Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aluksne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aluksne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 stycznia 2011

Eesti Vabariik - estońskie impresje

Niemal zawsze na ułożenie i uporządkowanie wrażeń z podróży potrzebuję mniej lub bardziej dłuższego czasu, zresztą nie jest to jakiś skomplikowany proces myślowy i wysiłek z mojej strony, one tak naprawdę układają się same, zupełnie spontanicznie, niezależnie od mojej woli. Z początku żyją w setkach obrazów, detali, może nawet nieistotnych szczegółów, aż w końcu zaczynają się układać, jak drobinki szkła w dziecięcym kalejdoskopie, jaki można było za czasów mego dzieciństwa nabyć np. na rynku w Augustowie. Podobnie było też z ubiegłorocznymi dwoma wyprawami do Estonii. Dopiero teraz zaczęły mi się układać w jakąś jedną, spójną całość. Pierwszy wyjazd, miał miejsce w czerwcu ubiegłego roku, z krótkim pobytem w Wilnie, a następnie niemal 10-godzinną jazdą przez Utenę, łotewskie Daugavpils, Rezekne, Aluksne, Ape, a jego celem było Tartu, drugie co do wielkości miasto Estonii.

Po podróży z przygodami, zwłaszcza na Łotwie, gdzie drogi ni stąd, ni zowąd, potrafią się urwać i zamienić w - co prawda szerokie - ale jednak tylko szutrówki, po których z pełną prędkością pędzą ogromne TIR-y - to na Łotwie podobno rzecz normalna, poza tym jechaliśmy przez Łatgalię, najbiedniejszy region Łotwy, a więc to tak, jakby chcieć o Polsce wyrobiać opinię na podstawie wędrówek po Podlasiu, Lubelszczyznie czy Podkarpaciu - dotarliśmy do celu podróży.

Ale zanim to się stanie, na jednej z takich dróg zapadniemy się, jak w ruchomym piasku, na remontowanej drodze, gdzie świeżo wysypany piasek nie został wystarczająco ubity, a przed wjazdem na nią nie ostrzegał żaden znak. Z opresji uratują nas przejeżdżający tędy przypadkowo robotnicy (przypadkowo, bo ze względu na porę nikt tu już nie pracował), zatrzymają się, wysiądzie ich z furgonetki pięciu:

- Pomocz wam? - zapytają po rosyjsku i nasza opresja nie będzie trwała dłużej niż pięć minut.

Dalej zobaczę po raz pierwszy w życiu w puszczy, wzdłuż leśnych piaszczystych dróg, znaki drogowe informujące o zakrętach, skrzyżowaniach drogi głównej z drogą podporządkowaną. Rzecz zupełnie niebywała! W moich puszczach widziałem tylko szlabany i znaki zakazu wjazdu z taliczką "Nie dotyczy ALP". A tu "pełna" infrastruktura drogowa i nie bez powodu, bo ruch tu panuje taki, jak na Marszałkowskiej w Warszawie. Najgorszę są TIR-y, przed którymi należy zjeżdżać jak najgłębiej na pobocze, a najlepiej zatrzymywać się, by ocalić przednią szybę przed fruwającymi w powietrzu, wyskakującymi, jak z procy, spod kół ciężarówek, małymi groźnymi kamykami. A później jeszcze trzeba kilka minut odczekać, aż opadnie pył, by widzieć chociaż drogę.

W urokliwym łotewskim Aluksne, położonym wśród lasów i jezior, na licznych pagórkach, tracimy orientację, znikają drogowskazy, ale dzięki Bogu jest słoneczny, piękny, czerwcowy dzień, późne popołudnie i dość liczni mieszkańcy na ulicach, z którymi można się porozumieć po rosyjsku, choć jak twierdzą Rosjanami nie są. Uprzejmi, życzliwi, wskazują nam drogę i - z własnej inicjatywy, bo nam przecież nie wypada - żartują sobie z łotewskich dróg.

Jedna z kobiet, dowiedziawszy się, że jesteśmy z Polski, wpada nieoczekiwnie w zachwyt i zarzeka się, że całe życie marzy jej się podróż do Polski, a nam nie pozostaje nic innego niż utwierdzić ją w przekonaniu, że przyjechać do nas warto.

Jeszcze tylko Ape, do którego znowu dojeżdżamy niemiełosiernie wysuszoną żwirówką - w tumanach wzbijanego pyłu trudno nawet dostrzec nadjeżdżający z naprzeciwka samochód, nie mówiąc już o krajobrazach. W Ape bez pomocy mieszkańców, także byśmy się nie obeszli, zbliża się co prawda wieczór, ale sporo osób krząta się w przydomowych ogródkach. Stąd już tylko kliometr, może dwa do granicy z Estonią. Po drodze miniemy jeszcze samochód łotewskiej Straży Granicznej z flirtującymi ze sobą funkcjonariuszem i funkcjonariuszką, którzy będą się nam przyglądać ze zdumieniem, a później obniżenie terenu, łągodna dolinka, strumyk i słupy graniczne - nas najbardziej itneresują te czarno - białe z napisem "Eesti Vabariik", bo to widomy znak tego, że jesteśmy w Estonii. Krótki postój, by nacieszyć się ich widokiem, za nami i przed nami sosnowy las, gdzieś zza lasu dobiegają ludzkie głosy w kompletnie niezrozumiałym dla nas języku.

Między drzewami połyskuje w popołudniowym słońcu leśny strumień. Pierwszą napotkaną przez nas osobą będzie zgarbiony staruszek w ciemnym płaszczu i czapce z daszkiem, wspierający się na lasce i zmierzający w stronę lasu poboczem wąskiej i krętej asflatowej drogi. Wreszcie wyjeżdżamy na zalaną słońcem polanę, a naszym oczom ukazują się pierwsze drewniane zabudowania. To urokliwe Mõniste - wieś położona w kotlince między wzgórzami i lasami. Słońce mamy z lewej strony, jedziemy teraz na północ. Droga wciąż się wije, aż docieramy do szerokiej szosy, która przez dobrych klikanaście kilometrów będzie nas wiodła przez przepastną puszczę, przypominającą mi jako żywo Puszczę Knyszyńską i Puszczę Augustowską, choć jesteśmy od tej pierwszej około 700 km, a od tej drugiej około 600 km, na północny wschód.

Tutejsze krajobrazy i szata roślinna mają wiele cech wspólnych z tymi, zaczynającymi się już na północnych rogatkach Białegostoku. Ktoś kiedyś powiedział, że słońce na północ od Białegostoku przypomina mu słońce wileńskie, bo rzeczywiście to jest już "słońce północne" - nie tak intesywne, często rozproszone i świecące, jakby przez mgłę, choć popołudniami wydobywające ostre i wyraźne kontury lasów czy architektury.

Na niemal, pustej, szerokiej asfaltowej szosie przez dłuższy czas nie mijamy żadnych samochodów, z rzadka otwierają się ogromne puszczańskie polany z niewielkimi wioskami, o drewnianych domach z dwuspadowymi dachami stojących w otoczeniu niewielkich ogrodów i sadów; miniemy kilka starszych kobiet uprawiających nordic walking - tu nawet przy szosie powietrze jest świeże i ożywcze.

W pobliżu jednej z wiosek zatrzymamy się przy kamieniu obelisku poświęconym tak zwanym Leśnym Braciom, którzy jeszcze długo po wojnie stawiali opór okupującej kraj Armii Czerwonej. Podobno ostatni partyzant zginął w 1978 r.! Gdy w końcu agentom KGB udało się go namierzyć i do niego dotrzeć - ukrywał się w leśnej głuszy nad jeziorem - w ostatniej chwili zdążył popełnić samobójstwo rzucając się do wody.

Dalej ruszamy już prosto do Tartu, prostą jak strzała asfaltową drogą, na której nikt nie pędzi na złamanie karku, nikt nie wyprzedza na trzeciego, nie ma dziur i krzyży upamiętniających ofiary wypadków. Kultura jazdy nie jest tutaj frazesem czy hasłem kampanii społecznej, ale czymś żywym i namacalnym.

Chcemy być w mieście jeszcze przed zmrokiem, zapominając zupełnie, że jazda w ciemnościach o tej proze roku nam nie grozi, bo przyjeżdżamy w czasie występowania białych nocy.

Pierwsze chwile w Estonii, kraju nie tak w końcu odległym, ale wciąż dla nas egzotycznym, dają nam poczucie, jakiegoś niezrozumiałego szczęścia i ekscytacji. A więc to tak wygląda kraj, którego 50 % powierzchni stanowią lasy, a dzika natura doskonale komponuje się z gotycką średnioweiczną architekturą katedr i zamków, kraj twórców niezawodnego Skype i Wi-Fi dostępnego nawet w puszczy, jedno z najprężniej rozwijających się państw europejskich, którego obywatele znakomicie potrafią łączyć mądry indywidualizm z umiejętnością i wolą wzajemnego zaufania i współpracy. Ale o tym następnym razem.

CDN























***Począwszy od tej notki chciałbym w sposób uporządkowany opisać moje ubiegłoroczne wrażenia z podróży do Estonii. Wcześniejsze moje notki powięcone temu pięknemu krajowi były zapisem luźnych refleksji, spostrzeżeń, teraz mam nadzieję uczynić to w sposób bardziej uporządkowany i pełny.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

W drodze do Estonii - dzień pierwszy i drugi - 14 i 15 czerwca

Wieczorem w poniedziałek jeszcze krótkie spotkanie z Nerijusem, rodowitym Litwinem z Wyłkowyszek, mieszkającym obecnie w Wilnie, żywo zainteresowanym kulturą polską i polskim językiem. Przy Pilies Gatve w Dvarasie przy piwie i tradycyjnych litewskich zepelinach rozmawiamy o języku litewskim i polskim i o wielu innych rzeczach, których nie sposób wymienić. To spotkanie przypomina nieco wieżę Babel, cztery osoby rozmawiają w języku angielskim, rosyjskim, polskim i litewskim.

Późnym wieczorem wyruszamy na krótki spacer po Starówce i na Prospekt Giedymina. Tam zatrzymujemy się przy intrygującym pomniku Vincasa Kudirki. Wypytujemy naszego przewodnika o postać z cokołu. Z zainteresowaniem wysłuchujemy opowieści o lekarzu, poecie i twórcy hymnu litewskiego. Jak się dowiadujemy ów litewski niemal bohater narodowy studiował historię, filozofię, a wreszcie medycynę na Uniwersytecie Warszawskim w drugiej połowie XIX wieku, pochodził wcale nie ze szlachty, lecz rodziny chłopskiej; był jednym z najważniejszych twórców i działaczy litewskiego ruchu odrodzenia narodowego.

Następnego dnia, we wtorek rano wyruszamy w stronę Estonii. Z Wilna, przez Daugavpils, dalej Rezekne, stamtąd do Gulbene, Aluksne, Ape i już granica z Estonią. Droga dłuży się niemiłosiernie. Łotewska Latgalia jest podobno najbiedniejszym regionem Łotwy. Daugavpils i Rezekne wywierają przygnębiajace wrażenie postswoieckich miast. To co najciekawsze jest zapewne ukryte za socrealsitycznymi, szpetynmi blokami z wielkiej płyty karnie ustawionymi wzdłuż dróg przelotowych. Łotewskie krajobrazy zaczynają nieco nużyć swoją monotonią, podmokłe lasy, momentami teren pofalowany, a czasami nie do zniesienia płaski. Zatrzymanie się gdziekolwiek w lesie grozi atakiem setek wściekłych, napastliwych komarów.

Kilkadziesiąt kilometrów za Rezekne, asfaltowa droga kończy się i przechodzi w żwirówkę taką, jaką jedzie się z tatarskich, przygranicznych Kruszynian do Bobrownik. Z początku mamy wrażenie, że to ze względu na remont, na poboczach stoją samochody i sprzęt drogowców, którzy się przy nich krzątają. W pewnym momencie tracimy nadzieję na powrót asfaltu, szutrówka dzieli się na dwa pasy jeden wyższy z wydawałoby się ubitym, świeżo wysypanym piaskiem, a drugi położony nieco niżej, ale ze starą nawierzchnią, nie ma żadnych znaków ostrzegawczych zakazujących wjazdu, więc jedziemy prosto prawym pasem, po kilkuset metrach samochód grzęźnie w piachu i staje. Nie mogę ani cofnąć, ani jechać do przodu, ani skręcić w lewo, ani w prawo. Po chwili nadjeżdża samochód z robotnikami drogowoymi, którzy zatrzymują się przy nas, wysiadają i zwracają się początkowo po łotewsku, a gdy odpowiadamy po rosyjsku, automatycznie przechodzą na język rosyjski i z marszu pytają czy potrzebujemy pomocy. Pięciu krzepkich mężczyzn bez problemu wypycha samochód z piachu, czekają aż zjadę na lewy pas i dopiero wtedy spokojnie odjeżdżają.

Ale to koniec przygód, bo do Gulbene mamy jeszcze 35 kilometrów, cały czas żwirówką, z naprzeciwka co chwilę nadjeżdżają z dużą prędkością ciężarówki wzbijające tumany pyłu, przy którym nie można mówić o jakiejkolwiek wiedoczności, nawet na metr. Za każdym razem trzeba zjeżdżać na pobocze, jeśli tylko jest taka możliwość, bo zakrętów jest mnóstwo, i nie zawsze istnieje możliwość wypatrzenia czy niespodziewanie nie wychynie ogromne cielsko ciężarówki. Oprócz tumanów pyłu, owe pojazdy wzbijają groźne dla szyb kamienie.

Gdy kurz opada, za oknami pojawiają się naprawdę interesujące widoki, tajemnicze, prastare, soczyście bujne zielone lasy mieszane, środleśne urokliwe wioski z drewnianymi domkami w otoczeniu sadów i także drewnianymi, pamiętającymi z pewnością czasy międzywojnia dwukondygnacyjnymi szkołami. W lesie zupełnie serio ustawione są znaki informujące o drogach z pierwszeństwem przejazdu czy nakazujące ustąpienie pierwszeństwa przejazdu. Osobliwy to widok, bo w naszej Puszczy Knyszyńskiej, w której podobnych dróg mamy mnóstwo, choć z pewnością nie o takim natężeniu ruchu i nie o takim znaczeniu jak ta, znaków jednak nigdy nie widziałem. Jadę cały czas z duszą na ramieniu. W końcu docieramy do Gulbene, kamień spada z serca. W miasteczku się gubimy, nie ma niestety żadnych drogowskazów, jeździmy niemal po omacku. Pytamy mieszkańców, rozmawiamy w języku rosyjskim. Ludzie są bardzo pomocni i życzliwi. Z około 40-letnią kobietą żartujemy sobie z drogi, którą jechaliśmy. Wreszcie można odetchnąć i pośmiać się. Samochód niestety wygląda tak, jakbyśmy parkowali cały dzień gdzieś koło cementowni. W końcu wyjeżdżamy na drogę do Aluksne. Znowu jedziemy asfaltówką. Jest ciepło, świeci słońce, chcemy już jak najszybciej dotrzeć do Estonii. Jeszcze w Aluksne mamy trudności z wyjechaniem na drogę do Ape, tu także nie ma drogowskazów. Napotkana przez nas kobieta, tłumaczy nam klarownie, jak mamy jechać dalej do Ape, a później do Tartu, jak się okazuje sama tam często bywa z mężem. Gdy się dowiaduje, że jesteśmy z Polski, wyznaje nam, że marzy o podróży do Polski, do której zapraszamy ją serdecznie. Podwozimy panią do bloku, w którym mieszka, a sami ruszamy do Ape. To już ledwie kilka czy kilkanaście kilometrów, a z Ape ledwie kilometr może dwa i granica. Okazuje się jednak, że do Ape czeka nas znowu około 5 km jazdy szutrówką. W końcu wyłania się z pyłu Ape; ale i tu znaków znowu brak, całe szczęście krzątają się w ogródkach mieszkańcy tej urokliwej osady.

Jeszcze kilka minut i już zaczyna się upragniona Estonia! Niebiesko – czarno – biały słup i tablica informująca o tym, że znajdujemy się na terytorium Estonii! Krótki postój, robimy zdjęcia, odczuwamy prawdziwą ulgę, zmęczenie daje się nam już we znaki, mamy za sobą około 9 godzin jazdy z przygodami. Ruszamy dalej przez las sosnowy, rozświetlony promieniami słońca, które nadają smukłym i dostojnym drzewom bursztynową barwę. Po prawej stronie między drzewami połyskuje leśny strumień, po lewej wznoszą się delikatne pagórki porośnięte sosnowym lasem, a naszym oczom ukazują się drewniane domki o dwuspadowych dachach. Mam wrażenie, że przeszliśmy na drugą stronę lustra albo jak w Narni przez drzwi tajemniczej szafy przedostaliśmy się do bajkowej krainy. Wszystko wydaje się nierzeczywiste, przyjazne i radosne. Idący poboczem drogi dziadek wspierający się na drewnianej lasce, w długim granatowym płaszczu, jawi się niemal przwodnikiem po tej basniowej krainie…

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...