Wczesne lato 1939 roku. Nie wiadomo co konkretnie zadecydowało o tym, że Genowefa i Florian postanowili wyjechać do Adamowców. Pewne fakty wskazywałyby na to, że miał to być wyjazd tymczasowy i zamierzali do Warszawy jeszcze wrócić.
Tymczasem pierwsze bomby spadły na Warszawę 1 września, około 5.00 rano. Jednym z pierwszych zbombardowanych budynków był blok na Kole przy ulicy Obozowej 76, na Kolonii Towarzystwa Osiedli Robotniczych im. Stefana Żeromskiego, powstałej w latach 1935-1938. TOR był instytucją powołaną przez ówczesny rząd w celu budowy tanich mieszkań dla warszawskich robotników. I tu rzeczywiście mieszkali robotnicy. Tego dnia w gruzach zbombardowanego bloku zginęło 14 osób. Nie mniej dramatyczne sceny, rozegrały się niedaleko tego miejsca, tuż przy ulicy Ostroroga. 14 września, obrazy tak dobrze znane z fotografii Juliena Bryana. Niemieckie samoloty nadleciały w czasie, gdy kobiety wykopały w polu ziemniaki, na w pełni otwartej przestrzeni. Po zrzuceniu bomb na pobliskie budynki, samoloty zawróciły i z pokładowych karabinów zaczęły ostrzeliwać pracujące w polu osoby cywilne. Nawracały kilkakrotnie, zataczały koła nisko nad polem, a ich załogi strzelały do całkowicie bezbronnych, przerażonych ludzi. Po chwili, na miejscu pozostały dwa zakrwawione, nieruchome ciała. Na jednej z fotografii, przy martwej kobiecie, siedzi wystraszony chłopak, sprawiający wrażenie jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, co się przed chwilą wydarzyło. Na drugiej fotografii szczupła dziewczynka o blond włosach, klęczy nad leżącą, zesztywniałą starszą siostrą, dłonie ma złożone, usta otwarte jakby przemawiała do nieżyjącej i rozpaczliwie płacze, w tle widać drzewa i mur cmentarny.
8 września pod stolicą pojawiły się pierwsze oddziały Wehrmachtu. Żołnierze niemieccy zajęli Okęcie wraz z lotniskiem, a następnie zaatakowali pozycje wojsk polskich na Woli i Ochocie. Szturm zakończył się niepowodzeniem, podobnie jak i druga próba podjęta 9 września. Pod osłoną nocy z 8 na 9 września, nieopodal Fabryki Przetworów Chemicznych „Dobrolin” mieszczącej się przy ulicy Wolskiej 157/159, na rozkaz dowódcy 8 kompanii 40 Pułku Piechoty Dzieci Lwowskich porucznika Zdzisława Pacaka-Kuźmirskiego, ustawiono wzdłuż barykady, składającej się z dwóch przewróconych tramwajów, 100 beczek z łatwopalną i silnie drażniącą terpentyną, usunięto z okolic bronionego odcinka i pobliskich domów mieszkalnych wszelkie materiały łatwopalne, zabezpieczono także workami z piaskiem dojścia do znajdujących na terenie przedsiębiorstwa podziemnych zbiorników z terpentyną. I kiedy 9 września niemiecka kolumna czołgów i samochodów pancernych zbliżyła się do barykady, polscy obrońcy otworzyli ogień. Eksplodujące beczki z terpentyną wywołały ogromny pożar, który ogarnął niemal 100-metrowy odcinek ulicy. Walka zakończyła się po 45 minutach, Niemcy ponieśli poważne straty i byli zmuszeni do wycofania się.
Jednakże 15 września stolica została okrążona przez wojska niemieckie. Tego też dnia przebywający pod Warszawą Adolf Hitler wydał rozkaz ostrzelania Zamku Królewskiego, aby złamać opór obrońców. W kolejnych dniach siły polskie zostały wzmocnione przez część oddziałów Armii „Poznań” i „Pomorze” pod dowództwem gen. Tadeusza Kutrzeby, którym udało się przebić do Warszawy po bitwie nad Bzurą.
25 września Luftwaffe przeprowadziło nalot dywanowy na stolicę, zrzucając 560 ton bomb burzących i 72 tony bomb zapalających. Bombardowanie trwało od godziny 7.00 aż do zmroku. Tego dnia ponownie ucierpiało wspomniane Osiedle TOR przy ulicy Obozowej. Śmierć poniosło 16 jego mieszkańców. A następnego dnia oddziały niemieckie przystąpiły do generalnego szturmu na miasto. Nie przyniósł on co prawda większych sukcesów, jednak w związku z brakiem wody, żywności, amunicji oraz ciężkim położeniem ludności cywilnej, dowództwo obrony Warszawy postanowiło zaprzestać dalszego oporu.
28 września został podpisany akt kapitulacji. Niemcy wkroczyli do Warszawy 30 września, a 5 października Adolf Hitler przyjął w Alejach Ujazdowskich defiladę wojsk niemieckich. Podczas trzech tygodni walk, poległo 2 tysiące żołnierzy polskich, 16 tysięcy żołnierzy odniosło rany, straty wśród ludności cywilnej sięgnęły 10 tysięcy zabitych i około 50 tysięcy rannych; zniszczeniu uległo 10% zabudowy miasta.
Natomiast 17 września oddziały sowieckie weszły do Głębokiego, a wieczorem 19 września, po krótkiej obronie, zajęły Wilno. Na mocy podpisanego 10 października 1939 roku przez ZSRR i Litwę porozumienia o wzajemnej pomocy Wilno wraz z wąskim pasmem zachodniej części Wileńszczyzny zostały przekazane Litwie. W zamian za to, sowieci uzyskali zgodę na utworzenie trzech swoich baz na Litwie. Pozostałe ziemie województwa wileńskiego znalazły się w granicach ZSRR. 2 listopada 1939 roku Głębokie włączono w skład Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Ten stan rzeczy trwał jedynie do 15 czerwca 1940 roku, kiedy to oddziały Armii Czerwonej ponownie wkroczyły do Wilna i tym razem zajęły już całą Litwę.
Gdy wokół rozgrywała się wielka historia, w Adamowcach, dnia 31 stycznia 1940 r. (wedle dokumentów miało to miejsce dnia 30 stycznia) w domu Genowefy i Floriana na świat przyszła dziewczynka, poczęta jeszcze w wolnej Warszawie, na Woli zresztą, co nie pozostanie bez znaczenia dla dalszej opowieści. W tym momencie do akcji wkroczyła, niezawodna w takich sytuacjach, ciotka Marianna, która zadecydowała, że dziewczynka będzie nosiła imię Florentyna. A skoro ciotka tak postanowiła, to nikt nie mógł się jej sprzeciwiać. Imię stało się w późniejszym czasie przyczyną wielu udręk dziecka, i w przedszkolu, i w szkole, dopiero z wejściem w dorosłość przyjdzie pogodzenie się z nim. Tymczasem, w lutym 1940 roku dziecko zostało ochrzczone w kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale. Okupacja sowiecka ze swoim terrorem szczęśliwie omijała Adamowce, lecz 2 lipca 1941 r. do Głębokiego wkroczyli Niemcy. Jednego okupanta zastąpił drugi. I mimo, że same Adamowce i ich mieszkańcy nie ucierpieli w sposób szczególny za pierwszego sowieta, to jeszcze długi czas po wojnie Genowefa będzie wspominać okrucieństwa jakich dopuścili się Rosjanie wobec więźniów przetrzymywanych w dawnym klasztorze Bazylianów w Berezweczu koło Głębokiego. Przed wojną na terenie klasztoru stacjonował Pułk Korpusu Ochrony Pogranicza "Głębokie" i mieściła się placówka wywiadowcza KOP. W utworzonym więzieniu sowieci zgromadzili Polaków, Białorusinów, Litwinów, ale też obywateli innych państw nadbałtyckich. W nocy z 23 na 24 czerwca 1941 r., po ataku Niemców na ZSRR, obsługa więzienia wymordowała w wyjątkowo okrutny sposób około ośmiuset więźniów. Nazwa Berezwecze wśród miejscowej ludności budzić będzie odtąd grozę. Opowiadano o ludziach, których zamurowywano żywcem w zagłębieniach muru okalającego klasztor. Z tych, których nie zdołano uśmiercić w celach czy piwnicach, uformowano dwie kolumny. Jedną popędzono do stacji w Głębokim i wywieziono do Kujbyszewa, natomiast drugą skierowano w stronę Witebska, dołączono ją do grupy więźniów ewakuowanych z Litwy, a po przejściu mostu na Dźwinie, w okolicy wsi Taklinowo, rozstrzelano przy użyciu karabinów maszynowych. Szacuje się, że śmierć poniosło tam od 1 do 2 tysięcy osób.
Okupacja niemiecka, jako trwająca dłużej niż pierwsza sowiecka, przyniosła ze sobą pierwszą tragiczną śmierć do Adamowców. Stało się to zimowym wieczorem. Zasypaną miękkim śnieżnym puchem drogą od strony lasu sunęły cicho i wolno sanie wyładowane drewnem na opał. Na saniach siedziała około dwudziestoletnia dziewczyna, ubrana w ciepły kożuch, rozmawiała żywo z powożącym sanie ojcem, gdy niespodziewanie, jak się wydawało, gdzieś w oddali, rozpętała się strzelanina. Zabłąkana kula dosięgła jednak dziewczynę, ugodziła ją śmiertelnie w głowę. Prawdopodobnie doszło do wymiany ognia między Niemcami a sowieckim oddziałem partyzanckim. Ukochaną, dobrą córkę zrozpaczeni rodzice pochowali na starym cmentarzu wznoszącym się na górce na skraju wsi.
Z czasem w Adamowcach zaczęli się pojawiać uzbrojeni mężczyźni. Któregoś razu wtargnęli też do domu Floriana i Genowefy. Kazali Florianowi oddać między innymi buty. Gdy przyniósł im starą parę, oni na nie spojrzeli, a następnie ku zdumieniu - i Floriana i Genowefy - jeden z nich powiedział:
- Masz przecież nowe, z Warszawy, gdzie je schowałeś?! Dawaj tamte!
Nie było wyjścia, trzeba było je oddać. Skąd wiedzieli, że miał nowe buty, i że przywiózł je z Warszawy, tego nie sposób było ustalić.
Innym razem, do wsi wpadli niemieccy żołnierze. Przyjechali po młodych ludzi, którzy byli zdolni do pracy, by wywieźć ich na roboty przymusowe do Niemiec. Gdy wyprowadzano dorosłe już córki sąsiadów, stojący przy furtce żołnierz odszedł kilka kroków, odwrócił się i zaczął płakać, a widząc Genowefę, podszedł do niej i powiedział po polsku, że jest Ślązakiem, i ma córki w takim właśnie wieku, które zostały w rodzinnym domu.
W okolicy pojawiły się też oddziały litewskie współpracujące z Niemcami. Być może był to litewski batalion policji pomocniczej, być może tak zwani szaulisi. Szaulisami nazywano członków Związku Strzelców Litewskich, ochotniczej organizacji paramilitarnej powstałej jeszcze w sierpniu 1919 roku w Kownie. Niemcy wykorzystywali ich w akcjach przeciw ludności polskiej i żydowskiej, w walkach z partyzantami sowieckimi i Armią Krajową. Litwini byli też obsadzani w lokalnej administracji cywilnej. Genowefa wspominała litewskiego urzędnika o imieniu Stanisław, który władał doskonale językiem polskim i był na tyle ludzki, że można było z nim w ważnych sprawach się porozumieć. Gdy któregoś razu Niemcy zarekwirowali z gospodarstwa Floriana i Genowefy krowę, Stanisław pomógł ją odzyskać. Każde zwierzę w czasie okupacji było wszak na wagę złota, a krowy w szczególności.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna na Kresach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna na Kresach. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 5 sierpnia 2024
piątek, 26 stycznia 2024
Codziennie życie w Adamowcach - wspomnienia (część 13)
Wspomnienia z dzieciństwa, o ile było ono rzeczywiście szczęśliwe, przeważnie pełne są słońca, żywych barw, cudownych wydarzeń, które niemal całkowicie przyćmiewają to co było przykre, bolesne, niosące cierpienia. Kilkuletnia dziewczynka, której wczesne dzieciństwo minęło w bliskości kochających rodziców, braciszka, dziewiczej natury, ludzi prostych i życzliwych, pomocnych, zwierzaków, którymi można się było opiekować - kaczuszek, kurczaczków, gąsek, owieczek, psiaków i kotków, w miejscu, do którego początkowo z rzadka dobiegały odgłosy toczącej się wojny, zapamiętała ten świat jako pełen światła i miłości. I w jej opowieściach, jeśli była to wiosna czy lato - to zawsze w bujnej zieleni, pachnące sadem i ogrodem, zbożami na polach, łąkowymi ziołami, zatopione w promieniach słońca. A jeśli zima, to tylko mroźna, śnieżna i też obowiązkowo słoneczna. Te wojenny odpryski, pojawią się później w opowieściach mamy dziecka, o kuzynce ojca - przypadkowej ofierze wymiany ognia między Niemcami a partyzantami; o innej kuzycne zabieranej na roboty do Niemiec i żołnierzu, który odwrócony plecami do rozgrywającej się dramatycznej sceny rozdzielania młodej dziewczyny od rodziców płakał i łkając mówił, że pochodzi ze Śląska i zostawił tam córkę w takim właśnie wieku. Ale to były opowieści o zdarzeniach, których dziecko nie widziało własnymi oczami. Prawdziwy lęk, prawdziwy ból, doświadczony bezpośrednio, pojawił się wraz z drugim przyjściem sowietów - Z Adamowców do Białegostoku - wspomnienia (część 3).
Ale zanim się to stało, to życie dziecka upływało na beztroskich zabawach z domowymi zwierzakami - noszeniu w durszlaku kaczuszek, gąsek, kurczaczków nad staw, chodzeniu z mamą na spacery pełne cudownych zdarzeń. Raz też Florcia spłatała niewinnie rodzicom i całej wiejskiej społeczności niemałego figla, zasypiając w dzień pod łóżkiem. W pewnym momencie, gdy rodzice zorientowali się, że dziewczynki nie ma w domu, nie ma na podwórzu, nie widać jej we wsi, wszczęli alarm, wszyscy przebywający w tym czasie w Adamowcach udali się na poszukiwania dziecka. Dopiero po upływie dłuższego czasu, niezawodny piesek - Misiek - odkrył Florcię śpiącą pod łóżkiem. Wielką radością było dla dziewczynki pojawienie się na pewien czas nowego domownika - małej owieczki, której mama urodziwszy zwierzątko, zachorowała i nie miała mleka, by ją karmić, wówczas owieczka została przygarnięta do domu, a w rolę jej mamy wcieliła się mama Florci - Genowefa - karmiąc zwierzątko mlekiem z butelki ze smokiem. To jeden z najcudowniejszych obrazków z dzieciństwa, jakie Florcia zapamiętała. Były też jednak zdarzenia budzące grozę, jak wyprawa bryczką, w czasie której dziewczynka o mały włos nie straciła palca, a może nawet życia, gdy upadek z rozpędzonego wozu skutkował wkręceniem dłoni w koło i w końcu wpadnięciem do płynącego przed wsią strumienia. Ślad po tym wypadku w postaci wyraźnie zniekształconego palca wskazującego pozostał Florentynie do końca życia.
Ten strumień, a właściwie rzeczka, w której wylądowała Florcia nosi nazwę Marchwa, w języku białoruskim - Margwa, i co jest najciekawsze jest hydronimem pochodzącym z języka fińskiego. Czy w dawnych czasach mieszkały tu plemiona ugrofińskie? Niedaleko stąd mamy już Łotwę, a ziemie łotewskie były początkowo zamieszkałe przez plemiona ugrofińskie - Estów, Kurów, Liwów - jak podaje w swojej pracy "Problematyka narodowościowa Łotwy" Piotr Eberhardt. Kto wie, może część z nich dotarła i w tę okolicę? Z Adamowców do granicy łotewskiej w okolicach Drui, w prostej linii, jest około 80 kilometrów. To nie tak znowuż daleko.
Po przejściu przez te ziemie frontu, kiedy mężczyźni zostali powołani do wojska, do II Armii Wojska Polskiego, we wsi pojawił się wraz z rodziną tajemniczy mężczyzna o imieniu Serafin, który zamieszkał albo kątem u kogoś, albo w jakimś opuszczonym już domu. Najprawdopodobniej udawał człowieka szalonego, owijał się w nocy prześcieradłem i w takim stroju biegał po wsi. Mieszkańcom zaczęły też w niewyjaśnionych okolicznościach znikać kury i inne ptactwo. Genowefa zauważyła któregoś razu brak jednej kury. O sprawstwo podejrzewano bardziej Serafina niż lisy. Tym bardziej, że jednego razu Serafin powiedział babci: - Jeśli ktoś ją (zagnionią kurę) zabrał i zjadł, to niech mu to tylko wyjdzie na zdrowie. Dorośli uważali, że ów Serafin został nasłany do wsi przez Rosjan na przeszpiegi. Miejscowa ludność jeszcze nie wiedziała, że znajdzie się na długie lata w granicach ZSRR - tak jak brat babci - Władysław - był święcie przekonany, że tu była, jest i będzie Polska, myślało wielu mieszkańców tych ziem, a ich los w rzeczywistości został już dawno przypieczętowany, bo w grudniu 1943 r. na Konferencji w Teheranie . Rosjanie zapewne chcieli mieć rozeznanie jakie są nastroje wśród mieszkańców, kto ma jakie przekonania, czym się zajmuje, czym się zajmował wcześniej, czy nie wspierał i nie wspiera polskiego podziemia, czy nie jest wrogiem ludu, nowej władzy, kułakiem. Ktoś w końcu musiał donieść nowym władzom o tym, że dziadek Florian ubrany w elegancki garnitur przyjeżdżał do kościoła wraz z rodziną bryczką, a zapewne też o tym, że przed wojną mieszkał i pracował przez 3 lata w Warszawie. To były wystarczające powody, by babcia Genowefa ze swoimi dziećmi znalazła się na liście osób przeznaczonych do wywiezienia w głąb ZSRR.
CDN
Ale zanim się to stało, to życie dziecka upływało na beztroskich zabawach z domowymi zwierzakami - noszeniu w durszlaku kaczuszek, gąsek, kurczaczków nad staw, chodzeniu z mamą na spacery pełne cudownych zdarzeń. Raz też Florcia spłatała niewinnie rodzicom i całej wiejskiej społeczności niemałego figla, zasypiając w dzień pod łóżkiem. W pewnym momencie, gdy rodzice zorientowali się, że dziewczynki nie ma w domu, nie ma na podwórzu, nie widać jej we wsi, wszczęli alarm, wszyscy przebywający w tym czasie w Adamowcach udali się na poszukiwania dziecka. Dopiero po upływie dłuższego czasu, niezawodny piesek - Misiek - odkrył Florcię śpiącą pod łóżkiem. Wielką radością było dla dziewczynki pojawienie się na pewien czas nowego domownika - małej owieczki, której mama urodziwszy zwierzątko, zachorowała i nie miała mleka, by ją karmić, wówczas owieczka została przygarnięta do domu, a w rolę jej mamy wcieliła się mama Florci - Genowefa - karmiąc zwierzątko mlekiem z butelki ze smokiem. To jeden z najcudowniejszych obrazków z dzieciństwa, jakie Florcia zapamiętała. Były też jednak zdarzenia budzące grozę, jak wyprawa bryczką, w czasie której dziewczynka o mały włos nie straciła palca, a może nawet życia, gdy upadek z rozpędzonego wozu skutkował wkręceniem dłoni w koło i w końcu wpadnięciem do płynącego przed wsią strumienia. Ślad po tym wypadku w postaci wyraźnie zniekształconego palca wskazującego pozostał Florentynie do końca życia.
Ten strumień, a właściwie rzeczka, w której wylądowała Florcia nosi nazwę Marchwa, w języku białoruskim - Margwa, i co jest najciekawsze jest hydronimem pochodzącym z języka fińskiego. Czy w dawnych czasach mieszkały tu plemiona ugrofińskie? Niedaleko stąd mamy już Łotwę, a ziemie łotewskie były początkowo zamieszkałe przez plemiona ugrofińskie - Estów, Kurów, Liwów - jak podaje w swojej pracy "Problematyka narodowościowa Łotwy" Piotr Eberhardt. Kto wie, może część z nich dotarła i w tę okolicę? Z Adamowców do granicy łotewskiej w okolicach Drui, w prostej linii, jest około 80 kilometrów. To nie tak znowuż daleko.
Po przejściu przez te ziemie frontu, kiedy mężczyźni zostali powołani do wojska, do II Armii Wojska Polskiego, we wsi pojawił się wraz z rodziną tajemniczy mężczyzna o imieniu Serafin, który zamieszkał albo kątem u kogoś, albo w jakimś opuszczonym już domu. Najprawdopodobniej udawał człowieka szalonego, owijał się w nocy prześcieradłem i w takim stroju biegał po wsi. Mieszkańcom zaczęły też w niewyjaśnionych okolicznościach znikać kury i inne ptactwo. Genowefa zauważyła któregoś razu brak jednej kury. O sprawstwo podejrzewano bardziej Serafina niż lisy. Tym bardziej, że jednego razu Serafin powiedział babci: - Jeśli ktoś ją (zagnionią kurę) zabrał i zjadł, to niech mu to tylko wyjdzie na zdrowie. Dorośli uważali, że ów Serafin został nasłany do wsi przez Rosjan na przeszpiegi. Miejscowa ludność jeszcze nie wiedziała, że znajdzie się na długie lata w granicach ZSRR - tak jak brat babci - Władysław - był święcie przekonany, że tu była, jest i będzie Polska, myślało wielu mieszkańców tych ziem, a ich los w rzeczywistości został już dawno przypieczętowany, bo w grudniu 1943 r. na Konferencji w Teheranie . Rosjanie zapewne chcieli mieć rozeznanie jakie są nastroje wśród mieszkańców, kto ma jakie przekonania, czym się zajmuje, czym się zajmował wcześniej, czy nie wspierał i nie wspiera polskiego podziemia, czy nie jest wrogiem ludu, nowej władzy, kułakiem. Ktoś w końcu musiał donieść nowym władzom o tym, że dziadek Florian ubrany w elegancki garnitur przyjeżdżał do kościoła wraz z rodziną bryczką, a zapewne też o tym, że przed wojną mieszkał i pracował przez 3 lata w Warszawie. To były wystarczające powody, by babcia Genowefa ze swoimi dziećmi znalazła się na liście osób przeznaczonych do wywiezienia w głąb ZSRR.
CDN
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Poświęciłem się po raz kolejny, by obejrzeć między północą a 2 w nocy dwa ostatnie odcinki znakomitego rosyjskiego serialu "Idiota...
-
Leniwe, zimowe, niedzielne popołudnie, blade słońce świecące prosto w oczy, pola przykryte cienką już warstwą śniegu, a do tego sącząca się ...