piątek, 9 sierpnia 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 19 - Dzieciństwo Florci w Adamowcach, Wileńszczyzna - lata 40-te

Florentyna, będą już dorosłą, często śniła ten sam sen. Wracał do niej z tymi samymi barwami, miejscami, zdarzeniami, z każdym drobnym szczegółem i nastrojem. Pojawiało się w nim duże miasto, widziane z początku z lotu ptaka, o gęstej zabudowie, spowite dymami, w czarno-szarej tonacji, wyludnione i złowrogie. Następnie schodziła w nim po stopniach schodków z ganku drewnianego domu, wchodziła w te duszne opary, wypalone ulice, a po chwili ponownie widziała całe zniszczone kwartały tego miasta z góry. Sen, który przynosił jedynie niepokój, strach, którego nie mogła zrozumieć, zinterpretować. Dopiero po powrocie do Warszawy jesienią 2016 roku, ten koszmar zniknie i nie będzie już nawracał.

Ale teraz mamy czas okupacji, początkowo sowieckiej, a tuż po niej niemieckiej. Dziecko rosło, nie mając świadomości tego wszystkiego, co dzieje się gdzieś poza jego bliskim i bezpiecznym światem. Kochający rodzice, opiekuńczy brat, cisza, spokój niewielkiej wsi, łagodnie zmieniające się pory roku. Gdy miała już kilka lat, najlepszymi towarzyszami zabaw okazały się być kurczaczki, małe gąski i kaczuszki. Można je było ułożyć do pozostawionego w kuchni przez mamę durszlaka i nosić po podwórku, ale najlepiej było z nim pójść nad niewielki staw, tuż przy wzgórzu, na którym rozłożył się stary cmentarz. Te żywe zwierzątka, dużo lepsze niż pluszowe zabawki, pilnowały się dziewczynki, jak swojej mamy, a obecność nawet tak niewielkiego człowieka gwarantowała im bezpieczeństwo i ochronę przed krążącymi w pobliżu jastrzębiami, myszołowami czy kaniami. Gdy w końcu mama zauważyła, że znika durszlak i do jakich celów jest używany, zaczęła go zawieszać na kołku nieco wyżej, by dziecko nie mogło doń sięgnąć. Dziecięcia pomysłowość jednak nie zna granic, a w kuchni czy w izbie obok stał stołek, który dziewczynka przystawiała do ściany, stawała na nim i na palcach, z trudem, ale dosięgła tego tak niezbędnego jej narzędzia. I durszlak znowu mógł służyć celom, do których co prawda nie został wymyślony, lecz pasował idealnie. I znowu można było doń spakować stadko kurczaczków, gąsek, kaczuszek, i starym już zwyczajem udać się z tym całym towarzystwem nad staw. Zabawa przednia.

Oswaldek był ulubieńcem Miśka, rudego pieska, który z daleka wyglądał jak lisek, i którego mieszkańcy Adamowców częstokroć z lisem mylili, gdy biegał gdzieś samopas po polach. To był duet nierozłączny. Niestety, którejś zimy, Misiek po jednej z samodzielnych wypraw nie zdązył się schronić do domu przed wilkami. Miał w tym celu wydrążony specjalny otwór w drzwiach. Po kilku dniach, na polu znaleziono pozostałe po nim łapy i rudy ogon. Rozpacz w domu była wielka.

Jesienne i zimowe wieczory w Adamowcach nie były w żadnym calu monotonne. W domu Genowefy i Floriana stała maszyna do gręplowania wełny. Schodziła się zatem do nich spora grupa kobiet ze wsi. Przy rozplątywaniu i czyszczeniu włókien, kobiety snuły iście mickiewiczowskie ballady i romanse. O pobliskim jeziorze, w którym pewnej zimy miał zatonąć cały orszak weselny, a nocami z jego głębi wydobywał się dźwięk dzwonków przy końskich uprzężach, ludzkie rozmowy i śmiechy. Z kolei przy drodze tuż za wsią, na skraju lasu, o zmierzchu, wracający z miasteczka czy sąsiednich wsi przy smukłej sośnie słyszeli wyraźnie płacz dziecka. Trzeba było dopiero sprowadzić księdza, by temu jakoś zaradzić. Ksiądz przybył, stanął z kropidłem, odmówił modlitwę, pokropił miejsce, z którego płacz dobiegał, i wypowiedział słowa:

- Jak pan, niech będzie Jan. Jak panna, niech będzie Anna.

I od tej pory płacz ustał. A to o ognikach snujących się na bagnach, a więc na pewno o duszach, co potrzebowały modlitwy.

Za wsią, między kilkoma pagórkami, rozpościerały się bagna. One również były doskonałym miejscem do dziecięcych eskapad. Mała Florcia w czasie tych zabaw, skacząc z kępki turzycy na drugą kępkę, bała się, by jej stopa nie ześlizgnęła się do rudawej wody, jako żywo przypominającej ludzką krew. Dorośli opowiadali o kurhanie, w którym spoczywali napoleońscy żołnierze polegli w czasie bitwy, jaka miała się tu rozegrać po niesławnym odwrocie niezwyciężonej armii spod Moskwy. Od czasu do czasu ktoś w czasie prac polowych wyorywał z ziemi szczątki oręża. Dziewczynce wydawało się zatem, że jak jej stopa osunie się do wody, to umoczy ją w ludzkiej krwi i jakaś niewidzialna ręka pochwyci ją i wciągnie do bagna.

Najmilsze były dziecku spacery z mamą. Zwłaszcza wtedy, gdy mogły przejść obok wielkiego kamienia na skraju wsi, co to rozłożył się na łące tuż przy piaszczystej drodze. Za każdym razem, gdy trzymając mamę za rękę, zbliżała się do głazu, widziała siedzące na nim dziecko, z jasną, dłuższą, falującą czupryną, w błękitnej sukience, które przyglądało się małej Florci przyjaźnie i z zaciekawieniem. Gdy zrównywały się z kamieniem, dziecko znikało, ale tylko na chwilę, bo gdy kamień już minęły, ono znowu już na nim siedziało i wpatrywało się w dziewczynkę. Florcia odwracała głowę, przyglądała mu się, a ono wodziło za nią łagodnym, czułym spojrzeniem, bez słów. Nie towarzyszył tym spotkaniom lęk, i nie było to zdarzenie jednokrotne, kilkukrotne, ale stały element dziecięcego życia w Adamowcach.

Mimo okrutnego czasu wojny, było to dzieciństwo dobre, pełne pokoju, rodzinnej miłości, zwyczajnych dziecięcych zabaw, jeszcze przeważnie spokojnych dni i nocy, upływających wolno, pod opieką kochających, troskliwych rodziców, i pod osłoną sił istotniejszych niż ziemskie.

Brak komentarzy:

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...