Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielkie Księstwo Litewskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielkie Księstwo Litewskie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 maja 2013

Zielone Świątki w Różanymstoku

 Słoneczna, upalna niedziela. Bujna, soczyście bujna, majowa zieleń, w dziesiątkach odcieni, delikatnie falująca na wzgórzach piętrzących się już na północnych rogatkach Białegostoku, aż do Grodna, a nawet dalej do samego Wilna. Północne, litewskie krajobrazy w majowym intensywnym słońcu, wsie porozrzucane w mikroskopijnych dolinach i na stokach łagodnych wzniesień Wzgórz Sokólskich. Sanktuarium w Świętej Wodzie z Górą Krzyży wzorowaną na szawelskiej, majestatyczna, zbawiennie cienista Puszcza Knyszyńska ze śródleśną osadą w Czarnej Białostockiej, Sokółka z kościołem św. Antoniego Padewskiego i Cudem Eucharystycznym, czekającym na uznanie przez Watykan, i dalej otwarte, rozległe przestrzenie wzdłuż drogi wijącej się do Dąbrowy Białostockiej.

W Nierośnie, tuż przy szkole o 88-letniej historii, przeznaczonej jak wiele innych do likwidacji, drogowskaz kieruje na wschód, do Sanktuarium Maryjnego w Różanymstoku. Zza zielonych pól, żółto - zielonych łąk porośniętych mleczem, brzozowych zagajników wyłaniają się wieże XVIII-wiecznej barokowej świątyni, wzorowanej na kościele jezuitów w pobliskim Grodnie. Przy dobrej, słonecznej pogodzie można podobno z nich wypatrzeć budowle tego pięknego miasta, dostępu do którego strzeże jednak trudna granica. Tu uroki strefy Schengen nie działają tak, jak w przypadku nieodległej granicy z Litwą.

Różanystok, miejsce zupełnie niezwykłe. Odpust w Zielone Świątki. Setki samochodów, z rejestracjami sokólskimi, białostockimi, augustowskimi, gdzieniegdzie warszawskimi, stragany, obwarzanki, wata cukrowa, "domowe" lody z Sokółki z rodzinnej lodziarni o smaku prawdziwych lodów, a nie mrożonej wody z plastikowym sokiem. Tłumy bezpretensjonalnych ludzi, mężczyźni mimo upału w marynarkach, jasnych koszulach, dżins z trudem dostrzegalny. Eleganckie kobiety, w lekkich, zwiewnych sukienkach. Staruszki i staruszkowie o twarzach pooranych bruzdami, na których odmalowały się lata trudów, smutków, bólu i cierpień, i żywa, prawdziwa wiara w oczach, i świąteczny błysk radości, a do tego jakaś energia w ruchach, której tak często brak staruszkom w mieście. Tu wciąż się pamięta o tym, by dzień święty święcić nie tylko śpiewem i głośną modlitwą w kościele, ale też odświętnym strojem, bez miejskiego nuworyszostwa i nierzadko przesadnej, tandetnej elegancji.

Zesłanie Ducha Świętego. Ławki otaczające kościół zajęte co do jednej, dziesiątki osób, kryjące się w cieniu dawnych zabudowań klasztornych oraz wiekowych lip i brzóz, otaczających z dwóch stron kościół; nieprzebrane tłumy w świątyni, na schodach, w kruchcie, w nawie głównej i nawach bocznych, w tym w lewej z obrazem Matki Boskiej słynącym licznymi cudami już od XVII w. Ten obecny jest jedynie kopią, oryginał został wywieziony gdzieś w głąb Rosji w 1915 r. przez mniszki prawosławne, rezydujące tu od czasu, gdy różanostocki kościół po klęsce powstania styczniowego zamieniony został na cerkiew prawosławną.

Żadnej sztuczności, wiara ludowa w czystej postaci, z jej żarliwością, szczerością, głośną modlitwą. Prawdziwa modlitwa prawdziwych ludzi, spracowanych na co dzień, zmęczonych, znużonych, a tu odzyskujących radość i energię. Wnętrze sanktuarium przywodzi na myśl barokowe świątynie wileńskie. Jesteśmy przecież na ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego, województwa trockiego, powiatu grodzieńskiego. Jeszcze dziś pod kościołem zdarza się, że można usłyszeć białoruską mowę, choć to raczej domena ludzi starszych. Różne typy ludzkie tak jak w Wilnie. I tu i tam, niczym w tyglu, wymieszały się etnosy - litewski, ruski (nie mylić z rosyjskim), polski, tatarski, w Wilnie dodatkowo jeszcze żydowski, tatarski, karaimski i niemiecki, co zaowocowało ciekawym, życiodajnym, oryginalnym i w pełni naturalnym przenikaniem się kultur, a dziś już właściwie znajdującym odzwierciedlenie jedynie w różanych typach urody, i czasem jeszcze zamiłowaniem do uczestniczenia w kilku kulturach jednocześnie.

Opiekę nad różanostockim sanktuarium sprawują obecnie salezjanie, o czym przypomina m.in. posąg św. Jana Bosko w niszy świątyni w fasadzie głównej. Z racji odpustu i przybyłych nań licznie wiernych z początkiem mszy zapełniają się wszystkie konfesjonały. Być może to stereotyp, ale spowiedź u zakonników jest rzeczywiście wyjątkowa. Poczucie bycia słuchanym przez kapłana, uważnie, bez cienia rutyny czy znużenia, dodatkowe pytania, momentami dialog, niesztampowe pouczenia, a na zakończenie głębokie poczucie uwolnienia i uzdrowienia, narodzenie do nowego życia, po raz kolejny, i tak przecież bez końca.

Barokowe wnętrze rozbrzmiewa Słowem, płomienną modlitwą i śpiewem. Po latach zniszczeń, kiedy historia bezwzględnie i okrutnie obchodziła się ze świątyniami katolickimi na wschodzie, różanostockiemu kościołowi nie sposób odmówić piękna. Jego ogrom, rozmach, przestrzeń, obrazy, malowidła, posągi, misternie zdobione ołtarze boczne skutecznie odrywają od codzienności i przenoszą do świata, do którego wszyscy zmierzamy, taką przynajmniej należałoby mieć nadzieję.

Na zakończenie Eucharystii zgromadzeni wierni ruszają w procesji z Najświętszym Sakramentem wokół świątyni. Setki ludzi, w skupieniu i ze śpiewem na ustach, wylewają się z trzech naw przez chłodną kruchtę, szerokimi schodami zmierzają z początku w stronę zabudowań dawnego klasztoru dominikanów, powstałego w XVII w. przy dworze Tyszkiewiczów, mijają następnie po lewej stronie budynek Salezjańskiego Ośrodka Wychowawczego, noszącego wyraźne ślady rosyjskiej architektury sakralnej z XIX w., kiedy to zamieszkały w nim wspomniane wcześniej mniszki prawosławne; dalej wzdłuż stacji Drogi Krzyżowej. Jest w tym wszystkim niebywałe piękno, poczucie wspólnego, razem z innymi, uczestnictwa w niebiańskiej liturgii, łączącej to, co zwyczajne, konkretne, namacalne ze światem niewidzialnym.

Eucharystia kończy się, należy ustąpić miejsca przybyłym już kolejnym parafianom i pielgrzymom, gromadzącym się w cieniu smukłych, rozłożystych drzew i zabytkowych budynków.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek



Obrazek Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

piątek, 23 grudnia 2011

Suchowolsko - okopowe impresje z księdzem Jerzym Popiełuszką w tle

Nie wyobrażam sobie roku bez wizyty w Okopach koło Suchowoli, niewielkiej, pozornie ponurej wioski około 50 km na północ od Białegostoku, z kilkoma opuszczonymi domostwami, przydrożnymi krzyżami, otoczonej wzgórzami, wyglądającymi, jak średniowieczne grodziska Jaćwingów albo kurhany. Podobno nazwa wsi wywodzi się właśnie od kurhanów, które miejscowa ludność nazywała okopami. A być może są to jakieś dawne szańce?

Pierwsze osady na tych terenach zakładali z pewnością Jaćwingowie, pobliska Suchowola zwała się pierwotnie Suchaja Jatwieź, na zachód od Suchowoli do dziś istnieją wsi o wiele mówiących nazwach - Jatwieź Mała, Jatwieź Duża. Nieodległy Skindzierz jest również nazwą pochodzenia bałtyjskiego, podobnie, jak i Kumiała (od słowa "kumele", które w języku litewskim oznacza klacz), Dryga, Igryły. Niewiele wiemy o języku jaćwieskim, stąd też trudno dziś stwierdzić czy mamy tu do czynienia z toponimami pochodzenia litewskiego czy jaćwieskiego, a najprawdopodobniej stykamy się z jednymi i drugimi. Na ziemiach tych lokowali się bowiem osadnicy z głębokiej Litwy, może nawet ze Żmudzi, a więc rodowici, etniczni Litwini, jak też wschodni Słowianie, Rusini z okolic Grodna, z czasem zaczęło tu też sięgać osadnictwo z sąsiedniego Mazowsza. Do dziś niektórzy mieszkańcy tych okolic władają dialektem języka białoruskiego, choć wyznają katolicyzm. Wystąpiło tu prawdopodobnie zjawisko, z jakim mieliśmy do czynienia także w okolicach Wilna, kiedy to etniczni Litwini w zetknięciu z ludnością ruską, o wyższej kulturze i dużo bardziej zaawansowanej cywilizacyjnie, slawizowali się na przestrzeni stuleci. Nie można też wykluczyć dość powszechnego przechodzenia dawnych unitów - po wydaniu w 1905 r. ukazu tolerancyjnego przez cara Mikołaja II - na katolicyzm. Dawni unici i ich potomkowie po kasacie Unii Brzeskiej dokonanej w 1839 r. na ziemiach Rzeczypospolitej wcielonych bezpośrednio do Imperium Rosyjskiego, a więc dużo wcześniej niż w Królestwie Polskim (w 1875 r.), kiedy pojawiły się sprzyjające temu okoliczności, przechodzili masowo na katolicyzm, bo jedynie taką możliwość dawał im wspomniany edykt tolerancyjny z 1905 r., nie przywracał przecież Unii Brzeskiej.

Nie bez powodu zatem jeszcze w ubiegłym miesiącu na Rynku w Suchowoli, tuż przy kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła, naprzeciw pomnika ks. Jerzego Popiełuszki, słyszałem rozmowę dwóch starszych mężczyzn, przeplatających polskie słowa, słowami pochodzącymi z pewnością z dialektu białoruskiego. Ksiądz Popiełuszko musiał sam władać w młodości tą melodyjną mieszanką języków.

Nie jest to jakaś banalna i pusta, jak wydmuszka multi-kulti, ale realne dziedzictwo wielokulturowego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Okopy i Suchowola należały przed rozbiorami do województwa trockiego. Tu w XVII w. pojawili się Żydzi, którzy wznieśli w Suchowoli piękną, okazałą drewnianą synagogę, będącą pierwszą świątynią w miasteczku. Tuż po nich, bo w wieku XVIII w Suchowoli zaczął stacjonować pułk tatarski. Z czasem Tatarzy zajęli się dużo bardziej pokojową działalnością, a mianowicie garbarstwem i ogrodnictwem. Dziś w Suchowoli mieszka 58 Tatarów. Można się tu zatrzymać w muzułmańskim Domu Pielgrzyma, niedaleko plebanii kościoła Św. Apostołów Piotra i Pawła, który oferuje także sposobność posmakowania tradycyjnych potraw kuchni tatarskiej. Stąd też już tylko o krok mamy Izbę Pamięci ks. Jerzego Popiełuszki, ulokowaną przestronnym pomieszczeniu przy plebanii, a w niej publikacje poświęcone Błogosławionemu, sutanna, kawałek sznura, którym był spętany przez oprawców, książka - nagroda z czasów nauki w szkole podstawowej, stare fotografie, zabytkowa chrzcielnica, poduszka, którą kapłan miał podłożoną w Zakładzie Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Białymstoku.

Dnia 30 października 1984 r. ciało zamordowanego ks. Jerzego Popiełuszki przewieziono do Białegostoku w celu wykonania sekcji zwłok. 2 listopada wiadomość o tym, że zwłoki księdza będą transportowane do Warszawy rozniosła się po mieście lotem błyskawicy. Na drodze przejazdu konduktu zgromadziły się tysiące białostocczan, taksówkarze uformowali kolumnę złożoną prawdopodobnie z kilkuset aut, towarzyszącą księdzu aż do rogatek miasta, wolno z włączonymi klaksonami, przesuwającą się ulicami miasta. Za ten gest zostali zresztą później ukarani przez stosowne władze. Pamiętam, że tego dnia Mama wróciła do domu zapłakana i łamiącym się głosem, opowiedziała nam o żegnających ks. Popiełuszkę tłumach, była ogromnie wzruszona i przejęta. Każdy, kto miał tylko taką możliwość, pod byle pretekstem, wychodził z pracy, by uczestniczyć w pożegnaniu kapelana "Solidarności".

Gdy teraz spoglądam na zdjęcia wykonane w czasie procesu mordercy Grzegorza Piotrowskiego i Matki Księdza - Marianny Popiełuszko, skromnej, prostej kobiety, w chustce na głowie, wspartej na drewnianej lasce, przeszywają mnie dreszcze. Jest coś absolutnie mistycznego w tym zestawieniu pewnego siebie, inteligentnego mężczyzny i prostej, ale wręcz nieziemsko mądrej kobiety z małej, ubogiej wsi na Podlasiu, która w tym "starciu światów", odniosła prawdziwe zwycięstwo.

































czwartek, 23 czerwca 2011

Karaimi. Troki, czerwiec 2011

Karaimi stanowią bez wątpienia jedną z najbardziej interesujących i oryginalnych, a zarazem najmniejszych grup etnicznych zamieszkałych w Polsce. Według szacunkowych danych liczy ona około 200 osób, skupionych głównie w Warszawie, Krakowie, Trójmieście oraz Wrocławiu. W 1997 r. w Warszawie powstał Związek Karaimów Polskich, który powołał do życia Oficynę Wydawniczą "Bitik", wydającą od 1999 r. arcyciekawe czasopismo historyczno - społeczno - kulturalne "Awazymyz" (ku uciesze pasjonatów dostępne także w wersji elektronicznej pod adresem: www.awazymyz..karaimi.org), co w języku karaimskim oznacza "Nasz głos", a będące kontynuacją wydawanego przez Karaimów w latach 80-tych czasopisma o tytule "Coś". Prężnie działa także środowisko Karaimów we Wrocławiu, gdzie w ubiegłym roku została zorgnizowana w Muzeum Etnograficznym głośna wystawa "Karaj jołłary - karaimskie drogi", prezentująca fotografie Karaimów z okresu 1864 - 1950 r.

Historia polskich Karaimów sięga czasów Wielkiego Księstwa Litewskiego, kiedy to wielki książę Witold w drugiej połowie XIV w. sprowadził do Trok z Krymu przedstawicieli walecznego ludu, pochodzenia tureckiego, wyznających wielce oryginalną religię. Słynni na całym ówczesnym wschodzie Europy ze swej bitności, odwagi i lojalności przybysze z Krymu mieli stanowić trzon książęcej drużyny i chronić ziemię oraz ludność księstwa przed rejzami ekspansywnych Krzyżaków oraz rycerzy Zakonu Kawalerów Mieczowych. Troki będące ówczesną stolicą Wielkiego Księstwa podzieliły się wówczas na dwie części - chrześcijańską i karaimską. Opróćz Trok, Karaimi zostali osadzeni jeszcze w 32 innych miejscowościach Księstwa, w tym także wzdłuż granicy z państwem Zakonu Kawalerów Mieczowych.

W 1441 r. Kazimierz Jagiellończyk nadał litewskim Karaimom przywilej tzw. prawa magdeburskiego, gwarantujący im posiadanie własnego samorządu. Prawo magdeburskie przyznawano mieszczanom, z reguły wyznania katolickiego, dużo rzadziej wyznawcom prawosławia. Zapewniało ono miastom i mieszczanom dość sporą, jak na ówczesne czasy, dozę autonomii i wolności. Uzyskanie prawa magdeburskiego przez mieszczan karaimskich, a więc ludność niechrześcijańską, jest bodajże jedynym takim przypadkiem w całej historii. Oznaczało ono, że Karaimi mieli prawo posiadania własnego samorządu, na czele którego stał wybierany przez społeczność wójt, odpowiadajacy tylko i wyłącznie przed wielkim księciem. Ani wojewoda, ani też starosta trocki nie mogli ingerować w sprawy Karaimów. Wszelkie konflikty między Karaimami i ludnością chrześcijańską rozstrzygał natomiast sąd złożony z karaimskiego wójta i wojewody. W postępowaniu przed takim sądem moc pełnowartościowego dowodu miała przysięga składana przez Karaimów zgodnie z nakazami ich religii. To także rzecz niebywała, jak na ówczesne czasy. Ów samorząd, liczne prawa i przywileje nadawane Karaimom przez wielkich książąt litewskich oraz królów polskich przetrwały w niezmienionym stanie aż do czasu rozbiorów.

Z biegiem czasu, kiedy już biegłość w walce straciła na znaczeniu, zmieniły się bowiem strategie, metody prowadzenia wojen, rodzaje stosowanej broni, Karaimi zajęli się z wielkim znawstwem i prawdziwą pasją, o wiele bardziej pokojową działalnością, a mianowicie ogrodnictwem i sadownictwem. Jeszcze w czasie międzywojnia słynęli na całą Polskę z uprawy najlepszych w całej Rzeczypospolitej ogórków. Dziś tę zaszczytną rolę przejęli gospodarze z podlaskiego nadnarwiańskiego Kruszewa, którzy co prawda Karaimami nie są, a mimo to ich ogórki nie mają sobie równych w całym kraju.

W czasie drugiej wojny światowej Karaimi o mały włos nie podzieli losu polskich Żydów, a to za sprawą wyznawanej przez nich dość oryginalnej religii, opartej na Pięcioksięgu i Dekalogu, co mogło nasuwać skojarzenia z judaizmem, choć Karaimi nie uznają Talmudu. Niemałą rolę odegrała w tym też zapewne znajomość języka hebrajskiego, którą wykazywało się wileu Karaimów. Wierni mieli bowiem nieodwołalny obowiązek indywidualnego poznawania i interpretacji treści Pięcioksięgu, a że ten został spisany w języku hebrajskim, konieczne stało się jego przyswojenie. Karaimi wychodzili z założenia, że przekład na język karaimski sam w sobie jest już interpretacją dokonaną przez tłumacza, co w rezultacie miało uniemożliwiać samodzielne poznawanie i odczytywanie treści zawartych w Pięcioksięgu. A z tym wiązał się obowiązek i niemal kult nauki, tak charakterystyczny również dla kultury żydowskiej.

Kto chce jednak poczuć prawdziwego ducha tradycji, historii i kultury karaimskiej powinien wyruszyć na Litwę, a w szczególności do Trok i Wilna. To wciąż największe skupiska tej interesującej społeczności. W obu miastach wciąż funkcjonują świątynie karaimskie, zwane kienesami, choć szansa na to, że uda się je zwiedzić, bez uprzedniego skontaktowania się z odpowiednimi osobami jest niewielka. Jeśli nie umówimy się z duchownymi, będziemy mogli co najwyżej obejrzeć je z zewnątrz. W Trokach warto zajrzeć także do muzeum etnograficznego poświęconego historii i kulturze litewskich Karaimów, po którym w roku ubiegłym oprowadzała nas - co ciekawe - miejscowa Polka. Składajace się na ekspozycję stałą fotografie prezentujące rodziny karaimksie z Trok i całej Litwy, z końca XIX i początku XX w., na długo zapdają w pamięć, ze względu na swój egzotyczny klimat.

Będąc w Trokach nie sposób też pominąć cmentarza karaimskiego, malowniczo położonego na delikatnym wzniesieniu tuż nad jeziorem Tataryszki. Wyprawa z centrum miasta nie powinna nam zająć wiecej niż 10 minut, a wybrać się tam warto, by zagubić się w zielonym gąszczu bujnych traw, krzewów i wiekowych drzew, w poszukiwaniu strzelistych nagrobków, przypominających kamienne stele, albo przysadzistych kamieni wyglądających nieco jak macewy, a po trosze, jak kamienne nagrobki na mizarach w Bohonikach lub Kruszynianach. Sam trocki cmentarz swoim położeniem na łagodnym wzgórzu, z wybujałą, dziką roślinnością, klimatem przypomina tatarskie mizary na Podlasiu, gdyby nie dobiegający znad jeziora gwar kąpiących się na nieodległej najwyraźniej plaży. Wszak i Troki, i Bohoniki, i Kruszyniany, to ziemie dawnego Wielkiego Ksiestwa Litewskiego, tyle że na Podlasiu osiedlili się Tatarzy, a Karaimi już tu nie dotarli. Poza tym północno - wschodnia część współczesnego Podlasia, to ziemie dawnego województwa trockiego.

Odkrywanie tradycji karaimksiej byłoby jednak niepełne, gdyby nie wspomnieć o karaimskiej kuchni, pełnej wschodnich przypraw, pachnących warzyw, smaku kibinów czy wyjątkowego chłodnika karaimskiego, które serwują trockie restauracje.

Aby jednak w pełni poczuć nastrój, smak i zapach karaimskich Trok, warto się do nich wybrać wczesną jesienią, łagodnie słoneczną i ciepłą, kiedy przydomowe ogródki wybuchają feerią jesiennych barw i zapachem warzyw oraz dorodnych, dojrzałych owoców w sadach, a w bujnej wciąż jeszcze roślinności majestatycznie, szczytem do ulicy stoją radośnie żółte, pomarańczowe, zielone, brązowe, orzechowe drewniane domy, o dwuspadowych dachach, z charakterystycznymi trzema oknami, które zgodnie z tradycją karaimską poświęcone są Bogu, księciu i gospodarzowi.


***Fotografie zostaną opublikowane wkrótce : )

poniedziałek, 30 maja 2011

Różanystok, maj 2011

Północne Podlasie to wciąż najprawdziwsza terra incognita dla poszukiwaczy wczesnośredniowiecznych grodzisk, cmentarzysk, kurhanów, atmosfery nielukrowanego, nieretuszowanego, ale żywego i krwistego pogranicza, ze wszystkimi swoimi blaskami, bogactwem, ale także trudną i bolesną historią, która od czasu do czasu daje o sobie znać i potrafi wychynąć na powierzchnię spod cienkiej warstewki różnego rodzaju poprawności. Dawny styk ziem jaćwieskich, litewskich i ruskich. Miejsce spotkania osadnictwa ruskiego, mazowieckiego, bałtyjskiego (litewskiego i jaćwieskiego), z czasem także żydowskiego, tatarskiego oraz niemieckiego.

Różanystok, podobnie do wielu miejsc północnego Podlasia, skupia w sobie, jak w soczewce, całą tę różnorodność i czasem pozwala w nią wniknąć, uchylając rąbka swojej pilnie strzeżonej tajemnicy. Bo kto w centralnej Polsce słyszał na przykład o katolikach władających dialektem języka białoruskiego, ale niemieszkających gdzieś na Białorusi? Stereotyp podpowiada, że jeśli katolik, to Polak, a jeśli Białorusin, to... Któż zresztą słyszał o nich w Białymstoku? A czy ci, którzy o katolikach władających dialektem białoruskim słyszeli, nie woleliby tematu dyplomatycznie uniknąć? Zresztą i sami zainteresowani mogliby się oburzyć na taką sugestię. Kiedyś ktoś w pewnej dyskusji zwrócił mi uwagę, że lepiej mieszkańcom tych terenów nie mówić, że władają językiem białoruskim, bo mogą to niewłaściwie zrozumieć (cokolwiek by to miało znaczyć). Ale cóż na to mogę poradzić, skoro sam słyszałem? Pod kościołem w Różanymstoku kilka lat temu, pewnego pięknego, słonecznego majowego dnia kilku mężczyzn w średnim wieku rozmawiało ze sobą, posługując się niewątpliwie dialektem białoruskim. Być może sami nazwaliby ten język „tutejszym” czy „prostym” albo zapytani odpowiedzieliby, że rozmawiają „po naszemu”.

Ale wróćmy do Różanegostoku, który jako folwark powstał w drugiej połowie XVI wieku na ziemi nadanej dworzaninowi króla Zygmunta Augusta, przybyszowi z dalekich Włoch – Scipionowi del Campo. Znajdował się tuż przy starym średniowiecznym trakcie prowadzącym z Mazowsza na Ruś, później Litwę. Gdzieś w tych okolicach przez jakiś czas we wczesnym średniowieczu w odległości dwóch mil od Grodna miała przebiegać granica między Mazowszem a ziemiami ruskimi, ale nie trwało to długo. Osadnicy ruscy i litewscy zasiedlali ziemie tego niespokojnego pogranicza dopiero wówczas, gdy zakończyły się rejzy agresywnych i ekspansywnych Krzyżaków, boje Mazowszan z Jaćwingami i Litwinami oraz czasy wypraw polsko-ruskich przeciw Jaćwingom. Z wielkim prawdopodobieństwem chronili się tu także zbiegowie z Jaćwieży. Oczywiście to mogły nie być etniczne ziemie Jaćwingów, ale nazwy w pobliżu nieodległej przecież Suchowoli, która w swych początkach sama podobno nosiła nazwę Suchaja Jaćwież, czy położone bardziej na zachód wsie noszące urokliwie brzmiące nazwy – Mała Jatwieź czy Duża Jatwieź, wskazywałyby na to, że z czasem musieli się tu pojawić co najmniej uchodźcy z Jaćwieży wytrzebionej przez zakon krzyżacki. O osadnictwie Jaćwingów między innymi w okolicach Grodna mówią nam w pełni wiarygodne źródła historyczne, a jesteśmy przecież nie dalej niż 20 km na zachód od Grodna.

W połowie XVII wieku Krzywy Stok – bo tak się wówczas nazywał obecny Różanystok – przechodzi na własność litewskiego rodu Tyszkiewiczów i wówczas tak naprawdę zaczyna się jego wielka historia. W 1652 roku w Grodnie Jan Szretter maluje obraz przedstawiający Matkę Boską z Dzieciątkiem na ręku. Ów obraz nabywa Szczęsny Tyszkiewicz wraz ze swoją żoną Eufrozyną (imienniczką tak ważnej dla historii i kultury białoruskiej księżnej Eufrozyny Połockiej) i umieszcza w zabudowaniach dworskich w Krzywym Stoku, zwanym także Tabenszczyzną. Żarliwe modlitwy Eufrozyny mają sprawiać, że samoczynnie zapalają się lampki oliwne ustawione przez obrazem, zakwitają zdobiące go zeschnięte wianki, a wszystkiemu temu ma towarzyszyć roznoszący się wokół łagodny, słodki zapach różany i rozbrzmiewające anielskie śpiewy oraz muzyka. Sława cudownego obrazu rozchodzi się po całej okolicy, dzieło trzeba więc przenieść do drewnianego kościółka wzniesionego nieopodal.

W 1663 roku do opieki nad obrazem zostają sprowadzeni dominikanie z nie tak znowuż odległych, a położonych na północ od Krzywego Stoku, Sejn. I wówczas też nazwa miejscowości zostaje zmieniona na Różanystok. Mniej więcej w tym czasie biskup wileński Jerzy Białłozor powołuje komisję do zbadania cudów, które miały mieć miejsce za sprawą wstawiennictwa Matki Boskiej przedstawionej na już niezwykłym obrazie. Zacne grono specjalistów ustala 30 przypadków cudownych, wiarygodnych uzdrowień. Sława obrazu rozprzestrzenia się po całej Litwie (wszak jesteśmy na ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego), ale dociera także do Korony.

W 1759 roku rozpoczynają się prace przy budowie nowej, murowanej świątyni. Drewniany kościółek okazał się stanowczo za mały i nie spełniał swojej funkcji wobec mas pielgrzymów ciągnących z całej Litwy. Wraz z nowym kościołem powstają także murowane zabudowania klasztorne, które po klęsce powstania styczniowego władze carskie w ramach represji przekazują duchowieństwu prawosławnemu.

W 1901 roku z pobliskiego Grodna zostają sprowadzone mniszki prawosławne, które wznoszą tu także tak zwaną cerkiew zimową, zachowaną zresztą do dziś. Siostry zakonne otwierają w Różanymstoku także szpital, szkołę, sierociniec, przytułek i liczne pracownie różnych specjalności. W 1915 roku natomiast na wieść o zbliżającym się froncie niemieckim rozpoczyna się tak zwane bieżeństwo – okres masowej ucieczki ludności, głównie wyznania prawosławnego, z ziem zaboru rosyjskiego w głąb Rosji. Uciekają zatem także mniszki, wywożąc ze sobą obraz słynący cudami, który nie odnalazł się po dziś dzień. Wraz z odzyskaniem niepodległości kościół i zabudowania klasztorne powracają do katolików. Swoją działalność edukacyjną i wychowawczą rozpoczynają w Różanymstoku salezjanie i salezjanki (na jednym z budynków można znaleźć tablicę informującą, iż w 1922 roku powstał tu pierwszy dom sióstr salezjanek w Polsce), które przybyły aż z Włoch. W 1954 roku władze komunistyczne zamykają i klasztor, i szkołę prowadzoną przez salezjanów i salezjanki. Zakonnicy wrócą do Różanegostoku dopiero w 2000 roku. Obecnie prowadzą gimnazjum, szkołę podstawową, ośrodek wychowawczy i bursę.

Dziś Różanystok to dość osobliwa miejscowość. Już z odległości kilku kilometrów, z której strony by nie jechać, w szczerym polu, nad soczyście i bujnie zielonymi łąkami, polami, brzozowymi zagajnikami, z zielonej kępy strzelistych, wiekowych drzew wyrastają wieże barokowej monumentalnej świątyni, wzorowanej na jezuickim kościele w Grodnie. Ale to wrażenie niewielkiej wyspy na morzu zieleni może się okazać nieco złudne, bo zagłębienie się w tę szarozieloną wydawałoby się niewielką kępę drzew, odkrywa istny labirynt. Tuż za kościołem, od strony wschodniej stoją dwukondygnacyjne, wciąż noszące ślady dawnej świetności zabudowania klasztorne. Jeśli skręcimy tuż przed nimi w prawo to ujrzymy nowo utworzony wielki ogród, a w nim budynek już na pierwszy rzut oka przypominający rosyjskie budowle z przełomu XIX i XX wieku, mieszczący ośrodek wychowawczy dla młodzieży, z tak charakterystycznymi łagodnymi, krągłymi łukami na klatce schodowej i w oknach. Jeśli natomiast zechcemy iść prosto, mijając kościół po prawej stronie, tuż zza kępy strzelistych, kilkusetletnich drzew, po lewej stronie wyłoni się ceglany, przysadzisty budynek wzniesiony w 1901 roku jako cerkiew zimowa pod wezwaniem Świętego Sergiusza z Radnoża (obecnie mieści się w niej kaplica dla wychowanków salezjanów). Tuż za nią, za ogrodem z kilkoma drzewami owocowymi, dostrzeżemy kolejne zabudowania klasztorne, wciąż jeszcze nieodnowione, z powybijanymi oknami, odrapanym tynkiem, a za nimi z kolei dwukondygnacyjne budynki z początku XX wieku, dalej następne, które wciągają niczym najprawdziwszy labirynt wydający się nie mieć końca. A to wszystko zatopione w bujnej, soczystej zieloności w dziesiątkach odcieni, zalanej majowym słońcem.

Po drodze miniemy rozpadające się drewniane komórki, dojdziemy do drogi obsadzonej szpalerem drzew, wyglądającej niczym tunel, u wylotu którego rozpościerają się otwarta przestrzeń pól i droga prowadząca gdzieś na wschód. Stąd w prostej linii mamy już niecałe 20 km do Grodna, podobno z jednej z wież kościelnych widać zabudowania tego białoruskiego miasta. Wracamy jednak w stronę kościoła, by pozwolić sobie na jeszcze jedno kontrolowane zagubienie się w prawdziwej plątaninie ścieżek i wąskich uliczek, zabudowań klasztornych, budynków mieszkalnych, w tym także wciśniętych tu przemocą trójkondygnacyjnych bloków z wielkiej płyty, niewątpliwej pozostałości istniejącego tu nie tak wcale dawno PGR.

Barok, klasycyzm, łagodne, krągłe łuki architektury rosyjskiej przeplatają się na niewielkiej przestrzeni w sposób, który wydawałoby się powinien drażnić nasze poczucie ładu i estetyki, gdyby nie wszechogarniająca zieleń, łagodząca zniszczenia czy szpetotę wielkiej płyty. W oddali szpaler lip tuż przy kamiennym murze, za nim kilka domostw i znowu rozpościera się zielony ocean pól, łąk i zagajników na horyzoncie.





































































































Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...