Niespokojny duch, żywy, pełen energii chłopak, dość szybko uznał, że Białystok, leżący gdzieś na końcu świata, jest miejscem dla niego za ciasnym, zbyt spokojnym. Wstąpił do Służby Polsce. Nie mogło się to spodobać Genowefie, nie miała zaufania do nowych władz i tworzonych przez nie organizacji. Na zdjęciu z początku lat 50-tych stoi już pełnoletni młody mężczyzna można rzec, w drelichowej bluzie i drelichowych spodniach, butach za kostkę, przekrzywionej furażerce, poważnie wpatrując się w obiektyw. Wykonane w czasie, gdy w szeregach brygady Służby Polsce pracował przy wznoszeniu Nowej Huty. I w tym samym albumie ze zdjęciami zatknięta cegiełka kupiona przez Genowefę na wsparcie budowy kościoła w Nowej Hucie. W tej Nowej Hucie, która miała być pierwszym w Polsce miastem robotniczym bez Boga oczywiście.
Czas płynął nieubłaganie. Mimo postanowienia wydanego przez sąd rejonowy w Białymstoku o uznaniu Floriana za zmarłego, który - wedle sędziego - miał zginąć w czasie forsowania "Nissy", w dzieciach wciąż jeszcze się tliła nieracjonalna nadzieja. Gdy czasem wspominały o niej mamie, ona tylko wzdychała, odwracała się do okna, by ukryć wilgotniejące oczy i nic nie odpowiadała.
Chłopak od wczesnych lat był - jak to mówił Florian - kręcony. Ojciec dostrzegał rysujące się cechy temperamentu synka, gdy mieszkali jeszcze w Warszawie. Później, gdy wrócili na północno-wschodni skraj Wileńszczyzny, nic się pod tym względem nie zmieniło. Ta żywość z wiekiem uwydatniła się jeszcze mocniej, gejzer energii nie był w stanie usiedzieć w jednym miejscu, a matce bez wsparcia męża, nie było łatwo okiełznać tej jego niebywałej żywiołowości. Zapragnął wyruszyć w świat, a matka się nie sprzeciwiała. Dziewczynka łączyła w sobie na pozór sprzeczne cechy - żywość i spokój, energię i łagodność, odwagę i nieśmiałość. Genowefę smuciła jedynie jej niechęć do jedzenia, aż w końcu dziewczynka popadła w anemię. Być może był to efekt nieustającej tęsknoty za tatą. Lekarka przepisała jakiś paskudny tran z darów ze Szwecji. I jeszcze się trafiły te okropne szczepienia przeciw gruźlicy wykonywane przez pielęgniarki ze Szwedzkiego Czerwonego Krzyża w budynku dzisiejszej szkoły podstawowej numer 46 przy ulicy Słonimskiej.
Codzienne życie nie skąpiło też jednak i chwil szczęśliwych. Zwykłe, powszednie obowiązki, zdarzenia, rutynowe czynności, mogły również dawać radość. Choćby z tego, że można było z mamą pójść po zawsze pachnący, chrupiący chleb do piekarni braciszków przy ulicy Słonimskiej. Zapach pieczonego pieczywa snuł się po całej okolicy, rozpływał się po bojarskich ogrodach, zaglądał do otwartych sieni drewnianych domów i piętrowych kamienic porozrzucanych po wąskich uliczkach. Braciszkami nazywano zakonników ze Zgromadzenia Braci Sług Maryi Niepokalanej. W kilkukondygnacyjnym budynku mieściła się też kaplica, w której można było uczestniczyć w niedzielnych mszach. Z ulicy Fabrycznej przecinało się ulicę Sienkiewicza, dalej ulicą Złotą dochodziło się do ulicy Sobieskiego, a dalej droga łagodnie pięła się pod niewysokie wzniesienie tej tajemniczej dzielnicy zabudowanej przeważnie drewnianymi domami, przeplatanej murowanymi czynszowymi kamienicami z XIX i początku XX wieku, w towarzystwie nieodłącznych bujnych ogrodów; dalej Próżną, Orlą, by wyjść naprzeciw braciszków na Słonimskiej. Najwspanialszy ogród rozlokował się przy ulicy Orlej, z dorodnymi wysokimi drzewami, wiekowymi lipami i ukrytym gdzieś w gęstej zieleni wejściem do schronu. Zimą fantastycznie było zjeżdżać z tej górki na sankach, poczynając od Orlej, poprzez Próżną, a kończąc przy Sobieskiego, to była naprawdę imponująca swoją długością trasa zjazdowa.
Wielką frajdę dziewczynce sprawiało wychodzenie na spotkanie mamy, gdy wracała jeszcze przed zachodem słońca ze zmiany w fabryce. Wychodząc na ulicę Sienkiewicza tuż przy Wiśniowej można było z łatwością dostrzec tak dobrze znaną sylwetkę już z daleka, gdzieś jeszcze przed skrzyżowaniu z Jagienki, i biec co sił w nogach na jej powitanie. Czasem wyjście mamy się opóźniało, a wtedy konieczna stawała się dłuższa wyprawa po mamę do fabryki, by osobiście ją odebrać i przyprowadzić do domu, i pilnować, by nic jej się po drodze nie stało. Wystarczyło przejść do końca ulicą Fabryczną, pokonać mostek na rzece Białej, a później już tylko poczekać przy bramie starej kamienicy, wiodącej na fabryczne podwórze.
Jeszcze jedną rzeczą, która spajała tę niepełną rodzinę była miłość do zwierząt, do natury ogółem, ale zwierzaków przede wszystkim. Krówka wilniuczka wracała częstokroć we wspomnieniach, podobnie jak psiak Misiek z Adamowców, pożarty przez wilki. W Białymstoku na Fabrycznej była też kurka, trzymana tylko dla jajek, bo nikt oczywiście nie miał zamiaru jej zjadać. Któregoś razu jednak zaatakował ją prawdopodobnie jastrząb, gdy swobodnie krążyła po przydomowym ogrodzie. Może był to inny drapieżnik. Dogorywającą gdzieś w trawia znalazła Gienia. Nikt jednak nie miał serca, by skrócić jej cierpienia. Do akcji musiała wkroczyć sąsiadka, mająca jako jedyna odwagę, by odebrać życie temu sympatycznemu domowemu ptaku. Gienia zmuszona była ugotować ze zwierzęcia rosół, którego nikt nie był w stanie zjeść, ani sama Gienia ani też dzieci. Florcia co spojrzała w talerz, to widziała oczka ukochanej kurki.
W domu zawsze były jakieś zwierzęta. A to Oswaldek przyniósł pod pazuchą znalezionego gdzieś na powierzchni ziemi kreta, a to Florcia przygranęła jeża. Jeże w sumie były dwa - Tuptuś i Igiełka. Najpierw był Tuptuś, który nocą wyruszał na polowania, i dość głośno tuptał po drewnianej podłodze. Słynął też z tego, że chwytał w nocy za palce u stóp, wstającą z łóżka Gienię, która chodziła boso. Igiełka natomiast potrafił się często schować gdzieś pod jakąś narzutę na łóżku, i gdy Gienia siadała na łóżku, to zdarzało się, że zrywała się zeń gwałtownie i krzyczała do Florci:
- To twoja robota! To ty, tam gdzie szyjesz, zostawiasz igły!
Aż w końcu nadszedł czas, by wyrosnąć z dziecięcych zabaw, dojrzeć i spróbować choć trochę wydorośleć. Brat był gdzieś w dalekim świecie, a dziewczynka - na kolejny etap swojego życia - wybrała naukę w technikum ekonomicznym przy Warszawskiej, mieszczącym się w okazałej XIX-wiecznej kamienicy Trębickiego.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
piątek, 11 października 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 35 - kończy się dzieciństwo w Białymstoku
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...
-
Gdy się kroczy piaszczystą ścieżką wydeptaną wzdłuż torów tramwajowych linii nr 20, powstałej jeszcze w latach 30-tych ubiegłego wieku, któr...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz