Oświadczyny okazały się być nie takimi przerażającymi jak się obojgu wydawało. Dziadek Ksawery, Mojżesz i Józefa przypadli sobie od razu do gustu. Istniało między nimi jakieś podobieństwo, zauważalne już na pierwszy rzut oka. Florian przezwyciężył swoje stremowanie i z początku, może nieco nieporadnie, wypowiedział te najważniejsze - jak dotąd - w swoim życiu słowa, w których prosił opiekunów o rękę swojej wybranki. Głos mu drżał, nogi się trzęsły niemiłosiernie, nie wiedział co zrobić z dłońmi. Widział przed sobą ledwie kilka osób, co do których nie miał pewności, czy aby na pewno są mu życzliwe. To trudne do ukrycia zdenerwowanie miało jednak swoją dobrą stronę. W sposób niezamierzony przydało mu tylko wiarygodności i wzbudziło nawet sympatię braci, którzy nabrali już pewności, że nie mają do czynienia z jakimś niewydarzonym fircykiem. Słowem, pierwsze lody zostały przełamane. Gdy oświadczyny zostały przyjęte, rozmowa momentalnie potoczyła się swobodnym, żwawym strumieniem. I z taką łatwością płynęła, że dopiero, gdy słońce zaczęło się już chylić ku zachodowi, przypomniano sobie, że może warto przejść już do konkretów co do ślubu i wesela. Ustalono, że weselisko odbędzie się w domu Szpaków w Adamowcach. Sporych rozmiarów izby i podwórze pomieszczą i bliższą i dalszą rodzinę, sąsiadów, i przyjaciół. A o właściwą pogodę zadba już święty Justyn.
Ślub się odbył w kościele świętej Anny w Mosarzu. Święty Justyn rzeczywiście się spisał i zapewnił idealną na taki dzień aurę. Od chwili przysięgi złożonej przed ołtarzem rozpoczął się nowy etap w życiu Genowefy i Floriana, pełen nadziei i szczęścia z założonej właśnie rodziny. Mojżesz i Józefa, nie zwlekając, wydzielili w Adamowcach miejsce pod budowę nowego domu. Chętnych do pomocy przy jego wznoszeniu nie brakowało. Mojżesz, Jan, dziadek Ksawery wciąż jeszcze pełen zapału i energii, a także Justyn, Adolf i Władysław, zobowiązali się tak organizować sobie czas, by Florian mógł na nich liczyć. A zanim powstanie nowe domostwo, miejsca u Mojżesza i Józefy nowożeńcom nie zabraknie.
Sąsiedzi, znajomi i przyjaciele obu rodzin, zgodnie zauważali, że przedstawiciele tych już niejako połączonych rodów nie mogli się lepiej do siebie dopasować pod każdym niemal względem. A to miało być najlepszą rękojmią dobrego przyszłego życia.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krukowszczyzna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krukowszczyzna. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 18 lipca 2024
czwartek, 11 lipca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 12 - już w Krukowszczyźnie - oświadczyny Floriana
Nad Adamowcami zawisły ciężkie burzowe chmury, zerwał się silny wiatr, głośno szumiąc w koronach smukłych, wysokich brzóz, topól i wiekowych rozłożystych dębów, rozsianych po podwórkach, gnąc konary i gałęzie na wszystkie strony, kręcąc nimi niemal młynki. Nie w porę pojawiła się ta burza. Rodzice byli już odświętnie ubrani, gotowi do wyjazdu, a tu tymczasem zaczęło grzmieć, błyskać, i rozpadało się na dobre. Od lejącej się strumieniami z nieba wody za oknami zrobiło się szaro. Mojżesz spoglądał przez okno, zaniepokojony, nerwowo przestępując z nogi na nogę - nie wypada się spóźniać, ale jak tu wyruszyć w drogę w takich warunkach. Jedynie Józefa, mimo swojej niespożytej energii, nawet w niesprzyjających okolicznościach potrafiła zachować spokój. Doskonale i harmonijnie łączyły się w niej pozornie przeciwstawne temperamenty, moc i energia, a równocześnie łagodność i spokój. Nie tylko w tej chwili, ale na co dzień. Czym by się nie zajmowała, gdzie by się nie znalazła, zawsze bił od niej wewnętrzny pokój. A burze mają to do siebie, że tak jak nagle się pojawiają, tak też prędko mijają, po cóż się zatem denerwować, deszcz ustanie i pojadą, a w Krukowszczyźnie przecież się nie rozmyślą, poczekają, zresztą te ciężkie czarne chmury zaległy pewnie i nad Mosarzem, więc nietrudno się domyślić, co mogłoby być powodem spóźnienia. Florianowi wydawało się natomiast, że ta burza trwa godzinami, chodził nerwowo po izbie w tą i z powrotem, co wywołało tylko delikatny uśmiech na twarzy Józefy. Tymczasem nie minęła godzina i od zachodu niebo zaczęło się rozjaśniać, deszcz już nie był tak gwałtowny, grzmoty było słychać tylko z oddali, a ciemne chmury przesunęły się na wschód. Od strony Murz niebo stawało się żółtawe, szarość ustępowała miejsca barwie jaśniejszej, cieplejszej, zapowiadającej rychły powrót słońca. Drzewa stały znowu nieruchomo, żadne się nie nadłamało, spadały jeszcze tylko pojedyncze krople bardziej z liści niż z nieba. Florian nie zwlekając poszedł do stajni po konie. Chciał już jak najszybciej dotrzeć do Krukowszczyzny.
Niecałe dziesięć kilometrów drogi, gdy się jedzie bryczką zaprzężoną w rącze konie, to żadna odległość. Nie zdążyli wyruszyć, a już niebawem ich oczom ukazały się zabudowania Krukowszczyzny. Drewniane domy z gankami, tonące w świeżej, mokrej jeszcze zieleni przydomowych ogrodów, stary drewniany krzyż na rozstaju dróg, a nieopodal bardziej zwarta zabudowa Mosarza, z górującą nad miasteczkiem białą bryłą kościoła św. Anny. Mieć już za sobą ten najtrudniejszy moment i rozpocząć zupełnie nowe życie, stać się prawdziwie dorosłym, dojrzałym, mieć własną rodzinę, własny dom, tylko takie myśli kłębiły się teraz w głowie Floriana. Wreszcie bryczka zatrzymała się na wprost ganka, na którym wyczekiwał już Ksawery, tuż za nim stał najstarszy Justyn, trochę dalej Adolf, Władysław, a między nimi całkiem jak na dziewczynę wysoka i postawna Genowefa. Postronnemu obserwatorowi trudno byłoby stwierdzić, kto denerwował się mocniej, czy Florian czy Genowefa. Bez trudności dostrzegłby natomiast, że jedynymi osobami, które zachowywały spokój, i od których biła - zauważalna już na pierwszy rzut oka – serdeczność i życzliwość, byli rodzice Floriana i dziadek Ksawery. Bracia Genowefy nie bardzo wiedzieli, jak mają się zachować, zmagali się z napływającymi z prędkością błyskawicy myślami, intuicjami, suflującymi im jakieś dziwaczne, niezgrabne pomysły - czy powinni okazać choć cień rezerwy i badawczymi spojrzeniami powitać kandydata do ręki ich siostry, czy wręcz przeciwnie, darować sobie jakąś zbędną powściągliwość? Przecież tak naprawdę nie potrafili oschle czy chłodno witać gości, to nie leżało w ich naturze. Ani rodzice, ani dziadek Ksawery nigdy ich nie uczyli okazywania rezerwy, nieufności, podejrzliwości, gość w dom, Bóg w dom. Poza tym wiedzieli, że ich siostra jest na tyle rozsądna, że złego wyboru dokonać nie mogła, ufali jej bezgranicznie, może nawet bardziej niż sobie samym.
Niecałe dziesięć kilometrów drogi, gdy się jedzie bryczką zaprzężoną w rącze konie, to żadna odległość. Nie zdążyli wyruszyć, a już niebawem ich oczom ukazały się zabudowania Krukowszczyzny. Drewniane domy z gankami, tonące w świeżej, mokrej jeszcze zieleni przydomowych ogrodów, stary drewniany krzyż na rozstaju dróg, a nieopodal bardziej zwarta zabudowa Mosarza, z górującą nad miasteczkiem białą bryłą kościoła św. Anny. Mieć już za sobą ten najtrudniejszy moment i rozpocząć zupełnie nowe życie, stać się prawdziwie dorosłym, dojrzałym, mieć własną rodzinę, własny dom, tylko takie myśli kłębiły się teraz w głowie Floriana. Wreszcie bryczka zatrzymała się na wprost ganka, na którym wyczekiwał już Ksawery, tuż za nim stał najstarszy Justyn, trochę dalej Adolf, Władysław, a między nimi całkiem jak na dziewczynę wysoka i postawna Genowefa. Postronnemu obserwatorowi trudno byłoby stwierdzić, kto denerwował się mocniej, czy Florian czy Genowefa. Bez trudności dostrzegłby natomiast, że jedynymi osobami, które zachowywały spokój, i od których biła - zauważalna już na pierwszy rzut oka – serdeczność i życzliwość, byli rodzice Floriana i dziadek Ksawery. Bracia Genowefy nie bardzo wiedzieli, jak mają się zachować, zmagali się z napływającymi z prędkością błyskawicy myślami, intuicjami, suflującymi im jakieś dziwaczne, niezgrabne pomysły - czy powinni okazać choć cień rezerwy i badawczymi spojrzeniami powitać kandydata do ręki ich siostry, czy wręcz przeciwnie, darować sobie jakąś zbędną powściągliwość? Przecież tak naprawdę nie potrafili oschle czy chłodno witać gości, to nie leżało w ich naturze. Ani rodzice, ani dziadek Ksawery nigdy ich nie uczyli okazywania rezerwy, nieufności, podejrzliwości, gość w dom, Bóg w dom. Poza tym wiedzieli, że ich siostra jest na tyle rozsądna, że złego wyboru dokonać nie mogła, ufali jej bezgranicznie, może nawet bardziej niż sobie samym.
poniedziałek, 8 lipca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 11 - w Krukowszczyźnie i w Adamowcach - oświadczyny Floriana
Dziadek Ksawery od pewnego już czasu liczył się z tym, że takie pytanie może wkrótce paść. Dwudziestojednoletnia dziewczyna, nader często wyprawiająca się do świętej Anny w Mosarzu, oprócz niewątpliwych potrzeb duchowych musiała mieć też jeszcze inny powód, tak podpowiadała mu z reguły niezawodna intucja. Znał wnuczkę doskonale i jego uwadze nie mogły umknąć pewne zmiany w jej zachowaniu. Wracała do domu pod wieczór rozpromieniona, radosna, skora do rozmów i żartów częściej niż zazwyczaj. Siwowłosy staruszek wierzył głęboko w rozsądek dziewczyny, miał do niej niezachwiane zaufanie, ale też cały zestaw pytań, na które chciałby poznać odpowiedź – jak się domyślał - ze strony wybranka Genowefy. Podobnie i bracia, oni również dostrzegli zmianę w zachowaniu swojej siostry - jeszcze bardziej radosne, rozpromienione oczy i częstsze niż dotychczas wyprawy do mosarskiego kościoła. Wszyscy w tej rodzinie czuli się za siebie odpowiedzialni, każdemu zależało na szczęściu i dobru drugiego, ufali sobie wzajemnie bezgranicznie, wczesna utrata rodziców, traumatyczne wydarzenia z czasu wojny polsko-bolszewickiej, mozolna codzienna praca w gospodarstwie, zahartowały każdego z nich w zmaganiach z wszelkimi trudnościami i przeciwnościami losu, dały też umiejętność twardego stąpania po ziemi i trzeźwego oglądu świata. Ale w ich życiu było też miejsce na spontaniczność, radość z drobnych rzeczy, rozmowy, żarty i śmiech. Mieli też pewność co do tego, że zawsze mogą na siebie liczyć, niezależnie od okoliczności.
I w końcu to oczekiwane pytanie padło z ust Genowefy, zwróciła się z nim do dziadka i do braci. Nie przyszło jej to łatwo, ale chciała mieć już ten moment za sobą. Zależało jej na jednomyślności w tym względzie ich wszystkich, tak bardzo byli sobie bliscy. Mężczyźni nawet nie kryli radości, nie mieli wątpliwości co do daru rozeznawania Gieni, potrafiła doskonale odczytywać ludzkie charaktery i miała niezawodne wyczucie do ludzi.
Teraz pozostawało tylko przygotować się na wizytę Floriana z rodzicami w Krukowszczyźnie. On jednak też musiał najpierw opowiedzieć rodzicom o swojej wybrance, powiadomić ich o podjętej decyzji, a następnie wspólnie z nimi złżć wizytę w jej domu i poprosić o zgodę na ślub jej opiekunów. W gronie kolegów był odważny, rozmowny i wesoły, a teraz czuł niepokój, zamartwiał się jak zostanie przyjęty przez braci i dziadka Genowefy, czy przypadnie im do gustu, czy polubią się od pierwszego spotkania, czy wzajemne docieranie się będzie procesem rozłożonym na lata?
I w końcu to oczekiwane pytanie padło z ust Genowefy, zwróciła się z nim do dziadka i do braci. Nie przyszło jej to łatwo, ale chciała mieć już ten moment za sobą. Zależało jej na jednomyślności w tym względzie ich wszystkich, tak bardzo byli sobie bliscy. Mężczyźni nawet nie kryli radości, nie mieli wątpliwości co do daru rozeznawania Gieni, potrafiła doskonale odczytywać ludzkie charaktery i miała niezawodne wyczucie do ludzi.
Teraz pozostawało tylko przygotować się na wizytę Floriana z rodzicami w Krukowszczyźnie. On jednak też musiał najpierw opowiedzieć rodzicom o swojej wybrance, powiadomić ich o podjętej decyzji, a następnie wspólnie z nimi złżć wizytę w jej domu i poprosić o zgodę na ślub jej opiekunów. W gronie kolegów był odważny, rozmowny i wesoły, a teraz czuł niepokój, zamartwiał się jak zostanie przyjęty przez braci i dziadka Genowefy, czy przypadnie im do gustu, czy polubią się od pierwszego spotkania, czy wzajemne docieranie się będzie procesem rozłożonym na lata?
wtorek, 11 czerwca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 3 - polscy ułani, Wileńszczyzna 1920
Po pokonaniu Armii Czerwonej w bitwie pod Warszawą, i ostatecznym jej rozgromieniu nad Niemnem, w październiku 1920 r. oddziały polskie wkroczyły na północno-wschodnią Wileńszczyznę.
Dzień był słoneczny i ciepły, niebo błękitne z pojedynczymi obłokami, owocowe drzewa w sadach połyskiwały już wszystkimi barwami jesieni, rozświetlając łagodne pagórki, pola i domostwa, jakby naniesionymi pędzlem na obraz delikatnie rozmazanymi plamkami barwy czerwonej, żółtej i pomarańczowej.
Życie musiało się toczyć swoim codziennym rytmem. Dziadek Ksawery z Justynem znosili kolejne skrzynki dorodnych jabłek do stodoły. Część z nich pojedzie do Głębokiego, a część być może trafi na targ do Wilna. W tym samym czasie najmłodsi z rodzeństwa, Władek i Gienia pilnowali krzątających się na podwórzu przed domem kaczek, gęsi i kurcząt. Dzieci nad wyraz poważnie traktowały powierzane im przez dziadka Ksawerego obowiązki. Poza tym troska o ich małych, puchatych towarzyszy była wyjątkowo wdzięcznym zajęciem.
Nagle na podwórko wbiegła gromadka dzieciaków z Krukowszczyzny, przekrzykujących się wzajemnie:
- Chodźcie, chodźcie! Polscy ułani jadą do miasta!
Ze stodoły wybiegli dziadek Ksawery i Justyn. Gienia i Władek rzucili błagalne spojrzenia w stronę Ksawerego i starszego brata. Siwowłosy i siwobrody mężczyzna przybierając surowy wyraz twarzy i marszcząc brwi, nieudolnie usiłował ukryć blask radości w oczach, bo ułani, ułanami, a ptactwa pilnować trzeba, w każdej chwili na niebie może pojawić się jastrząb i upolować wypatrzonego z wysoka zwierzaka, a z drugiej strony - w takiej chwili - nie mógł przecież postąpić inaczej, jak tylko pozwolić wnukom pobiec z dzieciakami z sąsiedztwa. Gienia i Władek już się poderwali, gdy wnet na drodze do miasteczka podniósł się szum, wzbiły się tumany kurzu i dał się słyszeć dźwięk końskich kopyt. Droga przebiegała nieopodal domu Ksawerego. I zupełnie nieoczekiwanie okazało się, że wcale nie trzeba pędzić do Mosarza. Ułani w szarych mundurach, na wspaniałych koniach, z lancami w dłoniach z powiewającymi na łagodnym wietrze biało-czerwonymi proporcami, wolno, dostojnie, przeparadowali obok drewnianego domu z okazałym gankiem. Za nimi podążała spora grupa rozkrzyczanych, rozradowanych dzieciaków. Wkrótce do tej gromady dołączyli też i dorośli, którzy porzucili swoje polowe i ogrodowe prace, by móc się napawać widokiem polskich ułanów. Ksawery przystanął na schodkach wiodących na ganek i cicho powiedział do siebie:
- Warto było czekać. Warto było tych kochanych malców uczyć czytania.
Dzień był słoneczny i ciepły, niebo błękitne z pojedynczymi obłokami, owocowe drzewa w sadach połyskiwały już wszystkimi barwami jesieni, rozświetlając łagodne pagórki, pola i domostwa, jakby naniesionymi pędzlem na obraz delikatnie rozmazanymi plamkami barwy czerwonej, żółtej i pomarańczowej.
Życie musiało się toczyć swoim codziennym rytmem. Dziadek Ksawery z Justynem znosili kolejne skrzynki dorodnych jabłek do stodoły. Część z nich pojedzie do Głębokiego, a część być może trafi na targ do Wilna. W tym samym czasie najmłodsi z rodzeństwa, Władek i Gienia pilnowali krzątających się na podwórzu przed domem kaczek, gęsi i kurcząt. Dzieci nad wyraz poważnie traktowały powierzane im przez dziadka Ksawerego obowiązki. Poza tym troska o ich małych, puchatych towarzyszy była wyjątkowo wdzięcznym zajęciem.
Nagle na podwórko wbiegła gromadka dzieciaków z Krukowszczyzny, przekrzykujących się wzajemnie:
- Chodźcie, chodźcie! Polscy ułani jadą do miasta!
Ze stodoły wybiegli dziadek Ksawery i Justyn. Gienia i Władek rzucili błagalne spojrzenia w stronę Ksawerego i starszego brata. Siwowłosy i siwobrody mężczyzna przybierając surowy wyraz twarzy i marszcząc brwi, nieudolnie usiłował ukryć blask radości w oczach, bo ułani, ułanami, a ptactwa pilnować trzeba, w każdej chwili na niebie może pojawić się jastrząb i upolować wypatrzonego z wysoka zwierzaka, a z drugiej strony - w takiej chwili - nie mógł przecież postąpić inaczej, jak tylko pozwolić wnukom pobiec z dzieciakami z sąsiedztwa. Gienia i Władek już się poderwali, gdy wnet na drodze do miasteczka podniósł się szum, wzbiły się tumany kurzu i dał się słyszeć dźwięk końskich kopyt. Droga przebiegała nieopodal domu Ksawerego. I zupełnie nieoczekiwanie okazało się, że wcale nie trzeba pędzić do Mosarza. Ułani w szarych mundurach, na wspaniałych koniach, z lancami w dłoniach z powiewającymi na łagodnym wietrze biało-czerwonymi proporcami, wolno, dostojnie, przeparadowali obok drewnianego domu z okazałym gankiem. Za nimi podążała spora grupa rozkrzyczanych, rozradowanych dzieciaków. Wkrótce do tej gromady dołączyli też i dorośli, którzy porzucili swoje polowe i ogrodowe prace, by móc się napawać widokiem polskich ułanów. Ksawery przystanął na schodkach wiodących na ganek i cicho powiedział do siebie:
- Warto było czekać. Warto było tych kochanych malców uczyć czytania.
piątek, 7 czerwca 2024
Błyski . Historia Rodzinna. Część 2 - ucieczka przed bolszewikami, Wileńszczyzna 1920
Nad drogą wiodącą z miasteczka unosił się – widoczny z daleka - ogromny tuman pyłu i słychać już było wyraźnie tętent kopyt końskich. Józek nie zastanawiając się ani chwili oddalił się w stronę Mosarza. Justyn nie zastanawiajac się długo wbiegł do stodoły, dosiadł swojego ulubionego konia, i korzystając z drugich wrót – tych od strony lasu – wyskoczył czym prędzej w stronę ciemniejącego na horyzoncie masywu leśnego. Oddział wyekspediowany do Krukowszczyzny, mający rozprawić się z kułakiem i przykładnie ukarać wroga ludu, wpadł na podwórze między domem a stodołą. Dwóch rozjuszonych mężczyzn wtargnęło do domu, a kilku pozostałych rozwarło wrota stodoły, a ich oczom ukazał się widok drugich wierzei otwartych szeroko i dość daleko na niewysokim wzgórzu dostrzegli postać jeźdźca galopującego w stronę lasu. Natychmiast puścili się za nim w pościg, pokrzykując i pogwizdując, by przywołać na pomoc swoich towarzyszy, przeszukujących izby domu, w nadziei, że znajdą tam znienawidzonych wrogów rewolucji. Żołdacy niezwłocznie wybiegli, dosiedli swoich koni i ruszyli za kompanami, by wesprzeć ich w pościgu. Justyn nie oglądając się pędził w stronę rozległej kniei, w której każdą drogę, każdą ścieżkę, każde uroczysko znał doskonale. Przepastne litewskie puszcze nie raz zapewniały schronienie mieszkańcom tych ziem. Już dojeżdżał do pierwszych drzew, nie zamierzał korzystać z najszerszej leśnej drogi, by nie ułatwiać zadania ścigającym go bolszewikom. Wolniej manewrując między drzewami, których było coraz więcej i las stawał się coraz gęstszy, zniknął niedoszłym oprawcom z pola widzenia. Gdy dotarli do ściany lasu po uciekinierze nie było już śladu, najmniejszy dźwięk go nie zdradzał. Klnąc siarczyście, zawrócili, by dokończyć dzieła zniszczenia. Skoro nie mogli przykładnie powiesić kułaka, rozniecili ogień i podłożyli pod okazały dom i stodołę. Spędzili miejscową ludność i zmusili ją do przyglądania się, jak płonie majątek wroga ludu, i jaki los będzie udziałem każdego, kto ośmieli się stanąć na drodze rewolucji, no i jak wygląda rewolucyjna sprawiedliwość.
Noc Justyn przeczekał w leśnej głuszy, nad brzegiem jeziora. Jasna poświata utrzymywała się jeszcze długo na lipcowym niebie, odbijając się w tafli spokojnego jeziora. Miejscowi opowiadali, że zimą w nocy z głębi jeziora dobiegają dźwięki jakby radosnych okrzyków, toczonych głośno rozmów, gromkich śmiechów, pobrzękujących dzwonków przy końskich uprzężach. A to wszystko za sprawą weselników, który w dawniejszych czasach - jak dawnych tego już nikt nie pamiętał - chcąc zimą skrócić drogę postanowili przeciąć zamarznięte jezioro, jednak lód pod ciężarem sań się załamał, a wody jeziora pochłonęły wszystkich bez wyjątku. I od tamtej pory zimowymi nocami nieszczęśnicy dają o sobie znać.
Na wszelki wypadek Justyn nie rozpalał ogniska. Wyczerpany nadmiarem wrażeń, martwiąc się o pozostawione gospodarstwo i pełen niepokoju o młodsze rodzeństwo, mimowolnie usnął. Wczesnym rankiem, ruszył w stronę Krukowszczyzny. Gdy wyjechał na skraj lasu, ze szczytu wzgórza wypatrzył sterczące kikuty spalonego domu i stodoły. Ominął zgliszcza i skierował się do domu dziadka Ksawerego, pod którego opieką pozostała Gienia, Adolf i Władek. Zdawał sobie sprawę, że ktoś z miejscowych musiał bolszewików powiadomić o tym kogo mają szukać, komu wymierzać dziejową sprawiedliwość. Co mogło kierować takim człowiekiem? Co chciał osiągnąć? Z tymi myślami wracał do wsi, ostrożnie rozglądając się wokół, czy nie ma gdzieś na horyzoncie bolszewickich czujek.
Noc Justyn przeczekał w leśnej głuszy, nad brzegiem jeziora. Jasna poświata utrzymywała się jeszcze długo na lipcowym niebie, odbijając się w tafli spokojnego jeziora. Miejscowi opowiadali, że zimą w nocy z głębi jeziora dobiegają dźwięki jakby radosnych okrzyków, toczonych głośno rozmów, gromkich śmiechów, pobrzękujących dzwonków przy końskich uprzężach. A to wszystko za sprawą weselników, który w dawniejszych czasach - jak dawnych tego już nikt nie pamiętał - chcąc zimą skrócić drogę postanowili przeciąć zamarznięte jezioro, jednak lód pod ciężarem sań się załamał, a wody jeziora pochłonęły wszystkich bez wyjątku. I od tamtej pory zimowymi nocami nieszczęśnicy dają o sobie znać.
Na wszelki wypadek Justyn nie rozpalał ogniska. Wyczerpany nadmiarem wrażeń, martwiąc się o pozostawione gospodarstwo i pełen niepokoju o młodsze rodzeństwo, mimowolnie usnął. Wczesnym rankiem, ruszył w stronę Krukowszczyzny. Gdy wyjechał na skraj lasu, ze szczytu wzgórza wypatrzył sterczące kikuty spalonego domu i stodoły. Ominął zgliszcza i skierował się do domu dziadka Ksawerego, pod którego opieką pozostała Gienia, Adolf i Władek. Zdawał sobie sprawę, że ktoś z miejscowych musiał bolszewików powiadomić o tym kogo mają szukać, komu wymierzać dziejową sprawiedliwość. Co mogło kierować takim człowiekiem? Co chciał osiągnąć? Z tymi myślami wracał do wsi, ostrożnie rozglądając się wokół, czy nie ma gdzieś na horyzoncie bolszewickich czujek.
czwartek, 6 czerwca 2024
Błyski. Historia rodzinna. Część 1 - Wileńszczyzna 1920 r.
Po przełamaniu polskiej obrony w bitwie nad Autą, w pobliżu Głębokiego, w dniach od 5 do 7 lipca 1920 wojska bolszewickie Frontu Zachodniego pod wodzą Michaiła Tuchaczewskiego parły pospiesznie na zachód. Dzień był gorący, lipcowa zieleń już nieco przyblakła w porównaniu z zielenią wiosenną, soczystą, bujną, wybuchającą jak co roku dziesiątkami przeróżnych odcieni w łagodnie falującym krajobrazie tej części Wileńszczyzny.
W Krukowszczyźnie, nieopodal Mosarza, od rana był wyczuwany niepokój. W sporym, drewnianym domu, jaki przypadł rodzeństwu po nieoczekiwanej śmierci rodziców, tuż po zakończeniu pierwszej wojny światowej, tego dnia przebywał najstarszy z braci - Justyn. Młodsze dzieci znajdowały pod opieką dziadka, który każdego dnia wysupływał czas na nauczanie wnuków czytania w języku polskim z książeczki do nabożeństwa. Ich rodzice - Witalis i Emilia - padli ofiarą hiszpanki, szalejącej w powojennej Europie. Dzieci musiały w przyspieszonym tempie uczyć się samodzielności i zaradności. A czas był nadal wyjątkowo niespokojny.
Justyn jak co dnia szykował się do pracy w polu. Ponad swój wiek odpowiedzialny, przedwcześnie dojrzały, rozumiał, że to w znacznej mierze od niego zależał los jego młodszych braci i siostry. Słońce zaczynało operować coraz mocniej. Przy domu w rozległym sadzie rosły dorodne jabłonie, grusze, wiśnie i śliwy, a znad sosnowego lasu widocznego na horyzoncie napływał wciąż ożywczy żywiczny zapach. Nagle, między drzewami owocowymi Justyn dostrzegł jasną czuprynę Józka. Kilkuletni chłopiec biegł co sił, machając rękami, i wykrzykując coś w stronę Justyna. Był jednak jeszcze zbyt daleko, by można było rozróżnić słowa czy choćby domyślić się, co za wieść niesinie ten mały posłaniec i co może być przyczyną tej jego niespodziewanej porannej wizyty. Pędził przez łąki od strony miasteczka, wreszcie dopadł do Justyna i zdyszany, zdenerwowany wyrzucił z siebie, że w Mosarzu są już bolszewicy, wypytywali o Justyna i lada moment wpadną do Krukowszczyzny.
W Krukowszczyźnie, nieopodal Mosarza, od rana był wyczuwany niepokój. W sporym, drewnianym domu, jaki przypadł rodzeństwu po nieoczekiwanej śmierci rodziców, tuż po zakończeniu pierwszej wojny światowej, tego dnia przebywał najstarszy z braci - Justyn. Młodsze dzieci znajdowały pod opieką dziadka, który każdego dnia wysupływał czas na nauczanie wnuków czytania w języku polskim z książeczki do nabożeństwa. Ich rodzice - Witalis i Emilia - padli ofiarą hiszpanki, szalejącej w powojennej Europie. Dzieci musiały w przyspieszonym tempie uczyć się samodzielności i zaradności. A czas był nadal wyjątkowo niespokojny.
Justyn jak co dnia szykował się do pracy w polu. Ponad swój wiek odpowiedzialny, przedwcześnie dojrzały, rozumiał, że to w znacznej mierze od niego zależał los jego młodszych braci i siostry. Słońce zaczynało operować coraz mocniej. Przy domu w rozległym sadzie rosły dorodne jabłonie, grusze, wiśnie i śliwy, a znad sosnowego lasu widocznego na horyzoncie napływał wciąż ożywczy żywiczny zapach. Nagle, między drzewami owocowymi Justyn dostrzegł jasną czuprynę Józka. Kilkuletni chłopiec biegł co sił, machając rękami, i wykrzykując coś w stronę Justyna. Był jednak jeszcze zbyt daleko, by można było rozróżnić słowa czy choćby domyślić się, co za wieść niesinie ten mały posłaniec i co może być przyczyną tej jego niespodziewanej porannej wizyty. Pędził przez łąki od strony miasteczka, wreszcie dopadł do Justyna i zdyszany, zdenerwowany wyrzucił z siebie, że w Mosarzu są już bolszewicy, wypytywali o Justyna i lada moment wpadną do Krukowszczyzny.
środa, 5 czerwca 2024
Dzień Matki
Kilka dni przed Dniem Matki, z przedwojennego, kieszonkowego modlitewnika, z obrazkiem Królowej Korony Polskiej na okładce, o pożółkłych ze starości kartkach, gdy po niego sięgnąłem, wypadło zdjęcie mamy z jej lat szkolnych. Ten stary modlitewnik pokonał drogę z Adamowców na obecnej Białorusi, a niegdyś wsi w województwie wileńskim, poprzez Warszawę, Białystok, aby ponownie trafić do Warszawy. Z fotografii patrzyła na mnie pogodna twarz, z uśmiechniętymi oczami, łagodnie i jakby mimowolnie uśmeichniętymi ustami, z wyraźnie zarysowanymi ciemnymi brwiami, uczennicy technikum ekonomicznego w Białymstoku o kruczoczarnych włosach, w przedziale wiekowym między 16 a 18 lat. Gdy porównuję mamę ze zdjęciami jej rodziców, a moich dziadków, to wyraźnie widzę, że rysy jej twarzy były wypadkową rysów obojga rodziców. Oboje dziadkowie, jak opowiadali krewni i mama, mieli kruczoczarne włosy, jasną karnację i niebieskie oczy. Dziadek - Florian Szpak - urodził się w Adamowcach, w gminie Kozłowszczyzna, powiecie postawskim, województwie wileńskim, w 1902 r., jako syn Mojżesza i Józefy. Babcia - Genowefa Szpak - przyszła na świat w 1911 w Krukowszczyźnie, położonej w gminie Kozłowszczyzna, powiecie postawskim, w województwie wileńskim, jako córka Witalisa i Emilii. Wspomniana fotografia wypadła na kilka dni przed Dniem Matki, który był pierwszym w moim życiu Dniem Matki spędzanym bez mamy. Minęło już pierwsze Boże Narodzenie, pierwsza Wielkanoc, pierwsze urodziny, a teraz nadszedł pierwszy Dzień Matki. Kwietniowa operacja uniemożliwiła mi wyruszenie w drogę, by zapalić świeczkę na grobie rodziców, przystanąć na dłużej, bez pośpiechu, porozmawiać w myślach, odmówić różaniec.
Te "kilka dni" stanowiło jakby powtórzenie ubiegłorocznych "kilku dni", będących ukoronowaniem długoletnich poszukiwań dziadka, który zaginął w roku 1945. 4 marca 2023 r. mieliśmy wypadek, w którym - jak to określili przybyli na miejsce zdarzenia policjanci - tylko cudem nic się nam nie stało. Po potężnym staranowaniu przez pędzącego z szaleńczą prędkością na terenie zabudowanym faceta, który - jak się tłumaczył - nie zauważył świateł - a staliśmy akurat na skrzyżowaniu na czerwonym świetle - wyszliśmy z auta o własnych siłach, bez najmniejszego zadraśnięcia, jedynie ja miałem lekkie skręcenie szyi, niekwalifikujące się nawet do ortopedycznego kołnierza. To była dokładnie dziewiąta rocznica śmierci taty. Dwa dni później, w internetowej bazie straty.pl bez większej nadziei wpisałem dane dziadka i ku mojemu ogromnemu zdumieniu wyświetliło się hasło jemu poświęcone - zgadzało się wszystko - i data i miejsce urodzenia, imię, nazwisko - wraz z informacją o tym, że w dniu 12 marca 1945 r. został pochowany na cmentarzu w Siedlcach. Na kilka dni przed 78 rocznicą śmierci dziadka, i na 6 dni przed rocznicą pochówku. Ukoronowanie 78-letnich poszukiwań. W roku 1946, po ucieczce z Adamowców na fałszywych dokumentach i przyjeździe do Polski, babcia Genowefa udała się do miejscowości Mordy pod Siedlcami, bo tam miał stacjonować Florian, i w Mordach ślad się po nim urywał, jacyś mieszkańcy pamiętali co prawda wysokiego żołnierza o czarnych włosach, niebieskich oczach, który miał chore nogi, nie mógł się poruszać, ale nikt nie wiedział, jakie były jego dalsze losy. W roku 1947 białostocki sąd wydał postanowienie o uznaniu Floriana za zmarłego - wynikało zeń, że miał zginąć w czasie forsowania Nysy Łużyckiej, przy czym słowo "Nysa" zostało zapisane błędnie - "Nissa". Tymczasem w rzeczywistości dziadek nawet tam nie dotarł. Mama i babcia szukały Floriana za pośrednictwem PCK, i mnie się zdarzyło w 2021 r, wystąpić z wnioskiem w tej sprawie do Biura Poszukiwań PCK, w nadziei, że może pojawiły się jakieś nowe dokumenty, nowe dane. Niestety, bez rezultatu. A tego pamiętnego dnia, 6 marca 2023 r., po 78 latach dowidzieliśmy się, że Florian z Mord trafił do szpitala w Siedlcach, tam dokonał żywota, i na wniosek szpitala został pochowany na cmentarzu Janowskim w Siedlcach. Z jednej strony radość, łzy w oczach mamy, a z drugiej świadomość, że odchodził z tego świata zupełnie samotny, prawdopodobnie nikt - poza księdzem i grabarzami - nie towarzyszył mu w ostatniej drodze.
2 maja 2023 r. udało nam się z mamą dotrzeć do Siedlec. Wcześniej skontaktowałem się telefonicznie z księdzem z kancalarii zarządzającej cmentarzem, opowiedziałem pokrótce historię dziadka, ksiądz obiecał, że sprawdzi w księgach parafialnych, i poprosił, bym do niego zadzwonił za 20 minut. Nie minęło jednakże 10 minut, gdy duchowny sam do mnie zadzwonił, powiadamiając, że rzeczywiście na Cmentarzu Janowskim, w dniu 12 marca 1945 r. pochowany został Florian Szpak, ur. 1902 r., ale wątpi, by grób się zachował przez tak długi czas, w sytuacji, gdy nikt się nim nie opiekował, nie był opłacany: - To musiałby być prawdziwy cud. - jak stwierdził. Umówiliśmy się, że przyjedziemy do kancelarii i ksiądz zrobi nam kopię wpisu.
2 maja było dość ciepło, świeciło piękne słońce, od czasu do czasu na niebie pojawiały się niewielkie chmury, nie zapowiadające jednak deszczu. Wyprawę do Siedlec ropoczęliśmy od wizyty w kancelarii mieszczącej się przy kościele pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa Męczennika na ulicy Floriańskiej 3. Zbiegło się zatem dwóch patronów - mój z bierzmowania - św. Stanisław, i dziadka - św. Florian. Na ulicy Floriańskiej uzyskaliśmy kopię wpisu do księgi parafialnej dotyczącego pochówku Floriana. Grobu dziadka oczywiście nie odnaleźliśmy, lecz przy starej drewnianej kaplicy cmentarnej natknęliśmy się na ossarium, w którym złożono szczątki osób pochowanych na tym cmentarzu, wydobyte w czasie kopania nowych grobów. Na tej symbolicznej mogile postanowiliśmy zapalić znicze i pomodlić się dłuższą chwilę. Mama była już wyraźnie słaba, niecałe cztery miesiące później dołaczy do swoich rodziców i brata, choć wtedy jeszcze wszyscy żyliśmy nadzieją, że samą energią, siłą woli, optymizmem, pogodą ducha pokona chorobę.
Te "kilka dni" stanowiło jakby powtórzenie ubiegłorocznych "kilku dni", będących ukoronowaniem długoletnich poszukiwań dziadka, który zaginął w roku 1945. 4 marca 2023 r. mieliśmy wypadek, w którym - jak to określili przybyli na miejsce zdarzenia policjanci - tylko cudem nic się nam nie stało. Po potężnym staranowaniu przez pędzącego z szaleńczą prędkością na terenie zabudowanym faceta, który - jak się tłumaczył - nie zauważył świateł - a staliśmy akurat na skrzyżowaniu na czerwonym świetle - wyszliśmy z auta o własnych siłach, bez najmniejszego zadraśnięcia, jedynie ja miałem lekkie skręcenie szyi, niekwalifikujące się nawet do ortopedycznego kołnierza. To była dokładnie dziewiąta rocznica śmierci taty. Dwa dni później, w internetowej bazie straty.pl bez większej nadziei wpisałem dane dziadka i ku mojemu ogromnemu zdumieniu wyświetliło się hasło jemu poświęcone - zgadzało się wszystko - i data i miejsce urodzenia, imię, nazwisko - wraz z informacją o tym, że w dniu 12 marca 1945 r. został pochowany na cmentarzu w Siedlcach. Na kilka dni przed 78 rocznicą śmierci dziadka, i na 6 dni przed rocznicą pochówku. Ukoronowanie 78-letnich poszukiwań. W roku 1946, po ucieczce z Adamowców na fałszywych dokumentach i przyjeździe do Polski, babcia Genowefa udała się do miejscowości Mordy pod Siedlcami, bo tam miał stacjonować Florian, i w Mordach ślad się po nim urywał, jacyś mieszkańcy pamiętali co prawda wysokiego żołnierza o czarnych włosach, niebieskich oczach, który miał chore nogi, nie mógł się poruszać, ale nikt nie wiedział, jakie były jego dalsze losy. W roku 1947 białostocki sąd wydał postanowienie o uznaniu Floriana za zmarłego - wynikało zeń, że miał zginąć w czasie forsowania Nysy Łużyckiej, przy czym słowo "Nysa" zostało zapisane błędnie - "Nissa". Tymczasem w rzeczywistości dziadek nawet tam nie dotarł. Mama i babcia szukały Floriana za pośrednictwem PCK, i mnie się zdarzyło w 2021 r, wystąpić z wnioskiem w tej sprawie do Biura Poszukiwań PCK, w nadziei, że może pojawiły się jakieś nowe dokumenty, nowe dane. Niestety, bez rezultatu. A tego pamiętnego dnia, 6 marca 2023 r., po 78 latach dowidzieliśmy się, że Florian z Mord trafił do szpitala w Siedlcach, tam dokonał żywota, i na wniosek szpitala został pochowany na cmentarzu Janowskim w Siedlcach. Z jednej strony radość, łzy w oczach mamy, a z drugiej świadomość, że odchodził z tego świata zupełnie samotny, prawdopodobnie nikt - poza księdzem i grabarzami - nie towarzyszył mu w ostatniej drodze.
2 maja 2023 r. udało nam się z mamą dotrzeć do Siedlec. Wcześniej skontaktowałem się telefonicznie z księdzem z kancalarii zarządzającej cmentarzem, opowiedziałem pokrótce historię dziadka, ksiądz obiecał, że sprawdzi w księgach parafialnych, i poprosił, bym do niego zadzwonił za 20 minut. Nie minęło jednakże 10 minut, gdy duchowny sam do mnie zadzwonił, powiadamiając, że rzeczywiście na Cmentarzu Janowskim, w dniu 12 marca 1945 r. pochowany został Florian Szpak, ur. 1902 r., ale wątpi, by grób się zachował przez tak długi czas, w sytuacji, gdy nikt się nim nie opiekował, nie był opłacany: - To musiałby być prawdziwy cud. - jak stwierdził. Umówiliśmy się, że przyjedziemy do kancelarii i ksiądz zrobi nam kopię wpisu.
2 maja było dość ciepło, świeciło piękne słońce, od czasu do czasu na niebie pojawiały się niewielkie chmury, nie zapowiadające jednak deszczu. Wyprawę do Siedlec ropoczęliśmy od wizyty w kancelarii mieszczącej się przy kościele pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa Męczennika na ulicy Floriańskiej 3. Zbiegło się zatem dwóch patronów - mój z bierzmowania - św. Stanisław, i dziadka - św. Florian. Na ulicy Floriańskiej uzyskaliśmy kopię wpisu do księgi parafialnej dotyczącego pochówku Floriana. Grobu dziadka oczywiście nie odnaleźliśmy, lecz przy starej drewnianej kaplicy cmentarnej natknęliśmy się na ossarium, w którym złożono szczątki osób pochowanych na tym cmentarzu, wydobyte w czasie kopania nowych grobów. Na tej symbolicznej mogile postanowiliśmy zapalić znicze i pomodlić się dłuższą chwilę. Mama była już wyraźnie słaba, niecałe cztery miesiące później dołaczy do swoich rodziców i brata, choć wtedy jeszcze wszyscy żyliśmy nadzieją, że samą energią, siłą woli, optymizmem, pogodą ducha pokona chorobę.
czwartek, 11 stycznia 2024
Z Krukowszczyzny do Warszawy - wspomnienia (część 1)
Krukowszczyzna, obecnie część Mosarza, rok 1918, na hiszpankę umierają Witalis i Emilia Bochanowie. Witalis miał wedle opowieści rodzinnych pełnić funkcję zarządcy w majątku Kaliksta Piłsudskiego w Mosarzu, a jak było w rzeczywistości nie sposób już dociec. To nie jest też nawet zanadto istotne. Osierocili kilkoro dzieci, w tym niepełonoletnią Genowefę i Władysława, i sporo starszego od nich Justyna. W 1920 r. w czasie marszu bolszewików na zachód, do domostwa Justyna przybiegł chłopiec z Mosarza i ostrzegł go o krasnoarmiejcach, wypytujących o niego w miasteczku i już zmierzających w stronę Krukowszczyzny. Ktoś zatem musiał donieść o bogatym gospodarzu, wrogu ludu i rewolucji, na dodatek polskiej narodowości. Niemal w ostatniej chwili Justyn dosiadł konia i drugą parą wrót w stodole uciekł niedoszłym opracowcom, którzy mieli już być na podwórzu. Czmychnał w stronę lasu, kilku konnych puściło się za nim w pościg, ale zniknął im z pola widzenia gdzieś w pobliskiej kniei. Okazały dom i wszystkie zabudowania zostały spalone przez rozwścieczonych żołdaków. Ktoś musiał donieść, ale ktoś musiał też Justyna cenić, skoro podobno niespełna dziesięcioletni chłopiec przybiegł z miasteczka, by ocalić mu życie.
Babcię czytania uczył dziadek z książeczki do nabożeństwa. Niestety mała Gienia nie nauczyła się pisać. Nie przeszkadzało jej to jednak w tym, by być dobrą matką i babcią, serdeczną i życiowo, prawidzwie ewanglicznie mądrą. Gdy w latach 1936 - 1939 znalazła się wraz z mężem - Florianem - w Warszawie, o jej edukację zadbała hrabina Zabiełło. Florian pracował w fabryce gumy na Woli, mieszkali na Towarowej 33, i gdzieś na Placu Kazimierza Wielkiego; w czerwcu 1939 r. wrócili na Wileńszczyznę, co im ocaliło życie, im i sześcioletniemu synkowi - Oswaldowi, i poczętej w Warszawie, ale oczekującej jeszcze swego przyjścia na świat - w dniu 30 stycznia 1940 r. - Florentynie. Najprawdopodbniej w pobliżu miejsca, w którym stała kamienica, w której mieszkali Gienia i Florian, stoi dziś Tablica pamiątkowa Tchorka przy ul. Towarowej 30 z napisem: „Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. W dniach 5–6 VIII 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali w tym miejscu 120 osób”. Być może i oni znaleźliby się wśród ofiar Rzezi Woli, gdyby w czas nie opuścili Warszawy. Nie bez powodu mama wiele razy opowiadała o śnie często ją nawiedzającym, w którym widziała Warszawę z lotu ptaka, mroczną, pełną ruin, złowrogą, wyludnioną, z unoszącymi się nad nią dymami. Ten sen przestał ją nękać, gdy w roku 2016 zamieszkała w Warszawie, i co symboliczne - żywota dokonała w szpitalu na Woli 17 sierpnia 2023 r., na Woli, na której została też poczęta. W latach 1936 - 1939, trzydziestokilkuletnia Gienia (rocznik 1911) dorywczo pracowała jako służąca w czasie przyjęć u hrabiny Zabiełło, która miała być dla niej dobra jak matka. Otrzymała elganckie ubranie, ale przede wszystkim serce, dobre, godne traktowanie, i jeszcze edukację, którą hrabina wobec biednej dziewczyny z Wileńszczyzny traktowała niemal jak misję. Babcia nigdy nie dowiedziała się jaki los spotkał hrabinę w czasie wojny i po jej zakończeniu, jej syn - Stanisław - był jeszcze w międzywojniu dyplomatą, córka lubiła podróże do Paryża; po wojnie Stanisław Zabiełło napisał książkę "O rząd i granice", ale informacji o losach hrabiny Zabiełło nie udało się uzyskać.
Zanim Genowefa trafiła do Warszawy, doświadczyła łaski i niełaski krewnych po przedwczesnej śmierci rodziców, a później dziadka, i do końca życia nie miała wielkiego nabożeństwa do rodziny, wielokrotnie powtarzała, że dużo więcej dobra doznała ze strony ludzi zupełnie jej obcych. Zawsze też bardziej chwaliła Warszawę niż Wilno. W Warszawie ludzie mili być bardziej otwarci, życzliwi i pomocni, Wilno pojawiało się w jej opowieściach przede wszystkim ze względu na Ostrą Bramę i Kalwarię Wileńską, do których pielgrzymowała.
Jeszcze jako dziewięcioletnia dziewczynka, Gienia z grupą innych dzieciaków z Krukowszczyzny i Mosarza wybiegła na drogę, by witać polskich ułanów, którzy przepędzili stąd barbarzyńskich okupantów ze wschodu. To wydarzenie zapadło jej głęboko w pamięć. Mama pytała babcię skąd wiedziała, że jest Polką. W okolicy, w której mieszkali Litwini, Białorusini, Żydzi, nawet Tatarzy w Murzach i zdaje się, że też w Rakowcach, kwestia narodowości nie była sprawą wcale taką oczywistą. Babcia na to odpowiadała, że mówił jej o tym dziadek, co uczył ją czytania z książeczki do nabożeństwa, w języku polskim oczywiście.
CDN
Babcię czytania uczył dziadek z książeczki do nabożeństwa. Niestety mała Gienia nie nauczyła się pisać. Nie przeszkadzało jej to jednak w tym, by być dobrą matką i babcią, serdeczną i życiowo, prawidzwie ewanglicznie mądrą. Gdy w latach 1936 - 1939 znalazła się wraz z mężem - Florianem - w Warszawie, o jej edukację zadbała hrabina Zabiełło. Florian pracował w fabryce gumy na Woli, mieszkali na Towarowej 33, i gdzieś na Placu Kazimierza Wielkiego; w czerwcu 1939 r. wrócili na Wileńszczyznę, co im ocaliło życie, im i sześcioletniemu synkowi - Oswaldowi, i poczętej w Warszawie, ale oczekującej jeszcze swego przyjścia na świat - w dniu 30 stycznia 1940 r. - Florentynie. Najprawdopodbniej w pobliżu miejsca, w którym stała kamienica, w której mieszkali Gienia i Florian, stoi dziś Tablica pamiątkowa Tchorka przy ul. Towarowej 30 z napisem: „Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. W dniach 5–6 VIII 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali w tym miejscu 120 osób”. Być może i oni znaleźliby się wśród ofiar Rzezi Woli, gdyby w czas nie opuścili Warszawy. Nie bez powodu mama wiele razy opowiadała o śnie często ją nawiedzającym, w którym widziała Warszawę z lotu ptaka, mroczną, pełną ruin, złowrogą, wyludnioną, z unoszącymi się nad nią dymami. Ten sen przestał ją nękać, gdy w roku 2016 zamieszkała w Warszawie, i co symboliczne - żywota dokonała w szpitalu na Woli 17 sierpnia 2023 r., na Woli, na której została też poczęta. W latach 1936 - 1939, trzydziestokilkuletnia Gienia (rocznik 1911) dorywczo pracowała jako służąca w czasie przyjęć u hrabiny Zabiełło, która miała być dla niej dobra jak matka. Otrzymała elganckie ubranie, ale przede wszystkim serce, dobre, godne traktowanie, i jeszcze edukację, którą hrabina wobec biednej dziewczyny z Wileńszczyzny traktowała niemal jak misję. Babcia nigdy nie dowiedziała się jaki los spotkał hrabinę w czasie wojny i po jej zakończeniu, jej syn - Stanisław - był jeszcze w międzywojniu dyplomatą, córka lubiła podróże do Paryża; po wojnie Stanisław Zabiełło napisał książkę "O rząd i granice", ale informacji o losach hrabiny Zabiełło nie udało się uzyskać.
Zanim Genowefa trafiła do Warszawy, doświadczyła łaski i niełaski krewnych po przedwczesnej śmierci rodziców, a później dziadka, i do końca życia nie miała wielkiego nabożeństwa do rodziny, wielokrotnie powtarzała, że dużo więcej dobra doznała ze strony ludzi zupełnie jej obcych. Zawsze też bardziej chwaliła Warszawę niż Wilno. W Warszawie ludzie mili być bardziej otwarci, życzliwi i pomocni, Wilno pojawiało się w jej opowieściach przede wszystkim ze względu na Ostrą Bramę i Kalwarię Wileńską, do których pielgrzymowała.
Jeszcze jako dziewięcioletnia dziewczynka, Gienia z grupą innych dzieciaków z Krukowszczyzny i Mosarza wybiegła na drogę, by witać polskich ułanów, którzy przepędzili stąd barbarzyńskich okupantów ze wschodu. To wydarzenie zapadło jej głęboko w pamięć. Mama pytała babcię skąd wiedziała, że jest Polką. W okolicy, w której mieszkali Litwini, Białorusini, Żydzi, nawet Tatarzy w Murzach i zdaje się, że też w Rakowcach, kwestia narodowości nie była sprawą wcale taką oczywistą. Babcia na to odpowiadała, że mówił jej o tym dziadek, co uczył ją czytania z książeczki do nabożeństwa, w języku polskim oczywiście.
CDN
czwartek, 28 grudnia 2023
Adamowce
Wieś jak z mickiewiczowskiej ballady
na pagórkach zielonych
Przed wsią na wzgórzu cmentarz
piaszczyste mogiłki
drewniane krzyże
wysokie, niskie
i kurhan na polu
Przy kurhanie rdzawe bagno
którego wody małej dziewczynce przypominały krew
tak, że skacząc po kępkach trawy, bała się by stopa nie osunęła się do rdzawej wody
Wyorywane z ziemi szczątki oręża
I przekazywana z pokolenia na pokolenie
historia o napoleońskiej armii
co szła na Moskwę
o krwawej bitwie jaka rozegrała się w pobliżu
I ogromny kamień przy polnej drodze
na którym kilkuletnia dziewczynka
widziała z oddali aniołka
a gdy się z nim zrównywała
aniołek znikał
by za chwilę
po minięciu głazu
pojawić się znowu
I płacz dziecka przy leśnej drodze
słyszany tylko w nocy
Ksiądz z parafii w Udziale uznał, że pochowano w tym miejscu
nieochrzczone dziecko
Ochrzcił je więc sam:
- Jak panna niech będzie Anna
Jak pan niech będzie Jan. -
I dwudziestokilkuletnia dziewczyna
pierwsza we wsi śmiertelna ofiara wojny
postrzelona przypadkowo w głowę w czasie wymiany ognia
między Niemcami i partyzantami
I predsiedatiel, który w nocy wpadał na koniu do wsi
w skórzanym płaszczu,
krzyczał, groził, wymachiwał naganem
- Przepisuj się na jaką chcesz narodowość, byle nie była polska –
- Ty polackaja morda, ja tiebia ubiju! -
I głośny płacz dziewczynki
rzucającej się mamie na ratunek, obejmującej ją co sił w wątłych ramionach
i krzyk przeszywający skamieniałe serce
– Nie dam mamy!
Wyszedł rozwścieczony trzaskając drzwiami
I nocne ucieczki babci na cmentarz
na łąki, pastwiska, pola, do lasu
by tylko uniknąć przepisania
i noce spędzone w stogach siana
pod które nad ranem podchodziła woda
co boleśnie skróciło babci życie
Rodzice babci
ofiary hiszpanki
Witalis i Emilia
Wcześnie osierocone dzieci
Babcię czytania
uczył jej dziadek
Z książeczki do nabożeństwa
Dom rodzinny babci stał w Krukowszczyźnie
- obecnie części Mosarza -
W 1920 roku
O nadchodzących bolszewikach
Ostrzegł najstarszego brata babci - Justyna
Kilkuletni chłopiec
co sił w nogach przybiegając z miasteczka
Krasnoarmiejcy już się zbliżali
Justyn w ostatniej chwili dosiadł konia
I drugimi wrotami
Uciekł w stronę lasu
Niedoszli oprawcy podjęli pościg
Lecz nie zdołali go pojmać
W rozległej kniei rozpłynął się im jak zjawa
I babcia będąca dzieckiem
witająca polskich ułanów
Razem z innymi mieszkańcami
którzy na widok polskiego wojska
wylegli na drogę
I jezioro, z którego toni w nocy dobiegał dźwięk dzwonków u sań, i ludzkie głosy - śpiewy, nawoływania
Dawno temu zimą
jego wody miały pochłonąć orszak weselny
Pod saniami lód się załamał i nikt nie ocalał
I kuzynka ze szczerą radością witająca mamę
W 1968 r. przybyłą w rodzinne strony
Pół Polka pół Litwinka
W polu przy pracy
Zaskoczona widokiem
Młodej dziewczyny z Polski
I jakiś mityczny przodek, co to w czasie odwrotu napoleńskiej armii spod Moskwy
miał osiąść na stałe w Adamowcach
i być w tej armii - wedle podań - lekarzem
po którym w domu
zostały stare drewniane jakby apteczne meble
I opowieść, że wywędrował gdzieś z Mazowsza, z okolic Ostrołęki
na pagórkach zielonych
Przed wsią na wzgórzu cmentarz
piaszczyste mogiłki
drewniane krzyże
wysokie, niskie
i kurhan na polu
Przy kurhanie rdzawe bagno
którego wody małej dziewczynce przypominały krew
tak, że skacząc po kępkach trawy, bała się by stopa nie osunęła się do rdzawej wody
Wyorywane z ziemi szczątki oręża
I przekazywana z pokolenia na pokolenie
historia o napoleońskiej armii
co szła na Moskwę
o krwawej bitwie jaka rozegrała się w pobliżu
I ogromny kamień przy polnej drodze
na którym kilkuletnia dziewczynka
widziała z oddali aniołka
a gdy się z nim zrównywała
aniołek znikał
by za chwilę
po minięciu głazu
pojawić się znowu
I płacz dziecka przy leśnej drodze
słyszany tylko w nocy
Ksiądz z parafii w Udziale uznał, że pochowano w tym miejscu
nieochrzczone dziecko
Ochrzcił je więc sam:
- Jak panna niech będzie Anna
Jak pan niech będzie Jan. -
I dwudziestokilkuletnia dziewczyna
pierwsza we wsi śmiertelna ofiara wojny
postrzelona przypadkowo w głowę w czasie wymiany ognia
między Niemcami i partyzantami
I predsiedatiel, który w nocy wpadał na koniu do wsi
w skórzanym płaszczu,
krzyczał, groził, wymachiwał naganem
- Przepisuj się na jaką chcesz narodowość, byle nie była polska –
- Ty polackaja morda, ja tiebia ubiju! -
I głośny płacz dziewczynki
rzucającej się mamie na ratunek, obejmującej ją co sił w wątłych ramionach
i krzyk przeszywający skamieniałe serce
– Nie dam mamy!
Wyszedł rozwścieczony trzaskając drzwiami
I nocne ucieczki babci na cmentarz
na łąki, pastwiska, pola, do lasu
by tylko uniknąć przepisania
i noce spędzone w stogach siana
pod które nad ranem podchodziła woda
co boleśnie skróciło babci życie
Rodzice babci
ofiary hiszpanki
Witalis i Emilia
Wcześnie osierocone dzieci
Babcię czytania
uczył jej dziadek
Z książeczki do nabożeństwa
Dom rodzinny babci stał w Krukowszczyźnie
- obecnie części Mosarza -
W 1920 roku
O nadchodzących bolszewikach
Ostrzegł najstarszego brata babci - Justyna
Kilkuletni chłopiec
co sił w nogach przybiegając z miasteczka
Krasnoarmiejcy już się zbliżali
Justyn w ostatniej chwili dosiadł konia
I drugimi wrotami
Uciekł w stronę lasu
Niedoszli oprawcy podjęli pościg
Lecz nie zdołali go pojmać
W rozległej kniei rozpłynął się im jak zjawa
I babcia będąca dzieckiem
witająca polskich ułanów
Razem z innymi mieszkańcami
którzy na widok polskiego wojska
wylegli na drogę
I jezioro, z którego toni w nocy dobiegał dźwięk dzwonków u sań, i ludzkie głosy - śpiewy, nawoływania
Dawno temu zimą
jego wody miały pochłonąć orszak weselny
Pod saniami lód się załamał i nikt nie ocalał
I kuzynka ze szczerą radością witająca mamę
W 1968 r. przybyłą w rodzinne strony
Pół Polka pół Litwinka
W polu przy pracy
Zaskoczona widokiem
Młodej dziewczyny z Polski
I jakiś mityczny przodek, co to w czasie odwrotu napoleńskiej armii spod Moskwy
miał osiąść na stałe w Adamowcach
i być w tej armii - wedle podań - lekarzem
po którym w domu
zostały stare drewniane jakby apteczne meble
I opowieść, że wywędrował gdzieś z Mazowsza, z okolic Ostrołęki
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Poświęciłem się po raz kolejny, by obejrzeć między północą a 2 w nocy dwa ostatnie odcinki znakomitego rosyjskiego serialu "Idiota...





