To co najbardziej przyciągało babcię babcię do Wilna, to bez wątpienia Ostra Brama i Kalwaria Wileńska. O samym mieście babcia nie miała dobrego zdania, ostatecznie w 1936 r. razem ze swoim mężem wybrała Warszawę jako miejsce, w którym oboje podjęli pracę. I te opowieści o otwartości, życzliwości mieszkańców Warszawy były częstym motywem w babci wspomnieniach. Natomiast kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Kalwarii Wileńskiej, położonej nie tak znowuż daleko od centrum miasta, otoczonej jeszcze nie najgorzej wyglądającymi blokowiskami, rozłożonymi na nasłonecznionych pagórkach, poczułem się tak, jakbym się przeniósł w czasie. Smukłe sosny, wzgórza, strumyki, górki i doliny, piaszczyste ścieżki, zmieniły się zapewne nieznacznie od czasów, gdy babcia wraz z innymi pielgrzymami przemierzała te ścieżki od stacji do stacji Drogi Krzyżowej. Gdyby nie kilka modernistycznych budynków sanatoryjnych, które rozlokowały się wzgórzach, można byłoby rzeczywiście mieć wrażenie, że znaleźliśmy się gdzieś w okresie międzywojennym. Stąpanie po tych samych ścieżkach, którymi przed niemal stu laty kroczyła babcia, dawało mi poczucie obcowania ze światem już dawno minionym, ale takim bardzo moim. Są miejsca, w których będąc po raz pierwszy, mamy nieodparte wrażenie, jakbyśmy byli u siebie, w domu. Sosnowe pnie w świetle zachodzącego słońca przybierają bursztynową barwę. Mijamy fundamenty wysadzonej w powietrze stacji Drogi Krzyżowej, częściowo na jej miejscu został wzniesiony budynek sanatoryjny, na rozłożystej sośnie rosnącej nieopodal, której konary w pewnym miejscu rozchodzą się niemal pod kątem prostym, tworząc naturalny krzyż, ktoś zawiesił drewnianą figurę ukrzyżowanego Jezusa. Nie wszystkie stacje zostały odbudowane. Komunistyczne władze często znaczyły swoją obecność niszcząc obiekty sakralne, zamieniając je w magazyny, czy na przykład jak w wileńskiej cerkwi Św. Trójcy urządzając eksperymenty polegające na sprawdzaniu mocy ładunków wybuchowych, albo zamieniając klasztor i kościół wizytek na więzienie. Przykłady takie można byłoby mnożyć bez końca, nie tylko w Wilnie. Obfitość ścieżek, zachęcających do wypróbowania każdej z nich nie ułatwia poruszania się po Kalwarii. To za każdym razem mogłaby być wyprawa na cały dzień. Kiedy wędruję plątaniną tych naturalnych dróżek, towarzyszy mi przekonanie, że patrzę te same krajobrazy, i widzę je w taki sam sposób jak widziała je babcia, i jednocześnie mam poczucie niemal fizycznej jej obecności w tych urokliwych miejscach.
Zastanawia mnie też na ile możliwe było to, że drogi babci i św. Fustyny - w czasie jej pobytu w Wilnie w latach 1933-1936 - gdzieś się skrzyżowały. Wierzę natomiast w to, że na pewno krzyżują się w Niebie. Kult Miłosierdzia Bożego zatwierdzony został dużo później. Wszelkie zakazy z nim związane nałożone przez Stolicę Apostolską w roku 1959, zostały zdjęte dopiero w roku 1978, na cztery lata przed śmiercią babci. Nie wiem też na ile mogły się krzyżować drogi babci i ks. Michała Sopoćki w Wilnie, ale w Białymstoku babcia i mama mieszkając przy Fabrycznej i później Sienkiewicza miały okazję nie raz spotkać tego pokornego duchownego, spowiednika św. Faustyny z czasów wileńskich, który po wojnie również osiadł w Białymstoku przy pobliskiej ulicy Złotej, w drewnianym domu, istniejącym po dziś dzień. A na dodatek mama uczęszczała do przedszkola, mieszczącego się na parterze w kamienicy niemal naprzeciw owego piętrowego drewnianego domu - ta kamienica również zachowała się do obecnych czasów.
Matka Boża Miłosierdzia z Ostrej Bramy była bez wątpienia matką liczncyh mieszkańców Wileńszczyzny, zapewne nie tylko wyznania katolickiego. Mała Florcia pytała mamę ile tak naprawdę jest Matek Boskich, bo to i wileńska z Ostrej Bramy, i Częstochowska, i warszawska Matka Boża Łaskawa, na co Genowefa z wyrozumiałym uśmiechem odpowiadała, że jest tylko jedna. Babcia po raz ostatni widziała Matkę Boską Ostrobramską w 1946 r., gdy, na fałszywych dokumentach, z dwójką dzieci wyruszyła w daleką podróż, tak naprawdę w nieznane, bo jeszcze wtedy nie wiedziała, gdzie osiądzie na stałe. W Wilnie rodzina miała dwudniowy postój na dworcu, skąd jest już niedaleko do Ostrej Bramy. To właśnie wtedy, wziąwszy córeczkę za rękę, udała się do kaplicy w Bramie Wschodniej (lit. Aušros Vartai), nie przypuszczając nawet, że zobaczy ją po raz ostatni, i że będzie to tak naprawdę pożegnanie. Florentyna z Matką Boską faktycznie pożegna się w październiku 2021 r., także nie zakładając, że będzie to już jej ostatnie wileńskie spotkanie. Kolejna wizyta została zaplanowana na jesień 2023 r., ale tego spotkania mama już nie doczekała.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polacy na Kresach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polacy na Kresach. Pokaż wszystkie posty
środa, 24 stycznia 2024
poniedziałek, 22 stycznia 2024
Codzienne życie w Adamowcach - wspomnienia (część 11)
Z rodzinnej wsi Florcia zapamiętała też zimowe wyjścia do tak zwanej bani, która rozlokowała się na drugim końcu miejscowości. Szczelnie opatulona przez mamę szła razem z nią zaśnieżoną drogą, wieczorem przy rozgwieżdżonym niebie i blasku księżyca do tej wiejskiej sauny. Po kąpieli, mama wyjątkowo uważnie sprawdzała czy dziewczynka jest dobrze zabezpieczona przed chłodem, owinięta szalikiem pod same oczy, w ciepłym futerku, w czapce nasuniętej prawie na oczy, tak że wystawały tylko źrenice, by widzić drogę powrotną do domu. I szybkim krokiem za rękę z mamą powrót do ciepłego domu!
Nie mam pojęcia co to może być za historia, ale mama wspominała wizytę w udzialskim kościele "litewskiego wojska", zapewne jakiegoś oddziału, który uczestniczył we mszy i w języku polskim żołnierze śpiewali religijne pieśni - msze odbywały się w języku polskim. Wydarzyło się to w czasie okupacji niemieckiej. Czy mógł być to oddział litewskich szaulisów? Szaulisi, inaczej Związek Strzelców Litewskich, w latach 1941-1944 współpracowali z Niemcami, brali udział w akcjach przeciw ludności polskiej i żydowskiej, w walkach z partyzantami AK i sowieckimi? Być może został tu oddelegowany do walki z partyzantami właśnie? Tego już się pewnie nie dowiemy.
W czasie okupacji niemieckiej w lokalnej administracji pracowali również Litwini. I tu, jak wynika z opowieści babci, miał być zatrudniony Litwin o imieniu Stanisław, zwany Staszkiem. Młody mężczyzna władał biegle językiem polskim, i był życzliwie nastawiony wobec miejscowej ludności, niezależnie od jej pochodzenia. Gdy któregoś razu Niemcy zarekwirowali z gospodarstwa Genowefy i Floriana krówkę, dzięki wsparciu Staszka, udało się ją odzyskać. Podobno można było z nim załatwić każdą sprawę, całkowicie bezinteresownie.
Nie mam pojęcia co to może być za historia, ale mama wspominała wizytę w udzialskim kościele "litewskiego wojska", zapewne jakiegoś oddziału, który uczestniczył we mszy i w języku polskim żołnierze śpiewali religijne pieśni - msze odbywały się w języku polskim. Wydarzyło się to w czasie okupacji niemieckiej. Czy mógł być to oddział litewskich szaulisów? Szaulisi, inaczej Związek Strzelców Litewskich, w latach 1941-1944 współpracowali z Niemcami, brali udział w akcjach przeciw ludności polskiej i żydowskiej, w walkach z partyzantami AK i sowieckimi? Być może został tu oddelegowany do walki z partyzantami właśnie? Tego już się pewnie nie dowiemy.
W czasie okupacji niemieckiej w lokalnej administracji pracowali również Litwini. I tu, jak wynika z opowieści babci, miał być zatrudniony Litwin o imieniu Stanisław, zwany Staszkiem. Młody mężczyzna władał biegle językiem polskim, i był życzliwie nastawiony wobec miejscowej ludności, niezależnie od jej pochodzenia. Gdy któregoś razu Niemcy zarekwirowali z gospodarstwa Genowefy i Floriana krówkę, dzięki wsparciu Staszka, udało się ją odzyskać. Podobno można było z nim załatwić każdą sprawę, całkowicie bezinteresownie.
sobota, 20 stycznia 2024
Codziennie życie w Adamowcach - wspomnienia (część 10)
Florcia urodziłą się 31 stycznia 1940 r. w Adamowcach, powiecie postawskim województwa wileńskiego, choć w dokumentach widnieje data 30 stycznia 1940 r. Została ochrzczona w lutym w kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętejszej Maryi Panny w Udziale. Teraz jest on - jak wynika z dostępnych w sieci zdjęć - pięknie odnowiony i zdaje się, że administrowany przez ojców franciszkanów. W roku 1989 świątynia została zwrócona katolikom - po jej odebraniu w roku 1948 i zamienieniu na magazyn. Z wyprawy w roku 1988 pamiętam, że przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy - zniszczony, odrpany, niemal jak ruina. Nie zatrzymywaliśmy się przy nim, zdążaliśmy wtedy do Władysława - brata babci w Mosarzu i kuzynki Józi mieszkającej w urokliwym drewnianym domu z bujnym ogrodem przy rynku naprzeciw mosarskiego kościoła św. Anny.
O tym kościele w Udziale mama opowiadała historię z czasów tuż po wkroczeniu sowietów na te tereny w roku 1944. Jakiś lokalny bądź przywieziony z głębi ZSRR komunistyczny czynownik postanowił zdjąć krzyż czy ze szczytu tympanonu samego kościoła czy z dzwonnicy, i gdy wspiął się po drabinie, by dokonać tego zamachu, zsunął się z niej i spadł na ziemię. Podobną historię słszałem w sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej w Świętej Wodzie niedaleko Białegostoku - tu czerwonoarmista wdrapał się na wieżyczkę chcąc zdemontować krzyż, spadł z niedużej w sumie wysokości i upadku tego nie przeżył.
W drewnianym domu w Adamwocach, wybudowanym na początku lat 30-tych ubiegłego wieku przez dziadka Floriana, z misternie wykonanymi przez niego zdobieniami okiennic, krawędzi ścian, zdobień nad i podokiennych, stała maszyna do gręplowania wełny. Korzystali z niej mieszkańcy Adamowców i okolicznych wsi - Rakowce, Murzy. Jesiennymi i zimowymi wieczorami spotykały się przede wszystkim kobiety i snuły długie opowieści, w swoich nastroju przypominające ballady Mickiewicza. A to o słszanym w nocy płaczu dziecka gdzieś przy leśnej drodze. Podróżni wracający wieczorami lub w nocy do wsi, w tym samym miejscu wyraźnie słyszeli płacz dziecka, mimo że w pobliżu nikogo nie było. W końcu powiadomiono o tym księdza z udzialskiej najpewniej parafii, który przyjechawszy na miejsce uznał, że pochowano tu nieochrzczone dziecko. Dokonał więc obrzędu wypowiadając słowa: - "Jak pan niech będzie Jan, jak panna niech będzie Anna". I od tej pory płacz ustał.
Inna opowieść dotyczyła pobliskiego jeziora, w którym zimą miał utonąć orszak weselny. Weselnicy zmierzający z kościoła na zabawę, postanowili skrócić sobie drogę i przejechać przez zamarznięte jezioro. Niestety, lód pod saniami się załamał i wszyscy mieli utonąć. Zimowymi nocami z głębi jeziora wydobywały się odgłosy dzwonków sań, śmiechy, nawoływania.
Przed wsią na niewielkim wzgórzu rozłożył się mały wiejski cmentarzyk. Tu był pochowany pradziadek Mojżesz i prababcia Józefa. Adamowce były niewielką wsią, zaściankiem, w którym mieszkały można tak to określić dwa rody - Adamowiczów i Szpaków. W pobliżu górki z cmentarzem, porośniętej drzewami, znajdował się nieduży staw, do którego przychodziła mała Florcia ze swoimi pierzastymi przyjaciółmi. Ulubionym dziewczynki zajęciem było noszenie w durszlaku kurczaczków, kaczuszek i gąsek, puchatych i chodzących za nią krok w krok, traktujących dziewczynkę niemal jak swoją mamę. By zapobiec jakiemuś nieszczęściu mama Florci zawieszała ów durszlak wyżej, ale zaradne dziecko przystawiało sobie do ściany stołeczek, wspinało się na palcach, wyciągało ramię w górę i zdejmowało to nosidełko dla swoich pierzastych podopiecznych, zbierało doń pisklęta i udawało się nad wspomniany staw.
Dziadek Florian był cenionym we wsi stolarzem, wykonywał ławy, krzesła, stołki, i wszystko co niezbędne, a możliwe do wykonania z drewna, miał swój warsztat przy domu, a oprócz tego zajmował się gospodarstwem. W pracach polowych pomagała mu żona Genowefa, która zajmowała się również codziennymi pracami domowymi, gotowaniem obiadów, robieniem przetworów, i opiekowała się dwójką dzieci - Florcią i Oswaldkiem, przy czym Oswaldek jako starszy od Florci o 7 lat wymagał mniejszej uwagi. Ich wiernym towarzyszem był równiez piesek, który się wabił Misiek, i z daleka do złudzenia przyominał lisa, często zresztą był przez sąsiadów brany za liska, gdy biegał gdzieś po okolicznych polach, przede wszystkim za jego ulubionym gospodarzem - Oswaldkiem. Niestety, którejś zimowej nocy, nie zdążył schronić się przez wykonaną specjalnie dla niego dziurę w drzwiach, i został pożarty przez wilki, później na polu ktoś widział jedynie pozostałe po nim łapy.
Co niezwykle istotne, wspierano się wówczas niezależnie od więzów krwi. Mama opowiadała, że przez pewien czas w ich domu mieszkali pogorzelcy z Rakowców, którzy nie byli ich krewnymi. Matka i jej dorosła już córka, która chcąc się odwdzięczyć za udzlelenie im schronienia, szyła sukienki i inne ubrania, a Florci uszyła lalkę, z którą mała dziewczynka przyjechała do Białegostoku. Rakowce były wsią, która leżała przy ważnym trakcie i podobno przy okazji każdej wojny wieś płonęła. Innym razem zamieszkała pod dachem Floriana i Genowefy biedna starsza Łucja, której syn zginął wyjątkowo absurdalną śmiercią - będąc żołnierzem, spał w wagonie na dolnym poziomie piętrowego łóżka, zaś deski, na których wyżej spał jego towarzysz podróży, załamały się i runął on razem z nimi na niczego niespodziewającego się syna Łucji, w ten sposób go uśmiercając. Mała Florcia długo płakałą nad nieszczęściem biednej Łucji.
Florcia często towarzyszyła swojej mamie w wędrówkach do pobliskich wsi, miasteczek, czy przy pracy w polu. Gdzieś przy drodze w Adamowcach leżał ogromny głaz i gdy dziewczynka się do niego zbliżała jej oczom ukazyywało się siedzące na kamieniu uśmiechnięte dziecko, w niebieskiej jakby sukience, z blond włosami, które jej się uważnie przyglądało. Gdy zaś z owym kamieniem się zrównywała, ten obraz znikał, by za chwilę - po minięciu głazu - pojawić się znowu. I owo siedzące na nim dziecko wodziło przyjaznym wzrokiem za małą Florcią. Ów widok powtarzał się za każdym razem, gdy Florcia z mamą przechodziły obok wspomnianego kamienia.
W czasie działań wojennych, w roku 1944, mieszkańcy wsi chronili się przed ostrzałem w ziemiankach w pobliżu cmentarza. Wówczas nikt nie zginął, ale ofiarą wojenną zabłąkanej kuli w czasie potyczki Niemców z oddziałem partyzanckim stała się kuzynka Floriana - śliczna dwudziestoletnia dziewczyna trafiona w głowę w czasie powrotu do wsi. O tuż powojennych losach babci Genowefy, dziadka Floriana oraz ich dzieci pisałem w tych dwóch postach:
Z Adamowców przez Warszawę do Siedlec - wspomnienia (część 2)
Z Adamowców do Białegostoku - wspomnienia (część 3)
O tym kościele w Udziale mama opowiadała historię z czasów tuż po wkroczeniu sowietów na te tereny w roku 1944. Jakiś lokalny bądź przywieziony z głębi ZSRR komunistyczny czynownik postanowił zdjąć krzyż czy ze szczytu tympanonu samego kościoła czy z dzwonnicy, i gdy wspiął się po drabinie, by dokonać tego zamachu, zsunął się z niej i spadł na ziemię. Podobną historię słszałem w sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej w Świętej Wodzie niedaleko Białegostoku - tu czerwonoarmista wdrapał się na wieżyczkę chcąc zdemontować krzyż, spadł z niedużej w sumie wysokości i upadku tego nie przeżył.
W drewnianym domu w Adamwocach, wybudowanym na początku lat 30-tych ubiegłego wieku przez dziadka Floriana, z misternie wykonanymi przez niego zdobieniami okiennic, krawędzi ścian, zdobień nad i podokiennych, stała maszyna do gręplowania wełny. Korzystali z niej mieszkańcy Adamowców i okolicznych wsi - Rakowce, Murzy. Jesiennymi i zimowymi wieczorami spotykały się przede wszystkim kobiety i snuły długie opowieści, w swoich nastroju przypominające ballady Mickiewicza. A to o słszanym w nocy płaczu dziecka gdzieś przy leśnej drodze. Podróżni wracający wieczorami lub w nocy do wsi, w tym samym miejscu wyraźnie słyszeli płacz dziecka, mimo że w pobliżu nikogo nie było. W końcu powiadomiono o tym księdza z udzialskiej najpewniej parafii, który przyjechawszy na miejsce uznał, że pochowano tu nieochrzczone dziecko. Dokonał więc obrzędu wypowiadając słowa: - "Jak pan niech będzie Jan, jak panna niech będzie Anna". I od tej pory płacz ustał.
Inna opowieść dotyczyła pobliskiego jeziora, w którym zimą miał utonąć orszak weselny. Weselnicy zmierzający z kościoła na zabawę, postanowili skrócić sobie drogę i przejechać przez zamarznięte jezioro. Niestety, lód pod saniami się załamał i wszyscy mieli utonąć. Zimowymi nocami z głębi jeziora wydobywały się odgłosy dzwonków sań, śmiechy, nawoływania.
Przed wsią na niewielkim wzgórzu rozłożył się mały wiejski cmentarzyk. Tu był pochowany pradziadek Mojżesz i prababcia Józefa. Adamowce były niewielką wsią, zaściankiem, w którym mieszkały można tak to określić dwa rody - Adamowiczów i Szpaków. W pobliżu górki z cmentarzem, porośniętej drzewami, znajdował się nieduży staw, do którego przychodziła mała Florcia ze swoimi pierzastymi przyjaciółmi. Ulubionym dziewczynki zajęciem było noszenie w durszlaku kurczaczków, kaczuszek i gąsek, puchatych i chodzących za nią krok w krok, traktujących dziewczynkę niemal jak swoją mamę. By zapobiec jakiemuś nieszczęściu mama Florci zawieszała ów durszlak wyżej, ale zaradne dziecko przystawiało sobie do ściany stołeczek, wspinało się na palcach, wyciągało ramię w górę i zdejmowało to nosidełko dla swoich pierzastych podopiecznych, zbierało doń pisklęta i udawało się nad wspomniany staw.
Dziadek Florian był cenionym we wsi stolarzem, wykonywał ławy, krzesła, stołki, i wszystko co niezbędne, a możliwe do wykonania z drewna, miał swój warsztat przy domu, a oprócz tego zajmował się gospodarstwem. W pracach polowych pomagała mu żona Genowefa, która zajmowała się również codziennymi pracami domowymi, gotowaniem obiadów, robieniem przetworów, i opiekowała się dwójką dzieci - Florcią i Oswaldkiem, przy czym Oswaldek jako starszy od Florci o 7 lat wymagał mniejszej uwagi. Ich wiernym towarzyszem był równiez piesek, który się wabił Misiek, i z daleka do złudzenia przyominał lisa, często zresztą był przez sąsiadów brany za liska, gdy biegał gdzieś po okolicznych polach, przede wszystkim za jego ulubionym gospodarzem - Oswaldkiem. Niestety, którejś zimowej nocy, nie zdążył schronić się przez wykonaną specjalnie dla niego dziurę w drzwiach, i został pożarty przez wilki, później na polu ktoś widział jedynie pozostałe po nim łapy.
Co niezwykle istotne, wspierano się wówczas niezależnie od więzów krwi. Mama opowiadała, że przez pewien czas w ich domu mieszkali pogorzelcy z Rakowców, którzy nie byli ich krewnymi. Matka i jej dorosła już córka, która chcąc się odwdzięczyć za udzlelenie im schronienia, szyła sukienki i inne ubrania, a Florci uszyła lalkę, z którą mała dziewczynka przyjechała do Białegostoku. Rakowce były wsią, która leżała przy ważnym trakcie i podobno przy okazji każdej wojny wieś płonęła. Innym razem zamieszkała pod dachem Floriana i Genowefy biedna starsza Łucja, której syn zginął wyjątkowo absurdalną śmiercią - będąc żołnierzem, spał w wagonie na dolnym poziomie piętrowego łóżka, zaś deski, na których wyżej spał jego towarzysz podróży, załamały się i runął on razem z nimi na niczego niespodziewającego się syna Łucji, w ten sposób go uśmiercając. Mała Florcia długo płakałą nad nieszczęściem biednej Łucji.
Florcia często towarzyszyła swojej mamie w wędrówkach do pobliskich wsi, miasteczek, czy przy pracy w polu. Gdzieś przy drodze w Adamowcach leżał ogromny głaz i gdy dziewczynka się do niego zbliżała jej oczom ukazyywało się siedzące na kamieniu uśmiechnięte dziecko, w niebieskiej jakby sukience, z blond włosami, które jej się uważnie przyglądało. Gdy zaś z owym kamieniem się zrównywała, ten obraz znikał, by za chwilę - po minięciu głazu - pojawić się znowu. I owo siedzące na nim dziecko wodziło przyjaznym wzrokiem za małą Florcią. Ów widok powtarzał się za każdym razem, gdy Florcia z mamą przechodziły obok wspomnianego kamienia.
W czasie działań wojennych, w roku 1944, mieszkańcy wsi chronili się przed ostrzałem w ziemiankach w pobliżu cmentarza. Wówczas nikt nie zginął, ale ofiarą wojenną zabłąkanej kuli w czasie potyczki Niemców z oddziałem partyzanckim stała się kuzynka Floriana - śliczna dwudziestoletnia dziewczyna trafiona w głowę w czasie powrotu do wsi. O tuż powojennych losach babci Genowefy, dziadka Floriana oraz ich dzieci pisałem w tych dwóch postach:
Z Adamowców przez Warszawę do Siedlec - wspomnienia (część 2)
Z Adamowców do Białegostoku - wspomnienia (część 3)
czwartek, 18 stycznia 2024
Ponownie wkracza historia - wielka i mniejsza - wspomnienia (część 8)
Nastoletnia dziewczyna, mimo wszystkich napotykanych trudności, usiłowała żyć normalnym życiem, tak jak większość jej koleżanek, mających oboje rodziców, rodzeństwo, i mieszkających od urodzenia w Białymstoku. Chwile beztroski, szczęścia, radości z rzeczy małych i zwyczajnych nie były obce i Florentynie. Pewnego czerwcowego dnia 1956 roku, będąc już szesnastolatką, umówiła się z koleżanką do kina Pokój w Białymstoku – na jaki film, tego już niestety sobie nie przypomnę, choć mama pamiętała go doskonale i mówiła mi o nim. No cóż, to żadna tajemnica, że osoby starsze mają dużo lepszą pamięć, zwłaszcza odnoszącą się do wydarzeń z czasów ich dzieciństwa czy wczesnej młodości. Po seansie dziewczęta wybrały się jeszcze na lody na ulicy Lipowej, czerwcowe wieczory są długie i jasne, a do domu na ulicy Sienkiewicza droga nie tak wcale daleka. A jeszcze w tych czasach na ulicy Lipowej można było spotkać dużo więcej spacerowiczów niż obecnie. Całe życie koncentrowało się przede wszystkim na tej właśnie ulicy, tu się spotykało znajomych, tu się spacerowało do zmierzchu, tu były kina, sklepy, ulica Lipowa była takim nieoficjalnym deptakiem na przestrzeni między Farą a Kościołem Rocha. W pewnym momencie dało się słyszeć jakiś hałas, szum, i oczom dziewczyn ukazał się tłum ludzi zmierzających w stronę domu partii, wznoszących okrzyki nawiązujące do wydarzeń Poznańskiego Czerwca, skandujących też - Węgrzy z nami! Był to bowiem czas, gdy po wydarzeniach poznańskich, Węgrzy organizowali manifestacje wspierające Polaków pod pomnikiem Józefa Bema w Budapeszcie. Dziewczęta nie mogły poskromić ciekawości i odmówić sobie obserwowania dalszego przebiegu tej manifestacji, było to coś zupełnie nowego, nieoczekiwanego, a ówczesna młodzież miała zdaje się jednak dużo większe zrozumienie wydarzeń politycznych i była bardziej patriotycznie nastawiona, mimo czasów niesprzyjających otwartemu okazywaniu patriotyzmu. Tłum gęstniał pod domem partii. Porządku pilnowało wojsko. W pewnym momencie doszło do swoistego zbratania się protestujących i żołnierzy. Manifestanci wznosili okrzyki – „Wojsko z nami!”, i nieoczekiwanie zaczęli podrzucać do góry dowódcę zgromadzonych pod domem partii żołnierzy.
Aż nagle Florentyna dostrzegła w grupie protestujących swojego brata – Oswalda - ich spojrzenia się spotkały i starszy brat zrobiwszy groźną minę pogroził siostrze, dając jej do zrozumienia, by stąd uciekała i broń Boże, nie wspominała w domu mamie o tym, że widziała go w tłumie demonstrantów. Już raz mama zmuszona była pójść na komisariat przy ulicy Sobieskiego 2, w którym przetrzymywano Oswalda, gdy wraz z kolegami znalazł pistolet w magazynach wojskowych niedaleko Dworca Fabrycznego. Genowefie wystarczyła strata ukochanego męża, który nie wrócił z wojny, dzieci więc strzegła jak oka w głowie, niepokoiła się i martwiła o nie. W tej okrojonej rodzinie panowała atmosfera prawdziwej miłości, zresztą to nie była tylko kwestia atmosfery, tę miłość okazywano sobie przede wszystkim na co dzień czynami, choć i słów serdecznych nigdy nie brakowało.
Następny raz wielka historia wkroczy w życie Florentyny w latach 80-tych, gdy - pracując w banku przy Rynku Kościuszki - zostanie członkinią NSZZ „Solidarność” w okresie jej legalnego funkcjonowania. Jedyną szykaną jakiej dozna z tego tytułu będzie pozbawienie jej premii, na wniosek zresztą podobno dobrego kolegi z wydziału. Mama nie miała o to do niego później pretensji, byli na ty, w czasie przypadkowych spotkań na ulicy rozmawiali ze sobą jak gdyby nigdy nic, była też na ślubie i weselu jego córki, jako matka chrzestna męża owej córki. Czas tej pierwszej „Solidarności” był o tyle ciekawy, że mimo wyraźnych podziałów narodowościowych i wyznaniowych na Białostocczyźnie, do NSZZ razem z mamą wstąpiła koleżanka z pokoju wyznania prawosławnego. Później ten cenny kapitał został zaprzepaszczony, tak jak to się w Polsce często dzieje z kapitałem społecznym i w innych dziedzinach.
W swoje rodzinne strony Florentyna wyruszyła będąc już dorosłą osobą, bo w roku 1968, a więc mając lat 28. Pojechała samotnie, do Postaw, do Głębokiego, Mosarza, nie dotarła jedynie do rodzinnej wsi – do Adamowców. Nie uczyniła też tego w roku 1988, gdy była tam z mężem i synem w odwiedzinach u swojej matki chrzestnej w Szuniowcach w pobliżu Głębokiego – Weroniki Goraczko i jej męża Michała Goraczko. Weronika była katoliczką i uważała się za Polkę, a jej mąż Michał mówił, że jest prawosławnym Białorusem, przed wojną służył w polskim wojsku, władał piękną polszczyzną, to byli bardzo serdeczni ludzie. Gdy we wrześniu 1988 r. wybraliśmy się z Szuniowców do Wilna, odwiedziliśmy kaplicę w Ostrej Bramie i pobliską cerkiew Św. Ducha, w której Wercia - na prośbę Michała - zapaliła świeczkę w jego intencji – był już mocno schorowany, z trudem się poruszał nawet po domu. Gdy pytałem mamę dlaczego nie chciała pojechać do Adamowców, choć miała taką okazję, wyjaśniła mi, że woli zachować je w swojej pamięci z czasów dzieciństwa; po wojnie piękny drewniany dom ze zdobieniami wykonanymi przez dziadka, będącego między innymi cieślą, został przez kogoś rozebrany i przeniesiony do innej wsi, bez pytania o zgodę, bez jakichkolwiek formalności. To były już zupełnie inne Adamowce, bez dawnych mieszkańców, barw, smaków, zapachów, nawet bez kilku domostw, które również zostały rozebrane i poprzenoszone nie wiadomo dokąd. Nigdy tej niechęci nie rozumiałem, zwłaszcza, że sam chętnie bym Adamowce odwiedził, ale ja przecież nie miałbym możliwości porównania, to nie było miejsce mojego urodzenia, mojego dzieciństwa. Wracając do roku 1968, tuż po przyjeździe z Polski do ówczesnej Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej – była to bowiem ta część przedwojennej Wileńszczyzny, która przypadła Białorusi - czarnowłosą dziewczynę rozpoznała i powitała pracująca w polu żona brata Genowefy – pół Polka pół Litwinka, to serdeczne powitanie miało miejsce gdzieś w okolicach Mosarza. Pamiętam z 1988 r. odwiedziny u brata babci – Władysława, mieszkał wówczas w skromnym mieszkanku na parterze w dwupiętrowym bloku, w otoczeniu zielonych dorodnych drzew i małych ogródków, te bloki nie pasowały w żaden sposób do sielskiego miejsca, no ale taka była sowiecka rzeczywistość. Wujek Władysław z rysów twarzy był podobny do babci Genowefy; miał już bielmo na oczach i niewiele widział, wykazywał się za to niezmienną od lat pogodą ducha i jakimś nieziemskim spokojem, pogodzeniem ze światem, w którym przyszło mu żyć. To on nie chciał stamtąd wyjechać po wojnie, bo twierdził, że tu była, jest i będzie Polska. Mylił się, ale było widać, że nauczył się z tym żyć. Mówił nam wówczas, że od nich do Adamowców nie jest daleko, ale uszkodzony został most na rzece i gdybyśmy chcieli tam dotrzeć, to trzeba byłoby jechać okrężną drogą. Jednak rodzice nie byli tym wariantem zainteresowani. Ruszyliśmy zatem do kuzynki Józi, mieszkającej w pięknym drewnianym domu, z przeszkloną werandą, przy rynku naprzeciw kościoła w Mosarzu, otoczonym bujnym zielonym jeszcze ogrodem, z wysokimi wielobarwnymi malwami. Do dziś pamiętam smak sałatki pomidorowej ze śmietaną, którą Józia zrobiła z warzyw zebranych w tym ogrodzie, żadna inna nie smakowała mi później tak samo. Co ciekawe, Józia mówiła do nas po białorusku, nie rosyjsku, tylko białorusku właśnie, i doskonale rozumiała język polski, jej dzieciństwo przypadło już na lata BSRR.
Jacyś nasi krewni mieszkali w leśniczówce w głębi lasu niedaleko od Mosarza, a jakie są knieje na Białorusi każdy może sobie wyobrazić, to nie są podmiejskie laski, nie rachityczne sosny Puszczy Kampinoskiej, którą zresztą bardzo lubię, ale to przede wszystkim wtedy, gdy nie mam możliwości wyruszyć do Puszczy Knyszyńskiej, która jako żywo przypomina lasy litewskie i białoruskie – smukłe, masztowe sosny, potężne świerki, dające pod swoimi rozłożystymi gałęziami schronienie przed deszczem. Jeden z mieszkających w owej leśniczówce kuzynów, jeszcze w latach 50-tych czy 60-tych ubiegłego już wieku, chcąc skrócić sobie drogę powrotną do domu, wybrał się łódką przez jezioro, a w międzyczasie rozpętała się straszliwa burza, do domu już żywy niestety nie dotarł. Z uwagi na późną porę, a też i nieznajomość terenu, do leśniczówki się nie wybraliśmy.
Wiem też, że część rodziny ze strony babci wyjechała po wojnie do Wolsztyna i tam się osiedliła na stałe. Kiedyś tych dalekich krewnych odwiedziliśmy w tym urokliwym miasteczku, ale kontakt się niestety urwał. Zapamiętałem jedynie wolno stojący dom i dużo zieleni, w tym wiekowe drzewa rosnące przy domu. Dobre wspomnienie, choć mało konkretne.
Nie jestem już sobie w stanie przypomnieć w jakiej wsi miało miejsce to spotkanie, ale mamie udało się w czasie owego wyjazdu w roku 1968 odwiedzić również dziadka Ksawerego, pogodnego staruszka, bajarza, za którym przepadały dzieci, pewnie po części z racji jego wyglądu – dłuższych siwych miękko falujących włosów i dość długiej siwiutkiej brody, który snuł długie opowieści przypominające ballady Mickiewicza. W słoneczny dzień siedział na drewnianym ganku na bujanym fotelu, z twarzą wystawioną do słońca.
Ten drugi wyjazd w roku 1988, w okresie, w którym ZSRR chylił się już ku upadkowi, choć nikt jeszcze wtedy nie przypuszczał, że lada moment Litwa i Białoruś staną się niepodległymi państwami, ta druga niestety tylko na chwilę. Gdy jechaliśmy do Szuniowców w stronę Głębokiego, gdzieś w okolicy Michaliszek skończył się asfalt, i dobrych kilkanaście kilometrów trzeba było jechać po kocich łbach, ale jakież tam były widoki! Droga przecinała Naroczański Park Narodowy, ogromne połacie wiekowego lasu, jak pierwotna puszcza, w szacie wczesnojesiennej, rozświetlonego wszystkimi możliwymi barwami tej cudnej pory roku.
Weronika i Michał Goraczko mieszkali na samym początku wsi Szuniowce, jadąc od strony Głębokiego. Po drodze minęliśmy mleczarnię zbudowaną na licencji angielskiej, smak serów w niej produkowanych pamiętam do dziś, zupełnie niepodrabialny i niepowtarzalny. To w Szuniowcach po raz pierwszy w życiu trzymałem w rękach kosę i kosiłem koniczynę dla królików, chwytałem króliki za uszy, bo tak mi kazano, choć jako 12-letni chłopiec bałem się, że w ten sposób im te uszy pourywam, i próbowałem je brać pod brzuszek, jak małe szczenięta albo kotki; tu chodziłem na pole po krowy, które za dnia były wypasane na kołchozowym pastwisku, a przed zmierzchem cała wieś się schodziła, by je odebrać, co ciekawe – aby krówka podbiegła obowiązkowo trzeba było mieć ze sobą spory kawałek chleba na zachętę; tu z wnuczką Werci - Aloną i jej kolegą jeździliśmy na rowerach po okolicy, w tym do lasu Borek na obrzeżach Głębokiego, do miejsca egzekucji z czasów drugiej wojny światowej. Pięknie falujące krajobrazy, łąki, pola, sosnowe lasy, światło jesiennego łagodnego słońca, rzeczki, jeziora. I zabudowania poklasztorne w Berezweczu. Mama pamiętała opowieści babci o Polakach okrutnie mordowanych przez sowietów w roku 1941 na terenie klasztoru. Nie wiem na ile prawdziwa jest ta historia – nigdzie nie znalazłem jej potwierdzenia – o ludziach, których żywcem zamurowywano w zagłębieniach murów, w pomieszczeniach więziennych. W Głębokiem uczestniczyliśmy we mszy w barokowym kościele Trójcy Świętej. Po mszy, przed kościołem spotkaliśmy Józefa Kusznierewicza, rodzonego brata Weroniki Goraczko, który przed wojną i w czasie kampanii wrześniowej 1939 r. służył w wojsku polskim. Wróciwszy w rodzinne strony opowiadał, że wycofując się po walkach toczonych w okolicach Warszawy musiał być wyjątkowo ostrożny na terenach Białostocczyzny, ponieważ tam grupy skomunizowanych Białorusinów wyłapywały i mordowały polskich żołnierzy. Józef wypatrzywszy mnie w kościele stwierdził, że jestem podobny do dziadka Floriana Szpaka, którego doskonale pamiętał z czasów przedwojennych. Odwiedziliśmy jeszcze wtedy kościół św. Anny w Mosarzu, w którym przez cały czas trwania ZSRR odbywały się nabożeństwa, i przejeżdżaliśmy w pobliżu kościoła Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale, w 1948 r. zamienionego na kołchozowy magazyn, w którym w lutym 1940 r. ochrzczona została Florentyna Szpak, i do którego jeszcze przed wojną miał podjeżdżać bryczką z żoną i synkiem Florian Szpak, ubrany w garnitur i kapelusz, co po wojnie stało się przyczyną umieszczenia rodziny Szpaków na liście osób przeznaczonych do wywiezienia w głąb ZSRR. Do wsi opuszczonych przez ich mieszkańców sprowadzano z kolei Rosjan z odległych terytoriów Związku Radzieckiego. I tak w Szuniowcach z dawnych, przedwojennych mieszkańców pozostali jedynie Weronika i Michał, oraz mieszkająca na drugim końcu wsi kobieta, która przyznawała się do polskości, a pozostali mieszkańcy przybyli gdzieś z daleka. Poznałem ich chodząc z wnuczką Werci – Aloną – po krowy na pastwisko. Byli to ludzie serdeczni, otwarci, chętnie nawiązujący kontakt i rozmowę. A to starsza pani w chustce na głowie poczęstowała mnie garścią pestek słonecznika, a to ktoś inny jabłkiem, nie doświadczyłem z ich strony żadnych przykrości. Los innych okolicznych wsi był niestety podobny, pozostali nieliczni Polacy, tacy zapewne jak dziadek Władysław z Mosarza, który trwanie w miejscu swojego przyjścia na świat rozumiał jako wierność samemu sobie, a też pewnie i Bogu. Nazwiska jakie się przewijały w rodzinie ze strony mamy to przede wszystkim – Szpak, Bochan, Wasilonek, Łysionek, Murzicz - wskazywałyby na to, że były to rodziny mieszane etnicznie, to było naturalne zjawisko, tak jak wspomniana wyżej ciocia mamy – pół Polka, pół Litwinka, czy Michał Goraczko – kochający polskość prawosławny Białorus – jak sam się określał. Mieszanka etnosów, wyznań, która nie stała na przeszkodzie zgodnemu, codziennemu funkcjonowaniu, przerwanemu brutalnie dopiero przez wojnę, a następnie wchłonięcie tych ziem przez ZSRR.
Aż nagle Florentyna dostrzegła w grupie protestujących swojego brata – Oswalda - ich spojrzenia się spotkały i starszy brat zrobiwszy groźną minę pogroził siostrze, dając jej do zrozumienia, by stąd uciekała i broń Boże, nie wspominała w domu mamie o tym, że widziała go w tłumie demonstrantów. Już raz mama zmuszona była pójść na komisariat przy ulicy Sobieskiego 2, w którym przetrzymywano Oswalda, gdy wraz z kolegami znalazł pistolet w magazynach wojskowych niedaleko Dworca Fabrycznego. Genowefie wystarczyła strata ukochanego męża, który nie wrócił z wojny, dzieci więc strzegła jak oka w głowie, niepokoiła się i martwiła o nie. W tej okrojonej rodzinie panowała atmosfera prawdziwej miłości, zresztą to nie była tylko kwestia atmosfery, tę miłość okazywano sobie przede wszystkim na co dzień czynami, choć i słów serdecznych nigdy nie brakowało.
Następny raz wielka historia wkroczy w życie Florentyny w latach 80-tych, gdy - pracując w banku przy Rynku Kościuszki - zostanie członkinią NSZZ „Solidarność” w okresie jej legalnego funkcjonowania. Jedyną szykaną jakiej dozna z tego tytułu będzie pozbawienie jej premii, na wniosek zresztą podobno dobrego kolegi z wydziału. Mama nie miała o to do niego później pretensji, byli na ty, w czasie przypadkowych spotkań na ulicy rozmawiali ze sobą jak gdyby nigdy nic, była też na ślubie i weselu jego córki, jako matka chrzestna męża owej córki. Czas tej pierwszej „Solidarności” był o tyle ciekawy, że mimo wyraźnych podziałów narodowościowych i wyznaniowych na Białostocczyźnie, do NSZZ razem z mamą wstąpiła koleżanka z pokoju wyznania prawosławnego. Później ten cenny kapitał został zaprzepaszczony, tak jak to się w Polsce często dzieje z kapitałem społecznym i w innych dziedzinach.
W swoje rodzinne strony Florentyna wyruszyła będąc już dorosłą osobą, bo w roku 1968, a więc mając lat 28. Pojechała samotnie, do Postaw, do Głębokiego, Mosarza, nie dotarła jedynie do rodzinnej wsi – do Adamowców. Nie uczyniła też tego w roku 1988, gdy była tam z mężem i synem w odwiedzinach u swojej matki chrzestnej w Szuniowcach w pobliżu Głębokiego – Weroniki Goraczko i jej męża Michała Goraczko. Weronika była katoliczką i uważała się za Polkę, a jej mąż Michał mówił, że jest prawosławnym Białorusem, przed wojną służył w polskim wojsku, władał piękną polszczyzną, to byli bardzo serdeczni ludzie. Gdy we wrześniu 1988 r. wybraliśmy się z Szuniowców do Wilna, odwiedziliśmy kaplicę w Ostrej Bramie i pobliską cerkiew Św. Ducha, w której Wercia - na prośbę Michała - zapaliła świeczkę w jego intencji – był już mocno schorowany, z trudem się poruszał nawet po domu. Gdy pytałem mamę dlaczego nie chciała pojechać do Adamowców, choć miała taką okazję, wyjaśniła mi, że woli zachować je w swojej pamięci z czasów dzieciństwa; po wojnie piękny drewniany dom ze zdobieniami wykonanymi przez dziadka, będącego między innymi cieślą, został przez kogoś rozebrany i przeniesiony do innej wsi, bez pytania o zgodę, bez jakichkolwiek formalności. To były już zupełnie inne Adamowce, bez dawnych mieszkańców, barw, smaków, zapachów, nawet bez kilku domostw, które również zostały rozebrane i poprzenoszone nie wiadomo dokąd. Nigdy tej niechęci nie rozumiałem, zwłaszcza, że sam chętnie bym Adamowce odwiedził, ale ja przecież nie miałbym możliwości porównania, to nie było miejsce mojego urodzenia, mojego dzieciństwa. Wracając do roku 1968, tuż po przyjeździe z Polski do ówczesnej Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej – była to bowiem ta część przedwojennej Wileńszczyzny, która przypadła Białorusi - czarnowłosą dziewczynę rozpoznała i powitała pracująca w polu żona brata Genowefy – pół Polka pół Litwinka, to serdeczne powitanie miało miejsce gdzieś w okolicach Mosarza. Pamiętam z 1988 r. odwiedziny u brata babci – Władysława, mieszkał wówczas w skromnym mieszkanku na parterze w dwupiętrowym bloku, w otoczeniu zielonych dorodnych drzew i małych ogródków, te bloki nie pasowały w żaden sposób do sielskiego miejsca, no ale taka była sowiecka rzeczywistość. Wujek Władysław z rysów twarzy był podobny do babci Genowefy; miał już bielmo na oczach i niewiele widział, wykazywał się za to niezmienną od lat pogodą ducha i jakimś nieziemskim spokojem, pogodzeniem ze światem, w którym przyszło mu żyć. To on nie chciał stamtąd wyjechać po wojnie, bo twierdził, że tu była, jest i będzie Polska. Mylił się, ale było widać, że nauczył się z tym żyć. Mówił nam wówczas, że od nich do Adamowców nie jest daleko, ale uszkodzony został most na rzece i gdybyśmy chcieli tam dotrzeć, to trzeba byłoby jechać okrężną drogą. Jednak rodzice nie byli tym wariantem zainteresowani. Ruszyliśmy zatem do kuzynki Józi, mieszkającej w pięknym drewnianym domu, z przeszkloną werandą, przy rynku naprzeciw kościoła w Mosarzu, otoczonym bujnym zielonym jeszcze ogrodem, z wysokimi wielobarwnymi malwami. Do dziś pamiętam smak sałatki pomidorowej ze śmietaną, którą Józia zrobiła z warzyw zebranych w tym ogrodzie, żadna inna nie smakowała mi później tak samo. Co ciekawe, Józia mówiła do nas po białorusku, nie rosyjsku, tylko białorusku właśnie, i doskonale rozumiała język polski, jej dzieciństwo przypadło już na lata BSRR.
Jacyś nasi krewni mieszkali w leśniczówce w głębi lasu niedaleko od Mosarza, a jakie są knieje na Białorusi każdy może sobie wyobrazić, to nie są podmiejskie laski, nie rachityczne sosny Puszczy Kampinoskiej, którą zresztą bardzo lubię, ale to przede wszystkim wtedy, gdy nie mam możliwości wyruszyć do Puszczy Knyszyńskiej, która jako żywo przypomina lasy litewskie i białoruskie – smukłe, masztowe sosny, potężne świerki, dające pod swoimi rozłożystymi gałęziami schronienie przed deszczem. Jeden z mieszkających w owej leśniczówce kuzynów, jeszcze w latach 50-tych czy 60-tych ubiegłego już wieku, chcąc skrócić sobie drogę powrotną do domu, wybrał się łódką przez jezioro, a w międzyczasie rozpętała się straszliwa burza, do domu już żywy niestety nie dotarł. Z uwagi na późną porę, a też i nieznajomość terenu, do leśniczówki się nie wybraliśmy.
Wiem też, że część rodziny ze strony babci wyjechała po wojnie do Wolsztyna i tam się osiedliła na stałe. Kiedyś tych dalekich krewnych odwiedziliśmy w tym urokliwym miasteczku, ale kontakt się niestety urwał. Zapamiętałem jedynie wolno stojący dom i dużo zieleni, w tym wiekowe drzewa rosnące przy domu. Dobre wspomnienie, choć mało konkretne.
Nie jestem już sobie w stanie przypomnieć w jakiej wsi miało miejsce to spotkanie, ale mamie udało się w czasie owego wyjazdu w roku 1968 odwiedzić również dziadka Ksawerego, pogodnego staruszka, bajarza, za którym przepadały dzieci, pewnie po części z racji jego wyglądu – dłuższych siwych miękko falujących włosów i dość długiej siwiutkiej brody, który snuł długie opowieści przypominające ballady Mickiewicza. W słoneczny dzień siedział na drewnianym ganku na bujanym fotelu, z twarzą wystawioną do słońca.
Ten drugi wyjazd w roku 1988, w okresie, w którym ZSRR chylił się już ku upadkowi, choć nikt jeszcze wtedy nie przypuszczał, że lada moment Litwa i Białoruś staną się niepodległymi państwami, ta druga niestety tylko na chwilę. Gdy jechaliśmy do Szuniowców w stronę Głębokiego, gdzieś w okolicy Michaliszek skończył się asfalt, i dobrych kilkanaście kilometrów trzeba było jechać po kocich łbach, ale jakież tam były widoki! Droga przecinała Naroczański Park Narodowy, ogromne połacie wiekowego lasu, jak pierwotna puszcza, w szacie wczesnojesiennej, rozświetlonego wszystkimi możliwymi barwami tej cudnej pory roku.
Weronika i Michał Goraczko mieszkali na samym początku wsi Szuniowce, jadąc od strony Głębokiego. Po drodze minęliśmy mleczarnię zbudowaną na licencji angielskiej, smak serów w niej produkowanych pamiętam do dziś, zupełnie niepodrabialny i niepowtarzalny. To w Szuniowcach po raz pierwszy w życiu trzymałem w rękach kosę i kosiłem koniczynę dla królików, chwytałem króliki za uszy, bo tak mi kazano, choć jako 12-letni chłopiec bałem się, że w ten sposób im te uszy pourywam, i próbowałem je brać pod brzuszek, jak małe szczenięta albo kotki; tu chodziłem na pole po krowy, które za dnia były wypasane na kołchozowym pastwisku, a przed zmierzchem cała wieś się schodziła, by je odebrać, co ciekawe – aby krówka podbiegła obowiązkowo trzeba było mieć ze sobą spory kawałek chleba na zachętę; tu z wnuczką Werci - Aloną i jej kolegą jeździliśmy na rowerach po okolicy, w tym do lasu Borek na obrzeżach Głębokiego, do miejsca egzekucji z czasów drugiej wojny światowej. Pięknie falujące krajobrazy, łąki, pola, sosnowe lasy, światło jesiennego łagodnego słońca, rzeczki, jeziora. I zabudowania poklasztorne w Berezweczu. Mama pamiętała opowieści babci o Polakach okrutnie mordowanych przez sowietów w roku 1941 na terenie klasztoru. Nie wiem na ile prawdziwa jest ta historia – nigdzie nie znalazłem jej potwierdzenia – o ludziach, których żywcem zamurowywano w zagłębieniach murów, w pomieszczeniach więziennych. W Głębokiem uczestniczyliśmy we mszy w barokowym kościele Trójcy Świętej. Po mszy, przed kościołem spotkaliśmy Józefa Kusznierewicza, rodzonego brata Weroniki Goraczko, który przed wojną i w czasie kampanii wrześniowej 1939 r. służył w wojsku polskim. Wróciwszy w rodzinne strony opowiadał, że wycofując się po walkach toczonych w okolicach Warszawy musiał być wyjątkowo ostrożny na terenach Białostocczyzny, ponieważ tam grupy skomunizowanych Białorusinów wyłapywały i mordowały polskich żołnierzy. Józef wypatrzywszy mnie w kościele stwierdził, że jestem podobny do dziadka Floriana Szpaka, którego doskonale pamiętał z czasów przedwojennych. Odwiedziliśmy jeszcze wtedy kościół św. Anny w Mosarzu, w którym przez cały czas trwania ZSRR odbywały się nabożeństwa, i przejeżdżaliśmy w pobliżu kościoła Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale, w 1948 r. zamienionego na kołchozowy magazyn, w którym w lutym 1940 r. ochrzczona została Florentyna Szpak, i do którego jeszcze przed wojną miał podjeżdżać bryczką z żoną i synkiem Florian Szpak, ubrany w garnitur i kapelusz, co po wojnie stało się przyczyną umieszczenia rodziny Szpaków na liście osób przeznaczonych do wywiezienia w głąb ZSRR. Do wsi opuszczonych przez ich mieszkańców sprowadzano z kolei Rosjan z odległych terytoriów Związku Radzieckiego. I tak w Szuniowcach z dawnych, przedwojennych mieszkańców pozostali jedynie Weronika i Michał, oraz mieszkająca na drugim końcu wsi kobieta, która przyznawała się do polskości, a pozostali mieszkańcy przybyli gdzieś z daleka. Poznałem ich chodząc z wnuczką Werci – Aloną – po krowy na pastwisko. Byli to ludzie serdeczni, otwarci, chętnie nawiązujący kontakt i rozmowę. A to starsza pani w chustce na głowie poczęstowała mnie garścią pestek słonecznika, a to ktoś inny jabłkiem, nie doświadczyłem z ich strony żadnych przykrości. Los innych okolicznych wsi był niestety podobny, pozostali nieliczni Polacy, tacy zapewne jak dziadek Władysław z Mosarza, który trwanie w miejscu swojego przyjścia na świat rozumiał jako wierność samemu sobie, a też pewnie i Bogu. Nazwiska jakie się przewijały w rodzinie ze strony mamy to przede wszystkim – Szpak, Bochan, Wasilonek, Łysionek, Murzicz - wskazywałyby na to, że były to rodziny mieszane etnicznie, to było naturalne zjawisko, tak jak wspomniana wyżej ciocia mamy – pół Polka, pół Litwinka, czy Michał Goraczko – kochający polskość prawosławny Białorus – jak sam się określał. Mieszanka etnosów, wyznań, która nie stała na przeszkodzie zgodnemu, codziennemu funkcjonowaniu, przerwanemu brutalnie dopiero przez wojnę, a następnie wchłonięcie tych ziem przez ZSRR.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...











