Wcześniej raptem raz zdarzyło mi się oprowadzać z pewnym znajomym międzynarodową grupę wolontariuszy po miejscach związanych m.in. z kulturą żydowską w Białymstoku. Tym razem miałem o wiele trudniejsze zadanie, a mianowicie oprowadzenia 16 - osobowej grupy młodzieży żydowskiej i polskiej, z nauczycielką z Izraela i dwiema nauczycielkami z Polski. Nie jestem ani wykwalifikowanym ani niewykwalifikowanym przewodnikiem, ani też gawędziarzem, wszelkie przemowy i wystąpienia publiczne bardziej mnie stresują niż sprawiają przyjemność. Szedłem na spotkanie pełen napięcia, niepewności, niepokoju, ale wszystkie te wątpliwości musiałem zostawić przed drzwiami liceum, w którym się umówiliśmy.
Pogoda zdecydowanie nie sprzyja spacerom, szaro, pochmurno, zimno, bez najmniejszego przebłysku słońca czy ciepła, nie mogący się zdecydować czy ma padać czy przestać deszcz. Ulicą Jurowiecką wkraczamy na teren dawnego getta, w miejscu, w którym stała kiedyś jedna z bodaj trzech bram getta, a którą w czasie powstania wjeżdżały niemieckie czołgi. Dalej zmierzamy w stronę ulicy Czystej, by pokazać gościom dom, w którym w getcie mieszkał Samuel Pisar - prawnik i ekonomista, doradca amerykańskich prezydentów, nominowany także do Nagrody Nobla. Kroczymy po bruku pamiętającym okropieństwa czasów pogardy, po prawej stronie część aryjska, po lewej domy będące już za zasiekami, po tej "gorszej" stronie. Z trudem między kocimi łbami, w brudnych kałużach odnajdujemy drewniane pozostałości bramy getta. Przechodnie przyglądają się nam ze zdumieniem, kierowcy z przejeżdżających samochodów także. Następnie kierujemy się w stronę cmentarza getta - obecnie plac Mordechaja Tenenbauma - dowodzącego w czasie powstania w białostockim getcie. Tu opowiadam historię pewnego Żyda uratowanego z białostockiego getta przez Polkę. Ów człowiek jako niemowlę został oddany przez swoich rodziców pewnej prostej kobiecie, Polce, która nie znała nawet tożsamości jego rodziców, a całą prawdę o jego pochodzeniu wyjawiła dopiero na łożu śmierci. Do dziś bezskutecznie próbuje poznać historię swoich rodziców i odtworzyć własną tożsamość. Z Placu Mordechaja Tenenbauma wyruszamy do jednej z trzech ocalałych synagog przy ulicy Waryńskiego, w której mieści się obecnie Galeria im. Ślendzińskich. Tuż obok niej uchowała się kamienica z końca XIX lub początku XX wieku. Przez otwartą żeliwną bramę wchodzimy na podwórze i tu jakbyśmy się przenieśli w czasie - naprzeciw nas wyrasta wysoki gmach dawnej szkoły żydowskiej, a z dwóch stron otaczają nas skrzydła owej kamienicy, nad nami wznoszą się drewniane galerie i balkony, wszystko wygląda tak, jak sto lat temu, i jak w czasach getta. Proponuję wejście na klatkę schodową, z góry po wąskich kamiennych schodach schodzą dwie mieszkanki kamienicy, które na wszelki wypadek pytamy o możliwość obejrzenia klatki. Wspinamy się po schodach na 3 kondygnację. W ciszy, powoli, by nikt nas nie usłyszał kontemplujemy wnętrza, które z pewnością wiele widziały i wiele pamiętają. Istna podróż w czasie!
Pogoda, ograniczony czas wycieczki nie sprzyjają głębszemu poznaniu jej uczestniczek, bo to grupa samych dziewcząt i nauczycielek, krótkie powierzchowne rozmowy, a chciałoby się w ciszy, spokoju, w cieple porozmawiać z każdą z osób. I z przesympatyczną Żydówką mieszkającą w kibucu, której rodzice pochodzą z Maroka i Hiszpanii, i z melancholijną blondynką o niebieskich oczach, która przypomina mi dziewczynę wielokrotnie widywaną już gdzieś w Białymstoku.
Opiekunka młodych Żydówek doskonale rozumie język polski, ale nie rozmawia w nim, nie pytam o powody, komunikujemy się w języku angielskim i rosyjskim. Dowiaduję się, że urodziła się we Lwowie. Sporo wie o Białymstoku, zwłaszcza o jego historii. Prosi bym mówił także o współczesnej rzeczywistości Polski, bym wytłumaczył, że napisy, które mijamy na ścianach nie są skierowane przeciw nim, i mamy szczęście, bo akurat pierwsze napotkane napisy i bazgroły na ścianach bloku - to swastyki i krzyże celtyckie na szubienicach, ale szczęście opuszcza nas tuż obok miejsca, w którym stał dom, w którym urodził się i spędził dzieciństwo Ludwik Zamenhof. Tu na ścianie jednej z kamienic Sara odnajduje gwiazdę Dawida na szubienicy. Zaczynam się tłumaczyć, że to też się zdarza, że nie sposób tego uniknąć, że tacy ludzie też są w Polsce, że to prawdziwy problem. Oboje też dochodzimy do wniosku, że nie można tego ukrywać i udawać, że się takich gwiazd Dawida na szubienicach nie widzi, że ich nie ma, że wszystko jest OK. Ale robi się i tak smutno.
Po drodze spotykamy jeszcze Świętego Mikołaja, dla dziewcząt z Izraela to rzadki widok i wielka atrakcja. Pytam młodego człowieka czy możemy z nim zrobić zdjęcie, ten się chętnie godzi.
Później już tylko chwila zadumy przy spalonej przez Niemców Wielkiej Synagodze, w której - w zależności od źródła - niemieccy żołnierze spalili żywcem od 1000 do 2000 Żydów.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ludwik Zamenhof. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ludwik Zamenhof. Pokaż wszystkie posty
sobota, 6 grudnia 2008
sobota, 28 czerwca 2008
Odchodzący Białystok
Z głośnym hukiem ruszyła kampania promocyjna Białegostoku pod nazwą "Wschodzący Białystok". Widziałem już i czytałem w ubiegłym tygodniu 8 - stronicową wkładkę do "Rzeczpospolitej" o takim tytule zawierającą kilka artykułów prezentujących wizerunek miasta. Prawdę mówiąc byłem rozczarowany, myślałem, że będzie to kampania przeprowadzona z rozmachem, a tymczasem teksty zawarte w owej wkładce przypominały notki z przeciętnej broszurki - puste, okrągłe, gładkie zdania, sporo frazesów, trochę pijarowskiej i unijnej nowomowy, słowem forma niewypełniona treścią. Pomysł promowania miasta jest dobry, ale z pewnością najpierw białostoczanie muszą sami zdecydować jak postrzegają swoje miasto, jaka jest jego prawdziwa, pogłębiona tożsamość. Nie wystarczą same fotki murala z bloku przy Zamenhofa, krótki artykulik o twórcy Esperanto, długi opis dokonań grup tanecznych, wywiad z dyrektorem Teatru Lalek, informacja o powstaniu na obrzeżach Białegostoku podstrefy Suwalskiej Strefy Ekonomicznej i prezentacja projektu nowej opery. Zgrabne formułki o wielokulturowości obecnej i przeszłej miasta także nie wystarczą, jeśli białostoczanie nie udowodnią, że ta wielokulturowość jest rzeczywistym powodem ich dumy. A pisanie o tym, że Zamenhof był Polakiem większego sensu nie ma, Ludwik Zamenhof był przede wszystkim Żydem i albo jesteśmy z niego dumni, jako z Żyda, albo nie czyńmy z niego na siłę Polaka, by stał się bardziej akceptowalny dla białostoczan.
Nie warto też zacierać śladów dawnego Białegostoku. To było miasto kosmopolityczne, przez znaczną część wieku XIX bardziej żydowskie niż Polskie, na pewnym etapie jego dziejów Żydzi stanowili nawet 70% mieszkańców. Polaków w tym czasie było niewiele więcej niż Rosjan czy Białorusinów, a do tego dochodzili jeszcze Niemcy, z czasem doszlusowali także Tatarzy. Wreszcie było to miasto - jak pisała w swoich dziennikach Maria Dąbrowska, będąca tu swego czasu przejazdem - zwyczajnie brzydkie, przemysłowe, szare, brudne, z wieloma błotnistymi ulicami, raczej nieprzyjazne. Najwyraźniej pisarka musiała trafić tu jesienią bądź wczesną wiosną i nie miała okazji zobaczyć pięknych wiosennych, letnich czy wczesnojesiennych bujnych, soczystych ogrodów, czy to zielonych czy mieniących się czerwienią, żółcią, brązem, ogrodów wielkich, w których można się zgubić, przysłaniających brud i nędzę robotniczego miasta, ubogich drewnianych chatynek, surowych czerwonoceglanych czynszówek, ogrodów ponad którymi niespodziewanie wyrastały kominy fabryczne. To w końcu te ogrody musiały zainspirować Tuwima, kiedy pisał o białostockich malwach.
Już niewiele nam pozostało z tych ogrodów, szpetnych czynszówek, ubogich drewnianych domków z dwuspadowymi dachami, a ich losem wydaje się nikt nie przejmować. Na pierwszy rzut oka nie są piękne, nie są interesujące, architektonicznie czy estetycznie nie przedstawiają większej wartości, ale to właśnie one przywołują atmosferę dawnego wielokulturowego miasta, to one pobudzają wyobraźnię, to może za ich sprawą doczekamy się kiedyś, jakiegoś dzieła literackiego, którego twórca przepuściwszy przez filtr swojej wyobraźni dostępne mu obrazy miasta, odtworzy jego dawny klimat wierszem czy prozą i powstanie coś na miarę "Polskich kwiatów" Tuwima.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...