Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łotwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łotwa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 stycznia 2024

Codziennie życie w Adamowcach - wspomnienia (część 13)

Wspomnienia z dzieciństwa, o ile było ono rzeczywiście szczęśliwe, przeważnie pełne są słońca, żywych barw, cudownych wydarzeń, które niemal całkowicie przyćmiewają to co było przykre, bolesne, niosące cierpienia. Kilkuletnia dziewczynka, której wczesne dzieciństwo minęło w bliskości kochających rodziców, braciszka, dziewiczej natury, ludzi prostych i życzliwych, pomocnych, zwierzaków, którymi można się było opiekować - kaczuszek, kurczaczków, gąsek, owieczek, psiaków i kotków, w miejscu, do którego początkowo z rzadka dobiegały odgłosy toczącej się wojny, zapamiętała ten świat jako pełen światła i miłości. I w jej opowieściach, jeśli była to wiosna czy lato - to zawsze w bujnej zieleni, pachnące sadem i ogrodem, zbożami na polach, łąkowymi ziołami, zatopione w promieniach słońca. A jeśli zima, to tylko mroźna, śnieżna i też obowiązkowo słoneczna. Te wojenny odpryski, pojawią się później w opowieściach mamy dziecka, o kuzynce ojca - przypadkowej ofierze wymiany ognia między Niemcami a partyzantami; o innej kuzycne zabieranej na roboty do Niemiec i żołnierzu, który odwrócony plecami do rozgrywającej się dramatycznej sceny rozdzielania młodej dziewczyny od rodziców płakał i łkając mówił, że pochodzi ze Śląska i zostawił tam córkę w takim właśnie wieku. Ale to były opowieści o zdarzeniach, których dziecko nie widziało własnymi oczami. Prawdziwy lęk, prawdziwy ból, doświadczony bezpośrednio, pojawił się wraz z drugim przyjściem sowietów - Z Adamowców do Białegostoku - wspomnienia (część 3).

Ale zanim się to stało, to życie dziecka upływało na beztroskich zabawach z domowymi zwierzakami - noszeniu w durszlaku kaczuszek, gąsek, kurczaczków nad staw, chodzeniu z mamą na spacery pełne cudownych zdarzeń. Raz też Florcia spłatała niewinnie rodzicom i całej wiejskiej społeczności niemałego figla, zasypiając w dzień pod łóżkiem. W pewnym momencie, gdy rodzice zorientowali się, że dziewczynki nie ma w domu, nie ma na podwórzu, nie widać jej we wsi, wszczęli alarm, wszyscy przebywający w tym czasie w Adamowcach udali się na poszukiwania dziecka. Dopiero po upływie dłuższego czasu, niezawodny piesek - Misiek - odkrył Florcię śpiącą pod łóżkiem. Wielką radością było dla dziewczynki pojawienie się na pewien czas nowego domownika - małej owieczki, której mama urodziwszy zwierzątko, zachorowała i nie miała mleka, by ją karmić, wówczas owieczka została przygarnięta do domu, a w rolę jej mamy wcieliła się mama Florci - Genowefa - karmiąc zwierzątko mlekiem z butelki ze smokiem. To jeden z najcudowniejszych obrazków z dzieciństwa, jakie Florcia zapamiętała. Były też jednak zdarzenia budzące grozę, jak wyprawa bryczką, w czasie której dziewczynka o mały włos nie straciła palca, a może nawet życia, gdy upadek z rozpędzonego wozu skutkował wkręceniem dłoni w koło i w końcu wpadnięciem do płynącego przed wsią strumienia. Ślad po tym wypadku w postaci wyraźnie zniekształconego palca wskazującego pozostał Florentynie do końca życia.

Ten strumień, a właściwie rzeczka, w której wylądowała Florcia nosi nazwę Marchwa, w języku białoruskim - Margwa, i co jest najciekawsze jest hydronimem pochodzącym z języka fińskiego. Czy w dawnych czasach mieszkały tu plemiona ugrofińskie? Niedaleko stąd mamy już Łotwę, a ziemie łotewskie były początkowo zamieszkałe przez plemiona ugrofińskie - Estów, Kurów, Liwów - jak podaje w swojej pracy "Problematyka narodowościowa Łotwy" Piotr Eberhardt. Kto wie, może część z nich dotarła i w tę okolicę? Z Adamowców do granicy łotewskiej w okolicach Drui, w prostej linii, jest około 80 kilometrów. To nie tak znowuż daleko.

Po przejściu przez te ziemie frontu, kiedy mężczyźni zostali powołani do wojska, do II Armii Wojska Polskiego, we wsi pojawił się wraz z rodziną tajemniczy mężczyzna o imieniu Serafin, który zamieszkał albo kątem u kogoś, albo w jakimś opuszczonym już domu. Najprawdopodobniej udawał człowieka szalonego, owijał się w nocy prześcieradłem i w takim stroju biegał po wsi. Mieszkańcom zaczęły też w niewyjaśnionych okolicznościach znikać kury i inne ptactwo. Genowefa zauważyła któregoś razu brak jednej kury. O sprawstwo podejrzewano bardziej Serafina niż lisy. Tym bardziej, że jednego razu Serafin powiedział babci: - Jeśli ktoś ją (zagnionią kurę) zabrał i zjadł, to niech mu to tylko wyjdzie na zdrowie. Dorośli uważali, że ów Serafin został nasłany do wsi przez Rosjan na przeszpiegi. Miejscowa ludność jeszcze nie wiedziała, że znajdzie się na długie lata w granicach ZSRR - tak jak brat babci - Władysław - był święcie przekonany, że tu była, jest i będzie Polska, myślało wielu mieszkańców tych ziem, a ich los w rzeczywistości został już dawno przypieczętowany, bo w grudniu 1943 r. na Konferencji w Teheranie . Rosjanie zapewne chcieli mieć rozeznanie jakie są nastroje wśród mieszkańców, kto ma jakie przekonania, czym się zajmuje, czym się zajmował wcześniej, czy nie wspierał i nie wspiera polskiego podziemia, czy nie jest wrogiem ludu, nowej władzy, kułakiem. Ktoś w końcu musiał donieść nowym władzom o tym, że dziadek Florian ubrany w elegancki garnitur przyjeżdżał do kościoła wraz z rodziną bryczką, a zapewne też o tym, że przed wojną mieszkał i pracował przez 3 lata w Warszawie. To były wystarczające powody, by babcia Genowefa ze swoimi dziećmi znalazła się na liście osób przeznaczonych do wywiezienia w głąb ZSRR.

CDN

poniedziałek, 8 października 2012

W drodze do Estonii, Zatoka Ryska, tuż za Rygą, przy trasie do Parnu (Parnawy)





Pierwszy krótki postój tuż po minięciu Rygi nad Morzem Bałtyckim, w Zatoce Ryskiej. Rygę, o ile nie zamierzamy jej zwiedzać w biegu, w pośpiechu, można sprawnie ominąć obwodnicą, i kierować się w stronę Tallina. Z Białegostoku do tego urokliwego miejsca w Zatoce Ryskiej jechaliśmy około 7 - 8 godzin, z krótkim postojem na Litwie, tuż przed granicą z Łotwą, w przydrożnej knajpce, w której udało nam się zjeść naprawdę smaczny, domowy obiad, i do tego jeszcze miło, naturalnie pogaworzyć z kelnerką, rodowitą Litwinką, choć kelnerka to chyba i tak słowo na wyrost, bo ono od razu przywodzi na myśl restaurację, a to był ledwie skromny, przydrożny bar, i zatrudniona w nim miejscowa dziewczyna, która podała nam pyszną pikantną zupę, której nazwy za nic sobie nie przypomnę i kilka razy donosiła najprawdopodobniej najlepsze na świecie, niemal legendarne litewskie pieczywo.

Na plaży spędziliśmy nie więcej niż godzinę. Nie wiedzieliśmy, ile jeszcze czasu zajmie nam podróż do Pärnu, w okolicach którego mieliśmy zarezerwowany nocleg - jak się nieco później okaże - w urokliwym drewnianym domu z XIX wieku, będącym wówczas najprawdopodobniej własnością właściciela pobliskiego młyna. 

W drogę wyruszyliśmy około 18.00, a na miejscu byliśmy tuż przed 20.00. Droga początkowo wiła się wzdłuż morza przez piękny sosnowy las, rozświetlony promieniami zachodzącego słońca, kiedy smukłe pnie sosen przybierają odcień miodu gryczanego.

Pensjonat Nurmeveski külalistemaja, kilka kilometrów za Pärnu, otoczony dorodnymi, pomnikowymi drzewami, na łagodnym zielonym wzniesieniu nad rzeką, prowadzi sympatyczne małżeństwo rodowitych Estończyków, z którymi bez problemów można komunikować się w języku angielskim czy rosyjskim, i miło pogawędzić choćby o historii Nurmeveski. Stąd przez kilka dni ruszaliśmy na podbój Pärnu, ale o tym następnym razem.

piątek, 21 stycznia 2011

Eesti Vabariik - estońskie impresje

Niemal zawsze na ułożenie i uporządkowanie wrażeń z podróży potrzebuję mniej lub bardziej dłuższego czasu, zresztą nie jest to jakiś skomplikowany proces myślowy i wysiłek z mojej strony, one tak naprawdę układają się same, zupełnie spontanicznie, niezależnie od mojej woli. Z początku żyją w setkach obrazów, detali, może nawet nieistotnych szczegółów, aż w końcu zaczynają się układać, jak drobinki szkła w dziecięcym kalejdoskopie, jaki można było za czasów mego dzieciństwa nabyć np. na rynku w Augustowie. Podobnie było też z ubiegłorocznymi dwoma wyprawami do Estonii. Dopiero teraz zaczęły mi się układać w jakąś jedną, spójną całość. Pierwszy wyjazd, miał miejsce w czerwcu ubiegłego roku, z krótkim pobytem w Wilnie, a następnie niemal 10-godzinną jazdą przez Utenę, łotewskie Daugavpils, Rezekne, Aluksne, Ape, a jego celem było Tartu, drugie co do wielkości miasto Estonii.

Po podróży z przygodami, zwłaszcza na Łotwie, gdzie drogi ni stąd, ni zowąd, potrafią się urwać i zamienić w - co prawda szerokie - ale jednak tylko szutrówki, po których z pełną prędkością pędzą ogromne TIR-y - to na Łotwie podobno rzecz normalna, poza tym jechaliśmy przez Łatgalię, najbiedniejszy region Łotwy, a więc to tak, jakby chcieć o Polsce wyrobiać opinię na podstawie wędrówek po Podlasiu, Lubelszczyznie czy Podkarpaciu - dotarliśmy do celu podróży.

Ale zanim to się stanie, na jednej z takich dróg zapadniemy się, jak w ruchomym piasku, na remontowanej drodze, gdzie świeżo wysypany piasek nie został wystarczająco ubity, a przed wjazdem na nią nie ostrzegał żaden znak. Z opresji uratują nas przejeżdżający tędy przypadkowo robotnicy (przypadkowo, bo ze względu na porę nikt tu już nie pracował), zatrzymają się, wysiądzie ich z furgonetki pięciu:

- Pomocz wam? - zapytają po rosyjsku i nasza opresja nie będzie trwała dłużej niż pięć minut.

Dalej zobaczę po raz pierwszy w życiu w puszczy, wzdłuż leśnych piaszczystych dróg, znaki drogowe informujące o zakrętach, skrzyżowaniach drogi głównej z drogą podporządkowaną. Rzecz zupełnie niebywała! W moich puszczach widziałem tylko szlabany i znaki zakazu wjazdu z taliczką "Nie dotyczy ALP". A tu "pełna" infrastruktura drogowa i nie bez powodu, bo ruch tu panuje taki, jak na Marszałkowskiej w Warszawie. Najgorszę są TIR-y, przed którymi należy zjeżdżać jak najgłębiej na pobocze, a najlepiej zatrzymywać się, by ocalić przednią szybę przed fruwającymi w powietrzu, wyskakującymi, jak z procy, spod kół ciężarówek, małymi groźnymi kamykami. A później jeszcze trzeba kilka minut odczekać, aż opadnie pył, by widzieć chociaż drogę.

W urokliwym łotewskim Aluksne, położonym wśród lasów i jezior, na licznych pagórkach, tracimy orientację, znikają drogowskazy, ale dzięki Bogu jest słoneczny, piękny, czerwcowy dzień, późne popołudnie i dość liczni mieszkańcy na ulicach, z którymi można się porozumieć po rosyjsku, choć jak twierdzą Rosjanami nie są. Uprzejmi, życzliwi, wskazują nam drogę i - z własnej inicjatywy, bo nam przecież nie wypada - żartują sobie z łotewskich dróg.

Jedna z kobiet, dowiedziawszy się, że jesteśmy z Polski, wpada nieoczekiwnie w zachwyt i zarzeka się, że całe życie marzy jej się podróż do Polski, a nam nie pozostaje nic innego niż utwierdzić ją w przekonaniu, że przyjechać do nas warto.

Jeszcze tylko Ape, do którego znowu dojeżdżamy niemiełosiernie wysuszoną żwirówką - w tumanach wzbijanego pyłu trudno nawet dostrzec nadjeżdżający z naprzeciwka samochód, nie mówiąc już o krajobrazach. W Ape bez pomocy mieszkańców, także byśmy się nie obeszli, zbliża się co prawda wieczór, ale sporo osób krząta się w przydomowych ogródkach. Stąd już tylko kliometr, może dwa do granicy z Estonią. Po drodze miniemy jeszcze samochód łotewskiej Straży Granicznej z flirtującymi ze sobą funkcjonariuszem i funkcjonariuszką, którzy będą się nam przyglądać ze zdumieniem, a później obniżenie terenu, łągodna dolinka, strumyk i słupy graniczne - nas najbardziej itneresują te czarno - białe z napisem "Eesti Vabariik", bo to widomy znak tego, że jesteśmy w Estonii. Krótki postój, by nacieszyć się ich widokiem, za nami i przed nami sosnowy las, gdzieś zza lasu dobiegają ludzkie głosy w kompletnie niezrozumiałym dla nas języku.

Między drzewami połyskuje w popołudniowym słońcu leśny strumień. Pierwszą napotkaną przez nas osobą będzie zgarbiony staruszek w ciemnym płaszczu i czapce z daszkiem, wspierający się na lasce i zmierzający w stronę lasu poboczem wąskiej i krętej asflatowej drogi. Wreszcie wyjeżdżamy na zalaną słońcem polanę, a naszym oczom ukazują się pierwsze drewniane zabudowania. To urokliwe Mõniste - wieś położona w kotlince między wzgórzami i lasami. Słońce mamy z lewej strony, jedziemy teraz na północ. Droga wciąż się wije, aż docieramy do szerokiej szosy, która przez dobrych klikanaście kilometrów będzie nas wiodła przez przepastną puszczę, przypominającą mi jako żywo Puszczę Knyszyńską i Puszczę Augustowską, choć jesteśmy od tej pierwszej około 700 km, a od tej drugiej około 600 km, na północny wschód.

Tutejsze krajobrazy i szata roślinna mają wiele cech wspólnych z tymi, zaczynającymi się już na północnych rogatkach Białegostoku. Ktoś kiedyś powiedział, że słońce na północ od Białegostoku przypomina mu słońce wileńskie, bo rzeczywiście to jest już "słońce północne" - nie tak intesywne, często rozproszone i świecące, jakby przez mgłę, choć popołudniami wydobywające ostre i wyraźne kontury lasów czy architektury.

Na niemal, pustej, szerokiej asfaltowej szosie przez dłuższy czas nie mijamy żadnych samochodów, z rzadka otwierają się ogromne puszczańskie polany z niewielkimi wioskami, o drewnianych domach z dwuspadowymi dachami stojących w otoczeniu niewielkich ogrodów i sadów; miniemy kilka starszych kobiet uprawiających nordic walking - tu nawet przy szosie powietrze jest świeże i ożywcze.

W pobliżu jednej z wiosek zatrzymamy się przy kamieniu obelisku poświęconym tak zwanym Leśnym Braciom, którzy jeszcze długo po wojnie stawiali opór okupującej kraj Armii Czerwonej. Podobno ostatni partyzant zginął w 1978 r.! Gdy w końcu agentom KGB udało się go namierzyć i do niego dotrzeć - ukrywał się w leśnej głuszy nad jeziorem - w ostatniej chwili zdążył popełnić samobójstwo rzucając się do wody.

Dalej ruszamy już prosto do Tartu, prostą jak strzała asfaltową drogą, na której nikt nie pędzi na złamanie karku, nikt nie wyprzedza na trzeciego, nie ma dziur i krzyży upamiętniających ofiary wypadków. Kultura jazdy nie jest tutaj frazesem czy hasłem kampanii społecznej, ale czymś żywym i namacalnym.

Chcemy być w mieście jeszcze przed zmrokiem, zapominając zupełnie, że jazda w ciemnościach o tej proze roku nam nie grozi, bo przyjeżdżamy w czasie występowania białych nocy.

Pierwsze chwile w Estonii, kraju nie tak w końcu odległym, ale wciąż dla nas egzotycznym, dają nam poczucie, jakiegoś niezrozumiałego szczęścia i ekscytacji. A więc to tak wygląda kraj, którego 50 % powierzchni stanowią lasy, a dzika natura doskonale komponuje się z gotycką średnioweiczną architekturą katedr i zamków, kraj twórców niezawodnego Skype i Wi-Fi dostępnego nawet w puszczy, jedno z najprężniej rozwijających się państw europejskich, którego obywatele znakomicie potrafią łączyć mądry indywidualizm z umiejętnością i wolą wzajemnego zaufania i współpracy. Ale o tym następnym razem.

CDN























***Począwszy od tej notki chciałbym w sposób uporządkowany opisać moje ubiegłoroczne wrażenia z podróży do Estonii. Wcześniejsze moje notki powięcone temu pięknemu krajowi były zapisem luźnych refleksji, spostrzeżeń, teraz mam nadzieję uczynić to w sposób bardziej uporządkowany i pełny.

wtorek, 22 czerwca 2010

Pierwsze godziny w Estonii - 15 czerwca

We wtorek wieczorem jesteśmy już w Tartu. To co zaskakuje po wyjechaniu z wąskiej, ale asfaltowej dróżki na szeroką szosę, to brak agresji na drodze, nikt nie pędzi na złamanie karku, nikt nie rozwija prędkości ponad 120 km/h. Po polskich złych doświadczeniach drogowych, nienajlepszych litewskich i łotewskich, zdumiewać musi wysoka kultura jazdy, nie widać we wstecznym lusterku wściekłych, zdterminowanych twarzy kierowców, którzy za wszelką cenę potrzebują wyprzedzać i pędzić na oślep przed siebie (to w Polsce), nikt nie wyprzedza na tak zwanego trzeciego, na zakrętach, pod górę, czy gdziekolwiek na linii ciągłej (to Polska), nikt nie wyjeżdża wprost na zderzenie czołowe (to niestety Litwa i czasami Łotwa).




Z początku przez dobrych kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt kilometrów jedziemy przez zwarte obszary leśne, wśród których dominują drzewa iglaste, przede wszystkim sosony. Lasy te przypominają mi nieco naszą Puszczę Knyszyńską, momentami Augustowską, tyle, że są jakby bardziej rozświetlone popołudniowym słońcem. Jest radośnie, optymistycznie, tajemniczo, teren dlikatnie faluje, ale nie są to filuterne, niesforne litewskie pagórki, odnosi się wrażenie, jakby falowały tu całe płyty tektoniczne, spore połacie ziemi to wznoszą się, to delikatnie opadają.












Zatrzymujemy się na krótki postój przy jednej z licznych leśnych dróg, wypatrzywszy wcześniej kamień pamiątkowy, jak się później okazało ustawiony ku czeci tak zwanych Leśnych Braci, którzy jeszcze długo po 1945 r. stawiali zbrojny opór komunistycznemu okupantowi.

Po kilkunastominutowej przerwie ruszamy dalej, przez Voru do Tartu. Cały czas towarzyszy nam chylące się ku zachodowi słońce.

W Voru pytamy przemiłą około 20-letnią dziewczynę o drogę do Tartu, bo choć drogi w Estonii są dobrze oznakowane, i w miastach i wioskach drogowoskazów nie brakuje, to może zanadto rozluźnieni i w stanie euforii, nieco się pogubiliśmy. Przesympatyczne dziewczątko z uśmiechem na buzi, nienaganną angielszczyzną - zarzekając się, że nie jest pewna - tłumaczy nam, jak mamy jechać dalej, i okazuje się, że czyni to bezbłędnie. A zatem dalej do Tartu!

poniedziałek, 21 czerwca 2010

W drodze do Estonii - dzień pierwszy i drugi - 14 i 15 czerwca

Wieczorem w poniedziałek jeszcze krótkie spotkanie z Nerijusem, rodowitym Litwinem z Wyłkowyszek, mieszkającym obecnie w Wilnie, żywo zainteresowanym kulturą polską i polskim językiem. Przy Pilies Gatve w Dvarasie przy piwie i tradycyjnych litewskich zepelinach rozmawiamy o języku litewskim i polskim i o wielu innych rzeczach, których nie sposób wymienić. To spotkanie przypomina nieco wieżę Babel, cztery osoby rozmawiają w języku angielskim, rosyjskim, polskim i litewskim.

Późnym wieczorem wyruszamy na krótki spacer po Starówce i na Prospekt Giedymina. Tam zatrzymujemy się przy intrygującym pomniku Vincasa Kudirki. Wypytujemy naszego przewodnika o postać z cokołu. Z zainteresowaniem wysłuchujemy opowieści o lekarzu, poecie i twórcy hymnu litewskiego. Jak się dowiadujemy ów litewski niemal bohater narodowy studiował historię, filozofię, a wreszcie medycynę na Uniwersytecie Warszawskim w drugiej połowie XIX wieku, pochodził wcale nie ze szlachty, lecz rodziny chłopskiej; był jednym z najważniejszych twórców i działaczy litewskiego ruchu odrodzenia narodowego.

Następnego dnia, we wtorek rano wyruszamy w stronę Estonii. Z Wilna, przez Daugavpils, dalej Rezekne, stamtąd do Gulbene, Aluksne, Ape i już granica z Estonią. Droga dłuży się niemiłosiernie. Łotewska Latgalia jest podobno najbiedniejszym regionem Łotwy. Daugavpils i Rezekne wywierają przygnębiajace wrażenie postswoieckich miast. To co najciekawsze jest zapewne ukryte za socrealsitycznymi, szpetynmi blokami z wielkiej płyty karnie ustawionymi wzdłuż dróg przelotowych. Łotewskie krajobrazy zaczynają nieco nużyć swoją monotonią, podmokłe lasy, momentami teren pofalowany, a czasami nie do zniesienia płaski. Zatrzymanie się gdziekolwiek w lesie grozi atakiem setek wściekłych, napastliwych komarów.

Kilkadziesiąt kilometrów za Rezekne, asfaltowa droga kończy się i przechodzi w żwirówkę taką, jaką jedzie się z tatarskich, przygranicznych Kruszynian do Bobrownik. Z początku mamy wrażenie, że to ze względu na remont, na poboczach stoją samochody i sprzęt drogowców, którzy się przy nich krzątają. W pewnym momencie tracimy nadzieję na powrót asfaltu, szutrówka dzieli się na dwa pasy jeden wyższy z wydawałoby się ubitym, świeżo wysypanym piaskiem, a drugi położony nieco niżej, ale ze starą nawierzchnią, nie ma żadnych znaków ostrzegawczych zakazujących wjazdu, więc jedziemy prosto prawym pasem, po kilkuset metrach samochód grzęźnie w piachu i staje. Nie mogę ani cofnąć, ani jechać do przodu, ani skręcić w lewo, ani w prawo. Po chwili nadjeżdża samochód z robotnikami drogowoymi, którzy zatrzymują się przy nas, wysiadają i zwracają się początkowo po łotewsku, a gdy odpowiadamy po rosyjsku, automatycznie przechodzą na język rosyjski i z marszu pytają czy potrzebujemy pomocy. Pięciu krzepkich mężczyzn bez problemu wypycha samochód z piachu, czekają aż zjadę na lewy pas i dopiero wtedy spokojnie odjeżdżają.

Ale to koniec przygód, bo do Gulbene mamy jeszcze 35 kilometrów, cały czas żwirówką, z naprzeciwka co chwilę nadjeżdżają z dużą prędkością ciężarówki wzbijające tumany pyłu, przy którym nie można mówić o jakiejkolwiek wiedoczności, nawet na metr. Za każdym razem trzeba zjeżdżać na pobocze, jeśli tylko jest taka możliwość, bo zakrętów jest mnóstwo, i nie zawsze istnieje możliwość wypatrzenia czy niespodziewanie nie wychynie ogromne cielsko ciężarówki. Oprócz tumanów pyłu, owe pojazdy wzbijają groźne dla szyb kamienie.

Gdy kurz opada, za oknami pojawiają się naprawdę interesujące widoki, tajemnicze, prastare, soczyście bujne zielone lasy mieszane, środleśne urokliwe wioski z drewnianymi domkami w otoczeniu sadów i także drewnianymi, pamiętającymi z pewnością czasy międzywojnia dwukondygnacyjnymi szkołami. W lesie zupełnie serio ustawione są znaki informujące o drogach z pierwszeństwem przejazdu czy nakazujące ustąpienie pierwszeństwa przejazdu. Osobliwy to widok, bo w naszej Puszczy Knyszyńskiej, w której podobnych dróg mamy mnóstwo, choć z pewnością nie o takim natężeniu ruchu i nie o takim znaczeniu jak ta, znaków jednak nigdy nie widziałem. Jadę cały czas z duszą na ramieniu. W końcu docieramy do Gulbene, kamień spada z serca. W miasteczku się gubimy, nie ma niestety żadnych drogowskazów, jeździmy niemal po omacku. Pytamy mieszkańców, rozmawiamy w języku rosyjskim. Ludzie są bardzo pomocni i życzliwi. Z około 40-letnią kobietą żartujemy sobie z drogi, którą jechaliśmy. Wreszcie można odetchnąć i pośmiać się. Samochód niestety wygląda tak, jakbyśmy parkowali cały dzień gdzieś koło cementowni. W końcu wyjeżdżamy na drogę do Aluksne. Znowu jedziemy asfaltówką. Jest ciepło, świeci słońce, chcemy już jak najszybciej dotrzeć do Estonii. Jeszcze w Aluksne mamy trudności z wyjechaniem na drogę do Ape, tu także nie ma drogowskazów. Napotkana przez nas kobieta, tłumaczy nam klarownie, jak mamy jechać dalej do Ape, a później do Tartu, jak się okazuje sama tam często bywa z mężem. Gdy się dowiaduje, że jesteśmy z Polski, wyznaje nam, że marzy o podróży do Polski, do której zapraszamy ją serdecznie. Podwozimy panią do bloku, w którym mieszka, a sami ruszamy do Ape. To już ledwie kilka czy kilkanaście kilometrów, a z Ape ledwie kilometr może dwa i granica. Okazuje się jednak, że do Ape czeka nas znowu około 5 km jazdy szutrówką. W końcu wyłania się z pyłu Ape; ale i tu znaków znowu brak, całe szczęście krzątają się w ogródkach mieszkańcy tej urokliwej osady.

Jeszcze kilka minut i już zaczyna się upragniona Estonia! Niebiesko – czarno – biały słup i tablica informująca o tym, że znajdujemy się na terytorium Estonii! Krótki postój, robimy zdjęcia, odczuwamy prawdziwą ulgę, zmęczenie daje się nam już we znaki, mamy za sobą około 9 godzin jazdy z przygodami. Ruszamy dalej przez las sosnowy, rozświetlony promieniami słońca, które nadają smukłym i dostojnym drzewom bursztynową barwę. Po prawej stronie między drzewami połyskuje leśny strumień, po lewej wznoszą się delikatne pagórki porośnięte sosnowym lasem, a naszym oczom ukazują się drewniane domki o dwuspadowych dachach. Mam wrażenie, że przeszliśmy na drugą stronę lustra albo jak w Narni przez drzwi tajemniczej szafy przedostaliśmy się do bajkowej krainy. Wszystko wydaje się nierzeczywiste, przyjazne i radosne. Idący poboczem drogi dziadek wspierający się na drewnianej lasce, w długim granatowym płaszczu, jawi się niemal przwodnikiem po tej basniowej krainie…

poniedziałek, 31 maja 2010

Daugavpils - fotografie




Tuż po przekroczeniu granicy litewsko-łotewskiej.

 

Katedra św. Piotra.

 

Na deptaku.

 

Katedra św. Piotra.

 

Kamienice przy deptaku. Momentami czułem się tak, jak na deptaku w Białej Podlaskiej, może nieco w Łomży. Ale to tylko za sprawą tylko i wyłącznie architektury, bo atmosfera miasta zupełnie niepodobna, ani do łomżyńskiej, ani bialskopodlaskiej.







 

Katedra św. Piotra.

 

Mauzoleum żołnierzy Armii Czerwonej.

 

Daugava, czyli Dźwina.

 

Urokliwy zakątek. Choć był to początek maja drzewa niemal jeszcze bezlistne, w przeciwieństwie do Wilna i Białegostoku. Wszak to około 150 km na północny wschód od litewskiej stolicy.



 

Socrealsityczny, monumentalny gmach Uniwersytetu, a niegdyś pewnie dom partii.





A o wrażeniach z podróży pisałem tu.

środa, 12 maja 2010

Daugavpils, Dyneburg, Dźwińsk

Poniedziałek, 3 maja. Ta podróż dłuży się niemiłosiernie, przez szyby samochodu bez klimatyzacji praży bezlitośnie słońce. Miało być nieco ponad 100 km, a wyszło około 150 km, i dwie i pół godziny jazdy. Utenę omijamy obwodnicą. Teren uroczo, niemal bajkowo pofałdowany, brzozowe i sonowe zagajniki, urokliwe drewniane domki o dwuspadowych dachach, kryte koszmarnym eternitem pozostałym w spadku po modernizacji a la ZSRR. Z Wilna wyjechaliśmy po 8.00, a w Daugavpils, czy jak ktoś woli w Dyneburgu, Dźwińsku, jesteśmy około godziny 11.00.

Przekraczaniu granicy między państwami nie towarzyszą już takie emocje, jak niegdyś w czasie przekraczania granicy między Polską a ZSRR, kiedy to po raz pierwszy jechałem do rodziny na Białorusi, około roku 1988. Miałem wówczas ledwie 12 lat, a jednak groza wjazdu na terytorium odgrodzone drutem kolczastym, zaoraną zoną, strzeżone przez system wież, udzieliła się także mnie. Została co prawda później złagodzona urodą krajobrazów rodem z ballad Mickiewicza, ale nie zapomnę jej nigdy. Tym razem przekraczamy granicę między Litwą i Łotwą, choć nie jest to właściwe słowo, raczej zwyczajnie przejeżdżamy. Za wąską rzeką wita nas monumentalny słup z napisem informującym, iż znajdujemy się na terytorium Republiki Łotewskiej. Po tej stronie droga staje się dużo gorsza, dziurawa jak sito; biegnie prosto jak strzała ku horyzontowi, przecinając łagodnie porozrzucane fantazyjnie wzgórza. Rozpędzamy się pod górę, by na jej szczycie nasze spojrzenia spotkały się z zaciekawionymi spojrzeniami neico znudzonych łotewskich policjantów, a w zasadzie policjanta i policjantki. Są tak zdumieni i znużeni jednocześnie, że odnosimy wrażenie, iż turyści nie są tu zjawiskiem powszechnym.

Dyneburg w swoim klimacie mógłby przypominać nieco Białą Podlaską albo Łomżę, mógłby gdyby nie nachalne sowieckie rozplanowanie tego chaotycznego miasta. Kilkanaście kamienic z XIX i początku XX wieku, cudem ocalałych, noszących znamiona rosyjskiego, imperialnego stylu, w niektóych dostrzegamy trochę klasycyzmu, jako żywo przypominają mi te widziane w rynku czy przy deptaku w Białej Podlaskiej i w Łomży.

Deptak od strony Dźwiny zamyka rozległy plac, jakby stworzony do defilad i zakończeń pochodów pierwszomajowych, tuż za nim, oddzielony torami tramawajowymi rozłożył się skwer z fontanną i mauzoleum poświęconym żołnierzom Armii Czerwonej. I mauzoleum, rzeczywiście robi wrażenie, smukłe słupy, stojące karnie jak żołnierze w szeregu, budzą respekt. Drzewa w parku - w przeciwieństwie do drzew w Wilnie nie zazieleniły się jeszcze w pełni, a wobec Białegostoku, mam wrażenie, jakbym się cofnął co najmniej o miesiąc w czasie, ledwie rozwinięte - a i to nie wszędzie - wątłe listki nawet nie szemrzą na wietrze. Wieje też chłodny wiatr od rzeki, i temperatura jest o dobrych kilka stopni niższa niż w Wilnie. Musiałem wrócić do samochodu po sweter, bo marzłem niemiłosiernie.

Na ulicach słychać głównie język rosyjski, kolega gdzieś wyczytał, że Rosjanie stanowią 50 % mieszkańców miasta. Łotewski słszymy dopiero w parku, rozmawiają w nim dwie urocze dziewczęta siedzące na ławce obok nas. Obok parku dostrzegamy kilka secesyjnych kamienic, które przypominają mi kamienice białostockich fabrykantów, przechodzimy mimo nich zmierzając w stronę rzeki. Przez tunel pod ruchliwą szosą wychodzimy na brzeg Dźwiny, płynącej wyjątkowo szeroko, jest dużo szersza niż Bug, może nawet tak rozległa, jak Wisła w Warszawie. Tu znowu słyszymy język łotewski, dwóch około dwudziestoletnich chłopców żywo omawia jakieś tematy, ale nie mamy pojęcia jakie. Wokół jest szaro, ponuro, walają się porozrzucane śmieci, butelki, papiery, jakieś szczątki ubrań, opakowania i nie wiadomo co jeszcze. Wracamy do centrum, tym razem ulicą, wzdłuż której z jednej strony ciągną się piętrowe kamienice z czerwonej cegły, a po drugiej dostrzegamy skwerek z przedzierajacym się między drzewami blokiem z cegły, z lat 70-tych, ale całkiem przyjemnym, przytulnym, ładnie musi wyglądać, gdy tonie w zieleni drzew skweru, ale teraz jest na to jeszcze za wcześnie.

Za skrzyżowaniem wyłania się monumentalna, ponura, szarobura socrealistyczna budowla, tak jakby dawny dom partii komunistycznej w połączeniu z siedzibą KGB. Znowu wychodzimy na obszerny plac, od frontu czytamy napis informujący, iż mieści się tu Uniwersytet, a sam budynek został wzniesiony w 1956 r. Przy fontannie bawi się kilkuletni chłoczyk, którego tata rozmawia ze spotkanymi na ławeczce znajomymi w języku łotewskim. Wszyscy, gdzie byśmy się nie ruszyli, przyglądają się nam z zainteresowaniem, 4 osoby pałętajace się z aparatami, ubrane tak, jakby oczekiwały, iż zastaną tu lato, muszą budzić zaciekawienie. Chcemy wejść do środka, ale drzwi są zamknięte. Zastanawiamy się co jest tego przyczyną, bo my mamy akurat tego dnią święto Konstytucji 3 Maja (my to jest troje Polaków i jeden Słowak, który świętował razem z nami), a Łotysze? Wszak to poniedziałek, tutaj akurat dzień pracujący.

Z placu uniwersyteckiego dostrzegamy niewielką cerkiewkę w skwerze, za torami tramwajowymi, które przecinamy w miejscu oczywiście niedozwolonym. Zaglądamy do wnętrza przez uchylone drzwi, pani, która sprząta zaprasza nas po rosyjsku do środka i prosi swoją koleżankę sprzedającą w cerkiewnym sklepiku, by nam opowiedziała historię świątyni. Korpulentna kobieta, z uśmiechem, niezwykle życzliwie i żywo opowiada nam dzieje cerkwi, która - jak się okazało - została zbudowana w miejscu dawnej, dużo większej, zburzonej przez komunistów w latach 50-tych lub 60-tych ubiegłego już wieku. Rzecz to zrozumiała sama przez się, w sowieckiej przestrzeni, w sąsiedztwie domu partii, otwartych wielkcih przestrzeni, miejsca na zabobon być nie mogło. Dostajemy od naszej przewodniczki po kilka pocztówek ze zdjęciami nieistniejącej już cerkwi, i zasmuceni, że nie zdążymy obejrzeć wszystkiego, co zamierzaliśmy, zbieramy się do drogi powrotnej. Jest godzina 13.00, na 20.00 musimy być w Białymstoku, a przed nami ponad 450 km drogi.

Z początku miałem wrażenie, że Daugavpils jest takim miejscem na Ziemi, do którego nie będę chciał już wracać. To wymieszanie pseudonowoczesności w postaci kiczowatych centrów handlowych rodem z USA, socrealistycznych przestrzeni i gmachów, secesji, kamienic w stylu imperialnym, było nie do zniesienia. Nic nie zostało z klimatu miasta założonego przez rycerzy Zakonu Kawalerów Mieczowych. A jednak wiem, że tu jeszcze kiedyś wrócę. Teraz chciałem poczuć klimat jakby mitycznego miejsca, niedaleko stąd na południe leżą Postawy i Głębokie, już za granicą, za granicą, której swobodnie przekroczyć nie można, choć to przecież rzut kamieniem, miejsca narodzin, życia, odejść wielu członków mojej rodziny ze strony mamy. Tam też się kiedyś pojawię.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...