Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Repatrianci z Wileńszczyzny w Białymstoku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Repatrianci z Wileńszczyzny w Białymstoku. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 października 2024

Błyski. Historia rodzinna. Część 36 - wielka historia wkracza do Białegostoku

Dzień, mimo że październikowy, był słoneczny i ciepły. Przyjaciółki z klasy z technikum ekonomicznego wybrały się po lekcjach do kina "Pokój". Po zakończonym seansie, jako że było jeszcze widno i przyjemnie, ulica Lipowa pełna ludzi tętniła życiem, dziewczyny żyjąc obejrzanym filmem i nie mogąc w pełni powrócić do rzeczywistości niekinowej, nie miały ochoty wracać do domu, do codziennych obowiązków. Brat Florci, będąc akurat w Białymstoku, wyruszył gdzieś z kolegami, mama poszła do pracy na drugą zmianę, a poza tym wkrótce nadejdzie już dżdżysta jesień, dni staną się krótkie, mokre, mgliste i nie będzie tylu okazji na spacery ulicami miasta, więc trzeba było wykorzystać pogodę i nastrój do niekończących rozmów w tym jesiennym, ale jeszcze złotym anturażu. W pewnym momencie od strony kościoła świętego Rocha dało się słyszeć jakiś szum, hałas, liczne ludzkie głosy. Ni stąd, ni zowąd pojawił się tłum, który z każdą chwilą gęstniał. Ludzi przybywało, wlewali się z uliczek uchodzących do Lipowej, która stała się jak szeroko rozlana rzeka ze swoimi niewielkimi dopływami. Co poniektórzy z tłumu zaczęli wznosić okrzyki na cześć Węgrów i Władysława Gomułki. Gdy ta spora grupa ludzi zrównała się z cerkwią św. Mikołaja, i skręciła pod górę, w stronę domu partii, dziewczęta postanowiły się do niej podłączyć. Były na tyle ciekawe co się dalej będzie działo, że zapomniały o obejrzanym filmie i popłynęły z tą pokojową manifestacją. Powoli zaczął zapadać zmierzch. Pod koniec października granica między dniem a nocą staje się coraz wyraźniejsza i ostra, a ciemności zapadają w mgnieniu oka. Wśród zgromadzonych pojawiły się nawet płonące pochodnie. Tłum, zebrawszy się pod domem partii, coraz głośniej skandował hasła, w których najczęściej pojawiały się słowa "Węgrzy", "Gomułka". Nieopodal siedziby PZPR stały już wozy wojskowe wypełnione żołnierzami. Monumentalny gmach został otoczony szczelnym kordonem żołnierzy. Manifestanci wypatrzyli gdzieś dowódcę mundurowych i nastąpiło swego rodzaju zbratanie się ludu z wojskiem. Grupa demonstrantów uniosła na rękach uśmiechniętego oficera i jęła go podrzucać do góry, a uczestnicy zgromadzenia zaczęli wznosić okrzyki "Wojsko z nami! Wojsko z nami!".

Atmosfera stała się niemal euforyczna, uwolniły się pozytywne emocje, nawet dwie przypadkowe szesnastoletnie dziewczyny poczuły, że na ich oczach dzieje się coś ważnego, w czym mają okazję uczestniczyć, i jest to coś dobrego, zupełnie niecodziennego. W pewnej chwili Florcia poczuła na sobie przeszywające, świdrujące spojrzenie pary utkwionych w niej oczu, błyskających gdzieś w tłumie. Stojąc na górce, na placu pod domem partii dostrzegła Oswaldka z kolegami. Patrzył na nią groźnie. Odległość była jednak na tyle duża, że nie mogli się usłyszeć, przyłożył zatem palec do ust, dając siostrze do zrozumienia, by nic nie mówiła mamie, że się tu spotkali, a następnie gestem dłoni nakazał jej uciekać do domu. Oczywiście bezskutecznie. Dziewczyny nie zamierzały stąd odchodzić, nie w tym momencie. Wokół panowała atmosfera wyraźnie odczuwalnego zbratania, międzyludzkiej solidarności i budzącej się nadziei.

O tej spontanicznej manifestacji następnego dnia wiedziało już całe miasto. W wielu ludzi wstąpiła jakaś wiara w to, że wkrótce odmieni się ich los. W domu z mamą można było swobodnie rozmawiać o wydarzeniach, które miały miejsce w kraju, a nawet na Węgrzech, ale tym razem rodzeństwo ani słowem nie zająknęło się o tym, że mniej lub bardziej przypadkowo uczestniczyło w tej głośnej demonstracji pod domem partii. Dość miała Gienia swoich zmartwień.

Któregoś razu, gdy Florcia wróciła ze szkoły do domu, a tego dnia miała lekcję historii, zapytała mamę:

- Mamo, to jak to jest, mówiłaś, że w 1920 roku Polacy wygrali z bolszewikami, a dziś w szkole nauczyciel mówił, że przegraliśmy tę wojnę.

- Dziecko, wierz mi - Polacy tę wojnę wygrali. To jest informacja dla ciebie, tylko nie mów tego w szkole nauczycielowi.

Oswaldek, mając przekorną naturę, lubił droczyć się z mamą. I gdy słyszał, jak Gienia porównuje nową rzeczywistość z przedwojenną, co zdarzało jej się dość często, potrafił stawać w kontrze do wywodów matki.

- Tak chwalisz tę przedwojenną Polskę, a sama mówisz, że zapałki trzeba było dzielić na czworo!

- Tak, trzeba było dzielić na czworo, ale po podzieleniu ona się zapalała, a dziś muszę zmarnować cztery zapałki, by zapaliła się choć jedna z nich.

Młodzieńczy bunt w zmaganiach z codzienną, spokojną życiową mądrością.

piątek, 11 października 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 35 - kończy się dzieciństwo w Białymstoku

Niespokojny duch, żywy, pełen energii chłopak, dość szybko uznał, że Białystok, leżący gdzieś na końcu świata, jest miejscem dla niego za ciasnym, zbyt spokojnym. Wstąpił do Służby Polsce. Nie mogło się to spodobać Genowefie, nie miała zaufania do nowych władz i tworzonych przez nie organizacji. Na zdjęciu z początku lat 50-tych stoi już pełnoletni młody mężczyzna można rzec, w drelichowej bluzie i drelichowych spodniach, butach za kostkę, przekrzywionej furażerce, poważnie wpatrując się w obiektyw. Wykonane w czasie, gdy w szeregach brygady Służby Polsce pracował przy wznoszeniu Nowej Huty. I w tym samym albumie ze zdjęciami zatknięta cegiełka kupiona przez Genowefę na wsparcie budowy kościoła w Nowej Hucie. W tej Nowej Hucie, która miała być pierwszym w Polsce miastem robotniczym bez Boga oczywiście.

Czas płynął nieubłaganie. Mimo postanowienia wydanego przez sąd rejonowy w Białymstoku o uznaniu Floriana za zmarłego, który - wedle sędziego - miał zginąć w czasie forsowania "Nissy", w dzieciach wciąż jeszcze się tliła nieracjonalna nadzieja. Gdy czasem wspominały o niej mamie, ona tylko wzdychała, odwracała się do okna, by ukryć wilgotniejące oczy i nic nie odpowiadała.

Chłopak od wczesnych lat był - jak to mówił Florian - kręcony. Ojciec dostrzegał rysujące się cechy temperamentu synka, gdy mieszkali jeszcze w Warszawie. Później, gdy wrócili na północno-wschodni skraj Wileńszczyzny, nic się pod tym względem nie zmieniło. Ta żywość z wiekiem uwydatniła się jeszcze mocniej, gejzer energii nie był w stanie usiedzieć w jednym miejscu, a matce bez wsparcia męża, nie było łatwo okiełznać tej jego niebywałej żywiołowości. Zapragnął wyruszyć w świat, a matka się nie sprzeciwiała. Dziewczynka łączyła w sobie na pozór sprzeczne cechy - żywość i spokój, energię i łagodność, odwagę i nieśmiałość. Genowefę smuciła jedynie jej niechęć do jedzenia, aż w końcu dziewczynka popadła w anemię. Być może był to efekt nieustającej tęsknoty za tatą. Lekarka przepisała jakiś paskudny tran z darów ze Szwecji. I jeszcze się trafiły te okropne szczepienia przeciw gruźlicy wykonywane przez pielęgniarki ze Szwedzkiego Czerwonego Krzyża w budynku dzisiejszej szkoły podstawowej numer 46 przy ulicy Słonimskiej.

Codzienne życie nie skąpiło też jednak i chwil szczęśliwych. Zwykłe, powszednie obowiązki, zdarzenia, rutynowe czynności, mogły również dawać radość. Choćby z tego, że można było z mamą pójść po zawsze pachnący, chrupiący chleb do piekarni braciszków przy ulicy Słonimskiej. Zapach pieczonego pieczywa snuł się po całej okolicy, rozpływał się po bojarskich ogrodach, zaglądał do otwartych sieni drewnianych domów i piętrowych kamienic porozrzucanych po wąskich uliczkach. Braciszkami nazywano zakonników ze Zgromadzenia Braci Sług Maryi Niepokalanej. W kilkukondygnacyjnym budynku mieściła się też kaplica, w której można było uczestniczyć w niedzielnych mszach. Z ulicy Fabrycznej przecinało się ulicę Sienkiewicza, dalej ulicą Złotą dochodziło się do ulicy Sobieskiego, a dalej droga łagodnie pięła się pod niewysokie wzniesienie tej tajemniczej dzielnicy zabudowanej przeważnie drewnianymi domami, przeplatanej murowanymi czynszowymi kamienicami z XIX i początku XX wieku, w towarzystwie nieodłącznych bujnych ogrodów; dalej Próżną, Orlą, by wyjść naprzeciw braciszków na Słonimskiej. Najwspanialszy ogród rozlokował się przy ulicy Orlej, z dorodnymi wysokimi drzewami, wiekowymi lipami i ukrytym gdzieś w gęstej zieleni wejściem do schronu. Zimą fantastycznie było zjeżdżać z tej górki na sankach, poczynając od Orlej, poprzez Próżną, a kończąc przy Sobieskiego, to była naprawdę imponująca swoją długością trasa zjazdowa.

Wielką frajdę dziewczynce sprawiało wychodzenie na spotkanie mamy, gdy wracała jeszcze przed zachodem słońca ze zmiany w fabryce. Wychodząc na ulicę Sienkiewicza tuż przy Wiśniowej można było z łatwością dostrzec tak dobrze znaną sylwetkę już z daleka, gdzieś jeszcze przed skrzyżowaniu z Jagienki, i biec co sił w nogach na jej powitanie. Czasem wyjście mamy się opóźniało, a wtedy konieczna stawała się dłuższa wyprawa po mamę do fabryki, by osobiście ją odebrać i przyprowadzić do domu, i pilnować, by nic jej się po drodze nie stało. Wystarczyło przejść do końca ulicą Fabryczną, pokonać mostek na rzece Białej, a później już tylko poczekać przy bramie starej kamienicy, wiodącej na fabryczne podwórze.

Jeszcze jedną rzeczą, która spajała tę niepełną rodzinę była miłość do zwierząt, do natury ogółem, ale zwierzaków przede wszystkim. Krówka wilniuczka wracała częstokroć we wspomnieniach, podobnie jak psiak Misiek z Adamowców, pożarty przez wilki. W Białymstoku na Fabrycznej była też kurka, trzymana tylko dla jajek, bo nikt oczywiście nie miał zamiaru jej zjadać. Któregoś razu jednak zaatakował ją prawdopodobnie jastrząb, gdy swobodnie krążyła po przydomowym ogrodzie. Może był to inny drapieżnik. Dogorywającą gdzieś w trawia znalazła Gienia. Nikt jednak nie miał serca, by skrócić jej cierpienia. Do akcji musiała wkroczyć sąsiadka, mająca jako jedyna odwagę, by odebrać życie temu sympatycznemu domowemu ptaku. Gienia zmuszona była ugotować ze zwierzęcia rosół, którego nikt nie był w stanie zjeść, ani sama Gienia ani też dzieci. Florcia co spojrzała w talerz, to widziała oczka ukochanej kurki.

W domu zawsze były jakieś zwierzęta. A to Oswaldek przyniósł pod pazuchą znalezionego gdzieś na powierzchni ziemi kreta, a to Florcia przygranęła jeża. Jeże w sumie były dwa - Tuptuś i Igiełka. Najpierw był Tuptuś, który nocą wyruszał na polowania, i dość głośno tuptał po drewnianej podłodze. Słynął też z tego, że chwytał w nocy za palce u stóp, wstającą z łóżka Gienię, która chodziła boso. Igiełka natomiast potrafił się często schować gdzieś pod jakąś narzutę na łóżku, i gdy Gienia siadała na łóżku, to zdarzało się, że zrywała się zeń gwałtownie i krzyczała do Florci:

- To twoja robota! To ty, tam gdzie szyjesz, zostawiasz igły!

Aż w końcu nadszedł czas, by wyrosnąć z dziecięcych zabaw, dojrzeć i spróbować choć trochę wydorośleć. Brat był gdzieś w dalekim świecie, a dziewczynka - na kolejny etap swojego życia - wybrała naukę w technikum ekonomicznym przy Warszawskiej, mieszczącym się w okazałej XIX-wiecznej kamienicy Trębickiego.

poniedziałek, 30 września 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 33 - dzieciństwo na ulicy Fabrycznej

Przez Białystok, linią kolejową w stronę niegdyś Wołkowyska, a wówczas już granicy z ZSRR, regularnie przejeżdzały transporty węgla. Składy wypełnione tym drogocennym towarem zawsze zwalniały na wysokości Białostoczka przy wiadukcie i jechały wolno wzdłuż ulicy Poleskiej, następnie mijały magazyny wojskowe, dalej Dworzec Białystok Fabryczny i kierowały się na wschód. Węgiel wywożono oczywiście do ZSRR. Nastoletni chłopcy z ulicy Wąskiej, Fabrycznej, Sienkiewicza, znali doskonale godziny przejazdów transportów. Zbierali się u wylotu ulicy Wąskiej, zaopatrzeni w mocne, parciane worki, i tylko sobie znanymi sposobami, po kilku wskakiwali na towarowe wagony. Na krótkim odcinku, od ulicy Wąskiej, a jeszcze przed Dworcem Fabrycznym, zrzucali bryły węgla, które po przejechaniu składu, czekający wzdłuż torowiska koledzy zbierali pospiesznie do parcianych worków. Proceder ten był o tyle niebezpieczny, że na końcu każdego takiego składu znajdował się wagon z budką strażnika, który miał strzec przewożonego towaru. To naprawdę cud, że żaden z tych przedsiębiorczych chłopaków nie został postrzelony. Jak się okazało, w wypadach na węgiel brał także udział Oswaldek. Gdy się Genowefa o tym dowiedziała, kategorycznie zabroniła mu uczestniczenia w tych ryzykownych przedsięwzięciach. Czy skutecznie? Tego już się nie dowiemy. Jej syna kłopoty wręcz kochały. Któregoś razu wybrał się z kolegami do magazynów wojskowych za torami. Jak im się udało dostać na ich teren, tego nie wiadomo. Faktem jest, że znaleźli pozostawiony czy zgubiony przez żołnierza pistolet, który aż się prosił, by zabrać go ze sobą. Z tym niecodziennym trofeum przecięli torowisko, wyszli na ulicę Poleską, i jeden przez drugiego chciał choć przez chwilę potrzymać zdobycz w dłoni. Pech chciał, że nie było jeszcze ciemno, dzień długi, pogodny, ktoś ich zauważył jak sobie podają pistolet z ręki do ręki. Odpowiedni donos szybko powędrował na UB. Jeszcze tego samego dnia wszyscy zostali zgarnięci przez smutnych panów. Genowefa wracała z pracy do domu, nie zdążyła przekroczyć progu, gdy sąsiadka powiadomiła ją o zatrzymaniu Oswaldka przez funkcjonariuszy i o przewiezieniu na Sobieskiego 2. W tej istniejącej do dziś kamienicy w 1944 r. ulokowało się NKGB, sowiecka policja polityczna, wyodrębniona z NKWD, i przetrzymywano w nim aresztowanych. Po NKGB pomieszczenia na parterze i w piwnicy przejęła milicja.

Gienia nie zwlekając ani chwili udała się w poszukiwaniu syna. Milicjanci potwierdzili, że jej syn został zatrzymany i będzie przesłuchiwany, nic więcej więcej nie chcieli powiedzieć. Następnego dnia wszyscy chłopcy zostali wypuszczeni, uratował ich wiek i wiarygodne zeznania, jakie musieli złożyć, świadczące o chłopięcej fascynacji przygodami i bronią, a nie polityką. Nie posądzono ich dzięki temu o przynależność do podziemia. A matka w końcu skutecznie przemówiła synowi do rozsądku, bo podobne problemy, przynajmniej tego kalibru, już się nie przytrafiały.

Tego kalibru co prawda nie, ale nie oznacza to, że nie zdarzały się inne codzienne, życiowe trudności. Na ulicy Fabrycznej mieszkał sąsiad, który nie wiedzieć czemu, co by mu się złego w ogrodzie nie wydarzyło, za wszystko obwiniał "cholerne bachory tej wilniuczki". Nie znosił ludzi, którzy przybyli - jak to się wówczas mówiło - zza Buga. Był to starszy już mężczyzna, ze względu na chorą nogę poruszał się o lasce, przy domu miał spory, zadbany sad. Niektóre dzieci, znając jego ułomność, a przede wszystkim skłonność do wpadania we wściekłość, robiąc mu na złość wchodziły przez płot do sadu i zrywały owoce, by sprowokować mężczyznę do miotania przekleństwami, wymachiwania laską, rzucania czym popadło, co tylko mu się nawinęło pod rękę. To w końcu dla dzieciaków doskonała dawka adrenaliny. Rzecz w tym, że dzieci Gieni, w tego rodzaju zabawach nie uczestniczyły. Ich stopa nigdy nie postanęła na jego posesji, a on - mimo to - na lewo i prawo rozpowiadał, że znowu "te bachory tej wilniuczki" niszczyły mu ogród. Florcia w końcu zapytała mamę dlaczego sąsiad ich tak nie lubi i stwierdziła, że musi z nim poważnie porozmawiać, ale Genowefa kategorycznie jej zabroniła, tłumacząc, że takie sprawy mogą załatwiać tylko dorośli, tak więc dziewczynka postanowiła, że jak już dorośnie, to zapyta niesprawiedliwego sąsiada, co nim kierowało, co było przyczyną tych krzywdzących pomówień. Postanowienia niestety nie udało się spełnić, bo gdy już dorosła, mężczyzna dokonał żywota.

piątek, 20 września 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 29 - początki nowego życia w Białymstoku, dzieciństwo.

Sanki ciągnęły się dość łatwo po udeptanym śniegu, którego w nocy dopadało dość sporo. Dziewczynka opatulona przez brata w futerko, ciepłą czapkę i gruby szalik, jeszcze trochę dosypiając, jechała na sankach z Sienkiewicza na Złotą do przedszkola. Kiedy mama była w pracy, brat odprowadzał młodszą siostrę do przedszkola.

- Żebym tylko nie zapomniał jej odebrać po lekcjach. Żebym tylko nie zapomniał...

Zdarzało mu się, że zapominał albo nie zdążył wrócić ze spotkania z kolegami, i trzeba było poczekać nieco dłużej. Gdy wszystkie dzieci poszły już z rodzicem do domu, dziewczynka cierpliwie czekała. Przedszkole mieściło się w kilku salach na parterze kamienicy z międzywojnia, należącej przed wojną do żydowskiego bankiera. Florci najbardziej utkwiło z tego czasu w pamięci zdarzenie, związane z jej imieniem, którego wówczas bardzo się wstydziła. Czekając na brata, zasmucona wciśnęła się w kąt sali, której okna wychodzą na ulicę Łąkową. Podeszła do niej wychowawczyni i łagodnie zapytała:

- Jak masz na imię?

- Florentyna na chrzcie świętym mi dano... - cicho, niepewnie, ale też niezwykle poważnie odpowiedziała dziewczynka.

- To bardzo ładne imię - uśmiechając się powiedziała pani przedszkolanka.

Od tego dnia dziecko przestało się krępować z powodu nadanego mu na chrzcie świętym imienia. To dobre wspomnienie z przedszkola, powracało w pamięci Florci za każdym razem, gdy przechodziła koło tej szarej, odrapanej dziś kamienicy na rogu Złotej i Łąkowej.

Ulicą Sienkiewicza czasem maszerowało wojsko na ćwiczenia na poligonie w lesie Pietrasze. Dziewczynka wystawała wówczas przy ulicy i wypatrywała taty, którego wciąż tak doskonale pamiętała. Co jakiś czas do rodziny docierały jakieś tajemnicze opowieści rozbudzające nadzieję. A to ktoś widział wysokiego mężczyznę, o ciemnych włosach, na dworcu w Białymstoku, który wypytywał o rodzinę przybyłą do Białegostoku z Wileńszczyzny, a to ktoś jeszcze zaginiony w czasie wojny powrócił po długim czasie nieobecności, choć najbliżsi już stracili nadzieję. Wierzono w pomoc PCK, chwytano się każdej możliwości, każdej historii, każdego skrawka nadziei. I widząc maszerujących żołnierzy, dziecko wybiegało przed dom na Sienkiewicza i uważnie przypatrywało się młodym mężczyznom w mundurach. A nuż wśród nich będzie tata.

Drewniany dom, w którym Gieni z dziećmi przyzielono izdebkę, groził w każdej chwili zawaleniem. Na górce mieszkała starsza kobieta, z pochodzenia Niemka. W XIX w. pojawiła się w Białymstoku spora społeczność niemiecka - fabrykanci, wykwalifikowani robotnicy, rodził się jeden z najsilniejszych ośrodków włókienniczych w cesarstwie. Na ulicy Wasilkowskiej założono cmentarz ewangelicki, przy Warszawskiej powstał zbór protestancki. Gdzieś niedaleko mieszkała też rodzina byłych volksdeutschów. Początkowo zostali aresztowani przez nowe władze, ale po interwencji znacznej grupy mieszkańców miasta, którzy poświadczali, że otrzymywali od nich wsparcie, podobno nawet ostrzeżenia przed możliwymi aresztowaniami, wszystkich z aresztu zwolniono. Niespotykany akt łaski.

Zabawy z dziećmi z sąsiednich podwórek w przepastnych ogrodach. Wieczorami czasem rozlegały się strzały. Na pobliskim przejeździe kolejowym w biały dzień zastrzelono działacza komunistycznego. Przy ulicy Wiśniowej w nocy strzelano któregoś razu do funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa.

Naprzeciw domu, po drugiej stronie ulicy Sienkiewicza, stała kamienica, w której na parterze mieścił się - jeszcze prywatny, zanim rozegrała się "bitwa o handel" - sklep spożywczy, do którego dzieci chodziły z mamą na zakupy. Dziś jest tu skwer, w którym w czasach PRL-u stał czołg.

Któregoś dnia Florcia musiała zostać sama w domu. Mama była w pracy, brat pobiegł nie wiadomo gdzie z kolegami. Dzień był deszczowy, szybko zrobiło się ciemno. Woda lała się z nieba strumieniami. Niespodziewanie jakiś człowiek zaczął się kręcić wokół domu, ciemna sylwetka, w kapturze nasuniętym na głowę tak, że nie było widać twarzy. Podchodził do okien i stukał w nie, z każdą chwilą coraz natarczywiej. Dziewczynka zgasiła palącą się lampkę. Niepokój zaczął narastać, mama wróci dopiero nad ranem, a brat nie wiadomo kiedy. Nieznajomy chodził od okna do okna i nie przestawał w nie stukać. Przypomniały się dziecku opowieści snute przez dorosłych o Cyganach, co to porywają dzieci. Nerwy były już napięte do granic możliwości. Dziecko nie wiedziało, co ma ze sobą począć. Było bliskie omdlenia ze strachu, gdy wtem zupełnie nieoczekiwanie w izdebce, za ustawionym na środku stołem, pojawiła się inna postać - wyraźnie dziecięca, choć Florcia nigdy nie potrafiła określić, czy był to chłopczyk czy dziewczynka. Dziecko o jasnych włosach, w niebieskiej bluzeczce lub sukience, które dziewczynka widziała zza tego stołu od pasa w górę. Przyjazny wyraz twarzy tego nieznajomego dziecięcego przybysza, jego spokojne, łagodne oczy, delikatny uśmiech, życzliwa obecność, i mimo, że nie wypowiedział ani słowa, sprawił, że Florcia się uspokoiła. Po chwili stukanie w okna ustało, paniczny strach zniknął w mgnieniu oka, tak jak też zniknęło to dziecko, a po niedługim czasie do domu wrócił brat.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...