Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wileńszczyzna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wileńszczyzna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 lutego 2025

Błyski. Historia Rodzinna. Część 40

Drewniany kościółek na niewielkim wzniesieniu, oflankowany dwiema niewysokimi wieżami, w kolorze orzechowym. Od frontu rosną pojedyncze sosny, swobodnie, w odległości takiej, że nie muszą konkurować ze sobą o dostęp do słońca, jak te w otaczającej wieś puszczy. Zabytkowa drewniana dzwonnica, wszechobecny intensywny żywiczny zapach. Asfaltową drogą od czasu do czasu przemykają rowery, samochody osobowe, masywne samochody wojskowe. Blisko stąd jest trójstyk granic. Drogę od granicy białoruskiej w okolicach Rygola w kierunku Augustowa znaczą krzyże upamiętniające żołnierzy pomordowanych przez sowietów we wrześniu 1939 r. Przy dzwonnicy tablice poświęcone kapłanom mikaszowieckiej parafii, wywiezionym w czasie wojny przez Niemców do obozu w Dachau i tam pomordowanym. Przy leśnej drodze w kierunku północnym, nie tak daleko od kościółka, zachował się cmentarz żołnierzy z pierwszej wojny światowej. Na nim dwa drewniane krzyże, jeden z ukośną dolną poprzeczką, drugi bez, a w koronach drzew radosny, głośny śpiew ptaków, charakterystyczny dla wczesnego lata. Bliskość granicy z Litwą i Białorusią sprawia, że myśli biegną w rodzinne strony, w kierunku Wilna - do Ostrej Bramy, dawnego klasztoru na Antokolu, w którym przebywała św. Faustyna, do Kalwarii Wileńskiej z piaszczystymi ścieżkami na całkiem wysokich wzgórzach, porośniętych sosnowym lasem, pnącymi się stromo do odnowionych stacji Drogi Krzyżowej, i z figury Chrystusa rozpiętego na konarze dorodnej sosny naprzeciw sanatoryjnego piętrowego pawilonu.

Kościółek wzniesiono na początku XX wieku. Modlitwy wiele razy szeptane w pustym, cichym wnętrzu. Miejsce wyjątkowe, w którym nie tak dawna fizyczna obecność wciąż wydaje się trwać poza czasem i materią. Płomienie świeczek błyskają przed obrazem Matki Boskiej Nieustającej Pomocy i ukośna jasna smuga popołudniowego słonecznego światła przesącza się przez okno od północnej strony przy obrazie Świętego Cieśli. Miejsca trwają i przechowują pamięć, nawet dawną obecność, wypowiedziane na głos czy szeptem słowa, a może nawet uwolnione w nich myśli. Szorstkie, surowe głosy sowietów zatrzymujących na piaszczystym placu przed świątynią kilkunastoletniego chłopaka, który stał się jedną z ofiar Obławy Augustowskiej, zapewne też się gdzieś zatrzymały.

W łagodnych promieniach zachodzącego słońca stoi między zielonymi modrzewiami Matka Boska. Przejeżdża na rowerach grupa turystów. Leniwie spacerują miejscowe koty. Śmiechy grupy młodych ludzi grających w siatkę na łące przy drewnianej plebanii.

Czy w takim miejscu naprawdę mogło się wydarzyć coś, co niweczyłoby - wydaje się - wieczny dla tego miejsca błogi spokój? Czy rzeczywiście mogły się rozegrać wydarzenia przynoszące nagły kres niewinnemu życiu? Świątynia wchłonęła w siebie wszystkie odgłosy i obrazy zdarzeń z okolicy, jakie rozegrały się na przestrzeni ostatnich ponad stu lat. Nadzieje na ocalenie życia i powrót do bliskich, a ostatecznie niespodziewany ból żołnierzy Września 1939 r. rozjechanych sowieckimi czołgami w na drodze między Mikaszówką a Płaską, zastrzelonych w Rygolu, odgłosy pocisków armatnich rozrywających się nad pobliskimi jeziorami w czasie pierwszej wojny, łkania i łzy członków rodzin, których bliscy zostali zatrzymani w Obławie i do domów już nie wrócili. Ten cały miniony świat jakby został zapamiętany i utrwalony, w łagodnych promieniach słońca sączących się przez okna kościółka.

Mikaszówka stała się dla Florentyny jednym z miejsc, do których mogła wracać nieskończoną ilość razy, nie nużąc się nim. Sosnowe rozległe lasy, smukłe sięgające nieba sosny, pagórki porośnięte bujnym, miękkim mchem, jeziora, drewniane kościółki, kapliczki, pola, łąki, musiały jej przypominać Wileńszczyznę. Wracała tu jak do siebie do domu. W ciszy świątyni, przed ołtarzem, w drewnianej ławce, przesuwając w palcach paciorki różańca, trwała, tak jak jej Matka kiedyś przykazała. A to mistyczne doświadczenie z 2016 r. było dla niej tak rzeczywiste, że najmniejszej wątpliwości co do jego prawdziwości nie miała. Modląc się żarliwie w białostockiej katedrze w intencjach swoich bliskich, pewnego letniego popołudnia, świat zewnętrzny jakby na chwilę został wyłączony. Widziała ołtarz, przesuwających się ludzi - grupy turystów zwiedzających neogotycką farę, ale cały towarzyszący im szum nagle zniknął i jakby z innego wymiaru usłyszała łagodny, kobiecy głos mówiący:

- Trwajcie, trwajcie, trwajcie.

Kilka lat po tym zdarzeniu Mikaszówka ze swoim spokojem, jasnym światłem, dawała jej chwile absolutnego wytchnienia w ciężkiej chorobie, uczyła trudnego pogodzenia się z koniecznością rozstania z bliskimi i światem.

Sam w tym drewnianym kościółku też zrozumiałem, że po człowieku nigdy nie pozostaje pustka i nie pozostają jedynie wspomnienia. Czas dany na oswojenie się z nieuchronnym odchodzeniem rodzi też przekonanie, że rozstanie następuje tak naprawdę tylko na moment. Słowa, uśmiechy uchwycone w łagodnym blasku słonecznego światła odbijającego się od bursztynowych pni sosen nie prowadzą do rozpaczy, ale są zapowiedzią nastania tego świata, na którego nadejście mamy nadzieję i na który czekamy.

sobota, 31 sierpnia 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 23 - ciąg dalszy żywota św. Genowefy

Zygfryd będąc ciężko rannym, długo powracał do zdrowia w rycerskim obozie. W tym czasie dotarły do niego wieści o wyroku wykonanym na jego żonie. Gdy w końcu wyzdrowiał i powrócił do swojego zamku, zastał Golla z towarzyszami wyprawiającego ucztę. Złoczyńca był przekonany, że Zygfryd z wojny żywym już nie wróci. Gdy hrabia wszedł do swojej komnaty, przejętej przez rządcę, zauważył wszystkie listy żony do niego pisane, przechwycone przez Golla, z których żaden nie dotarł do Zygfryda, podobnie jak i listy Zygfryda do Genowefy nie zostały doręczone. Nabierając podejrzeń, gdy pogrążył się w żalu, do komnaty weszła wierna Berta, by przekazać mu list napisany przez Genowefę jeszcze w więzieniu. Dowiedziawszy się o tym wszystkim, co się rzeczywiście pod jego nieobecność wydarzyło, wydał polecenie, by skuć Golla i wtrącić do lochu. Popadłszy w niezmierzony smutek i rozpacz, hrabia szukał zapomnienia w polowaniach. W czasie jednego z nich rzucił się w pogoń za dziką zwierzyną. Zwierzę uciekając skryło się w jaskini Genowefy. Była to bowiem wierna łania, której mlekiem przez siedem lat żywiła się Genowefa i jej synek. Gdy hrabia wszedł do jaskini zobaczył postać ludzką, okropnie wymizerowaną, przypominającą bardziej zjawę, i przyszła mu myśl, że jest to miejsce śmierci jego żony, a on widzi jej ducha, lecz wtedy ona doń przemówiła i zapewniła, że nie jest duchem, tylko jego wciąż żywą żoną, którą on skazał na śmierć, mimo że ona była niewinna. Genowefa podniosła się i resztką sił podeszła do Zygfryda, ujęła jego dłoń i wskazała na pierścień na jej palcu, który od niego otrzymała. Hrabia padł na kolana, zalał się łzami i jął ją prosić o przebaczenie. W odpowiedzi Genowefa rzekła, że nie czuła i nie czuje doń gniewu, ponieważ wiedziała, że został oszukany. W międzyczasie z lasu powrócił Bolesty. Matka oznajmiła mu, że mężczyzna, który ich nawiedził, jest jego ojcem.

Radości ze spotkania nie było końca. Następnie wszyscy razem, łącznie ze świtą, udali się na zamek. Za lasem, przy drodze zebrały się już tłumy ludzi, jako że wieść o cudownym ocaleniu i odnalezieniu hrabiny rozeszła się lotem błyskawicy. W tym tłumie dali się też dostrzec dwaj pielgrzymi w długich płaszczach i z kosturami w dłoniach. Okazało się, że byli to dwaj niedoszli oprawcy Genowefy. Padli przed nią na kolana i błagali ją o przebaczenie. Opowiedzieli o tym, jak to po pozostawieniu jej w lesie, obawiając się gniewu Golla, udali się w długą pielgrzymkę do Ziemi Świętej, z której przed kilkoma dniami powrócili. Genowefa podziękowała im za ocalenie życia jej i synka.

Gdy ten uroczysty orszak zbliżał się do zamku, uderzono we wszystkie kościelne dzwony, a rozrzewniony lud płakał z radości. Jedni wspinali się na drzewa, inni na dachy, by tylko ujrzeć ukochaną panią. Za lektyką jechał konno hrabia, z drugiej strony wierny sługa Wolf, dalej podążali dwaj pielgrzymi, a między nimi obłaskawiona łania. Rycerze i służba poprzedzali lektykę, a część z nich zamykała ów radosny pochód. Stary sługa Wolf, nie zwlekając, wziął ze sobą kilku rycerzy i udał się z nimi w drogę, by powiadomić zbolałych rodziców Genowefy o jej cudownym ocaleniu. W połowie drogi najpierw spotkali biskupa Hidolfa, który udzielał ślubu Genowefie i Zygfrydowi, i razem ruszyli z dobrą nowiną na zamek starego księcia i księżnej. Rodzice co roku w kaplicy zamkowej czcili pamięć swej córki. Tego właśnie dnia biskup przyjeżdżał do pogrążonych w żałobie staruszków i odprawiał mszę za duszę zmarłej. Tym razem biskup przybył z twarzą jaśniejącą niebiańską wręcz radością i oznajmił cudowną wiadomość. Tuż za nim, do komnaty wkroczył Wolf, który głęboko skłoniwszy się, ze wszystkimi znanymi mu szczegółami opowiedział tę niezwykłą historię. Wszyscy czym prędzej udali się do Zygfrydsburga, by zobaczyć ukochaną córkę i wnuka. Radosne powitanie we łzach wydawało się nie mieć końca. I wtedy biskup przypomniał o szczęściu, które zaczęło się od wielkich cierpień, tak jak wszelkie zbawienie na ziemi zaczynać się musi. Powiedział też, że Bóg zgromadził tu wszystkich razem, aby radości nikomu nie brakowało, i by wszyscy swoje łzy na ofiarę dziękczynienia mogli złożyć, a Bóg zawsze zwykł czynić więcej niż się spodziewamy. Błogosławiony jest zaś ten, kto wytrwa w dobrym, a gdy zostanie doświadczony, otrzyma koronę w niebie, jaką Bóg zapowiedział tym, którzy Go kochają.

Genowefa szybko wracała do sił, codziennie odwiedzali ją poddani, mieszkańcy zamku i okolicznych miejscowości. Sługa Wolf dbał o to, by przystęp do niej nie był wzbroniony najbiedniejszemu i najmniejszemu. Hrabina dla każdego z odwiedzających miała słowa, które ten następnie przez całe swoje życie, będąc już siwowłosym starcem czy siwowłosą staruszką, powtarzał swoim potomnym. Mówiła, że i oni na tym świecie wiele cierpieć muszą, że niejedna przykrość ich dotknęła i jeszcze dotknie, ale mimo wszystko winni kochać Boga, w Nim pokładać nadzieję i nie poddawać się nigdy rozpaczy, bowiem tylko On może położyć kres ich wszystkim utrapieniom. A gdy już wszystko wydaje się stracone, tylko Bóg dopomóc może, i wszelkie zło jest władny zamienić w dobro. Nie powinni pragnąć wielkich bogactw i zaszczytów, tylko poprzestawać na małym, gdyż i w stanie umiarkowania można być szczęśliwym, tak jak ona tego doświadczyła mieszkając wiele lat w puszczy, bo choć są ubogimi, mają więcej niż ona miała w lesie. Mają mieszkania, odzież, pościel, zimą ciepłą strawę i ciepłą izbę. Kto kocha Boga i ma Go w swoim sercu, ten ma w duszy Niebo. Modlitwa zaś dodaje siły w znoszeniu wszelkich przeciwności i nigdy bezskuteczną nie bywa. Dobre sumienie jest natomiast największym skarbem, najpewniejszą pociechą w cierpieniach, w więzieniu, w chorobie i w śmierci.

A sprawca tych wszystkich nieszczęść, jakie spadły na hrabinę i jej synka, dworzanin Gollo, został skazany przez sąd na karę śmierci, jako haniebny potwarca, zdradziecki sługa i trzykrotny morderca. Miał być rozerwany przez cztery konie na cztery sztuki, lecz hrabia - za wstawiennictwem swojej żony - darował mu życie, jednak nie miał prawa uwolnić go z lochu.

Zygfryd zadbał też o łanię - kazał jej wystawić przy pałacu piękną obórkę. Zwierzę kilka razy dziennie przychodziło do Genowefy, nie można jej było odpędzić dopóki choć na chwilę do komnaty swojej pani wpuszczona nie została. Jadła z rąk każdego, a dzieci dawały jej chleb, głaskały, zaś ich matki mawiały, że gdyby nie ta mądra łania, ich kochana pani i młody panicz musieliby niechybnie umrzeć w leśnej głuszy.

Nie wiadomo jak długo żyła Genowefa. Gdy jej ziemski czas dobiegł końca, od mogiły skrapianej łzami męża, syna i poddanych, żadnym sposobem nie chciała się oddalić wierna łania. Nie chciała tknąć przynoszonej jej paszy i po kilku dniach znaleziono ją nieżywą na grobie swojej pani. Hrabia kazał wystawić okazały nagrobek z białego marmuru, na którym u nóg Genowefy została wyobrażona jej kochająca łania. W puszczy, przy grocie, na prośbę Genowefy, pobudowano kaplicę, a z drugiej strony jaskini, gdzie płynął strumień, stanął klasztor z pięknym ogromnym ogrodem. Tysiące pielgrzymów ściągało do tego miejsca, a lud natychmiastowo okrzyknął zmarłą świętą. Po wielu latach zamek Zygfrydsburg popadł w ruinę. A wszystkie te wydarzenia miały się rozegrać w okolicach miasta Koblencja.

Taką pokrzepiającą opowieść, wyczytaną w książce "Opis życia Świętej Genowefy, czyli wzór ufności w Bogu dla pobożnych ludzi", wydanej w Częstochowie w 1886 r., snuł dziadek Ksawery. I tak też przedstawiają ją barwne, choć nieco wyblakłe, rysunki na obrazie przywiezionym z Wilna, który Genowefa postanowiła zabrać z Adamowców.

Był rok 1979, może 1980, ciepły, słoneczny, może wiosenny, a może letni dzień. Genowefa wzięła tę niemal relikwię, przypominającą jej bliskich i rodzinne strony, i z mieszkania na czwartym piętrzy przy ulicy Skłodowskiej 5, z trzyletnim, może czteroletnim wnuczkiem, udała się do warsztatu oprawy obrazów, mieszczącego się w starej, odrapanej kamienicy na Piaskach, na zachowanym skrawku ulicy starego Białegostoku. Ta kamienica, i ta ulica już nie istnieją, w ich miejscu stoją jedenastopiętrowe bloki, rozlokowały się parkingi, przeprowadzono asfaltowe uliczki, zniknął bruk, zniknęła samotnie stojąca kamienica, a ramy, w które obraz został wówczas oprawiony, trwają do dziś, nieznacznie tylko nadkruszone.

piątek, 16 sierpnia 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 22 - decyzja o wyjeździe z Adamowców i historia św. Genowefy

Gdzieś niedaleko Adamowców mieszkał mężczyzna, który miał żonę i dwójkę dzieci - chłopaka i dziewczynkę. Dorośli byli w wieku podobnym do Floriana i Genowefy, dziewczynka w wieku zbliżonym do Florci, ale największy problem był z chłopakiem, bo Oswaldek był o kilka dobrych lat od niego młodszy. Miał wówczas lat 13, a różnica kilku lat w takim wieku jest dostrzegalna na pierwszy rzut oka.

Genowefa zdawała sobie jednak sprawę, że pozostanie w Adamowcach i na ziemiach włączonych już do ZSRR będzie się wiązało z niechybną wywózką w głąb ojczyzny światowego proletariatu. Wiedziała, że ten wspomniany mężczyzna chce sprzedać dokumenty swojej żony i dzieci. Zdecydowała się kupić je od niego. Lista osób przeznaczonych do wywózki była pewna, imiona, nazwiska, daty urodzenia. Ucieczka na własnych dokumentach nie wchodziła zatem w rachubę, a choć zatrzymanie w czasie podróży na cudzych dokumentach mogłoby oznaczać podobne, jeśli nie takie same konsekwencje, jak pozostanie w rodzinnych stronach, to stawką był wyjazd do Polski, nowej Polski, która jeszcze się ostatecznie nie ukształtowała i nie było do końca wiadomo, jakim będzie krajem w przyszłości. Jednak możliwość zamieszkania wśród swoich, wśród rodaków, w środowisku bliskim kulturowo, językowo, mentalnie, dawała poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli po raz kolejny trzeba byłoby rozpoczynać życie od nowa.

Nie zamierzała dłużej zwlekać. Umowa repatriacyjna podpisana przez polskie władze z władzami ZSRR w lipcu 1945, otwierała osobom deklarującym narodowość polską drogę do Polski jeszcze w 1946 roku.

Ulubionego konia Floriana, tego, który bał się pociągów, zarekwirowali sowieci, w zamian zostawili swoją wychudzoną szkapę. Trzeba ją było oddać sąsiadom. Ale jedyną krówkę koniecznie należało zabrać ze sobą. Genowefa pamiętała, by nasuszyć chleba, który w postaci sucharów na pewno przyda się w drodze. Ubrania, posrebrzany krucyfiks schowany w worku z mąką, obraz przedstawiający żywot świętej Genowefy, zakupiony w Wilnie przez dziadka Ksawerego, gdy Gienia, będąc dzieckiem, nieszczęśliwie spadła z drabiny i tak mocno uderzyła głową w ziemię, że groziła jej trwała utrata wzroku. Ksawery załatwiając sprawy w Wilnie, pamiętał o tym, by przywieźć obraz, który niczym współczesny komiks, przedstawiał historię życia patronki dziecka, słynącej z tego, że jej wstawiennictwo miało przywracać wzrok niewidomym. I Gienia po niedługim czasie wzrok rzeczywiście odzyskała. Nieco wyblakły, trochę wyszarzały i poplamiony, oprawiony w drewnianą ramę, za szkłem, wisi na ścianie do dziś. W prawym dolnym rogu widnieje napis - "Dozwoleno Cenzuroju, gorod Warszawa, 26 Apriela 1893 god", i nieco wyżej tytuł już w języku polskim "Żywot św. Genowefy, czyli wzór ufności w Bogu". Składa się nań trzynaście precyzyjnie wykonanych, kolorowych, pobudzających wyobraźnię scen z życia świętej.

Wedle dawnej legendy żył w Niderlandach pewien brabancki książę, cieszący się powszechnym szacunkiem i miłością wśród swoich poddanych. Słynął z wielkich cnót i miał nie mniej szlachetną i bogobojną małżonkę, a Bóg obdarzył ich córką, jedynaczką, o imieniu Genowefa, którą kochali nad życie. Dziewczynka wykazywała niezwykłą bystrość umysłu i szlachetne serce pełne miłości bliźniego. Gdzie tylko dostrzegła nędzę lub chorobę, spieszyła z pomocą, dzieląc się własnymi sukienkami, udzielając pieniężnego wsparcia ze środków, jakimi obdarzali ją rodzice na zakup bogatych strojów. Rano i wieczorem śpieszyła do chorych. Pewnego razu, gdy ich kraj najechały wrogie wojska, ojciec Genowefy w czasie zaciętych walk znalazł się w niebezpieczeństwie utraty życia. Ze wszystkich stron otoczyli go nieprzyjacielscy wojownicy, odpierał dzielnie ich ataki, a gdy w końcu zaczął słabnąć w boju, z pomocą przybył mu waleczny hrabia Zygfryd i ocalił księciu życie. Stary książę, po zakończeniu wojny, powodowany wdzięcznością, zaprosił walecznego rycerza do swojego zamku. A poznawszy go bliżej, umiłował szczerze swego wybawcę i dał mu Genowefę za żonę. Ślubu młodej parze udzielił sędziwy i bogobojny starzec, biskup Hidolf, który błogosławiąc młodą parę, niczym prorok Symeon, przepowiedział młodym, że ich życie będzie wypełnione cierniami. Po ceremonii ślubnej małżonkowie odjechali do zamku Zygfryda, posadowionego na wyniosłej skale. Nie dane im jednak było długo cieszyć się szczęściem. Maurowie z Hiszpanii wtargnęli do Francji. Hrabia Zygfryd został wezwany do królewskiego obozu. Genowefa zostawszy sama na zamku, zapraszała doń wszystkie dziewczęta z okolicznych włości. Uczyła je szycia i przędzenia. Tak jak w dzieciństwie, niezmiennie pozostawała opiekunką ubogich i sierot. Nie było biednego, który by nie doznał od niej wsparcia, nie było chorego, którego by nie wspomogła lekarstwem i dobrym słowem. Tymczasem rządca zamku, którego hrabia przed wyruszeniem w bój mianował swoim zastępcą, niejaki Gollo, człowiek niezwykle przebiegły, potrafiący każdego zjednać gładkimi słowami, w kilka dni po odjeździe hrabiego, przybrał postać samowładnego pana. I jeżeli ktoś nie podejmował choćby prób, by zaskarbić sobie jego względy, ten musiał się liczyć ze srogim odwetem. Z początku wobec pani zamku okazywał najgłębsze uszanowanie, lecz z czasem zuchwale ośmielił się wyjawić jej swą miłość, którą ona, wierna małżeńskiej przysiędze, ze zgrozą i oburzeniem odrzuciła. Zawiedziony w swych nadziejach, gwałtowną namiętność zamienił w zemstę i poprzysiągł Genowefie zgubę. Ona, przewidując grożące jej niebezpieczeństwo, napisała do męża list z gorącą prośbą, by oddalił z zamku zdradzieckiego rządcę. List miał dostarczyć wierny sługa Zygfryda - Drako, lecz gdy Gollo się o tym dowiedział, wpadł do komnaty, w której Genowefa przekazywała Drakowi list, i przeszył wiernego sługę mieczem. Wielkie poruszenie wszczęło się na zamku, służba zbiegła się do komnaty, w której leżała zemdlona hrabina i zbroczony krwią sługa. Rządca, wykorzystując sytuację, począł rzucać na Genowefę najgorsze potwarze. Po czym zabrał list hrabiny, napisał swój własny, w którym przedstawił ją jako wiarołomną małżonkę. Wysłał go czym prędzej przez umyślnego, a hrabinę wtrącił do więzienia. Genowefa została zamknięta w ciemnym, zimnym, wilgotnym lochu, mieszczącym się w baszcie zamku. Przez kilka miesięcy trwała uwięziona w kamiennej celi. Nikt nie mógł jej odwiedzać, sam tylko Gollo od czasu do czasu do niej przychodził i usilnie namawiał do złamania przysięgi, lecz ona mu za każdym razem odpowiadała, że woli, by ludzie mieli ją za występną, niżby miała rzeczywiście przez zbrodnię ocalić swe życie. Jej cierpienia zaczęły narastać, bowiem tuż po wyjeździe męża, okazało się, że zostanie matką. I wkrótce urodziła w więzieniu syna, którego od razu poświęciła i oddała Bogu. Posłużyła się kubkiem z wodą, polała nią dziecko i chrzcząc je w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego nadała mu imię Bolesty, jako że wśród łez i bólu przyszedł na świat.

Którejś nocy ktoś zastukał w okienko celi. Okazało się, że była to Berta, córka dozorcy więzienia, którą Genowefa jeszcze do niedawna czule się opiekowała. Dziewczyna ostrzegła swoją umiłowaną panią, że rządca wydał na nią i na dziecko wyrok śmierci, zapytała też, czy mogłaby jej w jakiś sposób pomóc. Genowefa poprosiła o światło, papier, atrament i pióro. Gdy otrzymała to, o co prosiła, napisała list do męża. W liście tym żegnając się z nim, dowodziła swej niewinności, prosiła też, by powiadomił o jej losie ukochanych rodziców, oraz by nie zabijał złoczyńcy Golla. Poświadczała zarazem, że jego poczciwy sługa Drako w niczym nie zawinił i do końca pozostał mu wiernym, wzywała by zaopiekował się jego żoną i dziećmi, a także, by nagrodził Bertę, która ten list mu dostarczyła, jako, że ona jedna jedyna jej nie opuściła. Gdy tylko oddała przez okienko list Bercie, otworzyły się drzwi celi i wkroczyli do niej dwaj uzbrojeni pachołkowie. Jeden z nich trzymał zapaloną pochodnię, a drugi dzierżył odsłonięty miecz. Nakazali kobiecie wziąć dziecko i podążać za nimi. Szli długim ciemnym korytarzem, wydającym się nie mieć końca. Wreszcie dotarli do okutych żelazem drzwi, otworzyli je z trudem i znaleźli się na dworze. Była już późna noc, niebo iskrzyło się miriadami gwiazd. Wokół roztaczała się ciemna knieja, rosły dorodne świerki i ponure jodły. Mężczyzna z mieczem kazał jej oddać dziecię. Genowefa błagała ich obu, by ocalili życie dziecku, a zabili tylko ją. Na to jeden z pachołków zwrócił się do drugiego, by darować życie pani, która tyle dobra i im przecież wyświadczyła. Ostatecznie zdecydowali, że oszczędzą życie nie tylko dziecku, ale też hrabinie, a jako potwierdzenie dokonanej zbrodni - na żądanie Golla - zamiast języka pani, przyniosą ucięty język psa. W zamian kobieta miała jedynie przysiąc, iż nigdy nie opuści puszczy, do której ją przywiedli. Jak postanowili, tak też uczynili. Pozostawili ją z dzieckiem, a sami udali się z powrotem do zamku. Genowefa usiadła pod rozłożystą sosną. W wierzchołkach drzew złowrogo szumiał wiatr, pohukiwały sowy, a w oddali słychać było wycie wilków. Matka w żarliwej modlitwie oddała się wraz z synkiem pod opiekę Bogu. Zaczął padać deszcz ze śniegiem i wiać mroźny wiatr od wschodu. Wypatrywała jakiegoś schronienia i owoców zdatnych do spożycia. W końcu udało jej się znaleźć przyjazną i zaciszną dolinę, a w skale nieopodal wejście do niedużej jaskini. Przy skale biło czyste jak kryształ źródło. Genowefa uklękła i jęła prosić Boga o pomoc. Gdy tak trwała na modlitwie, zaszeleściły zeschnięte gałązki i liście zaściełające ziemię, a przed otworem jaskini stanęła piękna łania. Z początku przyglądała się kobiecie i jej dziecku uważnie, aż w końcu do nich podeszła i poczęła przybyszów obwąchiwać. A gdy Genowefa podała jej pęk suchej trawy, łania nie uciekła, lecz zjadła trawę i pozwoliła się wydoić. Mlekiem łani matka nakarmiła dziecię i sama się nim również pożywiła. Okazało się, że owa jaskinia była legowiskiem zwierzęcia. Z mchu kobieta wyszykowała posłanie sobie i synkowi, rozłożystą gałęzią jodły zasłoniła wejście do jaskini, by ochronić się od wiatru, a łania swoim oddechem ogrzewała wnętrze groty. Z dwóch patyków Genowefa sporządziła krzyż, przed którym kilka razy dziennie się modliła. Wierna łania, która jej odtąd już nie opuszczała, leżała u nóg swojej pani. I tak mijały lata. Chłopczyk, rósł, żywiąc się ziołami, korzonkami, mlekiem i wodą, zaczął też wypowiadać pierwsze słowa, w tym po raz pierwszy powiedział "mama". Siedem lat żyli w tej przepastnej kniei, aż w końcu Genowefa poważnie zachorowała. Szykując się już do odejścia z tego świata, opowiedziała synkowi całą ich historię, pouczyła go, że gdy ona umrze, on będzie musiał iść trzy dni i trzy noce, aż wyjdzie z puszczy na wielką równinę, na której będzie stał zamek jego ojca. Oddała mu swój pierścień, który miał posłużyć jako potwierdzenie tego, że jest synem jej i Zygfryda. Gdy matka tak leżała nieprzytomna, chłopiec prosił Boga, by dobry Ojciec przywrócił ją do życia.

poniedziałek, 12 sierpnia 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 21 - nowe porządki, pętla się zaciska

Front, który się przetoczył przez okolice Adamowców, pozostawił kilka rodzin bez dachu nad głową. Mieszkańcom wsi życie ocaliły pospiesznie wykopane przy wzgórzu cmentarnym ziemianki, spaliło się jednak kilka domów, i jak to zwykle bywało przy okazji każdej wojny, spłonęły pobliskie Murzy, leżące na szlaku, którym ciągnęły różnorakie armie. W Adamowcach pożar doszczętnie strawił dom Łucji. Starszej już kobiety, która samotnie wychowywała ponad dwudziestoletniego syna. Młody mężczyzna, podobnie jak wszyscy mężczyźni ze wsi w wieku poborowym, otrzymał wezwanie do wojska, i wyruszył na wschód, a Łucja trafiła do domu Genowefy i Floriana. Miejsca w nim było wystarczająco dużo, by dać też schronienie pogorzelcom z Murz - dwóm dorosłym już siostrom. Starsza z nich ocaliła maszynę do szycia, która dawała im skromne źródło dochodu. A że dziewczyna potrafiła ją sprawnie obsługiwać, szyła na niej ubrania, bez trudu znajdujące swoich nabywców, zaś Florci uszyła szmacianą lalkę, która stała się ulubioną zabawką dziewczynki.

Gdy mężczyźni zdolni do odbycia służby wojskowej zostali wysłani na wschód, we wsi pojawił się tajemniczy Serafin z żoną i dziećmi. Wśród mieszkańców Adamowców dość szybko zyskał przydomek „Szalony Serafin”, a to za sprawą tego, że wieczorami miał zwyczaj okrywać się białym prześcieradłem, i tylko nim osłonięty, ze świecą w dłoni biegał po wsi i zaglądał do okien domostw. Nie wszyscy Adamowczanie uwierzyli w jego szaleństwo, wielu odnosiło się doń podejrzliwie, widywano go bowiem nie tylko biegającego drogą, po ogrodach, sadach, łąkach i polach, ale też wystającego pod otwartymi oknami i nasłuchującego, o czym się w domach wieczorami rozmawia. Na tych terenach zainstalowała się już władza sowiecka. Takich Serafinów, którzy ni stąd nie zowąd pojawili się i w okolicznych miejscowościach było dużo więcej. We wsi zaczęły też znikać między innymi kury. Gdy któregoś razu w rozmowie z Serafinem Genowefa złościła się na tajemnicze zniknięcie jednej z kur, Serafin spokojnie słuchał aż w końcu z uśmiechem powiedział:

- Jeśli ktoś ją zabrał i zjadł, to niech mu będzie tylko na zdrowie.

W Adamowcach na pewien czas zamieszkała również Rosjanka ze swoją dorosłą córką, przybyłe gdzieś z głębi ZSRR. Dziewczyna była zagorzałą, wyjątkowo fanatyczną komunistyczną aktywistką. Mogła mieć około dwudziestu kilku lat. Po matce było widać, że jest nieszczęśliwą osobą. Czasem pozwalała sobie na szczerość w rozmowach z Genowefą i uświadamiała mieszkańców wsi, że tak naprawdę biedy prawdziwej w swoim życiu nie zaznali, to co widzi w tej niewielkiej wsi, te domy, ich wyposażenie, ubrania, jakie noszą spotykani ludzie, to, co jedzą, w zestawieniu z tym, czego zaznała w swoich rodzinnych stronach, pozwala jej stwierdzić, że mimo trudów i okropieństw wojny, jakich Adamowczanie zaznali, to jest to niemal kraina mlekiem i miodem płynąca.

- Wy nie znacie biedy. – mawiała.

Genowefie zaufała na tyle, że po pewnym czasie zaczęła ostrzegać ją przed swoją córką.

- Uważajcie na to, co przy niej mówicie. Ja sama muszę się mocno pilnować. Jeżeli powiecie coś, co będzie nie po myśli sowieckiej władzy, ona na was z pewnością doniesie.

Obie kobiety po niedługim pobycie w Adamowcach wyruszyły gdzieś dalej na zachód, może do Wilna.

Nie upłynęło dużo czasu od wysłania mężczyzn na wschód, a do wsi dotarła smutna wiadomość. Okazało się, że w czasie podróży pociągiem, w wagonie, w którym na pryczach spali żołnierze, deski jednej z nich niefortunnie się załamały pod ciężarem śpiącego na górze mężczyzny, który razem z nimi runął na niczego nie spodziewającego się syna Łucji, przygniatając go niestety śmiertelnie. Nie wiadomo kto był heroldem złej wieści. Florcia zapamiętała jedynie wybuch głośnego płaczu Łucji, jakiego ani wcześniej, ani później, nie widziała i nie słyszała. Kobieta płakała po zmarłym jedynym synu dniami i nocami. Została sama na tym Bożym świecie.

Władza sowiecka niezwłocznie przystąpiła do wprowadzania swoich porządków. Adamowce zaczął nawiedzać priedsiedatiel tworzącego się kołchozu. Swoim wyglądem przypominał komisarza NKWD, w skórzanym czarnym płaszczu, z pistoletem zatkniętym za pas, w czarnej skórzanej czapce jakby czekisty, z daszkiem i pięcioramienną czerwoną gwiazdą. Nachodził mieszkańców w domach i nakazywał przepisywanie się na wszelkie narodowości - litewską, białoruską, żydowską, tatarską, rosyjską, byle nie polską. Początkowo oznajmiał o takiej konieczności, z czasem stawał się coraz bardziej agresywny, aż w końcu w sposób otwarty zaczął grozić niczym pospolity bandyta. W czasie jednego z takich najść, po zmroku, gdy dzieci leżały już w łóżkach, a Genowefa krzątała się jeszcze przy kuchni, nagle z hukiem otworzyły się drzwi. Bez pukania, wpadł do izby, jakby wchodził do siebie do domu. Od razu zaczął krzyczeć po rosyjsku. Dzieci się obudziły. I gdy spotkał się z kolejną odmową ze strony Genowefy, wyjął zza skórzanego pasa pistolet, zamachnął się nim i wykrzyknął:

- Ty polackaja morda, ja tiebia ubiju!

Zachowania dziecięce są częstokroć nieprzewidywalne. To mógł być rok 1945, a może już 1946, Florcia mogła mieć 5, może już 6 lat. Wystraszona, gdy zobaczyła jak ten przerażający mężczyzna z pistoletem w dłoni zamachnął się na mamę, wyskoczyła momentalnie z łóżeczka, ominęła odzianą w skórę złowrogą postać, przywarła mocno do mamy, objęła ją z całych sił za nogi, zalała się łzami i z co sił w płucach krzyczała:

- Nie dam mamy! Nie dam mamy!

Wściekły priedsiediatiel zaklął siarczyście, i trzaskając drzwiami tak mocno, że o mały włosy nie wypadły razem z futryną, wyszedł z domu.

Ale myliłby się ten, kto by sądził, że najścia się skończyły. Genowefa, nie mając zamiaru przepisywać się na inną narodowość, w tych dniach, kiedy ów sowiecki funkcjonariusz nawiedzał Adamowce, postanowiła znikać z domu. Nocowała na cmentarzu, w stogach siana, pod które nad ranem podchodziła woda z pobliskiej rzeki. Gdy kładła się spać wieczorem wtulona w siano, nad ranem budziła się częściowo w wodzie. Pamiątką po tych nocach stały się bóle reumatyczne, a z czasem choroby układu krążenia, zaś kilkadziesiąt lat później pierwszy udar, następnie kolejny, aż w końcu częściowy paraliż.

Genowefa zdała sobie sprawę, że tak jednak żyć się nie da, że te groźby, najścia się nie skończą. Powstało wrażenie, że pętla wokół rodziny zaciska się coraz mocniej, że – wbrew temu, co twierdził jej brat Władysław – Polski tu już - na razie przynajmniej - nie ma i nie będzie. W końcu czarę goryczy przelała informacja, jaką przekazały Gieni kuzynki, pracujące w miejscowej administracji. Wedle niej Genowefa i jej dzieci mieli się znaleźć na liście osób przeznaczonych do wywiezienia w głąb ZSRR. A to za sprawą złożonego przez kogoś donosu, że Florian ubrany w garnitur i kapelusz, wraz z rodziną, jeździł bryczką na niedzielne msze do kościoła. Ten garnitur, kapelusz, bryczka, własne zadbane gospodarstwo, wystarczały, by być uznanym za wroga ludu, kułaka, i przykładnie ukaranym. Trzeba już było zacząć działać konkretnie, nocne ucieczki na cmentarz, nocowanie na polach, nie mogły być rozwiązaniem.

sobota, 10 sierpnia 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 20 - bolesne rozstanie

Codzienny rytm życia wyznaczały prace w gospodarstwie, zamówienia na prace stolarskie, zabawy z dziećmi, wspólne niedzielne wyprawy do kościoła w Udziale, skromną bryczką, Florian w garniturze i kapeluszu, Genowefa w odświętnej sukience. Do bryczki był zaprzęgany ulubiony koń Floriana, tylko jego słuchał i jemu się podporządkowywał. Miał też pewną słabość - ogromnie bał się pociągów. Przed przejazdem kolejowym, za każdym razem, gdy nadjeżdżała lokomotywa, narowił się, stawał dęba, i wtedy jedynie Florian był w stanie nad nim zapanować.

Któregoś dnia mała Florcia stała się przyczyną poruszenia we wsi i wielkiego niepokoju rodziców. Dzień był letni, długi, i w czasie, gdy Florian pracował w polu, a Genowefa wyszła do ogrodu, dziecko zniknęło z domu. Gdy matka wróciła z ogrodu, po dziecku nie było śladu, wołała, zaglądała do izb, wybiegła na dwór, popędziła do sąsiadów, ale dziewczynki nikt nie widział. W poszukiwania dziecka zaangażowała się cała wieś. Gdy w międzyczasie Florian wrócił z Oswaldkiem do domu, do akcji wkroczył ulubieniec chłopaka – Misiek. Stanął przed łóżkiem rodziców i zaczął usilnie szczekać, i za żadne skarby nie chciał od niego odejść, nawet przywoływany przez Floriana. W końcu zwierzak próbował wejść pod łóżko, i gdy tak uparcie i coraz głośniej ujadał, Oswaldek nachylił się, by zobaczyć co też mogło tak mocno przykuć uwagę jego podopiecznego, że nie dawał się przekonać, by wyjść na dwór. I wtedy jego oczom ukazał się taki oto widok – śpiąca spokojnie, jakby nigdy nic, młodsza siostrzyczka, nie reagująca na panujący w izbie hałas.

- Tato, tato! Ona tu jest, śpi pod łóżkiem!

Tuż po cudownym odnalezieniu, do domu wróciła zrezygnowana i zafrasowana Genowefa, dziwiąc się wesołej atmosferze, jaką w nim zastała. Po chwili zauważyła córeczkę, całą i zdrową, z poważną miną coś wyjaśniającą rozbawionemu tacie. Okazało się, że dziewczynka z jakiegoś powodu obraziła się na rodziców, i postanowiła dać im nauczkę i schowała się pod łóżkiem, ale nie przypuszczała, że w międzyczasie jej się przyśnie. I w ten oto sposób zagadka zaginięcia sama się rozwiązała. Realizacja planu nie przebiegła co prawda zgodnie z zamierzeniami dziewczynki, wymknęła jej się nieco spod kontroli, ale że finał był szczęśliwy to rodzice podeszli do całej sprawy ze zrozumieniem.

Tymczasem zbliżał się front. Na początku lipca 1944 roku oddziały Armii Czerwonej wkroczyły do Głębokiego. Mieszkańcy Adamowców, nauczeni już niejednym wojennym doświadczeniem, postanowili zawczasu przygotować nieopodal wzgórza cmentarnego ziemianki, w których mogliby się schronić, gdyby walki toczyły się w pobliżu wsi. I nie mylili się, kule i pociski przelatywały nad wsią, a owe naprędce wykonane schronienia ocaliły im życie. Wymiana ognia nie trwała na szczęście długo.

Po przejściu frontu nastały nowe porządki. Pojawiła się sowiecka władza, która mieszkańców tych ziem postrzegała jako obywateli ZSRR. Za tak zwanego pierwszego sowieta, w dniach 26-28 października 1939 r. we Lwowie obradowało Zgromadzenie Ludowe Zachodniej Ukrainy, a w dniach 28-30 października 1939 r. w Białymstoku Zgromadzenie Ludowe Zachodniej Białorusi. Gremia te najpierw uchwaliły ustanowienie władzy sowieckiej na terenach zajętych we wrześniu 1939 r. przez wojska radzieckie, a następnie przyjęły deklaracje do Rady Najwyższej ZSRS, zawierające żądania włączenia tych terenów do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Rada Najwyższa ZSRS dekretem z dnia 1 listopada 1939 r. włączyła południowo-wschodnie województwa II RP do USRS, a 2 listopada 1939 r. województwa północno-wschodnie do BSRS. Delegaci do tych zgromadzeń zostali wybrani w pseudowyborach, które odbyły się 22 października 1939 r. pod całkowitą kontrolą Moskwy, a głosy można było oddawać jedynie na kandydatów wspieranych przez sowietów. Konsekwencją tych działań było już tylko przyjęcie dekretu 29 listopada 1939 r. przez Prezydium Rady Najwyższej ZSRS „o nabyciu obywatelstwa ZSRS przez mieszkańców zachodnich obwodów Ukraińskiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej”. Zgodnie z jego postanowieniami obywatele polscy, którzy znajdowali się na terenach zachodnich obwodów Ukrainy i Białorusi – jak władze komunistyczne nazywały zajęte polskie terytoria – w momencie włączenia tych regionów do ZSRS automatycznie stawali się obywatelami ZSRS. W ten sposób kilkanaście milionów obywateli polskich, wbrew swojej woli, otrzymało obywatelstwo radzieckie. A w rezultacie, jako nowi obywatele ZSRS, mężczyźni mieli obowiązek służby wojskowej w Armii Czerwonej. Tak też się stało i na Wileńszczyźnie. Mieszkańcy Adamowców płci męskiej otrzymali powołania do radzieckiego wojska.

Nadszedł smutny czas rozstania. Ten dzień Florcia zapamiętała doskonale na całe życie, choć miała wówczas zaledwie 4 lata. Scena pożegnania z ukochanym tatą na stacji kolejowej wyryła się aż zanadto wyraźnie w jej pamięci. Przytuliła się z całych sił do Floriana, którego koszula stała się mokra od łez dziecka. Mężczyzna wsiadając do pociągu, próbował ukryć swoją twarz, by żona i dzieci nie widzieli jego łez. Na chwilę przed odjazdem pociągu wychylił się, by jeszcze raz spojrzeć na Genowefę, Florcię i Oswaldka.

Znacznie później dowiedzieli się, że Florian i jego brat Jan trafili do miejscowości Gorochowieckije Łagieria, w głębi Rosji. Wysłano tam mężczyzn z okolic Głębokiego, Postaw, Brasławia. Opowiedział im o tym pan Pietuszko, pochodzący z okolic Brasławia, który zaprzyjaźnił się z Florianem i Janem. Mężczyźni, po dłuższym pobycie we wspomnianych Gorochowieckich Łagieriach otrzymali co prawda polskie mundury, ale szkolili ich rosyjscy oficerowie. W sowieckim duchu, na sowiecką modłę. Dowództwo przyjęło, że przybyli są plastyczną masą, którą można dowolnie kształtować i lepić z niej sowieckiego człowieka. Te ich wyobrażenia spotkały się jednakże od samego początku ze zdecydowanym oporem. Twórcy nowego człowieka, jego formowanie rozpoczęli od narzucenia zakazu porannej i wieczornej modlitwy. Zabronili polskim żołnierzom wykonywania pieśni "Kiedy ranne wstają zorze", a na wieczór "Wszystkie nasze dzienne sprawy". Gdy kresowiacy w odpowiedzi na to posunięcie odmówili wyjścia na poranny apel, jeden z rozhisteryzowanych sowieckich politruków, rozwścieczony, purpurowy ze złości, zaczął biegać po obozie z pistoletem, wymachiwać nim i krzyczeć, że miateżników ubijet! Nie wywarło to jednak na zbuntowanych przybyszach z Wileńszczyzny najmniejszego wrażenia. W końcu ktoś z sowieckiego dowództwa poszedł po rozum do głowy, uciszono rozgrzanego politruka i zapewne w obawie przed możliwym większym buntem, by przełamać sytuację patową, zezwolono na poranne i wieczorne modlitwy i pieśni.

piątek, 9 sierpnia 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 19 - Dzieciństwo Florci w Adamowcach, Wileńszczyzna - lata 40-te

Florentyna, będą już dorosłą, często śniła ten sam sen. Wracał do niej z tymi samymi barwami, miejscami, zdarzeniami, z każdym drobnym szczegółem i nastrojem. Pojawiało się w nim duże miasto, widziane z początku z lotu ptaka, o gęstej zabudowie, spowite dymami, w czarno-szarej tonacji, wyludnione i złowrogie. Następnie schodziła w nim po stopniach schodków z ganku drewnianego domu, wchodziła w te duszne opary, wypalone ulice, a po chwili ponownie widziała całe zniszczone kwartały tego miasta z góry. Sen, który przynosił jedynie niepokój, strach, którego nie mogła zrozumieć, zinterpretować. Dopiero po powrocie do Warszawy jesienią 2016 roku, ten koszmar zniknie i nie będzie już nawracał.

Ale teraz mamy czas okupacji, początkowo sowieckiej, a tuż po niej niemieckiej. Dziecko rosło, nie mając świadomości tego wszystkiego, co dzieje się gdzieś poza jego bliskim i bezpiecznym światem. Kochający rodzice, opiekuńczy brat, cisza, spokój niewielkiej wsi, łagodnie zmieniające się pory roku. Gdy miała już kilka lat, najlepszymi towarzyszami zabaw okazały się być kurczaczki, małe gąski i kaczuszki. Można je było ułożyć do pozostawionego w kuchni przez mamę durszlaka i nosić po podwórku, ale najlepiej było z nim pójść nad niewielki staw, tuż przy wzgórzu, na którym rozłożył się stary cmentarz. Te żywe zwierzątka, dużo lepsze niż pluszowe zabawki, pilnowały się dziewczynki, jak swojej mamy, a obecność nawet tak niewielkiego człowieka gwarantowała im bezpieczeństwo i ochronę przed krążącymi w pobliżu jastrzębiami, myszołowami czy kaniami. Gdy w końcu mama zauważyła, że znika durszlak i do jakich celów jest używany, zaczęła go zawieszać na kołku nieco wyżej, by dziecko nie mogło doń sięgnąć. Dziecięcia pomysłowość jednak nie zna granic, a w kuchni czy w izbie obok stał stołek, który dziewczynka przystawiała do ściany, stawała na nim i na palcach, z trudem, ale dosięgła tego tak niezbędnego jej narzędzia. I durszlak znowu mógł służyć celom, do których co prawda nie został wymyślony, lecz pasował idealnie. I znowu można było doń spakować stadko kurczaczków, gąsek, kaczuszek, i starym już zwyczajem udać się z tym całym towarzystwem nad staw. Zabawa przednia.

Oswaldek był ulubieńcem Miśka, rudego pieska, który z daleka wyglądał jak lisek, i którego mieszkańcy Adamowców częstokroć z lisem mylili, gdy biegał gdzieś samopas po polach. To był duet nierozłączny. Niestety, którejś zimy, Misiek po jednej z samodzielnych wypraw nie zdązył się schronić do domu przed wilkami. Miał w tym celu wydrążony specjalny otwór w drzwiach. Po kilku dniach, na polu znaleziono pozostałe po nim łapy i rudy ogon. Rozpacz w domu była wielka.

Jesienne i zimowe wieczory w Adamowcach nie były w żadnym calu monotonne. W domu Genowefy i Floriana stała maszyna do gręplowania wełny. Schodziła się zatem do nich spora grupa kobiet ze wsi. Przy rozplątywaniu i czyszczeniu włókien, kobiety snuły iście mickiewiczowskie ballady i romanse. O pobliskim jeziorze, w którym pewnej zimy miał zatonąć cały orszak weselny, a nocami z jego głębi wydobywał się dźwięk dzwonków przy końskich uprzężach, ludzkie rozmowy i śmiechy. Z kolei przy drodze tuż za wsią, na skraju lasu, o zmierzchu, wracający z miasteczka czy sąsiednich wsi przy smukłej sośnie słyszeli wyraźnie płacz dziecka. Trzeba było dopiero sprowadzić księdza, by temu jakoś zaradzić. Ksiądz przybył, stanął z kropidłem, odmówił modlitwę, pokropił miejsce, z którego płacz dobiegał, i wypowiedział słowa:

- Jak pan, niech będzie Jan. Jak panna, niech będzie Anna.

I od tej pory płacz ustał. A to o ognikach snujących się na bagnach, a więc na pewno o duszach, co potrzebowały modlitwy.

Za wsią, między kilkoma pagórkami, rozpościerały się bagna. One również były doskonałym miejscem do dziecięcych eskapad. Mała Florcia w czasie tych zabaw, skacząc z kępki turzycy na drugą kępkę, bała się, by jej stopa nie ześlizgnęła się do rudawej wody, jako żywo przypominającej ludzką krew. Dorośli opowiadali o kurhanie, w którym spoczywali napoleońscy żołnierze polegli w czasie bitwy, jaka miała się tu rozegrać po niesławnym odwrocie niezwyciężonej armii spod Moskwy. Od czasu do czasu ktoś w czasie prac polowych wyorywał z ziemi szczątki oręża. Dziewczynce wydawało się zatem, że jak jej stopa osunie się do wody, to umoczy ją w ludzkiej krwi i jakaś niewidzialna ręka pochwyci ją i wciągnie do bagna.

Najmilsze były dziecku spacery z mamą. Zwłaszcza wtedy, gdy mogły przejść obok wielkiego kamienia na skraju wsi, co to rozłożył się na łące tuż przy piaszczystej drodze. Za każdym razem, gdy trzymając mamę za rękę, zbliżała się do głazu, widziała siedzące na nim dziecko, z jasną, dłuższą, falującą czupryną, w błękitnej sukience, które przyglądało się małej Florci przyjaźnie i z zaciekawieniem. Gdy zrównywały się z kamieniem, dziecko znikało, ale tylko na chwilę, bo gdy kamień już minęły, ono znowu już na nim siedziało i wpatrywało się w dziewczynkę. Florcia odwracała głowę, przyglądała mu się, a ono wodziło za nią łagodnym, czułym spojrzeniem, bez słów. Nie towarzyszył tym spotkaniom lęk, i nie było to zdarzenie jednokrotne, kilkukrotne, ale stały element dziecięcego życia w Adamowcach.

Mimo okrutnego czasu wojny, było to dzieciństwo dobre, pełne pokoju, rodzinnej miłości, zwyczajnych dziecięcych zabaw, jeszcze przeważnie spokojnych dni i nocy, upływających wolno, pod opieką kochających, troskliwych rodziców, i pod osłoną sił istotniejszych niż ziemskie.

poniedziałek, 5 sierpnia 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 18 - powrót do Adamowców, bomby na Woli, narodziny Florentyny

Wczesne lato 1939 roku. Nie wiadomo co konkretnie zadecydowało o tym, że Genowefa i Florian postanowili wyjechać do Adamowców. Pewne fakty wskazywałyby na to, że miał to być wyjazd tymczasowy i zamierzali do Warszawy jeszcze wrócić.

Tymczasem pierwsze bomby spadły na Warszawę 1 września, około 5.00 rano. Jednym z pierwszych zbombardowanych budynków był blok na Kole przy ulicy Obozowej 76, na Kolonii Towarzystwa Osiedli Robotniczych im. Stefana Żeromskiego, powstałej w latach 1935-1938. TOR był instytucją powołaną przez ówczesny rząd w celu budowy tanich mieszkań dla warszawskich robotników. I tu rzeczywiście mieszkali robotnicy. Tego dnia w gruzach zbombardowanego bloku zginęło 14 osób. Nie mniej dramatyczne sceny, rozegrały się niedaleko tego miejsca, tuż przy ulicy Ostroroga. 14 września, obrazy tak dobrze znane z fotografii Juliena Bryana. Niemieckie samoloty nadleciały w czasie, gdy kobiety wykopały w polu ziemniaki, na w pełni otwartej przestrzeni. Po zrzuceniu bomb na pobliskie budynki, samoloty zawróciły i z pokładowych karabinów zaczęły ostrzeliwać pracujące w polu osoby cywilne. Nawracały kilkakrotnie, zataczały koła nisko nad polem, a ich załogi strzelały do całkowicie bezbronnych, przerażonych ludzi. Po chwili, na miejscu pozostały dwa zakrwawione, nieruchome ciała. Na jednej z fotografii, przy martwej kobiecie, siedzi wystraszony chłopak, sprawiający wrażenie jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, co się przed chwilą wydarzyło. Na drugiej fotografii szczupła dziewczynka o blond włosach, klęczy nad leżącą, zesztywniałą starszą siostrą, dłonie ma złożone, usta otwarte jakby przemawiała do nieżyjącej i rozpaczliwie płacze, w tle widać drzewa i mur cmentarny.

8 września pod stolicą pojawiły się pierwsze oddziały Wehrmachtu. Żołnierze niemieccy zajęli Okęcie wraz z lotniskiem, a następnie zaatakowali pozycje wojsk polskich na Woli i Ochocie. Szturm zakończył się niepowodzeniem, podobnie jak i druga próba podjęta 9 września. Pod osłoną nocy z 8 na 9 września, nieopodal Fabryki Przetworów Chemicznych „Dobrolin” mieszczącej się przy ulicy Wolskiej 157/159, na rozkaz dowódcy 8 kompanii 40 Pułku Piechoty Dzieci Lwowskich porucznika Zdzisława Pacaka-Kuźmirskiego, ustawiono wzdłuż barykady, składającej się z dwóch przewróconych tramwajów, 100 beczek z łatwopalną i silnie drażniącą terpentyną, usunięto z okolic bronionego odcinka i pobliskich domów mieszkalnych wszelkie materiały łatwopalne, zabezpieczono także workami z piaskiem dojścia do znajdujących na terenie przedsiębiorstwa podziemnych zbiorników z terpentyną. I kiedy 9 września niemiecka kolumna czołgów i samochodów pancernych zbliżyła się do barykady, polscy obrońcy otworzyli ogień. Eksplodujące beczki z terpentyną wywołały ogromny pożar, który ogarnął niemal 100-metrowy odcinek ulicy. Walka zakończyła się po 45 minutach, Niemcy ponieśli poważne straty i byli zmuszeni do wycofania się.

Jednakże 15 września stolica została okrążona przez wojska niemieckie. Tego też dnia przebywający pod Warszawą Adolf Hitler wydał rozkaz ostrzelania Zamku Królewskiego, aby złamać opór obrońców. W kolejnych dniach siły polskie zostały wzmocnione przez część oddziałów Armii „Poznań” i „Pomorze” pod dowództwem gen. Tadeusza Kutrzeby, którym udało się przebić do Warszawy po bitwie nad Bzurą.

25 września Luftwaffe przeprowadziło nalot dywanowy na stolicę, zrzucając 560 ton bomb burzących i 72 tony bomb zapalających. Bombardowanie trwało od godziny 7.00 aż do zmroku. Tego dnia ponownie ucierpiało wspomniane Osiedle TOR przy ulicy Obozowej. Śmierć poniosło 16 jego mieszkańców. A następnego dnia oddziały niemieckie przystąpiły do generalnego szturmu na miasto. Nie przyniósł on co prawda większych sukcesów, jednak w związku z brakiem wody, żywności, amunicji oraz ciężkim położeniem ludności cywilnej, dowództwo obrony Warszawy postanowiło zaprzestać dalszego oporu.

28 września został podpisany akt kapitulacji. Niemcy wkroczyli do Warszawy 30 września, a 5 października Adolf Hitler przyjął w Alejach Ujazdowskich defiladę wojsk niemieckich. Podczas trzech tygodni walk, poległo 2 tysiące żołnierzy polskich, 16 tysięcy żołnierzy odniosło rany, straty wśród ludności cywilnej sięgnęły 10 tysięcy zabitych i około 50 tysięcy rannych; zniszczeniu uległo 10% zabudowy miasta.

Natomiast 17 września oddziały sowieckie weszły do Głębokiego, a wieczorem 19 września, po krótkiej obronie, zajęły Wilno. Na mocy podpisanego 10 października 1939 roku przez ZSRR i Litwę porozumienia o wzajemnej pomocy Wilno wraz z wąskim pasmem zachodniej części Wileńszczyzny zostały przekazane Litwie. W zamian za to, sowieci uzyskali zgodę na utworzenie trzech swoich baz na Litwie. Pozostałe ziemie województwa wileńskiego znalazły się w granicach ZSRR. 2 listopada 1939 roku Głębokie włączono w skład Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Ten stan rzeczy trwał jedynie do 15 czerwca 1940 roku, kiedy to oddziały Armii Czerwonej ponownie wkroczyły do Wilna i tym razem zajęły już całą Litwę.

Gdy wokół rozgrywała się wielka historia, w Adamowcach, dnia 31 stycznia 1940 r. (wedle dokumentów miało to miejsce dnia 30 stycznia) w domu Genowefy i Floriana na świat przyszła dziewczynka, poczęta jeszcze w wolnej Warszawie, na Woli zresztą, co nie pozostanie bez znaczenia dla dalszej opowieści. W tym momencie do akcji wkroczyła, niezawodna w takich sytuacjach, ciotka Marianna, która zadecydowała, że dziewczynka będzie nosiła imię Florentyna. A skoro ciotka tak postanowiła, to nikt nie mógł się jej sprzeciwiać. Imię stało się w późniejszym czasie przyczyną wielu udręk dziecka, i w przedszkolu, i w szkole, dopiero z wejściem w dorosłość przyjdzie pogodzenie się z nim. Tymczasem, w lutym 1940 roku dziecko zostało ochrzczone w kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale. Okupacja sowiecka ze swoim terrorem szczęśliwie omijała Adamowce, lecz 2 lipca 1941 r. do Głębokiego wkroczyli Niemcy. Jednego okupanta zastąpił drugi. I mimo, że same Adamowce i ich mieszkańcy nie ucierpieli w sposób szczególny za pierwszego sowieta, to jeszcze długi czas po wojnie Genowefa będzie wspominać okrucieństwa jakich dopuścili się Rosjanie wobec więźniów przetrzymywanych w dawnym klasztorze Bazylianów w Berezweczu koło Głębokiego. Przed wojną na terenie klasztoru stacjonował Pułk Korpusu Ochrony Pogranicza "Głębokie" i mieściła się placówka wywiadowcza KOP. W utworzonym więzieniu sowieci zgromadzili Polaków, Białorusinów, Litwinów, ale też obywateli innych państw nadbałtyckich. W nocy z 23 na 24 czerwca 1941 r., po ataku Niemców na ZSRR, obsługa więzienia wymordowała w wyjątkowo okrutny sposób około ośmiuset więźniów. Nazwa Berezwecze wśród miejscowej ludności budzić będzie odtąd grozę. Opowiadano o ludziach, których zamurowywano żywcem w zagłębieniach muru okalającego klasztor. Z tych, których nie zdołano uśmiercić w celach czy piwnicach, uformowano dwie kolumny. Jedną popędzono do stacji w Głębokim i wywieziono do Kujbyszewa, natomiast drugą skierowano w stronę Witebska, dołączono ją do grupy więźniów ewakuowanych z Litwy, a po przejściu mostu na Dźwinie, w okolicy wsi Taklinowo, rozstrzelano przy użyciu karabinów maszynowych. Szacuje się, że śmierć poniosło tam od 1 do 2 tysięcy osób.

Okupacja niemiecka, jako trwająca dłużej niż pierwsza sowiecka, przyniosła ze sobą pierwszą tragiczną śmierć do Adamowców. Stało się to zimowym wieczorem. Zasypaną miękkim śnieżnym puchem drogą od strony lasu sunęły cicho i wolno sanie wyładowane drewnem na opał. Na saniach siedziała około dwudziestoletnia dziewczyna, ubrana w ciepły kożuch, rozmawiała żywo z powożącym sanie ojcem, gdy niespodziewanie, jak się wydawało, gdzieś w oddali, rozpętała się strzelanina. Zabłąkana kula dosięgła jednak dziewczynę, ugodziła ją śmiertelnie w głowę. Prawdopodobnie doszło do wymiany ognia między Niemcami a sowieckim oddziałem partyzanckim. Ukochaną, dobrą córkę zrozpaczeni rodzice pochowali na starym cmentarzu wznoszącym się na górce na skraju wsi.

Z czasem w Adamowcach zaczęli się pojawiać uzbrojeni mężczyźni. Któregoś razu wtargnęli też do domu Floriana i Genowefy. Kazali Florianowi oddać między innymi buty. Gdy przyniósł im starą parę, oni na nie spojrzeli, a następnie ku zdumieniu - i Floriana i Genowefy - jeden z nich powiedział:

- Masz przecież nowe, z Warszawy, gdzie je schowałeś?! Dawaj tamte!

Nie było wyjścia, trzeba było je oddać. Skąd wiedzieli, że miał nowe buty, i że przywiózł je z Warszawy, tego nie sposób było ustalić.

Innym razem, do wsi wpadli niemieccy żołnierze. Przyjechali po młodych ludzi, którzy byli zdolni do pracy, by wywieźć ich na roboty przymusowe do Niemiec. Gdy wyprowadzano dorosłe już córki sąsiadów, stojący przy furtce żołnierz odszedł kilka kroków, odwrócił się i zaczął płakać, a widząc Genowefę, podszedł do niej i powiedział po polsku, że jest Ślązakiem, i ma córki w takim właśnie wieku, które zostały w rodzinnym domu.

W okolicy pojawiły się też oddziały litewskie współpracujące z Niemcami. Być może był to litewski batalion policji pomocniczej, być może tak zwani szaulisi. Szaulisami nazywano członków Związku Strzelców Litewskich, ochotniczej organizacji paramilitarnej powstałej jeszcze w sierpniu 1919 roku w Kownie. Niemcy wykorzystywali ich w akcjach przeciw ludności polskiej i żydowskiej, w walkach z partyzantami sowieckimi i Armią Krajową. Litwini byli też obsadzani w lokalnej administracji cywilnej. Genowefa wspominała litewskiego urzędnika o imieniu Stanisław, który władał doskonale językiem polskim i był na tyle ludzki, że można było z nim w ważnych sprawach się porozumieć. Gdy któregoś razu Niemcy zarekwirowali z gospodarstwa Floriana i Genowefy krowę, Stanisław pomógł ją odzyskać. Każde zwierzę w czasie okupacji było wszak na wagę złota, a krowy w szczególności.

sobota, 20 lipca 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 14 - na świat przychodzi Oswaldek

Rok 1932 minął pod znakiem wznoszenia nowej siedziby w Adamowcach. Zdobienia nad oknami, z motywami roślinnymi, geometrycznymi, okiennice, wykonał samodzielnie Florian. Wiosną 1933 roku, w nowym domu na świat przyszedł chłopak. Specjalistką od nadawania imion w rodzinie Szpaków była ciotka Marianna, która długie lata spędziła jako guwernantka w Petersburgu. Była oczytana głównie we francuskiej i niemieckiej literaturze romantycznej, i za jej to sprawą przypadło chłopakowi imię Oswald. Starsza już kobieta postrzegała siebie jako damę, na przestrzeni kilkudziesięciu lat przesiąkła wielkomiejską atmosferą, a gdy dodać do tego tak hołubioną w rodzinie Szpaków opowieść o wspomnianym przodku, mającym być medykiem w armii napoleońskiej, to naturalną konsekwencją takiego nagromadzenia "zaszczytów", musiało stać się przekonanie, że dzieci nie mogły nosić pospolitych imion, musiały się czymś wyróżniać. Współcześnie takie przekonania też nie powinny zadziwiać, pod tym także względem natura ludzka, jak się okazuje, w dużych liczbach, jest niezmienna i objawia się między innymi w takich drobnostkach, nawet jeśli – teoretycznie - żyjemy bardziej egalitarnych czasach.

Oswaldek przyszedł na świat dorodny i zdrowy. Radość w domach Szpaków i Bochanów była wielka. Chłopaka ochrzczono w kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale. Rósł jak na drożdżach, był żywy, pełen energii, ruchliwy, miał ciemne włosy, jasną cerę i niebieskie oczy.

Czasy stawały się jednak coraz bardziej niespokojne. Skutki Wielkiego Kryzysu lat 1929-1933 dotarły i na Wileńszczyznę, choć i przed jego nastaniem tereny te do najłatwiejszych nie należały. Nie była to kraina mlekiem i miodem płynąca, a jednak życie godne, choć skromne można wieść tu było. Piękno natury, krajobrazu kontrastowało z większą lub mniejszą biedą znacznej części mieszkańców. Zabory nie tak dawno się skończyły, a bycie częścią imperium carskiego, tą buntowniczą, o silnych polskich wpływach, wiązało się z zapóźnieniem gospodarczym, będącym skutkiem odgórnego tłumienia wszelkiej inicjatywy, rozwoju, karą za niewdzięczność wobec cara. Obecnie, bliskość granicy ze Związkiem Radzieckim również nie sprzyjała rozwinięciu skrzydeł. Niemal odwieczne przekleństwo polskiej ściany wschodniej. Drobne rzemiosło i handel w miasteczkach, znaczna część ludności utrzymująca się z rolnictwa, brak rozwiniętego przemysłu, rzutowały na sytuację ekonomiczną całego regionu. Jedna rodzina z Adamowców sprzedała już swoje gospodarstwo i jako pierwsza ze wsi wyjechała w poszukiwaniu lepszego życia do Stanów Zjednoczonych. Florian i Genowefa również poważnie rozważali taką możliwość. Marzyli o większej rodzinie, ale ich pomysł ewentualnego wyjazdu nie przypadł do gustu ani Mojżeszowi i Józefie, ani dziadkowi Ksaweremu i braciom Gieni, a i oni sami nie byli do niego przekonani. Postanowili więc pozostać w kraju. Uznali, że wspólnymi siłami podołają wszelkim trudnościom, i jeśli nie tu w Adamowcach czy w Krukowszczyźnie, to przecież jacyś kuzyni wyjechali do Warszawy i w ostateczności pomogą im znaleźć jakąś solidną pracę w stolicy. Do Wilna Genowefa wyjechać nie chciała. O mieście tym, tak z jednej strony umiłowanym ze względu na Matkę z Ostrej Bramy czy Kalwarię Wileńską, dobrego zdania nie miała. Lubiła odwiedzać Matuchnę Najświętszą, co w Ostrej świeci Bramie, kochała kalwaryjskie ścieżki, wijące się na lesistych wzgórzach, ale pracy i życia sobie w Wilnie nie wyobrażała. Za to sława Warszawy jako miasta przyjaznego, otwartego na przybyszów, którego mieszkańcy - jak mawiała Gienia - nikomu zginąć nie dadzą, dotarła i na te odległe rubieże. Oboje zatem mieli twardy orzech do zgryzienia – czy zostać w Adamowcach, czy może jednak wyruszyć do stolicy?

czwartek, 18 lipca 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 13 - ślub Genowefy i Floriana

Oświadczyny okazały się być nie takimi przerażającymi jak się obojgu wydawało. Dziadek Ksawery, Mojżesz i Józefa przypadli sobie od razu do gustu. Istniało między nimi jakieś podobieństwo, zauważalne już na pierwszy rzut oka. Florian przezwyciężył swoje stremowanie i z początku, może nieco nieporadnie, wypowiedział te najważniejsze - jak dotąd - w swoim życiu słowa, w których prosił opiekunów o rękę swojej wybranki. Głos mu drżał, nogi się trzęsły niemiłosiernie, nie wiedział co zrobić z dłońmi. Widział przed sobą ledwie kilka osób, co do których nie miał pewności, czy aby na pewno są mu życzliwe. To trudne do ukrycia zdenerwowanie miało jednak swoją dobrą stronę. W sposób niezamierzony przydało mu tylko wiarygodności i wzbudziło nawet sympatię braci, którzy nabrali już pewności, że nie mają do czynienia z jakimś niewydarzonym fircykiem. Słowem, pierwsze lody zostały przełamane. Gdy oświadczyny zostały przyjęte, rozmowa momentalnie potoczyła się swobodnym, żwawym strumieniem. I z taką łatwością płynęła, że dopiero, gdy słońce zaczęło się już chylić ku zachodowi, przypomniano sobie, że może warto przejść już do konkretów co do ślubu i wesela. Ustalono, że weselisko odbędzie się w domu Szpaków w Adamowcach. Sporych rozmiarów izby i podwórze pomieszczą i bliższą i dalszą rodzinę, sąsiadów, i przyjaciół. A o właściwą pogodę zadba już święty Justyn.

Ślub się odbył w kościele świętej Anny w Mosarzu. Święty Justyn rzeczywiście się spisał i zapewnił idealną na taki dzień aurę. Od chwili przysięgi złożonej przed ołtarzem rozpoczął się nowy etap w życiu Genowefy i Floriana, pełen nadziei i szczęścia z założonej właśnie rodziny. Mojżesz i Józefa, nie zwlekając, wydzielili w Adamowcach miejsce pod budowę nowego domu. Chętnych do pomocy przy jego wznoszeniu nie brakowało. Mojżesz, Jan, dziadek Ksawery wciąż jeszcze pełen zapału i energii, a także Justyn, Adolf i Władysław, zobowiązali się tak organizować sobie czas, by Florian mógł na nich liczyć. A zanim powstanie nowe domostwo, miejsca u Mojżesza i Józefy nowożeńcom nie zabraknie.

Sąsiedzi, znajomi i przyjaciele obu rodzin, zgodnie zauważali, że przedstawiciele tych już niejako połączonych rodów nie mogli się lepiej do siebie dopasować pod każdym niemal względem. A to miało być najlepszą rękojmią dobrego przyszłego życia.

czwartek, 11 lipca 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 12 - już w Krukowszczyźnie - oświadczyny Floriana

Nad Adamowcami zawisły ciężkie burzowe chmury, zerwał się silny wiatr, głośno szumiąc w koronach smukłych, wysokich brzóz, topól i wiekowych rozłożystych dębów, rozsianych po podwórkach, gnąc konary i gałęzie na wszystkie strony, kręcąc nimi niemal młynki. Nie w porę pojawiła się ta burza. Rodzice byli już odświętnie ubrani, gotowi do wyjazdu, a tu tymczasem zaczęło grzmieć, błyskać, i rozpadało się na dobre. Od lejącej się strumieniami z nieba wody za oknami zrobiło się szaro. Mojżesz spoglądał przez okno, zaniepokojony, nerwowo przestępując z nogi na nogę - nie wypada się spóźniać, ale jak tu wyruszyć w drogę w takich warunkach. Jedynie Józefa, mimo swojej niespożytej energii, nawet w niesprzyjających okolicznościach potrafiła zachować spokój. Doskonale i harmonijnie łączyły się w niej pozornie przeciwstawne temperamenty, moc i energia, a równocześnie łagodność i spokój. Nie tylko w tej chwili, ale na co dzień. Czym by się nie zajmowała, gdzie by się nie znalazła, zawsze bił od niej wewnętrzny pokój. A burze mają to do siebie, że tak jak nagle się pojawiają, tak też prędko mijają, po cóż się zatem denerwować, deszcz ustanie i pojadą, a w Krukowszczyźnie przecież się nie rozmyślą, poczekają, zresztą te ciężkie czarne chmury zaległy pewnie i nad Mosarzem, więc nietrudno się domyślić, co mogłoby być powodem spóźnienia. Florianowi wydawało się natomiast, że ta burza trwa godzinami, chodził nerwowo po izbie w tą i z powrotem, co wywołało tylko delikatny uśmiech na twarzy Józefy. Tymczasem nie minęła godzina i od zachodu niebo zaczęło się rozjaśniać, deszcz już nie był tak gwałtowny, grzmoty było słychać tylko z oddali, a ciemne chmury przesunęły się na wschód. Od strony Murz niebo stawało się żółtawe, szarość ustępowała miejsca barwie jaśniejszej, cieplejszej, zapowiadającej rychły powrót słońca. Drzewa stały znowu nieruchomo, żadne się nie nadłamało, spadały jeszcze tylko pojedyncze krople bardziej z liści niż z nieba. Florian nie zwlekając poszedł do stajni po konie. Chciał już jak najszybciej dotrzeć do Krukowszczyzny.

Niecałe dziesięć kilometrów drogi, gdy się jedzie bryczką zaprzężoną w rącze konie, to żadna odległość. Nie zdążyli wyruszyć, a już niebawem ich oczom ukazały się zabudowania Krukowszczyzny. Drewniane domy z gankami, tonące w świeżej, mokrej jeszcze zieleni przydomowych ogrodów, stary drewniany krzyż na rozstaju dróg, a nieopodal bardziej zwarta zabudowa Mosarza, z górującą nad miasteczkiem białą bryłą kościoła św. Anny. Mieć już za sobą ten najtrudniejszy moment i rozpocząć zupełnie nowe życie, stać się prawdziwie dorosłym, dojrzałym, mieć własną rodzinę, własny dom, tylko takie myśli kłębiły się teraz w głowie Floriana. Wreszcie bryczka zatrzymała się na wprost ganka, na którym wyczekiwał już Ksawery, tuż za nim stał najstarszy Justyn, trochę dalej Adolf, Władysław, a między nimi całkiem jak na dziewczynę wysoka i postawna Genowefa. Postronnemu obserwatorowi trudno byłoby stwierdzić, kto denerwował się mocniej, czy Florian czy Genowefa. Bez trudności dostrzegłby natomiast, że jedynymi osobami, które zachowywały spokój, i od których biła - zauważalna już na pierwszy rzut oka – serdeczność i życzliwość, byli rodzice Floriana i dziadek Ksawery. Bracia Genowefy nie bardzo wiedzieli, jak mają się zachować, zmagali się z napływającymi z prędkością błyskawicy myślami, intuicjami, suflującymi im jakieś dziwaczne, niezgrabne pomysły - czy powinni okazać choć cień rezerwy i badawczymi spojrzeniami powitać kandydata do ręki ich siostry, czy wręcz przeciwnie, darować sobie jakąś zbędną powściągliwość? Przecież tak naprawdę nie potrafili oschle czy chłodno witać gości, to nie leżało w ich naturze. Ani rodzice, ani dziadek Ksawery nigdy ich nie uczyli okazywania rezerwy, nieufności, podejrzliwości, gość w dom, Bóg w dom. Poza tym wiedzieli, że ich siostra jest na tyle rozsądna, że złego wyboru dokonać nie mogła, ufali jej bezgranicznie, może nawet bardziej niż sobie samym.

poniedziałek, 8 lipca 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 11 - w Krukowszczyźnie i w Adamowcach - oświadczyny Floriana

Dziadek Ksawery od pewnego już czasu liczył się z tym, że takie pytanie może wkrótce paść. Dwudziestojednoletnia dziewczyna, nader często wyprawiająca się do świętej Anny w Mosarzu, oprócz niewątpliwych potrzeb duchowych musiała mieć też jeszcze inny powód, tak podpowiadała mu z reguły niezawodna intucja. Znał wnuczkę doskonale i jego uwadze nie mogły umknąć pewne zmiany w jej zachowaniu. Wracała do domu pod wieczór rozpromieniona, radosna, skora do rozmów i żartów częściej niż zazwyczaj. Siwowłosy staruszek wierzył głęboko w rozsądek dziewczyny, miał do niej niezachwiane zaufanie, ale też cały zestaw pytań, na które chciałby poznać odpowiedź – jak się domyślał - ze strony wybranka Genowefy. Podobnie i bracia, oni również dostrzegli zmianę w zachowaniu swojej siostry - jeszcze bardziej radosne, rozpromienione oczy i częstsze niż dotychczas wyprawy do mosarskiego kościoła. Wszyscy w tej rodzinie czuli się za siebie odpowiedzialni, każdemu zależało na szczęściu i dobru drugiego, ufali sobie wzajemnie bezgranicznie, wczesna utrata rodziców, traumatyczne wydarzenia z czasu wojny polsko-bolszewickiej, mozolna codzienna praca w gospodarstwie, zahartowały każdego z nich w zmaganiach z wszelkimi trudnościami i przeciwnościami losu, dały też umiejętność twardego stąpania po ziemi i trzeźwego oglądu świata. Ale w ich życiu było też miejsce na spontaniczność, radość z drobnych rzeczy, rozmowy, żarty i śmiech. Mieli też pewność co do tego, że zawsze mogą na siebie liczyć, niezależnie od okoliczności.

I w końcu to oczekiwane pytanie padło z ust Genowefy, zwróciła się z nim do dziadka i do braci. Nie przyszło jej to łatwo, ale chciała mieć już ten moment za sobą. Zależało jej na jednomyślności w tym względzie ich wszystkich, tak bardzo byli sobie bliscy. Mężczyźni nawet nie kryli radości, nie mieli wątpliwości co do daru rozeznawania Gieni, potrafiła doskonale odczytywać ludzkie charaktery i miała niezawodne wyczucie do ludzi.

Teraz pozostawało tylko przygotować się na wizytę Floriana z rodzicami w Krukowszczyźnie. On jednak też musiał najpierw opowiedzieć rodzicom o swojej wybrance, powiadomić ich o podjętej decyzji, a następnie wspólnie z nimi złżć wizytę w jej domu i poprosić o zgodę na ślub jej opiekunów. W gronie kolegów był odważny, rozmowny i wesoły, a teraz czuł niepokój, zamartwiał się jak zostanie przyjęty przez braci i dziadka Genowefy, czy przypadnie im do gustu, czy polubią się od pierwszego spotkania, czy wzajemne docieranie się będzie procesem rozłożonym na lata?

czwartek, 4 lipca 2024

Błyski. Historia rodzinna. Część 10 - Adamowce dziś, zaginiona wieś na Wileńszczyźnie

Do dziś po Adamowcach pozostało jedynie kilka wiekowych, opuszczonych drewnianych domów, które pochłonęła lawina gęstych wybujałych krzaków i całkiem już wysokich drzew. Droga od strony Murz zarosła wysoką trawą, zaniknęły koleiny wyjeżdżone wozami i furmankami na przestrzeni setek lat, nie widać nawet drewnianego mostka na rzeczce Marchwie, jedynie pola i łąki - jak dawniej - łagodnie wznoszą się i opadają.

Dom Floriana i Genowefy już po wojnie ktoś rozebrał i wywiózł do innej wsi, nie wiadomo kto, nie wiadomo dokąd. Nowy dom z misternie wykonanymi przez Floriana zdobieniami nad oknami. We wsi nie ma już mieszkańców. Z trudem można ją wypatrzeć na google maps, i tylko wówczas, jeśli się wie o jej dawnym istnieniu. W pewnym ocalałym domu pozostała stara szafa z niedomykającymi się drzwiczkami, a na niej leży egzemplarz "Gościa Niedzielnego" z 2012 roku, być może przywieziony z Polski, być może prenumerowany, w 2024 roku wyglądający nadal jak nowy, tak jakby go ktoś przed chwilą skończył czytać i odłożył. Tylko słońce świeci tak samo, jak w roku 1932, gdy w Adamowcach zamieszkali Florian z Genowefą. W miejscu pełnym życia, doskonale znających się ludzi, odwiedzających się wzajemnie, pracujących na co dzień w polu, przy warsztatach, krzątających się w izbach, kuchniach, po których dziś już nie ma śladu, przestrzeń po nich we władanie objęła zachłanna natura. Życie dzikie, nieujarzmione pochłonęło wszystko to, co było z takim mozołem tworzone od czasu, kiedy pojawił się tu pierwszy osadnik, wszystko to, co tę naturę porządkowało, nadawało jej cel i kierunek. Oglądanie zdjęć i filmików wykonanych latem 2024 r., przesłanych z Białorusi, z miejsca, które w zsadzie było niegdyś Adamowcami, zbiegło się w czasie z kontemplowaniem fotografii z czasów międzywojnia. Na jednej z warszawskich ulic widać piętrowe murowane domy, wzniesione w stylu modernistycznym, biegnące środkiem tory tramwajowe, dokładnie w tym samym miejscu, co w latach trzydziestych ubiegłego wieku, przecinające ulicę na dwie części, tak jak i dziś. Od strony północnej kroczy kobieta, i cienie kładące się na nawierzchni wskazują, że ulica musiała być zalana słońcem. Odnosi się wrażenie, jakby owa kobieta wyszła z domu przed chwilą, jakby przechodziła tędy jeszcze za naszej pamięci, i niemożliwe jest to, by na tej ulicy, czy na ulicy sąsiedniej, jej już nie było na zawsze. Przecież tu się prawie nic nie zmieniło. Minęło dziewięćdziesiąt lat? To niemożliwe. Ta kobieta przechodziła tym istniejącym chodnikiem naprawdę nie tak dawno. Czy to samo można powiedzieć o miejscu, które zmieniło się nie do poznania? O miejscu, w którym stał dom, a dziś nie ma po nim śladu, niewidoczne fundamenty porosły chaszcze, wysokie trawy, zielsko po pas skutecznie zniechęcają do wchodzenia i poszukiwania jakichś ocalałych być może resztek. Nie zachowały się ogrodzenia, nie ma studni żurawi, kiedyś piaszczysta droga możliwa jest do przebycia tylko autem terenowym na wysokim zawieszeniu. Gdzie miejsce na bryczkę, którą Florian jeździł z rodziną do kościoła? Gdzie warsztat do gręplowania wełny? Gdzie ławeczka przed domem, na której wieczorami przesiadywali Mojżesz z Józefą? Gdzie podziały się przydomowe ogródki, kwietne rabatki, wysokie malwy, obsypane kwieciem albo owocami sady?

Prawdziwie dobre wspomnienia mają to do siebie, że te wszystkie wydarzenia, które są ich treścią, musiały się rozgrywać w dni pełne słońca, w anturażu wszystkich żywych barw wiosny czy wczesnego lata, płonącej jesieni lub baśniowej zimy. W każdym razie, Adamowce w opowieściach Florci zawsze były pełne słońca, ludzi pomocnych i życzliwych, natury przyjaznej mieszkańcom, z pewnymi wyjątkami, które burzyły ten obraz i pewnie dlatego zatarły się w pamięci dziecka.

czwartek, 27 czerwca 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 9 - spór o świętego Justyna, Wileńszczyzna lata 30-te

Justyn miał wyjątkowo dobrego patrona. Był przekonany, że bez niego, sam o własnych siłach, nie dałby sobie rady. Wspierał wydatnie dziadka Ksawerego w prowadzeniu gospodarstwa i wychowywaniu młodszego rodzeństwa. Teraz bracia i siostra byli już formalnie dorośli i wydawałoby się, że można byłoby już nieco odetchnąć, lecz pojawiły się nowe wyzwania.

A tymczasem w Mosarzu w roku 1927 rozgorzał o Justyna spór, nie o Justyna Bochana, lecz o świętego Justyna, a dokładnie o jego relikwie przechowywane w kościele świętej Anny. Na początku lat dwudziestych, po długich latach nieobecności w Starym Miadziole, do miasteczka powrócili karmelici bosi i przypomnieli sobie o pewnej utraconej świętości. Przełożony karmelickiego klasztoru - ojciec Bronisław Jarosiński - tego roku wystąpił do arcybiskupa wileńskiego Romualda Jałbrzykowskiego o oddanie srebrnej trumienki zawierającej relikwie świętego Justyna Męczennika, która w tym czasie znajdowała się w kościele św. Anny w Mosarzu. O tym, że kiedyś stanowiły one własność kościoła ojców karmelitów w Starym Miadziole świadczyć miała opinia ogółu wiernych i zapiski w starych kronikach. Swoje prośby i petycje zaczęli słać i wierni. Arcybiskup zapoznawszy się wnikliwie z owymi pismami, skierował list do mosarskiego proboszcza - ks. Stanisława Klima, w którym wystąpił do duchownego o zwrot żądanych relikwii. Tu się jednak włączył lud mosarski. Dowiedziawszy się o całej sprawie, wzburzył się niepomiernie i nie miał najmniejszego zamiaru świętego Justyna oddawać, uznawszy go już na mocy zasiedzenia za swojego! Nie trzeba było zatem długo czekać na listowną odpowiedź ks. Klima, a w rozgorzałej walce o świętości wsparł go również właściciel mosarskiego majątku - Edmund Piłsudski, prawnuk hrabiny Anny Hrebnickiej, za sprawą której owe relikwie trafiły do Mosarza. Edmund Piłsudski - w swoim własnym liście - powoływał się na przysługujące mu - jako spadkobiercy hrabiny - prawo do tej bezcennej pamiątki rodzinnej. Argumentował, że relikwie – w czasie pielgrzymki do Rzymu - otrzymał od Ojca Świętego Antoni Koszczyc, który następnie przywiózł je do Miadzioła i umieścił w ufundowanym przez siebie w roku 1754 kościele ojców karmelitów. Jednakże 78 lat później, po kasacie klasztoru, Anna z Koszczyców Hrebnicka, córka Antoniego, a praprababka Edmunda, otrzymała od władz duchownych pozwolenie na przewiezienie ich do kościoła w Mosarzu, gdzie przebywała u swojej córki Barbary, ówczesnej właścicielki miasteczka, a prababki Edmunda, po której on Mosarz odziedziczył. Klarował dalej, że relikwie znajdują się w mosarskim kościele już 90 lat, otoczone czcią nie tylko jego rodziny, ale też ogółu wiernych, i - co niezwykle ważne – zarówno tych wyznania katolickiego, jak i prawosławnego. Dzięki tym relikwiom lud tutejszy uchronił się od rusyfikacji. A próba ich odebrania teraz mogłaby wywołać niepotrzebny opór i wzburzenie wśród miejscowej ludności. Podkreślał, że nie wyobraża sobie bez nich Mosarza, i że byłby złym spadkobiercą rodzinnej tradycji, ale i złym obywatelem Kresów, gdyby stanowczo nie sprzeciwił się próbom ich odebrania, a miejscowy lud uznałby go niechybnie za zdrajcę. Powołał się też na dokument sporządzony przez biskupa Żylińskiego w 1851 r. we dworze w Mosarzu, oddany na przechowanie do kościoła, poświadczający, że relikwie były osobistą własnością Antoniego Koszczyca.

Proboszcz Klim podszedł natomiast do sprawy czysto pragmatycznie. W swojej odpowiedzi na plan pierwszy wybił tę okoliczność, że relikwie nie są przechowywane - tak jak utrzymują ojcowie karmelici - w srebrnej trumience, znajdującej się gdzieś na uboczu, lecz w pokaźnych rozmiarów drewnianej posrebrzanej trumnie, stanowiącej podstawę nastawy wielkiego ołtarza, a zatem jej usunięcie jest właściwie niemożliwe! Poza tym od roku 1838 mosarski lud niejako zrósł się z nimi nierozerwalnie, a pielgrzymują do nich mieszkańcy i dalszych okolic, w promieniu aż stu kilometrów! I - co istotne - spory odsetek owych pielgrzymów stanowią wyznawcy prawosławia. Wszystko to razem sprawiło, że lud tutejszy bez czynnego protestu pozbawić się relikwii nie pozwoli, uznając, że byłby to zamach na jego najświętsze prawa, a nadto, znając jego temperament, ewentualny protest mógłby być dla Kościoła wysoce niepożądany. Ks. Klim podkreślał również, że już od dłuższego czasu parafianie interweniowali u niego w tej sprawie, a z ich wypowiedzi i nawet – o zgrozo! - pogróżek wynika, że wszelakie próby wywiezienia świętego Justyna zostałyby udaremnione!

I jak tu ludowi zabrać taką świętość? W odpowiedzi na pismo proboszcza Rada Administracyjna Dóbr Archidiecezji Wileńskiej powiadamiała zainteresowane strony, iż postanowiła pozostawić relikwie świętego Justyna w mosarskim kościele. Mimo to uparci zakonnicy ze Starego Miadzioła nie mieli zamiaru składać broni. Nowy prowincjał klasztoru, w sierpniu 1928 roku wystąpił z kolejną petycją do kurii, pod którą i tym razem podpisali się staromiadziolscy parafianie! Ojciec Antoni od Dzieciątka Jezus odwoływał się w niej do starych modlitewników, zawierających historię ofiarowania relikwii przez fundatora dla kościoła w Starym Miadziole, pieśni i godzinek do świętego Justyna oraz założonego przy kościele Bractwa św. Justyna, zatwierdzonego przez papieża Klemensa XIV dnia 5 kwietnia 1773 roku. "Bóg błogosławieństwem swoim i łaskami szczególniejszymi za przyczyną Męczennika swego Justyna wyraźnie odznaczył to miejsce" - pisał. Przywoływał i inne mocne argumenty, ale władza diecezjalna decyzji swojej zmienić już nie chciała.

Można zatem było dalej swobodnie przybywać do świętego Justyna do Mosarza, ze swoimi intencjami i upraszać jego wstawiennictwa. Wielu doznawało tu uzdrowień ducha i ciała. 24 czerwca, co roku, na odpust parafialny, ciągnęły tłumy, pieszo i na furmankach. I tego też dnia 1931 r. w Mosarzu, na placu przed kościołem, po raz kolejny zbiegły się drogi z Krukowszczyzny i z Adamowców.

piątek, 21 czerwca 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 8 - spotkanie w Mosarzu, Wileńszczyzna lata 30-te

Od czasu, kiedy spotkał w drzwiach kościoła w Mosarzu dość wysoką, ciemnowłosą dziewczynę o niebieskich oczach, zaczął bywać w nim częściej. Nie był osobą szczególnie rozmodloną i uduchowioną, stąd te jego częste wizyty w kościele budziły zdumienie wśród kolegów, a i starszy brat wydawał się być nimi nieco zaskoczony. Jednakże różne dziwy się na tym świecie zdarzają, więc dlaczego by i Florian nie miał - ni stąd, ni zowąd - poczuć jakiegoś zamiłowania do pogłębionego życia duchowego. Lat miał dwadzieścia dziewięć, rodziny swojej jeszcze nie założył, kto wie, co jest mu w niebiosach zapisane. Można się było zatem dziwić, choć nie zanadto, zwłaszcza że od kolegów nie stronił, nadal pomagał ojcu prowadzić warsztat stolarski. Na pozór nic się nie zmieniło. Tymczasem on wracał i wracał do świętej Anny, i przesiadywał w kościele całymi godzinami. Czy to jednak przez przypadek, czy jakimś dziwnym zrządzeniem losu, za każdym razem, kiedy mając wolne, zaglądał do świętej Anny, to albo ta ciemnowłosa dziewczyna klęczała w ławce, albo pojawiała się w czasie, gdy on już na nią czekał, albo mijali się w drzwiach kruchty. Wystarczyło jednakże tych niby przypadkowych spotkań do tego, by ich spojrzenia zaczęły się krzyżować, a z czasem też oczy obojga równocześnie - jakby na mocy jakiegoś tajemniczego porozumienia – uśmiechały się do siebie, kąciki ust łagodnie unosiły, aż w końcu mimowolnie rozwiązały się języki, najpierw język - Floriana, a tuż po nim - tej pogodnej dziewczyny. I zupełnie spontanicznie wywiązała się pierwsza rozmowa młodych ludzi, może trochę niezdarna, odrobinę chaotyczna, ale dzięki niej lody zostały przełamane. Droga do kolejnych rozmów w czasie tych absolutnie przypadkowych spotkań została przetarta. Wkrótce oboje wiedzieli już o sobie wszystko, co najważniejsze, co osoby, które jakaś tajemna siła ku sobie przyciąga, wiedzieć powinny i chciały. I co najistotniejsze, oboje mieli już pewność, że tych rozmów i spotkań, powinno być więcej, najlepiej, by w ogóle nie miały one końca.

czwartek, 20 czerwca 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 7 - w Głębokim, Wileńszczyzna lata 30-te

Na podwórzu przed domem Ksawerego stały już drewniane wozy, na które Adolf, Władysław i Justyn pospiesznie ładowali skrzynki pełne dojrzałych, dorodnych jabłek, gruszek, śliwek i wiśni. Następnego dnia po południu z Głębokiego miał odjeżdżać pociąg do Wilna, w którym odbiorcy czekali już na pachnące, apetyczne owoce z Krukowszczyzny. Ksawery wyruszył do miasteczka, by załatwić wszelkie formalności związane z transportem. Mijał właśnie smukłe wieże cerkwi, która jeszcze do drugiej połowy XIX wieku była kościołem pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, wzniesionym w latach 1730-1735 w stylu baroku wileńskiego. Swoją smukłością linii tak odmiennego od barku regionów i krain położonych na południe od Wileńszczyzny. Ten słynny barok wileński jakby postanowił się upodobnić do strzelistego gotyku sięgającego północnego nieba. I pierwszą świątynią wzniesioną w tym stylu nie był żaden z kościołów wileńskich, lecz właśnie budowla, którą w tej chwili podziwiał Ksawery. Niemal naprzeciw cerkwi usadowiła się druga okazała świątynia, w tym samym stylu, którego cechy zyskała jednak dopiero w czasie przebudowy, około trzydziestu lat później niż jej sąsiadka. To kościół pod wezwaniem Trójcy Świętej. Obie świątynie sprawiały wrażenie, jakby prowadziły ze sobą przyjacielską pogawędkę.

W granicach miasta znajdowały się też dwa jeziora - Kahalne i Wielkie. Jezioro Kahalne jeszcze do niedawna nazywano Głębokim, ale z tej racji, że gmina żydowska dzierżawiła prawo do połowów na nim, to miejscowa ludność przemianowała je na kahalne, od słowa „kahał”, w jidysz oznaczającego gminę żydowską. A przy ulicy Warszawskiej rozlokowała się jeszcze drewniana Wielka Synagoga, nakryta okazałym łamanym dachem.

W miasteczku przeważała niska drewniana zabudowa, przetykana piętrowymi murowanymi kamieniczkami, będącymi jednak w mniejszości. Ruch na uliczkach był spory. Sklepiki, warsztaty, składy towarów, młyn, garbarnia, poczta, administracja powiatu, przyciągały do Głębokiego licznych przybyszów z całego powiatu. Gwar miasteczka, ten cały rejwach, załatwianie wszelkich formalności nie było tym, w czym Ksawery czuł się mocny. Aby odetchnąć zatapiał się w ciszy i spokoju przestronnego wnętrza kościoła Świętej Trójcy. Odwiedzał go zazwyczaj w drodze powrotnej, zasiadał wówczas w ławce tuż przy ołtarzu, wydobywał z kieszeni marynarki swój noszący ślady częstego używania modlitewnik i oddawał się cichej modlitwie. Zawsze miał tyle spraw na głowie, owoce z sadu sprzedawały się znakomicie, ale wnuki, którymi się opiekował, stały się już dorosłymi osobami, należało im jeszcze pomóc w ułożeniu życia, a on przecież nie wie, ile mu jeszcze czasu pozostało na tym pięknym świecie, który tak kochał. Co prawda jego dom jest w stanie pomieścić ich wszystkich, a gospodarstwo przypadnie może Justynowi, może Adolfowi, może Władek zechce na nim pozostać, może będą pracować wspólnie, zgodnie, bez jakichkolwiek nieporozumień, tak zgodnie jak dotychczas. Gienia, czarnowłosa dziewczyna z falującymi włosami, jasną karnacją, energiczna, zaradna. Jakież to byłoby szczęście, gdyby trafiła na dobrego męża i mogła już założyć własną rodzinę. Wszak nie jest dobrze, by człowiek był sam. Tak rozmyślając, w błogiej ciszy, Ksawery oparł głowę o przeciwległą ławkę, przymknął mimowolnie oczy i błogo przysnął. Te chwile wyciszenia, krótkiego snu, sprawiały, że natłok myśli w głowie samoczynnie się układał i porządkował, a odpoczynek przynosił nowe pomysły, a czasem nawet gotowe rozwiązania nurtujących problemów. Po kilku minutach ocknął się, otworzył modlitewnik na litanii do Serca Jezusowego i szeptem zaczął odczytywać jej wezwania.

wtorek, 18 czerwca 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 6 - powrót Floriana, Adamowce, Wileńszczyzna - lata 30-te

Na drodze od strony Murz pojawiła się postać niespiesznie zmierzająca w stronę Adamowców. Przedwieczorna pora, z wciąż jasnym, żółtawym na północnym zachodzie niebem, słońce nie tak dawno skryło się za widnokręgiem. Florian zdawał sobie sprawę, że za długo zabawił w Mosarzu. Obiecał przecież ojcu, że pojedzie z nim do kościoła w Udziale. Proboszcz prosił Mojżesza o naprawienie kilku ław w świątyni. Wczesnym latem dni na północno-wschodnim spłachetku Wileńszczyzny trwają długo, tak jakby sięgały tu odblaski białych nocy z nie tak znowuż odległej, odmiennej i tajemniczej Estonii. Ta położona jeszcze bardziej na północ kraina żywo pobudzała wyobraźnię. A gdyby tak policzyć kilometry, to można powiedzieć, że leżała jakby w połowie drogi z Adamowców do Warszawy. Wywoływała ciekawość i chęć odkrycia. Słyszało się, że ludność tamtejsza włada zupełnie innym językiem niż sąsiedzi Litwini czy Łotysze. Kraj jest pokryty rozległymi puszczami, a w miastach stoją bajkowe zamki i dostojne, siegające nieba gotyckie katedry. Tak sobie marząc, Florian przyspieszył kroku. Dotarł w końcu do pierwszych zabudowań wsi. Lekko zdyszany wkroczył na podwórze domostwa rodziców, ale na zewnątrz, ani na ganku nikogo nie było. Wszedł do izby, w której przed świętym obrazem klęczała i żarliwie modliła się matka. Józefa miała łagodne usposobienie, spokojne spojrzenie niebieskich o migdałowym kształcie oczu, osadzonych na jasnej, pogodnej twarzy, tak jasnej, że wyraźnie malował się kontrast między ową mleczną niemal bielą a jej kruczoczarnymi bujnymi włosami. Zakończyła modlitwę i z trochę wymuszonym wyrzutem spojrzała na syna. Wiedziała, że był umówiony z ojcem, lecz nie potrafiła się gniewać w sytuacjach, które była w stanie usprawiedliwić, a wiedziała, że syn nie jest lekkoduchem i na pewno jego spóźnienie ma racjonalną przyczynę. Poza tym, z pomocą przyszedł starszy brat Floriana – Jan. Wcześniej dziś uporał się z pracą w polu i razem z ojcem pojechali do Udzieła, a właściwie Udziełła, jak mawiali miejscowi.

Obaj synowie Mojżesza i Józefy byli pracowici i odpowiedzialni, przekroczyli już jednak trzydziesty rok życia i powinni pójść w ślady swoich starszych sióstr, założyć własne rodziny, pobudować własne domy i rozpocząć życie na własny rachunek. Józefa była doskonałą obserwatorką i miała świetną intuicję i dzięki tym wrodzonym zdolnościom dostrzegła już jakiś czas temu, że Florian, wracając z Mosarza, jest nieco odmieniony, coś jakby ukrywał i wszystkiego nie mówi. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że przed kochającą matką nic się ukryć właściwie nie da. Między osobami o tak silnej więzi istnieje jakieś duchowe zespolenie sprawiające, że można nawet czytać w myślach na odległość. Umiejętność, której się nie nabywa w drodze nauki, choćby nie wiadomo ile książek nie przeczytać, ile szkół, by nie ukończyć. Z tym talentem człowiek przychodzi na świat i kochając prawdziwie, podtrzymuje go, pogłębia, rozwija, a jeśli się nie kocha szczerze - jak Bóg przykazał - to tak, jakby ten talent zakopać, pozostawić piękny kwiat bez pielęgnacji, a on więdnie, usycha aż w końcu zanika. Już od co najmniej miesiąca, wracając do domu, Florian przemykał tajemniczy między izbami, z błyszczącymi, lekko uśmiechniętymi oczami, a te błyski mogły być niezauważalne dla kogoś postronnego, lecz nie dla matki.

piątek, 14 czerwca 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 5 - Adamowce, ród Szpaków, Wileńszczyzna lata 30-te

Krajobraz delikatnie wznosił się i spokojnie opadał, falowały razem z nim pola obsiane zbożami, bujne łąki i ciemniejące masywy leśne na horyzoncie, niewielkie wsie z drewnianą zabudową, poprzecinane strumykami i wąskimi rzeczkami. Piaszczysta droga z Adamowców wiodła przez Murzy, ale można też było jechać przez Rakowce. Murzy, leżące przy znaczniejszym trakcie, były znane z tego, że płonęły zawsze. gdy przez te tereny przetaczały się wrogie wojska. Na wschód od Adamowców rozłożyły się Rakowce, w których mieszkali między innymi Tatarzy i tym się najbardziej wyróżniały.

Na ganku drewnianego domu stał wysoki, mocno zbudowany, czarnowłosy mężczyzna. Wypatrywał kogoś na drodze, ale dukt i od strony Murzów i od strony Rakowców był wciąż pusty. Florian powinien już wrócić, a wciąż go nie ma. W domu przy kuchni krzątała się energiczna, szczupła, ciemnowłosa kobieta. Do domu przylegał ciesielski warsztat. Mojżesz i jego syn Florian byli cenionymi w okolicy cieślami. Zlecenia wszelkiego rodzaju spływały nieustannie od mieszkańców okolicznych wsi i miasteczek. A to trzeba było komuś pomóc przy budowie domu, a to dokonać drobnych napraw, choćby ław w kościele w Mosarzu albo w Udziale, albo wyrzeźbić jakieś fantazyjne zdobienia nad oknami, okiennice, krzesła, stoły, czy co tam jeszcze się komuś zamarzyło mieć w domu z drewna. Dziś Florian miał wrócić z Mosarza wcześniej. Planowali razem z ojcem pojechać do kościoła w Udziale, by naprawić oparcia i klęczniki w kilku kościelnych ławach. Słońce zaczynało już powoli chylić się ku zachodowi, swoim balsamicznym światłem czule otaczało przydomowe ogrody, pola, sady, łąki i las na horyzoncie. Tę porę dnia Mojżesz i Józefa lubili najbardziej. To był czas kiedy mogli w końcu z czystym sumieniem oddać się odpoczynkowi na ganku albo wyruszyć na spacer piaszczystą drogą w stronę Murz bądź Rakowców, a bursztynowe, podkreślające urodę okolicy światło przydawało światu jakiegoś nierzeczywistego blasku i nastroju.

W Adamowcach mieszkali przede wszystkim Adamowicze i Szpakowie. Którzy przeważali trudno stwierdzić. W domu Mojżesza i Józefy uwagę zwracały wiekowe, monumentalne meble, przypominające do złudzenia meble, jakie widywało się w aptekach. Wedle tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie, pewien – nieznany z imienia – przodek Szpaków miał być lekarzem w armii Napoleona, i w czasie niesławnego odwrotu jej resztek spod Moskwy, z jakichś przyczyn zatrzymał się na dłużej w Adamowcach. Wówczas swoją urodą i charakterem urzekła owego zacnego przodka miejscowa dziewczyna, z którą postanowił pozostać na tym urokliwym skrawku ziemi już do końca swych dni. A sam miał wywodzić się gdzieś z Mazowsza, podobno z okolic Ostrołęki. Tyle rodzinne opowieści, a jak było w rzeczywistości, któż to może wiedzieć. Te apteczne meble stanowiły niejako poszlakę wskazującą na prawdziwość tej opowieści. Istniała też jeszcze jedna, choć mocno pośrednia poszlaka - nieopodal wsi, znajdował się kurhan, wyraźnie ludzką ręką usypane wzgórze, u którego podnóża, w czasie prac polowych, miejscowi gospodarze wydobywali z ziemi szczątki broni, szable, bagnety, będące pozostałością po potyczce, jaką stoczyły tu niedobitki armii napoleońskiej ze ścigającymi ich Rosjanami. A poza tym, pierwotnie przodkowie ze strony Mojżesza mieli nosić podwójne nazwisko Szpak-Szpakowski, i dopiero w czasie nasilonej walki z polskością na rubieżach Wileńszczyzny, po Powstaniu Styczniowym, urzędnicy carscy któremuś z pradziadków, gdy ten już oślepł, ucięli w dokumentach drugi człon nazwiska "Szpakowski", bo ze Szpaka wedle ich rozumienia można było uczynić Rosjanina, za to Szpak-Szpakowski już nastręczał pewnych trudności. Tak zapewne dumali czynownicy i tak wcielali w życie rusyfikację. Jednak wyznania tych niepokornych, przymusowych poddanych cara zmienić już nie byli w stanie, stąd ród Szpaków dzielnie, do odzyskania niepodległości trwał przy polskiej mowie i kulturze.

środa, 12 czerwca 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 4 - kościół św. Anny w Mosarzu, Wileńszczyzna około 1931 r.

W Dzienniku Województwa Wileńskiego za lata 1928 - 1939 Justyn, Adolf, Władysław i Genowefa Bochan, wymienieni są jako właściciele gospodarstwa rolnego w Kolonii Krukowszczyzna, powiecie postawskim. Z dokumentu wynika również, że Kolonię zamieszkiwali: Jan, Henryk, Piotr, Anna, Antonina i Mikołaj Korzanowie; Cecylia Kotuszonok; Justyn, Józef, Stanisław, Benigda i Anna Krupko, Kucko Jadwiga, Leokadia Skokowska, Urszula Los, Ignacy i Justyn Lysionok; Srol - Notka, Chanerla, Lejzer, Hela, Esteri, Cyla, Srol, Chaim, Aryj Rapoport; Franciszek, Adolf, Onufry, Józef, Napoleon, Aleksander i Rozalia Szkielowie, Andrzej i Józefa Szymko, Emilia i Justyna Wyszadko, oraz Adela Zawadzka. Typowa północno - wschodnia mieszanka etniczno-wyznaniowa. O konfliktach na tym tle nigdy się nie wspominało, choć w pelną idyllę trudno uwierzyć.

Justyn nigdy nie dowiedział się kto stał za donodem do bolszewików o jego rzekomym kułactwie. Czy był to ktoś z Krukowszczyzny, z Mosarza, czy innej miejscowości, nie wiadomo. Nie miał czasu na dociekania, rzeczą najważniejszą była opieka nad rodzeństwem i zwykłe troski dnia codziennego.

Młodzieniec razem z dziadkiem Ksawerym z czasem powiększyli areał sadu. Skrzynki pełne dorodnych, smakowitych, pachnących jabłek, gruszek, wiśni i śliwek wysyłali już nie tylko do Wilna, ale i do odległej Warszawy. Czas płynął nieubłaganie, dzieci stawały się starsze i przybywało im obowiązków - już nie tylko opieka nad zwierzętami, ale też pomoc w pracach w sadzie, przy pielęgnowaniu drzew i zbieraniu owoców.

Natomiast każda niedziela, bez wyjątku, była dniem świętym. Biały neoklasycystyczny kościółek, zwieńczony trójkątnym szczytem, obwiedziony niewysokim murem, rozlokowany na niewysokim wzniesieniu, nieopodal mosarskiego rynku, był miejscem, w którym i przy którym koncentrowało się życie mieszkańców miasteczka i okolicznych wsi. Patronowała mu święta Anna. Dwudziestoletnia Genowefa lubiła go odwiedzać nie tylko w niedzielę i święta. Ówczesny proboszcz - ks. Stanisław Klim - dbał o to, by każdy parafianin znalazł przy kościele swoje miejsce, by wolny czas, którego nie było za wiele, mógł spędzić godnie, po Bożemu, wspólnie z innymi, i by z tych spotkań dla całej społeczności wypływało jakieś dobro. Powstały zatem liczne wspólnoty parafialne, w tym Trzeci Zakon św. Franciszka, Bractwa Żywego Różańca i Trzeźwości, Stowarzyszenie Krucjaty Eucharystycznej Dzieci i Młodzieży, wzniesiono też Dom Ludowy. A to wszystko w parafii, która w 1929 r. liczyła 5706 wiernych. Genowefa znaczną część swojego wolnego czasu, którego nie miała przecież zbyt dużo, poświęcała modlitwie w tej przyjaznej świątyni, choć jak się wkrótce miało okazać, modlitwa była jedną z przyczyn, dla których się w niej pojawiała, ważną, acz nie jedyną.

wtorek, 11 czerwca 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 3 - polscy ułani, Wileńszczyzna 1920

Po pokonaniu Armii Czerwonej w bitwie pod Warszawą, i ostatecznym jej rozgromieniu nad Niemnem, w październiku 1920 r. oddziały polskie wkroczyły na północno-wschodnią Wileńszczyznę.

Dzień był słoneczny i ciepły, niebo błękitne z pojedynczymi obłokami, owocowe drzewa w sadach połyskiwały już wszystkimi barwami jesieni, rozświetlając łagodne pagórki, pola i domostwa, jakby naniesionymi pędzlem na obraz delikatnie rozmazanymi plamkami barwy czerwonej, żółtej i pomarańczowej.

Życie musiało się toczyć swoim codziennym rytmem. Dziadek Ksawery z Justynem znosili kolejne skrzynki dorodnych jabłek do stodoły. Część z nich pojedzie do Głębokiego, a część być może trafi na targ do Wilna. W tym samym czasie najmłodsi z rodzeństwa, Władek i Gienia pilnowali krzątających się na podwórzu przed domem kaczek, gęsi i kurcząt. Dzieci nad wyraz poważnie traktowały powierzane im przez dziadka Ksawerego obowiązki. Poza tym troska o ich małych, puchatych towarzyszy była wyjątkowo wdzięcznym zajęciem.

Nagle na podwórko wbiegła gromadka dzieciaków z Krukowszczyzny, przekrzykujących się wzajemnie:

- Chodźcie, chodźcie! Polscy ułani jadą do miasta!

Ze stodoły wybiegli dziadek Ksawery i Justyn. Gienia i Władek rzucili błagalne spojrzenia w stronę Ksawerego i starszego brata. Siwowłosy i siwobrody mężczyzna przybierając surowy wyraz twarzy i marszcząc brwi, nieudolnie usiłował ukryć blask radości w oczach, bo ułani, ułanami, a ptactwa pilnować trzeba, w każdej chwili na niebie może pojawić się jastrząb i upolować wypatrzonego z wysoka zwierzaka, a z drugiej strony - w takiej chwili - nie mógł przecież postąpić inaczej, jak tylko pozwolić wnukom pobiec z dzieciakami z sąsiedztwa. Gienia i Władek już się poderwali, gdy wnet na drodze do miasteczka podniósł się szum, wzbiły się tumany kurzu i dał się słyszeć dźwięk końskich kopyt. Droga przebiegała nieopodal domu Ksawerego. I zupełnie nieoczekiwanie okazało się, że wcale nie trzeba pędzić do Mosarza. Ułani w szarych mundurach, na wspaniałych koniach, z lancami w dłoniach z powiewającymi na łagodnym wietrze biało-czerwonymi proporcami, wolno, dostojnie, przeparadowali obok drewnianego domu z okazałym gankiem. Za nimi podążała spora grupa rozkrzyczanych, rozradowanych dzieciaków. Wkrótce do tej gromady dołączyli też i dorośli, którzy porzucili swoje polowe i ogrodowe prace, by móc się napawać widokiem polskich ułanów. Ksawery przystanął na schodkach wiodących na ganek i cicho powiedział do siebie:

- Warto było czekać. Warto było tych kochanych malców uczyć czytania.

piątek, 7 czerwca 2024

Błyski . Historia Rodzinna. Część 2 - ucieczka przed bolszewikami, Wileńszczyzna 1920

Nad drogą wiodącą z miasteczka unosił się – widoczny z daleka - ogromny tuman pyłu i słychać już było wyraźnie tętent kopyt końskich. Józek nie zastanawiając się ani chwili oddalił się w stronę Mosarza. Justyn nie zastanawiajac się długo wbiegł do stodoły, dosiadł swojego ulubionego konia, i korzystając z drugich wrót – tych od strony lasu – wyskoczył czym prędzej w stronę ciemniejącego na horyzoncie masywu leśnego. Oddział wyekspediowany do Krukowszczyzny, mający rozprawić się z kułakiem i przykładnie ukarać wroga ludu, wpadł na podwórze między domem a stodołą. Dwóch rozjuszonych mężczyzn wtargnęło do domu, a kilku pozostałych rozwarło wrota stodoły, a ich oczom ukazał się widok drugich wierzei otwartych szeroko i dość daleko na niewysokim wzgórzu dostrzegli postać jeźdźca galopującego w stronę lasu. Natychmiast puścili się za nim w pościg, pokrzykując i pogwizdując, by przywołać na pomoc swoich towarzyszy, przeszukujących izby domu, w nadziei, że znajdą tam znienawidzonych wrogów rewolucji. Żołdacy niezwłocznie wybiegli, dosiedli swoich koni i ruszyli za kompanami, by wesprzeć ich w pościgu. Justyn nie oglądając się pędził w stronę rozległej kniei, w której każdą drogę, każdą ścieżkę, każde uroczysko znał doskonale. Przepastne litewskie puszcze nie raz zapewniały schronienie mieszkańcom tych ziem. Już dojeżdżał do pierwszych drzew, nie zamierzał korzystać z najszerszej leśnej drogi, by nie ułatwiać zadania ścigającym go bolszewikom. Wolniej manewrując między drzewami, których było coraz więcej i las stawał się coraz gęstszy, zniknął niedoszłym oprawcom z pola widzenia. Gdy dotarli do ściany lasu po uciekinierze nie było już śladu, najmniejszy dźwięk go nie zdradzał. Klnąc siarczyście, zawrócili, by dokończyć dzieła zniszczenia. Skoro nie mogli przykładnie powiesić kułaka, rozniecili ogień i podłożyli pod okazały dom i stodołę. Spędzili miejscową ludność i zmusili ją do przyglądania się, jak płonie majątek wroga ludu, i jaki los będzie udziałem każdego, kto ośmieli się stanąć na drodze rewolucji, no i jak wygląda rewolucyjna sprawiedliwość.

Noc Justyn przeczekał w leśnej głuszy, nad brzegiem jeziora. Jasna poświata utrzymywała się jeszcze długo na lipcowym niebie, odbijając się w tafli spokojnego jeziora. Miejscowi opowiadali, że zimą w nocy z głębi jeziora dobiegają dźwięki jakby radosnych okrzyków, toczonych głośno rozmów, gromkich śmiechów, pobrzękujących dzwonków przy końskich uprzężach. A to wszystko za sprawą weselników, który w dawniejszych czasach - jak dawnych tego już nikt nie pamiętał - chcąc zimą skrócić drogę postanowili przeciąć zamarznięte jezioro, jednak lód pod ciężarem sań się załamał, a wody jeziora pochłonęły wszystkich bez wyjątku. I od tamtej pory zimowymi nocami nieszczęśnicy dają o sobie znać.

Na wszelki wypadek Justyn nie rozpalał ogniska. Wyczerpany nadmiarem wrażeń, martwiąc się o pozostawione gospodarstwo i pełen niepokoju o młodsze rodzeństwo, mimowolnie usnął. Wczesnym rankiem, ruszył w stronę Krukowszczyzny. Gdy wyjechał na skraj lasu, ze szczytu wzgórza wypatrzył sterczące kikuty spalonego domu i stodoły. Ominął zgliszcza i skierował się do domu dziadka Ksawerego, pod którego opieką pozostała Gienia, Adolf i Władek. Zdawał sobie sprawę, że ktoś z miejscowych musiał bolszewików powiadomić o tym kogo mają szukać, komu wymierzać dziejową sprawiedliwość. Co mogło kierować takim człowiekiem? Co chciał osiągnąć? Z tymi myślami wracał do wsi, ostrożnie rozglądając się wokół, czy nie ma gdzieś na horyzoncie bolszewickich czujek.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...