczy, którzy schronili się jedynie przed deszczem, a przecież i tak mieliśmy do niej zajść, w celach bynajmniej nie utylitarnych.

Kościół przy Ostrej Bramie, i rozbrzmiewający nad nami niebiański dziewczęcy głos, wydobywający się gdzieś z ukrycia, nie mogliśmy się dopatrzeć wykonawczyni pięknej pieśni w języku litewskim. Głos magnetyczny, który nie pozwalał nam wyjść z chłodnego wnętrza w czasie, gdy na zewnątrz lał się żar z nieba, a przecież znowuż nie przyszliśmy do kościoła, by szukać w nim schronienia.

Popiersia Gaona z Wilna w nocnym mieście, odkrywamy je o pierwszej w nocy, wśród ocalałych kamieniczek i wąskich uliczek żydowskiej niegdyś pewnie części miasta. Tylko z lewej wynurza się jakby posowiecka budowla, ale jest noc, więc słabo ją widać.

Trójkątny rynek, we wschodniej pierzei dawny hotel, w którym kiedyś zatrzymał się Dostojewski, z wmurowaną weń tablicą upamiętniającą ten pobyt.

Tablica poświęcona Konstantemu Kalinowskiemu - polsko - białoruskiemu bohaterowi; tablica poświęcona polskiemu chłopakowi - uczniowi gimnazjum, który w czasie powodzi w bodaj 1938 roku uratował żydowskie dziecko z rwącej wody, a sam został porwany przez wezbraną rzekę, która nie oddała go już żywym. Przy tej tablicy, jakbym doznał olśnienia, to przecież esencja ducha, którego być może podświadomie próbowała przekazać mi babcia, a później mama, obie pochodzące hen z kresów za Wilnem.

- Często pytałam mamę skąd wiedziała, że jesteśmy Polakami - tak opowiadała mi z kolei moja mama o babci, gdy ta barwnie rozprawiała o tym, jak biegła witać w roku 1920 polskich ułanów zajmujących Wileńszczyznę. Odpowiedź brzmiała mniej więcej tak: - To oczywiste, od moich rodziców.

Co było oczywiste dla mojej babci, dla mnie już takim oczywistym nie jest. Czy można było zachować czystość etniczną na Kresach?

Pamiętam jeszcze z roku 1988, miałem 12 lat, pojechaliśmy po raz pierwszy - i jak na razie wciąż ostatni - w odwiedziny do rodziny na Białorusi, udało nam się też na kilka godzin wpaść do Wilna, gdzie matka chrzestna mojej mamy zapaliła świeczkę na prośbę swego męża - wyznawcy prawosławia; w cerkwi, która podczas mojego ostatniego pobytu przed 2 tygodniami udzieliła nam w czasie burzy schronienia.

Ten duch Kresów sprawia, że odczuwam taką samą więź z Litwinem, Białorusinem, Żydem, Tatarem, Karaimem, jak z Polakiem, a może z tymi pozostałymi, tj. niepolakami więź jeszcze silniejszą...

CDN

czwartek, 15 maja 2008

Rodzinna historia o polsko - żydowskich relacjach

Są takie wydarzenia, opowieści, które zapisują się w świadomości człowieka i kształtują jego postawy już na całe życie. Do dziś pamiętam historię opowiedzianą mi przez mamę dobrych kilkanaście lat temu. Dotyczyła ona jeszcze czasów przedwojennych, a choć mama urodziła się w czasie wojny, znała ją od swojej mamy. Rzecz działa się bodaj w roku 1938 czy 1939 w Warszawie, bo choć cała rodzina ze strony mamy wywodziła się z okolic Postaw i Głębokiego, to dziadek postanowił kupić dom w Warszawie. Dziadek, tj. tata mojej mamy był sprawnym gospodarzem, miał ogromny sad, z którego owoce wysyłał nawet do stolicy. To mieszkanie w warszawskiej kamienicy dziadkowie nabyli być może z myślą o swoich dzieciach, wnukach, prawnukach; zastanawia też dlaczego wybór nie padł na Wilno? Ale dziś już odpowiedzi na te pytania niestety nie poznamy. Zdarzało się czasem, że babcia pomieszkiwała w tym warszawskim mieszkaniu razem ze swoim synkiem, przyszłym bratem mojej nienarodzonej jeszcze mamy.

Któregoś razu podczas jednego z takich pobytów do drzwi mieszkania w warszawskiej kamienicy ktoś zastukał. Babcia byłą święcie przekonana, że to pewna uboga sąsiadka, która choć przychodziło jej to z trudem, to jednak czasem zdobywała się na odwagę i prosiła o pożyczenie zapałek. Tym razem jednak była to inna sąsiadka, mieszkająca w kamienicy Żydówka. Nie wiem czy w owej kamienicy mieszkało kilka czy tylko jedna rodzina żydowska, ale z opowieści należałoby wyciągnąć wniosek, że większość stanowiły jednak rodziny polskie.

Żydówka stała w drzwiach zapłakana, była kobietą cichą, nieśmiałą, lękliwą i bardzo poczciwą, babcia ją szalenie lubiła i szanowała. Owa kobieta, której imienia nie poznam już pewnie nigdy, która z dużym prawdopodobieństwem podzieliła los większości swoich rodaków w czasie wojny, choć miejmy nadzieję, że może jednak jacyś dobrzy Polacy pomogli jej przeżyć ten czas pogardy; przyszła do babci, by prosić ją o zwrócenie uwagi swemu synkowi, by ten razem ze swoimi kolegami nie dokuczał i nie bił jej synka (na imię miał chyba Szymek). Babci zrobiło się ogromnie wstyd i przykro, żal jej było tej dobrej kobiety i jej kilkuletniego synka, który próbował dołączyć się do zabaw swoich polskich kolegów, ale ci najwyraźniej nie mieli ochoty na przyjmowanie go do swojej paczki.

- Pani Szpakowa, niech pani porozmawia ze swoim synkiem, by nie bił mego Szymusia. - takie mniej więcej słowa miała wypowiedzieć zapłakana matka.

Babcia była nie tylko zasmucona i zawstydzona, ale także zła na swego pierworodnego, w rodzinie nie było żadnych antysemickich tradycji, żadnych antysemickich wybryków. W Adamowcach, w których po wyjściu za mąż mieszkała babcia ludzie byli przyzwyczajeni do tego, że w nieodległej wiosce mieszkali Tatarzy, gdzieś troszkę dalej Litwini, tuż za miedzą Łotysze, nieco bliżej prawosławni, a więc pewnie Białorusini, w miasteczkach spotykało się Żydów. Nie było czasu i nie było miejsca na pogardę wobec osób innej narodowości, innej religii, innego języka. Tak więc, choć babcia była osobą o łagodnym usposobieniu i raczej skłonną do wybaczania, to tego wydarzenia nie mogła ot tak po prostu puścić w niepamięć. Jej synek, choć wówczas jeszcze jedynak, oczko w głowie mamusi, 6 może 7 - letni smyk dostał tęgie lanie, gdy wrócił do domu, a historia ta jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, jako ważna bądź co bądź nauka.

Mama opowiedziała mi ją po raz pierwszy, gdy byłem jeszcze uczniem szkoły podstawowej, nie pamiętam ile mogłem mieć lat, i w której mogłem być klasie. Pamiętam natomiast, że gdy mama mi ją opowiadała żywo sobie wyobrażałem wszystkie obrazy z tej opowieści. Widziałem kilkukondygnacyjną kamienicę z podwórkiem studnią, biegające po podwórku i wydzierające się wniebogłosy dzieciaki, grupkę urwisów, która przypiera do ściany zapłakanego Szymka i małymi piąstkami okłada go po brzuchu i po głowie, a później z wilgotnymi zlęknionymi oczami Żydówkę, która z wielkim trudem przemogła strach, ból i wstyd i przyszła prosić babcię o pomoc.

Można powiedzieć łzawa, sentymentalna historia, ale to właśnie przede wszystkim ona dużo bardziej niż przeczytane później książki, artykuły, obejrzane filmy, wysłuchane audycje ukształtowała moje postrzeganie świata. I szalenie się cieszę, że miałem taką babcię.

czwartek, 24 stycznia 2008

O pysze narodowej i samobiczowaniu

Popadanie w skrajności wydaje się być naszą narodową specjalizacją. Każde dotknięcie bolesnej części naszej przeszłości sprawia, że zamiast rzeczowej i spokojnej dyskusji, prób dochodzenia do porozumienia dzielimy się na wrogie obozy, które skaczą sobie do gardeł. I zazwyczaj nie ma miejsca na środek, bo przecież rzecz idzie o imponderabilia. To zresztą sprawa nie tylko odległej przeszłości, ale także tej całkiem niedawnej. Tak więc, by nie sięgać daleko - w październiku 2007 r. zamiast wyborów parlamentarnych mieliśmy Armagedon, w którym starły się siły dobra i zła (dobro i zło zależne od punktu widzenia).

Natomiast kilka tygodni temu pewne renomowane wydawnictwo wydało książkę mającą w zamierzeniu jej autora i owego wydawnictwa wywołać ogólnonarodową debatę, a jak się okazało wywołała jedynie chaotyczną i krwawą kłótnię, która wątpliwe by się jakimkolwiek porozumieniem zakończyła. Póki co obie strony się okopały na swoich pozycjach, umacniają się na nich i pokrzykują do siebie z oddali.

To wszystko zaczyna mi przypominać pewne dwie skrajne postawy, z których jedna jest charakterystyczna dla pogranicza, na którym mieszkam, a druga usiłuje się tu przebić z kaganek oświaty niosącego dla ciemnego ludu centrum i południa Polski.

Ta pierwsza jeszcze nie tak całkiem dawno próbowała mi wmawiać, że mój bliźni władający białoruską mową lub chadzający zamiast do kościoła do cerkwi, to "kacap", "ruski", "naród chłopski", słowem bliźni, owszem, ale gorszego sortu.

Ta druga zaś sugeruje mi, że z racji tego kim jestem żywię chroniczną niechęć do pewnego narodu.

Co do tej pierwszej, to zawsze mam w pamięci ważne słowa, które uczyniły mnie odpornym na jej argumenty:

"Archidiecezję w Białymstoku zamieszkują także nasi bracia prawosławni. Szukajmy zawsze tego, co łączy, spotykajmy się w duchu ekumenicznym, módlmy się wspólnie."

albo

"Bolesne doświadczenia żyją nadal w pamięci zbiorowej. W niej tkwią również głębokie korzenie nieufności, wciąż jeszcze nie przezwyciężonej. Wszyscy dźwigamy brzemię historycznych win, wszyscy popełniamy błędy. (...) Gdziekolwiek zaistniała krzywda, niezależnie po której stronie należy ją przezwyciężyć przez uznanie własnej winy przed Bogiem i przebaczenie. (...) Pomni na słowa Modlitwy Pańskiej: odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, w duchu wzajemnego pojednania, wybaczmy sobie nawzajem doznane w przeszłości krzywdy po to, aby w nowy, prawdziwie ewangeliczny sposób kształtować nasze wzajemne stosunki, i tworzyć lepsze jutro Kościołów pojednanych."

Odpowiedź na pytanie kto jest autorem owych słów pozostawiam domyślności Czytelnika, dodam tylko, że zostały one skierowane do mieszkańców tego właśnie pogranicza w czerwcu 1991 r. I na nic się tu zdadzą pokrzykiwania i pohukiwania tych, którzy by chcieli by było inaczej.

Co do tej drugiej postawy, to muszę przyznać, że owa wmawiana mi niechęć jest mi i moim bliższym i dalszym znajomym całkowicie obca. Antysemityzm postrzegam przez niedawny wybryk kilku troglodytów, którzy zbezcześcili cmentarz żydowski w Białymstoku, ale którzy dzięki współpracy mieszkańców miasta z policją po kilku dniach zostali schwytani, a ich zdjęcia opublikowano w Internecie. Nie chcę przez to bagatelizować problemu, czy powiedzieć, że go nie ma. Pewnie jest, ale nie w takich proporcjach, w jakich usiłuje się go przedstawić. Relacje polsko - żydowskie postrzegam natomiast przez pryzmat działalności wielu ludzi - np. pewnego stowarzyszenia, które prężnie organizuje wykłady poświęcone historii i kulturze Żydów na Podlasiu, pokazy filmów, wycieczki (piesze, rowerowe, samochodowe) do miejsc związanych z kulturą żydowską, tatarską, białoruską, w których uczestniczą setki ludzi w różnym wieku. To wreszcie setki młodych ludzi porządkujących co roku cmentarz żydowski, to mieszkańcy Tykocina, którzy jeszcze niedawno prowadzili pod okiem pani dyrektor muzeum w synagodze teatr odgrywający sceny z życia tykocińskich Żydów.

Słowem, we wszystkim warto znać umiar. A jeśli ktoś lubi kwasić się w którymś w dwóch wyżej wymienionych sosów to jego sprawa, nic mi do tego.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...