Rozradować się w Bogu. Tyle słów, fraz, zdewaluowanych, powtarzanych do znudzenia tak, że nic już nie znaczą. Zapadają w pamięć, a później gdzieś giną, długi czas nie wracają, unikamy ich podświadomie i świadomie, pomijamy pewne miejsca, źródła, w których mogą się pojawić.
Wirujące w świetle lampy nad dźwiękoszczelnymi ekranami pojedyncze, sporawe płatki śniegu, widziane zza tej drugiej, bardziej przyjaznej, wyciszonej strony. Wirują i przybywa ich, robi się coraz więcej i więcej, być może są zapowiedzią większych opadów. Jaśniejsze plamy na zachodnim nocnym niebie. Wysokie, smukłe drzewa, rosnące w dwóch rzędach, za ogrodzeniem opuszczona, otwarta łączka, z kilkoma bezlistnymi drzewami i jedną zimozieloną sosenką, a przy placu zabaw pięć sosenek ledwie widocznych nad ziemią, ukrytych między dwoma rzędami bezlistnych drzew. Cienka warstwa śniegu, ślady ciągniętych sanek, gdzieniegdzie światła w oknach niewysokich bloków. Lekki mróz, chłód, cisza, ani żywej duszy, pół metra nad ziemią ledowe światełka, w oddali szczekanie psa, i dochodzący nie wiadomo skąd zapach ogniska. Kto o tej porze może w mieście rozpalać ognisko? Pobliska wieś, będąca podmiejską sypialnią, jest chyba mimo wszystko zbyt daleko, by mógł się z niej - między gęstą zabudową miejską - przedrzeć zapach zimowego ogniska. Zapach przypominający puszczańskie zimowe wyprawy, z igrającymi pomarańczowymi językami płonących na śniegu polan.
Rześkie powietrze, ożywiające, zmuszające do ruchu, by się rozgrzać, jak na miejskie warunki wyjątkowo świeże; nieopodal ruchliwa szosa, za ekranami, gdzieś niżej. Lekki trucht, aż w końcu udawana ucieczka, zachęta dla przyjaciela - wiernego husky - do ścigania się między drzewami, po cienkiej warstwie śniegu, uciekamy i łapiemy się, jak dzieci. I nieoczekiwane poczucie szczęścia, krótkotrwałego, niewymuszonej radości, z widokiem na wirujące w świetle lamp płatki śniegu, których z każdą chwilą przybywa. I w końcu można stanąć, wznieść oczy ku niebu, ciemnemu niebu, chłonąć lekki wiatr w nozdrza i dziękować Bogu za daną radość. I nagle pojawiająca się myśl, że to właściwie znaczy rozradować się w Panu. Stać przez chwilę, z uniesioną głową, wpatrywać się w niebo, czuć szczypiący mroźny powiew na twarzy i mieć pewność otrzymanego daru.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty
piątek, 14 lutego 2025
środa, 5 czerwca 2024
Dzień Matki
Kilka dni przed Dniem Matki, z przedwojennego, kieszonkowego modlitewnika, z obrazkiem Królowej Korony Polskiej na okładce, o pożółkłych ze starości kartkach, gdy po niego sięgnąłem, wypadło zdjęcie mamy z jej lat szkolnych. Ten stary modlitewnik pokonał drogę z Adamowców na obecnej Białorusi, a niegdyś wsi w województwie wileńskim, poprzez Warszawę, Białystok, aby ponownie trafić do Warszawy. Z fotografii patrzyła na mnie pogodna twarz, z uśmiechniętymi oczami, łagodnie i jakby mimowolnie uśmeichniętymi ustami, z wyraźnie zarysowanymi ciemnymi brwiami, uczennicy technikum ekonomicznego w Białymstoku o kruczoczarnych włosach, w przedziale wiekowym między 16 a 18 lat. Gdy porównuję mamę ze zdjęciami jej rodziców, a moich dziadków, to wyraźnie widzę, że rysy jej twarzy były wypadkową rysów obojga rodziców. Oboje dziadkowie, jak opowiadali krewni i mama, mieli kruczoczarne włosy, jasną karnację i niebieskie oczy. Dziadek - Florian Szpak - urodził się w Adamowcach, w gminie Kozłowszczyzna, powiecie postawskim, województwie wileńskim, w 1902 r., jako syn Mojżesza i Józefy. Babcia - Genowefa Szpak - przyszła na świat w 1911 w Krukowszczyźnie, położonej w gminie Kozłowszczyzna, powiecie postawskim, w województwie wileńskim, jako córka Witalisa i Emilii. Wspomniana fotografia wypadła na kilka dni przed Dniem Matki, który był pierwszym w moim życiu Dniem Matki spędzanym bez mamy. Minęło już pierwsze Boże Narodzenie, pierwsza Wielkanoc, pierwsze urodziny, a teraz nadszedł pierwszy Dzień Matki. Kwietniowa operacja uniemożliwiła mi wyruszenie w drogę, by zapalić świeczkę na grobie rodziców, przystanąć na dłużej, bez pośpiechu, porozmawiać w myślach, odmówić różaniec.
Te "kilka dni" stanowiło jakby powtórzenie ubiegłorocznych "kilku dni", będących ukoronowaniem długoletnich poszukiwań dziadka, który zaginął w roku 1945. 4 marca 2023 r. mieliśmy wypadek, w którym - jak to określili przybyli na miejsce zdarzenia policjanci - tylko cudem nic się nam nie stało. Po potężnym staranowaniu przez pędzącego z szaleńczą prędkością na terenie zabudowanym faceta, który - jak się tłumaczył - nie zauważył świateł - a staliśmy akurat na skrzyżowaniu na czerwonym świetle - wyszliśmy z auta o własnych siłach, bez najmniejszego zadraśnięcia, jedynie ja miałem lekkie skręcenie szyi, niekwalifikujące się nawet do ortopedycznego kołnierza. To była dokładnie dziewiąta rocznica śmierci taty. Dwa dni później, w internetowej bazie straty.pl bez większej nadziei wpisałem dane dziadka i ku mojemu ogromnemu zdumieniu wyświetliło się hasło jemu poświęcone - zgadzało się wszystko - i data i miejsce urodzenia, imię, nazwisko - wraz z informacją o tym, że w dniu 12 marca 1945 r. został pochowany na cmentarzu w Siedlcach. Na kilka dni przed 78 rocznicą śmierci dziadka, i na 6 dni przed rocznicą pochówku. Ukoronowanie 78-letnich poszukiwań. W roku 1946, po ucieczce z Adamowców na fałszywych dokumentach i przyjeździe do Polski, babcia Genowefa udała się do miejscowości Mordy pod Siedlcami, bo tam miał stacjonować Florian, i w Mordach ślad się po nim urywał, jacyś mieszkańcy pamiętali co prawda wysokiego żołnierza o czarnych włosach, niebieskich oczach, który miał chore nogi, nie mógł się poruszać, ale nikt nie wiedział, jakie były jego dalsze losy. W roku 1947 białostocki sąd wydał postanowienie o uznaniu Floriana za zmarłego - wynikało zeń, że miał zginąć w czasie forsowania Nysy Łużyckiej, przy czym słowo "Nysa" zostało zapisane błędnie - "Nissa". Tymczasem w rzeczywistości dziadek nawet tam nie dotarł. Mama i babcia szukały Floriana za pośrednictwem PCK, i mnie się zdarzyło w 2021 r, wystąpić z wnioskiem w tej sprawie do Biura Poszukiwań PCK, w nadziei, że może pojawiły się jakieś nowe dokumenty, nowe dane. Niestety, bez rezultatu. A tego pamiętnego dnia, 6 marca 2023 r., po 78 latach dowidzieliśmy się, że Florian z Mord trafił do szpitala w Siedlcach, tam dokonał żywota, i na wniosek szpitala został pochowany na cmentarzu Janowskim w Siedlcach. Z jednej strony radość, łzy w oczach mamy, a z drugiej świadomość, że odchodził z tego świata zupełnie samotny, prawdopodobnie nikt - poza księdzem i grabarzami - nie towarzyszył mu w ostatniej drodze.
2 maja 2023 r. udało nam się z mamą dotrzeć do Siedlec. Wcześniej skontaktowałem się telefonicznie z księdzem z kancalarii zarządzającej cmentarzem, opowiedziałem pokrótce historię dziadka, ksiądz obiecał, że sprawdzi w księgach parafialnych, i poprosił, bym do niego zadzwonił za 20 minut. Nie minęło jednakże 10 minut, gdy duchowny sam do mnie zadzwonił, powiadamiając, że rzeczywiście na Cmentarzu Janowskim, w dniu 12 marca 1945 r. pochowany został Florian Szpak, ur. 1902 r., ale wątpi, by grób się zachował przez tak długi czas, w sytuacji, gdy nikt się nim nie opiekował, nie był opłacany: - To musiałby być prawdziwy cud. - jak stwierdził. Umówiliśmy się, że przyjedziemy do kancelarii i ksiądz zrobi nam kopię wpisu.
2 maja było dość ciepło, świeciło piękne słońce, od czasu do czasu na niebie pojawiały się niewielkie chmury, nie zapowiadające jednak deszczu. Wyprawę do Siedlec ropoczęliśmy od wizyty w kancelarii mieszczącej się przy kościele pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa Męczennika na ulicy Floriańskiej 3. Zbiegło się zatem dwóch patronów - mój z bierzmowania - św. Stanisław, i dziadka - św. Florian. Na ulicy Floriańskiej uzyskaliśmy kopię wpisu do księgi parafialnej dotyczącego pochówku Floriana. Grobu dziadka oczywiście nie odnaleźliśmy, lecz przy starej drewnianej kaplicy cmentarnej natknęliśmy się na ossarium, w którym złożono szczątki osób pochowanych na tym cmentarzu, wydobyte w czasie kopania nowych grobów. Na tej symbolicznej mogile postanowiliśmy zapalić znicze i pomodlić się dłuższą chwilę. Mama była już wyraźnie słaba, niecałe cztery miesiące później dołaczy do swoich rodziców i brata, choć wtedy jeszcze wszyscy żyliśmy nadzieją, że samą energią, siłą woli, optymizmem, pogodą ducha pokona chorobę.
Te "kilka dni" stanowiło jakby powtórzenie ubiegłorocznych "kilku dni", będących ukoronowaniem długoletnich poszukiwań dziadka, który zaginął w roku 1945. 4 marca 2023 r. mieliśmy wypadek, w którym - jak to określili przybyli na miejsce zdarzenia policjanci - tylko cudem nic się nam nie stało. Po potężnym staranowaniu przez pędzącego z szaleńczą prędkością na terenie zabudowanym faceta, który - jak się tłumaczył - nie zauważył świateł - a staliśmy akurat na skrzyżowaniu na czerwonym świetle - wyszliśmy z auta o własnych siłach, bez najmniejszego zadraśnięcia, jedynie ja miałem lekkie skręcenie szyi, niekwalifikujące się nawet do ortopedycznego kołnierza. To była dokładnie dziewiąta rocznica śmierci taty. Dwa dni później, w internetowej bazie straty.pl bez większej nadziei wpisałem dane dziadka i ku mojemu ogromnemu zdumieniu wyświetliło się hasło jemu poświęcone - zgadzało się wszystko - i data i miejsce urodzenia, imię, nazwisko - wraz z informacją o tym, że w dniu 12 marca 1945 r. został pochowany na cmentarzu w Siedlcach. Na kilka dni przed 78 rocznicą śmierci dziadka, i na 6 dni przed rocznicą pochówku. Ukoronowanie 78-letnich poszukiwań. W roku 1946, po ucieczce z Adamowców na fałszywych dokumentach i przyjeździe do Polski, babcia Genowefa udała się do miejscowości Mordy pod Siedlcami, bo tam miał stacjonować Florian, i w Mordach ślad się po nim urywał, jacyś mieszkańcy pamiętali co prawda wysokiego żołnierza o czarnych włosach, niebieskich oczach, który miał chore nogi, nie mógł się poruszać, ale nikt nie wiedział, jakie były jego dalsze losy. W roku 1947 białostocki sąd wydał postanowienie o uznaniu Floriana za zmarłego - wynikało zeń, że miał zginąć w czasie forsowania Nysy Łużyckiej, przy czym słowo "Nysa" zostało zapisane błędnie - "Nissa". Tymczasem w rzeczywistości dziadek nawet tam nie dotarł. Mama i babcia szukały Floriana za pośrednictwem PCK, i mnie się zdarzyło w 2021 r, wystąpić z wnioskiem w tej sprawie do Biura Poszukiwań PCK, w nadziei, że może pojawiły się jakieś nowe dokumenty, nowe dane. Niestety, bez rezultatu. A tego pamiętnego dnia, 6 marca 2023 r., po 78 latach dowidzieliśmy się, że Florian z Mord trafił do szpitala w Siedlcach, tam dokonał żywota, i na wniosek szpitala został pochowany na cmentarzu Janowskim w Siedlcach. Z jednej strony radość, łzy w oczach mamy, a z drugiej świadomość, że odchodził z tego świata zupełnie samotny, prawdopodobnie nikt - poza księdzem i grabarzami - nie towarzyszył mu w ostatniej drodze.
2 maja 2023 r. udało nam się z mamą dotrzeć do Siedlec. Wcześniej skontaktowałem się telefonicznie z księdzem z kancalarii zarządzającej cmentarzem, opowiedziałem pokrótce historię dziadka, ksiądz obiecał, że sprawdzi w księgach parafialnych, i poprosił, bym do niego zadzwonił za 20 minut. Nie minęło jednakże 10 minut, gdy duchowny sam do mnie zadzwonił, powiadamiając, że rzeczywiście na Cmentarzu Janowskim, w dniu 12 marca 1945 r. pochowany został Florian Szpak, ur. 1902 r., ale wątpi, by grób się zachował przez tak długi czas, w sytuacji, gdy nikt się nim nie opiekował, nie był opłacany: - To musiałby być prawdziwy cud. - jak stwierdził. Umówiliśmy się, że przyjedziemy do kancelarii i ksiądz zrobi nam kopię wpisu.
2 maja było dość ciepło, świeciło piękne słońce, od czasu do czasu na niebie pojawiały się niewielkie chmury, nie zapowiadające jednak deszczu. Wyprawę do Siedlec ropoczęliśmy od wizyty w kancelarii mieszczącej się przy kościele pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa Męczennika na ulicy Floriańskiej 3. Zbiegło się zatem dwóch patronów - mój z bierzmowania - św. Stanisław, i dziadka - św. Florian. Na ulicy Floriańskiej uzyskaliśmy kopię wpisu do księgi parafialnej dotyczącego pochówku Floriana. Grobu dziadka oczywiście nie odnaleźliśmy, lecz przy starej drewnianej kaplicy cmentarnej natknęliśmy się na ossarium, w którym złożono szczątki osób pochowanych na tym cmentarzu, wydobyte w czasie kopania nowych grobów. Na tej symbolicznej mogile postanowiliśmy zapalić znicze i pomodlić się dłuższą chwilę. Mama była już wyraźnie słaba, niecałe cztery miesiące później dołaczy do swoich rodziców i brata, choć wtedy jeszcze wszyscy żyliśmy nadzieją, że samą energią, siłą woli, optymizmem, pogodą ducha pokona chorobę.
niedziela, 2 czerwca 2024
Powroty - Mikaszówka w Puszczy Augustowskiej
Droga na północ, w kierunku trójstyku granic, Puszcza Knyszyńska w majowo-czerwcowej szacie, dziesiątek, może więcej, odcieni
zieleni. W Popiołówce tradycyjnie już odbijamy na Ostrą Górę, dalej w stronę Janowa, przez Połomin, w stronę Bagnów, po drodze mijamy krzyż Kirejczyków, proszących o modlitwę, naprzeciw opuszczony sad z walącymi się ścianami jakiegoś gospodarczego budynku, niewielką łączką mieniącą się soczyście żółtymi mleczami o zapachu wiosennego miodu, tu zwykle robimy krótki postój. Za Bagnami, odbijamy na wschód, szosą prostą jak strzała, carską drogą zbudowaną na przełomie XIX i XX w. z Grodna do twierdzy Osowiec. Z Dąbrowy Białostockiej ruszamy na północ, w stronę Lipska nad Biebrzą, tu już bez trudności łapiemy nie tylko białoruskie stacje radiowe, grające zachodnią muzykę, zapewne jako coś w rodzaju wentylu bezpieczeństwa dla represjonowanego społeczeństwa, ale przy sprzyjajacych warunkach można też pochwycić litewskie stacje. Litewska radiosfera jest o niebo ciekawsza od polskiej, bardziej zróżnicowana, grająca więcej litewskiej muzyki, a z zachodniej - nie wciąż te same zgrane od 20 lat hity, tłuczone przez niemal niczym nieróżniące się od siebie zetki, eremefy, eski. Radio grające klasykę, radio grające jazz, stacja serwująca elektronikę, radio narodowe, coś jakby stara polska Jedynka, litewskie Radio Maryja, z płynącymi zeń melodyjnymi modlitwami w miłym dla ucha, śpiewnym języku litewskim. Za Skieblewem wkraczamy do majestatycznej krainy Puszczy Augustowskiej, niebotycznych sosen i se świerków, po prawej stronie mijamy dwa ukryte sowieckie bunkry z linii Mołotowa powstałej w latach 1940-1941, niedaleko przebiegała granica - na rzece Wołkuszance - miedzy dwiema apokaliptycznymi bestiami - ZSRR i III Rzeszą. Nieco dalej, rozrzucone na zalanych popołudniowym słońcem, łagodnie falujących leśnych polanach, zabudowania Rubcowa. Przed Gruszkami tajemnicze bagienne Cygańskie Mogiłki, następnie na rozleglej słonecznej polanie malownicze Gruszki, stąd już ledwie kilka kilometrów do białoruskiej granicy, na skraju wsi mogiła powstańców styczniowych, wciśnięta między dwie zabudowane działki. Małe, drewniane kapliczki, z daszkami, szybkami i świętymi obrazkami, zawieszone na smukłych sosnach, naprzeciw pomnik i krzyż upamiętniające prężenie działającą na tych terenach Armię Krajową. Rzut kamieniem i jesteśmy w Mikaszówce. Przy śluzie na Kanale Augustowskim kilka grup kajakowiczów, sezon rozpoczety. W latach 50-tych ubiegłego wieku, bywał tutaj Karol Wojtyła ze studentami, w czasie spływów nocwali w tutejszej plebanii, w drewnianym kościółku z 1907 r. przyszły papież odprawiał poranne msze. Trójkątny plac między kościołem a plebanią i zabytkowym murowanym domem dróżnika nad Kanałem, obsadzony modrzewiami, z figurą Matki Boskiej, drewnianymi ławkami, na których - w cieniu wysokich drzew - odpoczywają rowerzyści. Na posesji kościelnej oprócz przejmującej instalacji upamiętniającej ofiary Obławy Augustowskiej, pojawił się w tym roku żelazny mnich, trzymający krzyż i różaniec. Do kościoła wchodzimy na raty, ktoś musi zostać na zewnątrz z Azą. Moja kolej wypada idealnie o 15:00, w porze koronki. Popołudniowe słońce łagodnie sączy się przez okna do bocznych kaplic, dając delikatne światło także w nawie. Zapalam świeczkę przed Jezusem Miłosiernym i Matką Boską Nieustającej Pomocy, poza mną nie ma nikogo, w trakcie modlitwy wchodzi jedynie jakaś dziewczyna, ale kontempluje w ciszy ścienne malowidła i ołtarz. Kościółek w Mikaszówce jest świątynią tego typu, że jak się do niej wejdzie, to trudno zebrać siły i ochotę na to, by z niej wyjść, a kiedy w końcu zdajemy sobie sprawę, że to już jednak pora, by wracać lub by jechać gdzieś dalej, to opuszczamy go z ociąganiem się i wyraźną niechęcią. Ale to już ten czas. Po koronce wstaję, wolnym krokiem zmierzam w kierunku drzwi, rozciągam czas, odwracam się i jeszcze na chwil kilka klękam. Po wyjściu na zewnatrz zachodzę jeszcze do figury Matki Boskiej ustawionej na lewo od kościoła. W końcu ruszamy w stronę Rygola, 3 km na północny wschód od Mikaszówki. Coraz bliżej wyjątkowo nieprzyjaznej granicy. W Rygolu odbijamy na północ, mylimy drogi, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jedziemy w stronę Dworczyska, nawigacja pokazuje między drogą a jeziorem Płaskie mogiłę powstańców styczniowych. Robimy zatem postój, trochę z nawigacją, trochę na intuicję, szukamy tej bratniej mogiły. Niestety nikt nie wpadł na pomysł, by drogę do niej oznakować, a to sprawiłoby, że z pewnością odwiedzałoby ją więcej turystów - w koncu na tej trasie z Rygola do Dworczyska mijamy wielu rowerzystów, biegaczy, a do mogiły idziemy sami. Dopiero po przejściu kilkuset metrów pojawia się oparta o pień sosny drewniana tabliczka z ledwie widocznym napisem "do mogiły powstańców", ale jest tak przekrzywiona, że właściwie to nie wiadomo czy mamy iść prosto czy skręcić w lewo.
Docieramy w końcu nad jezioro Płaskie. Mimo, że nie jest to jeszcze czas wakacji, na niewielkiej plaży przedzielonej ogrodzeniem na część dla użytkowników pola biwakowego i drugą - ogólnodostępną, tłumy. Chwila odpoczynku i decydujemy się wrócić do Mikaszówki, a stamtąd nad Jezioro Mikaszewo. I okazało się to dobrym wyborem, plaża nad jeziorem Mikaszewo jest dużo większa, z przyzwoitą infrastrukturą, drewniane pomosty, ludzi nie mniej, ale na większej przestrzeni każdy znajduje dla siebie miejsce na rozłożenie koca, swobodną kontemplację pięknego jeziora, czytanie, spanie czy kąpiel, nawet Aza odważyła się wejść po raz drugi w swoim husky'owym życiu do wody, byle nie za daleko, byle blisko pana, i byle woda nie sięgała do samego pyszczka.
Docieramy w końcu nad jezioro Płaskie. Mimo, że nie jest to jeszcze czas wakacji, na niewielkiej plaży przedzielonej ogrodzeniem na część dla użytkowników pola biwakowego i drugą - ogólnodostępną, tłumy. Chwila odpoczynku i decydujemy się wrócić do Mikaszówki, a stamtąd nad Jezioro Mikaszewo. I okazało się to dobrym wyborem, plaża nad jeziorem Mikaszewo jest dużo większa, z przyzwoitą infrastrukturą, drewniane pomosty, ludzi nie mniej, ale na większej przestrzeni każdy znajduje dla siebie miejsce na rozłożenie koca, swobodną kontemplację pięknego jeziora, czytanie, spanie czy kąpiel, nawet Aza odważyła się wejść po raz drugi w swoim husky'owym życiu do wody, byle nie za daleko, byle blisko pana, i byle woda nie sięgała do samego pyszczka.
piątek, 31 maja 2024
Powroty - w Różanymstoku
Jeszcze nigdy tak późno nie dotarliśmy do Różanegostoku. Z Sokółki wyruszyliśmy około 19:30, niebo było pochmurne, przez ciężkie deszczeowe chmury z trudem przebijało się zachodzące słońce, festiwal setek odcieni zieleni, falujacych łanów zielonych zbóż, łąk i pastwisk, na horyzoncie ciemniejące masywy zagajników, po zachodniej stronie klin dawnej Puszczy Nowodworskiej, łączący się z Puszczą Knyszyńską. Nowa asfaltowa droga do Dąbrowy Białostockiej omija liczne wioski, przez które kiedyś trzeba było jechać 50 km/h, choć miało to swoj urok. Drewniane domy stojące szczytem do drogi, z bukietami malw pod oknami i innych wielobarwnych kwiatów. Ich uklad pamiętający jeszcze pomiarę włóczną królowej Bony. Kamień z żeliwnym krzyżem w Bierwisze z napisem "Moskal Litwę splądrował, złamawszy mir wieczny, AD 1657". Nierośno, w którym na świat przyszedł ojciec Klimuszko. Teraz te wszystkie malownicze wioski się zostają z boku. Zza okien samochodu widać natomiast porozrzucane po okolicy piękne, estetyczne domy, o jakich większość mieszczuchów może tylko pomarzyć. Z ich tarasów, balkonów, okien roztacza się wspaniały widok na litewskie otwarte, łagodnie wznoszące się i opadające zielone przestrzenie.
Drogowskaz "Różanystok". Odbijamy na wschód. Wąska asfaltowa droga wije się między polami. Przejeżdżamy przez tory z Sokółki do Suwałk, i dalej prowadzące na Litwę. Już niedaleko granica białoruska. Z wieży różanostockiego kościoła, przy dobrej widoczności, można podobno dostrzec blokowiska Grodna.
Opustoszały parking przed świątynią. Wjeżdżamy w wąską wewnętrzną uliczkę. Przed schodami stoi mężczyzna z dużym wilczurem, na pobliskim trawniku trójka dzieci z rowerami uskutecznia wieczorne zabawy, pod dawny budynek klasztorny dominikanów podjeżdżają dwa auta na zachodniopomorskich numerach. W końcu zabudowania klasztorne są ciekawie odnawiane, różowawe, pastelowe barwy elewacji przenoszą w czasy różanostockiej świetności. Słynący łaskami, cudowny obraz Matki Boskiej wisiał początkowo w jednym z pomieszczeń dworu Tyszkiewiczów, mających tu swoją siedzibę. Gdy kult się rozszerzał, do opieki nad obrazem sprowadzeni zostali dominikanie z nie tak bardzo odległych Sejn. Działo sie to w XVII w. W czasie zaborów Rosjanie przepędzili zakonników, a po Powstaniu Styczniowym kościół zamieniono na cerkiew prawosławną, zaś do klasztoru sprowadzono mniszki, którym car wzniósł dodatkową cerkiew i nowe budynki klasztorne. Mniszki miały szerzyć carskie prawosławie, skierowane przede wszystkim do dawnych unitów. Unię Brzeską skasowano na tych terenach w 1839 r. W roku 1915 mniszki opuszczając przed zbliżającymi sie Niemcami Różanystok i wyruszając w głąb Imperium zabrały ze sobą cudowny obraz Matki Boskiej, który do dziś nie powrócił na swoje miejsce. Ten, który widzimy w kosciele jest jedynie kopią. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r., do Różanegostoku wprowadzili sie salezjanie, i oni dziś zawiadują sanktuarium oraz prowadzą młodzieżowy ośrodek wychowawczy.
Wchodzę do pustego kościoła, klękam przed obrazem, tuż po mnie przychodzi jeszcze starsza kobieta, modląca się na Różańcu. Niezmącona najdrobniejszym hałasem cisza, spokój, w świątyni zapada półmrok, jest już sporo po 20:00, światło bije jedynie od obrazu Matki Boskiej i Jezusa w przeciwległej bocznej nawie. Gdy robię zdjecia, by mieć je w telefonie, i wracać dzięki nim do tego niezwykłego miejsca, gdy będę fizycznie daleko, kobieta przerywa modlitwę i informuje mnie, że w którym miejscu bym nie stanął Matka Boska będzie wodzić za mną spojrzeniem. Ciekawy malarski efekt. Gdy już nawiązaliśmy rozmowę, kobieta prowadzi mnie do kaplicy adoracji, na prawo od ołtarza głównego. Wystawiony jest w niej Najświętszy Sakrament w monstrancji w kształcie Matki Boskiej, Hostia w łonie Matki. Kilka chwil modlitwy, bo mam wrażenie, że kościół będzie już lada moment zamykany. Wychodzimy do nawy bocznej i moja przewodniczka opowiada o tym, jak została zaproszona przez Matkę Bożą do Medjugorie, i o swojej tam wyprawie, o żelaznej figurze Jezusa, z którego nogi wypływa nieznana ciecz, o tym, jak żegnając się z Nim, objęła Go i pod dłonią poczuła żywe, bijące serce. O cudownych zapachach rozprzestrzeniających się po kościele w czasie udzielenia komunii, w czasie odmawianej koronki, o ojcu Pio przechadzającym się po zakończonej Eucharystii po nawie głównej. Stoimy jeszcze chwilę i rozmawiamy przed kościołem, na pożegnanie kobieta mnie jeszcze błogosławi, kreśląc znak krzyża na czole. Pewnie jeszcze kiedyś się spotkamy, choć teraz bywam tu zmacznie rzadziej. Powoli zapada zmrok, a przed nami jeszcze droga do Białegostoku. Dobranoc Panie Jezu.
Drogowskaz "Różanystok". Odbijamy na wschód. Wąska asfaltowa droga wije się między polami. Przejeżdżamy przez tory z Sokółki do Suwałk, i dalej prowadzące na Litwę. Już niedaleko granica białoruska. Z wieży różanostockiego kościoła, przy dobrej widoczności, można podobno dostrzec blokowiska Grodna.
Opustoszały parking przed świątynią. Wjeżdżamy w wąską wewnętrzną uliczkę. Przed schodami stoi mężczyzna z dużym wilczurem, na pobliskim trawniku trójka dzieci z rowerami uskutecznia wieczorne zabawy, pod dawny budynek klasztorny dominikanów podjeżdżają dwa auta na zachodniopomorskich numerach. W końcu zabudowania klasztorne są ciekawie odnawiane, różowawe, pastelowe barwy elewacji przenoszą w czasy różanostockiej świetności. Słynący łaskami, cudowny obraz Matki Boskiej wisiał początkowo w jednym z pomieszczeń dworu Tyszkiewiczów, mających tu swoją siedzibę. Gdy kult się rozszerzał, do opieki nad obrazem sprowadzeni zostali dominikanie z nie tak bardzo odległych Sejn. Działo sie to w XVII w. W czasie zaborów Rosjanie przepędzili zakonników, a po Powstaniu Styczniowym kościół zamieniono na cerkiew prawosławną, zaś do klasztoru sprowadzono mniszki, którym car wzniósł dodatkową cerkiew i nowe budynki klasztorne. Mniszki miały szerzyć carskie prawosławie, skierowane przede wszystkim do dawnych unitów. Unię Brzeską skasowano na tych terenach w 1839 r. W roku 1915 mniszki opuszczając przed zbliżającymi sie Niemcami Różanystok i wyruszając w głąb Imperium zabrały ze sobą cudowny obraz Matki Boskiej, który do dziś nie powrócił na swoje miejsce. Ten, który widzimy w kosciele jest jedynie kopią. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r., do Różanegostoku wprowadzili sie salezjanie, i oni dziś zawiadują sanktuarium oraz prowadzą młodzieżowy ośrodek wychowawczy.
Wchodzę do pustego kościoła, klękam przed obrazem, tuż po mnie przychodzi jeszcze starsza kobieta, modląca się na Różańcu. Niezmącona najdrobniejszym hałasem cisza, spokój, w świątyni zapada półmrok, jest już sporo po 20:00, światło bije jedynie od obrazu Matki Boskiej i Jezusa w przeciwległej bocznej nawie. Gdy robię zdjecia, by mieć je w telefonie, i wracać dzięki nim do tego niezwykłego miejsca, gdy będę fizycznie daleko, kobieta przerywa modlitwę i informuje mnie, że w którym miejscu bym nie stanął Matka Boska będzie wodzić za mną spojrzeniem. Ciekawy malarski efekt. Gdy już nawiązaliśmy rozmowę, kobieta prowadzi mnie do kaplicy adoracji, na prawo od ołtarza głównego. Wystawiony jest w niej Najświętszy Sakrament w monstrancji w kształcie Matki Boskiej, Hostia w łonie Matki. Kilka chwil modlitwy, bo mam wrażenie, że kościół będzie już lada moment zamykany. Wychodzimy do nawy bocznej i moja przewodniczka opowiada o tym, jak została zaproszona przez Matkę Bożą do Medjugorie, i o swojej tam wyprawie, o żelaznej figurze Jezusa, z którego nogi wypływa nieznana ciecz, o tym, jak żegnając się z Nim, objęła Go i pod dłonią poczuła żywe, bijące serce. O cudownych zapachach rozprzestrzeniających się po kościele w czasie udzielenia komunii, w czasie odmawianej koronki, o ojcu Pio przechadzającym się po zakończonej Eucharystii po nawie głównej. Stoimy jeszcze chwilę i rozmawiamy przed kościołem, na pożegnanie kobieta mnie jeszcze błogosławi, kreśląc znak krzyża na czole. Pewnie jeszcze kiedyś się spotkamy, choć teraz bywam tu zmacznie rzadziej. Powoli zapada zmrok, a przed nami jeszcze droga do Białegostoku. Dobranoc Panie Jezu.
środa, 22 maja 2024
Do Wołkusza
Te podróże na północny wschód, od czerwca 2020 r., kiedy to po raz pierwszy trafiliśmy do Muzeum bł. Marianny Biernackiej w Lipsku nad Biebrzą, a następnie do Skieblewa, Rubcowa, Gruszek, Mikaszówki, stały się jak uzależnienie. Mogliśmy tam jeździć co weekend, pod byle pretekstem, a to odnalezienia mogiły powstańców styczniowych w Skieblewie, a to zbierania jagód, grzybów, poziomek w okolicach Rubcowa, czy ziół, jak choćby babka lancetowata. A już obowiązkowym punktem każdej wyprawy był kościółek w Mikaszówce, i dluższa przedwieczorna modlitwa w tej urokliwej drewnianej świątyni pod wezwaniem św. Marii Magdaleny, w rozświetlonej promieniami popołudniowego słońca nawie, przed obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy, przed którym zapalałem świeczkę, i przy kaplicy z obrazem św. Antoniego Padewskiego, albo św. Józefa, Jezusa Miłosiernego. Następnie krótki odpoczynek na ławce na placyku przed kościołem, w otulinie zpachu sosen. A stąd już powrót.
Za Skieblewem, drogi rozchodzą się w stronę Płaskiej i w stronę Żabickich. Skręcamy na północny wschód, w Żabickich nad wsią na stoku wzgórza góruje bunkier będący pozostałością linii Mołotowa powstałej wzdłuż dawnej linii demarkacyjnej między ZSRR a III Rzeszą. Góruje i nadal budzi grozę, na tle ciemniejącego przedburzowo nieba. Dalej szutrówką jedziemy przez Starożyńce, w stronę Wołkusza. Starożyńće wyglądają niemal jak żywcem wyjęte z "Nad Niemnem" - na wzgórzach, wokół falujący krajobraz, zagajniki i ciemniejący masyw Puszczy Augustowskiej, a z drugiej strony świadomość, że w pobliżu znajduje się nieprzyjazna granica, a nieco dalej trójstyk granic, i jak najbardziej przyjazna Litwa. To są te słynne litewskie krajobrazy, które zaczynają się już na północncych rogatkach Białegostoku. Teraz te tereny nie są już tak łatwo dostępne, ale jeszcze wtedy, gdy jechaliśmy tą trasą po raz pierwszy, przez Wołkusz, Lubinowo do Rudawki, w lesie można było spotkać jedynie spłoszoną zwierzynę. Mimo, że był to kwiecień, za Lubinowem rozpadał się śnieg, na Suwalszczyźnie to w zasadzie o tej proze roku nic nadzwyczajnego. W Wołkuszu przejeżdżamy przez drewniany most nad rzeczką Wołkuszanką, która w latach 1939 - 1941 była rzeką graniczną między ZSRR a III Rzeszą. Nad brzegiem rzeki stoi kapliczka słupowa ze św. Janem Nepomucenem. W opracowaniu autorstwa Józefy Drozdowskiej pod tytułem "Kapliczki św. Jana Nepomucena na terenie powiatu augustowskiego" opublikowanym w "Biuletynie Konserwatorskim Województwa Podlaskiego", nr 12, 2006, na temat tej kapliczki czytamy: "Korzeni kultu św. Jana Nepomucena w Wołkuszu, wsi leżącej w pobliżu granicy z Białorusią na ziemi lipskiej, można szukać w wieku XIX. Tak bowiem datowana jest sotjąca nad rzeczką Wołkuszanką słupowa kapliczka. Została wykonana w 1898 r. z jednego pnia drzewa przez Rogalińskiego, zarządcę dworu u Aleksandra Świeczyna w Lubinowie. Wspiera się na podwójnie profilowanym słupie. Figurkę do niej właściciel majątku zamówił u jakiegoś starego człowieka. Stała w tym miejscu aż do 1939 r. Wówczas, w trakcie wytyczania linii demarkacyjnej między ZSRR a III Rzeszą, fugura wypadła z kapliczki i zaginęła. Stara kapliczka nadal tu stoi. Cztery lata temu, dzięki zainteresowaniu Jana Niechciela - kameduły krakowskiego pochodzącego z tej wsi, wykonano nową figurkę. Wyrzeźbił ją Stanisław Szyper z Lipska nad Biebrzą. Św. Jan Nepomucen ubrany jest w czarną sutannę i białą komżę. Ustawiony frontalnie, prawą rękę ma opuszczoną wzdłuż ciała, lewą zaś przytrzymuje oparty o pierś brązowy krzyż. Świątek jest tak umieszczony, by był widoczny w środkowym jej przeźroczu. Kapliczka jest bardzo zniszczona, szczególnie jej górna część. Ustawiona jest na łące w pobliżu wijącej się rzeczki Wołkuszanki. Prowadzi do niej ścieżka od drewnianego mostu.".
W Wołkuszu zwracamy też uwagę na kamienną grotę z figurą Matki Boskiej, przed nią ławeczka, na której w maju zasiadają miejscowe panie i zanurzają się w melodii Litanii Loretańskiej. Dalej, jadąc w Stronę Lubinowa, mijamy zawieszoną na sośnie drewnianą kapliczkę z daszkiem, ale za zamazaną szybką nie sposób dopatrzeć się ani świątka, ani świętego obrazka, a jedynie poniżej niej wisi sfatygowany kolorowy koszyk na kwiaty, co razem tworzy tajemniczą całość.
W tym miejscu warto się jeszcze na chwilę zatrzymać nad etymologią nazw tutejszych miejscowści i ich historią. W opracowaniu pod tytułem "Studia i materiały do dziejów Pojezierza Augusotwskiego" pracy zbiorowej pod redakcją Jerzego Antoniewicza z 1967 r., w odniesieniu do wspomnianej wsi Starożyńce czytamy: "List królewski z 1527 r. wspomina, że puszczy strzegą osoczniki i storoże (może od nich pochodził ród chłopów Storożyńców, który osiadł pod cofającą się puszczą nad bagnami Wołkuszy we wsi Storożyńce - dziś Starożyńce)". Z tej też mongrafii dowiadujemy się, że siedzibę leśniczego perstuńskiego umieszczono "w nowym dworze Wołkusz, zbudowanym między 1561 a 1569 r. na skraju puszczy, na zachodnim brzegu rzeki Wołkusz przy młynie i na drodze do Augustowa - dziś wieś Wołkusz". Co ciekawe, kameduli szukając nowych źródeł dochodów, idąc w ślady szlachty zakładającej w swoich dobrach liczne karczmy, też zaczęli je zakładać w puszczy, a jedną zbudowali koło młyna w Wołkuszu. Natomiast w XVIII w. pod Wołkuszem - dziś leśniczówka Wołkusz - zamieszkał strażnik wołkuski. We wcześniejszych wiekach strzelcy mieszkali w zwartych wsiach i byli właściwie chłopami, którzy w puszczy mieli obowiązki tylko w pewnych okresach - w czasie łowów, nowi zaś strzelcy mieszkali samotnie i byli zajęci głównie służbą w puszczy.
Bliskość styku granic pobudza wyobraźnię, trzy państwa i trzy rożne światy. Od dawna fascynuje mnie historia i kultura Litwy, Białoruś mimo swojej bliskości geograficznej jest światem, którego tak naprawdę nie jestem sobie nawet w stanie wyobrazić, życie w poczuciu wolności i bezpieczeństwa wydaje się tam być całkowicie niemożliwe. Nie wiem czy obecna Białoruś nie jest krajem dużo bardziej totalitarnym niż w schyłkowym okresie ZSRR, kiedy to w roku 1988, będąc jeszcze uczniem szkoły podstawowej, razem z rodzicami, odwiedziłem krewnych w okolicach Głębokiego. Chciałbym doczekać czasów, gdy granica z Białorusią, będzie granicą tak przyjazną jak granica z Litwą.
Za Skieblewem, drogi rozchodzą się w stronę Płaskiej i w stronę Żabickich. Skręcamy na północny wschód, w Żabickich nad wsią na stoku wzgórza góruje bunkier będący pozostałością linii Mołotowa powstałej wzdłuż dawnej linii demarkacyjnej między ZSRR a III Rzeszą. Góruje i nadal budzi grozę, na tle ciemniejącego przedburzowo nieba. Dalej szutrówką jedziemy przez Starożyńce, w stronę Wołkusza. Starożyńće wyglądają niemal jak żywcem wyjęte z "Nad Niemnem" - na wzgórzach, wokół falujący krajobraz, zagajniki i ciemniejący masyw Puszczy Augustowskiej, a z drugiej strony świadomość, że w pobliżu znajduje się nieprzyjazna granica, a nieco dalej trójstyk granic, i jak najbardziej przyjazna Litwa. To są te słynne litewskie krajobrazy, które zaczynają się już na północncych rogatkach Białegostoku. Teraz te tereny nie są już tak łatwo dostępne, ale jeszcze wtedy, gdy jechaliśmy tą trasą po raz pierwszy, przez Wołkusz, Lubinowo do Rudawki, w lesie można było spotkać jedynie spłoszoną zwierzynę. Mimo, że był to kwiecień, za Lubinowem rozpadał się śnieg, na Suwalszczyźnie to w zasadzie o tej proze roku nic nadzwyczajnego. W Wołkuszu przejeżdżamy przez drewniany most nad rzeczką Wołkuszanką, która w latach 1939 - 1941 była rzeką graniczną między ZSRR a III Rzeszą. Nad brzegiem rzeki stoi kapliczka słupowa ze św. Janem Nepomucenem. W opracowaniu autorstwa Józefy Drozdowskiej pod tytułem "Kapliczki św. Jana Nepomucena na terenie powiatu augustowskiego" opublikowanym w "Biuletynie Konserwatorskim Województwa Podlaskiego", nr 12, 2006, na temat tej kapliczki czytamy: "Korzeni kultu św. Jana Nepomucena w Wołkuszu, wsi leżącej w pobliżu granicy z Białorusią na ziemi lipskiej, można szukać w wieku XIX. Tak bowiem datowana jest sotjąca nad rzeczką Wołkuszanką słupowa kapliczka. Została wykonana w 1898 r. z jednego pnia drzewa przez Rogalińskiego, zarządcę dworu u Aleksandra Świeczyna w Lubinowie. Wspiera się na podwójnie profilowanym słupie. Figurkę do niej właściciel majątku zamówił u jakiegoś starego człowieka. Stała w tym miejscu aż do 1939 r. Wówczas, w trakcie wytyczania linii demarkacyjnej między ZSRR a III Rzeszą, fugura wypadła z kapliczki i zaginęła. Stara kapliczka nadal tu stoi. Cztery lata temu, dzięki zainteresowaniu Jana Niechciela - kameduły krakowskiego pochodzącego z tej wsi, wykonano nową figurkę. Wyrzeźbił ją Stanisław Szyper z Lipska nad Biebrzą. Św. Jan Nepomucen ubrany jest w czarną sutannę i białą komżę. Ustawiony frontalnie, prawą rękę ma opuszczoną wzdłuż ciała, lewą zaś przytrzymuje oparty o pierś brązowy krzyż. Świątek jest tak umieszczony, by był widoczny w środkowym jej przeźroczu. Kapliczka jest bardzo zniszczona, szczególnie jej górna część. Ustawiona jest na łące w pobliżu wijącej się rzeczki Wołkuszanki. Prowadzi do niej ścieżka od drewnianego mostu.".
W Wołkuszu zwracamy też uwagę na kamienną grotę z figurą Matki Boskiej, przed nią ławeczka, na której w maju zasiadają miejscowe panie i zanurzają się w melodii Litanii Loretańskiej. Dalej, jadąc w Stronę Lubinowa, mijamy zawieszoną na sośnie drewnianą kapliczkę z daszkiem, ale za zamazaną szybką nie sposób dopatrzeć się ani świątka, ani świętego obrazka, a jedynie poniżej niej wisi sfatygowany kolorowy koszyk na kwiaty, co razem tworzy tajemniczą całość.
W tym miejscu warto się jeszcze na chwilę zatrzymać nad etymologią nazw tutejszych miejscowści i ich historią. W opracowaniu pod tytułem "Studia i materiały do dziejów Pojezierza Augusotwskiego" pracy zbiorowej pod redakcją Jerzego Antoniewicza z 1967 r., w odniesieniu do wspomnianej wsi Starożyńce czytamy: "List królewski z 1527 r. wspomina, że puszczy strzegą osoczniki i storoże (może od nich pochodził ród chłopów Storożyńców, który osiadł pod cofającą się puszczą nad bagnami Wołkuszy we wsi Storożyńce - dziś Starożyńce)". Z tej też mongrafii dowiadujemy się, że siedzibę leśniczego perstuńskiego umieszczono "w nowym dworze Wołkusz, zbudowanym między 1561 a 1569 r. na skraju puszczy, na zachodnim brzegu rzeki Wołkusz przy młynie i na drodze do Augustowa - dziś wieś Wołkusz". Co ciekawe, kameduli szukając nowych źródeł dochodów, idąc w ślady szlachty zakładającej w swoich dobrach liczne karczmy, też zaczęli je zakładać w puszczy, a jedną zbudowali koło młyna w Wołkuszu. Natomiast w XVIII w. pod Wołkuszem - dziś leśniczówka Wołkusz - zamieszkał strażnik wołkuski. We wcześniejszych wiekach strzelcy mieszkali w zwartych wsiach i byli właściwie chłopami, którzy w puszczy mieli obowiązki tylko w pewnych okresach - w czasie łowów, nowi zaś strzelcy mieszkali samotnie i byli zajęci głównie służbą w puszczy.
Bliskość styku granic pobudza wyobraźnię, trzy państwa i trzy rożne światy. Od dawna fascynuje mnie historia i kultura Litwy, Białoruś mimo swojej bliskości geograficznej jest światem, którego tak naprawdę nie jestem sobie nawet w stanie wyobrazić, życie w poczuciu wolności i bezpieczeństwa wydaje się tam być całkowicie niemożliwe. Nie wiem czy obecna Białoruś nie jest krajem dużo bardziej totalitarnym niż w schyłkowym okresie ZSRR, kiedy to w roku 1988, będąc jeszcze uczniem szkoły podstawowej, razem z rodzicami, odwiedziłem krewnych w okolicach Głębokiego. Chciałbym doczekać czasów, gdy granica z Białorusią, będzie granicą tak przyjazną jak granica z Litwą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...




















































