Pokazywanie postów oznaczonych etykietą repatrianci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą repatrianci. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 lutego 2024

Z Sienkiewicza na ulicę Skłodowskiej - wspomnienia (część 15)

Życie w Białymstoku, najpierw w starych drewnianych domach, przeznaczonych już w zasadzie do rozbiórki, grożących w każdej chwili zawalenim, przy ulicy Fabrycznej, póżniej Sienkiewicza, przedszkole przy ulicy Złotej, szkoła podstawowa numer 5 - obecnie budynek NFZ przy Pałacowej, Technikum Ekonomiczne przy ulicy Warszawskiej - obecnie Wydział Ekonomii Uniwersytetu w Białymstoku, pierwsze przyjaźnie, wchodzenie w dorosłość poprzez pierwszą pracę jako sprzedawczyni w sklepie na rogu ulicy Lipowej i Przejazd mieszczącym się na parterze kamienicy z 1900 r., następnie w stacji krwiodawstwa przy ulicy Skłodowskiej. To właśnie w stacji krwiodawstwa, dyrektor - o nazwisku o ile dobrze pamiętam Chulpowski - przybyły po wojnie do Białegostoku z Wilna, i chyba z tego powodu darzący sympatią młodą dziewcznę z Adamowców z województwa wileńskiego, choć to około 180 km na północny wschód od Wilna, przekonał osiemnastoletnią dziewczynę do podjęcią studiów, tłumaczył, motywował i mimo tego, że miał do czynienia z upartą, niby pełnoletnią dziewczyną, to jednak w końcu odniósł sukces. Florentyna dostała się na Wydział Prawa i Administracji na Uniwersytecie Warszawskim - to będzie kolejny powrót do Warszawy. Jednym z kluczowych argumentów dyrektora Chulpowskiego miały być słowa: - Dziecko, musisz się jeszcze uczyć, masz dopiero osiemnaście lat, a w swoim życiu spotkasz niejednego wykształconego chama. Wyjazdy do Warszawy na wykłady, egzaminy, były ciekawym doświadczeniem, Florentyna lubiła Warszawę, w końcu była tam poczęta, po wojnie szukała z mamą kamienicy, w której jej rodzice i starszy braciszek mieszkali w latach 1936-1939. Ukończone studia oznaczały lepszą pracę, w bankowości, w czasach, gdy banki były jeszcze instytucjami zaufania publicznego, dbały o swoich pracowników, o ich rozwój, a otrzymywane wynagrodzenie zapewniało godne, choć skromne życie.

W 1968 r. Florcia z mamą przeprowadziły się z domu przy ulicy Sienkiewicza do mieszkania w nowo wybudowanym bloku przy ulicy Skłodowskiej 5 w Białymstoku. Owo mieszkanie było częściową rekompensatą za pozostawione tak zwane mienie zabużańskie, częściową, ponieważ uwzględniającą jedynie wartość domu, bez zabudowań gospodarczych, bez gruntów rolnych. Nieduże, dwupokojowe z kuchnią, na czwartym piętrze, z widokiem na ulicę z okien pokojów, a z okna w kuchni na horyzoncie widać było las Pietrasze, który tak bardzo lubiły kontemplować w słoneczne dni, gdy nie miały czasu na to, by wybrać się tam na spacer. Genowefa lubiła chodzić do pietraskiego lasu na maliny, jeżyny, grzyby. Urokliwy, tajemniczy las na górkach, z dominującym drzewostanem sosnowym, z pozostałościami dawnej strzelnicy, ale też i miejscem egzekucji głównie żydowskich mieszkańców miasta z lipca 1941 r., miejsce jakich wiele w Polsce, łączące grozę czasów wojennych ze zjawiskowym wręcz pięknem natury - smukłe sosny, żywiczny zapach, plątanina śćieżek, dróg, kilka źródełek, ze wzgórz na południowym krańcu lasu rozpościera się wspaniały widok na Białystok, a od strony północnej na Wasilków rozłożony w dolinie rzeki Supraśli, zwanej Supraślanką, a dalej na cudnej urody Puszczę Knyszyńską, łagodnie falujące rozległe północne krajobrazy, tak bardzo przypominające litewskie widoki czy Grodzieńszczyznę.

Na Skłodowskiej często odwiedziała Florentynę i Genowefę ich kuzynka z Wileńszczyzny, również repatriantka, zamieszkała na kolonii Baciuty. Raz zdarzyło się jej nocować i po nocy skarżyła się, że nie mogła spać, bo w nocy hałasowały przejeżdzające pod blokiem samochody, paliły się światła neonów, słychać było syreny karetek wiozących pacjentów do pobliskich szpitali, to zdecydowanie nie dla niej, żyjącej w ciszy i spokoju w drewnianej wiejskiej chatce, oddzielonej od najbliższej piaszczystej drogi łąką i zagajnikiem. Początki cioci Heleny i wujka Zenona w Baciutach nie były łatwe, dostał im się drewniany dom z zabudowaniami gospodarczymi po białoruskiej rodzinie, która po wojnie została przesiedlona na sowiecką Białoruś. Przez jakiś czas otrzymywali listy z pogróżkami, rzekomo od jego poprzednich właścicieli, że jeszcze tu wrócą i zrobią z nimi porządek. Czy autorami listu rzeczywiście byli poprzedni właściciele czy było to dzieło służb specjalnych peerelowskich lub sowieckich białoruskich, by zastraszyć, by skłócić grupy narodowościowe, utrzymywać przybyszów w stanie zagrożenia, tego się już pewnie nie dowiemy. Ciocia Helena wspominała też, że jadąc pociągiem z Wileńszczyzny do nowej Polski, gdzieś na stacji, na której stał ich pociąg, przy którym zatrzymał się pociąg jadący w przecwinym kierunku, pasażerowie z tego drugiego wykpiwali repatriantów wołając do nich: - Gdzie wy jedziecie? Do tej Polski? Do tych panów? Będziecie tam niewolnikami! Jakie były losy tych przesiedlonych z Polski do sowieckiej Białorusi, można się tylko domyślać.

CDN

środa, 24 stycznia 2024

Kalwaria Wileńska, Ostra Brama, wileńskie pielgrzymowanie - wspomnienia (część 12)

To co najbardziej przyciągało babcię babcię do Wilna, to bez wątpienia Ostra Brama i Kalwaria Wileńska. O samym mieście babcia nie miała dobrego zdania, ostatecznie w 1936 r. razem ze swoim mężem wybrała Warszawę jako miejsce, w którym oboje podjęli pracę. I te opowieści o otwartości, życzliwości mieszkańców Warszawy były częstym motywem w babci wspomnieniach. Natomiast kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Kalwarii Wileńskiej, położonej nie tak znowuż daleko od centrum miasta, otoczonej jeszcze nie najgorzej wyglądającymi blokowiskami, rozłożonymi na nasłonecznionych pagórkach, poczułem się tak, jakbym się przeniósł w czasie. Smukłe sosny, wzgórza, strumyki, górki i doliny, piaszczyste ścieżki, zmieniły się zapewne nieznacznie od czasów, gdy babcia wraz z innymi pielgrzymami przemierzała te ścieżki od stacji do stacji Drogi Krzyżowej. Gdyby nie kilka modernistycznych budynków sanatoryjnych, które rozlokowały się wzgórzach, można byłoby rzeczywiście mieć wrażenie, że znaleźliśmy się gdzieś w okresie międzywojennym. Stąpanie po tych samych ścieżkach, którymi przed niemal stu laty kroczyła babcia, dawało mi poczucie obcowania ze światem już dawno minionym, ale takim bardzo moim. Są miejsca, w których będąc po raz pierwszy, mamy nieodparte wrażenie, jakbyśmy byli u siebie, w domu. Sosnowe pnie w świetle zachodzącego słońca przybierają bursztynową barwę. Mijamy fundamenty wysadzonej w powietrze stacji Drogi Krzyżowej, częściowo na jej miejscu został wzniesiony budynek sanatoryjny, na rozłożystej sośnie rosnącej nieopodal, której konary w pewnym miejscu rozchodzą się niemal pod kątem prostym, tworząc naturalny krzyż, ktoś zawiesił drewnianą figurę ukrzyżowanego Jezusa. Nie wszystkie stacje zostały odbudowane. Komunistyczne władze często znaczyły swoją obecność niszcząc obiekty sakralne, zamieniając je w magazyny, czy na przykład jak w wileńskiej cerkwi Św. Trójcy urządzając eksperymenty polegające na sprawdzaniu mocy ładunków wybuchowych, albo zamieniając klasztor i kościół wizytek na więzienie. Przykłady takie można byłoby mnożyć bez końca, nie tylko w Wilnie. Obfitość ścieżek, zachęcających do wypróbowania każdej z nich nie ułatwia poruszania się po Kalwarii. To za każdym razem mogłaby być wyprawa na cały dzień. Kiedy wędruję plątaniną tych naturalnych dróżek, towarzyszy mi przekonanie, że patrzę te same krajobrazy, i widzę je w taki sam sposób jak widziała je babcia, i jednocześnie mam poczucie niemal fizycznej jej obecności w tych urokliwych miejscach.

Zastanawia mnie też na ile możliwe było to, że drogi babci i św. Fustyny - w czasie jej pobytu w Wilnie w latach 1933-1936 - gdzieś się skrzyżowały. Wierzę natomiast w to, że na pewno krzyżują się w Niebie. Kult Miłosierdzia Bożego zatwierdzony został dużo później. Wszelkie zakazy z nim związane nałożone przez Stolicę Apostolską w roku 1959, zostały zdjęte dopiero w roku 1978, na cztery lata przed śmiercią babci. Nie wiem też na ile mogły się krzyżować drogi babci i ks. Michała Sopoćki w Wilnie, ale w Białymstoku babcia i mama mieszkając przy Fabrycznej i później Sienkiewicza miały okazję nie raz spotkać tego pokornego duchownego, spowiednika św. Faustyny z czasów wileńskich, który po wojnie również osiadł w Białymstoku przy pobliskiej ulicy Złotej, w drewnianym domu, istniejącym po dziś dzień. A na dodatek mama uczęszczała do przedszkola, mieszczącego się na parterze w kamienicy niemal naprzeciw owego piętrowego drewnianego domu - ta kamienica również zachowała się do obecnych czasów.

Matka Boża Miłosierdzia z Ostrej Bramy była bez wątpienia matką liczncyh mieszkańców Wileńszczyzny, zapewne nie tylko wyznania katolickiego. Mała Florcia pytała mamę ile tak naprawdę jest Matek Boskich, bo to i wileńska z Ostrej Bramy, i Częstochowska, i warszawska Matka Boża Łaskawa, na co Genowefa z wyrozumiałym uśmiechem odpowiadała, że jest tylko jedna. Babcia po raz ostatni widziała Matkę Boską Ostrobramską w 1946 r., gdy, na fałszywych dokumentach, z dwójką dzieci wyruszyła w daleką podróż, tak naprawdę w nieznane, bo jeszcze wtedy nie wiedziała, gdzie osiądzie na stałe. W Wilnie rodzina miała dwudniowy postój na dworcu, skąd jest już niedaleko do Ostrej Bramy. To właśnie wtedy, wziąwszy córeczkę za rękę, udała się do kaplicy w Bramie Wschodniej (lit. Aušros Vartai), nie przypuszczając nawet, że zobaczy ją po raz ostatni, i że będzie to tak naprawdę pożegnanie. Florentyna z Matką Boską faktycznie pożegna się w październiku 2021 r., także nie zakładając, że będzie to już jej ostatnie wileńskie spotkanie. Kolejna wizyta została zaplanowana na jesień 2023 r., ale tego spotkania mama już nie doczekała.

czwartek, 18 stycznia 2024

Ponownie wkracza historia - wielka i mniejsza - wspomnienia (część 8)

Nastoletnia dziewczyna, mimo wszystkich napotykanych trudności, usiłowała żyć normalnym życiem, tak jak większość jej koleżanek, mających oboje rodziców, rodzeństwo, i mieszkających od urodzenia w Białymstoku. Chwile beztroski, szczęścia, radości z rzeczy małych i zwyczajnych nie były obce i Florentynie. Pewnego czerwcowego dnia 1956 roku, będąc już szesnastolatką, umówiła się z koleżanką do kina Pokój w Białymstoku – na jaki film, tego już niestety sobie nie przypomnę, choć mama pamiętała go doskonale i mówiła mi o nim. No cóż, to żadna tajemnica, że osoby starsze mają dużo lepszą pamięć, zwłaszcza odnoszącą się do wydarzeń z czasów ich dzieciństwa czy wczesnej młodości. Po seansie dziewczęta wybrały się jeszcze na lody na ulicy Lipowej, czerwcowe wieczory są długie i jasne, a do domu na ulicy Sienkiewicza droga nie tak wcale daleka. A jeszcze w tych czasach na ulicy Lipowej można było spotkać dużo więcej spacerowiczów niż obecnie. Całe życie koncentrowało się przede wszystkim na tej właśnie ulicy, tu się spotykało znajomych, tu się spacerowało do zmierzchu, tu były kina, sklepy, ulica Lipowa była takim nieoficjalnym deptakiem na przestrzeni między Farą a Kościołem Rocha. W pewnym momencie dało się słyszeć jakiś hałas, szum, i oczom dziewczyn ukazał się tłum ludzi zmierzających w stronę domu partii, wznoszących okrzyki nawiązujące do wydarzeń Poznańskiego Czerwca, skandujących też - Węgrzy z nami! Był to bowiem czas, gdy po wydarzeniach poznańskich, Węgrzy organizowali manifestacje wspierające Polaków pod pomnikiem Józefa Bema w Budapeszcie. Dziewczęta nie mogły poskromić ciekawości i odmówić sobie obserwowania dalszego przebiegu tej manifestacji, było to coś zupełnie nowego, nieoczekiwanego, a ówczesna młodzież miała zdaje się jednak dużo większe zrozumienie wydarzeń politycznych i była bardziej patriotycznie nastawiona, mimo czasów niesprzyjających otwartemu okazywaniu patriotyzmu. Tłum gęstniał pod domem partii. Porządku pilnowało wojsko. W pewnym momencie doszło do swoistego zbratania się protestujących i żołnierzy. Manifestanci wznosili okrzyki – „Wojsko z nami!”, i nieoczekiwanie zaczęli podrzucać do góry dowódcę zgromadzonych pod domem partii żołnierzy.

Aż nagle Florentyna dostrzegła w grupie protestujących swojego brata – Oswalda - ich spojrzenia się spotkały i starszy brat zrobiwszy groźną minę pogroził siostrze, dając jej do zrozumienia, by stąd uciekała i broń Boże, nie wspominała w domu mamie o tym, że widziała go w tłumie demonstrantów. Już raz mama zmuszona była pójść na komisariat przy ulicy Sobieskiego 2, w którym przetrzymywano Oswalda, gdy wraz z kolegami znalazł pistolet w magazynach wojskowych niedaleko Dworca Fabrycznego. Genowefie wystarczyła strata ukochanego męża, który nie wrócił z wojny, dzieci więc strzegła jak oka w głowie, niepokoiła się i martwiła o nie. W tej okrojonej rodzinie panowała atmosfera prawdziwej miłości, zresztą to nie była tylko kwestia atmosfery, tę miłość okazywano sobie przede wszystkim na co dzień czynami, choć i słów serdecznych nigdy nie brakowało.

Następny raz wielka historia wkroczy w życie Florentyny w latach 80-tych, gdy - pracując w banku przy Rynku Kościuszki - zostanie członkinią NSZZ „Solidarność” w okresie jej legalnego funkcjonowania. Jedyną szykaną jakiej dozna z tego tytułu będzie pozbawienie jej premii, na wniosek zresztą podobno dobrego kolegi z wydziału. Mama nie miała o to do niego później pretensji, byli na ty, w czasie przypadkowych spotkań na ulicy rozmawiali ze sobą jak gdyby nigdy nic, była też na ślubie i weselu jego córki, jako matka chrzestna męża owej córki. Czas tej pierwszej „Solidarności” był o tyle ciekawy, że mimo wyraźnych podziałów narodowościowych i wyznaniowych na Białostocczyźnie, do NSZZ razem z mamą wstąpiła koleżanka z pokoju wyznania prawosławnego. Później ten cenny kapitał został zaprzepaszczony, tak jak to się w Polsce często dzieje z kapitałem społecznym i w innych dziedzinach.

W swoje rodzinne strony Florentyna wyruszyła będąc już dorosłą osobą, bo w roku 1968, a więc mając lat 28. Pojechała samotnie, do Postaw, do Głębokiego, Mosarza, nie dotarła jedynie do rodzinnej wsi – do Adamowców. Nie uczyniła też tego w roku 1988, gdy była tam z mężem i synem w odwiedzinach u swojej matki chrzestnej w Szuniowcach w pobliżu Głębokiego – Weroniki Goraczko i jej męża Michała Goraczko. Weronika była katoliczką i uważała się za Polkę, a jej mąż Michał mówił, że jest prawosławnym Białorusem, przed wojną służył w polskim wojsku, władał piękną polszczyzną, to byli bardzo serdeczni ludzie. Gdy we wrześniu 1988 r. wybraliśmy się z Szuniowców do Wilna, odwiedziliśmy kaplicę w Ostrej Bramie i pobliską cerkiew Św. Ducha, w której Wercia - na prośbę Michała - zapaliła świeczkę w jego intencji – był już mocno schorowany, z trudem się poruszał nawet po domu. Gdy pytałem mamę dlaczego nie chciała pojechać do Adamowców, choć miała taką okazję, wyjaśniła mi, że woli zachować je w swojej pamięci z czasów dzieciństwa; po wojnie piękny drewniany dom ze zdobieniami wykonanymi przez dziadka, będącego między innymi cieślą, został przez kogoś rozebrany i przeniesiony do innej wsi, bez pytania o zgodę, bez jakichkolwiek formalności. To były już zupełnie inne Adamowce, bez dawnych mieszkańców, barw, smaków, zapachów, nawet bez kilku domostw, które również zostały rozebrane i poprzenoszone nie wiadomo dokąd. Nigdy tej niechęci nie rozumiałem, zwłaszcza, że sam chętnie bym Adamowce odwiedził, ale ja przecież nie miałbym możliwości porównania, to nie było miejsce mojego urodzenia, mojego dzieciństwa. Wracając do roku 1968, tuż po przyjeździe z Polski do ówczesnej Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej – była to bowiem ta część przedwojennej Wileńszczyzny, która przypadła Białorusi - czarnowłosą dziewczynę rozpoznała i powitała pracująca w polu żona brata Genowefy – pół Polka pół Litwinka, to serdeczne powitanie miało miejsce gdzieś w okolicach Mosarza. Pamiętam z 1988 r. odwiedziny u brata babci – Władysława, mieszkał wówczas w skromnym mieszkanku na parterze w dwupiętrowym bloku, w otoczeniu zielonych dorodnych drzew i małych ogródków, te bloki nie pasowały w żaden sposób do sielskiego miejsca, no ale taka była sowiecka rzeczywistość. Wujek Władysław z rysów twarzy był podobny do babci Genowefy; miał już bielmo na oczach i niewiele widział, wykazywał się za to niezmienną od lat pogodą ducha i jakimś nieziemskim spokojem, pogodzeniem ze światem, w którym przyszło mu żyć. To on nie chciał stamtąd wyjechać po wojnie, bo twierdził, że tu była, jest i będzie Polska. Mylił się, ale było widać, że nauczył się z tym żyć. Mówił nam wówczas, że od nich do Adamowców nie jest daleko, ale uszkodzony został most na rzece i gdybyśmy chcieli tam dotrzeć, to trzeba byłoby jechać okrężną drogą. Jednak rodzice nie byli tym wariantem zainteresowani. Ruszyliśmy zatem do kuzynki Józi, mieszkającej w pięknym drewnianym domu, z przeszkloną werandą, przy rynku naprzeciw kościoła w Mosarzu, otoczonym bujnym zielonym jeszcze ogrodem, z wysokimi wielobarwnymi malwami. Do dziś pamiętam smak sałatki pomidorowej ze śmietaną, którą Józia zrobiła z warzyw zebranych w tym ogrodzie, żadna inna nie smakowała mi później tak samo. Co ciekawe, Józia mówiła do nas po białorusku, nie rosyjsku, tylko białorusku właśnie, i doskonale rozumiała język polski, jej dzieciństwo przypadło już na lata BSRR.

Jacyś nasi krewni mieszkali w leśniczówce w głębi lasu niedaleko od Mosarza, a jakie są knieje na Białorusi każdy może sobie wyobrazić, to nie są podmiejskie laski, nie rachityczne sosny Puszczy Kampinoskiej, którą zresztą bardzo lubię, ale to przede wszystkim wtedy, gdy nie mam możliwości wyruszyć do Puszczy Knyszyńskiej, która jako żywo przypomina lasy litewskie i białoruskie – smukłe, masztowe sosny, potężne świerki, dające pod swoimi rozłożystymi gałęziami schronienie przed deszczem. Jeden z mieszkających w owej leśniczówce kuzynów, jeszcze w latach 50-tych czy 60-tych ubiegłego już wieku, chcąc skrócić sobie drogę powrotną do domu, wybrał się łódką przez jezioro, a w międzyczasie rozpętała się straszliwa burza, do domu już żywy niestety nie dotarł. Z uwagi na późną porę, a też i nieznajomość terenu, do leśniczówki się nie wybraliśmy.

Wiem też, że część rodziny ze strony babci wyjechała po wojnie do Wolsztyna i tam się osiedliła na stałe. Kiedyś tych dalekich krewnych odwiedziliśmy w tym urokliwym miasteczku, ale kontakt się niestety urwał. Zapamiętałem jedynie wolno stojący dom i dużo zieleni, w tym wiekowe drzewa rosnące przy domu. Dobre wspomnienie, choć mało konkretne.

Nie jestem już sobie w stanie przypomnieć w jakiej wsi miało miejsce to spotkanie, ale mamie udało się w czasie owego wyjazdu w roku 1968 odwiedzić również dziadka Ksawerego, pogodnego staruszka, bajarza, za którym przepadały dzieci, pewnie po części z racji jego wyglądu – dłuższych siwych miękko falujących włosów i dość długiej siwiutkiej brody, który snuł długie opowieści przypominające ballady Mickiewicza. W słoneczny dzień siedział na drewnianym ganku na bujanym fotelu, z twarzą wystawioną do słońca.

Ten drugi wyjazd w roku 1988, w okresie, w którym ZSRR chylił się już ku upadkowi, choć nikt jeszcze wtedy nie przypuszczał, że lada moment Litwa i Białoruś staną się niepodległymi państwami, ta druga niestety tylko na chwilę. Gdy jechaliśmy do Szuniowców w stronę Głębokiego, gdzieś w okolicy Michaliszek skończył się asfalt, i dobrych kilkanaście kilometrów trzeba było jechać po kocich łbach, ale jakież tam były widoki! Droga przecinała Naroczański Park Narodowy, ogromne połacie wiekowego lasu, jak pierwotna puszcza, w szacie wczesnojesiennej, rozświetlonego wszystkimi możliwymi barwami tej cudnej pory roku.

Weronika i Michał Goraczko mieszkali na samym początku wsi Szuniowce, jadąc od strony Głębokiego. Po drodze minęliśmy mleczarnię zbudowaną na licencji angielskiej, smak serów w niej produkowanych pamiętam do dziś, zupełnie niepodrabialny i niepowtarzalny. To w Szuniowcach po raz pierwszy w życiu trzymałem w rękach kosę i kosiłem koniczynę dla królików, chwytałem króliki za uszy, bo tak mi kazano, choć jako 12-letni chłopiec bałem się, że w ten sposób im te uszy pourywam, i próbowałem je brać pod brzuszek, jak małe szczenięta albo kotki; tu chodziłem na pole po krowy, które za dnia były wypasane na kołchozowym pastwisku, a przed zmierzchem cała wieś się schodziła, by je odebrać, co ciekawe – aby krówka podbiegła obowiązkowo trzeba było mieć ze sobą spory kawałek chleba na zachętę; tu z wnuczką Werci - Aloną i jej kolegą jeździliśmy na rowerach po okolicy, w tym do lasu Borek na obrzeżach Głębokiego, do miejsca egzekucji z czasów drugiej wojny światowej. Pięknie falujące krajobrazy, łąki, pola, sosnowe lasy, światło jesiennego łagodnego słońca, rzeczki, jeziora. I zabudowania poklasztorne w Berezweczu. Mama pamiętała opowieści babci o Polakach okrutnie mordowanych przez sowietów w roku 1941 na terenie klasztoru. Nie wiem na ile prawdziwa jest ta historia – nigdzie nie znalazłem jej potwierdzenia – o ludziach, których żywcem zamurowywano w zagłębieniach murów, w pomieszczeniach więziennych. W Głębokiem uczestniczyliśmy we mszy w barokowym kościele Trójcy Świętej. Po mszy, przed kościołem spotkaliśmy Józefa Kusznierewicza, rodzonego brata Weroniki Goraczko, który przed wojną i w czasie kampanii wrześniowej 1939 r. służył w wojsku polskim. Wróciwszy w rodzinne strony opowiadał, że wycofując się po walkach toczonych w okolicach Warszawy musiał być wyjątkowo ostrożny na terenach Białostocczyzny, ponieważ tam grupy skomunizowanych Białorusinów wyłapywały i mordowały polskich żołnierzy. Józef wypatrzywszy mnie w kościele stwierdził, że jestem podobny do dziadka Floriana Szpaka, którego doskonale pamiętał z czasów przedwojennych. Odwiedziliśmy jeszcze wtedy kościół św. Anny w Mosarzu, w którym przez cały czas trwania ZSRR odbywały się nabożeństwa, i przejeżdżaliśmy w pobliżu kościoła Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale, w 1948 r. zamienionego na kołchozowy magazyn, w którym w lutym 1940 r. ochrzczona została Florentyna Szpak, i do którego jeszcze przed wojną miał podjeżdżać bryczką z żoną i synkiem Florian Szpak, ubrany w garnitur i kapelusz, co po wojnie stało się przyczyną umieszczenia rodziny Szpaków na liście osób przeznaczonych do wywiezienia w głąb ZSRR. Do wsi opuszczonych przez ich mieszkańców sprowadzano z kolei Rosjan z odległych terytoriów Związku Radzieckiego. I tak w Szuniowcach z dawnych, przedwojennych mieszkańców pozostali jedynie Weronika i Michał, oraz mieszkająca na drugim końcu wsi kobieta, która przyznawała się do polskości, a pozostali mieszkańcy przybyli gdzieś z daleka. Poznałem ich chodząc z wnuczką Werci – Aloną – po krowy na pastwisko. Byli to ludzie serdeczni, otwarci, chętnie nawiązujący kontakt i rozmowę. A to starsza pani w chustce na głowie poczęstowała mnie garścią pestek słonecznika, a to ktoś inny jabłkiem, nie doświadczyłem z ich strony żadnych przykrości. Los innych okolicznych wsi był niestety podobny, pozostali nieliczni Polacy, tacy zapewne jak dziadek Władysław z Mosarza, który trwanie w miejscu swojego przyjścia na świat rozumiał jako wierność samemu sobie, a też pewnie i Bogu. Nazwiska jakie się przewijały w rodzinie ze strony mamy to przede wszystkim – Szpak, Bochan, Wasilonek, Łysionek, Murzicz - wskazywałyby na to, że były to rodziny mieszane etnicznie, to było naturalne zjawisko, tak jak wspomniana wyżej ciocia mamy – pół Polka, pół Litwinka, czy Michał Goraczko – kochający polskość prawosławny Białorus – jak sam się określał. Mieszanka etnosów, wyznań, która nie stała na przeszkodzie zgodnemu, codziennemu funkcjonowaniu, przerwanemu brutalnie dopiero przez wojnę, a następnie wchłonięcie tych ziem przez ZSRR.

poniedziałek, 15 stycznia 2024

W świecie dorosłych - wspomnienia (część 7)

Jakby tych strachów, cierpień było mało dla kilkuletniej dziewcznyki, doznanych jeszcze na Wileńszczyźnie, w czasie ucieczki na fałszywych dokumentach z Wileńszczyzny, poprzez Kraków do Białegostoku, Florcia będąc już uczennicą szkoły podstawowej numer 5 w Białymstoku, częstokroć zdana tylko na siebie, musiała w przyspieszonym tempie uczyć się też reguł panujących w świecie dorosłych. Półsierota, z mamą pracującą w fabryce na zmiany, w tym często na zmianie nocnej, z bratem, który dość wcześnie wyruszył w wielki świat w poszukiwaniu pracy i szczęścia rodzinnego, Florcia, tak jak zresztą wiele innych dzieci urodzonych tuż przed wybuchem wojny lub w jej trakcie, zmuszona była przejść szkołę prawdziwego, twardego życia, w którym to co słuszne, dobre, sprawiedliwe przeplatało się z okrucieństwem, obojętnością, interesownością.

Każda chwila spędzona z mamą była na wagę złota, wspólny spacer choćby ulicą Sienkiewicza, gdzie dziewczynka spotykała mamę wracającą z fabryki przy ulicy Włókienniczej, wyprawa po pachnący chleb do braciszków na ulicę Słonimską czy przeprawa przez śnieżne zaspy na pasterkę do Fary. Mała Florcia - jak będzie o tym często opowiadać sama będąc już matką - uważała swoją mamę za osobę najmądrzejszą na świecie, mimo, że nie potrafiła pisać, że przed wojną pracowała jako gospodyni w gospodarstwie w małej wsi Adamwoce na Wileńszczyznie, a w czasie pobytu w Warszawie jako służąca na przyjęciach u hrabiny Zabiełło, zaś po wojnie w Białymstoku jako robotnica w jednej z włókienniczych fabryk, taką mądrością życiową, ewangeliczną. Skromne robotnicze zaraboki samotnej matki nie zawsze były wystarczające, by utrzymać dwójkę dzieci, trzeba się było imać dodatkowych zajęć, takich jak pranie, prasowanie na zlecenie majętnych pań. Któregoś razu Florcia wybrała się z mamą do jednej z takich kobiet, mieszkającej przy ulicy Świętojańskiej, by oddać wypraną i wyprasowaną pościel. Kobieta jeszcze w drzwiach przejrzała przyniesione prześcieradła i uznała, że są niedokładnie wyprasowane, skrzyczała Genowefę w obecności jej małej córeczki i nie zapłaciwszy zatrzasnęła drzwi. Genowefie mimowolnie popłynęły łzy po policzkach, które dziecko widziało doskonale. Nie udało się zdobyć pieniędzy na nowe zimowe buty dla córki. Pozostawało udanie się z prośbą do kuzynki, by pożyczyć brakujące 20 złotych. Jednakże i tu nie spotkała się z życzliwym przyjęciem, bowiem kuzynka stwierdziła, że dać 20 złotych to ona nie może, a pożyczyć też nie - Bo kiedy ty mi oddasz? O daniu nawet mowy nie było, a gorzkie słowa zapadły głęboko w pamięć dziewczynce. Ale jest też podobno tak, że tam gdzie człowiek zamyka drzwi, to Bóg otwiera okna (autorska parafraza). Całej tej rozmowie przysłuchiwał się niejaki pan Mularonek, któremu najwyraźniej było żal i upokorzonej już wystarczająco kobiety i zasmuconego dziecka, które było świadkiem dwóch tak intensywnie przykrych zdarzeń jednego wieczoru. Gdy kuzynka wyszła z pomieszczenia, w którym rozegrała się opisana scena, pan Mularonek wyciągnął z marynarki owe 20 złotych i powiedział - Oddasz, kiedy będziesz miała. Tego gestu i nazwiska dobroczyńcy Florcia nie zapomni do końca życia.

Ale okolice ulicy Świętojańskiej to nie tylko bolesne wspomnienia. Wiecznie chorująca Florcia, wątła, z anemią, miała któregoś razu wizytę w gabinecie u profesora Hassmana - chirurga, laryngologa, którego wspominała jako człowieka mającego wspaniałe podejście do dzieci. Profesor Hassman miał wykonać zabieg przycięcia migdałków, i gdy Florcia zobaczyła skalpel w dłoni mężczyzny wpadła w panikę, lecz lekarz cierpliwie i spokojnym głosem przekonał ją, że nie będzie nic bolesnego wykonywał, że to tylko badanie, które potrwa chwilę i w mgnieniu oka wprawną reką przeciął rzeczone migdałki tak, że dziecko nawet nie zdążyło poczuć bólu. Nie jestem w stanie zweryfikować tej historii, ale najprawdopodobniej profesor Hassman, będąc pochodzenia żydowskiego przetrwał wojnę i jeszcze w czasie jej trwania zobowiązał się, że jeśli przeżyje, to przejdzie na katolicyzm. I tak się też miało stać.

CDN

niedziela, 14 stycznia 2024

Bojary, Fabryczna, Wąska - wspomnienia (część 6)

Po chleb chodziło się do braciszków przy ulicy Słonimskiej, w ich kaplicy można też było uczestniczyć we mszach i nabożeństwach. Piekarnię i sklep z pieczywem prowadzili zakonnicy z bezhabitowego Zgromadzenia Braci Sług Maryi Niepokalanej. W latach 1945 - 1961 w budynku do nich należącym mieściło się też Archidiecezjalne Wyższe Seminarium Duchowne, w którym wykładał między innymi ks. Michał Sopoćko, mieszkający wówczas nieodpodal, bo na ulicy Złotej, w drewnianym piętrowym domu istniejącym po dziś dzień. Kilkuletnia Florcia najbardziej zapamiętała spacery z ulicy Fabrycznej przez Bojary, ich rolzegłe zielone ogrody, zwłaszcza wzdłuż ulicy Orlej, na której już pachniało chlebem. Nie było wówczas większego szczęścia niż choćby krótka wyprawa z mamą czy to po chleb do braciszków, czy na mszę, każda chwila spędzona z mamą była na wagę złota, często bowiem trzeba było się mierzyć z samotnością, gdy mama pracowała w fabryce w dzień czy na nocnej zmianie, a brat hulał gdzieś z kolegami, by później dość szybko opuścić Białystok na dobre. Ulica Orla była też doskonałym miejscem do zjeżdżania na sankach. Od ulicy Kraszewskiej pnie się łagodnie pod górę, a od Kraszewskiego w dół w stronę Sobieskiego wiedzie krótka ulica Próżna. Zjeżdżając zatem na sankach, przy dość prostym manewrze, można była zjechać ze szczytu górki na Orlej, poprzez Próżną aż do samej ulicy Sobieskiego. Przy ulicy Łąkowej w miejscu, w którym dziś znajduje się przedszkole stała wypalona kamienica, stanowiąca oczywiście doskonałe miejsce do dziecięcych zabaw. Druga kamienica poważnie uszkodzona w czasie bombardowania znajdowała się przy ulicy Jagienki, między Wąską a Fabryczną. Ona była o tyle ciekawsza, że w pewnym miejscu schody się urywały i trzeba było nie lada zręczności, by wspiąć się wyżej. Gdzieś w tej okolicy stał jeszcze betonowy poniemiecki bunkier, który z czasem został zburzony. Nieopodal mieszkała też koleżanka Florci, która pewnego razu pod nieobecność swoich rodziców zaprosiła zaprzyjaźnione dzieci na zabawę w jej mieszkaniu. W pewnym momencie w tajemnicy zaprowadziła je do pokoju taty, wydobyła z szafy jakieś pudło, w którym po otwarciu pokrywy oczom już nieco wystraszonych dzieciaków pokazał się mundur, czapka, a następnie pistolet. Okazało się, że tata owej koleżanki pracował w pobliskiej Komendzie Wojewódzkiej w UB. A były to czasy, gdy podziemie organizowało zamachy na działaczy partyjnych i funkcjonariuszy UB - kilka z nich miało też miejsce w okolicy ulicy Fabrycznej.

Miały też dzieci swoje legendy. Przyjaciółka mamy - Bożenka Brysiewicz, której tata znał doskonale historię Białegostoku i oprowadzał okoliczne dzieciaki po miejcach związanych z historią miasta, snując arcyciekawe o nich opowieści, opowiedziała historię z czasów jego z kolei dzieciństwa - o Tamarce. Pan Jan Brysiewicz będąc jeszcze dzieckiem i mieszkając przy ulicy Wąskiej tuż przy torach, wraz z innymi dziećmi często bawił się na torowisku linii kolejowej z Białegostoku do Baranowicz. W czasie jednej z takich ryzykownych zabaw, nie wszystkie dzieci zdążyły zbiec z torów przed nadjeżdżającym pociągiem. Tamarka z jakichś przyczyn nie zdążyła uciec z i została śmiertelnie potrącona przez nadjeżdżającą lokomotywę. W tym miejscu dzieci już nigdy więcej nie miały odwagi wejść na tory, ale nie zaprzestały zabaw wzdłuż nasypu kolejowego. I kilkukrotnie dokładnie w miejscu, w którym zginęła, miała im się pokazywać Tamarka. Gdy dzieci ją zauważały, biegły do niej, wołały, lecz ona rozpływała się w powietrzu.

Dzieciństwo jest też czasem pełnym niezwykłych zdarzeń, nawet pewnej cudowności, która w dorosłości już się nie pojawia, a jeśli się pojawia to już nie z taką częstotliwością. Droga Florci do szkoły wiodła przez ulicę Łąkową i Starobojarską. Któregoś razu, nie mając odrobionej pracy domowej z matematyki - niestety brat już był w dalekim świecie, a mama zapewne pomóc nie potrafiła czy była w pracy - dziewczynka snuła się smutna jak cień w miejscu, w którym dziś znajduje się posesja hospicjum, wspięła się na pozostałości schronu i nie wiedziała, co ma ze sobą począć. Zauważyła ją wówczas jakaś kobieta w średnim wieku, zainteresowała się smutnym dzieckiem, podeszła i zapytała dlaczego się tak smuci. Mała Florcia opdpowiedziała, że boi się iść do szkoły, ponieważ nie ma odrobionej pracy domowej z matematyki. Owa niby przypadkowo napotkana kobieta pochyliła się i zaczęła dziecku tłumaczyć, że mimo wszystko powinna pójść do szkoły, podejść do pani od matematyki i wyjaśnić, że nie potrafiła odrobić lekcji samodzielnie, nie miał też jej kto pomóc, a odpisywać od kogoś nie chciała, a poza tym może być tak, że pani od matematyki dziś zwyczajnie nie będzie. Zachęcona taką przemową dziewczynka poszła więc do szkoły i jakież było jej zdumienie, gdy okazało się, że pani od matematyki tego dnia rzeczywiście była nieobecna. A na przyszłość dziecko wiedziało już jak ma postąpić. Innym razem, w czasie zamieci śnieżnej przechodząc przez dzisiejszy Plac Wyzwolenia przy Komendzie Wojewódzkiej, mała Florcia zaczęła się dusić idąc pod silnie wiejący wiatr, nie mogła złapać tchu, i w tym momencie - na pustym przed chwilą placu - podbiegła do niej kobieta, która odwróciłą dziecko plecami do wiatru i wytłumaczyła, że w czasie takich zamieci trzeba się natychmiast odwrócić. Rzecz błaha, ale dla małego dziecka wcale nie taka oczywista. Na pewno zaskakuje empatia tych dwóch kobiet, zainteresowanie losem małego samotnie wędrującego dziecka, nie przeszły obojętnie obok, ale przyszły dziewczynce z pomocą.

Z ulicy Sienkieiwcza mama wspominała pewne żydowskie rodzeństwo - dwie siostry i brata, jedna z sióśtr była najstarsza, druga najmłodsza, a brat był tym średnim. Wszyscy okoliczni mieszkańcy wiedzieli, że dzieci są żydowskiego pochodzenia, że zostały sierotami i przetrwały wojnę po aryjskiej stronie, prawdopodobnie mieszkając w tym samym miejscu, w którym mieszkały po wojnie - to jest w drewnianym domu przy ulicy Sienkiewicza właśnie, mniej wiecej naprzeciw obecnego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Później w latach 50-tych dzieci wyjechały najpewniej do Izraela. Żydowska rodzina mieszkała też przy ulicy Sienkiewicza, niedaleko Złotej, również w drewnianym domu z wielkim ogrodem ciągnącym się do ulicy Łąkowej, ojciec rodziny miał bryczkę i z tego utrzymywał rodzinę, i oni także zniknęli w latach 50-tych.

CDN

sobota, 13 stycznia 2024

Z Fabrycznej na Sienkiewicza - wspomnienia (część 5)

Ponieważ dom na Fabrycznej groził runięciem, Genowefa z dziećmi otrzymała izdebkę w innym drewnianym domu, który zawaleniem groził już tylko nieco mniej, tym razem przy ulicy Sienkiewicza - dziś w tym miejscu jest skwer im. doc. Włodzimierza Zankiewicza, w tej jego części od strony ulicy Fabrycznej - a więc nie była to daleka przeprowadzka. Genowefa nadal pracowała w fabryce przy ulicy Włókienniczej. Mała Florcia codziennie wychodziła mamie na spotkanie, idąc ulicą Sienkiewicza w stronę centrm - ich drogi stykały się na wysokości dzisiejszych "Trzech kłosów". Starszy brat Florci - Oswald - niespokojny duch, twierdził, że w Białymstoku było mu za ciasno, że jest to istny koniec świata, zaczął więc swoje wędrówki po wielkim świecie, zahaczył w pewnym momencie o Służbę Polsce, pracował przy budowie Nowej Huty, dostał się nawet do szkoły lotniczej w Dęblinie. Florcia natomiast rozpoczęła edukację w szkole podstawowej numer 5 w Białymstoku - dziś w tym budynku mieści się oddział NFZ przy ulicy Pałacowej, w dość ciekawej architektonicznie kamienicy z czerwonej cegły, później w Technikum Ekonomicznym przy ul. Warszawskiej - obecnie siedzibę ma tu Wydział Ekonomii Uniwersytetu w Białymstoku.

Oswaldek zanim jeszcze opuścił Białystok, wplątał się w sprawę, która mogła się naprawdę źle dla niego skończyć. W magazynach niedaleko Dworca Fabrycznego (dawanego Poleskiego) wraz z kolegami znalazł pistolet - wcześniej były tam magazyny wojskowe. Ktoś doniósł o tym stosownym władzom. Kilkunastoletni chłopcy zostali zatrzymani w komisariacie przy ul. Sobieskiego 2 - kamienica ta istnieje do dziś. Szczęśliwym trafem zostali dość szybko wypuszczeni.

Chłopaki z Fabrycznej wchodzili w konflikt z prawem także w inny sposób. W pobliżu ulicy Fabrycznej, Wąskiej i Sienkiewicza przebiegały tory dawnej linii kolejowej Białystok - Wołkowysk - Baranowicze, która została otwarta 5 grudnia 1886 r. i zapewniała transport towarów wytworzonych w białostockich fabrykach włókienniczych do Moskwy i dalej w głąb Cesarstwa Rosyjskiego. Wskakiwali na przejędżające w tym miejscu wyjątkowo wolno składy pociągów przewążących węgiel na wschód i wyrzucali bryły węgla, które następnie zbierali i zanosili do swoich domów. Był to proceder ryzykowny, bo pociągi miały jednak ochronę.

Przybysze z Wileńszczyzny nie wszystkim sąsiadom przypadli do gustu, zwłaszcza jednemu sąsiadowi, który o wszystko co złego się wydarzyło na jego posesji obwiniał dzieci Genowefy, chodził naburmuszony i powtarzał: - To znowu te bachory tej wilniuczki! Zupełnie niesłusznie, bo one były akurat Bogu ducha winne. Czy to ktoś zrywał jabłka w jego sadzie, czy uszkodził sztachetę w płocie, zawsze były winne bachory wilniuczki. Ta jakaś dziwna "tutejszość" białostocka jeszcze dała się nie raz we znaki. Gdy mama była już panienką i trafiła na jakieś wesele, matka pana młodego miała ją nieustannie wypytywać skąd jest, a na odpowiedź, że z ulicy Sienkiewicza w Białymstoku, dalej drążyła temat: - Ale skąd rodem? I gdy w odpowiedzi usłyszała, że z Wileńszczyzny, to była wyraźnie niezadowolona. Na szczęście, nie brakowało też ludzi prawdziwie serdecznych, życzliwych i dobrych. Ojciec przyjaciółki mamy z ulicy Wąskiej - niejaki pan Jan Brysiewcz, robotnik w jednej z białostockich fabryk, był ulubieńcem okolicznych dzieciaków. Gdy miał wolne, zbierał je wszystkie z całej okolicy i oprowadzał po miejscach ważnych z puktu widzenia historii miasta. To dzięki niemu mama dowiedziała się o miejscu egzukcji mieszkańców miasta okrutnie zamordowanych przez wycofujących się bolszewików w sierpniu 1920 r. , o miejscu kaźni przede wszystkim białostockich Żydów, ale też Polaków, Białorusinów w czasie drugiej wojny światowej w lesie na Pietraszach, o istnieniu getta w Białymstoku. Głęboko w pamięć zapadły mamie półkolonie letnie organziowane przy kaplicy Sióstr Jezusa Miłosiernego na ulicy Poleskiej w Białymstoku, a zwłaszcza smak i zapach wyśmienitych ciast pieczonych przez siostry. W tej okolicy krążył też obecnie błogosławiony - ks. Michał Sopoćko, opiekun duchowy i spowiednik siostry Faustyny z czasów wileńskich. Niemal naprzeciw przedszkola, do którego przez krótki czas uczęszczała mała Florcia, stał i stoi do dziś piętrowy drewniany dom przy ulicy Złotej, w którym po przyjeździe z Wilna zamieszkał ks. Sopoćko. Ich drogi gdzieś zapewne musiały się krzyżować. Przez pewien czas mieszkała w Białymstoku również siostra bezhabitowa ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, mistyczka i stygmatyczka - Wanda Boniszewska.

W latach 40-tych i na początku 50-tych działało jeszcze podziemie. Niedaleko ulicy Fabrycznej, przy ulicy Wiśniowej strzelano któregoś razu do jakiegoś działacza partyjnego. Zamach był nieudany, ale strzały słyszeli wszyscy mieszkańcy pobliskich ulic. Inny zamach, tym razem udany, miał miejsce przy przejeździe kolejowym na ulicy Sienkiewicza, dziś w tym miejscu jest wiadukt, pod którym biegnie ulica Sienkiewicza, a nad nią ulica Towarowa.

Życie ubogie, trudne, toczyło się spokojnie, w atmosferze wyjątkowej rodzinnej serdeczności i miłości. Babcia miała jednak poważne problemy zdrowotne - reumatyzm, będący pamiątką po nocach spędzonych na cmentarzach, w stogach siana na Wileńszczyźnie, gdy ukrywała się przed przedstawicielami sowieckiej władzy, którzy zmuszali ją do przepisania się na inną narodowość niż polska. Kilkukrotnie trafiła do szpitala. Któregoś razu, w czasie jednego z takich pobytów w szpitalu, Florcia zmuszona była pozostać sama w domu, brat był już gdzieś daleko poza Białymstokiem. Pewnej deszczowej nocy, ktoś zaczął chodzić wokół domu, na głowie miał założony kaptur, stukał w niskie okna izdebki, w której dziewczynka próbowała zasnąć. Jedyny na ten moment przyjaciel - piesek o imieniu Aza - zaczął szczekać i ujadać, chcąc w ten sposób odstraszyć intruza. Ten ktoś jednak nie odstępował, stukał w okna coraz natarczywiej. Dziewczynka była już na tyle wystraszona, że wcisnęła się co sił w łóżeczko, i w pewnym momencie zauważyła stojącą za stołem postać - o dziecięcej posturze, jasnych włosach i uśmiechniętej twarzy o łagodnych rysach, przyjazną postać w niebieskiej jakby sukience, która się nie odzywała, tylko stała i uśmiechała, a jej obecność wyciszyła i uspokoiła Florcię na tyle, że przestała się trząść ze strachu, natomiast człowiek stukający w okna oddalił się. Każdy może tę opowieść zinterpretować zgodnie ze swoimi upodobaniami.

Dziecięce życie jest przebogate. Pełne intensywnych barw, smaków, zapachów, to jakby życie na pograniczu światów. Wchodząc w dorosłość tę umiejętność zatracamy, intensywność odczuwania świata zamiera, pogranicze światów zanika, zostajemy sami w jednym już tylko świecie. Mała Florcia miała to szczęście, że zdarzyło jej się jeszcze na własne oczy widzieć cygański tabor, a nawet być w nim. Rozlokował się on w tym miejscu, w którym dziś są ogródki działkowe przy ulicy Andersa, na pobliskich wzgórzach, na których zaczyna się już Las Pietrasze stał jeszcze w tym czasie wypalony niemiecki czołg. Dziecko musiało jedynie przemóc lęk przed starszą cyganką, która wydawała się jej być kimś w rodzaju czarownicy, lecz gdy kobieta poprosiła Florcię, by do niej podeszła, zapytała o imię i nawiązała rozmowę, okazała się być dobrą i serdeczną babcią. Nieopodal były też glinianki, do których dzieci turlały się ze wspomnianych górek, często prosto pod brzuchy brodzących w nich krów. Oprócz tych chwil radosnych, dziecko musiało się uporać z tęsknotą za zaginionym ojcem, coraz częstszymi pobytami mamy w szpitalu, rozłąką z bratem. W czasie jednej z hospitalizacji Genowefy w szpitalu przy ulicy Skłodowskiej w Białymstoku, mała Florcia codziennie przybiegała pod szpital, wystawała wieczorami pod oknami i wypatrywała, w którym z nich może pojawić się mama. Aż w końcu dziewczynkę dostrzegła jedna z pielęgniarek, o czym opowiedziała też między innymi Genowefie, a ta podeszła do okna i zobaczyła swóją córeczkę. Radości i łzom długo nie było końca.

CDN

piątek, 12 stycznia 2024

Początki w Białymstoku - wspomnienia (część 4)

Zanim Genowefa z dwójką dzieci osiadła na stałe w Białymstoku po przyjeździe z Adamowców, wyruszyła do Warszawy w poszukiwaniu jakiejś kamienicy przy ulicy Wroniej w Warszawie, tak to przynajmniej zapamiętała szieścioletnia Florcia. Nie wiemy niestety czego babcia mogła poszukiwać przy ulicy Wroniej; z książęczki ubezpieczeniowej dziadka Floriana wynika, że w okresie od 1936 do czerwca 1939 r. mieszkali w Warszawie przy ulicy Towarowej 33 i Placu Kazimierza Wielkiego, w tym czasie Florian pracował w fabryce gumy na Woli, a babcia od czasu do czasu pełniła obowiązki służącej na przyjęciach u hrabiny Zabiełło. Czego dokładnie Genowefa mogła poszukiwać przy ulicy Wroniej nie wiadomo, ale wydaje się, że ulica Wronia prowadziła do Placu Kazimierza Wielkiego, przy którym przed wojną mieszkała rodzina Szpaków. Sześcioletnia Florcia z tego wyjazdu zapamiętała najbardziej morze gruzów, i sterczące pośród tego morza pojedyncze ostańce, zachowane fragmenty kamienic, w których gdzieś na piętrach w nocy można było dostrzec tlące się światełka. Po przyjeździe pociągiem do Warszawy, na dworcu do Genowefy z córeczką podeszła kobieta w średnim wieku proponując nocleg. Mała Florcia uznała, że kobiecie wyjątkowo źle patrzyło z oczu, coś wzbudzało jej lęk i nieprzepartą niechęć wobec niej. Geneowefa już była skłonna przyjąć propozycję noclegu, lecz sprzeciw córeczki był na tyle silny, że musiała jej ulec. Owa zła kobieta spiorunowała dziecko wściekłym, świdrującym spojrzeniem, ze złością mówiąc do babci, że nie będzie przecież słuchać i ulegać dziecku. Ostatecznie jednak z propozycji nie skorzystały. Mama później opowiadała, że po powrocie do Białegostoku babcia przeczytała w jakiejś gazecie o szajce działającej w Warszawie, która wabiła przyjezdnych, a później ich rabowała, mordowała, a z ludzkich ciał miała też robić mięso na sprzedaż. Nigdzie nie udało mi się tej informacji potwierdzić. Niewykluczone, że to jedna z krążących w owym czasie miejskich legend z pewnymi elementami prawdy. Tak w każdym razie ten wyjazd i to wydarzenie zapamiętało dziecko. Ostatecznie nocleg babcia znalazła samodzielnie, nie korzystając z oferty wspomnianej kobiety. Na ulicy Wroniej - a najprawdopodobniej na Placu Kazimierza Wielkiego - babcia nie odnalazła kamienicy, której szukała, została zapewne zburzona w czasie Powstania Warszawskiego.

Po raz drugi Florcia przyjedzie do Warszawy razem z mamą w roku 1959, mając już lat 19. Tym razem powodem odwiedzin będą wieści o cudzie na Nowolipkach, które lotem błyskawicy rozeszły się po całym kraju. Na wieży kościoła św. Augustyna miała się ukazywać Matka Boska. Zarówno babcia, jak i mama, miały ją widzieć wyraźnie. Przed kościołem na ulicy zalegał ogromny tłum, trudno było dotrzeć pod samą świątynię. Florcia zapamiętała jakąś starszą kobietę, przeciskającą się obok nich, ogromnie rozeźloną na tę całą sytuację i powtarzającą wściekle w kółko, że ona tam nic nie widzi: - Co wy tam widzicie?! Tam nic nie ma!

Kilka lat później Florcia będzie przyjeżdżać do Warszawy jako studentka prawa administracyjnego na Uniwersytecie Warszawskim, aż w końcu zamieszka w Warszawie we wrześniu 2016 r., i tam też dokona żywota w Szpitalu Wolskim przy ulicy Kasprzaka, i tak historia zatoczy symbolicznie koło - od poczęcia na Woli do opuszczenia tego łez padołu. Mama często opowiadałą o śnie, który przed 2016 r. nawiedzał ją wielokrotnie, a w którym widziała Warszawę z lotu ptaka - pełną ruin, mroczną, wyludnioną, z dymami unoszącymi się nad unicestwionym miastem. Sen ten przestał się śnić w 2016 r. właśnie, w roku niejako powrotu do Warszawy.

Po nieudanych poszukiwaniach dawnego mieszkania w Warszawie, Genowefa i Florcia wróciły do Białegostoku, tam czekał na nie trzynastoletni Oswaldek. Po przyjeździe z Wileńszczyzny, rodzina tak zwanych repatriantów otrzymała izdebkę w drewnianym domu jeszcze z XIX wieku, wzniesionym z podkładów kolejowych, rozlokowanym w sporym ogrodzie przy ulicy Fabrycznej. Był to w zasadzie dom przeznaczony do rozbiórki, ale innych mieszkań dla przybyszów nie było. Matka samotnie wychowująca dwójkę dzieci, której mąż i ojciec dzieci zaginął gdzieś na wojnie, zmuszona była podjąć pracę w fabryce przy ulicy Włókienniczej, ciężką fizyczną pracę na zmiany. Małoletnie dzieci musiały w przyspieszonym tempie nauczyć się samodzielności. Starszy brat opiekiwał się ukochaną siostrzyczką, odprowadzał ją przez krótki czas do przedszkola przy ulicy Złotej - ta kamienica, w której na parterze tuż po wojnie mieściło się przedszkole istnieje do dziś, stoi sobie skromnie w otoczeniu zachowanych trzech przedwojennych drewnianych domów - to jeden z cudem ocalałych do naszych czasów fragmentów starego Białegostoku.

Dom przy ulicy Fabrycznej był w na tyle złym stanie, że pewnego razu tuż za wychodzącą z domu Florcią zawalił się częsciowo strop w sieni, dziecko poczuło jedynie ukłucia w stopy - to powbijały się drzazgi z drewnianego podkładu, który spadł za jej plecami. W tej samej sieni mała Florcia odczuwała nieokreślony lęk. Jego źródło wyjaśniła później staruszka mieszkająca w tym domu od urodzenia, na pięterku, na poddaszu właściwie, z pochodzenia Niemka - w Białymstoku w pierwszej połowie XIX w. osiedliła się spora grupa osadników z Niemiec, zatrudnionych przy uruchamianiu przemysłu włokienniczego. Wedle jej opowieści jeszcze przed pierwszą wojną w owej sieni powiesił się carski oficer. Stąd dziecko, nie znające wcześniej tej historii, miało nieustannie poczucie jakiejś obecności i bycia obserwowanym w tym miejscu. Dzieci podobno czują i widzą więcej niż dorośli.

Jednym z pierwszych bolesnych doświadczeń po osiedleniu się w Białymsoku była konieczność sprzedania krówki żywicielki, która razem z rodziną przebyła szmat drogi z Adamowców na Wileńszczyźnie. W przypadku ludzi kochających zwierzęta taki przymus rozstania jawił się niemal jak rozstanie z członkiem rodziny. Zwierzę nabył gospodarz z podmiejskiej wsi Bagnówka, dziś to już dzielnica Białegostoku. Ku zdumieniu Genowefy, Florci i Oswaldka, sprzedana dzień wcześniej krówka, następnego poranka przed domem w ogrodzie czekała na swoich ludzkich przyjaciół - najwyraźniej zapamiętała drogę i postanowiła samodzielnie wrócić. Niestety, uczciwość babci nie pozwalała na zatrzymanie sprzedanego już zwierzęcia, krówkę trzeba było odprowadzić do jej nowego prawowitego właściciela.

CDN

piątek, 29 grudnia 2023

Krucyfiks

Ostrzeżenie, które nadeszło w porę

od dalekich kuzynek

by nie podzielić losu

tych co bydlęcymi wagonami

pojechali w przeciwną stronę

Dokumenty kupione od mężczyzny

który miał żonę i dwójkę dzieci

w zbliżonym wieku

i lęk, że ten chłopiec

to jednak dużo młodszy



Chleb zasuszony na podróż

najpotrzebniejsze rzeczy

i obowiązkowo krowa żywicielka

i srebrny krucyfiks rozczłonkowany

ukryty w woreczkach z mąką

I serca, które prawie przestały bić

gdy skośnoocy żołdacy

rozdzielali na granicy matkę z dorosłą córką

kolbą karabinu rozbijając głowę jednej z nich

i zapamiętany przez sześcioletnią dziewczynkę

widok krwi płynącej obficie po twarzy

wymieszanej razem z łzami

Miesięczna podróż z Wilna

przez Kraków

do Białegostoku

bo stąd bliżej będzie do domu

do którego przecież wkrótce będzie można wrócić

I krowa

którą - aby przeżyć - trzeba było sprzedać

a wierne zwierzę następnego dnia wróciło do domu

Pokonało szmat drogi

z podmiejskiej wsi

Stanęła na podwórzu

w ogrodzie przed domem z kolejowych drewnianych podkładów

I sąsiadka zwiastująca pozornie dobrą widomość:

– Pani Szpakowa

pani krowa stoi w ogrodzie przed domem! –

Chwila radości

i rozrywający serce smutek

że zwierzę trzeba jednak zwrócić nowemu gospodarzowi



I samotne bolesne poszukiwania zaginionego męża i ojca

praca ponad ludzkie siły w fabryce przy Włókienniczej

I mała dziewczynka

czekająca samotnie na mamę

przyklejona do ściany bramy

by czuć się bezpieczniej

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...