Na ulicy Sienkiewicza, tuż przy placu Wyzwolenia, w drewnianym domu z oknami wychodzącymi na ruchliwą ulicę i ogrodem ciągnącym się w stronę ulicy Fabrycznej, mieszkało rodzeństwo - dwie dziewczęta i jeden chłopiec, wszyscy w nastoletnim wieku, najstarsza siostra, średni brat i młodsza siostra. Wspierali się wzajemnie, wszyscy wokół wiedzieli o ich żydowskim pochodzeniu, całą wojnę przetrwali w Białymstoku, po aryjskiej stronie. Nikomu natomiast nie było wiadomo, co się stało z ich rodzicami, czy znaleźli się w getcie i tam stracili życie, czy ukrywali się po stronie aryjskiej i ktoś ich wydał. Całą trójkę niemal zawsze widywano razem. Wobec siebie opiekuńczy, troskliwi, prawie zawsze zamyśleni, poważni i wyciszeni. Aż w końcu, na początku lat 50-tych, zniknęli. Chłopaka jeszcze później ktoś gdzieś w innych częściach miasta widywał, ale po dziewczynach ślad zaginął. Najstarsza siostra, wysoka, postawna, z grubym rudym warkoczem i ciemnowłosa, krucha młodsza dziewczynka, nie pojawiały się już na ulicy Sienkiewicza.
Na rogu ulicy Sienkiewicza i Złotej, w okazałym drewnianym domu, schowanym nieco w przepastnym ogrodzie dochodzącym do ulicy Łąkowej, mieszkał dorożkarz z rodziną. Przeżyli wojnę w ZSRR, zdążyli uciec przed Niemcami, a po wojnie wrócili do Białegostoku. I oni także, jak wielu innych Żydów, którym udało się przetrwać gehennę drugiej wojny, skorzystali z pierwszej nadarzającej się sposobności i na początku lat 50-tych wyjechali najprawdopodobniej do Izraela, a w każdym razie zniknęli z Białegostoku.
Droga Florci do szkoły numer 5, mieszczącej się w kamienicy z czerwonej cegły przy obecnej ulicy Pałacowej, wiodła przez pusty jeszcze wówczas plac, na którym jeszcze przed wojną stała cerkiew Zmartwychwstania Pańskiego, rozebrana w 1938 r. Otwarta przestrzeń na górce, była istnym wichrowym wzgórzem. Gdy wracała pewnego zimowego dnia ze szkoły do domu, na samym środku placu, zerwał się wyjątkowo silny wiatr, nawiewający śnieg jakby z każdej strony jednocześnie, kręcił, wył, dusił, nie pozwalał zrobić kroku i wtłaczał ogromne płatki śniegu w oczy, w usta, nos. Dziecko musiało się mocno zapierać, by nie pozwolić się tym mocnym podmuchom wywrócić. Z trudem utrzymując się w pozycji stojącej, dziewczynka zaczynała tracić oddech. Wokół wirowały płatki śniegu, tym razem nie mające nic wspólnego z bajkową świąteczną, zimową atmosferą, lecz złośliwe i złowrogie. Wyglądało to tak, jakby wiatr do spółki ze śniegiem zmówiły się, by nie pozwolić dziecku wrócić do domu. Nie mogąc już złapać tchu Florcia poczuła jak ktoś chwycił ją za ramiona, odwrócił w swoją stronę, przytulił i całym swoim ciałem osłonił od wiatru.
Postać, która się niespodziewanie pojawiła w ten ciemny, zimowy wieczór, na tej otwartej rozległej przestrzeni, w końcu też przemówiła:
- Pamiętaj dziecko, że jak zaczniesz się dusić, to odwróć się w przeciwną stronę do kierunku wiatru.
- Ale ten wiatr wiał z każdej strony...
Młoda kobieta, która wychynęła nie wiadomo skąd, podprowadziła dziewczynkę za rękę do nieodległej ulicy Fabrycznej, której niska, ale dość zwarta zabudowa dawała już jakąś osłonę od tego niezwykle porywistego wiatru. A do domu był już stąd rzut kamieniem.
Podobna w swym duchu przygoda przytrafiła się dziewczynce na tej samej drodze, choć w nieco innym miejscu. Matematyka nie była mocną stroną Florci. Raz w ramach pracy domowej, trafiło jej się zadanie, którego za skarby świata nie była w stanie rozwiązać. Genowefa nie potrafiła pomóc córeczce, nie był też w stanie jej pomóc starszy brat. Musiała zatem pójść na lekcje z nieodrobioną pracą domową. Droga do szkoły niemiłosiernie się dłużyła, między ulicą Łąkową a Sobieskiego, na posesji, na której dziś stoi hospicjum, nad powierzchnią ziemi wystawała betonowa część schronu. Dziewczynka wdrapała się na tę konstrukcję i ze spuszczoną głową kroczyła po niej w tę i z powrotem. Biła się z myślami, czy powinna w ogóle tego dnia iść do szkoły. Ulicą Starobojarską przechodziła starsza kobieta, zobaczywszy samotne dziecko ze smutną miną i spuszczoną głową, kręcącą się w kółko bez celu, zainteresowała się i podeszła do Florci.
- Dlaczego jesteś taka smutna? Nie powinnaś być już w szkole? Coś się stało?
- Nie odrobiłam lekcji z matematyki.
- To przecież nic strasznego. A skąd wiesz, że dostaniesz złą ocenę, może pani dziś nie będzie? Poza tym, zawsze jak nie umiesz odrobić lekcji, możesz pójść do pani i powiedzieć jej, że choć próbowałaś, starałaś się, to nie wiedziałaś, jak rozwiązać zadanie. No chodź, idziemy. Gdzie jest twoja szkoła?
- To szkoła numer pięć.
- To chodź, pójdziemy razem, ja też idę w tamtą stronę.
I poszły ulicą Starobojarską w kierunku ulicy Słonimskiej, wtedy jeszcze zabudowaną niewysokimi kamienicami i parterowymi domami, z nieodłącznymi w tej części miasta ogrodami. I jakież było zdziwienie Florci, gdy okazało się na miejscu, że pani z matematyki tego dnia nie przyszła, a przy pierwszej nadarzającej się okazji, dziewczynka podeszła do nauczycielki i wytłumaczyła, że choć się starała, to nie była w stanie rozwiązać tego zadania.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powojenny Białystok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powojenny Białystok. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 1 października 2024
poniedziałek, 30 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 33 - dzieciństwo na ulicy Sienkiewicza
Przez Białystok, linią kolejową w stronę niegdyś Wołkowyska, a wówczas już granicy z ZSRR, regularnie przejeżdzały transporty węgla. Składy wypełnione tym drogocennym towarem zawsze zwalniały na wysokości Białostoczka przy wiadukcie i jechały wolno wzdłuż ulicy Poleskiej, następnie mijały magazyny wojskowe, dalej Dworzec Białystok Fabryczny i kierowały się na wschód. Węgiel wywożono oczywiście do ZSRR. Nastoletni chłopcy z ulicy Wąskiej, Fabrycznej, Sienkiewicza, znali doskonale godziny przejazdów transportów. Zbierali się u wylotu ulicy Wąskiej, zaopatrzeni w mocne, parciane worki, i tylko sobie znanymi sposobami, po kilku wskakiwali na towarowe wagony. Na krótkim odcinku, od ulicy Wąskiej, a jeszcze przed Dworcem Fabrycznym, zrzucali bryły węgla, które po przejechaniu składu, czekający wzdłuż torowiska koledzy zbierali pospiesznie do parcianych worków. Proceder ten był o tyle niebezpieczny, że na końcu każdego takiego składu znajdował się wagon z budką strażnika, który miał strzec przewożonego towaru. To naprawdę zakrawa na cud, że żaden z tych przedsiębiorczych chłopaków nie został postrzelony. Jak się okazało, w wypadach na węgiel brał także udział Oswaldek. Gdy się Genowefa o tym dowiedziała, kategorycznie zabroniła synowi uczestniczenia w tych ryzykownych przedsięwzięciach. Czy skutecznie? Tego już się nie dowiemy. Oswaldka kłopoty wręcz kochały. Któregoś razu wybrał się z kolegami do magazynów wojskowych za torami. Jak im się udało dostać na ich teren, tego nie wiadomo. Faktem jest, że w jednym z nich znaleźli pozostawiony czy zgubiony przez żołnierza pistolet, który oczywiście aż się prosił, by zabrać go ze sobą. Z tym niecodziennym trofeum przecięli pospiesznie torowisko, wyszli na ulicę Poleską, i jeden przez drugiego chciał choć przez chwilę potrzymać zdobycz w dłoni. Pech chciał, że nie zapadł jeszcze zmrok, dzień był długi, pogodny, ktoś ich zauważył jak sobie podają pistolet z ręki do ręki. Odpowiedni donos szybko powędrował do odpowiednich służb. Jeszcze tego samego dnia wszyscy uczestnicy tej ryzykownej wyprawy zostali zgarnięci przez smutnych panów.
Genowefa wracała z pracy do domu. Nie zdążyła jeszcze przekroczyć progu, gdy sąsiadka powiadomiła ją o zatrzymaniu Oswaldka przez funkcjonariuszy i o przewiezieniu chłopaka na Sobieskiego 2. W tej istniejącej do dziś kamienicy w 1944 r. ulokowało się NKGB, sowiecka policja polityczna, wyodrębniona z NKWD, i przetrzymywano w nim aresztowanych. Po NKGB pomieszczenia na parterze i w piwnicy przejęła milicja.
Gienia nie zwlekając ani chwili udała się w poszukiwaniu syna. Milicjanci potwierdzili, że jej syn został zatrzymany i będzie przesłuchiwany, nic więcej więcej nie chcieli powiedzieć. Następnego dnia wszyscy chłopcy zostali wypuszczeni, uratował ich wiek i wiarygodne zeznania, jakie musieli złożyć, świadczące o chłopięcej fascynacji przygodami i bronią, a nie polityką. Nie posądzono ich dzięki temu o przynależność do podziemia. A matka w końcu skutecznie przemówiła synowi do rozsądku, bo podobne problemy, przynajmniej tego kalibru, już się nie przytrafiały.
Tego kalibru co prawda nie, ale nie oznacza to, że nie zdarzały się inne codzienne, życiowe trudności. Na pobliskiej ulicy Fabrycznej mieszkał mężczyzna, który nie wiedzieć czemu, co by mu się złego w ogrodzie nie wydarzyło, za wszystko obwiniał "cholerne bachory tej wilniuczki". Nie znosił ludzi, którzy przybyli - jak to się wówczas mówiło - zza Buga. Był to niemłody już mężczyzna, ze względu na chorą nogę poruszał się o lasce, przy domu miał spory, zadbany sad. Niektóre dzieciaki, znając jego ułomność, a przede wszystkim skłonność do łatwego wpadania we wściekłość, chcąc zrobić mu na złość wchodziły przez płot do sadu i zrywały owoce, by sprowokować mężczyznę do miotania obelg, wymachiwania laską, rzucania czym popadło, co mu się tylko nawinęło pod rękę. To w końcu dla nastolatków doskonała dawka adrenaliny. Rzecz w tym, że dzieci Gieni, w tego rodzaju zabawach nie uczestniczyły. Ich stopa nigdy nie postanęła na jego posesji, a on - mimo to - na lewo i prawo rozpowiadał, że znowu "te bachory tej wilniuczki" niszczyły mu ogród. Florcia w końcu zapytała mamę dlaczego ten pan ich tak nie lubi i stwierdziła, że musi z nim poważnie porozmawiać, ale Genowefa kategorycznie jej zabroniła, tłumacząc, że takie sprawy mogą załatwiać tylko dorośli, tak więc dziewczynka postanowiła, że jak już dorośnie, to zapyta niesprawiedliwego sąsiada, co nim kierowało, co było przyczyną tych krzywdzących pomówień. Postanowienia niestety nie udało się spełnić, bo zanim dorosła, mężczyzna dokonał żywota.
Genowefa wracała z pracy do domu. Nie zdążyła jeszcze przekroczyć progu, gdy sąsiadka powiadomiła ją o zatrzymaniu Oswaldka przez funkcjonariuszy i o przewiezieniu chłopaka na Sobieskiego 2. W tej istniejącej do dziś kamienicy w 1944 r. ulokowało się NKGB, sowiecka policja polityczna, wyodrębniona z NKWD, i przetrzymywano w nim aresztowanych. Po NKGB pomieszczenia na parterze i w piwnicy przejęła milicja.
Gienia nie zwlekając ani chwili udała się w poszukiwaniu syna. Milicjanci potwierdzili, że jej syn został zatrzymany i będzie przesłuchiwany, nic więcej więcej nie chcieli powiedzieć. Następnego dnia wszyscy chłopcy zostali wypuszczeni, uratował ich wiek i wiarygodne zeznania, jakie musieli złożyć, świadczące o chłopięcej fascynacji przygodami i bronią, a nie polityką. Nie posądzono ich dzięki temu o przynależność do podziemia. A matka w końcu skutecznie przemówiła synowi do rozsądku, bo podobne problemy, przynajmniej tego kalibru, już się nie przytrafiały.
Tego kalibru co prawda nie, ale nie oznacza to, że nie zdarzały się inne codzienne, życiowe trudności. Na pobliskiej ulicy Fabrycznej mieszkał mężczyzna, który nie wiedzieć czemu, co by mu się złego w ogrodzie nie wydarzyło, za wszystko obwiniał "cholerne bachory tej wilniuczki". Nie znosił ludzi, którzy przybyli - jak to się wówczas mówiło - zza Buga. Był to niemłody już mężczyzna, ze względu na chorą nogę poruszał się o lasce, przy domu miał spory, zadbany sad. Niektóre dzieciaki, znając jego ułomność, a przede wszystkim skłonność do łatwego wpadania we wściekłość, chcąc zrobić mu na złość wchodziły przez płot do sadu i zrywały owoce, by sprowokować mężczyznę do miotania obelg, wymachiwania laską, rzucania czym popadło, co mu się tylko nawinęło pod rękę. To w końcu dla nastolatków doskonała dawka adrenaliny. Rzecz w tym, że dzieci Gieni, w tego rodzaju zabawach nie uczestniczyły. Ich stopa nigdy nie postanęła na jego posesji, a on - mimo to - na lewo i prawo rozpowiadał, że znowu "te bachory tej wilniuczki" niszczyły mu ogród. Florcia w końcu zapytała mamę dlaczego ten pan ich tak nie lubi i stwierdziła, że musi z nim poważnie porozmawiać, ale Genowefa kategorycznie jej zabroniła, tłumacząc, że takie sprawy mogą załatwiać tylko dorośli, tak więc dziewczynka postanowiła, że jak już dorośnie, to zapyta niesprawiedliwego sąsiada, co nim kierowało, co było przyczyną tych krzywdzących pomówień. Postanowienia niestety nie udało się spełnić, bo zanim dorosła, mężczyzna dokonał żywota.
sobota, 28 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 32 - dzieciństwo w powojennym Białymstoku, życie sąsiedzkie, historia mała i duża
Pan Brysiewicz własnym sumptem, jeszcze przed wojną, wybudował skromny, lecz przyjazny i urokliwy drewniany dom przy ulicy Wąskiej. Ulica Wąska łączyła się z ulicą Poleską naprzeciw magazynów wojskowych i torów kolejowych wiodących niegdyś do Wołkowyska i dalej do Baranowicz. Tę linię kolejową, zapewniającą Białemustokowi, ważnemu wówczas ośrodkowi przemysłu włókienniczego, zbyt produkowanych towarów, otwarto w 1886 r. Dzięki niej wyroby z tutejszych fabryk mogły być wysyłane przez Mińsk, Smoleńsk, aż do samej Moskwy, a nawet dalej na wschód. Dom pana Brysiewicza, otoczony obowiązkowo bujnym ogrodem, był miejscem niezwykłym. Znajdowały w nim schronienie bezdomne psy, koty, a któregoś razu pan Brysiewicz przygarnął ranną kawkę, z przetrąconym skrzydełkiem. Zaopiekował się ptakiem, leczył go, karmił, a gdy zwierzę wyzdrowiało, otworzył okno i pozwolił jej odlecieć, ale kawka wracała. Wracała codziennie, wlatywała do izby przez otwarte okno, witała się, przystawała na stole, pan Brysiewicz mówił do niej, a ona swoim kawkowym językiem snuła opowieści, a później odfruwała, by powrócić następnego dnia. Córki pana Brysiewicza - Bożena i Klara, przejęły od ojca miłość do zwierząt i ludzi. W domu państwa Brysiewiczów dorośli śmiało sobie poczynali i dyskutowano nawet o polityce. Przychodzili młodzi mężczyźni, siadali w izbie przy oknie i razem z panem Brysiewiczem naprawiali obuwie. Przyjmowali zlecenia od osób prywatnych, by dorobić do niewysokich pensji fabrycznych, a przy pracy nie dało się nie rozmawiać. Czasy były wciąż niepewne, jedni liczyli na wybuch kolejnej wojny, która miałaby uwolnić Polskę od kurateli ZSRR, inni uważali, że trzeba się pogodzić z nową rzeczywistością. Na szczęście nikt o tych rozmowach nie doniósł ówczesnym władzom.
Na ulicy Fabrycznej mieszkała wspólna koleżanka Florci, Bożenki i Klary. Któregoś razu, korzystając z nieobecności rodziców, zaprosiła dzieci z ulicy Fabrycznej i Wąskiej na zabawę do swojego domu. Jednak zanim zabawa na dobre się rozpoczęła, dziewczynka w pierwszej kolejności zażądała od przyjaciół złożenia przysięgi, że nikomu nie powiedzą o tym, co za chwilę zobaczą. Gdy dzieci solennie się zobowiązały nie puścić pary z ust, otworzyła drzwi ogromnej drewnianej szafy, podstawiła krzesło, wspięła się na nie, i z górnej półki wyciągnęła tajemniczy duży pakunek, odwiązała sznurek, otworzyła wieko, i wyjęła zeń najpierw czapkę jakby wojskową, złożony mundur i - o zgrozo! - pistolet. Później okazało się, że tata dziewczynki pracował w magazynach UB, a jak widać przed dziećmi niczego nie uda się ukryć, nawet we własnym domu.
Pan Brysiewicz, gdy czasem miewał wolne, gromadził wszystkie dzieci z okolicy i zabierał je na spacery po Białymstoku i okolicy. Miał wielkie zacięcie do historii, ale też poczucie pewnej misji do wykonania. Najpierw zorganizował wyprawę na obrzeża wsi Białostoczek, niedaleko siedziby obecnego Nadleśnictwa Dojlidy, w pobliżu tak zwanej szosy obwodowej. Tu, nieopodal drogi, w krzakach w pobliżu sosnowego lasu leżały porozrzucane betonowe elementy jakiejś dawnej konstrukcji. Były to pozostałości kaplicy wzniesionej w międzywojniu w miejscu, w którym 20 sierpnia 1920 r. bolszewicy w niezwykle okrutny sposób zamordowali szesnastu mieszkańców miasta różnych nacji i wyznań. Przyprowadziwszy schwytanych na łąkę, ustawili ich w szeregu, ze związanymi rękami, a następnie kazali biec w stronę pobliskiego lasu. Chwilę odczekali, po czym konno puścili się za nimi w pościg, gdy ci byli jeszcze daleko od pierwszych drzew, i dopędzając uciekających, przebijali nieszczęśników pikami. Jeszcze w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, pozostałości tej zburzonej w 1947 r. kaplicy widoczne były w krzakach w pasie między ogródkami działkowymi a szosą północno-obowodową. Pan Brysiewicz najwyraźniej uznał za swoją powinność pokazanie dzieciom właśnie tego miejsca i opisanie jego historii. Miejscowa ludność nie pozwoliła tej historii odpłynąć w zapomnienie, w miejscu zburzonej kapliczki zaczęła stawiać drewniany krzyż,upamiętniający pomordowanych. Tak wygląda proces przekazywania historii z pokolenia na pokolenie, gdy nie można jej opisać i opublikować. A nastał już ten czas, kiedy o wojnie polsko-bolszewickiej nie można było ani mówić, ani uczyć na lekcjach historii, chyba że wyłącznie w kontekście polityki imperialnej Piłsudskiego i przegranej Polski.
Innym razem, pan Jan Brysiewicz, zebrał grupę dzieciaków i wybrał się z nimi do lasu Pietrasze. W tym wypadku chciał pokazać miejsce, w którym w czasie drugiej wojny Niemcy rozstrzeliwali w większości żydowskich mieszkańców Białegostoku, ale też i Polaków i Białorusinów, w tym też z Wasilkowa. Wówczas był to teren - w sercu niemałego podmiejskiego kompleksu leśnego - ogrodzony siatką, zabezpieczony przed poszukiwaczami złota. Były niestety takie przypadki, że jacyś lokalni rabusie, hieny cmentarne, rozkopywały zbiorową mogiłę w poszukiwaniu ludzkich szczątek, czaszek, z których można było wyrwać złote zęby. Wojna demoralizuje bez wątpienia, a jednostek bezwzględnych, zdolnych do wszelkich podłości nie brakuje w żadnym większym skupisku ludzkim. Las Pietrasze do dziś kryje wiele tajemnic. Egzekucje miały w nim miejsce i po wojnie, tym razem dokonywane na żołnierzach podziemia niepodległościowego. I jak to często bywa, samo miejsce jest pełne niezwykłego uroku, falujący teren, piaszczyste pagórki, liczne ścieżki i drogi przecinające kompleks leśny, dawna strzelnica, ze wspaniałym widokiem na dolinę rzeki Supraśli, a jednocześnie jakaś groza wynikająca ze świadomości, że te miejsca niecałe sto lat temu spłynęły krwią tysięcy niewinnych osób. Bursztynowe sosny, czysty żółty piasek, okazałe jałowce, bujny mech, rozświetlone łagodnym popołudniowym czy przedwieczornym słońcem tworzą klimat jakiejś nadrzeczywistości, niebywałego spokoju. Gdzieś tu w pobliżu 13 października 1282 roku miało dojść do potyczki między wojskami Leszka Czarnego, księcia krakowskiego i sandomierskiego, a wojskami wielkiego księcia litewskiego Trojdena, wspieranego przez Jaćwingów, zakończonej całkowitą klęską Litwinów i Jaćwingów. Niedaleko - w Nowodworcach - odkryto ślady starożytnej osady. A na horyzoncie ciemnieje masyw Puszczy Knyszyńskiej, Góra Krzyży w Świętej Wodzie, a cały świat wokół łagodnie wznosi się i opada.
Tymczasem nastały wakacje. Wyjazd Oswaldka i Florci na obóz, na kolonie, nie wchodził w rachubę, wspólny wyjazd na urlop z mamą też był nierealny. Fabryczna pensja jednego rodzica nie pozwalała na takie luksusy. Szczęśliwie, przy kaplicy na ulicy Poleskiej, którą opiekowały się Siostry Jezusa Miłosiernego, organizowane były co roku półkolonie dla dzieci. Siostry troskliwie dbały o to, by dzieci nie były pozostawione samym sobie. Można było do nich przyjść na prawie cały dzień, a one organizowały swoim podopiecznym gry, zabawy, szykowały śniadania, gotowały obiady, przygotowywały podwieczorki. Zapach i smak obiadów, a przede wszystkim ciast pieczonych przez siostry towarzyszył Florci przez całe jej życie, tak jak i wspomnienia spacerów po łąkach i polach pobliskiej wsi Białostoczek, z jej urokliwymi kamiennymi kapliczkami i drewnianymi krzyżami stojącymi wzdłuż drogi wiodącej przez wieś - znaczna część z nich zachowała się po dziś dzień, czule doglądana przez mieszkańców osiedla Białostoczek.
Na ulicy Fabrycznej mieszkała wspólna koleżanka Florci, Bożenki i Klary. Któregoś razu, korzystając z nieobecności rodziców, zaprosiła dzieci z ulicy Fabrycznej i Wąskiej na zabawę do swojego domu. Jednak zanim zabawa na dobre się rozpoczęła, dziewczynka w pierwszej kolejności zażądała od przyjaciół złożenia przysięgi, że nikomu nie powiedzą o tym, co za chwilę zobaczą. Gdy dzieci solennie się zobowiązały nie puścić pary z ust, otworzyła drzwi ogromnej drewnianej szafy, podstawiła krzesło, wspięła się na nie, i z górnej półki wyciągnęła tajemniczy duży pakunek, odwiązała sznurek, otworzyła wieko, i wyjęła zeń najpierw czapkę jakby wojskową, złożony mundur i - o zgrozo! - pistolet. Później okazało się, że tata dziewczynki pracował w magazynach UB, a jak widać przed dziećmi niczego nie uda się ukryć, nawet we własnym domu.
Pan Brysiewicz, gdy czasem miewał wolne, gromadził wszystkie dzieci z okolicy i zabierał je na spacery po Białymstoku i okolicy. Miał wielkie zacięcie do historii, ale też poczucie pewnej misji do wykonania. Najpierw zorganizował wyprawę na obrzeża wsi Białostoczek, niedaleko siedziby obecnego Nadleśnictwa Dojlidy, w pobliżu tak zwanej szosy obwodowej. Tu, nieopodal drogi, w krzakach w pobliżu sosnowego lasu leżały porozrzucane betonowe elementy jakiejś dawnej konstrukcji. Były to pozostałości kaplicy wzniesionej w międzywojniu w miejscu, w którym 20 sierpnia 1920 r. bolszewicy w niezwykle okrutny sposób zamordowali szesnastu mieszkańców miasta różnych nacji i wyznań. Przyprowadziwszy schwytanych na łąkę, ustawili ich w szeregu, ze związanymi rękami, a następnie kazali biec w stronę pobliskiego lasu. Chwilę odczekali, po czym konno puścili się za nimi w pościg, gdy ci byli jeszcze daleko od pierwszych drzew, i dopędzając uciekających, przebijali nieszczęśników pikami. Jeszcze w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, pozostałości tej zburzonej w 1947 r. kaplicy widoczne były w krzakach w pasie między ogródkami działkowymi a szosą północno-obowodową. Pan Brysiewicz najwyraźniej uznał za swoją powinność pokazanie dzieciom właśnie tego miejsca i opisanie jego historii. Miejscowa ludność nie pozwoliła tej historii odpłynąć w zapomnienie, w miejscu zburzonej kapliczki zaczęła stawiać drewniany krzyż,upamiętniający pomordowanych. Tak wygląda proces przekazywania historii z pokolenia na pokolenie, gdy nie można jej opisać i opublikować. A nastał już ten czas, kiedy o wojnie polsko-bolszewickiej nie można było ani mówić, ani uczyć na lekcjach historii, chyba że wyłącznie w kontekście polityki imperialnej Piłsudskiego i przegranej Polski.
Innym razem, pan Jan Brysiewicz, zebrał grupę dzieciaków i wybrał się z nimi do lasu Pietrasze. W tym wypadku chciał pokazać miejsce, w którym w czasie drugiej wojny Niemcy rozstrzeliwali w większości żydowskich mieszkańców Białegostoku, ale też i Polaków i Białorusinów, w tym też z Wasilkowa. Wówczas był to teren - w sercu niemałego podmiejskiego kompleksu leśnego - ogrodzony siatką, zabezpieczony przed poszukiwaczami złota. Były niestety takie przypadki, że jacyś lokalni rabusie, hieny cmentarne, rozkopywały zbiorową mogiłę w poszukiwaniu ludzkich szczątek, czaszek, z których można było wyrwać złote zęby. Wojna demoralizuje bez wątpienia, a jednostek bezwzględnych, zdolnych do wszelkich podłości nie brakuje w żadnym większym skupisku ludzkim. Las Pietrasze do dziś kryje wiele tajemnic. Egzekucje miały w nim miejsce i po wojnie, tym razem dokonywane na żołnierzach podziemia niepodległościowego. I jak to często bywa, samo miejsce jest pełne niezwykłego uroku, falujący teren, piaszczyste pagórki, liczne ścieżki i drogi przecinające kompleks leśny, dawna strzelnica, ze wspaniałym widokiem na dolinę rzeki Supraśli, a jednocześnie jakaś groza wynikająca ze świadomości, że te miejsca niecałe sto lat temu spłynęły krwią tysięcy niewinnych osób. Bursztynowe sosny, czysty żółty piasek, okazałe jałowce, bujny mech, rozświetlone łagodnym popołudniowym czy przedwieczornym słońcem tworzą klimat jakiejś nadrzeczywistości, niebywałego spokoju. Gdzieś tu w pobliżu 13 października 1282 roku miało dojść do potyczki między wojskami Leszka Czarnego, księcia krakowskiego i sandomierskiego, a wojskami wielkiego księcia litewskiego Trojdena, wspieranego przez Jaćwingów, zakończonej całkowitą klęską Litwinów i Jaćwingów. Niedaleko - w Nowodworcach - odkryto ślady starożytnej osady. A na horyzoncie ciemnieje masyw Puszczy Knyszyńskiej, Góra Krzyży w Świętej Wodzie, a cały świat wokół łagodnie wznosi się i opada.
Tymczasem nastały wakacje. Wyjazd Oswaldka i Florci na obóz, na kolonie, nie wchodził w rachubę, wspólny wyjazd na urlop z mamą też był nierealny. Fabryczna pensja jednego rodzica nie pozwalała na takie luksusy. Szczęśliwie, przy kaplicy na ulicy Poleskiej, którą opiekowały się Siostry Jezusa Miłosiernego, organizowane były co roku półkolonie dla dzieci. Siostry troskliwie dbały o to, by dzieci nie były pozostawione samym sobie. Można było do nich przyjść na prawie cały dzień, a one organizowały swoim podopiecznym gry, zabawy, szykowały śniadania, gotowały obiady, przygotowywały podwieczorki. Zapach i smak obiadów, a przede wszystkim ciast pieczonych przez siostry towarzyszył Florci przez całe jej życie, tak jak i wspomnienia spacerów po łąkach i polach pobliskiej wsi Białostoczek, z jej urokliwymi kamiennymi kapliczkami i drewnianymi krzyżami stojącymi wzdłuż drogi wiodącej przez wieś - znaczna część z nich zachowała się po dziś dzień, czule doglądana przez mieszkańców osiedla Białostoczek.
piątek, 27 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 31 - z Fabrycznej na Sienkiewicza
Najokropniejszą częścią drewnianego domu przy Fabrycznej była sień, dość obszerna i ciemna, zwłaszcza jak się za wchodzącym zamykały drzwi. Z sieni schodki prowadziły na górkę, na której mieszkała staruszka Niemka, i dwie pary drzwi do mieszkań na parterze. Każdy krok na podłodze, każdy krok na schodach powodował, że skrzypiały wszystkie deski wokół, i można było odnieść wrażenie, że wraz z idącym poruszał się cały dom. I najstraszniejsze były samotne powroty wieczorami, kiedy tuż za drzwiami zapadała kompletna ciemność. A i bez tej ciemności dziewczynka miała wrażenie, że ktoś ją w tej sieni stale obserwuje, dziwne poczucie czyjejś obecności, budzące lęk. Starała się jak najszybciej wejść do mieszkanka, nawet, jeżeli miałoby być puste, to po pokonaniu tej - jak się wydawało - długiej drogi przez sień, dające poczucie upragnionego spokoju i bezpieczeństwa.
Traf chciał, że był to letni dzień. Florcia wracała ze szkoły i jak zwykle otworzywszy drzwi jej oczom ukazało się przepastne pomieszczenie oddzielające drzwi sieni od mieszkań na parterze. Już chwytała klamkę, by wejść do izdebki, gdy nieoczekiwanie poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Kogoś kogo wcześniej nie dostrzegła. Dłoń się zacisnęła na ramieniu i dziewczynka zakrzyknęła wniebogłosy i krzyczeć nie przestawała.
- Cicho głupia! Cicho! To ja, Oswaldek!
Z góry szybkim krokiem zaczęła schodzić staruszka Niemka, zaniepokojona usłyszanym przeraźliwym wrzaskiem.
- Co się tu dzieje?! Co wy wyprawiacie?!
- Nic, nic, my tylko wracamy do domu - odpowiedział przestraszony Oswaldek, obawiając się konsekwencji swojego żartu.
O zdarzeniu tym, po powrocie z pracy, dowiedziała się Genowefa. Znajac doskonale swoje dzieci, od razu się domyśliła, że to starszy brat, chciał zrobić psikusa siostrzyczce. I udało mu się. Ale wiedziała też o tym, że Florcia panicznie boi się tej sieni.
- Pani Szpakowa, a ja nie dziwię się, że dziecko się boi. Tu jeszcze przed pierwszą wojną powiesił się carski oficer, a dzieci czują i widzą więcej. - powiedziała w czasie jednej z rozmów z Gienią Niemka.
Następna przygoda z sienią była już ostatnią w historii tego domu, który wraz z innymi okolicznymi przeznaczony był do rozbiórki. Po lekcjach Florcia często wychodziała z domu, by spotkać się z koleżankami z ulicy Fabrycznej, pobawić w tajemniczych ogrodach, jakich w okolicy było bez liku. Zamknąwszy drzwi mieszkanka i zbliżając się do drzwi wyjściowych z sieni, usłyszała za sobą ni stąd ni zowąd potężny huk. Okazało się, że tuż za nią zawaliła się część sufitu domu zbudowanego z kolejowych podkładów. Dziewczynka poczuła momentalnie jakieś delikatne ukłucia w obie łydki. Były to drzazgi, odpryski z owych podkładów, które spadając na ziemię rozłupały się i uwolniły dziesiątki, może setki drobnych drewnianych igiełek, z których część wbiła się w odkryte nogi dziecka. Po chwili pojawiły się na nich małe kropelki krwi.
Jakaś ważna komisja uznała w końcu, że dom nie nadaje się do dalszego zamieszkania. Genowefa wraz z dziećmi otrzymała nową izdebkę z kuchnią w innym drewnianym domu na pobliskiej ulicy Sienkiewicza, równoległej do Fabrycznej. Bogiem a prawdą, ten kolejny dom był w stanie tak naprawdę niewiele lepszym od tego poprzedniego, ale nie było wyjścia, nie da się żyć bez dachu nad głową. Sytuację, jak zwykle w tej okolicy, ratował wielki, tajemniczy ogród, z dorodnymi jabłoniami, wiśniami, śliwami, gruszami, pachnącymi pełnią dojrzałego lata. Dziś w tym miejscu znajduje się całkiem przyjemny skwerek, za ulicą Toworawą stoi Muzeum Pamięci Sybiru, w stronę dawnej ulicy Wiśniowej równolegle rozstawiły się czteropiętrowe bloki, i mimo ruchliwej i głośnej ulicy Sienkiwicza miejsce sprawia wrażenie kameralnego, pozwalającego chwilę odetchnąć od zgiełku miasta.
Traf chciał, że był to letni dzień. Florcia wracała ze szkoły i jak zwykle otworzywszy drzwi jej oczom ukazało się przepastne pomieszczenie oddzielające drzwi sieni od mieszkań na parterze. Już chwytała klamkę, by wejść do izdebki, gdy nieoczekiwanie poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Kogoś kogo wcześniej nie dostrzegła. Dłoń się zacisnęła na ramieniu i dziewczynka zakrzyknęła wniebogłosy i krzyczeć nie przestawała.
- Cicho głupia! Cicho! To ja, Oswaldek!
Z góry szybkim krokiem zaczęła schodzić staruszka Niemka, zaniepokojona usłyszanym przeraźliwym wrzaskiem.
- Co się tu dzieje?! Co wy wyprawiacie?!
- Nic, nic, my tylko wracamy do domu - odpowiedział przestraszony Oswaldek, obawiając się konsekwencji swojego żartu.
O zdarzeniu tym, po powrocie z pracy, dowiedziała się Genowefa. Znajac doskonale swoje dzieci, od razu się domyśliła, że to starszy brat, chciał zrobić psikusa siostrzyczce. I udało mu się. Ale wiedziała też o tym, że Florcia panicznie boi się tej sieni.
- Pani Szpakowa, a ja nie dziwię się, że dziecko się boi. Tu jeszcze przed pierwszą wojną powiesił się carski oficer, a dzieci czują i widzą więcej. - powiedziała w czasie jednej z rozmów z Gienią Niemka.
Następna przygoda z sienią była już ostatnią w historii tego domu, który wraz z innymi okolicznymi przeznaczony był do rozbiórki. Po lekcjach Florcia często wychodziała z domu, by spotkać się z koleżankami z ulicy Fabrycznej, pobawić w tajemniczych ogrodach, jakich w okolicy było bez liku. Zamknąwszy drzwi mieszkanka i zbliżając się do drzwi wyjściowych z sieni, usłyszała za sobą ni stąd ni zowąd potężny huk. Okazało się, że tuż za nią zawaliła się część sufitu domu zbudowanego z kolejowych podkładów. Dziewczynka poczuła momentalnie jakieś delikatne ukłucia w obie łydki. Były to drzazgi, odpryski z owych podkładów, które spadając na ziemię rozłupały się i uwolniły dziesiątki, może setki drobnych drewnianych igiełek, z których część wbiła się w odkryte nogi dziecka. Po chwili pojawiły się na nich małe kropelki krwi.
Jakaś ważna komisja uznała w końcu, że dom nie nadaje się do dalszego zamieszkania. Genowefa wraz z dziećmi otrzymała nową izdebkę z kuchnią w innym drewnianym domu na pobliskiej ulicy Sienkiewicza, równoległej do Fabrycznej. Bogiem a prawdą, ten kolejny dom był w stanie tak naprawdę niewiele lepszym od tego poprzedniego, ale nie było wyjścia, nie da się żyć bez dachu nad głową. Sytuację, jak zwykle w tej okolicy, ratował wielki, tajemniczy ogród, z dorodnymi jabłoniami, wiśniami, śliwami, gruszami, pachnącymi pełnią dojrzałego lata. Dziś w tym miejscu znajduje się całkiem przyjemny skwerek, za ulicą Toworawą stoi Muzeum Pamięci Sybiru, w stronę dawnej ulicy Wiśniowej równolegle rozstawiły się czteropiętrowe bloki, i mimo ruchliwej i głośnej ulicy Sienkiwicza miejsce sprawia wrażenie kameralnego, pozwalającego chwilę odetchnąć od zgiełku miasta.
piątek, 20 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 29 - początki nowego życia w Białymstoku, dzieciństwo.
Sanki ciągnęły się dość łatwo po udeptanym śniegu, którego w nocy dopadało dość sporo. Dziewczynka opatulona przez brata w futerko, ciepłą czapkę i gruby szalik, jeszcze trochę dosypiając, jechała na sankach z Sienkiewicza na Złotą do przedszkola. Kiedy mama była w pracy, brat odprowadzał młodszą siostrę do przedszkola.
- Żebym tylko nie zapomniał jej odebrać po lekcjach. Żebym tylko nie zapomniał...
Zdarzało mu się, że zapominał albo nie zdążył wrócić ze spotkania z kolegami, i trzeba było poczekać nieco dłużej. Gdy wszystkie dzieci poszły już z rodzicem do domu, dziewczynka cierpliwie czekała. Przedszkole mieściło się w kilku salach na parterze kamienicy z międzywojnia, należącej przed wojną do żydowskiego bankiera. Florci najbardziej utkwiło z tego czasu w pamięci zdarzenie, związane z jej imieniem, którego wówczas bardzo się wstydziła. Czekając na brata, zasmucona wciśnęła się w kąt sali, której okna wychodzą na ulicę Łąkową. Podeszła do niej wychowawczyni i łagodnie zapytała:
- Jak masz na imię?
- Florentyna na chrzcie świętym mi dano... - cicho, niepewnie, ale też niezwykle poważnie odpowiedziała dziewczynka.
- To bardzo ładne imię - uśmiechając się powiedziała pani przedszkolanka.
Od tego dnia dziecko przestało się krępować z powodu nadanego mu na chrzcie świętym imienia. To dobre wspomnienie z przedszkola, powracało w pamięci Florci za każdym razem, gdy przechodziła koło tej szarej, odrapanej dziś kamienicy na rogu Złotej i Łąkowej.
Ulicą Sienkiewicza czasem maszerowało wojsko na ćwiczenia na poligonie w lesie Pietrasze. Dziewczynka wystawała wówczas przy ulicy i wypatrywała taty, którego wciąż tak doskonale pamiętała. Co jakiś czas do rodziny docierały jakieś tajemnicze opowieści rozbudzające nadzieję. A to ktoś widział wysokiego mężczyznę, o ciemnych włosach, na dworcu w Białymstoku, który wypytywał o rodzinę przybyłą do Białegostoku z Wileńszczyzny, a to ktoś jeszcze zaginiony w czasie wojny powrócił po długim czasie nieobecności, choć najbliżsi już stracili nadzieję. Wierzono w pomoc PCK, chwytano się każdej możliwości, każdej historii, każdego skrawka nadziei. I widząc maszerujących żołnierzy, dziecko wybiegało przed dom na Sienkiewicza i uważnie przypatrywało się młodym mężczyznom w mundurach. A nuż wśród nich będzie tata.
Drewniany dom, w którym Gieni z dziećmi przyzielono izdebkę, groził w każdej chwili zawaleniem. Na górce mieszkała starsza kobieta, z pochodzenia Niemka. W XIX w. pojawiła się w Białymstoku spora społeczność niemiecka - fabrykanci, wykwalifikowani robotnicy, rodził się jeden z najsilniejszych ośrodków włókienniczych w cesarstwie. Na ulicy Wasilkowskiej założono cmentarz ewangelicki, przy Warszawskiej powstał zbór protestancki. Gdzieś niedaleko mieszkała też rodzina byłych volksdeutschów. Początkowo zostali aresztowani przez nowe władze, ale po interwencji znacznej grupy mieszkańców miasta, którzy poświadczali, że otrzymywali od nich wsparcie, podobno nawet ostrzeżenia przed możliwymi aresztowaniami, wszystkich z aresztu zwolniono. Niespotykany akt łaski.
Zabawy z dziećmi z sąsiednich podwórek w przepastnych ogrodach. Wieczorami czasem rozlegały się strzały. Na pobliskim przejeździe kolejowym w biały dzień zastrzelono działacza komunistycznego. Przy ulicy Wiśniowej w nocy strzelano któregoś razu do funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa.
Naprzeciw domu, po drugiej stronie ulicy Sienkiewicza, stała kamienica, w której na parterze mieścił się - jeszcze prywatny, zanim rozegrała się "bitwa o handel" - sklep spożywczy, do którego dzieci chodziły z mamą na zakupy. Dziś jest tu skwer, w którym w czasach PRL-u stał czołg.
Któregoś dnia Florcia musiała zostać sama w domu. Mama była w pracy, brat pobiegł nie wiadomo gdzie z kolegami. Dzień był deszczowy, szybko zrobiło się ciemno. Woda lała się z nieba strumieniami. Niespodziewanie jakiś człowiek zaczął się kręcić wokół domu, ciemna sylwetka, w kapturze nasuniętym na głowę tak, że nie było widać twarzy. Podchodził do okien i stukał w nie, z każdą chwilą coraz natarczywiej. Dziewczynka zgasiła palącą się lampkę. Niepokój zaczął narastać, mama wróci dopiero nad ranem, a brat nie wiadomo kiedy. Nieznajomy chodził od okna do okna i nie przestawał w nie stukać. Przypomniały się dziecku opowieści snute przez dorosłych o Cyganach, co to porywają dzieci. Nerwy były już napięte do granic możliwości. Dziecko nie wiedziało, co ma ze sobą począć. Było bliskie omdlenia ze strachu, gdy wtem zupełnie nieoczekiwanie w izdebce, za ustawionym na środku stołem, pojawiła się inna postać - wyraźnie dziecięca, choć Florcia nigdy nie potrafiła określić, czy był to chłopczyk czy dziewczynka. Dziecko o jasnych włosach, w niebieskiej bluzeczce lub sukience, które dziewczynka widziała zza tego stołu od pasa w górę. Przyjazny wyraz twarzy tego nieznajomego dziecięcego przybysza, jego spokojne, łagodne oczy, delikatny uśmiech, życzliwa obecność, i mimo, że nie wypowiedział ani słowa, sprawił, że Florcia się uspokoiła. Po chwili stukanie w okna ustało, paniczny strach zniknął w mgnieniu oka, tak jak też zniknęło to dziecko, a po niedługim czasie do domu wrócił brat.
- Żebym tylko nie zapomniał jej odebrać po lekcjach. Żebym tylko nie zapomniał...
Zdarzało mu się, że zapominał albo nie zdążył wrócić ze spotkania z kolegami, i trzeba było poczekać nieco dłużej. Gdy wszystkie dzieci poszły już z rodzicem do domu, dziewczynka cierpliwie czekała. Przedszkole mieściło się w kilku salach na parterze kamienicy z międzywojnia, należącej przed wojną do żydowskiego bankiera. Florci najbardziej utkwiło z tego czasu w pamięci zdarzenie, związane z jej imieniem, którego wówczas bardzo się wstydziła. Czekając na brata, zasmucona wciśnęła się w kąt sali, której okna wychodzą na ulicę Łąkową. Podeszła do niej wychowawczyni i łagodnie zapytała:
- Jak masz na imię?
- Florentyna na chrzcie świętym mi dano... - cicho, niepewnie, ale też niezwykle poważnie odpowiedziała dziewczynka.
- To bardzo ładne imię - uśmiechając się powiedziała pani przedszkolanka.
Od tego dnia dziecko przestało się krępować z powodu nadanego mu na chrzcie świętym imienia. To dobre wspomnienie z przedszkola, powracało w pamięci Florci za każdym razem, gdy przechodziła koło tej szarej, odrapanej dziś kamienicy na rogu Złotej i Łąkowej.
Ulicą Sienkiewicza czasem maszerowało wojsko na ćwiczenia na poligonie w lesie Pietrasze. Dziewczynka wystawała wówczas przy ulicy i wypatrywała taty, którego wciąż tak doskonale pamiętała. Co jakiś czas do rodziny docierały jakieś tajemnicze opowieści rozbudzające nadzieję. A to ktoś widział wysokiego mężczyznę, o ciemnych włosach, na dworcu w Białymstoku, który wypytywał o rodzinę przybyłą do Białegostoku z Wileńszczyzny, a to ktoś jeszcze zaginiony w czasie wojny powrócił po długim czasie nieobecności, choć najbliżsi już stracili nadzieję. Wierzono w pomoc PCK, chwytano się każdej możliwości, każdej historii, każdego skrawka nadziei. I widząc maszerujących żołnierzy, dziecko wybiegało przed dom na Sienkiewicza i uważnie przypatrywało się młodym mężczyznom w mundurach. A nuż wśród nich będzie tata.
Drewniany dom, w którym Gieni z dziećmi przyzielono izdebkę, groził w każdej chwili zawaleniem. Na górce mieszkała starsza kobieta, z pochodzenia Niemka. W XIX w. pojawiła się w Białymstoku spora społeczność niemiecka - fabrykanci, wykwalifikowani robotnicy, rodził się jeden z najsilniejszych ośrodków włókienniczych w cesarstwie. Na ulicy Wasilkowskiej założono cmentarz ewangelicki, przy Warszawskiej powstał zbór protestancki. Gdzieś niedaleko mieszkała też rodzina byłych volksdeutschów. Początkowo zostali aresztowani przez nowe władze, ale po interwencji znacznej grupy mieszkańców miasta, którzy poświadczali, że otrzymywali od nich wsparcie, podobno nawet ostrzeżenia przed możliwymi aresztowaniami, wszystkich z aresztu zwolniono. Niespotykany akt łaski.
Zabawy z dziećmi z sąsiednich podwórek w przepastnych ogrodach. Wieczorami czasem rozlegały się strzały. Na pobliskim przejeździe kolejowym w biały dzień zastrzelono działacza komunistycznego. Przy ulicy Wiśniowej w nocy strzelano któregoś razu do funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa.
Naprzeciw domu, po drugiej stronie ulicy Sienkiewicza, stała kamienica, w której na parterze mieścił się - jeszcze prywatny, zanim rozegrała się "bitwa o handel" - sklep spożywczy, do którego dzieci chodziły z mamą na zakupy. Dziś jest tu skwer, w którym w czasach PRL-u stał czołg.
Któregoś dnia Florcia musiała zostać sama w domu. Mama była w pracy, brat pobiegł nie wiadomo gdzie z kolegami. Dzień był deszczowy, szybko zrobiło się ciemno. Woda lała się z nieba strumieniami. Niespodziewanie jakiś człowiek zaczął się kręcić wokół domu, ciemna sylwetka, w kapturze nasuniętym na głowę tak, że nie było widać twarzy. Podchodził do okien i stukał w nie, z każdą chwilą coraz natarczywiej. Dziewczynka zgasiła palącą się lampkę. Niepokój zaczął narastać, mama wróci dopiero nad ranem, a brat nie wiadomo kiedy. Nieznajomy chodził od okna do okna i nie przestawał w nie stukać. Przypomniały się dziecku opowieści snute przez dorosłych o Cyganach, co to porywają dzieci. Nerwy były już napięte do granic możliwości. Dziecko nie wiedziało, co ma ze sobą począć. Było bliskie omdlenia ze strachu, gdy wtem zupełnie nieoczekiwanie w izdebce, za ustawionym na środku stołem, pojawiła się inna postać - wyraźnie dziecięca, choć Florcia nigdy nie potrafiła określić, czy był to chłopczyk czy dziewczynka. Dziecko o jasnych włosach, w niebieskiej bluzeczce lub sukience, które dziewczynka widziała zza tego stołu od pasa w górę. Przyjazny wyraz twarzy tego nieznajomego dziecięcego przybysza, jego spokojne, łagodne oczy, delikatny uśmiech, życzliwa obecność, i mimo, że nie wypowiedział ani słowa, sprawił, że Florcia się uspokoiła. Po chwili stukanie w okna ustało, paniczny strach zniknął w mgnieniu oka, tak jak też zniknęło to dziecko, a po niedługim czasie do domu wrócił brat.
piątek, 13 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 27 - bolesna nauka rozstania, układanie życia na nowo i poszukiwania Floriana
Bujny ogród, drzewa owocowe - wiśnie, śliwy, jabłonie, grządki warzywne, kwietne, malwy pod oknami, maliny, krzewy porzeczek, wysokie trawy, prawie tak jak w Adamowcach, tylko dom dużo większy i dużo starszy, właściwie w każdej chwili zagrożony runięciem, i zamieszkany przez kilka rodzin. Genowefa nie zwlekając rozpoczęła poszukiwania pracy, Oswaldkowi trzeba było znaleźć szkołę, Florci jeszcze przedszkole, ale rzeczą najważniejszą było dowiedzieć się co się dzieje z Florianem. Jan powiedział, że rozstali się w Mordach koło Siedlec. Gdy z panem Pietuszko odjeżdżali do Białegostoku, Florian już chorował, miał unieruchomione nogi, nie mógł chodzić, a czasu minęło sporo od dnia, w którym widzieli się po raz ostatni. By wyruszyć do Mord potrzebne były środki finansowe na podróż, były one też niezbędne do zaspokajania codziennych życiowych potrzeb. Konieczne zatem stało się sprzedanie krówki Wilniuczki, jak ją nazywała Genowefa. Zwierzątko, które przebyło razem z nimi tak długą i znojną drogę, nabył rolnik z Bagnówki. Dziś Bagnówka jest dzielnicą Białegostoku, wówczas była podmiejską wsią tuż za Wygodą, nie tak znowuż odległą od ulicy Sienkiewicza, choć kilka dobrych kilometrów te miejsca od siebie dzieliło. Rozłąka z wiernym, kochanym zwierzęciem nie obyła się bez łez, najmocniej przeżyły ją dzieci, ale i Genowefa nie potrafiła ukryć swoich uczuć, choć starała się jak mogła trzymać fason przed córeczką i synem.
Następnego dnia po dokonanej transakcji, o poranku, do mieszkanka przybyszów z Wileńszczyzny wkroczyła sąsiadka głośno oznajmiając:
- Pani Szpakowa, pani Szpakowa, pani krówka stoi w ogrodzie!
Jakaż była radość i zdziwienie trojga. Wszyscy w jednej chwili wybiegli na podwórko i spostrzegli stojącą jakby nigdy nic Wilniuczkę, skubiącą sobie spokojnie soczystą trawę. Okazało się, że zwierzę samo, w sobie tylko znany sposób, wróciło do swoich prawowitych - jak uważało - gospodarzy, najwyraźniej zapamiętało drogę, którą prowadził ją nabywca i korzystając z wolności na bagnowskim pastwisku postanowiło powrócić do tych, których na swój zwierzęcy sposób tak mocno kochało, i przez których musiało się też czuć kochane. Radość nie trwała jednak długo, Genowefa po początkowej radości z tego cudownego powrotu, zamyśliła się, posmutniała i stwierdziła, że sprzedaż została dokonana, otrzymała żądaną cenę, pieniędzy nie mogła zwrócić, i po krótkotrwałej euforii musiała przekonać dzieci, że krówkę trzeba będzie odprowadzić do jej nowego gospodarza. To już kolejne bolesne rozstanie, wyciskająca łzy nauka rezygnacji, trudna lekcja ofiary i poświęcenia, a zarazem dotrzymywania umów i uczciwości, radości, po której nastaje ból i smutek. Dla sześcioletniej dziewczynki i trzynastoletniego chłopaka to zdarzenie stanowiło kolejne niezwykle traumatyczne przeżycie.
Dość sprawnie udało się natomiast Genowefie znaleźć pracę w fabryce włókienniczej przy ulicy Włókienniczej, dawniej Białostoczańskiej. Białystok w czasie zaborów stał się drugim po Łodzi istotnym ośrodkiem przemysłu włókienniczego w granicach imperium carskiego. Część fabryk włókienniczych, powstałych w XIX w., funkcjonowała jeszcze przez długie lata po zakończeniu drugiej wojny. Praca była ciężka, na zmiany. W czasie nocnej zmiany, dzieci musiały zostawać same w domu. Zanim Genowefa poszła do pracy, udało się znaleźć szkołę dla Oswaldka, a dla Florci przedszkole przy ulicy Złotej, mieszczące się w murowanej kamienicy z okresu międzywojennego, istniejącej po dziś dzień. Wszystko powoli zaczęło się układać. Brakowało jedynie męża i ojca. Trzydziestopięcioletniej kobiecie, samotnie wychowującej dwójkę dzieci, pracującej fizycznie w fabryce w dzień, w nocy, nie było łatwo związać koniec z końcem, lecz wiedziała, że musi odszukać zaginionego Floriana, i wychować dwójkę ukochanych dzieci. Gdy już załatwiła wszystkie najważniejsze sprawy i twardo stanęła na nogach, pewnego dnia zostawiwszy dzieci pod opieką Jana i jego żony Wincenty, wyruszyła w drogę do Mord, gdzie po raz ostatni był Florian widziany. Dziś odległość 130 kilometrów dzieląca Białystok od Mord jest śmiesznie łatwą do pokonania, lecz w czasach powojennych nie była to taka prosta wyprawa.
Następnego dnia po dokonanej transakcji, o poranku, do mieszkanka przybyszów z Wileńszczyzny wkroczyła sąsiadka głośno oznajmiając:
- Pani Szpakowa, pani Szpakowa, pani krówka stoi w ogrodzie!
Jakaż była radość i zdziwienie trojga. Wszyscy w jednej chwili wybiegli na podwórko i spostrzegli stojącą jakby nigdy nic Wilniuczkę, skubiącą sobie spokojnie soczystą trawę. Okazało się, że zwierzę samo, w sobie tylko znany sposób, wróciło do swoich prawowitych - jak uważało - gospodarzy, najwyraźniej zapamiętało drogę, którą prowadził ją nabywca i korzystając z wolności na bagnowskim pastwisku postanowiło powrócić do tych, których na swój zwierzęcy sposób tak mocno kochało, i przez których musiało się też czuć kochane. Radość nie trwała jednak długo, Genowefa po początkowej radości z tego cudownego powrotu, zamyśliła się, posmutniała i stwierdziła, że sprzedaż została dokonana, otrzymała żądaną cenę, pieniędzy nie mogła zwrócić, i po krótkotrwałej euforii musiała przekonać dzieci, że krówkę trzeba będzie odprowadzić do jej nowego gospodarza. To już kolejne bolesne rozstanie, wyciskająca łzy nauka rezygnacji, trudna lekcja ofiary i poświęcenia, a zarazem dotrzymywania umów i uczciwości, radości, po której nastaje ból i smutek. Dla sześcioletniej dziewczynki i trzynastoletniego chłopaka to zdarzenie stanowiło kolejne niezwykle traumatyczne przeżycie.
Dość sprawnie udało się natomiast Genowefie znaleźć pracę w fabryce włókienniczej przy ulicy Włókienniczej, dawniej Białostoczańskiej. Białystok w czasie zaborów stał się drugim po Łodzi istotnym ośrodkiem przemysłu włókienniczego w granicach imperium carskiego. Część fabryk włókienniczych, powstałych w XIX w., funkcjonowała jeszcze przez długie lata po zakończeniu drugiej wojny. Praca była ciężka, na zmiany. W czasie nocnej zmiany, dzieci musiały zostawać same w domu. Zanim Genowefa poszła do pracy, udało się znaleźć szkołę dla Oswaldka, a dla Florci przedszkole przy ulicy Złotej, mieszczące się w murowanej kamienicy z okresu międzywojennego, istniejącej po dziś dzień. Wszystko powoli zaczęło się układać. Brakowało jedynie męża i ojca. Trzydziestopięcioletniej kobiecie, samotnie wychowującej dwójkę dzieci, pracującej fizycznie w fabryce w dzień, w nocy, nie było łatwo związać koniec z końcem, lecz wiedziała, że musi odszukać zaginionego Floriana, i wychować dwójkę ukochanych dzieci. Gdy już załatwiła wszystkie najważniejsze sprawy i twardo stanęła na nogach, pewnego dnia zostawiwszy dzieci pod opieką Jana i jego żony Wincenty, wyruszyła w drogę do Mord, gdzie po raz ostatni był Florian widziany. Dziś odległość 130 kilometrów dzieląca Białystok od Mord jest śmiesznie łatwą do pokonania, lecz w czasach powojennych nie była to taka prosta wyprawa.
piątek, 6 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 26 - przyjazd do Białegostoku, układanie życia na nowo
Z Krakowa trzeba było dostać się do Łodzi. W Łodzi przy Piotrkowskiej rozlokował się Państwowy Urząd Repatriacyjny, w którym należało załatwić wszelkie formalności związane z przyjazdem do nowej Polski. Dzięki wsparciu UNRRY (UNRRA - United Nations Relief and Rehabilitation Administration - Administracja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy; organizacja niosąca pomoc krajom spustoszonym przez wojnę) PUR pomagał finansowo i materialnie tym wszystkim, którzy zmuszeni byli opuścić rodzinne strony, bo te zostały wcielone do ZSRR. Nie był to jeszcze czas nasilonych represji wobec ludności cywilnej, nowa władza nie mogła i nie była w stanie walczyć na wielu frontach jednocześnie. Genowefa uważała, że będąc na terytorium Polski, w samym jej sercu, jej i dzieciom nic już nie zagraża, nie ma tu priedsiedatieli w skórzanych płaszczach grożących pistoletami, nie ma wszechobecnego NKWD, podejrzanych Serafinów, donosicieli, których tak bolała jakaś skromna bryczka, garnitur i kapelusz Floriana. Dowiedziała się natomiast, że rodzony brat jej męża został zwolniony z wojska i skierowany do pracy w straży banku w Białymstoku. Otrzymał służbowe mieszkanie, w którym zamieszkał z żoną i dwójką dzieci. Białystok był na ten czas dobrą lokalizacją, oczywiście przejściową. Nigdy nie robił na Genowefie dobrego wrażenia, znała to miasto jedynie zza okien pociągu. W drodze z Wilna do Warszawy, pociąg zatrzymywał się na stacji w Białymstoku. Sprawiał wrażenie miasta ponurego, typowo fabrycznego. Nigdy wcześniej nie mieli w nim krewnych, znajomych, żadnych spraw do załatwienia. Ale teraz okoliczności sprawiły, że stał się miejscem idealnym do zamieszkania. Raz, że brat Floriana mógłby im pomóc, a dwa - będzie stąd już blisko do Wilna, i gdy sytuacja w Polsce i na świecie się unormuje, można będzie sprawnie i szybko powrócić do Adamowców. Zatem - kierunek Białystok. Z pomocą PUR i UNRRY.
Znowu stukot kół, długa jazda pociągiem, przez zburzoną Warszawę, i przyjazd nad ranem do Białegostoku. Dwoje dzieci, tobołki, worek z mąką, a w nim posrebrzany krucyfiks, żywot świętej Genowefy zwinięty w rulon, i wierna, łagodna krówka żywicielka. Trzeba było jeszcze tylko przemaszerować przez gruzowiska do urzędu na Warszawskiej, tam okazać dokumenty i czekać na przydział jakiegoś dachu nad głową. Na ulicy Warszawskiej mieścił się też w przedwojennej kamienicy bank, do pracy w którym skierowano Jana. Okazała kamienica i obok, w podwórzu, piętrowy budynek mieszkalny dla pracowników banku. Tuż za nim zielone i pachnące owocami, warzywami i ziołami późnego lata ogrody ciągnące się do rzeki Białej. Białystok był wówczas miastem zrujnowanym, zniszczonym w ponad osiemdziesięciu procentach. Ocalały nieliczne kamienice i część drewnianej zabudowy. Trasa tej dziwnej wędrówki wiodła więc przez zwaliska gruzów, przetykane murowanymi i drewnianymi ocaleńcami, ogrodami, drzewami, łapczywie wdzierającą się - gdzie się tylko dało - bujną zielenią traw, krzewów, wielobarwnych dzikich kwiatów.
Ówczesna administracja cywilna działała mimo wszystko sprawnie. Nie zachowały się żadne opowieści o konieczności koczowania gdzieś pod gołym niebem. Niepełna rodzina z odległych Adamowców otrzymała skromną izdebkę z kuchnią w drewnianym domu wzniesionym z podkładów kolejowych może pod koniec XIX, a może na początku XX w., przy ulicy Fabrycznej. Dziś w tym miejscu stoją jedenastopiętrowe bloki, zachowało się kilka wiekowych drzew, jedno z nich miało pamiętać jeszcze dawną drewnianą zabudowę. Robotniczy Białystok, z drewnianymi domami tonącymi w bujnej zieleni ogrodów. Gdzieś nieopodal, w jednym z takich ogrodów, leżał wysoki komin huty szkła, zbombardowanej przez sowietów w lipcu 1944 r., podobno omyłkowo. Piloci mieli za zadanie najpewniej zniszczyć inną hutę, przy ulicy Ryskiej, a trafili w tę niewielką, na czyjejś prywatnej posesji. Duży ogród przy domu zapewniał pożywienie krówce. W pozostałych izbach mieszkali przedwojenni jeszcze mieszkańcy tego domu, w tym na pięterki staruszka Niemka, potomkini przybyszów z Niemiec, jeszcze z czasów, gdy niemieccy osadnicy zakładali fabryki włókiennicze w Białymstoku i w okolicznych miejscowościach.
Należało teraz stopniowo układać życie na nowo, zdobyć jakieś wiadomości o Florianie, wszak wojna się już dawno skończyła, a nie ma o nim żadnych wieści, znaleźć pracę, posłać dzieci do szkoły, i zdać się całkowicie na Boga.
Znowu stukot kół, długa jazda pociągiem, przez zburzoną Warszawę, i przyjazd nad ranem do Białegostoku. Dwoje dzieci, tobołki, worek z mąką, a w nim posrebrzany krucyfiks, żywot świętej Genowefy zwinięty w rulon, i wierna, łagodna krówka żywicielka. Trzeba było jeszcze tylko przemaszerować przez gruzowiska do urzędu na Warszawskiej, tam okazać dokumenty i czekać na przydział jakiegoś dachu nad głową. Na ulicy Warszawskiej mieścił się też w przedwojennej kamienicy bank, do pracy w którym skierowano Jana. Okazała kamienica i obok, w podwórzu, piętrowy budynek mieszkalny dla pracowników banku. Tuż za nim zielone i pachnące owocami, warzywami i ziołami późnego lata ogrody ciągnące się do rzeki Białej. Białystok był wówczas miastem zrujnowanym, zniszczonym w ponad osiemdziesięciu procentach. Ocalały nieliczne kamienice i część drewnianej zabudowy. Trasa tej dziwnej wędrówki wiodła więc przez zwaliska gruzów, przetykane murowanymi i drewnianymi ocaleńcami, ogrodami, drzewami, łapczywie wdzierającą się - gdzie się tylko dało - bujną zielenią traw, krzewów, wielobarwnych dzikich kwiatów.
Ówczesna administracja cywilna działała mimo wszystko sprawnie. Nie zachowały się żadne opowieści o konieczności koczowania gdzieś pod gołym niebem. Niepełna rodzina z odległych Adamowców otrzymała skromną izdebkę z kuchnią w drewnianym domu wzniesionym z podkładów kolejowych może pod koniec XIX, a może na początku XX w., przy ulicy Fabrycznej. Dziś w tym miejscu stoją jedenastopiętrowe bloki, zachowało się kilka wiekowych drzew, jedno z nich miało pamiętać jeszcze dawną drewnianą zabudowę. Robotniczy Białystok, z drewnianymi domami tonącymi w bujnej zieleni ogrodów. Gdzieś nieopodal, w jednym z takich ogrodów, leżał wysoki komin huty szkła, zbombardowanej przez sowietów w lipcu 1944 r., podobno omyłkowo. Piloci mieli za zadanie najpewniej zniszczyć inną hutę, przy ulicy Ryskiej, a trafili w tę niewielką, na czyjejś prywatnej posesji. Duży ogród przy domu zapewniał pożywienie krówce. W pozostałych izbach mieszkali przedwojenni jeszcze mieszkańcy tego domu, w tym na pięterki staruszka Niemka, potomkini przybyszów z Niemiec, jeszcze z czasów, gdy niemieccy osadnicy zakładali fabryki włókiennicze w Białymstoku i w okolicznych miejscowościach.
Należało teraz stopniowo układać życie na nowo, zdobyć jakieś wiadomości o Florianie, wszak wojna się już dawno skończyła, a nie ma o nim żadnych wieści, znaleźć pracę, posłać dzieci do szkoły, i zdać się całkowicie na Boga.
sobota, 31 sierpnia 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 23 - ciąg dalszy żywota św. Genowefy
Zygfryd będąc ciężko rannym, długo powracał do zdrowia w rycerskim obozie. W tym czasie dotarły do niego wieści o wyroku wykonanym na jego żonie. Gdy w końcu wyzdrowiał i powrócił do swojego zamku, zastał Golla z towarzyszami wyprawiającego ucztę. Złoczyńca był przekonany, że Zygfryd z wojny żywym już nie wróci. Gdy hrabia wszedł do swojej komnaty, przejętej przez rządcę, zauważył wszystkie listy żony do niego pisane, przechwycone przez Golla, z których żaden nie dotarł do Zygfryda, podobnie jak i listy Zygfryda do Genowefy nie zostały doręczone. Nabierając podejrzeń, gdy pogrążył się w żalu, do komnaty weszła wierna Berta, by przekazać mu list napisany przez Genowefę jeszcze w więzieniu. Dowiedziawszy się o tym wszystkim, co się rzeczywiście pod jego nieobecność wydarzyło, wydał polecenie, by skuć Golla i wtrącić do lochu. Popadłszy w niezmierzony smutek i rozpacz, hrabia szukał zapomnienia w polowaniach. W czasie jednego z nich rzucił się w pogoń za dziką zwierzyną. Zwierzę uciekając skryło się w jaskini Genowefy. Była to bowiem wierna łania, której mlekiem przez siedem lat żywiła się Genowefa i jej synek. Gdy hrabia wszedł do jaskini zobaczył postać ludzką, okropnie wymizerowaną, przypominającą bardziej zjawę, i przyszła mu myśl, że jest to miejsce śmierci jego żony, a on widzi jej ducha, lecz wtedy ona doń przemówiła i zapewniła, że nie jest duchem, tylko jego wciąż żywą żoną, którą on skazał na śmierć, mimo że ona była niewinna. Genowefa podniosła się i resztką sił podeszła do Zygfryda, ujęła jego dłoń i wskazała na pierścień na jej palcu, który od niego otrzymała. Hrabia padł na kolana, zalał się łzami i jął ją prosić o przebaczenie. W odpowiedzi Genowefa rzekła, że nie czuła i nie czuje doń gniewu, ponieważ wiedziała, że został oszukany. W międzyczasie z lasu powrócił Bolesty. Matka oznajmiła mu, że mężczyzna, który ich nawiedził, jest jego ojcem.
Radości ze spotkania nie było końca. Następnie wszyscy razem, łącznie ze świtą, udali się na zamek. Za lasem, przy drodze zebrały się już tłumy ludzi, jako że wieść o cudownym ocaleniu i odnalezieniu hrabiny rozeszła się lotem błyskawicy. W tym tłumie dali się też dostrzec dwaj pielgrzymi w długich płaszczach i z kosturami w dłoniach. Okazało się, że byli to dwaj niedoszli oprawcy Genowefy. Padli przed nią na kolana i błagali ją o przebaczenie. Opowiedzieli o tym, jak to po pozostawieniu jej w lesie, obawiając się gniewu Golla, udali się w długą pielgrzymkę do Ziemi Świętej, z której przed kilkoma dniami powrócili. Genowefa podziękowała im za ocalenie życia jej i synka.
Gdy ten uroczysty orszak zbliżał się do zamku, uderzono we wszystkie kościelne dzwony, a rozrzewniony lud płakał z radości. Jedni wspinali się na drzewa, inni na dachy, by tylko ujrzeć ukochaną panią. Za lektyką jechał konno hrabia, z drugiej strony wierny sługa Wolf, dalej podążali dwaj pielgrzymi, a między nimi obłaskawiona łania. Rycerze i służba poprzedzali lektykę, a część z nich zamykała ów radosny pochód. Stary sługa Wolf, nie zwlekając, wziął ze sobą kilku rycerzy i udał się z nimi w drogę, by powiadomić zbolałych rodziców Genowefy o jej cudownym ocaleniu. W połowie drogi najpierw spotkali biskupa Hidolfa, który udzielał ślubu Genowefie i Zygfrydowi, i razem ruszyli z dobrą nowiną na zamek starego księcia i księżnej. Rodzice co roku w kaplicy zamkowej czcili pamięć swej córki. Tego właśnie dnia biskup przyjeżdżał do pogrążonych w żałobie staruszków i odprawiał mszę za duszę zmarłej. Tym razem biskup przybył z twarzą jaśniejącą niebiańską wręcz radością i oznajmił cudowną wiadomość. Tuż za nim, do komnaty wkroczył Wolf, który głęboko skłoniwszy się, ze wszystkimi znanymi mu szczegółami opowiedział tę niezwykłą historię. Wszyscy czym prędzej udali się do Zygfrydsburga, by zobaczyć ukochaną córkę i wnuka. Radosne powitanie we łzach wydawało się nie mieć końca. I wtedy biskup przypomniał o szczęściu, które zaczęło się od wielkich cierpień, tak jak wszelkie zbawienie na ziemi zaczynać się musi. Powiedział też, że Bóg zgromadził tu wszystkich razem, aby radości nikomu nie brakowało, i by wszyscy swoje łzy na ofiarę dziękczynienia mogli złożyć, a Bóg zawsze zwykł czynić więcej niż się spodziewamy. Błogosławiony jest zaś ten, kto wytrwa w dobrym, a gdy zostanie doświadczony, otrzyma koronę w niebie, jaką Bóg zapowiedział tym, którzy Go kochają.
Genowefa szybko wracała do sił, codziennie odwiedzali ją poddani, mieszkańcy zamku i okolicznych miejscowości. Sługa Wolf dbał o to, by przystęp do niej nie był wzbroniony najbiedniejszemu i najmniejszemu. Hrabina dla każdego z odwiedzających miała słowa, które ten następnie przez całe swoje życie, będąc już siwowłosym starcem czy siwowłosą staruszką, powtarzał swoim potomnym. Mówiła, że i oni na tym świecie wiele cierpieć muszą, że niejedna przykrość ich dotknęła i jeszcze dotknie, ale mimo wszystko winni kochać Boga, w Nim pokładać nadzieję i nie poddawać się nigdy rozpaczy, bowiem tylko On może położyć kres ich wszystkim utrapieniom. A gdy już wszystko wydaje się stracone, tylko Bóg dopomóc może, i wszelkie zło jest władny zamienić w dobro. Nie powinni pragnąć wielkich bogactw i zaszczytów, tylko poprzestawać na małym, gdyż i w stanie umiarkowania można być szczęśliwym, tak jak ona tego doświadczyła mieszkając wiele lat w puszczy, bo choć są ubogimi, mają więcej niż ona miała w lesie. Mają mieszkania, odzież, pościel, zimą ciepłą strawę i ciepłą izbę. Kto kocha Boga i ma Go w swoim sercu, ten ma w duszy Niebo. Modlitwa zaś dodaje siły w znoszeniu wszelkich przeciwności i nigdy bezskuteczną nie bywa. Dobre sumienie jest natomiast największym skarbem, najpewniejszą pociechą w cierpieniach, w więzieniu, w chorobie i w śmierci.
A sprawca tych wszystkich nieszczęść, jakie spadły na hrabinę i jej synka, dworzanin Gollo, został skazany przez sąd na karę śmierci, jako haniebny potwarca, zdradziecki sługa i trzykrotny morderca. Miał być rozerwany przez cztery konie na cztery sztuki, lecz hrabia - za wstawiennictwem swojej żony - darował mu życie, jednak nie miał prawa uwolnić go z lochu.
Zygfryd zadbał też o łanię - kazał jej wystawić przy pałacu piękną obórkę. Zwierzę kilka razy dziennie przychodziło do Genowefy, nie można jej było odpędzić dopóki choć na chwilę do komnaty swojej pani wpuszczona nie została. Jadła z rąk każdego, a dzieci dawały jej chleb, głaskały, zaś ich matki mawiały, że gdyby nie ta mądra łania, ich kochana pani i młody panicz musieliby niechybnie umrzeć w leśnej głuszy.
Nie wiadomo jak długo żyła Genowefa. Gdy jej ziemski czas dobiegł końca, od mogiły skrapianej łzami męża, syna i poddanych, żadnym sposobem nie chciała się oddalić wierna łania. Nie chciała tknąć przynoszonej jej paszy i po kilku dniach znaleziono ją nieżywą na grobie swojej pani. Hrabia kazał wystawić okazały nagrobek z białego marmuru, na którym u nóg Genowefy została wyobrażona jej kochająca łania. W puszczy, przy grocie, na prośbę Genowefy, pobudowano kaplicę, a z drugiej strony jaskini, gdzie płynął strumień, stanął klasztor z pięknym ogromnym ogrodem. Tysiące pielgrzymów ściągało do tego miejsca, a lud natychmiastowo okrzyknął zmarłą świętą. Po wielu latach zamek Zygfrydsburg popadł w ruinę. A wszystkie te wydarzenia miały się rozegrać w okolicach miasta Koblencja.
Taką pokrzepiającą opowieść, wyczytaną w książce "Opis życia Świętej Genowefy, czyli wzór ufności w Bogu dla pobożnych ludzi", wydanej w Częstochowie w 1886 r., snuł dziadek Ksawery. I tak też przedstawiają ją barwne, choć nieco wyblakłe, rysunki na obrazie przywiezionym z Wilna, który Genowefa postanowiła zabrać z Adamowców.
Był rok 1979, może 1980, ciepły, słoneczny, może wiosenny, a może letni dzień. Genowefa wzięła tę niemal relikwię, przypominającą jej bliskich i rodzinne strony, i z mieszkania na czwartym piętrzy przy ulicy Skłodowskiej 5, z trzyletnim, może czteroletnim wnuczkiem, udała się do warsztatu oprawy obrazów, mieszczącego się w starej, odrapanej kamienicy na Piaskach, na zachowanym skrawku ulicy starego Białegostoku. Ta kamienica, i ta ulica już nie istnieją, w ich miejscu stoją jedenastopiętrowe bloki, rozlokowały się parkingi, przeprowadzono asfaltowe uliczki, zniknął bruk, zniknęła samotnie stojąca kamienica, a ramy, w które obraz został wówczas oprawiony, trwają do dziś, nieznacznie tylko nadkruszone.
Radości ze spotkania nie było końca. Następnie wszyscy razem, łącznie ze świtą, udali się na zamek. Za lasem, przy drodze zebrały się już tłumy ludzi, jako że wieść o cudownym ocaleniu i odnalezieniu hrabiny rozeszła się lotem błyskawicy. W tym tłumie dali się też dostrzec dwaj pielgrzymi w długich płaszczach i z kosturami w dłoniach. Okazało się, że byli to dwaj niedoszli oprawcy Genowefy. Padli przed nią na kolana i błagali ją o przebaczenie. Opowiedzieli o tym, jak to po pozostawieniu jej w lesie, obawiając się gniewu Golla, udali się w długą pielgrzymkę do Ziemi Świętej, z której przed kilkoma dniami powrócili. Genowefa podziękowała im za ocalenie życia jej i synka.
Gdy ten uroczysty orszak zbliżał się do zamku, uderzono we wszystkie kościelne dzwony, a rozrzewniony lud płakał z radości. Jedni wspinali się na drzewa, inni na dachy, by tylko ujrzeć ukochaną panią. Za lektyką jechał konno hrabia, z drugiej strony wierny sługa Wolf, dalej podążali dwaj pielgrzymi, a między nimi obłaskawiona łania. Rycerze i służba poprzedzali lektykę, a część z nich zamykała ów radosny pochód. Stary sługa Wolf, nie zwlekając, wziął ze sobą kilku rycerzy i udał się z nimi w drogę, by powiadomić zbolałych rodziców Genowefy o jej cudownym ocaleniu. W połowie drogi najpierw spotkali biskupa Hidolfa, który udzielał ślubu Genowefie i Zygfrydowi, i razem ruszyli z dobrą nowiną na zamek starego księcia i księżnej. Rodzice co roku w kaplicy zamkowej czcili pamięć swej córki. Tego właśnie dnia biskup przyjeżdżał do pogrążonych w żałobie staruszków i odprawiał mszę za duszę zmarłej. Tym razem biskup przybył z twarzą jaśniejącą niebiańską wręcz radością i oznajmił cudowną wiadomość. Tuż za nim, do komnaty wkroczył Wolf, który głęboko skłoniwszy się, ze wszystkimi znanymi mu szczegółami opowiedział tę niezwykłą historię. Wszyscy czym prędzej udali się do Zygfrydsburga, by zobaczyć ukochaną córkę i wnuka. Radosne powitanie we łzach wydawało się nie mieć końca. I wtedy biskup przypomniał o szczęściu, które zaczęło się od wielkich cierpień, tak jak wszelkie zbawienie na ziemi zaczynać się musi. Powiedział też, że Bóg zgromadził tu wszystkich razem, aby radości nikomu nie brakowało, i by wszyscy swoje łzy na ofiarę dziękczynienia mogli złożyć, a Bóg zawsze zwykł czynić więcej niż się spodziewamy. Błogosławiony jest zaś ten, kto wytrwa w dobrym, a gdy zostanie doświadczony, otrzyma koronę w niebie, jaką Bóg zapowiedział tym, którzy Go kochają.
Genowefa szybko wracała do sił, codziennie odwiedzali ją poddani, mieszkańcy zamku i okolicznych miejscowości. Sługa Wolf dbał o to, by przystęp do niej nie był wzbroniony najbiedniejszemu i najmniejszemu. Hrabina dla każdego z odwiedzających miała słowa, które ten następnie przez całe swoje życie, będąc już siwowłosym starcem czy siwowłosą staruszką, powtarzał swoim potomnym. Mówiła, że i oni na tym świecie wiele cierpieć muszą, że niejedna przykrość ich dotknęła i jeszcze dotknie, ale mimo wszystko winni kochać Boga, w Nim pokładać nadzieję i nie poddawać się nigdy rozpaczy, bowiem tylko On może położyć kres ich wszystkim utrapieniom. A gdy już wszystko wydaje się stracone, tylko Bóg dopomóc może, i wszelkie zło jest władny zamienić w dobro. Nie powinni pragnąć wielkich bogactw i zaszczytów, tylko poprzestawać na małym, gdyż i w stanie umiarkowania można być szczęśliwym, tak jak ona tego doświadczyła mieszkając wiele lat w puszczy, bo choć są ubogimi, mają więcej niż ona miała w lesie. Mają mieszkania, odzież, pościel, zimą ciepłą strawę i ciepłą izbę. Kto kocha Boga i ma Go w swoim sercu, ten ma w duszy Niebo. Modlitwa zaś dodaje siły w znoszeniu wszelkich przeciwności i nigdy bezskuteczną nie bywa. Dobre sumienie jest natomiast największym skarbem, najpewniejszą pociechą w cierpieniach, w więzieniu, w chorobie i w śmierci.
A sprawca tych wszystkich nieszczęść, jakie spadły na hrabinę i jej synka, dworzanin Gollo, został skazany przez sąd na karę śmierci, jako haniebny potwarca, zdradziecki sługa i trzykrotny morderca. Miał być rozerwany przez cztery konie na cztery sztuki, lecz hrabia - za wstawiennictwem swojej żony - darował mu życie, jednak nie miał prawa uwolnić go z lochu.
Zygfryd zadbał też o łanię - kazał jej wystawić przy pałacu piękną obórkę. Zwierzę kilka razy dziennie przychodziło do Genowefy, nie można jej było odpędzić dopóki choć na chwilę do komnaty swojej pani wpuszczona nie została. Jadła z rąk każdego, a dzieci dawały jej chleb, głaskały, zaś ich matki mawiały, że gdyby nie ta mądra łania, ich kochana pani i młody panicz musieliby niechybnie umrzeć w leśnej głuszy.
Nie wiadomo jak długo żyła Genowefa. Gdy jej ziemski czas dobiegł końca, od mogiły skrapianej łzami męża, syna i poddanych, żadnym sposobem nie chciała się oddalić wierna łania. Nie chciała tknąć przynoszonej jej paszy i po kilku dniach znaleziono ją nieżywą na grobie swojej pani. Hrabia kazał wystawić okazały nagrobek z białego marmuru, na którym u nóg Genowefy została wyobrażona jej kochająca łania. W puszczy, przy grocie, na prośbę Genowefy, pobudowano kaplicę, a z drugiej strony jaskini, gdzie płynął strumień, stanął klasztor z pięknym ogromnym ogrodem. Tysiące pielgrzymów ściągało do tego miejsca, a lud natychmiastowo okrzyknął zmarłą świętą. Po wielu latach zamek Zygfrydsburg popadł w ruinę. A wszystkie te wydarzenia miały się rozegrać w okolicach miasta Koblencja.
Taką pokrzepiającą opowieść, wyczytaną w książce "Opis życia Świętej Genowefy, czyli wzór ufności w Bogu dla pobożnych ludzi", wydanej w Częstochowie w 1886 r., snuł dziadek Ksawery. I tak też przedstawiają ją barwne, choć nieco wyblakłe, rysunki na obrazie przywiezionym z Wilna, który Genowefa postanowiła zabrać z Adamowców.
Był rok 1979, może 1980, ciepły, słoneczny, może wiosenny, a może letni dzień. Genowefa wzięła tę niemal relikwię, przypominającą jej bliskich i rodzinne strony, i z mieszkania na czwartym piętrzy przy ulicy Skłodowskiej 5, z trzyletnim, może czteroletnim wnuczkiem, udała się do warsztatu oprawy obrazów, mieszczącego się w starej, odrapanej kamienicy na Piaskach, na zachowanym skrawku ulicy starego Białegostoku. Ta kamienica, i ta ulica już nie istnieją, w ich miejscu stoją jedenastopiętrowe bloki, rozlokowały się parkingi, przeprowadzono asfaltowe uliczki, zniknął bruk, zniknęła samotnie stojąca kamienica, a ramy, w które obraz został wówczas oprawiony, trwają do dziś, nieznacznie tylko nadkruszone.
poniedziałek, 15 stycznia 2024
W świecie dorosłych - wspomnienia (część 7)
Jakby tych strachów, cierpień było mało dla kilkuletniej dziewcznyki, doznanych jeszcze na Wileńszczyźnie, w czasie ucieczki na fałszywych dokumentach z Wileńszczyzny, poprzez Kraków do Białegostoku, Florcia będąc już uczennicą szkoły podstawowej numer 5 w Białymstoku, częstokroć zdana tylko na siebie, musiała w przyspieszonym tempie uczyć się też reguł panujących w świecie dorosłych. Półsierota, z mamą pracującą w fabryce na zmiany, w tym często na zmianie nocnej, z bratem, który dość wcześnie wyruszył w wielki świat w poszukiwaniu pracy i szczęścia rodzinnego, Florcia, tak jak zresztą wiele innych dzieci urodzonych tuż przed wybuchem wojny lub w jej trakcie, zmuszona była przejść szkołę prawdziwego, twardego życia, w którym to co słuszne, dobre, sprawiedliwe przeplatało się z okrucieństwem, obojętnością, interesownością.
Każda chwila spędzona z mamą była na wagę złota, wspólny spacer choćby ulicą Sienkiewicza, gdzie dziewczynka spotykała mamę wracającą z fabryki przy ulicy Włókienniczej, wyprawa po pachnący chleb do braciszków na ulicę Słonimską czy przeprawa przez śnieżne zaspy na pasterkę do Fary. Mała Florcia - jak będzie o tym często opowiadać sama będąc już matką - uważała swoją mamę za osobę najmądrzejszą na świecie, mimo, że nie potrafiła pisać, że przed wojną pracowała jako gospodyni w gospodarstwie w małej wsi Adamwoce na Wileńszczyznie, a w czasie pobytu w Warszawie jako służąca na przyjęciach u hrabiny Zabiełło, zaś po wojnie w Białymstoku jako robotnica w jednej z włókienniczych fabryk, taką mądrością życiową, ewangeliczną. Skromne robotnicze zaraboki samotnej matki nie zawsze były wystarczające, by utrzymać dwójkę dzieci, trzeba się było imać dodatkowych zajęć, takich jak pranie, prasowanie na zlecenie majętnych pań. Któregoś razu Florcia wybrała się z mamą do jednej z takich kobiet, mieszkającej przy ulicy Świętojańskiej, by oddać wypraną i wyprasowaną pościel. Kobieta jeszcze w drzwiach przejrzała przyniesione prześcieradła i uznała, że są niedokładnie wyprasowane, skrzyczała Genowefę w obecności jej małej córeczki i nie zapłaciwszy zatrzasnęła drzwi. Genowefie mimowolnie popłynęły łzy po policzkach, które dziecko widziało doskonale. Nie udało się zdobyć pieniędzy na nowe zimowe buty dla córki. Pozostawało udanie się z prośbą do kuzynki, by pożyczyć brakujące 20 złotych. Jednakże i tu nie spotkała się z życzliwym przyjęciem, bowiem kuzynka stwierdziła, że dać 20 złotych to ona nie może, a pożyczyć też nie - Bo kiedy ty mi oddasz? O daniu nawet mowy nie było, a gorzkie słowa zapadły głęboko w pamięć dziewczynce. Ale jest też podobno tak, że tam gdzie człowiek zamyka drzwi, to Bóg otwiera okna (autorska parafraza). Całej tej rozmowie przysłuchiwał się niejaki pan Mularonek, któremu najwyraźniej było żal i upokorzonej już wystarczająco kobiety i zasmuconego dziecka, które było świadkiem dwóch tak intensywnie przykrych zdarzeń jednego wieczoru. Gdy kuzynka wyszła z pomieszczenia, w którym rozegrała się opisana scena, pan Mularonek wyciągnął z marynarki owe 20 złotych i powiedział - Oddasz, kiedy będziesz miała. Tego gestu i nazwiska dobroczyńcy Florcia nie zapomni do końca życia.
Ale okolice ulicy Świętojańskiej to nie tylko bolesne wspomnienia. Wiecznie chorująca Florcia, wątła, z anemią, miała któregoś razu wizytę w gabinecie u profesora Hassmana - chirurga, laryngologa, którego wspominała jako człowieka mającego wspaniałe podejście do dzieci. Profesor Hassman miał wykonać zabieg przycięcia migdałków, i gdy Florcia zobaczyła skalpel w dłoni mężczyzny wpadła w panikę, lecz lekarz cierpliwie i spokojnym głosem przekonał ją, że nie będzie nic bolesnego wykonywał, że to tylko badanie, które potrwa chwilę i w mgnieniu oka wprawną reką przeciął rzeczone migdałki tak, że dziecko nawet nie zdążyło poczuć bólu. Nie jestem w stanie zweryfikować tej historii, ale najprawdopodobniej profesor Hassman, będąc pochodzenia żydowskiego przetrwał wojnę i jeszcze w czasie jej trwania zobowiązał się, że jeśli przeżyje, to przejdzie na katolicyzm. I tak się też miało stać.
CDN
Każda chwila spędzona z mamą była na wagę złota, wspólny spacer choćby ulicą Sienkiewicza, gdzie dziewczynka spotykała mamę wracającą z fabryki przy ulicy Włókienniczej, wyprawa po pachnący chleb do braciszków na ulicę Słonimską czy przeprawa przez śnieżne zaspy na pasterkę do Fary. Mała Florcia - jak będzie o tym często opowiadać sama będąc już matką - uważała swoją mamę za osobę najmądrzejszą na świecie, mimo, że nie potrafiła pisać, że przed wojną pracowała jako gospodyni w gospodarstwie w małej wsi Adamwoce na Wileńszczyznie, a w czasie pobytu w Warszawie jako służąca na przyjęciach u hrabiny Zabiełło, zaś po wojnie w Białymstoku jako robotnica w jednej z włókienniczych fabryk, taką mądrością życiową, ewangeliczną. Skromne robotnicze zaraboki samotnej matki nie zawsze były wystarczające, by utrzymać dwójkę dzieci, trzeba się było imać dodatkowych zajęć, takich jak pranie, prasowanie na zlecenie majętnych pań. Któregoś razu Florcia wybrała się z mamą do jednej z takich kobiet, mieszkającej przy ulicy Świętojańskiej, by oddać wypraną i wyprasowaną pościel. Kobieta jeszcze w drzwiach przejrzała przyniesione prześcieradła i uznała, że są niedokładnie wyprasowane, skrzyczała Genowefę w obecności jej małej córeczki i nie zapłaciwszy zatrzasnęła drzwi. Genowefie mimowolnie popłynęły łzy po policzkach, które dziecko widziało doskonale. Nie udało się zdobyć pieniędzy na nowe zimowe buty dla córki. Pozostawało udanie się z prośbą do kuzynki, by pożyczyć brakujące 20 złotych. Jednakże i tu nie spotkała się z życzliwym przyjęciem, bowiem kuzynka stwierdziła, że dać 20 złotych to ona nie może, a pożyczyć też nie - Bo kiedy ty mi oddasz? O daniu nawet mowy nie było, a gorzkie słowa zapadły głęboko w pamięć dziewczynce. Ale jest też podobno tak, że tam gdzie człowiek zamyka drzwi, to Bóg otwiera okna (autorska parafraza). Całej tej rozmowie przysłuchiwał się niejaki pan Mularonek, któremu najwyraźniej było żal i upokorzonej już wystarczająco kobiety i zasmuconego dziecka, które było świadkiem dwóch tak intensywnie przykrych zdarzeń jednego wieczoru. Gdy kuzynka wyszła z pomieszczenia, w którym rozegrała się opisana scena, pan Mularonek wyciągnął z marynarki owe 20 złotych i powiedział - Oddasz, kiedy będziesz miała. Tego gestu i nazwiska dobroczyńcy Florcia nie zapomni do końca życia.
Ale okolice ulicy Świętojańskiej to nie tylko bolesne wspomnienia. Wiecznie chorująca Florcia, wątła, z anemią, miała któregoś razu wizytę w gabinecie u profesora Hassmana - chirurga, laryngologa, którego wspominała jako człowieka mającego wspaniałe podejście do dzieci. Profesor Hassman miał wykonać zabieg przycięcia migdałków, i gdy Florcia zobaczyła skalpel w dłoni mężczyzny wpadła w panikę, lecz lekarz cierpliwie i spokojnym głosem przekonał ją, że nie będzie nic bolesnego wykonywał, że to tylko badanie, które potrwa chwilę i w mgnieniu oka wprawną reką przeciął rzeczone migdałki tak, że dziecko nawet nie zdążyło poczuć bólu. Nie jestem w stanie zweryfikować tej historii, ale najprawdopodobniej profesor Hassman, będąc pochodzenia żydowskiego przetrwał wojnę i jeszcze w czasie jej trwania zobowiązał się, że jeśli przeżyje, to przejdzie na katolicyzm. I tak się też miało stać.
CDN
niedziela, 14 stycznia 2024
Bojary, Fabryczna, Wąska - wspomnienia (część 6)
Po chleb chodziło się do braciszków przy ulicy Słonimskiej, w ich kaplicy można też było uczestniczyć we mszach i nabożeństwach. Piekarnię i sklep z pieczywem prowadzili zakonnicy z bezhabitowego Zgromadzenia Braci Sług Maryi Niepokalanej. W latach 1945 - 1961 w budynku do nich należącym mieściło się też Archidiecezjalne Wyższe Seminarium Duchowne, w którym wykładał między innymi ks. Michał Sopoćko, mieszkający wówczas nieodpodal, bo na ulicy Złotej, w drewnianym piętrowym domu istniejącym po dziś dzień. Kilkuletnia Florcia najbardziej zapamiętała spacery z ulicy Fabrycznej przez Bojary, ich rolzegłe zielone ogrody, zwłaszcza wzdłuż ulicy Orlej, na której już pachniało chlebem. Nie było wówczas większego szczęścia niż choćby krótka wyprawa z mamą czy to po chleb do braciszków, czy na mszę, każda chwila spędzona z mamą była na wagę złota, często bowiem trzeba było się mierzyć z samotnością, gdy mama pracowała w fabryce w dzień czy na nocnej zmianie, a brat hulał gdzieś z kolegami, by później dość szybko opuścić Białystok na dobre. Ulica Orla była też doskonałym miejscem do zjeżdżania na sankach. Od ulicy Kraszewskiej pnie się łagodnie pod górę, a od Kraszewskiego w dół w stronę Sobieskiego wiedzie krótka ulica Próżna. Zjeżdżając zatem na sankach, przy dość prostym manewrze, można była zjechać ze szczytu górki na Orlej, poprzez Próżną aż do samej ulicy Sobieskiego. Przy ulicy Łąkowej w miejscu, w którym dziś znajduje się przedszkole stała wypalona kamienica, stanowiąca oczywiście doskonałe miejsce do dziecięcych zabaw. Druga kamienica poważnie uszkodzona w czasie bombardowania znajdowała się przy ulicy Jagienki, między Wąską a Fabryczną. Ona była o tyle ciekawsza, że w pewnym miejscu schody się urywały i trzeba było nie lada zręczności, by wspiąć się wyżej. Gdzieś w tej okolicy stał jeszcze betonowy poniemiecki bunkier, który z czasem został zburzony. Nieopodal mieszkała też koleżanka Florci, która pewnego razu pod nieobecność swoich rodziców zaprosiła zaprzyjaźnione dzieci na zabawę w jej mieszkaniu. W pewnym momencie w tajemnicy zaprowadziła je do pokoju taty, wydobyła z szafy jakieś pudło, w którym po otwarciu pokrywy oczom już nieco wystraszonych dzieciaków pokazał się mundur, czapka, a następnie pistolet. Okazało się, że tata owej koleżanki pracował w pobliskiej Komendzie Wojewódzkiej w UB. A były to czasy, gdy podziemie organizowało zamachy na działaczy partyjnych i funkcjonariuszy UB - kilka z nich miało też miejsce w okolicy ulicy Fabrycznej.
Miały też dzieci swoje legendy. Przyjaciółka mamy - Bożenka Brysiewicz, której tata znał doskonale historię Białegostoku i oprowadzał okoliczne dzieciaki po miejcach związanych z historią miasta, snując arcyciekawe o nich opowieści, opowiedziała historię z czasów jego z kolei dzieciństwa - o Tamarce. Pan Jan Brysiewicz będąc jeszcze dzieckiem i mieszkając przy ulicy Wąskiej tuż przy torach, wraz z innymi dziećmi często bawił się na torowisku linii kolejowej z Białegostoku do Baranowicz. W czasie jednej z takich ryzykownych zabaw, nie wszystkie dzieci zdążyły zbiec z torów przed nadjeżdżającym pociągiem. Tamarka z jakichś przyczyn nie zdążyła uciec z i została śmiertelnie potrącona przez nadjeżdżającą lokomotywę. W tym miejscu dzieci już nigdy więcej nie miały odwagi wejść na tory, ale nie zaprzestały zabaw wzdłuż nasypu kolejowego. I kilkukrotnie dokładnie w miejscu, w którym zginęła, miała im się pokazywać Tamarka. Gdy dzieci ją zauważały, biegły do niej, wołały, lecz ona rozpływała się w powietrzu.
Dzieciństwo jest też czasem pełnym niezwykłych zdarzeń, nawet pewnej cudowności, która w dorosłości już się nie pojawia, a jeśli się pojawia to już nie z taką częstotliwością. Droga Florci do szkoły wiodła przez ulicę Łąkową i Starobojarską. Któregoś razu, nie mając odrobionej pracy domowej z matematyki - niestety brat już był w dalekim świecie, a mama zapewne pomóc nie potrafiła czy była w pracy - dziewczynka snuła się smutna jak cień w miejscu, w którym dziś znajduje się posesja hospicjum, wspięła się na pozostałości schronu i nie wiedziała, co ma ze sobą począć. Zauważyła ją wówczas jakaś kobieta w średnim wieku, zainteresowała się smutnym dzieckiem, podeszła i zapytała dlaczego się tak smuci. Mała Florcia opdpowiedziała, że boi się iść do szkoły, ponieważ nie ma odrobionej pracy domowej z matematyki. Owa niby przypadkowo napotkana kobieta pochyliła się i zaczęła dziecku tłumaczyć, że mimo wszystko powinna pójść do szkoły, podejść do pani od matematyki i wyjaśnić, że nie potrafiła odrobić lekcji samodzielnie, nie miał też jej kto pomóc, a odpisywać od kogoś nie chciała, a poza tym może być tak, że pani od matematyki dziś zwyczajnie nie będzie. Zachęcona taką przemową dziewczynka poszła więc do szkoły i jakież było jej zdumienie, gdy okazało się, że pani od matematyki tego dnia rzeczywiście była nieobecna. A na przyszłość dziecko wiedziało już jak ma postąpić. Innym razem, w czasie zamieci śnieżnej przechodząc przez dzisiejszy Plac Wyzwolenia przy Komendzie Wojewódzkiej, mała Florcia zaczęła się dusić idąc pod silnie wiejący wiatr, nie mogła złapać tchu, i w tym momencie - na pustym przed chwilą placu - podbiegła do niej kobieta, która odwróciłą dziecko plecami do wiatru i wytłumaczyła, że w czasie takich zamieci trzeba się natychmiast odwrócić. Rzecz błaha, ale dla małego dziecka wcale nie taka oczywista. Na pewno zaskakuje empatia tych dwóch kobiet, zainteresowanie losem małego samotnie wędrującego dziecka, nie przeszły obojętnie obok, ale przyszły dziewczynce z pomocą.
Z ulicy Sienkieiwcza mama wspominała pewne żydowskie rodzeństwo - dwie siostry i brata, jedna z sióśtr była najstarsza, druga najmłodsza, a brat był tym średnim. Wszyscy okoliczni mieszkańcy wiedzieli, że dzieci są żydowskiego pochodzenia, że zostały sierotami i przetrwały wojnę po aryjskiej stronie, prawdopodobnie mieszkając w tym samym miejscu, w którym mieszkały po wojnie - to jest w drewnianym domu przy ulicy Sienkiewicza właśnie, mniej wiecej naprzeciw obecnego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Później w latach 50-tych dzieci wyjechały najpewniej do Izraela. Żydowska rodzina mieszkała też przy ulicy Sienkiewicza, niedaleko Złotej, również w drewnianym domu z wielkim ogrodem ciągnącym się do ulicy Łąkowej, ojciec rodziny miał bryczkę i z tego utrzymywał rodzinę, i oni także zniknęli w latach 50-tych.
CDN
Miały też dzieci swoje legendy. Przyjaciółka mamy - Bożenka Brysiewicz, której tata znał doskonale historię Białegostoku i oprowadzał okoliczne dzieciaki po miejcach związanych z historią miasta, snując arcyciekawe o nich opowieści, opowiedziała historię z czasów jego z kolei dzieciństwa - o Tamarce. Pan Jan Brysiewicz będąc jeszcze dzieckiem i mieszkając przy ulicy Wąskiej tuż przy torach, wraz z innymi dziećmi często bawił się na torowisku linii kolejowej z Białegostoku do Baranowicz. W czasie jednej z takich ryzykownych zabaw, nie wszystkie dzieci zdążyły zbiec z torów przed nadjeżdżającym pociągiem. Tamarka z jakichś przyczyn nie zdążyła uciec z i została śmiertelnie potrącona przez nadjeżdżającą lokomotywę. W tym miejscu dzieci już nigdy więcej nie miały odwagi wejść na tory, ale nie zaprzestały zabaw wzdłuż nasypu kolejowego. I kilkukrotnie dokładnie w miejscu, w którym zginęła, miała im się pokazywać Tamarka. Gdy dzieci ją zauważały, biegły do niej, wołały, lecz ona rozpływała się w powietrzu.
Dzieciństwo jest też czasem pełnym niezwykłych zdarzeń, nawet pewnej cudowności, która w dorosłości już się nie pojawia, a jeśli się pojawia to już nie z taką częstotliwością. Droga Florci do szkoły wiodła przez ulicę Łąkową i Starobojarską. Któregoś razu, nie mając odrobionej pracy domowej z matematyki - niestety brat już był w dalekim świecie, a mama zapewne pomóc nie potrafiła czy była w pracy - dziewczynka snuła się smutna jak cień w miejscu, w którym dziś znajduje się posesja hospicjum, wspięła się na pozostałości schronu i nie wiedziała, co ma ze sobą począć. Zauważyła ją wówczas jakaś kobieta w średnim wieku, zainteresowała się smutnym dzieckiem, podeszła i zapytała dlaczego się tak smuci. Mała Florcia opdpowiedziała, że boi się iść do szkoły, ponieważ nie ma odrobionej pracy domowej z matematyki. Owa niby przypadkowo napotkana kobieta pochyliła się i zaczęła dziecku tłumaczyć, że mimo wszystko powinna pójść do szkoły, podejść do pani od matematyki i wyjaśnić, że nie potrafiła odrobić lekcji samodzielnie, nie miał też jej kto pomóc, a odpisywać od kogoś nie chciała, a poza tym może być tak, że pani od matematyki dziś zwyczajnie nie będzie. Zachęcona taką przemową dziewczynka poszła więc do szkoły i jakież było jej zdumienie, gdy okazało się, że pani od matematyki tego dnia rzeczywiście była nieobecna. A na przyszłość dziecko wiedziało już jak ma postąpić. Innym razem, w czasie zamieci śnieżnej przechodząc przez dzisiejszy Plac Wyzwolenia przy Komendzie Wojewódzkiej, mała Florcia zaczęła się dusić idąc pod silnie wiejący wiatr, nie mogła złapać tchu, i w tym momencie - na pustym przed chwilą placu - podbiegła do niej kobieta, która odwróciłą dziecko plecami do wiatru i wytłumaczyła, że w czasie takich zamieci trzeba się natychmiast odwrócić. Rzecz błaha, ale dla małego dziecka wcale nie taka oczywista. Na pewno zaskakuje empatia tych dwóch kobiet, zainteresowanie losem małego samotnie wędrującego dziecka, nie przeszły obojętnie obok, ale przyszły dziewczynce z pomocą.
Z ulicy Sienkieiwcza mama wspominała pewne żydowskie rodzeństwo - dwie siostry i brata, jedna z sióśtr była najstarsza, druga najmłodsza, a brat był tym średnim. Wszyscy okoliczni mieszkańcy wiedzieli, że dzieci są żydowskiego pochodzenia, że zostały sierotami i przetrwały wojnę po aryjskiej stronie, prawdopodobnie mieszkając w tym samym miejscu, w którym mieszkały po wojnie - to jest w drewnianym domu przy ulicy Sienkiewicza właśnie, mniej wiecej naprzeciw obecnego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Później w latach 50-tych dzieci wyjechały najpewniej do Izraela. Żydowska rodzina mieszkała też przy ulicy Sienkiewicza, niedaleko Złotej, również w drewnianym domu z wielkim ogrodem ciągnącym się do ulicy Łąkowej, ojciec rodziny miał bryczkę i z tego utrzymywał rodzinę, i oni także zniknęli w latach 50-tych.
CDN
sobota, 13 stycznia 2024
Z Fabrycznej na Sienkiewicza - wspomnienia (część 5)
Ponieważ dom na Fabrycznej groził runięciem, Genowefa z dziećmi otrzymała izdebkę w innym drewnianym domu, który zawaleniem groził już tylko nieco mniej, tym razem przy ulicy Sienkiewicza - dziś w tym miejscu jest skwer im. doc. Włodzimierza Zankiewicza, w tej jego części od strony ulicy Fabrycznej - a więc nie była to daleka przeprowadzka. Genowefa nadal pracowała w fabryce przy ulicy Włókienniczej. Mała Florcia codziennie wychodziła mamie na spotkanie, idąc ulicą Sienkiewicza w stronę centrm - ich drogi stykały się na wysokości dzisiejszych "Trzech kłosów". Starszy brat Florci - Oswald - niespokojny duch, twierdził, że w Białymstoku było mu za ciasno, że jest to istny koniec świata, zaczął więc swoje wędrówki po wielkim świecie, zahaczył w pewnym momencie o Służbę Polsce, pracował przy budowie Nowej Huty, dostał się nawet do szkoły lotniczej w Dęblinie. Florcia natomiast rozpoczęła edukację w szkole podstawowej numer 5 w Białymstoku - dziś w tym budynku mieści się oddział NFZ przy ulicy Pałacowej, w dość ciekawej architektonicznie kamienicy z czerwonej cegły, później w Technikum Ekonomicznym przy ul. Warszawskiej - obecnie siedzibę ma tu Wydział Ekonomii Uniwersytetu w Białymstoku.
Oswaldek zanim jeszcze opuścił Białystok, wplątał się w sprawę, która mogła się naprawdę źle dla niego skończyć. W magazynach niedaleko Dworca Fabrycznego (dawanego Poleskiego) wraz z kolegami znalazł pistolet - wcześniej były tam magazyny wojskowe. Ktoś doniósł o tym stosownym władzom. Kilkunastoletni chłopcy zostali zatrzymani w komisariacie przy ul. Sobieskiego 2 - kamienica ta istnieje do dziś. Szczęśliwym trafem zostali dość szybko wypuszczeni.
Chłopaki z Fabrycznej wchodzili w konflikt z prawem także w inny sposób. W pobliżu ulicy Fabrycznej, Wąskiej i Sienkiewicza przebiegały tory dawnej linii kolejowej Białystok - Wołkowysk - Baranowicze, która została otwarta 5 grudnia 1886 r. i zapewniała transport towarów wytworzonych w białostockich fabrykach włókienniczych do Moskwy i dalej w głąb Cesarstwa Rosyjskiego. Wskakiwali na przejędżające w tym miejscu wyjątkowo wolno składy pociągów przewążących węgiel na wschód i wyrzucali bryły węgla, które następnie zbierali i zanosili do swoich domów. Był to proceder ryzykowny, bo pociągi miały jednak ochronę.
Przybysze z Wileńszczyzny nie wszystkim sąsiadom przypadli do gustu, zwłaszcza jednemu sąsiadowi, który o wszystko co złego się wydarzyło na jego posesji obwiniał dzieci Genowefy, chodził naburmuszony i powtarzał: - To znowu te bachory tej wilniuczki! Zupełnie niesłusznie, bo one były akurat Bogu ducha winne. Czy to ktoś zrywał jabłka w jego sadzie, czy uszkodził sztachetę w płocie, zawsze były winne bachory wilniuczki. Ta jakaś dziwna "tutejszość" białostocka jeszcze dała się nie raz we znaki. Gdy mama była już panienką i trafiła na jakieś wesele, matka pana młodego miała ją nieustannie wypytywać skąd jest, a na odpowiedź, że z ulicy Sienkiewicza w Białymstoku, dalej drążyła temat: - Ale skąd rodem? I gdy w odpowiedzi usłyszała, że z Wileńszczyzny, to była wyraźnie niezadowolona. Na szczęście, nie brakowało też ludzi prawdziwie serdecznych, życzliwych i dobrych. Ojciec przyjaciółki mamy z ulicy Wąskiej - niejaki pan Jan Brysiewcz, robotnik w jednej z białostockich fabryk, był ulubieńcem okolicznych dzieciaków. Gdy miał wolne, zbierał je wszystkie z całej okolicy i oprowadzał po miejscach ważnych z puktu widzenia historii miasta. To dzięki niemu mama dowiedziała się o miejscu egzukcji mieszkańców miasta okrutnie zamordowanych przez wycofujących się bolszewików w sierpniu 1920 r. , o miejscu kaźni przede wszystkim białostockich Żydów, ale też Polaków, Białorusinów w czasie drugiej wojny światowej w lesie na Pietraszach, o istnieniu getta w Białymstoku. Głęboko w pamięć zapadły mamie półkolonie letnie organziowane przy kaplicy Sióstr Jezusa Miłosiernego na ulicy Poleskiej w Białymstoku, a zwłaszcza smak i zapach wyśmienitych ciast pieczonych przez siostry. W tej okolicy krążył też obecnie błogosławiony - ks. Michał Sopoćko, opiekun duchowy i spowiednik siostry Faustyny z czasów wileńskich. Niemal naprzeciw przedszkola, do którego przez krótki czas uczęszczała mała Florcia, stał i stoi do dziś piętrowy drewniany dom przy ulicy Złotej, w którym po przyjeździe z Wilna zamieszkał ks. Sopoćko. Ich drogi gdzieś zapewne musiały się krzyżować. Przez pewien czas mieszkała w Białymstoku również siostra bezhabitowa ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, mistyczka i stygmatyczka - Wanda Boniszewska.
W latach 40-tych i na początku 50-tych działało jeszcze podziemie. Niedaleko ulicy Fabrycznej, przy ulicy Wiśniowej strzelano któregoś razu do jakiegoś działacza partyjnego. Zamach był nieudany, ale strzały słyszeli wszyscy mieszkańcy pobliskich ulic. Inny zamach, tym razem udany, miał miejsce przy przejeździe kolejowym na ulicy Sienkiewicza, dziś w tym miejscu jest wiadukt, pod którym biegnie ulica Sienkiewicza, a nad nią ulica Towarowa.
Życie ubogie, trudne, toczyło się spokojnie, w atmosferze wyjątkowej rodzinnej serdeczności i miłości. Babcia miała jednak poważne problemy zdrowotne - reumatyzm, będący pamiątką po nocach spędzonych na cmentarzach, w stogach siana na Wileńszczyźnie, gdy ukrywała się przed przedstawicielami sowieckiej władzy, którzy zmuszali ją do przepisania się na inną narodowość niż polska. Kilkukrotnie trafiła do szpitala. Któregoś razu, w czasie jednego z takich pobytów w szpitalu, Florcia zmuszona była pozostać sama w domu, brat był już gdzieś daleko poza Białymstokiem. Pewnej deszczowej nocy, ktoś zaczął chodzić wokół domu, na głowie miał założony kaptur, stukał w niskie okna izdebki, w której dziewczynka próbowała zasnąć. Jedyny na ten moment przyjaciel - piesek o imieniu Aza - zaczął szczekać i ujadać, chcąc w ten sposób odstraszyć intruza. Ten ktoś jednak nie odstępował, stukał w okna coraz natarczywiej. Dziewczynka była już na tyle wystraszona, że wcisnęła się co sił w łóżeczko, i w pewnym momencie zauważyła stojącą za stołem postać - o dziecięcej posturze, jasnych włosach i uśmiechniętej twarzy o łagodnych rysach, przyjazną postać w niebieskiej jakby sukience, która się nie odzywała, tylko stała i uśmiechała, a jej obecność wyciszyła i uspokoiła Florcię na tyle, że przestała się trząść ze strachu, natomiast człowiek stukający w okna oddalił się. Każdy może tę opowieść zinterpretować zgodnie ze swoimi upodobaniami.
Dziecięce życie jest przebogate. Pełne intensywnych barw, smaków, zapachów, to jakby życie na pograniczu światów. Wchodząc w dorosłość tę umiejętność zatracamy, intensywność odczuwania świata zamiera, pogranicze światów zanika, zostajemy sami w jednym już tylko świecie. Mała Florcia miała to szczęście, że zdarzyło jej się jeszcze na własne oczy widzieć cygański tabor, a nawet być w nim. Rozlokował się on w tym miejscu, w którym dziś są ogródki działkowe przy ulicy Andersa, na pobliskich wzgórzach, na których zaczyna się już Las Pietrasze stał jeszcze w tym czasie wypalony niemiecki czołg. Dziecko musiało jedynie przemóc lęk przed starszą cyganką, która wydawała się jej być kimś w rodzaju czarownicy, lecz gdy kobieta poprosiła Florcię, by do niej podeszła, zapytała o imię i nawiązała rozmowę, okazała się być dobrą i serdeczną babcią. Nieopodal były też glinianki, do których dzieci turlały się ze wspomnianych górek, często prosto pod brzuchy brodzących w nich krów. Oprócz tych chwil radosnych, dziecko musiało się uporać z tęsknotą za zaginionym ojcem, coraz częstszymi pobytami mamy w szpitalu, rozłąką z bratem. W czasie jednej z hospitalizacji Genowefy w szpitalu przy ulicy Skłodowskiej w Białymstoku, mała Florcia codziennie przybiegała pod szpital, wystawała wieczorami pod oknami i wypatrywała, w którym z nich może pojawić się mama. Aż w końcu dziewczynkę dostrzegła jedna z pielęgniarek, o czym opowiedziała też między innymi Genowefie, a ta podeszła do okna i zobaczyła swóją córeczkę. Radości i łzom długo nie było końca.
CDN
Oswaldek zanim jeszcze opuścił Białystok, wplątał się w sprawę, która mogła się naprawdę źle dla niego skończyć. W magazynach niedaleko Dworca Fabrycznego (dawanego Poleskiego) wraz z kolegami znalazł pistolet - wcześniej były tam magazyny wojskowe. Ktoś doniósł o tym stosownym władzom. Kilkunastoletni chłopcy zostali zatrzymani w komisariacie przy ul. Sobieskiego 2 - kamienica ta istnieje do dziś. Szczęśliwym trafem zostali dość szybko wypuszczeni.
Chłopaki z Fabrycznej wchodzili w konflikt z prawem także w inny sposób. W pobliżu ulicy Fabrycznej, Wąskiej i Sienkiewicza przebiegały tory dawnej linii kolejowej Białystok - Wołkowysk - Baranowicze, która została otwarta 5 grudnia 1886 r. i zapewniała transport towarów wytworzonych w białostockich fabrykach włókienniczych do Moskwy i dalej w głąb Cesarstwa Rosyjskiego. Wskakiwali na przejędżające w tym miejscu wyjątkowo wolno składy pociągów przewążących węgiel na wschód i wyrzucali bryły węgla, które następnie zbierali i zanosili do swoich domów. Był to proceder ryzykowny, bo pociągi miały jednak ochronę.
Przybysze z Wileńszczyzny nie wszystkim sąsiadom przypadli do gustu, zwłaszcza jednemu sąsiadowi, który o wszystko co złego się wydarzyło na jego posesji obwiniał dzieci Genowefy, chodził naburmuszony i powtarzał: - To znowu te bachory tej wilniuczki! Zupełnie niesłusznie, bo one były akurat Bogu ducha winne. Czy to ktoś zrywał jabłka w jego sadzie, czy uszkodził sztachetę w płocie, zawsze były winne bachory wilniuczki. Ta jakaś dziwna "tutejszość" białostocka jeszcze dała się nie raz we znaki. Gdy mama była już panienką i trafiła na jakieś wesele, matka pana młodego miała ją nieustannie wypytywać skąd jest, a na odpowiedź, że z ulicy Sienkiewicza w Białymstoku, dalej drążyła temat: - Ale skąd rodem? I gdy w odpowiedzi usłyszała, że z Wileńszczyzny, to była wyraźnie niezadowolona. Na szczęście, nie brakowało też ludzi prawdziwie serdecznych, życzliwych i dobrych. Ojciec przyjaciółki mamy z ulicy Wąskiej - niejaki pan Jan Brysiewcz, robotnik w jednej z białostockich fabryk, był ulubieńcem okolicznych dzieciaków. Gdy miał wolne, zbierał je wszystkie z całej okolicy i oprowadzał po miejscach ważnych z puktu widzenia historii miasta. To dzięki niemu mama dowiedziała się o miejscu egzukcji mieszkańców miasta okrutnie zamordowanych przez wycofujących się bolszewików w sierpniu 1920 r. , o miejscu kaźni przede wszystkim białostockich Żydów, ale też Polaków, Białorusinów w czasie drugiej wojny światowej w lesie na Pietraszach, o istnieniu getta w Białymstoku. Głęboko w pamięć zapadły mamie półkolonie letnie organziowane przy kaplicy Sióstr Jezusa Miłosiernego na ulicy Poleskiej w Białymstoku, a zwłaszcza smak i zapach wyśmienitych ciast pieczonych przez siostry. W tej okolicy krążył też obecnie błogosławiony - ks. Michał Sopoćko, opiekun duchowy i spowiednik siostry Faustyny z czasów wileńskich. Niemal naprzeciw przedszkola, do którego przez krótki czas uczęszczała mała Florcia, stał i stoi do dziś piętrowy drewniany dom przy ulicy Złotej, w którym po przyjeździe z Wilna zamieszkał ks. Sopoćko. Ich drogi gdzieś zapewne musiały się krzyżować. Przez pewien czas mieszkała w Białymstoku również siostra bezhabitowa ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, mistyczka i stygmatyczka - Wanda Boniszewska.
W latach 40-tych i na początku 50-tych działało jeszcze podziemie. Niedaleko ulicy Fabrycznej, przy ulicy Wiśniowej strzelano któregoś razu do jakiegoś działacza partyjnego. Zamach był nieudany, ale strzały słyszeli wszyscy mieszkańcy pobliskich ulic. Inny zamach, tym razem udany, miał miejsce przy przejeździe kolejowym na ulicy Sienkiewicza, dziś w tym miejscu jest wiadukt, pod którym biegnie ulica Sienkiewicza, a nad nią ulica Towarowa.
Życie ubogie, trudne, toczyło się spokojnie, w atmosferze wyjątkowej rodzinnej serdeczności i miłości. Babcia miała jednak poważne problemy zdrowotne - reumatyzm, będący pamiątką po nocach spędzonych na cmentarzach, w stogach siana na Wileńszczyźnie, gdy ukrywała się przed przedstawicielami sowieckiej władzy, którzy zmuszali ją do przepisania się na inną narodowość niż polska. Kilkukrotnie trafiła do szpitala. Któregoś razu, w czasie jednego z takich pobytów w szpitalu, Florcia zmuszona była pozostać sama w domu, brat był już gdzieś daleko poza Białymstokiem. Pewnej deszczowej nocy, ktoś zaczął chodzić wokół domu, na głowie miał założony kaptur, stukał w niskie okna izdebki, w której dziewczynka próbowała zasnąć. Jedyny na ten moment przyjaciel - piesek o imieniu Aza - zaczął szczekać i ujadać, chcąc w ten sposób odstraszyć intruza. Ten ktoś jednak nie odstępował, stukał w okna coraz natarczywiej. Dziewczynka była już na tyle wystraszona, że wcisnęła się co sił w łóżeczko, i w pewnym momencie zauważyła stojącą za stołem postać - o dziecięcej posturze, jasnych włosach i uśmiechniętej twarzy o łagodnych rysach, przyjazną postać w niebieskiej jakby sukience, która się nie odzywała, tylko stała i uśmiechała, a jej obecność wyciszyła i uspokoiła Florcię na tyle, że przestała się trząść ze strachu, natomiast człowiek stukający w okna oddalił się. Każdy może tę opowieść zinterpretować zgodnie ze swoimi upodobaniami.
Dziecięce życie jest przebogate. Pełne intensywnych barw, smaków, zapachów, to jakby życie na pograniczu światów. Wchodząc w dorosłość tę umiejętność zatracamy, intensywność odczuwania świata zamiera, pogranicze światów zanika, zostajemy sami w jednym już tylko świecie. Mała Florcia miała to szczęście, że zdarzyło jej się jeszcze na własne oczy widzieć cygański tabor, a nawet być w nim. Rozlokował się on w tym miejscu, w którym dziś są ogródki działkowe przy ulicy Andersa, na pobliskich wzgórzach, na których zaczyna się już Las Pietrasze stał jeszcze w tym czasie wypalony niemiecki czołg. Dziecko musiało jedynie przemóc lęk przed starszą cyganką, która wydawała się jej być kimś w rodzaju czarownicy, lecz gdy kobieta poprosiła Florcię, by do niej podeszła, zapytała o imię i nawiązała rozmowę, okazała się być dobrą i serdeczną babcią. Nieopodal były też glinianki, do których dzieci turlały się ze wspomnianych górek, często prosto pod brzuchy brodzących w nich krów. Oprócz tych chwil radosnych, dziecko musiało się uporać z tęsknotą za zaginionym ojcem, coraz częstszymi pobytami mamy w szpitalu, rozłąką z bratem. W czasie jednej z hospitalizacji Genowefy w szpitalu przy ulicy Skłodowskiej w Białymstoku, mała Florcia codziennie przybiegała pod szpital, wystawała wieczorami pod oknami i wypatrywała, w którym z nich może pojawić się mama. Aż w końcu dziewczynkę dostrzegła jedna z pielęgniarek, o czym opowiedziała też między innymi Genowefie, a ta podeszła do okna i zobaczyła swóją córeczkę. Radości i łzom długo nie było końca.
CDN
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...