Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia Białegostoku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia Białegostoku. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 stycznia 2024

W świecie dorosłych - wspomnienia (część 7)

Jakby tych strachów, cierpień było mało dla kilkuletniej dziewcznyki, doznanych jeszcze na Wileńszczyźnie, w czasie ucieczki na fałszywych dokumentach z Wileńszczyzny, poprzez Kraków do Białegostoku, Florcia będąc już uczennicą szkoły podstawowej numer 5 w Białymstoku, częstokroć zdana tylko na siebie, musiała w przyspieszonym tempie uczyć się też reguł panujących w świecie dorosłych. Półsierota, z mamą pracującą w fabryce na zmiany, w tym często na zmianie nocnej, z bratem, który dość wcześnie wyruszył w wielki świat w poszukiwaniu pracy i szczęścia rodzinnego, Florcia, tak jak zresztą wiele innych dzieci urodzonych tuż przed wybuchem wojny lub w jej trakcie, zmuszona była przejść szkołę prawdziwego, twardego życia, w którym to co słuszne, dobre, sprawiedliwe przeplatało się z okrucieństwem, obojętnością, interesownością.

Każda chwila spędzona z mamą była na wagę złota, wspólny spacer choćby ulicą Sienkiewicza, gdzie dziewczynka spotykała mamę wracającą z fabryki przy ulicy Włókienniczej, wyprawa po pachnący chleb do braciszków na ulicę Słonimską czy przeprawa przez śnieżne zaspy na pasterkę do Fary. Mała Florcia - jak będzie o tym często opowiadać sama będąc już matką - uważała swoją mamę za osobę najmądrzejszą na świecie, mimo, że nie potrafiła pisać, że przed wojną pracowała jako gospodyni w gospodarstwie w małej wsi Adamwoce na Wileńszczyznie, a w czasie pobytu w Warszawie jako służąca na przyjęciach u hrabiny Zabiełło, zaś po wojnie w Białymstoku jako robotnica w jednej z włókienniczych fabryk, taką mądrością życiową, ewangeliczną. Skromne robotnicze zaraboki samotnej matki nie zawsze były wystarczające, by utrzymać dwójkę dzieci, trzeba się było imać dodatkowych zajęć, takich jak pranie, prasowanie na zlecenie majętnych pań. Któregoś razu Florcia wybrała się z mamą do jednej z takich kobiet, mieszkającej przy ulicy Świętojańskiej, by oddać wypraną i wyprasowaną pościel. Kobieta jeszcze w drzwiach przejrzała przyniesione prześcieradła i uznała, że są niedokładnie wyprasowane, skrzyczała Genowefę w obecności jej małej córeczki i nie zapłaciwszy zatrzasnęła drzwi. Genowefie mimowolnie popłynęły łzy po policzkach, które dziecko widziało doskonale. Nie udało się zdobyć pieniędzy na nowe zimowe buty dla córki. Pozostawało udanie się z prośbą do kuzynki, by pożyczyć brakujące 20 złotych. Jednakże i tu nie spotkała się z życzliwym przyjęciem, bowiem kuzynka stwierdziła, że dać 20 złotych to ona nie może, a pożyczyć też nie - Bo kiedy ty mi oddasz? O daniu nawet mowy nie było, a gorzkie słowa zapadły głęboko w pamięć dziewczynce. Ale jest też podobno tak, że tam gdzie człowiek zamyka drzwi, to Bóg otwiera okna (autorska parafraza). Całej tej rozmowie przysłuchiwał się niejaki pan Mularonek, któremu najwyraźniej było żal i upokorzonej już wystarczająco kobiety i zasmuconego dziecka, które było świadkiem dwóch tak intensywnie przykrych zdarzeń jednego wieczoru. Gdy kuzynka wyszła z pomieszczenia, w którym rozegrała się opisana scena, pan Mularonek wyciągnął z marynarki owe 20 złotych i powiedział - Oddasz, kiedy będziesz miała. Tego gestu i nazwiska dobroczyńcy Florcia nie zapomni do końca życia.

Ale okolice ulicy Świętojańskiej to nie tylko bolesne wspomnienia. Wiecznie chorująca Florcia, wątła, z anemią, miała któregoś razu wizytę w gabinecie u profesora Hassmana - chirurga, laryngologa, którego wspominała jako człowieka mającego wspaniałe podejście do dzieci. Profesor Hassman miał wykonać zabieg przycięcia migdałków, i gdy Florcia zobaczyła skalpel w dłoni mężczyzny wpadła w panikę, lecz lekarz cierpliwie i spokojnym głosem przekonał ją, że nie będzie nic bolesnego wykonywał, że to tylko badanie, które potrwa chwilę i w mgnieniu oka wprawną reką przeciął rzeczone migdałki tak, że dziecko nawet nie zdążyło poczuć bólu. Nie jestem w stanie zweryfikować tej historii, ale najprawdopodobniej profesor Hassman, będąc pochodzenia żydowskiego przetrwał wojnę i jeszcze w czasie jej trwania zobowiązał się, że jeśli przeżyje, to przejdzie na katolicyzm. I tak się też miało stać.

CDN

niedziela, 14 stycznia 2024

Bojary, Fabryczna, Wąska - wspomnienia (część 6)

Po chleb chodziło się do braciszków przy ulicy Słonimskiej, w ich kaplicy można też było uczestniczyć we mszach i nabożeństwach. Piekarnię i sklep z pieczywem prowadzili zakonnicy z bezhabitowego Zgromadzenia Braci Sług Maryi Niepokalanej. W latach 1945 - 1961 w budynku do nich należącym mieściło się też Archidiecezjalne Wyższe Seminarium Duchowne, w którym wykładał między innymi ks. Michał Sopoćko, mieszkający wówczas nieodpodal, bo na ulicy Złotej, w drewnianym piętrowym domu istniejącym po dziś dzień. Kilkuletnia Florcia najbardziej zapamiętała spacery z ulicy Fabrycznej przez Bojary, ich rolzegłe zielone ogrody, zwłaszcza wzdłuż ulicy Orlej, na której już pachniało chlebem. Nie było wówczas większego szczęścia niż choćby krótka wyprawa z mamą czy to po chleb do braciszków, czy na mszę, każda chwila spędzona z mamą była na wagę złota, często bowiem trzeba było się mierzyć z samotnością, gdy mama pracowała w fabryce w dzień czy na nocnej zmianie, a brat hulał gdzieś z kolegami, by później dość szybko opuścić Białystok na dobre. Ulica Orla była też doskonałym miejscem do zjeżdżania na sankach. Od ulicy Kraszewskiej pnie się łagodnie pod górę, a od Kraszewskiego w dół w stronę Sobieskiego wiedzie krótka ulica Próżna. Zjeżdżając zatem na sankach, przy dość prostym manewrze, można była zjechać ze szczytu górki na Orlej, poprzez Próżną aż do samej ulicy Sobieskiego. Przy ulicy Łąkowej w miejscu, w którym dziś znajduje się przedszkole stała wypalona kamienica, stanowiąca oczywiście doskonałe miejsce do dziecięcych zabaw. Druga kamienica poważnie uszkodzona w czasie bombardowania znajdowała się przy ulicy Jagienki, między Wąską a Fabryczną. Ona była o tyle ciekawsza, że w pewnym miejscu schody się urywały i trzeba było nie lada zręczności, by wspiąć się wyżej. Gdzieś w tej okolicy stał jeszcze betonowy poniemiecki bunkier, który z czasem został zburzony. Nieopodal mieszkała też koleżanka Florci, która pewnego razu pod nieobecność swoich rodziców zaprosiła zaprzyjaźnione dzieci na zabawę w jej mieszkaniu. W pewnym momencie w tajemnicy zaprowadziła je do pokoju taty, wydobyła z szafy jakieś pudło, w którym po otwarciu pokrywy oczom już nieco wystraszonych dzieciaków pokazał się mundur, czapka, a następnie pistolet. Okazało się, że tata owej koleżanki pracował w pobliskiej Komendzie Wojewódzkiej w UB. A były to czasy, gdy podziemie organizowało zamachy na działaczy partyjnych i funkcjonariuszy UB - kilka z nich miało też miejsce w okolicy ulicy Fabrycznej.

Miały też dzieci swoje legendy. Przyjaciółka mamy - Bożenka Brysiewicz, której tata znał doskonale historię Białegostoku i oprowadzał okoliczne dzieciaki po miejcach związanych z historią miasta, snując arcyciekawe o nich opowieści, opowiedziała historię z czasów jego z kolei dzieciństwa - o Tamarce. Pan Jan Brysiewicz będąc jeszcze dzieckiem i mieszkając przy ulicy Wąskiej tuż przy torach, wraz z innymi dziećmi często bawił się na torowisku linii kolejowej z Białegostoku do Baranowicz. W czasie jednej z takich ryzykownych zabaw, nie wszystkie dzieci zdążyły zbiec z torów przed nadjeżdżającym pociągiem. Tamarka z jakichś przyczyn nie zdążyła uciec z i została śmiertelnie potrącona przez nadjeżdżającą lokomotywę. W tym miejscu dzieci już nigdy więcej nie miały odwagi wejść na tory, ale nie zaprzestały zabaw wzdłuż nasypu kolejowego. I kilkukrotnie dokładnie w miejscu, w którym zginęła, miała im się pokazywać Tamarka. Gdy dzieci ją zauważały, biegły do niej, wołały, lecz ona rozpływała się w powietrzu.

Dzieciństwo jest też czasem pełnym niezwykłych zdarzeń, nawet pewnej cudowności, która w dorosłości już się nie pojawia, a jeśli się pojawia to już nie z taką częstotliwością. Droga Florci do szkoły wiodła przez ulicę Łąkową i Starobojarską. Któregoś razu, nie mając odrobionej pracy domowej z matematyki - niestety brat już był w dalekim świecie, a mama zapewne pomóc nie potrafiła czy była w pracy - dziewczynka snuła się smutna jak cień w miejscu, w którym dziś znajduje się posesja hospicjum, wspięła się na pozostałości schronu i nie wiedziała, co ma ze sobą począć. Zauważyła ją wówczas jakaś kobieta w średnim wieku, zainteresowała się smutnym dzieckiem, podeszła i zapytała dlaczego się tak smuci. Mała Florcia opdpowiedziała, że boi się iść do szkoły, ponieważ nie ma odrobionej pracy domowej z matematyki. Owa niby przypadkowo napotkana kobieta pochyliła się i zaczęła dziecku tłumaczyć, że mimo wszystko powinna pójść do szkoły, podejść do pani od matematyki i wyjaśnić, że nie potrafiła odrobić lekcji samodzielnie, nie miał też jej kto pomóc, a odpisywać od kogoś nie chciała, a poza tym może być tak, że pani od matematyki dziś zwyczajnie nie będzie. Zachęcona taką przemową dziewczynka poszła więc do szkoły i jakież było jej zdumienie, gdy okazało się, że pani od matematyki tego dnia rzeczywiście była nieobecna. A na przyszłość dziecko wiedziało już jak ma postąpić. Innym razem, w czasie zamieci śnieżnej przechodząc przez dzisiejszy Plac Wyzwolenia przy Komendzie Wojewódzkiej, mała Florcia zaczęła się dusić idąc pod silnie wiejący wiatr, nie mogła złapać tchu, i w tym momencie - na pustym przed chwilą placu - podbiegła do niej kobieta, która odwróciłą dziecko plecami do wiatru i wytłumaczyła, że w czasie takich zamieci trzeba się natychmiast odwrócić. Rzecz błaha, ale dla małego dziecka wcale nie taka oczywista. Na pewno zaskakuje empatia tych dwóch kobiet, zainteresowanie losem małego samotnie wędrującego dziecka, nie przeszły obojętnie obok, ale przyszły dziewczynce z pomocą.

Z ulicy Sienkieiwcza mama wspominała pewne żydowskie rodzeństwo - dwie siostry i brata, jedna z sióśtr była najstarsza, druga najmłodsza, a brat był tym średnim. Wszyscy okoliczni mieszkańcy wiedzieli, że dzieci są żydowskiego pochodzenia, że zostały sierotami i przetrwały wojnę po aryjskiej stronie, prawdopodobnie mieszkając w tym samym miejscu, w którym mieszkały po wojnie - to jest w drewnianym domu przy ulicy Sienkiewicza właśnie, mniej wiecej naprzeciw obecnego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Później w latach 50-tych dzieci wyjechały najpewniej do Izraela. Żydowska rodzina mieszkała też przy ulicy Sienkiewicza, niedaleko Złotej, również w drewnianym domu z wielkim ogrodem ciągnącym się do ulicy Łąkowej, ojciec rodziny miał bryczkę i z tego utrzymywał rodzinę, i oni także zniknęli w latach 50-tych.

CDN

sobota, 13 stycznia 2024

Z Fabrycznej na Sienkiewicza - wspomnienia (część 5)

Ponieważ dom na Fabrycznej groził runięciem, Genowefa z dziećmi otrzymała izdebkę w innym drewnianym domu, który zawaleniem groził już tylko nieco mniej, tym razem przy ulicy Sienkiewicza - dziś w tym miejscu jest skwer im. doc. Włodzimierza Zankiewicza, w tej jego części od strony ulicy Fabrycznej - a więc nie była to daleka przeprowadzka. Genowefa nadal pracowała w fabryce przy ulicy Włókienniczej. Mała Florcia codziennie wychodziła mamie na spotkanie, idąc ulicą Sienkiewicza w stronę centrm - ich drogi stykały się na wysokości dzisiejszych "Trzech kłosów". Starszy brat Florci - Oswald - niespokojny duch, twierdził, że w Białymstoku było mu za ciasno, że jest to istny koniec świata, zaczął więc swoje wędrówki po wielkim świecie, zahaczył w pewnym momencie o Służbę Polsce, pracował przy budowie Nowej Huty, dostał się nawet do szkoły lotniczej w Dęblinie. Florcia natomiast rozpoczęła edukację w szkole podstawowej numer 5 w Białymstoku - dziś w tym budynku mieści się oddział NFZ przy ulicy Pałacowej, w dość ciekawej architektonicznie kamienicy z czerwonej cegły, później w Technikum Ekonomicznym przy ul. Warszawskiej - obecnie siedzibę ma tu Wydział Ekonomii Uniwersytetu w Białymstoku.

Oswaldek zanim jeszcze opuścił Białystok, wplątał się w sprawę, która mogła się naprawdę źle dla niego skończyć. W magazynach niedaleko Dworca Fabrycznego (dawanego Poleskiego) wraz z kolegami znalazł pistolet - wcześniej były tam magazyny wojskowe. Ktoś doniósł o tym stosownym władzom. Kilkunastoletni chłopcy zostali zatrzymani w komisariacie przy ul. Sobieskiego 2 - kamienica ta istnieje do dziś. Szczęśliwym trafem zostali dość szybko wypuszczeni.

Chłopaki z Fabrycznej wchodzili w konflikt z prawem także w inny sposób. W pobliżu ulicy Fabrycznej, Wąskiej i Sienkiewicza przebiegały tory dawnej linii kolejowej Białystok - Wołkowysk - Baranowicze, która została otwarta 5 grudnia 1886 r. i zapewniała transport towarów wytworzonych w białostockich fabrykach włókienniczych do Moskwy i dalej w głąb Cesarstwa Rosyjskiego. Wskakiwali na przejędżające w tym miejscu wyjątkowo wolno składy pociągów przewążących węgiel na wschód i wyrzucali bryły węgla, które następnie zbierali i zanosili do swoich domów. Był to proceder ryzykowny, bo pociągi miały jednak ochronę.

Przybysze z Wileńszczyzny nie wszystkim sąsiadom przypadli do gustu, zwłaszcza jednemu sąsiadowi, który o wszystko co złego się wydarzyło na jego posesji obwiniał dzieci Genowefy, chodził naburmuszony i powtarzał: - To znowu te bachory tej wilniuczki! Zupełnie niesłusznie, bo one były akurat Bogu ducha winne. Czy to ktoś zrywał jabłka w jego sadzie, czy uszkodził sztachetę w płocie, zawsze były winne bachory wilniuczki. Ta jakaś dziwna "tutejszość" białostocka jeszcze dała się nie raz we znaki. Gdy mama była już panienką i trafiła na jakieś wesele, matka pana młodego miała ją nieustannie wypytywać skąd jest, a na odpowiedź, że z ulicy Sienkiewicza w Białymstoku, dalej drążyła temat: - Ale skąd rodem? I gdy w odpowiedzi usłyszała, że z Wileńszczyzny, to była wyraźnie niezadowolona. Na szczęście, nie brakowało też ludzi prawdziwie serdecznych, życzliwych i dobrych. Ojciec przyjaciółki mamy z ulicy Wąskiej - niejaki pan Jan Brysiewcz, robotnik w jednej z białostockich fabryk, był ulubieńcem okolicznych dzieciaków. Gdy miał wolne, zbierał je wszystkie z całej okolicy i oprowadzał po miejscach ważnych z puktu widzenia historii miasta. To dzięki niemu mama dowiedziała się o miejscu egzukcji mieszkańców miasta okrutnie zamordowanych przez wycofujących się bolszewików w sierpniu 1920 r. , o miejscu kaźni przede wszystkim białostockich Żydów, ale też Polaków, Białorusinów w czasie drugiej wojny światowej w lesie na Pietraszach, o istnieniu getta w Białymstoku. Głęboko w pamięć zapadły mamie półkolonie letnie organziowane przy kaplicy Sióstr Jezusa Miłosiernego na ulicy Poleskiej w Białymstoku, a zwłaszcza smak i zapach wyśmienitych ciast pieczonych przez siostry. W tej okolicy krążył też obecnie błogosławiony - ks. Michał Sopoćko, opiekun duchowy i spowiednik siostry Faustyny z czasów wileńskich. Niemal naprzeciw przedszkola, do którego przez krótki czas uczęszczała mała Florcia, stał i stoi do dziś piętrowy drewniany dom przy ulicy Złotej, w którym po przyjeździe z Wilna zamieszkał ks. Sopoćko. Ich drogi gdzieś zapewne musiały się krzyżować. Przez pewien czas mieszkała w Białymstoku również siostra bezhabitowa ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, mistyczka i stygmatyczka - Wanda Boniszewska.

W latach 40-tych i na początku 50-tych działało jeszcze podziemie. Niedaleko ulicy Fabrycznej, przy ulicy Wiśniowej strzelano któregoś razu do jakiegoś działacza partyjnego. Zamach był nieudany, ale strzały słyszeli wszyscy mieszkańcy pobliskich ulic. Inny zamach, tym razem udany, miał miejsce przy przejeździe kolejowym na ulicy Sienkiewicza, dziś w tym miejscu jest wiadukt, pod którym biegnie ulica Sienkiewicza, a nad nią ulica Towarowa.

Życie ubogie, trudne, toczyło się spokojnie, w atmosferze wyjątkowej rodzinnej serdeczności i miłości. Babcia miała jednak poważne problemy zdrowotne - reumatyzm, będący pamiątką po nocach spędzonych na cmentarzach, w stogach siana na Wileńszczyźnie, gdy ukrywała się przed przedstawicielami sowieckiej władzy, którzy zmuszali ją do przepisania się na inną narodowość niż polska. Kilkukrotnie trafiła do szpitala. Któregoś razu, w czasie jednego z takich pobytów w szpitalu, Florcia zmuszona była pozostać sama w domu, brat był już gdzieś daleko poza Białymstokiem. Pewnej deszczowej nocy, ktoś zaczął chodzić wokół domu, na głowie miał założony kaptur, stukał w niskie okna izdebki, w której dziewczynka próbowała zasnąć. Jedyny na ten moment przyjaciel - piesek o imieniu Aza - zaczął szczekać i ujadać, chcąc w ten sposób odstraszyć intruza. Ten ktoś jednak nie odstępował, stukał w okna coraz natarczywiej. Dziewczynka była już na tyle wystraszona, że wcisnęła się co sił w łóżeczko, i w pewnym momencie zauważyła stojącą za stołem postać - o dziecięcej posturze, jasnych włosach i uśmiechniętej twarzy o łagodnych rysach, przyjazną postać w niebieskiej jakby sukience, która się nie odzywała, tylko stała i uśmiechała, a jej obecność wyciszyła i uspokoiła Florcię na tyle, że przestała się trząść ze strachu, natomiast człowiek stukający w okna oddalił się. Każdy może tę opowieść zinterpretować zgodnie ze swoimi upodobaniami.

Dziecięce życie jest przebogate. Pełne intensywnych barw, smaków, zapachów, to jakby życie na pograniczu światów. Wchodząc w dorosłość tę umiejętność zatracamy, intensywność odczuwania świata zamiera, pogranicze światów zanika, zostajemy sami w jednym już tylko świecie. Mała Florcia miała to szczęście, że zdarzyło jej się jeszcze na własne oczy widzieć cygański tabor, a nawet być w nim. Rozlokował się on w tym miejscu, w którym dziś są ogródki działkowe przy ulicy Andersa, na pobliskich wzgórzach, na których zaczyna się już Las Pietrasze stał jeszcze w tym czasie wypalony niemiecki czołg. Dziecko musiało jedynie przemóc lęk przed starszą cyganką, która wydawała się jej być kimś w rodzaju czarownicy, lecz gdy kobieta poprosiła Florcię, by do niej podeszła, zapytała o imię i nawiązała rozmowę, okazała się być dobrą i serdeczną babcią. Nieopodal były też glinianki, do których dzieci turlały się ze wspomnianych górek, często prosto pod brzuchy brodzących w nich krów. Oprócz tych chwil radosnych, dziecko musiało się uporać z tęsknotą za zaginionym ojcem, coraz częstszymi pobytami mamy w szpitalu, rozłąką z bratem. W czasie jednej z hospitalizacji Genowefy w szpitalu przy ulicy Skłodowskiej w Białymstoku, mała Florcia codziennie przybiegała pod szpital, wystawała wieczorami pod oknami i wypatrywała, w którym z nich może pojawić się mama. Aż w końcu dziewczynkę dostrzegła jedna z pielęgniarek, o czym opowiedziała też między innymi Genowefie, a ta podeszła do okna i zobaczyła swóją córeczkę. Radości i łzom długo nie było końca.

CDN

piątek, 12 stycznia 2024

Początki w Białymstoku - wspomnienia (część 4)

Zanim Genowefa z dwójką dzieci osiadła na stałe w Białymstoku po przyjeździe z Adamowców, wyruszyła do Warszawy w poszukiwaniu jakiejś kamienicy przy ulicy Wroniej w Warszawie, tak to przynajmniej zapamiętała szieścioletnia Florcia. Nie wiemy niestety czego babcia mogła poszukiwać przy ulicy Wroniej; z książęczki ubezpieczeniowej dziadka Floriana wynika, że w okresie od 1936 do czerwca 1939 r. mieszkali w Warszawie przy ulicy Towarowej 33 i Placu Kazimierza Wielkiego, w tym czasie Florian pracował w fabryce gumy na Woli, a babcia od czasu do czasu pełniła obowiązki służącej na przyjęciach u hrabiny Zabiełło. Czego dokładnie Genowefa mogła poszukiwać przy ulicy Wroniej nie wiadomo, ale wydaje się, że ulica Wronia prowadziła do Placu Kazimierza Wielkiego, przy którym przed wojną mieszkała rodzina Szpaków. Sześcioletnia Florcia z tego wyjazdu zapamiętała najbardziej morze gruzów, i sterczące pośród tego morza pojedyncze ostańce, zachowane fragmenty kamienic, w których gdzieś na piętrach w nocy można było dostrzec tlące się światełka. Po przyjeździe pociągiem do Warszawy, na dworcu do Genowefy z córeczką podeszła kobieta w średnim wieku proponując nocleg. Mała Florcia uznała, że kobiecie wyjątkowo źle patrzyło z oczu, coś wzbudzało jej lęk i nieprzepartą niechęć wobec niej. Geneowefa już była skłonna przyjąć propozycję noclegu, lecz sprzeciw córeczki był na tyle silny, że musiała jej ulec. Owa zła kobieta spiorunowała dziecko wściekłym, świdrującym spojrzeniem, ze złością mówiąc do babci, że nie będzie przecież słuchać i ulegać dziecku. Ostatecznie jednak z propozycji nie skorzystały. Mama później opowiadała, że po powrocie do Białegostoku babcia przeczytała w jakiejś gazecie o szajce działającej w Warszawie, która wabiła przyjezdnych, a później ich rabowała, mordowała, a z ludzkich ciał miała też robić mięso na sprzedaż. Nigdzie nie udało mi się tej informacji potwierdzić. Niewykluczone, że to jedna z krążących w owym czasie miejskich legend z pewnymi elementami prawdy. Tak w każdym razie ten wyjazd i to wydarzenie zapamiętało dziecko. Ostatecznie nocleg babcia znalazła samodzielnie, nie korzystając z oferty wspomnianej kobiety. Na ulicy Wroniej - a najprawdopodobniej na Placu Kazimierza Wielkiego - babcia nie odnalazła kamienicy, której szukała, została zapewne zburzona w czasie Powstania Warszawskiego.

Po raz drugi Florcia przyjedzie do Warszawy razem z mamą w roku 1959, mając już lat 19. Tym razem powodem odwiedzin będą wieści o cudzie na Nowolipkach, które lotem błyskawicy rozeszły się po całym kraju. Na wieży kościoła św. Augustyna miała się ukazywać Matka Boska. Zarówno babcia, jak i mama, miały ją widzieć wyraźnie. Przed kościołem na ulicy zalegał ogromny tłum, trudno było dotrzeć pod samą świątynię. Florcia zapamiętała jakąś starszą kobietę, przeciskającą się obok nich, ogromnie rozeźloną na tę całą sytuację i powtarzającą wściekle w kółko, że ona tam nic nie widzi: - Co wy tam widzicie?! Tam nic nie ma!

Kilka lat później Florcia będzie przyjeżdżać do Warszawy jako studentka prawa administracyjnego na Uniwersytecie Warszawskim, aż w końcu zamieszka w Warszawie we wrześniu 2016 r., i tam też dokona żywota w Szpitalu Wolskim przy ulicy Kasprzaka, i tak historia zatoczy symbolicznie koło - od poczęcia na Woli do opuszczenia tego łez padołu. Mama często opowiadałą o śnie, który przed 2016 r. nawiedzał ją wielokrotnie, a w którym widziała Warszawę z lotu ptaka - pełną ruin, mroczną, wyludnioną, z dymami unoszącymi się nad unicestwionym miastem. Sen ten przestał się śnić w 2016 r. właśnie, w roku niejako powrotu do Warszawy.

Po nieudanych poszukiwaniach dawnego mieszkania w Warszawie, Genowefa i Florcia wróciły do Białegostoku, tam czekał na nie trzynastoletni Oswaldek. Po przyjeździe z Wileńszczyzny, rodzina tak zwanych repatriantów otrzymała izdebkę w drewnianym domu jeszcze z XIX wieku, wzniesionym z podkładów kolejowych, rozlokowanym w sporym ogrodzie przy ulicy Fabrycznej. Był to w zasadzie dom przeznaczony do rozbiórki, ale innych mieszkań dla przybyszów nie było. Matka samotnie wychowująca dwójkę dzieci, której mąż i ojciec dzieci zaginął gdzieś na wojnie, zmuszona była podjąć pracę w fabryce przy ulicy Włókienniczej, ciężką fizyczną pracę na zmiany. Małoletnie dzieci musiały w przyspieszonym tempie nauczyć się samodzielności. Starszy brat opiekiwał się ukochaną siostrzyczką, odprowadzał ją przez krótki czas do przedszkola przy ulicy Złotej - ta kamienica, w której na parterze tuż po wojnie mieściło się przedszkole istnieje do dziś, stoi sobie skromnie w otoczeniu zachowanych trzech przedwojennych drewnianych domów - to jeden z cudem ocalałych do naszych czasów fragmentów starego Białegostoku.

Dom przy ulicy Fabrycznej był w na tyle złym stanie, że pewnego razu tuż za wychodzącą z domu Florcią zawalił się częsciowo strop w sieni, dziecko poczuło jedynie ukłucia w stopy - to powbijały się drzazgi z drewnianego podkładu, który spadł za jej plecami. W tej samej sieni mała Florcia odczuwała nieokreślony lęk. Jego źródło wyjaśniła później staruszka mieszkająca w tym domu od urodzenia, na pięterku, na poddaszu właściwie, z pochodzenia Niemka - w Białymstoku w pierwszej połowie XIX w. osiedliła się spora grupa osadników z Niemiec, zatrudnionych przy uruchamianiu przemysłu włokienniczego. Wedle jej opowieści jeszcze przed pierwszą wojną w owej sieni powiesił się carski oficer. Stąd dziecko, nie znające wcześniej tej historii, miało nieustannie poczucie jakiejś obecności i bycia obserwowanym w tym miejscu. Dzieci podobno czują i widzą więcej niż dorośli.

Jednym z pierwszych bolesnych doświadczeń po osiedleniu się w Białymsoku była konieczność sprzedania krówki żywicielki, która razem z rodziną przebyła szmat drogi z Adamowców na Wileńszczyźnie. W przypadku ludzi kochających zwierzęta taki przymus rozstania jawił się niemal jak rozstanie z członkiem rodziny. Zwierzę nabył gospodarz z podmiejskiej wsi Bagnówka, dziś to już dzielnica Białegostoku. Ku zdumieniu Genowefy, Florci i Oswaldka, sprzedana dzień wcześniej krówka, następnego poranka przed domem w ogrodzie czekała na swoich ludzkich przyjaciół - najwyraźniej zapamiętała drogę i postanowiła samodzielnie wrócić. Niestety, uczciwość babci nie pozwalała na zatrzymanie sprzedanego już zwierzęcia, krówkę trzeba było odprowadzić do jej nowego prawowitego właściciela.

CDN

niedziela, 21 grudnia 2008

Tropem archiwum białostockiego getta

Wreszcie wpadła mi w ręce książka autorstwa Ewy Rogalewskiej "Getto białostockie" wydana przez białostocki oddział IPN.

Jest coś proażającego w historii białostockiego getta, tak jak w historii każdego z gett z czasów II wojny światowej. Fakt istnienia getta w Białymstoku uświadomiła mi Mama, gdy byłem jeszcze dzieckiem. Często z osiedla Białostoczek do centrum miasta zdarzało nam się przechodzić ulica Czystą, która w swej znacznej części w okresie okupacji niemieckiej należała właśnie do getta. Stare, drewniane, z rzadka tylko murowane domki, z dwuspadowymi dachami, otoczone wiosną, latem i wczesną jesienią przepięknymi, bujnymi, wielobarwnymi ogrodami, z wieloma odcieniami soczystej zieleni, żółci, czerwieni, brązów, zawsze zalane słońcem - takimi je przynajmniej zapamiętałem z dzieciństwa, z lat młodzieńczych, i z czasów studenckich, gdy wczesnym rankiem spóźniony biegłem ulicą Czystą na Aleję Piłsudksiego na autobus, by zdążyć na lektoraty z języka angielskiego. Na te cudne ogrody i sielskie domki wyobraźnia nakładała obrazy z getta, sceny iście piekielne. Zwłaszcza po przeczytaniu na peirwszym roku studiów książki Sameula Pisara "Z krwi i nadziei". Autor mieszkał w getcie w domku przy ulicy Czystej 5, który tak często mijałem, a który dopiero od tej pory byłem w stanie napełnić konkretnymi treściami, konkretnymi ludźmi i wydarzeniami. Od tej pory niemal zawsze widziałem twarz stojącego w oknie kilkunastoletniego chłopca, który cudem ocalał z pożogi getta i nieludzkich obozów.

Ten proces odkrywania makabry białostockiego getta w miejscach, które kilkadziesiąt lat po jego likwidacji pokryły się pięknymi, najpiękniejszymi - jak tylko najpiękniejszymi mogą być - ogrodami trwa już kilkanaście lat.

Teraz dzięki książce Ewy Rogalewskiej, którą ledwie wczoraj zacząłem czytać, odkryłem kolejne kluczowe miejsce dla historii wojennego Białegostoku. Ulica Piasta 29. Dwukondygnacyjny, murowany dom, w kształcie sześcianu, mający w sobie jeszcze coś z uroku międzywojnia, mimo odrapanych tynków, mimo szarości, mimo deszczu i ponurej późnojesiennej scenerii. W otoczeniu kilku zachowanych jeszcze drewnianych domków z dwuspadowymi dachami z tego samego okresu. Wokół agresywnie wciskają się tak zwane apartamentowce, a dużo wcześniej rozłożyło się socrealsityczne blokowisko z wielkiej plyty z blokami i wieżowcami. Wielokrotnie mijałem ten domek nie wiedząc zupełnie o tym, że tutaj w czasie wojny ukryto archiwum białostockiego getta. Członek białostockiego AK - Bolesław Filipowski odebrał wiosną 1943 roku od jednej z łączniczek z getta - Broni Klibańskiej trzy mosiężne tuby, które zakopał na posesji przy tym właśnie domu, gdzieś za sławojkami.

Jest coś niesamowitego w odkrywaniu takich miejsc, czuć w nich powiew historii, dotyk tajemnicy; tak jakby myśli, słowa i obecność ludzi, którzy kiedyś je sobą wypełniali przenikała tych, którzy po latach odkrywają ich skrzętnie skrywaną tajemnicę.

MD

sobota, 28 czerwca 2008

Odchodzący Białystok















Z głośnym hukiem ruszyła kampania promocyjna Białegostoku pod nazwą "Wschodzący Białystok". Widziałem już i czytałem w ubiegłym tygodniu 8 - stronicową wkładkę do "Rzeczpospolitej" o takim tytule zawierającą kilka artykułów prezentujących wizerunek miasta. Prawdę mówiąc byłem rozczarowany, myślałem, że będzie to kampania przeprowadzona z rozmachem, a tymczasem teksty zawarte w owej wkładce przypominały notki z przeciętnej broszurki - puste, okrągłe, gładkie zdania, sporo frazesów, trochę pijarowskiej i unijnej nowomowy, słowem forma niewypełniona treścią. Pomysł promowania miasta jest dobry, ale z pewnością najpierw białostoczanie muszą sami zdecydować jak postrzegają swoje miasto, jaka jest jego prawdziwa, pogłębiona tożsamość. Nie wystarczą same fotki murala z bloku przy Zamenhofa, krótki artykulik o twórcy Esperanto, długi opis dokonań grup tanecznych, wywiad z dyrektorem Teatru Lalek, informacja o powstaniu na obrzeżach Białegostoku podstrefy Suwalskiej Strefy Ekonomicznej i prezentacja projektu nowej opery. Zgrabne formułki o wielokulturowości obecnej i przeszłej miasta także nie wystarczą, jeśli białostoczanie nie udowodnią, że ta wielokulturowość jest rzeczywistym powodem ich dumy. A pisanie o tym, że Zamenhof był Polakiem większego sensu nie ma, Ludwik Zamenhof był przede wszystkim Żydem i albo jesteśmy z niego dumni, jako z Żyda, albo nie czyńmy z niego na siłę Polaka, by stał się bardziej akceptowalny dla białostoczan.

Nie warto też zacierać śladów dawnego Białegostoku. To było miasto kosmopolityczne, przez znaczną część wieku XIX bardziej żydowskie niż Polskie, na pewnym etapie jego dziejów Żydzi stanowili nawet 70% mieszkańców. Polaków w tym czasie było niewiele więcej niż Rosjan czy Białorusinów, a do tego dochodzili jeszcze Niemcy, z czasem doszlusowali także Tatarzy. Wreszcie było to miasto - jak pisała w swoich dziennikach Maria Dąbrowska, będąca tu swego czasu przejazdem - zwyczajnie brzydkie, przemysłowe, szare, brudne, z wieloma błotnistymi ulicami, raczej nieprzyjazne. Najwyraźniej pisarka musiała trafić tu jesienią bądź wczesną wiosną i nie miała okazji zobaczyć pięknych wiosennych, letnich czy wczesnojesiennych bujnych, soczystych ogrodów, czy to zielonych czy mieniących się czerwienią, żółcią, brązem, ogrodów wielkich, w których można się zgubić, przysłaniających brud i nędzę robotniczego miasta, ubogich drewnianych chatynek, surowych czerwonoceglanych czynszówek, ogrodów ponad którymi niespodziewanie wyrastały kominy fabryczne. To w końcu te ogrody musiały zainspirować Tuwima, kiedy pisał o białostockich malwach.

Już niewiele nam pozostało z tych ogrodów, szpetnych czynszówek, ubogich drewnianych domków z dwuspadowymi dachami, a ich losem wydaje się nikt nie przejmować. Na pierwszy rzut oka nie są piękne, nie są interesujące, architektonicznie czy estetycznie nie przedstawiają większej wartości, ale to właśnie one przywołują atmosferę dawnego wielokulturowego miasta, to one pobudzają wyobraźnię, to może za ich sprawą doczekamy się kiedyś, jakiegoś dzieła literackiego, którego twórca przepuściwszy przez filtr swojej wyobraźni dostępne mu obrazy miasta, odtworzy jego dawny klimat wierszem czy prozą i powstanie coś na miarę "Polskich kwiatów" Tuwima.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...