Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 maja 2024

Do Wołkusza

Te podróże na północny wschód, od czerwca 2020 r., kiedy to po raz pierwszy trafiliśmy do Muzeum bł. Marianny Biernackiej w Lipsku nad Biebrzą, a następnie do Skieblewa, Rubcowa, Gruszek, Mikaszówki, stały się jak uzależnienie. Mogliśmy tam jeździć co weekend, pod byle pretekstem, a to odnalezienia mogiły powstańców styczniowych w Skieblewie, a to zbierania jagód, grzybów, poziomek w okolicach Rubcowa, czy ziół, jak choćby babka lancetowata. A już obowiązkowym punktem każdej wyprawy był kościółek w Mikaszówce, i dluższa przedwieczorna modlitwa w tej urokliwej drewnianej świątyni pod wezwaniem św. Marii Magdaleny, w rozświetlonej promieniami popołudniowego słońca nawie, przed obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy, przed którym zapalałem świeczkę, i przy kaplicy z obrazem św. Antoniego Padewskiego, albo św. Józefa, Jezusa Miłosiernego. Następnie krótki odpoczynek na ławce na placyku przed kościołem, w otulinie zpachu sosen. A stąd już powrót.

Za Skieblewem, drogi rozchodzą się w stronę Płaskiej i w stronę Żabickich. Skręcamy na północny wschód, w Żabickich nad wsią na stoku wzgórza góruje bunkier będący pozostałością linii Mołotowa powstałej wzdłuż dawnej linii demarkacyjnej między ZSRR a III Rzeszą. Góruje i nadal budzi grozę, na tle ciemniejącego przedburzowo nieba. Dalej szutrówką jedziemy przez Starożyńce, w stronę Wołkusza. Starożyńće wyglądają niemal jak żywcem wyjęte z "Nad Niemnem" - na wzgórzach, wokół falujący krajobraz, zagajniki i ciemniejący masyw Puszczy Augustowskiej, a z drugiej strony świadomość, że w pobliżu znajduje się nieprzyjazna granica, a nieco dalej trójstyk granic, i jak najbardziej przyjazna Litwa. To są te słynne litewskie krajobrazy, które zaczynają się już na północncych rogatkach Białegostoku. Teraz te tereny nie są już tak łatwo dostępne, ale jeszcze wtedy, gdy jechaliśmy tą trasą po raz pierwszy, przez Wołkusz, Lubinowo do Rudawki, w lesie można było spotkać jedynie spłoszoną zwierzynę. Mimo, że był to kwiecień, za Lubinowem rozpadał się śnieg, na Suwalszczyźnie to w zasadzie o tej proze roku nic nadzwyczajnego. W Wołkuszu przejeżdżamy przez drewniany most nad rzeczką Wołkuszanką, która w latach 1939 - 1941 była rzeką graniczną między ZSRR a III Rzeszą. Nad brzegiem rzeki stoi kapliczka słupowa ze św. Janem Nepomucenem. W opracowaniu autorstwa Józefy Drozdowskiej pod tytułem "Kapliczki św. Jana Nepomucena na terenie powiatu augustowskiego" opublikowanym w "Biuletynie Konserwatorskim Województwa Podlaskiego", nr 12, 2006, na temat tej kapliczki czytamy: "Korzeni kultu św. Jana Nepomucena w Wołkuszu, wsi leżącej w pobliżu granicy z Białorusią na ziemi lipskiej, można szukać w wieku XIX. Tak bowiem datowana jest sotjąca nad rzeczką Wołkuszanką słupowa kapliczka. Została wykonana w 1898 r. z jednego pnia drzewa przez Rogalińskiego, zarządcę dworu u Aleksandra Świeczyna w Lubinowie. Wspiera się na podwójnie profilowanym słupie. Figurkę do niej właściciel majątku zamówił u jakiegoś starego człowieka. Stała w tym miejscu aż do 1939 r. Wówczas, w trakcie wytyczania linii demarkacyjnej między ZSRR a III Rzeszą, fugura wypadła z kapliczki i zaginęła. Stara kapliczka nadal tu stoi. Cztery lata temu, dzięki zainteresowaniu Jana Niechciela - kameduły krakowskiego pochodzącego z tej wsi, wykonano nową figurkę. Wyrzeźbił ją Stanisław Szyper z Lipska nad Biebrzą. Św. Jan Nepomucen ubrany jest w czarną sutannę i białą komżę. Ustawiony frontalnie, prawą rękę ma opuszczoną wzdłuż ciała, lewą zaś przytrzymuje oparty o pierś brązowy krzyż. Świątek jest tak umieszczony, by był widoczny w środkowym jej przeźroczu. Kapliczka jest bardzo zniszczona, szczególnie jej górna część. Ustawiona jest na łące w pobliżu wijącej się rzeczki Wołkuszanki. Prowadzi do niej ścieżka od drewnianego mostu.".

W Wołkuszu zwracamy też uwagę na kamienną grotę z figurą Matki Boskiej, przed nią ławeczka, na której w maju zasiadają miejscowe panie i zanurzają się w melodii Litanii Loretańskiej. Dalej, jadąc w Stronę Lubinowa, mijamy zawieszoną na sośnie drewnianą kapliczkę z daszkiem, ale za zamazaną szybką nie sposób dopatrzeć się ani świątka, ani świętego obrazka, a jedynie poniżej niej wisi sfatygowany kolorowy koszyk na kwiaty, co razem tworzy tajemniczą całość.

W tym miejscu warto się jeszcze na chwilę zatrzymać nad etymologią nazw tutejszych miejscowści i ich historią. W opracowaniu pod tytułem "Studia i materiały do dziejów Pojezierza Augusotwskiego" pracy zbiorowej pod redakcją Jerzego Antoniewicza z 1967 r., w odniesieniu do wspomnianej wsi Starożyńce czytamy: "List królewski z 1527 r. wspomina, że puszczy strzegą osoczniki i storoże (może od nich pochodził ród chłopów Storożyńców, który osiadł pod cofającą się puszczą nad bagnami Wołkuszy we wsi Storożyńce - dziś Starożyńce)". Z tej też mongrafii dowiadujemy się, że siedzibę leśniczego perstuńskiego umieszczono "w nowym dworze Wołkusz, zbudowanym między 1561 a 1569 r. na skraju puszczy, na zachodnim brzegu rzeki Wołkusz przy młynie i na drodze do Augustowa - dziś wieś Wołkusz". Co ciekawe, kameduli szukając nowych źródeł dochodów, idąc w ślady szlachty zakładającej w swoich dobrach liczne karczmy, też zaczęli je zakładać w puszczy, a jedną zbudowali koło młyna w Wołkuszu. Natomiast w XVIII w. pod Wołkuszem - dziś leśniczówka Wołkusz - zamieszkał strażnik wołkuski. We wcześniejszych wiekach strzelcy mieszkali w zwartych wsiach i byli właściwie chłopami, którzy w puszczy mieli obowiązki tylko w pewnych okresach - w czasie łowów, nowi zaś strzelcy mieszkali samotnie i byli zajęci głównie służbą w puszczy.

Bliskość styku granic pobudza wyobraźnię, trzy państwa i trzy rożne światy. Od dawna fascynuje mnie historia i kultura Litwy, Białoruś mimo swojej bliskości geograficznej jest światem, którego tak naprawdę nie jestem sobie nawet w stanie wyobrazić, życie w poczuciu wolności i bezpieczeństwa wydaje się tam być całkowicie niemożliwe. Nie wiem czy obecna Białoruś nie jest krajem dużo bardziej totalitarnym niż w schyłkowym okresie ZSRR, kiedy to w roku 1988, będąc jeszcze uczniem szkoły podstawowej, razem z rodzicami, odwiedziłem krewnych w okolicach Głębokiego. Chciałbym doczekać czasów, gdy granica z Białorusią, będzie granicą tak przyjazną jak granica z Litwą.

czwartek, 18 stycznia 2024

Ponownie wkracza historia - wielka i mniejsza - wspomnienia (część 8)

Nastoletnia dziewczyna, mimo wszystkich napotykanych trudności, usiłowała żyć normalnym życiem, tak jak większość jej koleżanek, mających oboje rodziców, rodzeństwo, i mieszkających od urodzenia w Białymstoku. Chwile beztroski, szczęścia, radości z rzeczy małych i zwyczajnych nie były obce i Florentynie. Pewnego czerwcowego dnia 1956 roku, będąc już szesnastolatką, umówiła się z koleżanką do kina Pokój w Białymstoku – na jaki film, tego już niestety sobie nie przypomnę, choć mama pamiętała go doskonale i mówiła mi o nim. No cóż, to żadna tajemnica, że osoby starsze mają dużo lepszą pamięć, zwłaszcza odnoszącą się do wydarzeń z czasów ich dzieciństwa czy wczesnej młodości. Po seansie dziewczęta wybrały się jeszcze na lody na ulicy Lipowej, czerwcowe wieczory są długie i jasne, a do domu na ulicy Sienkiewicza droga nie tak wcale daleka. A jeszcze w tych czasach na ulicy Lipowej można było spotkać dużo więcej spacerowiczów niż obecnie. Całe życie koncentrowało się przede wszystkim na tej właśnie ulicy, tu się spotykało znajomych, tu się spacerowało do zmierzchu, tu były kina, sklepy, ulica Lipowa była takim nieoficjalnym deptakiem na przestrzeni między Farą a Kościołem Rocha. W pewnym momencie dało się słyszeć jakiś hałas, szum, i oczom dziewczyn ukazał się tłum ludzi zmierzających w stronę domu partii, wznoszących okrzyki nawiązujące do wydarzeń Poznańskiego Czerwca, skandujących też - Węgrzy z nami! Był to bowiem czas, gdy po wydarzeniach poznańskich, Węgrzy organizowali manifestacje wspierające Polaków pod pomnikiem Józefa Bema w Budapeszcie. Dziewczęta nie mogły poskromić ciekawości i odmówić sobie obserwowania dalszego przebiegu tej manifestacji, było to coś zupełnie nowego, nieoczekiwanego, a ówczesna młodzież miała zdaje się jednak dużo większe zrozumienie wydarzeń politycznych i była bardziej patriotycznie nastawiona, mimo czasów niesprzyjających otwartemu okazywaniu patriotyzmu. Tłum gęstniał pod domem partii. Porządku pilnowało wojsko. W pewnym momencie doszło do swoistego zbratania się protestujących i żołnierzy. Manifestanci wznosili okrzyki – „Wojsko z nami!”, i nieoczekiwanie zaczęli podrzucać do góry dowódcę zgromadzonych pod domem partii żołnierzy.

Aż nagle Florentyna dostrzegła w grupie protestujących swojego brata – Oswalda - ich spojrzenia się spotkały i starszy brat zrobiwszy groźną minę pogroził siostrze, dając jej do zrozumienia, by stąd uciekała i broń Boże, nie wspominała w domu mamie o tym, że widziała go w tłumie demonstrantów. Już raz mama zmuszona była pójść na komisariat przy ulicy Sobieskiego 2, w którym przetrzymywano Oswalda, gdy wraz z kolegami znalazł pistolet w magazynach wojskowych niedaleko Dworca Fabrycznego. Genowefie wystarczyła strata ukochanego męża, który nie wrócił z wojny, dzieci więc strzegła jak oka w głowie, niepokoiła się i martwiła o nie. W tej okrojonej rodzinie panowała atmosfera prawdziwej miłości, zresztą to nie była tylko kwestia atmosfery, tę miłość okazywano sobie przede wszystkim na co dzień czynami, choć i słów serdecznych nigdy nie brakowało.

Następny raz wielka historia wkroczy w życie Florentyny w latach 80-tych, gdy - pracując w banku przy Rynku Kościuszki - zostanie członkinią NSZZ „Solidarność” w okresie jej legalnego funkcjonowania. Jedyną szykaną jakiej dozna z tego tytułu będzie pozbawienie jej premii, na wniosek zresztą podobno dobrego kolegi z wydziału. Mama nie miała o to do niego później pretensji, byli na ty, w czasie przypadkowych spotkań na ulicy rozmawiali ze sobą jak gdyby nigdy nic, była też na ślubie i weselu jego córki, jako matka chrzestna męża owej córki. Czas tej pierwszej „Solidarności” był o tyle ciekawy, że mimo wyraźnych podziałów narodowościowych i wyznaniowych na Białostocczyźnie, do NSZZ razem z mamą wstąpiła koleżanka z pokoju wyznania prawosławnego. Później ten cenny kapitał został zaprzepaszczony, tak jak to się w Polsce często dzieje z kapitałem społecznym i w innych dziedzinach.

W swoje rodzinne strony Florentyna wyruszyła będąc już dorosłą osobą, bo w roku 1968, a więc mając lat 28. Pojechała samotnie, do Postaw, do Głębokiego, Mosarza, nie dotarła jedynie do rodzinnej wsi – do Adamowców. Nie uczyniła też tego w roku 1988, gdy była tam z mężem i synem w odwiedzinach u swojej matki chrzestnej w Szuniowcach w pobliżu Głębokiego – Weroniki Goraczko i jej męża Michała Goraczko. Weronika była katoliczką i uważała się za Polkę, a jej mąż Michał mówił, że jest prawosławnym Białorusem, przed wojną służył w polskim wojsku, władał piękną polszczyzną, to byli bardzo serdeczni ludzie. Gdy we wrześniu 1988 r. wybraliśmy się z Szuniowców do Wilna, odwiedziliśmy kaplicę w Ostrej Bramie i pobliską cerkiew Św. Ducha, w której Wercia - na prośbę Michała - zapaliła świeczkę w jego intencji – był już mocno schorowany, z trudem się poruszał nawet po domu. Gdy pytałem mamę dlaczego nie chciała pojechać do Adamowców, choć miała taką okazję, wyjaśniła mi, że woli zachować je w swojej pamięci z czasów dzieciństwa; po wojnie piękny drewniany dom ze zdobieniami wykonanymi przez dziadka, będącego między innymi cieślą, został przez kogoś rozebrany i przeniesiony do innej wsi, bez pytania o zgodę, bez jakichkolwiek formalności. To były już zupełnie inne Adamowce, bez dawnych mieszkańców, barw, smaków, zapachów, nawet bez kilku domostw, które również zostały rozebrane i poprzenoszone nie wiadomo dokąd. Nigdy tej niechęci nie rozumiałem, zwłaszcza, że sam chętnie bym Adamowce odwiedził, ale ja przecież nie miałbym możliwości porównania, to nie było miejsce mojego urodzenia, mojego dzieciństwa. Wracając do roku 1968, tuż po przyjeździe z Polski do ówczesnej Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej – była to bowiem ta część przedwojennej Wileńszczyzny, która przypadła Białorusi - czarnowłosą dziewczynę rozpoznała i powitała pracująca w polu żona brata Genowefy – pół Polka pół Litwinka, to serdeczne powitanie miało miejsce gdzieś w okolicach Mosarza. Pamiętam z 1988 r. odwiedziny u brata babci – Władysława, mieszkał wówczas w skromnym mieszkanku na parterze w dwupiętrowym bloku, w otoczeniu zielonych dorodnych drzew i małych ogródków, te bloki nie pasowały w żaden sposób do sielskiego miejsca, no ale taka była sowiecka rzeczywistość. Wujek Władysław z rysów twarzy był podobny do babci Genowefy; miał już bielmo na oczach i niewiele widział, wykazywał się za to niezmienną od lat pogodą ducha i jakimś nieziemskim spokojem, pogodzeniem ze światem, w którym przyszło mu żyć. To on nie chciał stamtąd wyjechać po wojnie, bo twierdził, że tu była, jest i będzie Polska. Mylił się, ale było widać, że nauczył się z tym żyć. Mówił nam wówczas, że od nich do Adamowców nie jest daleko, ale uszkodzony został most na rzece i gdybyśmy chcieli tam dotrzeć, to trzeba byłoby jechać okrężną drogą. Jednak rodzice nie byli tym wariantem zainteresowani. Ruszyliśmy zatem do kuzynki Józi, mieszkającej w pięknym drewnianym domu, z przeszkloną werandą, przy rynku naprzeciw kościoła w Mosarzu, otoczonym bujnym zielonym jeszcze ogrodem, z wysokimi wielobarwnymi malwami. Do dziś pamiętam smak sałatki pomidorowej ze śmietaną, którą Józia zrobiła z warzyw zebranych w tym ogrodzie, żadna inna nie smakowała mi później tak samo. Co ciekawe, Józia mówiła do nas po białorusku, nie rosyjsku, tylko białorusku właśnie, i doskonale rozumiała język polski, jej dzieciństwo przypadło już na lata BSRR.

Jacyś nasi krewni mieszkali w leśniczówce w głębi lasu niedaleko od Mosarza, a jakie są knieje na Białorusi każdy może sobie wyobrazić, to nie są podmiejskie laski, nie rachityczne sosny Puszczy Kampinoskiej, którą zresztą bardzo lubię, ale to przede wszystkim wtedy, gdy nie mam możliwości wyruszyć do Puszczy Knyszyńskiej, która jako żywo przypomina lasy litewskie i białoruskie – smukłe, masztowe sosny, potężne świerki, dające pod swoimi rozłożystymi gałęziami schronienie przed deszczem. Jeden z mieszkających w owej leśniczówce kuzynów, jeszcze w latach 50-tych czy 60-tych ubiegłego już wieku, chcąc skrócić sobie drogę powrotną do domu, wybrał się łódką przez jezioro, a w międzyczasie rozpętała się straszliwa burza, do domu już żywy niestety nie dotarł. Z uwagi na późną porę, a też i nieznajomość terenu, do leśniczówki się nie wybraliśmy.

Wiem też, że część rodziny ze strony babci wyjechała po wojnie do Wolsztyna i tam się osiedliła na stałe. Kiedyś tych dalekich krewnych odwiedziliśmy w tym urokliwym miasteczku, ale kontakt się niestety urwał. Zapamiętałem jedynie wolno stojący dom i dużo zieleni, w tym wiekowe drzewa rosnące przy domu. Dobre wspomnienie, choć mało konkretne.

Nie jestem już sobie w stanie przypomnieć w jakiej wsi miało miejsce to spotkanie, ale mamie udało się w czasie owego wyjazdu w roku 1968 odwiedzić również dziadka Ksawerego, pogodnego staruszka, bajarza, za którym przepadały dzieci, pewnie po części z racji jego wyglądu – dłuższych siwych miękko falujących włosów i dość długiej siwiutkiej brody, który snuł długie opowieści przypominające ballady Mickiewicza. W słoneczny dzień siedział na drewnianym ganku na bujanym fotelu, z twarzą wystawioną do słońca.

Ten drugi wyjazd w roku 1988, w okresie, w którym ZSRR chylił się już ku upadkowi, choć nikt jeszcze wtedy nie przypuszczał, że lada moment Litwa i Białoruś staną się niepodległymi państwami, ta druga niestety tylko na chwilę. Gdy jechaliśmy do Szuniowców w stronę Głębokiego, gdzieś w okolicy Michaliszek skończył się asfalt, i dobrych kilkanaście kilometrów trzeba było jechać po kocich łbach, ale jakież tam były widoki! Droga przecinała Naroczański Park Narodowy, ogromne połacie wiekowego lasu, jak pierwotna puszcza, w szacie wczesnojesiennej, rozświetlonego wszystkimi możliwymi barwami tej cudnej pory roku.

Weronika i Michał Goraczko mieszkali na samym początku wsi Szuniowce, jadąc od strony Głębokiego. Po drodze minęliśmy mleczarnię zbudowaną na licencji angielskiej, smak serów w niej produkowanych pamiętam do dziś, zupełnie niepodrabialny i niepowtarzalny. To w Szuniowcach po raz pierwszy w życiu trzymałem w rękach kosę i kosiłem koniczynę dla królików, chwytałem króliki za uszy, bo tak mi kazano, choć jako 12-letni chłopiec bałem się, że w ten sposób im te uszy pourywam, i próbowałem je brać pod brzuszek, jak małe szczenięta albo kotki; tu chodziłem na pole po krowy, które za dnia były wypasane na kołchozowym pastwisku, a przed zmierzchem cała wieś się schodziła, by je odebrać, co ciekawe – aby krówka podbiegła obowiązkowo trzeba było mieć ze sobą spory kawałek chleba na zachętę; tu z wnuczką Werci - Aloną i jej kolegą jeździliśmy na rowerach po okolicy, w tym do lasu Borek na obrzeżach Głębokiego, do miejsca egzekucji z czasów drugiej wojny światowej. Pięknie falujące krajobrazy, łąki, pola, sosnowe lasy, światło jesiennego łagodnego słońca, rzeczki, jeziora. I zabudowania poklasztorne w Berezweczu. Mama pamiętała opowieści babci o Polakach okrutnie mordowanych przez sowietów w roku 1941 na terenie klasztoru. Nie wiem na ile prawdziwa jest ta historia – nigdzie nie znalazłem jej potwierdzenia – o ludziach, których żywcem zamurowywano w zagłębieniach murów, w pomieszczeniach więziennych. W Głębokiem uczestniczyliśmy we mszy w barokowym kościele Trójcy Świętej. Po mszy, przed kościołem spotkaliśmy Józefa Kusznierewicza, rodzonego brata Weroniki Goraczko, który przed wojną i w czasie kampanii wrześniowej 1939 r. służył w wojsku polskim. Wróciwszy w rodzinne strony opowiadał, że wycofując się po walkach toczonych w okolicach Warszawy musiał być wyjątkowo ostrożny na terenach Białostocczyzny, ponieważ tam grupy skomunizowanych Białorusinów wyłapywały i mordowały polskich żołnierzy. Józef wypatrzywszy mnie w kościele stwierdził, że jestem podobny do dziadka Floriana Szpaka, którego doskonale pamiętał z czasów przedwojennych. Odwiedziliśmy jeszcze wtedy kościół św. Anny w Mosarzu, w którym przez cały czas trwania ZSRR odbywały się nabożeństwa, i przejeżdżaliśmy w pobliżu kościoła Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale, w 1948 r. zamienionego na kołchozowy magazyn, w którym w lutym 1940 r. ochrzczona została Florentyna Szpak, i do którego jeszcze przed wojną miał podjeżdżać bryczką z żoną i synkiem Florian Szpak, ubrany w garnitur i kapelusz, co po wojnie stało się przyczyną umieszczenia rodziny Szpaków na liście osób przeznaczonych do wywiezienia w głąb ZSRR. Do wsi opuszczonych przez ich mieszkańców sprowadzano z kolei Rosjan z odległych terytoriów Związku Radzieckiego. I tak w Szuniowcach z dawnych, przedwojennych mieszkańców pozostali jedynie Weronika i Michał, oraz mieszkająca na drugim końcu wsi kobieta, która przyznawała się do polskości, a pozostali mieszkańcy przybyli gdzieś z daleka. Poznałem ich chodząc z wnuczką Werci – Aloną – po krowy na pastwisko. Byli to ludzie serdeczni, otwarci, chętnie nawiązujący kontakt i rozmowę. A to starsza pani w chustce na głowie poczęstowała mnie garścią pestek słonecznika, a to ktoś inny jabłkiem, nie doświadczyłem z ich strony żadnych przykrości. Los innych okolicznych wsi był niestety podobny, pozostali nieliczni Polacy, tacy zapewne jak dziadek Władysław z Mosarza, który trwanie w miejscu swojego przyjścia na świat rozumiał jako wierność samemu sobie, a też pewnie i Bogu. Nazwiska jakie się przewijały w rodzinie ze strony mamy to przede wszystkim – Szpak, Bochan, Wasilonek, Łysionek, Murzicz - wskazywałyby na to, że były to rodziny mieszane etnicznie, to było naturalne zjawisko, tak jak wspomniana wyżej ciocia mamy – pół Polka, pół Litwinka, czy Michał Goraczko – kochający polskość prawosławny Białorus – jak sam się określał. Mieszanka etnosów, wyznań, która nie stała na przeszkodzie zgodnemu, codziennemu funkcjonowaniu, przerwanemu brutalnie dopiero przez wojnę, a następnie wchłonięcie tych ziem przez ZSRR.

poniedziałek, 20 maja 2013

Zielone Świątki w Różanymstoku

 Słoneczna, upalna niedziela. Bujna, soczyście bujna, majowa zieleń, w dziesiątkach odcieni, delikatnie falująca na wzgórzach piętrzących się już na północnych rogatkach Białegostoku, aż do Grodna, a nawet dalej do samego Wilna. Północne, litewskie krajobrazy w majowym intensywnym słońcu, wsie porozrzucane w mikroskopijnych dolinach i na stokach łagodnych wzniesień Wzgórz Sokólskich. Sanktuarium w Świętej Wodzie z Górą Krzyży wzorowaną na szawelskiej, majestatyczna, zbawiennie cienista Puszcza Knyszyńska ze śródleśną osadą w Czarnej Białostockiej, Sokółka z kościołem św. Antoniego Padewskiego i Cudem Eucharystycznym, czekającym na uznanie przez Watykan, i dalej otwarte, rozległe przestrzenie wzdłuż drogi wijącej się do Dąbrowy Białostockiej.

W Nierośnie, tuż przy szkole o 88-letniej historii, przeznaczonej jak wiele innych do likwidacji, drogowskaz kieruje na wschód, do Sanktuarium Maryjnego w Różanymstoku. Zza zielonych pól, żółto - zielonych łąk porośniętych mleczem, brzozowych zagajników wyłaniają się wieże XVIII-wiecznej barokowej świątyni, wzorowanej na kościele jezuitów w pobliskim Grodnie. Przy dobrej, słonecznej pogodzie można podobno z nich wypatrzeć budowle tego pięknego miasta, dostępu do którego strzeże jednak trudna granica. Tu uroki strefy Schengen nie działają tak, jak w przypadku nieodległej granicy z Litwą.

Różanystok, miejsce zupełnie niezwykłe. Odpust w Zielone Świątki. Setki samochodów, z rejestracjami sokólskimi, białostockimi, augustowskimi, gdzieniegdzie warszawskimi, stragany, obwarzanki, wata cukrowa, "domowe" lody z Sokółki z rodzinnej lodziarni o smaku prawdziwych lodów, a nie mrożonej wody z plastikowym sokiem. Tłumy bezpretensjonalnych ludzi, mężczyźni mimo upału w marynarkach, jasnych koszulach, dżins z trudem dostrzegalny. Eleganckie kobiety, w lekkich, zwiewnych sukienkach. Staruszki i staruszkowie o twarzach pooranych bruzdami, na których odmalowały się lata trudów, smutków, bólu i cierpień, i żywa, prawdziwa wiara w oczach, i świąteczny błysk radości, a do tego jakaś energia w ruchach, której tak często brak staruszkom w mieście. Tu wciąż się pamięta o tym, by dzień święty święcić nie tylko śpiewem i głośną modlitwą w kościele, ale też odświętnym strojem, bez miejskiego nuworyszostwa i nierzadko przesadnej, tandetnej elegancji.

Zesłanie Ducha Świętego. Ławki otaczające kościół zajęte co do jednej, dziesiątki osób, kryjące się w cieniu dawnych zabudowań klasztornych oraz wiekowych lip i brzóz, otaczających z dwóch stron kościół; nieprzebrane tłumy w świątyni, na schodach, w kruchcie, w nawie głównej i nawach bocznych, w tym w lewej z obrazem Matki Boskiej słynącym licznymi cudami już od XVII w. Ten obecny jest jedynie kopią, oryginał został wywieziony gdzieś w głąb Rosji w 1915 r. przez mniszki prawosławne, rezydujące tu od czasu, gdy różanostocki kościół po klęsce powstania styczniowego zamieniony został na cerkiew prawosławną.

Żadnej sztuczności, wiara ludowa w czystej postaci, z jej żarliwością, szczerością, głośną modlitwą. Prawdziwa modlitwa prawdziwych ludzi, spracowanych na co dzień, zmęczonych, znużonych, a tu odzyskujących radość i energię. Wnętrze sanktuarium przywodzi na myśl barokowe świątynie wileńskie. Jesteśmy przecież na ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego, województwa trockiego, powiatu grodzieńskiego. Jeszcze dziś pod kościołem zdarza się, że można usłyszeć białoruską mowę, choć to raczej domena ludzi starszych. Różne typy ludzkie tak jak w Wilnie. I tu i tam, niczym w tyglu, wymieszały się etnosy - litewski, ruski (nie mylić z rosyjskim), polski, tatarski, w Wilnie dodatkowo jeszcze żydowski, tatarski, karaimski i niemiecki, co zaowocowało ciekawym, życiodajnym, oryginalnym i w pełni naturalnym przenikaniem się kultur, a dziś już właściwie znajdującym odzwierciedlenie jedynie w różanych typach urody, i czasem jeszcze zamiłowaniem do uczestniczenia w kilku kulturach jednocześnie.

Opiekę nad różanostockim sanktuarium sprawują obecnie salezjanie, o czym przypomina m.in. posąg św. Jana Bosko w niszy świątyni w fasadzie głównej. Z racji odpustu i przybyłych nań licznie wiernych z początkiem mszy zapełniają się wszystkie konfesjonały. Być może to stereotyp, ale spowiedź u zakonników jest rzeczywiście wyjątkowa. Poczucie bycia słuchanym przez kapłana, uważnie, bez cienia rutyny czy znużenia, dodatkowe pytania, momentami dialog, niesztampowe pouczenia, a na zakończenie głębokie poczucie uwolnienia i uzdrowienia, narodzenie do nowego życia, po raz kolejny, i tak przecież bez końca.

Barokowe wnętrze rozbrzmiewa Słowem, płomienną modlitwą i śpiewem. Po latach zniszczeń, kiedy historia bezwzględnie i okrutnie obchodziła się ze świątyniami katolickimi na wschodzie, różanostockiemu kościołowi nie sposób odmówić piękna. Jego ogrom, rozmach, przestrzeń, obrazy, malowidła, posągi, misternie zdobione ołtarze boczne skutecznie odrywają od codzienności i przenoszą do świata, do którego wszyscy zmierzamy, taką przynajmniej należałoby mieć nadzieję.

Na zakończenie Eucharystii zgromadzeni wierni ruszają w procesji z Najświętszym Sakramentem wokół świątyni. Setki ludzi, w skupieniu i ze śpiewem na ustach, wylewają się z trzech naw przez chłodną kruchtę, szerokimi schodami zmierzają z początku w stronę zabudowań dawnego klasztoru dominikanów, powstałego w XVII w. przy dworze Tyszkiewiczów, mijają następnie po lewej stronie budynek Salezjańskiego Ośrodka Wychowawczego, noszącego wyraźne ślady rosyjskiej architektury sakralnej z XIX w., kiedy to zamieszkały w nim wspomniane wcześniej mniszki prawosławne; dalej wzdłuż stacji Drogi Krzyżowej. Jest w tym wszystkim niebywałe piękno, poczucie wspólnego, razem z innymi, uczestnictwa w niebiańskiej liturgii, łączącej to, co zwyczajne, konkretne, namacalne ze światem niewidzialnym.

Eucharystia kończy się, należy ustąpić miejsca przybyłym już kolejnym parafianom i pielgrzymom, gromadzącym się w cieniu smukłych, rozłożystych drzew i zabytkowych budynków.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek



Obrazek Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

wtorek, 17 stycznia 2012

Podróż na południowy zachód

Obłędnie pędzący czas przyprawia mnie już o prawdziwe lęki. Po 6 latach, jak niedawno wyliczyłem, choć dałbym sobie głowę uciąć, że od ostatniej wyprawy do Legnicy minęły nie więcej niż 3 lata, nie spodziewałem się dostrzeżenia tak jaskrawych kontrastów. Wydaje się, że na południowych zachodzie funkcjonuje jedna, jedyna metropolia - Wrocław, i szaro - bura cała reszta, zupełnie nieprzystająca do metropolii prowincja. Drogi dziurawe jak sito i mityczne autostrady, omijane prawdopodobnie przez większość kierowców, w tym przez ledwie mieszczące się na nich tiry. Wąskie szosy o poszarpanym poboczu, żadnych parkingów, zatoczek, zjazdów, toalet, szczęśliwie cały syf od Krotoszyna do Obornik Śląskich przykryty został śniegiem. Uciążliwa śnieżyca w okolicach Trzebnicy, wycieraczki nie nadążają zbierać śniegu. Mieszkańcy miast, wsi i miasteczek, którzy nie potrafią wskazać właściwej drogi do miejscowości odległych o nie więcej niż 20 - 30 km. To trochę tak, jakby mieszkaniec Sokółki nie potrafił wskazać drogi do Krynek, co zresztą jest wielce prawdopodobne.

Od Wyszkowa do Łęczycy jedziemy w pełnym słońcu, pełen uroku Łowicz i Łęczyca, trochę gotyku, klasycyzmu i baroku, majaczącego gdzieś za oknami w przepływających wieżach kościołów, kolegiat, bryłach kamienic i bliżej nieokreślonych, niegdyś budynków użyteczności publicznej. Kalisz ze swoją urokliwą Starówką zostaje zupełnie z boku, jego obrzeża nużą wszystkimi odcieniami szarości. Zaczyna prószyć śnieg, który nie odpuszcza aż do Obornik Śląskich, by w okolicy Wołowa przejść w deszcz niemal ulewny i towarzyszący nam przez Prochowice do Legnicy. Tysiące świateł odbijających się w czarnym, mokrym asfalcie, poza drogą nie ma nic. Trzebnica, Lubiąż, czerń, szarość i z trudem dostrzegalne, pobłyskujące tablice informujące o miejscach związanych ze św. Jadwigą Śląską. Ból gardła, zmęczenie, znużenie całą mijaną brzydotą, która w innym świetle i w innym czasie niepozbawiona jest przecież uroku, dają się niemiłosiernie we znaki, oślepiające światła tirów z tyłu i z przodu, ciemne okna, ani żywej duszy w większości mijanych miejscowości. Legnica, wywołująca tyle ciepłych, dobrych wspomnień, wydaje się oddalać z każdym kilometrem. 650 km na 11,5 h, i dobrze znany widok szpitala, blokowiska, wieże kościoła, Kaufland, Bodzio Meble. Wjeżdżamy w strugach deszczu do miasta.

czwartek, 22 września 2011

Wilno - wrzesień 2011 r. O relacjach polsko - litewskich skrajnie subiektywnie.

Kilkudniowa wyprawa do Wilna po ostatnich traumatycznych wydarzeniach w Polsce i na Litwie, wydawała mi się początkowo być powrotem do zupełnie odmienionej Litwy. Wiadomości o zniszczeniu dwujęzycznych tablic w gminie Puńsk miały być newsem dnia w większości litewskich mediów i podobno powtarzano je w nich aż do znudzenia. W Polsce z kolei na news dnia przez dłuższy czas wybijała się informacja o ustawie oświatowej mającej dyskryminować obywateli litewskich narodowości polskiej.

Mimo licznych wyjazdów do Wilna na przestrzeni ostatnich kilku lat, nigdy nie spotkała mnie żadna przykrość, nieżyczliwość czy gest niechęci ze strony Litwinów, czy byłoby to Wilno, Alytus, Kiernave, czy Druskienniki. Wszędzie spotykałem osoby, które mimo świadomości tego, że jestem Polakiem, odnosiły się do mnie szczerze życzliwie i przyjaźnie. Udało mi się nawet zawrzeć kilka bliskich znajomości z etnicznymi Litwinami, którzy nie mając żadnych polskich korzeni, żywo interesują się kulturą polską, a niektórzy nawet zupełnie dobrowolnie i bezinteresownie uczą się języka polskiego. Obawiałem się więc, może nieco irracjonalnie, tej wyprawy na Litwę, spodziewając się spotkania kraju odmienionego, a przede wszystkim reakcji Litwinów na polskie tablice rejestracyjne, na dźwięk polskiej mowy w sklepie, na ulicy, w parku. Nie napiszę jednak, że ku memu zdumieniu nic podobnego się nie wydarzyło, nikt mi nie wybił szyb w samochodzie, nikt nie przebił opon, nikt się nie oburzał na dźwięk polskich słów w kafejce, restauracji, sklepie, i wbrew podświadomym nawet obawom nie byłem wcale zaskoczony, wręcz przeciwnie byłbym wielce zadziwiony, gdyby któreś z tych przerażających zdarzeń nastąpić miało. Litwini, których tym razem spotykałem, byli tak samo uprzejmi, życzliwi, jak wszyscy ci, których zdarzyło mi się spotykać podczas poprzednich wypraw. Zdaję sobie sprawę z tego, że inny zapewne jest stosunek jakiejś części Litwinów wobec Polaków przyjeżdżających z Polski, a inny wobec tych będących obywatelami Litwy i mieszkających tam na stałe. Ale nic nie poradzę na to, że ci, których spotykałem na mojej drodze nie okazywali wobec mnie najmniejszej niechęci, czy wrogości. Policja, którą mnie straszono, a która miała czyhać w szczególności na Polaków, skutecznie i konsekwentnie zatrzymywała na odcinku około 30 km na zachód od Wilna kierowców na litewskich numerach, przekraczających dozwoloną prędkość. Na marginesie muszę dodać, że jestem za każdym razem pod wrażeniem skuteczności litewskiej policji, konsekwentnie ścigającej piratów drogowych - raz zdarzyło mi się być świadkiem pościgu za szaleńcem drogowym, który po kilku minutach został dopędzony i zatrzymany. I wcale nie dziwni mnie to, że na odcinku Wilno - Lazdijai zdecydowana większość kierowców jedzie spokojnie, nie przekraczając dozwolonej prędkości, ani nie łamiąc przepisów ruchu drogowego, by tuż po przekroczeniu granicy w Ogrodnikach pędzić na złamanie karku. To też oczywiście w dużej mierze między innymi kwestia organizacji i efektywności państwa, i jedna z wielu dziedzin, w której wciąż możemy się sporo od Litwinów nauczyć.

Kelnerki w wileńskich kafejkach i restauracjach były tak samo uprzejme, jak wcześniej, ekspedientki w alytuskiej Maximie tak samo pomocne i cierpliwie tłumaczące przybyszom z Polski ni w ząb nie rozumiejącym litewskich napisów na etykietkach czym są nadziewane pyszne bułki i ciasta.

Życie instytucji państwowych, i życie codzienne zwykłych ludzi toczą się zupełnie odmiennym rytmem. Pogorszenie relacji polsko - litewskich na szczeblu państwowym, to z pewnością rezultat uporu i błędnej wizji jednej strony oraz szeregu zaniedbań strony drugiej, oby tylko te nieporozumienia i zacietrzewienia nie zeszły głębiej w dół i nie rozlały się zanadto w tej powszedniej rzeczywistości.

poniedziałek, 5 września 2011

Krynica Zdrój - sierpień 2011 r.

Krynica Zdrój w sezonie jest jak Polska w pigułce. Zjeżdżają tu kuracjusze i turyści z całej Polski, z Pomorza, północnego Mazowsza, Podlasia, śląska, Lubelszczyzny. Deptak, ulice rozbrzmiewają wszelkimi możliwymi akcentami, które nietrudno od siebie odróżnić. Udało mi się już romzawiać z przybyszami chyba z wszystkich regionów kraju. Ławka na deptaku, w parku, łąka na Górze Parkowej, pijalnie wód mineralnych, podupadłe nieco kafejki, bar, restauracja. A różnorodność przekonań, światopoglądów większa niż w Warszawie z Krakowem razem wziętych, nie mówiąc już o dusznym, obecnie coraz wyraźniej platformerskim Białymstoku. Od polityki uciec także nie sposób. Wcześniej czy później nasz przypadkowy romzówca na ławce w parku, na deptaku, nawet na łące na Górze Parkowej, albo osoba dosiadajaca się w pijalni, do tematów politycznych nawiąże. Ciekawe są także przypadkowo zasłyszane rozmowy, na przykład oto taka: "- Słyszałaś, jak krzyczeli do premiera? - 'Nie jesteś kibicem!' - Skurwysyństwo! Oni im stadiony budują, a ci skurwiele nie potrafią się odwdzięczyć."

Poza tym cały przekrój społeczny i pełna gama zachowań, tak charakterystycznych w tym kraju, począwszy od bezinteresonwnej życzliwości, a skończywszy na kompletnej bezmyślności. Sporo samotnych staruszków, popijających wody mineralne z plastikowych kubeczków, albo glininaych dzbanków, wspierających się na drewninaych laskach, samotnych i smutnych; obwieszonych pleckami studentów wędrujących po górach, traktujących Krynicę, jako bazę wypadową; opalonych pięćdziesięcoletnich playboyów ze złotymi łancuchami i bransoletami, włóczących się po deptaku, a wieczorami biegających z dancingu na dancing w poszukiwaniu łatwej zdobyczy; pięcdziesięcioletnie panie z brzuszkami, zbrązowiałe bardziej od lampy kwarcowej niż od górskiego słońca, w krótkich spódnicach i szpilkach, mocno odsłaniające nieposłuszne im już ciało, komentujące na ławce na deptaku każdą przechodzącą kobietę, a im kobieta zgrabniejsza, młodsza, tym większą wzbudzająca niechęć i zawiść, słowa cedzą z emfazą, wolno, w jakiejś pseudointeligenckiej manierze rodem z tandetnego programu TV, usilnie udające kogoś kim nie są; starsze małżeństwa spacerujące w milczeniu; starająca się być - do granic możliwości - uprzejmą żona z mrukliwym meżem, który na propozycję zjedzenia ciastka, wypicia kawy, odpowiada nieartykułowanymi dźwiękami wyrażającymi irytację i znudzenie. I ludzie zupełnie zwyczajni, niczym się nie wyróżniający, szczerze uprzejmi, życzliwi, uśmiechnięci. Do tego jeszcze miłośnicy Festiwalu im. Jana Kiepury, operujący językiem wziętym porosto z plakatów, potrafiący o "Mazowszu" powiedzieć jedynie: "Ambasador polskiej kultury na świecie" (slogan reklamowy); i miejscowy staruszek, popijający kolejne już piwo, chcący i potrafiący już chyba tylko opowiadać o swoich alkoholowych wyczynach.

Tygiel prawdziwy, mimo wszystko można odetchnąć pełną piersią, w atmosferze prawdziwej różnorodności, mimo wszystkich absurdów, bezmyślności, czasem agresji i głupoty, a dzięki niekłamanej uprzejmości, życzliwości, otwartości, chęci i gotowości do rozmowy z nieznajomymi.

I przerażająca perspektywa konieczności powrotu do dusznego, ciasnego Białegostoku, skrajnie upartyjnionego i politycznego, w którym wszystko coraz bardziej zaczyna zależeć od mniej lub bardziej cwaniackiego posła i jego świty oraz ich prymitywnych sztuczek, których nie sposób nawet nazwać piarem. Czego można się spodziewać po mieście, w któym największym pracodawcą stała się partia rządząca? Konformizm wydaje się być dużo bardziej powszechny i opłacalny niż w PRL.

czwartek, 28 lipca 2011

Łomża kontra Białystok

Nie będąc rodowitym białostocczaninem, choć mieszkajacym w Białymstoku od urodzenia, nigdy nie byłem w stanie pojąć istoty - konflikt to chyba jednak za mocne słowo - wzajemnej niechęci między Łomżą a Białymstokiem. Zetknałem się z nią po raz pierwszy w czasie studiów, gdy jeden z bliskich kolegów (białostocczanin) spotykał się z pewną uroczą, miłą i mądrą koleżanką (łomżynianką). Opowiadał mi wówczas o pewnych docinkach ze strony członków rodziny swojej wybranki, jakich doświadczał niemal za każdym razem odwiedzając to nadnarwiańskie miasto. Ani jednak on, ani nikt z jego "dręczycieli" nie był w stanie przekonująco wyjaśnić istoty tej niechęci, jej przyczyn i dziejów.

Nie tak dawno natomiast we wstępie do "Dziejów Łomży od czasów najdawniejszych do rozbiorów Rzeczypospolitej (XI w. - 1795 r.)" Donaty Godlewskiej, Adam Czesław Dobroński przypomina o niedocenianiu Łomży przez władze partyjne, następnie administracyjne. Nie wiem czy rzecz rozbija się, bądź rozbijała, o środki finansowe kierowane niegdyś do obu miast, ale wątpliwym wydaje się to, by mogły one być jedyną - bądź decydującą - przyczyną, zwłaszcza, że Białystok też nie sprawia, i nie sprawiał, wrażenia miasta, które przez jakiekolwiek władze rozpieszczanym być mogło. Przyczyn już prędzej warto byłoby szukać w historii, w różnicach poniekąd kulturowych między obu miastami, czy nawet regionami. Na wschód od Narwi mamy bowiem do czynienia z Podlasiem, a na zachód z północnym Mazowszem. Tu na wschodzie ziemie dawnego zaboru rosyjskiego, tam Królestwo Polskie, a jeszcze wcześniej tam Mazowsze, a tu Litwa. Pewne nawyki, postrzeganie siebie przez pryzmat odmienności, zakorzeniene przez wieki trwają pewnie w jakimś stopniu po dziś dzień.

Od niemal 3 lat regularnie bywam w Łomży. Wydaje mi się, że poznałem dość dobrze i samo miasto i wielu jego mieszkańców. Z początku wielu łomżan, z którymi współpracuję, okazywało zdumienie tym, że białostocczanin zdecydował się pracować w Łomży (zresztą raptem nie częściej niż raz w tygodniu). Odnosili się też do mnie z pewnym, co prawda, dość uprzejmym, ale jednak dystansem. Mimo to lody zostały przełamane dość szybko i muszę przyznać, że łomżynianie/łomżanie (obie formy są podobno dopuszczalne), których poznałem są doskonałymi współpracownikami. W mojej ocenie że tak właśnie powinna wręcz wyglądać modelowa współpraca - chęć i gotowość do udzielania sobie wzajemnie pomocy, zaufanie, otwartość, życdzliwość, a więc wszystko to, czego jeszcze nigdy nie doświadczyłem pracując w instytucjach białostockich. Z czasem poznałem zastrzeżenia łomżan wobec Białegostoku. W gruncie rzeczy sprowadzały się one do pewnych zasłyszanych opinii, takich jak np. rzekoma niechęć białostocczan wobec kierowców w samochodach na łomżyńskich numerach.

W międzyczasie przekonałem się też, jakie formy przybierać może owa niechęć białostocczan wobec łomżan, która jednak także nie miała żadnego racjonalnego uzasadnienia. Rzeczą najbardziej zdumiwającą było jednak to, że wyrażały ją - raz osoba nawet na kierwoniczym stanowisku w pewnej instytucji publicznej, a już w każdym przypadku były to osoby doskonale wykształcone. Sprowadzały się one głównie do stwierdzeń typu: "Łomża to jest Łomża" (w negatywnym kontekście rzecz jasna), bez jakiejkolwiek próby roziwjania czy uzasadniania tematu. Trudno doprawdy dyskutować z takimi opiniami.

Sama Łomża jest miastem beż wątpienia interesującym, malowniczo położona na nadnarwiańskiej skarpie, jadąc od strony Piątnicy czy to starym czy nowym mostem, przypomina nieco Sandomierz, przy zachowaniu oczywiście wszelkich proporcji między obu tymi miastami, bo mimo całego swojego potencjału Łomża nie może jednak poszczycić się taką ilością zabytków, jak miasto nad Wisłą, choć bez wątpienia ma także czym się pochwalić, czy gotycką katedrą z XVI w., czy barokowym kościołem i klasztorem kapucynów, czy też bednedyktynek, które pięknie połyskują w słońcu na szczycie skarpy, opróćz tego wiele klimatycznych zaułków, ocalałych monumentalnych kamienic z XIX i początku XX w., świadczących o dawnej wręcz wielkomiejskiej zabudowie miasta.

Z pewnością natomiast brakuje Łomży dobrego gospodarza i pomysłu na promocję. Nie pomogła jej też działalność pewnego posła, która została nagłośniona w mainstreamowych mediach i przyczyniła się do postrzegania miasta, jako ksenofobicznego. Owa działalność mogła niewątpliwie wpłynąć na stworzenie klimatu, w którym stało się możliwe pobicie dwóch uchodźczyń z Kaukazu Północnego. Trzeba tylko pamiętać o tym, że Łomża jest miastem niemal 70-tysięcznym, i ani wyczyny jednego posła, ani czyny przestępcze kilku nierozsądnych młodzieńców nie mogą rzutować na całą społeczność, to zresztą truizm. Osobiście nie wierzę w istnienie ksenofobicznych miast. Taką łatkę próbowano też jakiś czas temu przypiąć Białemustokowi, kiedy to doszło w nim do kilku ataków na cudzoziemców z Afryki oraz zbezczeszczenia cmentarza żydowskiego. Generalizacje tego typu nigdy nie służą rozwiązaniu żadnego problemu.

Wracając zaś do samej istoty owego "konfliktu" między Białymstokiem a Łomżą, wszystko wskazuje na to, że nie znajduje on żadnych racjonalnych podstaw, i na pewno warto na miarę swoich możliwości podważac sesn jego istnienia. Dlatego też w następną środę zamierzam odkrywać nowe urokliwie zakątki Łomży, Starą Łomżę, a może i odwiedzić wreszcie Muzeum Północno - Mazowieckie tuż przy katedrze.

czwartek, 23 czerwca 2011

Karaimi. Troki, czerwiec 2011

Karaimi stanowią bez wątpienia jedną z najbardziej interesujących i oryginalnych, a zarazem najmniejszych grup etnicznych zamieszkałych w Polsce. Według szacunkowych danych liczy ona około 200 osób, skupionych głównie w Warszawie, Krakowie, Trójmieście oraz Wrocławiu. W 1997 r. w Warszawie powstał Związek Karaimów Polskich, który powołał do życia Oficynę Wydawniczą "Bitik", wydającą od 1999 r. arcyciekawe czasopismo historyczno - społeczno - kulturalne "Awazymyz" (ku uciesze pasjonatów dostępne także w wersji elektronicznej pod adresem: www.awazymyz..karaimi.org), co w języku karaimskim oznacza "Nasz głos", a będące kontynuacją wydawanego przez Karaimów w latach 80-tych czasopisma o tytule "Coś". Prężnie działa także środowisko Karaimów we Wrocławiu, gdzie w ubiegłym roku została zorgnizowana w Muzeum Etnograficznym głośna wystawa "Karaj jołłary - karaimskie drogi", prezentująca fotografie Karaimów z okresu 1864 - 1950 r.

Historia polskich Karaimów sięga czasów Wielkiego Księstwa Litewskiego, kiedy to wielki książę Witold w drugiej połowie XIV w. sprowadził do Trok z Krymu przedstawicieli walecznego ludu, pochodzenia tureckiego, wyznających wielce oryginalną religię. Słynni na całym ówczesnym wschodzie Europy ze swej bitności, odwagi i lojalności przybysze z Krymu mieli stanowić trzon książęcej drużyny i chronić ziemię oraz ludność księstwa przed rejzami ekspansywnych Krzyżaków oraz rycerzy Zakonu Kawalerów Mieczowych. Troki będące ówczesną stolicą Wielkiego Księstwa podzieliły się wówczas na dwie części - chrześcijańską i karaimską. Opróćz Trok, Karaimi zostali osadzeni jeszcze w 32 innych miejscowościach Księstwa, w tym także wzdłuż granicy z państwem Zakonu Kawalerów Mieczowych.

W 1441 r. Kazimierz Jagiellończyk nadał litewskim Karaimom przywilej tzw. prawa magdeburskiego, gwarantujący im posiadanie własnego samorządu. Prawo magdeburskie przyznawano mieszczanom, z reguły wyznania katolickiego, dużo rzadziej wyznawcom prawosławia. Zapewniało ono miastom i mieszczanom dość sporą, jak na ówczesne czasy, dozę autonomii i wolności. Uzyskanie prawa magdeburskiego przez mieszczan karaimskich, a więc ludność niechrześcijańską, jest bodajże jedynym takim przypadkiem w całej historii. Oznaczało ono, że Karaimi mieli prawo posiadania własnego samorządu, na czele którego stał wybierany przez społeczność wójt, odpowiadajacy tylko i wyłącznie przed wielkim księciem. Ani wojewoda, ani też starosta trocki nie mogli ingerować w sprawy Karaimów. Wszelkie konflikty między Karaimami i ludnością chrześcijańską rozstrzygał natomiast sąd złożony z karaimskiego wójta i wojewody. W postępowaniu przed takim sądem moc pełnowartościowego dowodu miała przysięga składana przez Karaimów zgodnie z nakazami ich religii. To także rzecz niebywała, jak na ówczesne czasy. Ów samorząd, liczne prawa i przywileje nadawane Karaimom przez wielkich książąt litewskich oraz królów polskich przetrwały w niezmienionym stanie aż do czasu rozbiorów.

Z biegiem czasu, kiedy już biegłość w walce straciła na znaczeniu, zmieniły się bowiem strategie, metody prowadzenia wojen, rodzaje stosowanej broni, Karaimi zajęli się z wielkim znawstwem i prawdziwą pasją, o wiele bardziej pokojową działalnością, a mianowicie ogrodnictwem i sadownictwem. Jeszcze w czasie międzywojnia słynęli na całą Polskę z uprawy najlepszych w całej Rzeczypospolitej ogórków. Dziś tę zaszczytną rolę przejęli gospodarze z podlaskiego nadnarwiańskiego Kruszewa, którzy co prawda Karaimami nie są, a mimo to ich ogórki nie mają sobie równych w całym kraju.

W czasie drugiej wojny światowej Karaimi o mały włos nie podzieli losu polskich Żydów, a to za sprawą wyznawanej przez nich dość oryginalnej religii, opartej na Pięcioksięgu i Dekalogu, co mogło nasuwać skojarzenia z judaizmem, choć Karaimi nie uznają Talmudu. Niemałą rolę odegrała w tym też zapewne znajomość języka hebrajskiego, którą wykazywało się wileu Karaimów. Wierni mieli bowiem nieodwołalny obowiązek indywidualnego poznawania i interpretacji treści Pięcioksięgu, a że ten został spisany w języku hebrajskim, konieczne stało się jego przyswojenie. Karaimi wychodzili z założenia, że przekład na język karaimski sam w sobie jest już interpretacją dokonaną przez tłumacza, co w rezultacie miało uniemożliwiać samodzielne poznawanie i odczytywanie treści zawartych w Pięcioksięgu. A z tym wiązał się obowiązek i niemal kult nauki, tak charakterystyczny również dla kultury żydowskiej.

Kto chce jednak poczuć prawdziwego ducha tradycji, historii i kultury karaimskiej powinien wyruszyć na Litwę, a w szczególności do Trok i Wilna. To wciąż największe skupiska tej interesującej społeczności. W obu miastach wciąż funkcjonują świątynie karaimskie, zwane kienesami, choć szansa na to, że uda się je zwiedzić, bez uprzedniego skontaktowania się z odpowiednimi osobami jest niewielka. Jeśli nie umówimy się z duchownymi, będziemy mogli co najwyżej obejrzeć je z zewnątrz. W Trokach warto zajrzeć także do muzeum etnograficznego poświęconego historii i kulturze litewskich Karaimów, po którym w roku ubiegłym oprowadzała nas - co ciekawe - miejscowa Polka. Składajace się na ekspozycję stałą fotografie prezentujące rodziny karaimksie z Trok i całej Litwy, z końca XIX i początku XX w., na długo zapdają w pamięć, ze względu na swój egzotyczny klimat.

Będąc w Trokach nie sposób też pominąć cmentarza karaimskiego, malowniczo położonego na delikatnym wzniesieniu tuż nad jeziorem Tataryszki. Wyprawa z centrum miasta nie powinna nam zająć wiecej niż 10 minut, a wybrać się tam warto, by zagubić się w zielonym gąszczu bujnych traw, krzewów i wiekowych drzew, w poszukiwaniu strzelistych nagrobków, przypominających kamienne stele, albo przysadzistych kamieni wyglądających nieco jak macewy, a po trosze, jak kamienne nagrobki na mizarach w Bohonikach lub Kruszynianach. Sam trocki cmentarz swoim położeniem na łagodnym wzgórzu, z wybujałą, dziką roślinnością, klimatem przypomina tatarskie mizary na Podlasiu, gdyby nie dobiegający znad jeziora gwar kąpiących się na nieodległej najwyraźniej plaży. Wszak i Troki, i Bohoniki, i Kruszyniany, to ziemie dawnego Wielkiego Ksiestwa Litewskiego, tyle że na Podlasiu osiedlili się Tatarzy, a Karaimi już tu nie dotarli. Poza tym północno - wschodnia część współczesnego Podlasia, to ziemie dawnego województwa trockiego.

Odkrywanie tradycji karaimksiej byłoby jednak niepełne, gdyby nie wspomnieć o karaimskiej kuchni, pełnej wschodnich przypraw, pachnących warzyw, smaku kibinów czy wyjątkowego chłodnika karaimskiego, które serwują trockie restauracje.

Aby jednak w pełni poczuć nastrój, smak i zapach karaimskich Trok, warto się do nich wybrać wczesną jesienią, łagodnie słoneczną i ciepłą, kiedy przydomowe ogródki wybuchają feerią jesiennych barw i zapachem warzyw oraz dorodnych, dojrzałych owoców w sadach, a w bujnej wciąż jeszcze roślinności majestatycznie, szczytem do ulicy stoją radośnie żółte, pomarańczowe, zielone, brązowe, orzechowe drewniane domy, o dwuspadowych dachach, z charakterystycznymi trzema oknami, które zgodnie z tradycją karaimską poświęcone są Bogu, księciu i gospodarzowi.


***Fotografie zostaną opublikowane wkrótce : )

niedziela, 6 lutego 2011

Krajowcy i Konstanty Kalinowski – polsko – białoruski bohater

O "krajowcach" swego czasu z wielką sympatią pisał Czesław Miłosz, później z nie mniejszym uczuciem wspominał o nich rozmiłowany w polskiej kulturze litewski poeta Tomasz Venclova. "Krajowców" zawsze wyobrażałem sobie trochę jako marzycieli, Bożych szaleńców, którzy w swej działalności odwoływali się do kulturowego dziedzictwa Wielkiego Księstwa Litewskiego, wbrew realiom swoich czasów wierzyli w możliwość zaistnienia federacji Polski, Białorusi i Litwy. Federacji rzeczywistej, równorzędnych podmiotów politycznych, bez dominacji któregokolwiek z nich. Pobrzmiewają w ich ideach niewątpliwie echa koncepcji federalistycznej Józefa Piłsudskiego. Koncepcji tej z przyczyn politycznych nie udało się wprowadzić w życie, a mimo to w czasach dwudziestolecia międzywojennego, na dawnych ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego, istniała niezbyt liczna grupa fantastów, którym wymarzyło się kontynuowanie tradycji Wielkiego Księstwa. Warunki ku temu były temu co najmniej mało sprzyjające, zabrakło politycznej woli, ale pewnie też i czasu (ledwie 20 lat), by idee "krajowców" uczynić bardziej realnymi. Warto jednak byłoby wrócić dziś do tej pięknej tradycji. Wszak wciąż w graniach RP mamy skrawek - to prawda, że niewielki - ziem, które wchodziły niegdyś w skład WKL. Ziem zamieszkałych przez Litwinów, Białorusinów, Ukraińców, Tatarów, los też nieco dalej rzucił, bo aż do Wrocławia, Warszawy i Krakowa, Karaimów z Trok, Wilna i Łucka. Dziś owa "krajowość" mogłaby przyjąć postać odwoływania się do dziedzictwa Rzeczpospolitej Jagiellońskiej, ale przede wszystkim, jako poszukiwanie tego wszystkiego, co może łączyć zamieszkujące nie tylko ziemie dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego grupy narodowościowe i etniczne.

Do tego celu warto wykorzystać wzorce już obecne w naszej wspólnej historii, modyfikując je rzecz jasna do wymogów współczesności. Jednym z takich wzorców osobowościowych mógłby z pewnością być Konstanty Kalinowski (z białoruska - Kastuś Kalinouski), polsko - białoruski bohater Powstania Styczniowego 1863 r. Ten "dyktator Litwy" urodził się w 1838 r. w rodzinie szlacheckiej we wsi Mostowlany - obecnie położonej tuż przy granicy polsko- białoruskiej, w pobliżu Gródka. W czasie studiów na Uniwersytecie w Moskiwe, z którego został usunięty za posiadanie zakazanych książek, a następnie na Uniwersytecie w Petersburgu, zaangażował się w działalność konspiracyjną w ruchu rewolucyjnych demokratów.

Po powrocie ze studiów na ziemie ojczyste podjął działalność konspiracyjną, w której hasła niepodległościowe łączył z radykalnymi, jak na ówczesne czasy, postulatami społecznymi. Należy jednak pamiętać, że przyszło mu działać w warunkach, w których wciąż istniały niemal feudalne stosunki między chłopstwem, a szlachtą. Do uwłaszczenia chłopów na ziemiach wcielonych do Cesarstwa Rosyjskiego i Królestwa Polskiego doszło dopiero w 1864 r. Z punktu widzenia stronnictwa "czerwonych", do którego należał, walka o niepodległość była możliwa jedynie w połączeniu z walką o zmiany społeczne. Niepodniesienie kwestii społecznych z całą pewnością skutkowałoby także nieprzyłaczaniem się chłopstwa do partii powstańczych. Choć obiektywnie rzecz ujmując zaanagażowanie tej warstwy społecznej w walkę o niepodległość, mimo wielu wysiłków, było minmalne zarówno na ziemiach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, jak i Królestwa Polskiego.

Konstanty Kalinowski chcąc dotrzeć do białoruskich chłopów, stał się autorem i wydawcą dwóch periodyków wydawanych w języku białoruskim - "Mużyckaja prauda" i "Hutarka". Pisma te, co ciekawe, drukowane były w łacince, tj. w języku białoruskim zapisywanym łacińską czcionką. W czasie Powstania Styczniowego, obok Antoniego Mackiewicza, Zygmunta Sierakowskiego, był jednym z najaktywniejszych przywódców na ziemiach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Został podobno zdradzony przez jednego z powstańców, pojmany przez carskich żołdaków, uwięziony w Wilnie i tam też w 1864 r. na Placu Łukiskim stracony.

Obecnie stał się w szerszej świadomości postacią nieco zapomnianą, choć do jego osoby i działalności odwołały się władze polskie tworząc Program Stypendialny im. Konstantego Kalinowskiego, skierowany do studnetów białoruskich, relegowanych z uczelni za działalność opozycyjną wobec reżimu Aleksandra Łukaszenki. Z pobieżnego natomiast przeglądu zasobów internetowych wynika, że więcej prac naukowych, więcej monografii oraz artykułów poświęconych Kalinowskiemu powstaje na Białorusi. Warto więc przypomnieć sobie jego postać, zwłaszcza, że nie tak dawno obchodziliśmy rocznicę wybuchu Powstania Styczniowego.





Widok na Plac Łukiski w Wilnie.







Kościół św. Jakuba i Filipa przy Placu Łukiskim.





Miejsce stracenia Konstantego Kalinowskiego i Zygmunta Sierakowskiego.



Budynek przy Placu Łukiskim w czasach sowieckich będący siedzibą KGB, obecnie Muzeum Ludobójstwa na Litwie.





czwartek, 13 stycznia 2011

Niemodne i trudne braterstwa

Jeszcze chyba nigdy relacje polsko-litewskie nie były tak napięte, tak złe, jak obecnie. Polskie media donosiły woczraj, że w dzisiejszych obchodach Dnia Obrońców Wolności - jednego z najważniejszych świąt państwowych Litwy - stronę polską mają reprezntować wicemarszałek Sejmu oraz szef polsko - litewskiej grupy parlamentanej. Nie jest to delegacja najwyższego szczebla, ale obie strony robią dobrą minę do złej gry. Można oczywiście tłumaczyć to tym, że w związku z ogłoszeniem raportu przez MAK, premier i prezydent RP mają istotniejsze obowiązki, ale wszystkim oczywiście dobrze wiadomo, że rzecz nie w tym. Polskie władze po raz pierwszy odważyły się dać Litwinom do zrozumienia, że nie będą dłużej tolerować praktyk dyskryminujących mniejszość polską na Litwie. Chodzi tu głównie o trudności czynionoe przez litewskie władze publiczne w zwrocie ziemi obywatelom Litwy polskiego pochodzenia, prawny zakaz pisowni polskich nazwisk w dokumentach przy użyciu polskiej transkrypcji, zamiar likwidacji wielu polskich szkół oraz zakaz używania dwujęzycznych tablic na terenach zamieszkałych w większości przez Polaków.

Nie jestem jednak pewien czy akurat Dzień Obrońców Wolności jest tym czasem, w którym władze polskie powinny demonstrować swoje niezadwolenie i dezaprobatę dla poczynań władz litewskich, bez wątpienia naruszających traktaty dwustronne i zobowiązania międzynarodowe, gwarantujące mniejszościom narodowym i grupom etnicznym prawo do własnego języka, do pielęgnowania i rozwijania kultury oraz tradycji narodowych, także prawo do dwujęzycznych tablic oraz do pisowni nazwisk w dokumentach zgodnie z transkrypcją języka ojczystego. Problemy te powinny być raczej poruszane w ramach instytucji UE czy Rady Europy, ale niekoniecznie przy okazji tak ważnego dla Litwinów święta.

Osobiście rozumiem lęki Litwinów. Wziąwszy pod uwagę fakt, że niepodległość odzyskali tak naprawdę w 1991 r. - międzywojenna Litwa Kowieńska bez Wilna nie jest pzez Litwinów postrzegana jako pełnowartościowe państwo - i pamiętając o kilkusetletniej polonizacji oraz brutalnej rusyfikacji, ich obawy o utrzymanie świadomości narodowej, kultury, języka są zrozumiałe. Wydaje się jednak, że Litwini muszą także zrozumieć, że nikt rozsądny we współczesnej Polsce nie snuje planów odebrania Wilna, ani jakiegokolwiek skrawka litewskiej ziemi, a przyjętych przez państwo zobowiązań międzynarodowych należy przestrzegać bez żadnych zastrzeżeń.

Na Litwie bywam często, w okresie wiosennym, letnim czy wczesnojesiennym, zdarza mi się odwiedzać Wilno nawet co tydzień, to ledwie niecałe 4 godziny jazdy przez pierwotne puszcze, zielone pagórki, pola, i połskujące w słońcu jeziora, gdzieś między sosnami.

Nigdy nie spotkała mnie, ani moich znajomych żadna przykrość ze strony Litwinów, żaden gest wrogości czy niechęci. Udało nam się nawet nawiązać przyjaźnie z rodowitymi Litwinami, nie mającymi żadnych polskich korzeni, którzy zupełnie dobrowolnie i bezinteresownie uczą się jęzka polskiego i żywo interesują się polską kulturą, polską polityką. Pamietam nawet, że tuż po katastrofie smoleńskiej przypadkowi Litwini widząc samochód na polskich numerach albo słysząc język polski w sklepie podchodzili do nas i szczerze wyrażali swoje współczucie. Z podobnymi gestami spotykałem się jeszcze w lipcu w Estonii, ale to już odrębna historia.

Dlatego też nie potrafię pogodzić tej zwykłej, codziennej życzliwości z polityką władz litewskich wobec polskiej mniejszości. Oczywiście mam świadomość, że moje doświadczenia nie muszą być reprezentatywne, słyszałem też opowieści Polaków, których traktowano na Litwie - mówiąc oględnie - niezbtyt przyjaźnie. Piszę jednak o swoich wrażeniach, a te są akurat pozytywne, mając jednocześnie świadomość, że stanu idealnego nie osiągniemy nigdy. Częściowo tłumaczę sobie to tym, że na Litwie, tak jak i w Polsce, polityką w większości parają się ludzie nie posiadający odpowiednich kwalifikacji ani intelektualnych, ani moralnych. Litwini mają także poważne problemy z korupcją, dodatkowo Litwa jest silnie spenetrowana przez rosyjskie służby specjalne - to nie jest spiskowa teoria, tylko fakt, można o tym przeczytać w wielu raportach dotyczących sytuacji społeczno - politycznej tego kraju. Rosja jest żywo zainteresowana tym, by relacje polsko - litewskie nie były dobre - warto w tym miescu przypomnieć kwesitę rafinerii w Możejkach czy polsko - litewskiego mostu energetycznego (Rosja chciałaby swoją energię sprzedwać Polsce z Obwodu Kaliningradzkiego).

No i kolejna rzecz nie mniej istotna. Przed drugą wojną światową Litwini w Wilnie i okolicach stanowili znikomy, jednocyfrowy procent mieszkańców miasta i rejonu. Wydaje się więc nieprawdopodobne, by wszyscy mieszkańcy podajacy się wówczas za Polaków byli potomkami polskich osadników z XVI i późniejszych wieków, bo to by oznaczało, że wyparli oni całkowicie Litwinów albo w inne regiony Litwy, albo tylko wśród polskiej ludności istniał przyrost naturalny. Jest to kompletnie nielogiczne i niemożliwe. Stąd też Litwini wielu Polaków mieszkających obecnie na Litwie uznają za spolonizowanych Litwinów. Tyle tylko, że szkopuł tkwi w tym, iż owi Polacy wcale się za Litwinów nie uważają i trudno ich do tego zmusić. Nie istnieje też metoda, która pozwoliłaby oddzielić potomków tych Polaków, którzy przybyli na te ziemie w XVI w. od Litwinów, którzy się w międzyczasie spolonizowali. Narodowość jest kwestią poniekąd wyboru, wyboru świadomości, języka, kultury, tradycji, wartości. Narodowość w rozumieniu etnicznym to jakieś kompletne nieporuzmienie i rzecz zupełnie zbyteczna. Osoby wywodzące swoje korzenie z kresów, mają zazwyczaj świadomość tego, że w ich żyłach płynie także krew litewska, białoruska, czasem tatarska, karaimska czy żydowska. Nie zapomnę zdjęcia jednej z autortek tek "Pressji" poświęconego tematowi - "Czy warto być Polakiem?" - ślicznej, czarnoskórej dziewczyny, której dziadek był Polakiem, a babcia pochodziła z Barbadosu, a ona sama uważa się za Polkę. Obecnie, mamy w Polsce sporą społeczność Wietnamczyków, Czeczenów, Inguszy, Dagestańczyków, Gruzinów i małżeństwa mieszane będą zjawiskiem zupełnie naturalnym, tak jak były one czymś naturalnym na kresach, może niekoniecznie powszechnym, ale nikogo nie oburzającym. Stąd też narodowość to musi być kwestia wyboru, nie można nikogo zmuszać do pozostania Litwinem, ani środkami prawnymi, ani żadnymi innymi, tak jak i nie można nikogo przymuszać do pozostania Polakiem.

Zatem, choć lęki Litwinów rozumiem, to jednak nie usrpawiedliwiam. Praktyka władz litewskich w odniesieniu do mniejszości polskiej zaprzecza całkowicie i partnerstwu strategicznemu, na które powołujemy się tak często i rzekomemu braterstwu, które ma nas niby łączyć.

Tyle, że niezłożenie hołdu przez przedstawicieli najwyższych władz polskich w dniu tak ważnym dla Litwinów jest kompletnym nieporozumieniem i błędem.

13 stycznia 1991 r. wojska radzieckie w odpowiedzi na ogłoszoną w marcu 1990 Deklarację Niepodległości Litwy, przystąpiły do zajmowania strategicznych miejsc w Wilnie, w tym Wieży Telewziyjnej i Parlamentu. Na ulicach miasta pojawiły się barykady, a dostępu do Wieży bronił łańcuh osób cywilnych. To wówczas radzieckie czołgi rozjechały 14 osób, a Michaił Gorbaczow krzyczał przed kamerą TV: "Nikagda! Nikagda!" w odniesieniu do niepodległości Litwy.



Cmentatz na Antokolu w Wilnie, na którym pochowano ofiary tragicznych wydarzeń z dnia 13 stycznia 1991 r.





Panteon narodowy na cmentarzu antokolskim - tu spoczywają obrońcy Wieży Telewizyjnej.











Widok na Wieżę Telewizyjną, pod którą rozegrały się najbardziej tragiczne i makabryczne wydarzenia w dniu 13 stycznia 1991 r. Pod gąsienicami radzieckich czołgów zginęło wówczas 14 osób.



Widok na Seimas - litewski Parlament, do którego w 1991 r. dostępu broniły ustawione naprędce barykady; poniżej fragmenty barykad otoczone obecnie szkłem i zadaszone.









Zdjęcia osób, które zginęły pod Wieżą Telewizyjną.





Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...