Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 czerwca 2025

Pochwała blokowisk - bemowskie ścieżki, husky i aniołowie zstępujący z Nieba

Snujące się nad ogródkami działkowymi dymy z ognisk, tak charakterystyczne dla schyłku lata, czerwonawe wiśnie opadające już z drzew, wysoka trawa wygnieciona przez nocujące wzdłuż zielonego torowiska stado dzików. Promienie zachodzącego słońca, przedzierające się przez gęste listowie wysokich drzew. Kłębiące się na niebie chmury, trochę deszczowe, burzowe. Przedwieczorny orzeźwiający lekki powiew wiatru. Piaszczysta ścieżka wydeptana między działkowym betonowym ogrodzeniem i torowiskiem, wijąca się między drzewami owocowymi, pozostałymi po dawnych górczańskich sadach i ogrodach, z pachnącymi węgierkami, smakującymi o niebo lepiej niż wszystkie śliwki, jakie można kupić w marketach, jakaś stara, zapomniana ich odmiana. Rozświetlona zieleń WAT-owskich ogródków, otulająca tę piaszczystą ścieżkę i zapach dymu z ognisk, przypominający sierpniową Sandomierszczyznę, z jej sadami i ogrodami, smakami i zapachami pełni dojrzałego lata.

I zaledwie dwa kilometry stąd zupełnie inny świat. Świat blokowiska początku lat 80-tych. Wysokie bloki i zielone rozległe przestrzenie między nimi, na zdecydowanie bardziej ludzką miarę, niż nowe grodzone obozy mieszkaniowe. Skwerek przy ulicy gen. Szareckiego, z odnowionymi ławeczkami, alejkami, zielonymi drzewami liściastymi, iglastymi. Z pobliskiego kościoła michalitów dobiegają dźwięki pobożnej pieśni. Spacerujący mieszkańcy - przedstawiciele wszystkich grup wiekowych. Czworonożny towarzysz wędrówki staje się w wielu wypadkach zachętą do nawiązania nieraz nawet dłuższej rozmowy. Ufne, radosne i przyjazne oczy psa otwierają człowieka. Staruszkowie małżonkowie pochylają się i gładzą husky po głowie. Nastoletnia dziewczyna z shiba inu zaczyna snuć opowieść o swoich i brata osiągnięciach sportowych. Żółtawe i czerwonawe cegły kościoła Matki Bożej Królowej Aniołów żarzą się w promieniach zachodzącego słońca. Aniołowie zstępują z nieba. Ze świątyni wylegają tłumy, choć to piątkowy wczesny wieczór. Starsze panie wkradają się w łaski radosnej i przyjaznej husky, która chętnie by z nimi na dłuższy czas tu pozostała, siedziała przed kościołem i kontemplowała spokój wczesnego wieczoru i przedwieczorną jasność dnia. Pamięta to miejsce, pamięta swoją panią, z którą jeszcze nie tak dawno tu przychodziła. Wypatruje jej wśród starszych siwowłosych kobiet wychodzących ze świątyni, promieniejących widoczną tylko dla niej aurą łagodności ich serc.

W sierpniowy letni sobotni poranek 2017 roku, przy drzwiach kaplicy adoracji, podszedł do nas starszy mężczyzna w białej koszuli z krótkim rękawem, materiałowych lekkich spodniach i w słomkowym kapeluszu. Chętnie nawiązał rozmowę i opowiadał o zaangażowaniu parafii w pomoc potrzebującym jej członkom w tych dawniejszych czasach i współcześnie. Trafnie zauważył, że dzisiejsza bieda jest zupełnie innego rodzaju biedą niż ta z czasów PRL-u czy lat 90-tych, choć wymagającą nie mniejszej, a może nawet większej uwagi i konieczności zajęcia się nią z uważnością i wyczuciem. Biła od tego eleganckiego pana jakaś mądrość wieku, zebranych na przestrzeni lat doświadczeń, a jednocześnie pogoda ducha, życzliwość i pokora. Sporo już lat minęło od tego spotkania, choć mam wrażenie, jakby to było wczoraj. Nie wiem jak potoczyły się jego losy. Czy angażuje się nadal w życie parafii, czy uczestniczy jeszcze razem z nami w wędrówce po tym świecie?

Lubię te wędrówki między blokami i zielonymi podwórkami "starego" Bemowa, dużo bardziej ludzkiego i przyjaznego niż nowe deweloperskie osiedla. Ludzie są tu bardziej otwarci i życzliwi, chętni do miłej pogawędki. Aza ciągnie mnie zawsze chętnie do michalitów. Pamięta swoją panią i może ją tu widzi w towarzystwie aniołów zstępujących z Nieba.

środa, 28 maja 2025

Mgnienia (modlitwa dnia powszedniego)

Mgnienia, krótkie nastroje, przebłyski, w których światy jakby się przenikały. Plama popołudniowego słońca na bujnej, soczystej zieleni przechwyconej kątem oka zza okna samochodu, daleko za miastem, przy ruchliwej drodze, gdy milknie hałas, szum szosy, a jest tylko ta łagodna jasność popołudniowego, przedwieczornego słońca, zieleń lasu na horyzoncie i zieleniącego się pola, z domostwem na skraju lasu. I poczucie, że uchyliła się zasłona, przeniknęła jasność zza niej, by po chwili prysnąć jak bańka mydlana. Jeszcze przed chwilą była i już jej nie ma.

Chwila, której nie można zatrzymać. Nie my ją wywołujemy, nie mamy nad nią najmniejszej kontroli. Coś jak wydarzenie na Górze Tabor, kiedy Piotr, Jakub i Jan chcieli wznosić szałasy dla Mojżesza, Eliasza i Jezusa. Tak jakby zamierzali ich zatrzymać na zawsze.

Poranek na Secemińskiej, Uniejowskiej, zieleń brzóz, lip, jaworów, przetykana ciemniejszą zielenią świerków, jaśniejszą sosen o bursztynowych pniach, przydomowe ogródki przy wieżowcach i blokach, rabatki kwiatowe, owocowe drzewka, znać w tym wszystkim czułą dłoń. I przemierzając asfaltowe alejki w otoczeniu tej bujnej, wiosennej zieleni, spore przestrzenie między blokami, wszystko wokół wydaje się bardziej ludzkie, przyjazne. Spojrzenia mijanych osób z błyskiem pokoju, bez zawziętości, nabuzowania, i bez jakiejś zarozumiałości. Coś podobnego już kiedyś widziałem, przeżyłem, wróciła chwila, która kiedyś już gdzieś zaistniała i była. W dawnym świecie, gdy nie wiedziałem jeszcze czym jest strata, która czasem co prawda, gdzieś na dalekim horyzoncie rysowała się jako bardzo odległa, prawie nierealna, możliwość tylko, lecz nie próbowałem nawet traktować jej poważnie. W świecie bez troski, niepokoju, w którym wszystko było na swoim miejscu, poukładane. Bloki, przestrzenie, ludzie zmierzający do pracy, dzieci do szkoły, to wszystko już było.

Rodzinny spacer alejkami, z psiakami, ludzie nieznajomi podchodzą do nas, rozmawiają, żegnają się dobrym słowem, z uśmiechem. Pani fryzjerka zamykająca zakład tuż przed 19.00. Skośnooka, o ciemnej karnacji dziewczyna, siedząca na ławce przed salonem paznokci, wpatrzona w telefon, nie dostrzegająca poza nim świata, czekająca zapewne na klientkę. Barwne murale Legii. Nieśpieszny rytm życia. Dziewczyna utykająca na prawą nogę prowadzi dużego wilczura, a w drugiej dłoni niesie zakupy, truskawki w reklamówce. Czterdziestolatka o czarnych włosach na spacerze z małym, białym westem, uśmiecha się do Azy.

Przy placu zabaw dwaj ojcowie zawzięcie o czymś dyskutują. Jeden z nich wsiada na dziecięcą hulajnogę i jeździ w kółko asfaltową alejką. Mamy żywo rozmawiające na ławeczkach na placu zabaw, z jednej strony rozbrzmiewa język polski, z drugiej rosyjski.

Kobieta w średnim wieku prowadząca z mężem stragan z warzywami i owocami, pakuje do dostawczaka skrzynki przed zapowiadaną burzą. Zdążyłem jeszcze kupić kobiałkę poziomkowych truskawek.

- Woli pan rumbę czy poziomkowe?

- Niech pan weźmie poziomkowe. - podpowiada z uśmiechem klientka-koleżanka sprzedającej.

- Niech pan spróbuje, proszę. To są poziomkowe. Są słodsze.

Biorę całą kobiałkę.

- Jutro kobiałkę pan odda, nie będę jej panu liczyć.

W drodze powrotnej sycę oczy tą międzyblokową zielenią. Kilka banerów na wysokich piętrach o sprzedaży mieszkań. Na drugim piętrze zza otwartych drzwi balkonowych dobiegają odgłosy słuchanego na cały regulator TVN24, w programie mówią coś o Nawrockim.

Aza kilka razy przystaje, przysiada, kładzie się na asfalcie, czasem na trawie. Z dala od zgiełku, wysoka zabudowa izoluje od hałaśliwej Radiowej. Lubi przyglądać się światu, wpatruje się weń z rozmysłem, jakby go kontemplowała.

Zza rusztowań, z balkonu na parterze, rozlega się męski głos:

- Podoba jej się widok. - Teraz widzę, że stoi na nim około pięćdziesięcioletni mężczyzna, pali papierosa, i uśmiecha się do Azy.

Jeszcze minie nas trzydziestoparoletni mężczyzna o wyglądzie blokowiskowego rapera, z gitarą w pokrowcu przewieszoną przez ramię, w czarnej czapce bejsbolówce, idący do klatki ukrytej w zieleni przed blokiem.

Czas wracać. Secemińska, Uniejowska, oaza spokoju.

środa, 5 czerwca 2024

Dzień Matki

Kilka dni przed Dniem Matki, z przedwojennego, kieszonkowego modlitewnika, z obrazkiem Królowej Korony Polskiej na okładce, o pożółkłych ze starości kartkach, gdy po niego sięgnąłem, wypadło zdjęcie mamy z jej lat szkolnych. Ten stary modlitewnik pokonał drogę z Adamowców na obecnej Białorusi, a niegdyś wsi w województwie wileńskim, poprzez Warszawę, Białystok, aby ponownie trafić do Warszawy. Z fotografii patrzyła na mnie pogodna twarz, z uśmiechniętymi oczami, łagodnie i jakby mimowolnie uśmeichniętymi ustami, z wyraźnie zarysowanymi ciemnymi brwiami, uczennicy technikum ekonomicznego w Białymstoku o kruczoczarnych włosach, w przedziale wiekowym między 16 a 18 lat. Gdy porównuję mamę ze zdjęciami jej rodziców, a moich dziadków, to wyraźnie widzę, że rysy jej twarzy były wypadkową rysów obojga rodziców. Oboje dziadkowie, jak opowiadali krewni i mama, mieli kruczoczarne włosy, jasną karnację i niebieskie oczy. Dziadek - Florian Szpak - urodził się w Adamowcach, w gminie Kozłowszczyzna, powiecie postawskim, województwie wileńskim, w 1902 r., jako syn Mojżesza i Józefy. Babcia - Genowefa Szpak - przyszła na świat w 1911 w Krukowszczyźnie, położonej w gminie Kozłowszczyzna, powiecie postawskim, w województwie wileńskim, jako córka Witalisa i Emilii. Wspomniana fotografia wypadła na kilka dni przed Dniem Matki, który był pierwszym w moim życiu Dniem Matki spędzanym bez mamy. Minęło już pierwsze Boże Narodzenie, pierwsza Wielkanoc, pierwsze urodziny, a teraz nadszedł pierwszy Dzień Matki. Kwietniowa operacja uniemożliwiła mi wyruszenie w drogę, by zapalić świeczkę na grobie rodziców, przystanąć na dłużej, bez pośpiechu, porozmawiać w myślach, odmówić różaniec.

Te "kilka dni" stanowiło jakby powtórzenie ubiegłorocznych "kilku dni", będących ukoronowaniem długoletnich poszukiwań dziadka, który zaginął w roku 1945. 4 marca 2023 r. mieliśmy wypadek, w którym - jak to określili przybyli na miejsce zdarzenia policjanci - tylko cudem nic się nam nie stało. Po potężnym staranowaniu przez pędzącego z szaleńczą prędkością na terenie zabudowanym faceta, który - jak się tłumaczył - nie zauważył świateł - a staliśmy akurat na skrzyżowaniu na czerwonym świetle - wyszliśmy z auta o własnych siłach, bez najmniejszego zadraśnięcia, jedynie ja miałem lekkie skręcenie szyi, niekwalifikujące się nawet do ortopedycznego kołnierza. To była dokładnie dziewiąta rocznica śmierci taty. Dwa dni później, w internetowej bazie straty.pl bez większej nadziei wpisałem dane dziadka i ku mojemu ogromnemu zdumieniu wyświetliło się hasło jemu poświęcone - zgadzało się wszystko - i data i miejsce urodzenia, imię, nazwisko - wraz z informacją o tym, że w dniu 12 marca 1945 r. został pochowany na cmentarzu w Siedlcach. Na kilka dni przed 78 rocznicą śmierci dziadka, i na 6 dni przed rocznicą pochówku. Ukoronowanie 78-letnich poszukiwań. W roku 1946, po ucieczce z Adamowców na fałszywych dokumentach i przyjeździe do Polski, babcia Genowefa udała się do miejscowości Mordy pod Siedlcami, bo tam miał stacjonować Florian, i w Mordach ślad się po nim urywał, jacyś mieszkańcy pamiętali co prawda wysokiego żołnierza o czarnych włosach, niebieskich oczach, który miał chore nogi, nie mógł się poruszać, ale nikt nie wiedział, jakie były jego dalsze losy. W roku 1947 białostocki sąd wydał postanowienie o uznaniu Floriana za zmarłego - wynikało zeń, że miał zginąć w czasie forsowania Nysy Łużyckiej, przy czym słowo "Nysa" zostało zapisane błędnie - "Nissa". Tymczasem w rzeczywistości dziadek nawet tam nie dotarł. Mama i babcia szukały Floriana za pośrednictwem PCK, i mnie się zdarzyło w 2021 r, wystąpić z wnioskiem w tej sprawie do Biura Poszukiwań PCK, w nadziei, że może pojawiły się jakieś nowe dokumenty, nowe dane. Niestety, bez rezultatu. A tego pamiętnego dnia, 6 marca 2023 r., po 78 latach dowidzieliśmy się, że Florian z Mord trafił do szpitala w Siedlcach, tam dokonał żywota, i na wniosek szpitala został pochowany na cmentarzu Janowskim w Siedlcach. Z jednej strony radość, łzy w oczach mamy, a z drugiej świadomość, że odchodził z tego świata zupełnie samotny, prawdopodobnie nikt - poza księdzem i grabarzami - nie towarzyszył mu w ostatniej drodze.

2 maja 2023 r. udało nam się z mamą dotrzeć do Siedlec. Wcześniej skontaktowałem się telefonicznie z księdzem z kancalarii zarządzającej cmentarzem, opowiedziałem pokrótce historię dziadka, ksiądz obiecał, że sprawdzi w księgach parafialnych, i poprosił, bym do niego zadzwonił za 20 minut. Nie minęło jednakże 10 minut, gdy duchowny sam do mnie zadzwonił, powiadamiając, że rzeczywiście na Cmentarzu Janowskim, w dniu 12 marca 1945 r. pochowany został Florian Szpak, ur. 1902 r., ale wątpi, by grób się zachował przez tak długi czas, w sytuacji, gdy nikt się nim nie opiekował, nie był opłacany: - To musiałby być prawdziwy cud. - jak stwierdził. Umówiliśmy się, że przyjedziemy do kancelarii i ksiądz zrobi nam kopię wpisu.

2 maja było dość ciepło, świeciło piękne słońce, od czasu do czasu na niebie pojawiały się niewielkie chmury, nie zapowiadające jednak deszczu. Wyprawę do Siedlec ropoczęliśmy od wizyty w kancelarii mieszczącej się przy kościele pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa Męczennika na ulicy Floriańskiej 3. Zbiegło się zatem dwóch patronów - mój z bierzmowania - św. Stanisław, i dziadka - św. Florian. Na ulicy Floriańskiej uzyskaliśmy kopię wpisu do księgi parafialnej dotyczącego pochówku Floriana. Grobu dziadka oczywiście nie odnaleźliśmy, lecz przy starej drewnianej kaplicy cmentarnej natknęliśmy się na ossarium, w którym złożono szczątki osób pochowanych na tym cmentarzu, wydobyte w czasie kopania nowych grobów. Na tej symbolicznej mogile postanowiliśmy zapalić znicze i pomodlić się dłuższą chwilę. Mama była już wyraźnie słaba, niecałe cztery miesiące później dołaczy do swoich rodziców i brata, choć wtedy jeszcze wszyscy żyliśmy nadzieją, że samą energią, siłą woli, optymizmem, pogodą ducha pokona chorobę.

niedziela, 2 czerwca 2024

Powroty - Mikaszówka w Puszczy Augustowskiej

Droga na północ, w kierunku trójstyku granic, Puszcza Knyszyńska w majowo-czerwcowej szacie, dziesiątek, może więcej, odcieni zieleni. W Popiołówce tradycyjnie już odbijamy na Ostrą Górę, dalej w stronę Janowa, przez Połomin, w stronę Bagnów, po drodze mijamy krzyż Kirejczyków, proszących o modlitwę, naprzeciw opuszczony sad z walącymi się ścianami jakiegoś gospodarczego budynku, niewielką łączką mieniącą się soczyście żółtymi mleczami o zapachu wiosennego miodu, tu zwykle robimy krótki postój. Za Bagnami, odbijamy na wschód, szosą prostą jak strzała, carską drogą zbudowaną na przełomie XIX i XX w. z Grodna do twierdzy Osowiec. Z Dąbrowy Białostockiej ruszamy na północ, w stronę Lipska nad Biebrzą, tu już bez trudności łapiemy nie tylko białoruskie stacje radiowe, grające zachodnią muzykę, zapewne jako coś w rodzaju wentylu bezpieczeństwa dla represjonowanego społeczeństwa, ale przy sprzyjajacych warunkach można też pochwycić litewskie stacje. Litewska radiosfera jest o niebo ciekawsza od polskiej, bardziej zróżnicowana, grająca więcej litewskiej muzyki, a z zachodniej - nie wciąż te same zgrane od 20 lat hity, tłuczone przez niemal niczym nieróżniące się od siebie zetki, eremefy, eski. Radio grające klasykę, radio grające jazz, stacja serwująca elektronikę, radio narodowe, coś jakby stara polska Jedynka, litewskie Radio Maryja, z płynącymi zeń melodyjnymi modlitwami w miłym dla ucha, śpiewnym języku litewskim. Za Skieblewem wkraczamy do majestatycznej krainy Puszczy Augustowskiej, niebotycznych sosen i se świerków, po prawej stronie mijamy dwa ukryte sowieckie bunkry z linii Mołotowa powstałej w latach 1940-1941, niedaleko przebiegała granica - na rzece Wołkuszance - miedzy dwiema apokaliptycznymi bestiami - ZSRR i III Rzeszą. Nieco dalej, rozrzucone na zalanych popołudniowym słońcem, łagodnie falujących leśnych polanach, zabudowania Rubcowa. Przed Gruszkami tajemnicze bagienne Cygańskie Mogiłki, następnie na rozleglej słonecznej polanie malownicze Gruszki, stąd już ledwie kilka kilometrów do białoruskiej granicy, na skraju wsi mogiła powstańców styczniowych, wciśnięta między dwie zabudowane działki. Małe, drewniane kapliczki, z daszkami, szybkami i świętymi obrazkami, zawieszone na smukłych sosnach, naprzeciw pomnik i krzyż upamiętniające prężenie działającą na tych terenach Armię Krajową. Rzut kamieniem i jesteśmy w Mikaszówce. Przy śluzie na Kanale Augustowskim kilka grup kajakowiczów, sezon rozpoczety. W latach 50-tych ubiegłego wieku, bywał tutaj Karol Wojtyła ze studentami, w czasie spływów nocwali w tutejszej plebanii, w drewnianym kościółku z 1907 r. przyszły papież odprawiał poranne msze. Trójkątny plac między kościołem a plebanią i zabytkowym murowanym domem dróżnika nad Kanałem, obsadzony modrzewiami, z figurą Matki Boskiej, drewnianymi ławkami, na których - w cieniu wysokich drzew - odpoczywają rowerzyści. Na posesji kościelnej oprócz przejmującej instalacji upamiętniającej ofiary Obławy Augustowskiej, pojawił się w tym roku żelazny mnich, trzymający krzyż i różaniec. Do kościoła wchodzimy na raty, ktoś musi zostać na zewnątrz z Azą. Moja kolej wypada idealnie o 15:00, w porze koronki. Popołudniowe słońce łagodnie sączy się przez okna do bocznych kaplic, dając delikatne światło także w nawie. Zapalam świeczkę przed Jezusem Miłosiernym i Matką Boską Nieustającej Pomocy, poza mną nie ma nikogo, w trakcie modlitwy wchodzi jedynie jakaś dziewczyna, ale kontempluje w ciszy ścienne malowidła i ołtarz. Kościółek w Mikaszówce jest świątynią tego typu, że jak się do niej wejdzie, to trudno zebrać siły i ochotę na to, by z niej wyjść, a kiedy w końcu zdajemy sobie sprawę, że to już jednak pora, by wracać lub by jechać gdzieś dalej, to opuszczamy go z ociąganiem się i wyraźną niechęcią. Ale to już ten czas. Po koronce wstaję, wolnym krokiem zmierzam w kierunku drzwi, rozciągam czas, odwracam się i jeszcze na chwil kilka klękam. Po wyjściu na zewnatrz zachodzę jeszcze do figury Matki Boskiej ustawionej na lewo od kościoła. W końcu ruszamy w stronę Rygola, 3 km na północny wschód od Mikaszówki. Coraz bliżej wyjątkowo nieprzyjaznej granicy. W Rygolu odbijamy na północ, mylimy drogi, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jedziemy w stronę Dworczyska, nawigacja pokazuje między drogą a jeziorem Płaskie mogiłę powstańców styczniowych. Robimy zatem postój, trochę z nawigacją, trochę na intuicję, szukamy tej bratniej mogiły. Niestety nikt nie wpadł na pomysł, by drogę do niej oznakować, a to sprawiłoby, że z pewnością odwiedzałoby ją więcej turystów - w koncu na tej trasie z Rygola do Dworczyska mijamy wielu rowerzystów, biegaczy, a do mogiły idziemy sami. Dopiero po przejściu kilkuset metrów pojawia się oparta o pień sosny drewniana tabliczka z ledwie widocznym napisem "do mogiły powstańców", ale jest tak przekrzywiona, że właściwie to nie wiadomo czy mamy iść prosto czy skręcić w lewo.

Docieramy w końcu nad jezioro Płaskie. Mimo, że nie jest to jeszcze czas wakacji, na niewielkiej plaży przedzielonej ogrodzeniem na część dla użytkowników pola biwakowego i drugą - ogólnodostępną, tłumy. Chwila odpoczynku i decydujemy się wrócić do Mikaszówki, a stamtąd nad Jezioro Mikaszewo. I okazało się to dobrym wyborem, plaża nad jeziorem Mikaszewo jest dużo większa, z przyzwoitą infrastrukturą, drewniane pomosty, ludzi nie mniej, ale na większej przestrzeni każdy znajduje dla siebie miejsce na rozłożenie koca, swobodną kontemplację pięknego jeziora, czytanie, spanie czy kąpiel, nawet Aza odważyła się wejść po raz drugi w swoim husky'owym życiu do wody, byle nie za daleko, byle blisko pana, i byle woda nie sięgała do samego pyszczka.

piątek, 31 maja 2024

Powroty - w Różanymstoku

Jeszcze nigdy tak późno nie dotarliśmy do Różanegostoku. Z Sokółki wyruszyliśmy około 19:30, niebo było pochmurne, przez ciężkie deszczeowe chmury z trudem przebijało się zachodzące słońce, festiwal setek odcieni zieleni, falujacych łanów zielonych zbóż, łąk i pastwisk, na horyzoncie ciemniejące masywy zagajników, po zachodniej stronie klin dawnej Puszczy Nowodworskiej, łączący się z Puszczą Knyszyńską. Nowa asfaltowa droga do Dąbrowy Białostockiej omija liczne wioski, przez które kiedyś trzeba było jechać 50 km/h, choć miało to swoj urok. Drewniane domy stojące szczytem do drogi, z bukietami malw pod oknami i innych wielobarwnych kwiatów. Ich uklad pamiętający jeszcze pomiarę włóczną królowej Bony. Kamień z żeliwnym krzyżem w Bierwisze z napisem "Moskal Litwę splądrował, złamawszy mir wieczny, AD 1657". Nierośno, w którym na świat przyszedł ojciec Klimuszko. Teraz te wszystkie malownicze wioski się zostają z boku. Zza okien samochodu widać natomiast porozrzucane po okolicy piękne, estetyczne domy, o jakich większość mieszczuchów może tylko pomarzyć. Z ich tarasów, balkonów, okien roztacza się wspaniały widok na litewskie otwarte, łagodnie wznoszące się i opadające zielone przestrzenie.

Drogowskaz "Różanystok". Odbijamy na wschód. Wąska asfaltowa droga wije się między polami. Przejeżdżamy przez tory z Sokółki do Suwałk, i dalej prowadzące na Litwę. Już niedaleko granica białoruska. Z wieży różanostockiego kościoła, przy dobrej widoczności, można podobno dostrzec blokowiska Grodna.

Opustoszały parking przed świątynią. Wjeżdżamy w wąską wewnętrzną uliczkę. Przed schodami stoi mężczyzna z dużym wilczurem, na pobliskim trawniku trójka dzieci z rowerami uskutecznia wieczorne zabawy, pod dawny budynek klasztorny dominikanów podjeżdżają dwa auta na zachodniopomorskich numerach. W końcu zabudowania klasztorne są ciekawie odnawiane, różowawe, pastelowe barwy elewacji przenoszą w czasy różanostockiej świetności. Słynący łaskami, cudowny obraz Matki Boskiej wisiał początkowo w jednym z pomieszczeń dworu Tyszkiewiczów, mających tu swoją siedzibę. Gdy kult się rozszerzał, do opieki nad obrazem sprowadzeni zostali dominikanie z nie tak bardzo odległych Sejn. Działo sie to w XVII w. W czasie zaborów Rosjanie przepędzili zakonników, a po Powstaniu Styczniowym kościół zamieniono na cerkiew prawosławną, zaś do klasztoru sprowadzono mniszki, którym car wzniósł dodatkową cerkiew i nowe budynki klasztorne. Mniszki miały szerzyć carskie prawosławie, skierowane przede wszystkim do dawnych unitów. Unię Brzeską skasowano na tych terenach w 1839 r. W roku 1915 mniszki opuszczając przed zbliżającymi sie Niemcami Różanystok i wyruszając w głąb Imperium zabrały ze sobą cudowny obraz Matki Boskiej, który do dziś nie powrócił na swoje miejsce. Ten, który widzimy w kosciele jest jedynie kopią. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r., do Różanegostoku wprowadzili sie salezjanie, i oni dziś zawiadują sanktuarium oraz prowadzą młodzieżowy ośrodek wychowawczy.

Wchodzę do pustego kościoła, klękam przed obrazem, tuż po mnie przychodzi jeszcze starsza kobieta, modląca się na Różańcu. Niezmącona najdrobniejszym hałasem cisza, spokój, w świątyni zapada półmrok, jest już sporo po 20:00, światło bije jedynie od obrazu Matki Boskiej i Jezusa w przeciwległej bocznej nawie. Gdy robię zdjecia, by mieć je w telefonie, i wracać dzięki nim do tego niezwykłego miejsca, gdy będę fizycznie daleko, kobieta przerywa modlitwę i informuje mnie, że w którym miejscu bym nie stanął Matka Boska będzie wodzić za mną spojrzeniem. Ciekawy malarski efekt. Gdy już nawiązaliśmy rozmowę, kobieta prowadzi mnie do kaplicy adoracji, na prawo od ołtarza głównego. Wystawiony jest w niej Najświętszy Sakrament w monstrancji w kształcie Matki Boskiej, Hostia w łonie Matki. Kilka chwil modlitwy, bo mam wrażenie, że kościół będzie już lada moment zamykany. Wychodzimy do nawy bocznej i moja przewodniczka opowiada o tym, jak została zaproszona przez Matkę Bożą do Medjugorie, i o swojej tam wyprawie, o żelaznej figurze Jezusa, z którego nogi wypływa nieznana ciecz, o tym, jak żegnając się z Nim, objęła Go i pod dłonią poczuła żywe, bijące serce. O cudownych zapachach rozprzestrzeniających się po kościele w czasie udzielenia komunii, w czasie odmawianej koronki, o ojcu Pio przechadzającym się po zakończonej Eucharystii po nawie głównej. Stoimy jeszcze chwilę i rozmawiamy przed kościołem, na pożegnanie kobieta mnie jeszcze błogosławi, kreśląc znak krzyża na czole. Pewnie jeszcze kiedyś się spotkamy, choć teraz bywam tu zmacznie rzadziej. Powoli zapada zmrok, a przed nami jeszcze droga do Białegostoku. Dobranoc Panie Jezu.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...