Jeszcze nigdy tak późno nie dotarliśmy do Różanegostoku. Z Sokółki wyruszyliśmy około 19:30, niebo było pochmurne, przez ciężkie deszczeowe chmury z trudem przebijało się zachodzące słońce, festiwal setek odcieni zieleni, falujacych łanów zielonych zbóż, łąk i pastwisk, na horyzoncie ciemniejące masywy zagajników, po zachodniej stronie klin dawnej Puszczy Nowodworskiej, łączący się z Puszczą Knyszyńską. Nowa asfaltowa droga do Dąbrowy Białostockiej omija liczne wioski, przez które kiedyś trzeba było jechać 50 km/h, choć miało to swoj urok. Drewniane domy stojące szczytem do drogi, z bukietami malw pod oknami i innych wielobarwnych kwiatów. Ich uklad pamiętający jeszcze pomiarę włóczną królowej Bony. Kamień z żeliwnym krzyżem w Bierwisze z napisem "Moskal Litwę splądrował, złamawszy mir wieczny, AD 1657". Nierośno, w którym na świat przyszedł ojciec Klimuszko. Teraz te wszystkie malownicze wioski się zostają z boku. Zza okien samochodu widać natomiast porozrzucane po okolicy piękne, estetyczne domy, o jakich większość mieszczuchów może tylko pomarzyć. Z ich tarasów, balkonów, okien roztacza się wspaniały widok na litewskie otwarte, łagodnie wznoszące się i opadające zielone przestrzenie.
Drogowskaz "Różanystok". Odbijamy na wschód. Wąska asfaltowa droga wije się między polami. Przejeżdżamy przez tory z Sokółki do Suwałk, i dalej prowadzące na Litwę. Już niedaleko granica białoruska. Z wieży różanostockiego kościoła, przy dobrej widoczności, można podobno dostrzec blokowiska Grodna.
Opustoszały parking przed świątynią. Wjeżdżamy w wąską wewnętrzną uliczkę. Przed schodami stoi mężczyzna z dużym wilczurem, na pobliskim trawniku trójka dzieci z rowerami uskutecznia wieczorne zabawy, pod dawny budynek klasztorny dominikanów podjeżdżają dwa auta na zachodniopomorskich numerach. W końcu zabudowania klasztorne są ciekawie odnawiane, różowawe, pastelowe barwy elewacji przenoszą w czasy różanostockiej świetności. Słynący łaskami, cudowny obraz Matki Boskiej wisiał początkowo w jednym z pomieszczeń dworu Tyszkiewiczów, mających tu swoją siedzibę. Gdy kult się rozszerzał, do opieki nad obrazem sprowadzeni zostali dominikanie z nie tak bardzo odległych Sejn. Działo sie to w XVII w. W czasie zaborów Rosjanie przepędzili zakonników, a po Powstaniu Styczniowym kościół zamieniono na cerkiew prawosławną, zaś do klasztoru sprowadzono mniszki, którym car wzniósł dodatkową cerkiew i nowe budynki klasztorne. Mniszki miały szerzyć carskie prawosławie, skierowane przede wszystkim do dawnych unitów. Unię Brzeską skasowano na tych terenach w 1839 r. W roku 1915 mniszki opuszczając przed zbliżającymi sie Niemcami Różanystok i wyruszając w głąb Imperium zabrały ze sobą cudowny obraz Matki Boskiej, który do dziś nie powrócił na swoje miejsce. Ten, który widzimy w kosciele jest jedynie kopią. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r., do Różanegostoku wprowadzili sie salezjanie, i oni dziś zawiadują sanktuarium oraz prowadzą młodzieżowy ośrodek wychowawczy.
Wchodzę do pustego kościoła, klękam przed obrazem, tuż po mnie przychodzi jeszcze starsza kobieta, modląca się na Różańcu. Niezmącona najdrobniejszym hałasem cisza, spokój, w świątyni zapada półmrok, jest już sporo po 20:00, światło bije jedynie od obrazu Matki Boskiej i Jezusa w przeciwległej bocznej nawie. Gdy robię zdjecia, by mieć je w telefonie, i wracać dzięki nim do tego niezwykłego miejsca, gdy będę fizycznie daleko, kobieta przerywa modlitwę i informuje mnie, że w którym miejscu bym nie stanął Matka Boska będzie wodzić za mną spojrzeniem. Ciekawy malarski efekt. Gdy już nawiązaliśmy rozmowę, kobieta prowadzi mnie do kaplicy adoracji, na prawo od ołtarza głównego. Wystawiony jest w niej Najświętszy Sakrament w monstrancji w kształcie Matki Boskiej, Hostia w łonie Matki. Kilka chwil modlitwy, bo mam wrażenie, że kościół będzie już lada moment zamykany. Wychodzimy do nawy bocznej i moja przewodniczka opowiada o tym, jak została zaproszona przez Matkę Bożą do Medjugorie, i o swojej tam wyprawie, o żelaznej figurze Jezusa, z którego nogi wypływa nieznana ciecz, o tym, jak żegnając się z Nim, objęła Go i pod dłonią poczuła żywe, bijące serce. O cudownych zapachach rozprzestrzeniających się po kościele w czasie udzielenia komunii, w czasie odmawianej koronki, o ojcu Pio przechadzającym się po zakończonej Eucharystii po nawie głównej. Stoimy jeszcze chwilę i rozmawiamy przed kościołem, na pożegnanie kobieta mnie jeszcze błogosławi, kreśląc znak krzyża na czole. Pewnie jeszcze kiedyś się spotkamy, choć teraz bywam tu zmacznie rzadziej. Powoli zapada zmrok, a przed nami jeszcze droga do Białegostoku. Dobranoc Panie Jezu.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podlasie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podlasie. Pokaż wszystkie posty
piątek, 31 maja 2024
poniedziałek, 20 maja 2024
Rubcowo - miejsca tajemne
Litewskie krajobrazy zaczynają się już na północnych rogatkach Białegostoku, tuż za Białsotoczkiem, w drodze na północ, w stronę Augustowa, na wysokości "Wikinga" roztacza się już wspaniały widok na wieś Jurowce na południowych obrzeżach Puszczy Knyszyńskiej. Gdzieś kiedyś wyczytałem, że wieś została założona w okolicach XIV w. przez strzelca o imieniu Jura, pochodzącego z rusko-litewskiego rodu bojarów. Dalej ciągną się łagodne pagórki, spory masyw pięknej, prawdziwej litewskiej kniei, za Przewalanką otwierają się falujące, rozległe przestrzenie, z ciemniejącymi ścianami lasów na horyzoncie.
Gdy po raz pierwszy jechaliśmy ze Skieblewa do Mikaszówki, zachwycony byłem widokami wschodniej części kolejnej Puszczy - tym razem Augustowskiej, monumentalnymi sosnami i świerkami, bujnością zieleni, tajemniczością jej uroczysk, podsycaną promieniami popołudniowego i zachodzącego słońca. Można było odnieść wrażenie, jakby ta puszcza nic a nic się nie zmieniła od czasów, gdy ziemie te zamieszkiwali Jaćwingowie. Rozciągnięte na sporej przestrzeni Rubcowo, wieś kolonia, domostwa w odległości kilku kilomterów od siebie. W czasie naszej pierwszej wyprawy, przed samą wsią, na środku asfaltowej drogi, stał ogromny łoś, który niespecjalnie chciał z niej zejść. Po krótkim namyśle, powolnym, dostojnym krokiem przemieścił się na pobocze i zniknął w leśnej gęstwinie. Mogliśmy ruszyć dalej. Na niewielkiej polanie kilka domostw, przy ostrym zakręcie, na wiekowym drzewie wisi drewniana kapliczka z daszkiem, i drzwiczkami z szybką, za którymi widnieje święty obraz. Tuż przy zakręcie stoi drewniany dom, na schodkach którego kobieta przebierała zebrane grzyby, przy drzwiach stał oparty rower. Sielskie widoki. Następnie kilkaset metrów jazdy przez młody las, podjazd pod górkę, i rozpościera się następna, większa polana, z lekko falującymi polami, łąkami, na pastwisku stado krów, nad ścianą lasu chylące się stopniowo ku zachodowi słońce. I tu także przydrożna kapliczka, maryjna - błękitna, nowsza, na niewielkim słupie, z figurką Matki Boskiej. Cudownie zalana słońcem polana. Następnie fragment mrocznej nieco kniei, żeliwny krzyż przy skrzyżowaniu dróg, szosa wiedzie łagodnie pod górkę, na piaszczystej drodze zatrzymujemy się, idziemy do sosnowego młodnika, by zebrać choć trochę liści babki lancetowatej, pełną piersią wdychamy wyśmienity żywiczny zapach młodych sosen. Droga opada łagodnie z dół, po stronie wschodniej jakby przedwojenne drewniane domostwo, za nim łagodnie unosi się niewielki pagórek. Wjeżdżamy do malowniczego sosnowego, przejrzystego lasu, sosny są tu już wyższe i smukłe, nie ma gęstego poszycia, a tylko dorodne jagodzińce i wspaniały soczysty mech. Skrzyżowanie z Gościńcem Hołyńskim, dość szeroką żwirową leśną drogą, widoącą do Płaskiej z jednej strony, a z drugiej w stronę granicy. Miejsce, w którym nie ma dużego ruchu, z rzadka przejeżdża auto, czasem wozy Straży Granicznej. Tu zawsze zbieramy jagody, borówki, a jesienią grzyby. Niewykluczone, że w miejscu tym mamy pozostałości jakiegoś zapomnianego, tajemniczego grodziska. Niektóre opracowania podają, że jest to jakiś stary szaniec w uroczysku zwanym Okop. W każdym razie jet tu wyraźnie zarysowane rozległe wzniesienie, w sposób widoczny usypane ludzką ręką, o dość regularnym kształcie, w części północno-wschodniej to wzniesienie staje się jakby nieco wyższe, pozostała - znacznie większa jego część - tworzy coś w rodzaju majdanu. Nie jest ono wysokie, ale roztacza się z niego piękny widok na sosnowy bór; zieleń koi, wycisza, uspokaja, pobudza wyobraźnię. Czy było to grodzisko z czasów jaćwieskich? Jaki był jego los? Co tu się wydarzyło? Jaki był los jego mieszkańców? Czy stało się ono ich mogiłą i ten dorodny jagodziniec, te piękne jagody, borówki, grzyby, rosną na średniowiecznym cmentarzysku? Czy są to pozostałości jakiegoś starego szańca? Może z czasów potopu szwedzkiego? Miejsce fascynujące dla miłośników historii i dzikiej natury; miejsce, w którym można się naprawdę wyciszyć, usiąść na trawie z książką, meydytować, kontemplować.
Gdy po raz pierwszy jechaliśmy ze Skieblewa do Mikaszówki, zachwycony byłem widokami wschodniej części kolejnej Puszczy - tym razem Augustowskiej, monumentalnymi sosnami i świerkami, bujnością zieleni, tajemniczością jej uroczysk, podsycaną promieniami popołudniowego i zachodzącego słońca. Można było odnieść wrażenie, jakby ta puszcza nic a nic się nie zmieniła od czasów, gdy ziemie te zamieszkiwali Jaćwingowie. Rozciągnięte na sporej przestrzeni Rubcowo, wieś kolonia, domostwa w odległości kilku kilomterów od siebie. W czasie naszej pierwszej wyprawy, przed samą wsią, na środku asfaltowej drogi, stał ogromny łoś, który niespecjalnie chciał z niej zejść. Po krótkim namyśle, powolnym, dostojnym krokiem przemieścił się na pobocze i zniknął w leśnej gęstwinie. Mogliśmy ruszyć dalej. Na niewielkiej polanie kilka domostw, przy ostrym zakręcie, na wiekowym drzewie wisi drewniana kapliczka z daszkiem, i drzwiczkami z szybką, za którymi widnieje święty obraz. Tuż przy zakręcie stoi drewniany dom, na schodkach którego kobieta przebierała zebrane grzyby, przy drzwiach stał oparty rower. Sielskie widoki. Następnie kilkaset metrów jazdy przez młody las, podjazd pod górkę, i rozpościera się następna, większa polana, z lekko falującymi polami, łąkami, na pastwisku stado krów, nad ścianą lasu chylące się stopniowo ku zachodowi słońce. I tu także przydrożna kapliczka, maryjna - błękitna, nowsza, na niewielkim słupie, z figurką Matki Boskiej. Cudownie zalana słońcem polana. Następnie fragment mrocznej nieco kniei, żeliwny krzyż przy skrzyżowaniu dróg, szosa wiedzie łagodnie pod górkę, na piaszczystej drodze zatrzymujemy się, idziemy do sosnowego młodnika, by zebrać choć trochę liści babki lancetowatej, pełną piersią wdychamy wyśmienity żywiczny zapach młodych sosen. Droga opada łagodnie z dół, po stronie wschodniej jakby przedwojenne drewniane domostwo, za nim łagodnie unosi się niewielki pagórek. Wjeżdżamy do malowniczego sosnowego, przejrzystego lasu, sosny są tu już wyższe i smukłe, nie ma gęstego poszycia, a tylko dorodne jagodzińce i wspaniały soczysty mech. Skrzyżowanie z Gościńcem Hołyńskim, dość szeroką żwirową leśną drogą, widoącą do Płaskiej z jednej strony, a z drugiej w stronę granicy. Miejsce, w którym nie ma dużego ruchu, z rzadka przejeżdża auto, czasem wozy Straży Granicznej. Tu zawsze zbieramy jagody, borówki, a jesienią grzyby. Niewykluczone, że w miejscu tym mamy pozostałości jakiegoś zapomnianego, tajemniczego grodziska. Niektóre opracowania podają, że jest to jakiś stary szaniec w uroczysku zwanym Okop. W każdym razie jet tu wyraźnie zarysowane rozległe wzniesienie, w sposób widoczny usypane ludzką ręką, o dość regularnym kształcie, w części północno-wschodniej to wzniesienie staje się jakby nieco wyższe, pozostała - znacznie większa jego część - tworzy coś w rodzaju majdanu. Nie jest ono wysokie, ale roztacza się z niego piękny widok na sosnowy bór; zieleń koi, wycisza, uspokaja, pobudza wyobraźnię. Czy było to grodzisko z czasów jaćwieskich? Jaki był jego los? Co tu się wydarzyło? Jaki był los jego mieszkańców? Czy stało się ono ich mogiłą i ten dorodny jagodziniec, te piękne jagody, borówki, grzyby, rosną na średniowiecznym cmentarzysku? Czy są to pozostałości jakiegoś starego szańca? Może z czasów potopu szwedzkiego? Miejsce fascynujące dla miłośników historii i dzikiej natury; miejsce, w którym można się naprawdę wyciszyć, usiąść na trawie z książką, meydytować, kontemplować.
wtorek, 23 kwietnia 2024
Katrynka - kontrasty
Puszcza Knyszyńska już od niepamiętnych czasów wydawała mi się być bramą do innego świata. Z Białostoczka była to zaledwie kilkunastominutowa wyprawa - na obrzeża Jurowiec - samochodem czy na rowerze; kiedyś w liceum z kolegami dotarliśmy też pieszo do Rybnik - w kwietniową, pierwszą tak prawdzwie ciepłą, słoneczną sobotę; na studiach wyprawy rowerowe do Katrynki, na mostek na rzece Czarnej w pobliżu Rybnik, na dawnej trasie kolejki wąskotorowej, z podręcznikami w plecaku, by przygotować się do letniej sesji. Łagodne wzgórza, falujący krajobraz, kręte leśne drogi, sięgające nieba masztowe sosny i świerki, połyskujące bursztynowej barwy korą w popoudniowym słońcu, intensywny, świeży zapach żywicy. Później, z Bojar wyprawa rowerowa na skraj Puszczy w okolicach Jurowiec zajmowała nie więcej niż 30 minut. Z dzieciństwa najbardziej zapadły mi w pamięć wyjazdy maluchem z rodzicami i z babcią, w okolice Przewalanki, po lewej stronie szosy było oznakowane miejsce biwakowe, nad szosą przebiegały kable osadzone na jeszcze drewnianych słupach, a po prawej po wspięciu się na łagodne wzgórze, po pokonaniu kilkuset metrów leśną przecinką, zbieraliśmy borówki, i kto wie czy też nie żurawinę, na podmokłym terenie. Wyprawy na poziomki, między Jurowcami a Katrynką, po zachodniej stronie szosy wyraźnie zarysowane ślady po okopach, i gdzieś między krzakami malin, i smukyłmi sosnami prosty drewniany krzyż. Przypadkowo spotkania kobieta twierdziła, że w tym miejscu Niemcy rozstrzelali partyzanta. Ten krzyż był widoczny jeszcze do niedawna, nawet z ruchliwej S8, a teraz niestety zniknął, przeczesałem las dokładnie w tym miejscu i nie udało mi się go już odszukać. Innym razem, będąc jeszcze dzieckiem, natknąłem się na wyraźnie zarysowane piaszczyste mogiłki, uporządkowane, z trzema drewnianymi krzyżami, w sosnowym lesie, po wschodniej stronie szosy, bliżej Jurowiec, wszystko wskazywało na to, że ktoś o nie jeszcze wówczas dbał.
W ubiegłym roku w lutym, jadąc drogą techniczną wzdłuż trasy S8, od Jurowiec do Katrynki, wypatrzyłem zza okna samochodu żeliwny krzyż, który wcześniej z szosy był niewidoczny. Po zejściu z nasypu, i pokonaniu kilku metrów, na krzyżu ukazała się tabliczka z napisem informującym, iż w tym miejscu spoczywa 21-letnia kobieta, bez podanego imienia i nazwiska, za to z dopiskiem "ofiara powojennego bandytyzmu". Żeliwny krzyż nieco przechylony, pod nim leżące wiekowe już sztuczne kwiaty, i znicz z pordzewaiałą metalową pokrywką. Od pewnego czasu, odkrywając takie miejsca, mam przekonanie, że nie trafiamy do nich przypadkowo. Po niezwykłych doświadczeniach związanych z odszukaniem miejsca śmierci Emila Bobrukiewicza w okolicach Przewalanki, odnoszę wrażenie, że te osoby, które w sposób tragiczny rozstały się z tym światem, oczekują od nas modlitwy. Zapamiętuję więc imiona i nazwiska, jeśli są podane na tabliczkach, na inksrypcjach na kamiennych postumentach, i modląc się za zmarłych, wymieniam rownież i tych nieszczęśników. I zastanawia mnie ten wyrazisty kontrast piękna natury, klimatu tych miejsc i okrutnych zdarzeń, jakie się w nich rozegrały. Tak jest w lesie na Pietraszach, w miejscu egzekucji, w którym rozstrzelano około 6 tysięcy osób, w otoczeniu dorodnych sosen, łagodnych pagórków, promieni słońca przedzierajacych się przez konary drzew i błękitu nieba nad nimi. Podobnie tu w okolicy Katrynki - majestatyczne sosny, falujący krajobraz, jasność słońca, błękit nieba i delikatnie przekrzywiony żeliwny krzyż, upamiętniający śmierć zaledwie 21-letniej dziewczyny w 1945 r.
Bliżej Katrynki, uwagę zwraca też drewniana słupowa kapliczka z drewnianym świątkiem za szybkami, z 1920 r. Po stronie wschodniej szosy S8, na młodym dębie ktoś zawiesił oprawiony obrazek Jezusa Miłosiernego, Matki Boskiej i podstawkę na znicz. Nie wiem, co te kapliczki upamiętniają, ta druga zupełnie nowa, współczesna, ta pierwsza być może postawiona w miejcu jakiegoś tragicznego wydarzenia z czasu wojny polsko-bolszewickiej. Ten wspomniany kontrast między pieknem natury, krajobrazu a brutalnością historii jest nieodłączonym elementem Puszczy Knyszyńskiej. Z jednej strony zachwyt nad pięknem świata, a z drugiej jakaś groza wywołana okrucieństwem, które rozegrało się w nie tak odelgłej przeszłości, w tych urokliwych miejscach, w towarzystwie ciszy, spokoju, medytacyjnej, kontemplacyjnej atmosfery. Podobne miejsce istnieje też w okolicy nieodległego Kopiska, jednej z najbardziej malowniczych wsi na terenie Puszczy, na której obrzeżach własowcy zamordowali w wyjątkowo okrutny sposób kilku mieszkańców tej wsi, a w którym miejscowa ludność postawiła żeliwny krzyż. Tych miejsc na terenie całej Puszczy jest oczywiście dużo więcej, tu wspominam tylko te najbliższe Katrynki.
W ubiegłym roku w lutym, jadąc drogą techniczną wzdłuż trasy S8, od Jurowiec do Katrynki, wypatrzyłem zza okna samochodu żeliwny krzyż, który wcześniej z szosy był niewidoczny. Po zejściu z nasypu, i pokonaniu kilku metrów, na krzyżu ukazała się tabliczka z napisem informującym, iż w tym miejscu spoczywa 21-letnia kobieta, bez podanego imienia i nazwiska, za to z dopiskiem "ofiara powojennego bandytyzmu". Żeliwny krzyż nieco przechylony, pod nim leżące wiekowe już sztuczne kwiaty, i znicz z pordzewaiałą metalową pokrywką. Od pewnego czasu, odkrywając takie miejsca, mam przekonanie, że nie trafiamy do nich przypadkowo. Po niezwykłych doświadczeniach związanych z odszukaniem miejsca śmierci Emila Bobrukiewicza w okolicach Przewalanki, odnoszę wrażenie, że te osoby, które w sposób tragiczny rozstały się z tym światem, oczekują od nas modlitwy. Zapamiętuję więc imiona i nazwiska, jeśli są podane na tabliczkach, na inksrypcjach na kamiennych postumentach, i modląc się za zmarłych, wymieniam rownież i tych nieszczęśników. I zastanawia mnie ten wyrazisty kontrast piękna natury, klimatu tych miejsc i okrutnych zdarzeń, jakie się w nich rozegrały. Tak jest w lesie na Pietraszach, w miejscu egzekucji, w którym rozstrzelano około 6 tysięcy osób, w otoczeniu dorodnych sosen, łagodnych pagórków, promieni słońca przedzierajacych się przez konary drzew i błękitu nieba nad nimi. Podobnie tu w okolicy Katrynki - majestatyczne sosny, falujący krajobraz, jasność słońca, błękit nieba i delikatnie przekrzywiony żeliwny krzyż, upamiętniający śmierć zaledwie 21-letniej dziewczyny w 1945 r.
Bliżej Katrynki, uwagę zwraca też drewniana słupowa kapliczka z drewnianym świątkiem za szybkami, z 1920 r. Po stronie wschodniej szosy S8, na młodym dębie ktoś zawiesił oprawiony obrazek Jezusa Miłosiernego, Matki Boskiej i podstawkę na znicz. Nie wiem, co te kapliczki upamiętniają, ta druga zupełnie nowa, współczesna, ta pierwsza być może postawiona w miejcu jakiegoś tragicznego wydarzenia z czasu wojny polsko-bolszewickiej. Ten wspomniany kontrast między pieknem natury, krajobrazu a brutalnością historii jest nieodłączonym elementem Puszczy Knyszyńskiej. Z jednej strony zachwyt nad pięknem świata, a z drugiej jakaś groza wywołana okrucieństwem, które rozegrało się w nie tak odelgłej przeszłości, w tych urokliwych miejscach, w towarzystwie ciszy, spokoju, medytacyjnej, kontemplacyjnej atmosfery. Podobne miejsce istnieje też w okolicy nieodległego Kopiska, jednej z najbardziej malowniczych wsi na terenie Puszczy, na której obrzeżach własowcy zamordowali w wyjątkowo okrutny sposób kilku mieszkańców tej wsi, a w którym miejscowa ludność postawiła żeliwny krzyż. Tych miejsc na terenie całej Puszczy jest oczywiście dużo więcej, tu wspominam tylko te najbliższe Katrynki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...






























































