Ostatnia wspólna z Mamą majówka w 2023 r. Wówczas nie dopuszczałem takiej myśli, że może być ostatnią. Łagodne majowe słońce, delikatne powiewy wiatru, bezchmurne błękitne niebo. Wyciszony, spokojny, przyjemnie senny Leoncin, w którym na świat przyszedł Isaac Bashevis Singer - prawdopodobnie dnia 21 listopada 1902 r. Na łagodnym wzniesieniu neogotycki kościół św. Małgorzaty, wzniesiony w latach 1881-1886 według projektu Józefa Piusa Dziekońskiego, choć tu zgodności nie ma, bo wedle niektórych źródeł autorem projektu świątyni miał być Franciszek Brauman. Józef Pius Dziekoński byłby jednak bliski naszemu sercu ze względu na wykonanie projektu katedry białostockiej, ulubionej świątyni Mamy, kiedy to po przyjeździe z Wileńszczyzny o Białegostoku, w niej odnalazła swoją ukochaną Matkę Miłosierdzia, w bocznej kaplicy. Istnieje też przypuszczenie, że Józef Pius Dziekoński był autorem projektu neogtyckiej świątyni pod wezwaniem św. Jerzego w Janowie Sokólskim, choć zaznacza się, że jest to mało prawdopodobne. W każdym razie, neogotyk jest tak nieodłączną cześcią podlaskiego krajobrazu, że w Leoncinie można się poczuć niemal jak u siebie w domu, nawet jeśli jest to nieco inna odmiana odmiana neogotyku - zwana gotykiem nadwiślańskim. Na przykościelnym parkingu stał tylko jeden samochód. Nie wiadomo dlaczego
miejscowość w majówkę nie ściągnęła tłumu turystów. Cisza i spokój rozświetlonej majowym słońcem nawy, modlitewny nastrój, a jednocześnie przywołujący wspomnienia z dobrego dzieciństwa, z przeważającą liczbą dni słonecznych, radosnych, dobrych, błogiej, sielskiej niedzieli, z odwiedzinami przyjaciół, krewnych, z czasów, gdy więzi były jeszcze bliższe i mocniejsze, z zapachem ciasta z galaretką truskawkową. Zadziwiające, że takie wspomnienia przyszły właśnie w kościele, lecz to najwyraźniej za sprawą owej słonecznej jasności sączącej się przez okna do świątynnego wnętrza. Każdą chwilę można wykorzystać na modlitwę, to był też czas na wspomnienie tych, którzy nas już nie odwiedzą, i jakieś poczucie, że jednak wszystko będzie dobrze, że Mama wyjdzie z tej choroby, tylko potrzebny jest czas i cierpliwość. Krótki spacer po cmentarzu ze wiekowymi nagrobkami, zabytkową kaplicą o zrębowej konstrukcji zbudowaną w 1789 r. Owa kaplica - powstała jako wotum dziękczynne za zwycięstwo Stefana Czarnieckiego nad Szwedami - została zbudowana w Głusku, a do Leoncina przeniesiono ją w 1881 r. Ze wzgórza roztacza się piękny widok na okolicę, tonącą w niezliczonej liczbie odcieni majowej soczystej zieleni.
Z Leoncina wyruszamy do Śladowa, wąska asfaltowa droga, bez dużego ruchu, wije się wzdłuż Wisły. By dotrzeć do pomnika ofiar zbrodni w Śladowie, skręcając z szosy, musieliśmy przejechać około dwustu metrów wyboistą piaszczystą drogą. Tuż przed wałem wiślanym zostawiliśmy auto, i ruszyliśmy pod górę, by obejrzeć pomnik i spojrzeć na znajdujący się po drugiej stronie Wisły urokliwy Czerwińsk. I tu, jak to zwykle w takich miejscach bywa, zaskakuje kontrast piękna krajobrazu, piękna natury z okrucieństwem wydarzeń, jakie rozegrały się w tym miejscu we wrześniu 1939 r. Żywa majowa zieleń wierzb, pól, ogrodów, u stóp wału stoi domostwo, przy którym kręca się małe kotki. Tymczasem 18 września 1939 r. żołnierze Wermachtu dokonali tu zbrodni na ponad 300 osobach, w tym jeńcach wojennych i cywilach. Nad wałem broniło się wówczas kilkunastu polskich kawalerzystów. Po zaciętej walce, Niemcy nakazali miejscowej ludności pogrzebać poległych żołnierzy. Następnie cywilów i żołnierzy, którzy się poddali, popędzono nad wał i ustawiono w dwuszeregu. W tym też czasie Niemcy pojedynczo rozstrzeliwali żołnierzy, którzy ukrywali się nadrzecznych zaroślach i zaczęli się ujawniać z zamiarem złożenia broni. Tuż po tym, do zgromadzonej ludności otworzono ogień z trzech karabinów maszynowych, część osób zastrzelono podczas próby ucieczki wpław przez rzekę. Zbrodnia ta ze szczegółami została opisana w wikipedii pod hasłem Zbrodnia w Śladowie. Ta historia zadaje kłam rozpowszechnianym twierdzeniom jakoby Wermacht nie dopuszczał się zbrodni na cywilach i jeńcach wojennych. W tym miejscu warto też wspomnieć, że wieś Śladów wzmiankowana była po raz pierwszy w 1427 r., zaś w XVIII w. - z uwagi na fakt, że tereny te były zalewane przez wzbierające wody Wisły - osadzono w niej przybyszów doświadczonych w gospodarowaniu na obszarach zalewowych - mennonitów z Holandii oraz kolonistów narodowości niemieckiej. Nasze skojarzenia od razu popłynęły w stronę Podlasia - do wsi Olendry nad Bugiem, w gminie Siemiatycze, założonej przez Olędrów właśnie, czyli przybyszów z Niderlandów. W Śladowie znajduje się też kaplica pod wezwaniem Matki Bożej Częstochowskiej wybudowana w 1993 r. oraz cmentarz pierwotnie mennonicki, a następnie ewangelicki, założony prawdopodobnie na początku XIX w.
Ze Śladowa ruszamy do Nowego Secymina. Przy drodze wiodącej przez wieś do rzeki stoi drewniana świątynia, zbudowana w 1923 r. przez kolonistów, wyznawców Kościoła ewangelicko-augsburskiego, służąca obecnie parafii rzymskokatolickiej. Natomiast nieopodal nowego kościoła, znajduje się także stary cmentarz mennonicki, na którym zachowało się wiele nagrobków, w tym najstarsze pochodzące z drugiej połowy XIX w. W artykule opublikowanym na portalu poświęconym Puszczy Kampinoskiej "Mennonici - dawni mieszkańcy Puszczy Kampinoskiej" , czytamy, iż mennonici byli grupą wyznaniową założoną w 1536 r. przez Menno Simonsa, zwolennika Marcina Lutra. Negowali oni hierarchię kościelną, odmawiali pełnienia służby wojskowej i urzędów, odrzucali przemoc, a z sakramentów uznawali jedynie chrzest dorosłych i eucharystię. Do Polski przybyli w czasie, gdy ta gwarantowała bezwarunkowy i wieczysty pokój między różniącymi się w wierze. Na Powiślu Kampinoskim mennonici osiedlali się od końca lat 50-tych XVIII w. . Autor wspomnianego artykułu zaznacza również, że wsie nadwiślańskie wykazywały wysoki procent mieszkańców, określających swoją narodowość jako niemiecką. Uciekając przed pruskim militaryzmem, uchodźcy osiedlali się nad Wisłą na terenach podmokłych i zalewowych, osuszali bagna i zagospodarowywali tereny dotąd niezamieszkane.
W drodze powrotnej ciekawym doświadczeniem stało się "wychwytywanie" w krajobrazie domostw wzniesionych na sztucznie usypanych niewysokich wzniesieniach, które miały je chronić w przypadku wylewu Wisły. Stoją już na nich zupełnie nowe budynki, ale te sztucznie usypane pagórki wskazują, że wcześniej musiały się tu znajdować gospodarstwa mennonitów lub osadników niemieckich. Ta podróż na Powiśle Kampinoskie, a zwłaszcza powrót w łagodnym świetle zachodzącego słońca, otulającego soczystą zieleń pól, zagajników, i dalej masyw Puszczy Kampinoskiej, jak to zwykle w maju bywa tworzyła atmosferę, dającą nadzieję, że jeszcze tu wrócimy nie raz, do leoncińskiego kościoła, nad Wisłę w okolicy Secymina, by kontemplować wolno toczące się wody rzeki, zjeść niespiesznie śniadanie na trawie, i odkrywać nowe miejsca, kryjące kolejne tajemnice.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mama. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mama. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 28 kwietnia 2024
Północne obrzeża Puszczy Kampinoskiej - Powiśle Kampinoskie - z nadzieją na powrót
poniedziałek, 8 kwietnia 2024
Głogowiec - wspomnienia - część 21
Fantastyczne jest przecinanie się dróg ludzkich. Wiem, że nawrócenie zawdzięczam modlitwom mamy, kilkanaście lat poza Kościołem, wcześniej wiara z tradycji, kulturowa, w liceum wagary na lekcjach religii, zawsze z dala od wszelkich wspólnot, od służby liturgicznej, od pielgrzymek. Dopiero po nawróceniu zrozumiałem ogromną wartość wiary mamy - wiary cichej, pokornej, wytrwałej, cierpliwej, głębokiej, konsekwentnej. Różaniec w dłoni, na spacerze w lesie, w ogrodzie, w mieszkaniu, w samochodzie. Wiara, jaką przekazała mamie jej mama, a moja babcia - Genowefa. W domu na ścianie wisi obraz - żywot świętej Genowefy z 1893 r. przywieziony z Adamowców, choć widnieje na nim stempel z cyrylicą - "dopuszczeno cenzuroju, g. Warszawa, 1893". Patronka babci, obraz nabył jej dziadek, gdy Genowefie groziła utrata wzroku. Pielgrzymki do Kalwarii Wileńskiej, modlitwy w Ostrej Bramie, i także w tym czasie, gdy w Winlie przebywała już siostra Faustyna Kowalska. Później, po ucieczce na fałszywych dokumentach do Polski, w roku 1946, zamieszkanie blisko miejsca, w którym swój skromny pokoik miał ks. Michał Sopoćko w drewnianym piętrowym domu przy ulicy Złotej w Białymstoku, a następnie przy kaplicy u Sióstr Jezusa Miłosiernego na ulicy Poleskiej; i naprzeciw tego drewnianego domu z ulicy Złotej mała Florcia biegała do przedszkola w kamienicy, która stoi po dziś dzień. A w latach 80-tych prace w czynie społecznym przy budowie kościoła Miłosierdzia Bożego na Białostoczku, w którym złożone zostały szczątki błogosławionego ks. Sopoćki. Tak te drogi zwykłych śmiertelników i przyszłych świętych się czasem przeplatają, że nie sposób uwierzyć, by był to zwykły przypadek. Mamy ich w końcu jako orędnowników w Niebie.
Już po diagnozie z pażdziernika 2021 r., w październiku 2022 r. udało nam się wyruszyć do Głogowca. Mama już wyraźnie słabła. Chłodny, choć słoneczny październikowy dzień, monotonna jazda autostradą w remoncie, dopiero po zjeździe z niej można było odetchnąć, wąskie asfaltowe drogi, z małym ruchem, schludne wsie ziemi łódzkiej, małe sosnowo-brzozowe zagajniki, i poczucie, że musi się tu dobrze żyć. W końcu pojawia się tablica z napisem - Gogowiec. W tej wsi na świat przyszła Helenka Kowalska dnia 25 sierpnia 1905 r., jako trzecie z dziesięciorga dzieci Stanisława i Marianny Kowalskich. Stąd wyruszyła w wielki świat, do Łodzi, Warszawy, Wilna, krakowskich Łagiewnik. Przed skromnym domem z jasnej cegły, asfaltowy parking, a dalej pastwiska, pola, i na horyzoncie ekrany autostrady. Na pastwisku stado krów, przypatrujących się jedynym w tym momencie pielgrzymom; silny, porywisty wiatr potęgował wrażenie chłodu, a dzień był powszedni, więc tłumów tego dnia być nie mogło. Okazało się, że dom, w którym urodziła się i mieszkała Helenka był akurat odnawiany. Niezwykle uprzejmy i pogodny mężczyzna zajmujący się remontem, stwierdził, że w żaden sposób nie będziemy mu przeszkadzać. Mimo wykonywanych prac znalazł kilka chwil, by nas po domu świętej oprowadzić. W tych bardzo skormnych warunkach mieszkała liczna rodzina Kowalskich, małe izdebki, jedna oczywiście kondygnacja, do tego pan Stanisław miał tu też swój ciesielski warsztat. Tak też sobie wyobrażałem warsztat stolarski mojego dziadka - Floriana, gdzieś w drewnianym domu w Adamowcach na Wileńszczyźnie. Przez okna wpadały promienie słońca, tworząc nastrój domowgo ciepła, rodzinnej miłości, tak dobrze znane z domu rodzinnego, i mnie, i mamie - mamie jeszcze z czasu zanim jej tata, a mój dziadek, nie został zabrany do wojska, z którego już nie powrócił. Setki wspomnień, modlitwy wypowiadane w myślach, chwile, które chce się zatrzymać już na zawsze. Miejsce, w którym można odpocząć i pozostać, nie musieć wracać do rzeczywistości, tej mozolnej, pełnej trudu, cierpienia, w mamy przypadku - ciężkiej choroby. Ja żyłem nadzieją, a wiem teraz- po odnalezieniu zapisanej odręcznie karteczki z własną modlitwą w mamy modlitewniku - że ona nie miała złudzeń. Takich chwil zatrzymać się jednak nie da, dane nam są po to, byśmy mogli zebrać siły i mężnie stawiać czoła tej tylko z rzadka przyjaznej codziennej rzeczywistości, z reguły pełnej przeciwnosci, bólu i cierpienia. W tych mamy zmaganiach z chorobą, wsparciem była między innymi święta Faustyna, choc i przed chorobą miała do niej nabożeństwo. Dlatego też tak chętnie mama odwiedzała dawny klasztor na Antokolu w Wilnie, w którym Pan Jezus podytkował Faustynie koronkę do Miłosierdzia Bożego. Ucieszył ją też niezmiernie - planowany już od dawna - przyjazd do Głogowca. W drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze Świnice Warckie, a w nich kościół, w którym ochrzczona została Helenka, i który był jej kościołem parafialnym. Przepyszny obiad w pobliskiej restauracji i czas nastał, by wracać do domu, z myślą, że tu jeszcze kiedyś wrócimy. A w drodze powrotnej, gdy "sąsiadka" świętej Faustyny, zabierała krówki z pastwiska, zatrzymałem auto, poszedłem na podwróko sąsiadujące z domem państwa Kowalskich i zapytałem czy moglibyśmy nabyć choć butelkę prawdziwego wiejskiego mleka. Kilka minut porozmawialiśmy z życzliwymi gospodarzami, a do Warszawy wróćiliśmy z przepysznym mlekiem od krówek z pastwiska naprzeciw domu rodzinnego siostry Faustyny.
Już po diagnozie z pażdziernika 2021 r., w październiku 2022 r. udało nam się wyruszyć do Głogowca. Mama już wyraźnie słabła. Chłodny, choć słoneczny październikowy dzień, monotonna jazda autostradą w remoncie, dopiero po zjeździe z niej można było odetchnąć, wąskie asfaltowe drogi, z małym ruchem, schludne wsie ziemi łódzkiej, małe sosnowo-brzozowe zagajniki, i poczucie, że musi się tu dobrze żyć. W końcu pojawia się tablica z napisem - Gogowiec. W tej wsi na świat przyszła Helenka Kowalska dnia 25 sierpnia 1905 r., jako trzecie z dziesięciorga dzieci Stanisława i Marianny Kowalskich. Stąd wyruszyła w wielki świat, do Łodzi, Warszawy, Wilna, krakowskich Łagiewnik. Przed skromnym domem z jasnej cegły, asfaltowy parking, a dalej pastwiska, pola, i na horyzoncie ekrany autostrady. Na pastwisku stado krów, przypatrujących się jedynym w tym momencie pielgrzymom; silny, porywisty wiatr potęgował wrażenie chłodu, a dzień był powszedni, więc tłumów tego dnia być nie mogło. Okazało się, że dom, w którym urodziła się i mieszkała Helenka był akurat odnawiany. Niezwykle uprzejmy i pogodny mężczyzna zajmujący się remontem, stwierdził, że w żaden sposób nie będziemy mu przeszkadzać. Mimo wykonywanych prac znalazł kilka chwil, by nas po domu świętej oprowadzić. W tych bardzo skormnych warunkach mieszkała liczna rodzina Kowalskich, małe izdebki, jedna oczywiście kondygnacja, do tego pan Stanisław miał tu też swój ciesielski warsztat. Tak też sobie wyobrażałem warsztat stolarski mojego dziadka - Floriana, gdzieś w drewnianym domu w Adamowcach na Wileńszczyźnie. Przez okna wpadały promienie słońca, tworząc nastrój domowgo ciepła, rodzinnej miłości, tak dobrze znane z domu rodzinnego, i mnie, i mamie - mamie jeszcze z czasu zanim jej tata, a mój dziadek, nie został zabrany do wojska, z którego już nie powrócił. Setki wspomnień, modlitwy wypowiadane w myślach, chwile, które chce się zatrzymać już na zawsze. Miejsce, w którym można odpocząć i pozostać, nie musieć wracać do rzeczywistości, tej mozolnej, pełnej trudu, cierpienia, w mamy przypadku - ciężkiej choroby. Ja żyłem nadzieją, a wiem teraz- po odnalezieniu zapisanej odręcznie karteczki z własną modlitwą w mamy modlitewniku - że ona nie miała złudzeń. Takich chwil zatrzymać się jednak nie da, dane nam są po to, byśmy mogli zebrać siły i mężnie stawiać czoła tej tylko z rzadka przyjaznej codziennej rzeczywistości, z reguły pełnej przeciwnosci, bólu i cierpienia. W tych mamy zmaganiach z chorobą, wsparciem była między innymi święta Faustyna, choc i przed chorobą miała do niej nabożeństwo. Dlatego też tak chętnie mama odwiedzała dawny klasztor na Antokolu w Wilnie, w którym Pan Jezus podytkował Faustynie koronkę do Miłosierdzia Bożego. Ucieszył ją też niezmiernie - planowany już od dawna - przyjazd do Głogowca. W drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze Świnice Warckie, a w nich kościół, w którym ochrzczona została Helenka, i który był jej kościołem parafialnym. Przepyszny obiad w pobliskiej restauracji i czas nastał, by wracać do domu, z myślą, że tu jeszcze kiedyś wrócimy. A w drodze powrotnej, gdy "sąsiadka" świętej Faustyny, zabierała krówki z pastwiska, zatrzymałem auto, poszedłem na podwróko sąsiadujące z domem państwa Kowalskich i zapytałem czy moglibyśmy nabyć choć butelkę prawdziwego wiejskiego mleka. Kilka minut porozmawialiśmy z życzliwymi gospodarzami, a do Warszawy wróćiliśmy z przepysznym mlekiem od krówek z pastwiska naprzeciw domu rodzinnego siostry Faustyny.
piątek, 5 kwietnia 2024
Jabłoń
Nie tak dawno przyśnili mi się oboje rodzice, młodzi, około czterdziestoletni. Tata był ubrany w jasnoniebieski garnitur - często chodził w garniturach, koszulach, nawet, gdy był już na emeryturze - taki jaki miał na sobie, gdy wracał już ze swojej ostatniej procesji na Boże Ciało, szedł drugą stroną ulicy, w słoneczny dzień, zauważyliśmy się na wysokości "Trzech kłosów", w czerwcu 2013 r. I w owym śnie miał ten właśnie garnitur. Tuż obok niego kroczyła Mama, w grantowej bluzce i ciemnych spodniach. Oboje mieli pogodne wyrazy twarzy, szli od strony zachodniej chodnikiem wzdłuż ulicy, na której obecnie mieszkam, już zrównywali się z kapliczką - cudem ocalałą między nowymi blokami - z września 1915 r., wystawioną przez mieszkańców Górców, Jana i Marcjannę Pyć, proszących o modlitwę. Dzień był jasny, spokojny i ciepły. Przechodziłem akurat przez torowisko tramwajowe, zmierzałem w stronę piaszczystej ścieżki wijącej się między ogródkami działkowymi, ogrodzonym terenem wojskowym a torowiskiem. W miejscu, w którym skręca się w stronę wschodnią, rosła młoda jabłoń, a na niej cztery dorodne jabłka na wyciągnięcie dłoni. Przy jabłoni na kocyku rozkładała się jakaś młoda rodzina, rodzice i dwoje małych dzieci. Ja podszedłem do jabłoni, już miałem zrywać jabłka, lecz odwróciłem się i ujarzałem moich Rodziców. I wtedy Tata zakrzyknął w moją stronę: "Wystarczą dwa jabłka!". I to była chwila prawdziwego, uwalaniającego szczęścia. Ulicą nie jeździły samochody, torowisko było zupełnie puste, poza wymienionymi osobami wokół nie było nikogo, tylko przyjazna cisza, jasność dnia, i poczucie, że te wszystkie bloki wokół, żelazne szyny, betnowe podkłady, betnowe ogrodzenia ogródków i terenu wojskowego, były już zupełnie zbędne, nikomu do niczego niepotrzebne.
Staram się nie fiksować na snach, lecz niektóre z nich są tak fantastyczne i nasycone symbolami, że nie można przejść wobec nich objętnie. Te symoble pełne znaczeń, otwierają drogę do wielu interpretacji. Po przebudzeniu żałuję, że nie mogłem w nich zostać, zatrzymać ich atmosfery, ich nierzeczywistej rzeczywistości, o której realności we śnie jestem tak mocno przekonany.
Tęskonota za zmarłymi rodzicami jest całkowicie zrozumiała, wiara w przyszłe spotkanie silna tak bardzo, że chciałoby się ten czas przyspieszyć. Czym mogą być owe dwa jabłka, które wystarczą?
Staram się nie fiksować na snach, lecz niektóre z nich są tak fantastyczne i nasycone symbolami, że nie można przejść wobec nich objętnie. Te symoble pełne znaczeń, otwierają drogę do wielu interpretacji. Po przebudzeniu żałuję, że nie mogłem w nich zostać, zatrzymać ich atmosfery, ich nierzeczywistej rzeczywistości, o której realności we śnie jestem tak mocno przekonany.
Tęskonota za zmarłymi rodzicami jest całkowicie zrozumiała, wiara w przyszłe spotkanie silna tak bardzo, że chciałoby się ten czas przyspieszyć. Czym mogą być owe dwa jabłka, które wystarczą?
Etykiety:
Bemowo,
Bóg,
Górce,
kapliczka,
mama,
miłość,
modlitwa,
nadzieja,
nierzeczywista rzeczywistość,
opowiadanie,
poezja,
rodzice,
sen,
szczęście,
Tata,
tęsknota,
Warszawa,
warszawskie kapliczki,
wiara
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...






























































