Jeszcze nigdy tak późno nie dotarliśmy do Różanegostoku. Z Sokółki wyruszyliśmy około 19:30, niebo było pochmurne, przez ciężkie deszczeowe chmury z trudem przebijało się zachodzące słońce, festiwal setek odcieni zieleni, falujacych łanów zielonych zbóż, łąk i pastwisk, na horyzoncie ciemniejące masywy zagajników, po zachodniej stronie klin dawnej Puszczy Nowodworskiej, łączący się z Puszczą Knyszyńską. Nowa asfaltowa droga do Dąbrowy Białostockiej omija liczne wioski, przez które kiedyś trzeba było jechać 50 km/h, choć miało to swoj urok. Drewniane domy stojące szczytem do drogi, z bukietami malw pod oknami i innych wielobarwnych kwiatów. Ich uklad pamiętający jeszcze pomiarę włóczną królowej Bony. Kamień z żeliwnym krzyżem w Bierwisze z napisem "Moskal Litwę splądrował, złamawszy mir wieczny, AD 1657". Nierośno, w którym na świat przyszedł ojciec Klimuszko. Teraz te wszystkie malownicze wioski się zostają z boku. Zza okien samochodu widać natomiast porozrzucane po okolicy piękne, estetyczne domy, o jakich większość mieszczuchów może tylko pomarzyć. Z ich tarasów, balkonów, okien roztacza się wspaniały widok na litewskie otwarte, łagodnie wznoszące się i opadające zielone przestrzenie.
Drogowskaz "Różanystok". Odbijamy na wschód. Wąska asfaltowa droga wije się między polami. Przejeżdżamy przez tory z Sokółki do Suwałk, i dalej prowadzące na Litwę. Już niedaleko granica białoruska. Z wieży różanostockiego kościoła, przy dobrej widoczności, można podobno dostrzec blokowiska Grodna.
Opustoszały parking przed świątynią. Wjeżdżamy w wąską wewnętrzną uliczkę. Przed schodami stoi mężczyzna z dużym wilczurem, na pobliskim trawniku trójka dzieci z rowerami uskutecznia wieczorne zabawy, pod dawny budynek klasztorny dominikanów podjeżdżają dwa auta na zachodniopomorskich numerach. W końcu zabudowania klasztorne są ciekawie odnawiane, różowawe, pastelowe barwy elewacji przenoszą w czasy różanostockiej świetności. Słynący łaskami, cudowny obraz Matki Boskiej wisiał początkowo w jednym z pomieszczeń dworu Tyszkiewiczów, mających tu swoją siedzibę. Gdy kult się rozszerzał, do opieki nad obrazem sprowadzeni zostali dominikanie z nie tak bardzo odległych Sejn. Działo sie to w XVII w. W czasie zaborów Rosjanie przepędzili zakonników, a po Powstaniu Styczniowym kościół zamieniono na cerkiew prawosławną, zaś do klasztoru sprowadzono mniszki, którym car wzniósł dodatkową cerkiew i nowe budynki klasztorne. Mniszki miały szerzyć carskie prawosławie, skierowane przede wszystkim do dawnych unitów. Unię Brzeską skasowano na tych terenach w 1839 r. W roku 1915 mniszki opuszczając przed zbliżającymi sie Niemcami Różanystok i wyruszając w głąb Imperium zabrały ze sobą cudowny obraz Matki Boskiej, który do dziś nie powrócił na swoje miejsce. Ten, który widzimy w kosciele jest jedynie kopią. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r., do Różanegostoku wprowadzili sie salezjanie, i oni dziś zawiadują sanktuarium oraz prowadzą młodzieżowy ośrodek wychowawczy.
Wchodzę do pustego kościoła, klękam przed obrazem, tuż po mnie przychodzi jeszcze starsza kobieta, modląca się na Różańcu. Niezmącona najdrobniejszym hałasem cisza, spokój, w świątyni zapada półmrok, jest już sporo po 20:00, światło bije jedynie od obrazu Matki Boskiej i Jezusa w przeciwległej bocznej nawie. Gdy robię zdjecia, by mieć je w telefonie, i wracać dzięki nim do tego niezwykłego miejsca, gdy będę fizycznie daleko, kobieta przerywa modlitwę i informuje mnie, że w którym miejscu bym nie stanął Matka Boska będzie wodzić za mną spojrzeniem. Ciekawy malarski efekt. Gdy już nawiązaliśmy rozmowę, kobieta prowadzi mnie do kaplicy adoracji, na prawo od ołtarza głównego. Wystawiony jest w niej Najświętszy Sakrament w monstrancji w kształcie Matki Boskiej, Hostia w łonie Matki. Kilka chwil modlitwy, bo mam wrażenie, że kościół będzie już lada moment zamykany. Wychodzimy do nawy bocznej i moja przewodniczka opowiada o tym, jak została zaproszona przez Matkę Bożą do Medjugorie, i o swojej tam wyprawie, o żelaznej figurze Jezusa, z którego nogi wypływa nieznana ciecz, o tym, jak żegnając się z Nim, objęła Go i pod dłonią poczuła żywe, bijące serce. O cudownych zapachach rozprzestrzeniających się po kościele w czasie udzielenia komunii, w czasie odmawianej koronki, o ojcu Pio przechadzającym się po zakończonej Eucharystii po nawie głównej. Stoimy jeszcze chwilę i rozmawiamy przed kościołem, na pożegnanie kobieta mnie jeszcze błogosławi, kreśląc znak krzyża na czole. Pewnie jeszcze kiedyś się spotkamy, choć teraz bywam tu zmacznie rzadziej. Powoli zapada zmrok, a przed nami jeszcze droga do Białegostoku. Dobranoc Panie Jezu.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkania. Pokaż wszystkie posty
piątek, 31 maja 2024
poniedziałek, 8 kwietnia 2024
Głogowiec - wspomnienia - część 21
Fantastyczne jest przecinanie się dróg ludzkich. Wiem, że nawrócenie zawdzięczam modlitwom mamy, kilkanaście lat poza Kościołem, wcześniej wiara z tradycji, kulturowa, w liceum wagary na lekcjach religii, zawsze z dala od wszelkich wspólnot, od służby liturgicznej, od pielgrzymek. Dopiero po nawróceniu zrozumiałem ogromną wartość wiary mamy - wiary cichej, pokornej, wytrwałej, cierpliwej, głębokiej, konsekwentnej. Różaniec w dłoni, na spacerze w lesie, w ogrodzie, w mieszkaniu, w samochodzie. Wiara, jaką przekazała mamie jej mama, a moja babcia - Genowefa. W domu na ścianie wisi obraz - żywot świętej Genowefy z 1893 r. przywieziony z Adamowców, choć widnieje na nim stempel z cyrylicą - "dopuszczeno cenzuroju, g. Warszawa, 1893". Patronka babci, obraz nabył jej dziadek, gdy Genowefie groziła utrata wzroku. Pielgrzymki do Kalwarii Wileńskiej, modlitwy w Ostrej Bramie, i także w tym czasie, gdy w Winlie przebywała już siostra Faustyna Kowalska. Później, po ucieczce na fałszywych dokumentach do Polski, w roku 1946, zamieszkanie blisko miejsca, w którym swój skromny pokoik miał ks. Michał Sopoćko w drewnianym piętrowym domu przy ulicy Złotej w Białymstoku, a następnie przy kaplicy u Sióstr Jezusa Miłosiernego na ulicy Poleskiej; i naprzeciw tego drewnianego domu z ulicy Złotej mała Florcia biegała do przedszkola w kamienicy, która stoi po dziś dzień. A w latach 80-tych prace w czynie społecznym przy budowie kościoła Miłosierdzia Bożego na Białostoczku, w którym złożone zostały szczątki błogosławionego ks. Sopoćki. Tak te drogi zwykłych śmiertelników i przyszłych świętych się czasem przeplatają, że nie sposób uwierzyć, by był to zwykły przypadek. Mamy ich w końcu jako orędnowników w Niebie.
Już po diagnozie z pażdziernika 2021 r., w październiku 2022 r. udało nam się wyruszyć do Głogowca. Mama już wyraźnie słabła. Chłodny, choć słoneczny październikowy dzień, monotonna jazda autostradą w remoncie, dopiero po zjeździe z niej można było odetchnąć, wąskie asfaltowe drogi, z małym ruchem, schludne wsie ziemi łódzkiej, małe sosnowo-brzozowe zagajniki, i poczucie, że musi się tu dobrze żyć. W końcu pojawia się tablica z napisem - Gogowiec. W tej wsi na świat przyszła Helenka Kowalska dnia 25 sierpnia 1905 r., jako trzecie z dziesięciorga dzieci Stanisława i Marianny Kowalskich. Stąd wyruszyła w wielki świat, do Łodzi, Warszawy, Wilna, krakowskich Łagiewnik. Przed skromnym domem z jasnej cegły, asfaltowy parking, a dalej pastwiska, pola, i na horyzoncie ekrany autostrady. Na pastwisku stado krów, przypatrujących się jedynym w tym momencie pielgrzymom; silny, porywisty wiatr potęgował wrażenie chłodu, a dzień był powszedni, więc tłumów tego dnia być nie mogło. Okazało się, że dom, w którym urodziła się i mieszkała Helenka był akurat odnawiany. Niezwykle uprzejmy i pogodny mężczyzna zajmujący się remontem, stwierdził, że w żaden sposób nie będziemy mu przeszkadzać. Mimo wykonywanych prac znalazł kilka chwil, by nas po domu świętej oprowadzić. W tych bardzo skormnych warunkach mieszkała liczna rodzina Kowalskich, małe izdebki, jedna oczywiście kondygnacja, do tego pan Stanisław miał tu też swój ciesielski warsztat. Tak też sobie wyobrażałem warsztat stolarski mojego dziadka - Floriana, gdzieś w drewnianym domu w Adamowcach na Wileńszczyźnie. Przez okna wpadały promienie słońca, tworząc nastrój domowgo ciepła, rodzinnej miłości, tak dobrze znane z domu rodzinnego, i mnie, i mamie - mamie jeszcze z czasu zanim jej tata, a mój dziadek, nie został zabrany do wojska, z którego już nie powrócił. Setki wspomnień, modlitwy wypowiadane w myślach, chwile, które chce się zatrzymać już na zawsze. Miejsce, w którym można odpocząć i pozostać, nie musieć wracać do rzeczywistości, tej mozolnej, pełnej trudu, cierpienia, w mamy przypadku - ciężkiej choroby. Ja żyłem nadzieją, a wiem teraz- po odnalezieniu zapisanej odręcznie karteczki z własną modlitwą w mamy modlitewniku - że ona nie miała złudzeń. Takich chwil zatrzymać się jednak nie da, dane nam są po to, byśmy mogli zebrać siły i mężnie stawiać czoła tej tylko z rzadka przyjaznej codziennej rzeczywistości, z reguły pełnej przeciwnosci, bólu i cierpienia. W tych mamy zmaganiach z chorobą, wsparciem była między innymi święta Faustyna, choc i przed chorobą miała do niej nabożeństwo. Dlatego też tak chętnie mama odwiedzała dawny klasztor na Antokolu w Wilnie, w którym Pan Jezus podytkował Faustynie koronkę do Miłosierdzia Bożego. Ucieszył ją też niezmiernie - planowany już od dawna - przyjazd do Głogowca. W drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze Świnice Warckie, a w nich kościół, w którym ochrzczona została Helenka, i który był jej kościołem parafialnym. Przepyszny obiad w pobliskiej restauracji i czas nastał, by wracać do domu, z myślą, że tu jeszcze kiedyś wrócimy. A w drodze powrotnej, gdy "sąsiadka" świętej Faustyny, zabierała krówki z pastwiska, zatrzymałem auto, poszedłem na podwróko sąsiadujące z domem państwa Kowalskich i zapytałem czy moglibyśmy nabyć choć butelkę prawdziwego wiejskiego mleka. Kilka minut porozmawialiśmy z życzliwymi gospodarzami, a do Warszawy wróćiliśmy z przepysznym mlekiem od krówek z pastwiska naprzeciw domu rodzinnego siostry Faustyny.
Już po diagnozie z pażdziernika 2021 r., w październiku 2022 r. udało nam się wyruszyć do Głogowca. Mama już wyraźnie słabła. Chłodny, choć słoneczny październikowy dzień, monotonna jazda autostradą w remoncie, dopiero po zjeździe z niej można było odetchnąć, wąskie asfaltowe drogi, z małym ruchem, schludne wsie ziemi łódzkiej, małe sosnowo-brzozowe zagajniki, i poczucie, że musi się tu dobrze żyć. W końcu pojawia się tablica z napisem - Gogowiec. W tej wsi na świat przyszła Helenka Kowalska dnia 25 sierpnia 1905 r., jako trzecie z dziesięciorga dzieci Stanisława i Marianny Kowalskich. Stąd wyruszyła w wielki świat, do Łodzi, Warszawy, Wilna, krakowskich Łagiewnik. Przed skromnym domem z jasnej cegły, asfaltowy parking, a dalej pastwiska, pola, i na horyzoncie ekrany autostrady. Na pastwisku stado krów, przypatrujących się jedynym w tym momencie pielgrzymom; silny, porywisty wiatr potęgował wrażenie chłodu, a dzień był powszedni, więc tłumów tego dnia być nie mogło. Okazało się, że dom, w którym urodziła się i mieszkała Helenka był akurat odnawiany. Niezwykle uprzejmy i pogodny mężczyzna zajmujący się remontem, stwierdził, że w żaden sposób nie będziemy mu przeszkadzać. Mimo wykonywanych prac znalazł kilka chwil, by nas po domu świętej oprowadzić. W tych bardzo skormnych warunkach mieszkała liczna rodzina Kowalskich, małe izdebki, jedna oczywiście kondygnacja, do tego pan Stanisław miał tu też swój ciesielski warsztat. Tak też sobie wyobrażałem warsztat stolarski mojego dziadka - Floriana, gdzieś w drewnianym domu w Adamowcach na Wileńszczyźnie. Przez okna wpadały promienie słońca, tworząc nastrój domowgo ciepła, rodzinnej miłości, tak dobrze znane z domu rodzinnego, i mnie, i mamie - mamie jeszcze z czasu zanim jej tata, a mój dziadek, nie został zabrany do wojska, z którego już nie powrócił. Setki wspomnień, modlitwy wypowiadane w myślach, chwile, które chce się zatrzymać już na zawsze. Miejsce, w którym można odpocząć i pozostać, nie musieć wracać do rzeczywistości, tej mozolnej, pełnej trudu, cierpienia, w mamy przypadku - ciężkiej choroby. Ja żyłem nadzieją, a wiem teraz- po odnalezieniu zapisanej odręcznie karteczki z własną modlitwą w mamy modlitewniku - że ona nie miała złudzeń. Takich chwil zatrzymać się jednak nie da, dane nam są po to, byśmy mogli zebrać siły i mężnie stawiać czoła tej tylko z rzadka przyjaznej codziennej rzeczywistości, z reguły pełnej przeciwnosci, bólu i cierpienia. W tych mamy zmaganiach z chorobą, wsparciem była między innymi święta Faustyna, choc i przed chorobą miała do niej nabożeństwo. Dlatego też tak chętnie mama odwiedzała dawny klasztor na Antokolu w Wilnie, w którym Pan Jezus podytkował Faustynie koronkę do Miłosierdzia Bożego. Ucieszył ją też niezmiernie - planowany już od dawna - przyjazd do Głogowca. W drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze Świnice Warckie, a w nich kościół, w którym ochrzczona została Helenka, i który był jej kościołem parafialnym. Przepyszny obiad w pobliskiej restauracji i czas nastał, by wracać do domu, z myślą, że tu jeszcze kiedyś wrócimy. A w drodze powrotnej, gdy "sąsiadka" świętej Faustyny, zabierała krówki z pastwiska, zatrzymałem auto, poszedłem na podwróko sąsiadujące z domem państwa Kowalskich i zapytałem czy moglibyśmy nabyć choć butelkę prawdziwego wiejskiego mleka. Kilka minut porozmawialiśmy z życzliwymi gospodarzami, a do Warszawy wróćiliśmy z przepysznym mlekiem od krówek z pastwiska naprzeciw domu rodzinnego siostry Faustyny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...




























