Kontakt Genowefy z braćmi, pozostałymi za granicą, która - wbrew temu, co zapowiadał Władysław - okrzepła już na długie lata, był mocno ograniczony, przez pewien czas nie istniał wcale. Genowefa i Oswaldek nigdy już nie wrócili w swoje rodzinne strony. Na podróż do Adamowców odważyła się jedynie Florcia, gdy ukończyła już 20 lat. Wybrała się w nią samotnie, by skonfrontować się ze wspomnienami z dzieciństwa. Władysław, brat Gieni, mieszkał już wówczas z żoną w Mosarzu, na parterze w nowo wybudowanym bloku, w otoczeniu wiekowych zielonych drzew, niedaleko rzeczki Marchwy. Po raz kolejny Florcia spotkała się z wujkiem dopiero w roku 1988. Postępująca zaćma sprawiła, że źrenice jego oczu przybrały już niemal barwę białawą. Powitał przybyszów z Polski serdecznie. Szczupły, średniego wzrostu, mimo ukończonych siedemdzięsciu lat wciąż pełen energii, pogody ducha i wrodzonego optymizmu. Mieliśmy wówczas zamiar odwiedzieć drugiego brata Gieni - Adolfa - mieszkającego w leśniczówce nad jeziorem Mosarskim, ale dojazd tam okazał się być niemożliwy. Mimo że był to ciepły i słoneczny wrzesień roku 1988, drewniany most na rzece został zerwany, i pozostawały jedynie okrężne podrzędne, polne, leśne drogi, a że dzień już nie był długi, to okolica jednak nieznana i wyprawy do malowniczej leśniczówki nie udało się już uskutecznić. Poza tym, w Mosarzu należało jeszcze odwiedzić córkę Adolfa, mieszkającą samotnie w urokliwym, drewnianym domu przy placu, który swoim kształtem przypominał rynek, z widokiem na biały kościółek świętej Anny. Przed rozświetlonym popołudniowym słońcem domem rosły smukłe, wysokie malwy, krzaki pomidorów, pachniało owocami i warzywami cudnej wczesnej jesieni. Józia mówiła do nas po białorusku, nie po rosyjsku, ale właśnie po białorusku. Do dziś pamiętam smak sałatki z pomidorów, ogórków, cebuli z przydomowego ogródka, podanej ze śmietaną. Detal, który nie wiedzieć czemu, zapadł w pamięć.
Brakowało jedynie Justyna. Po wojnie Justyn i Adolf zostali wysiedleni do opuszczonej leśniczówki w przepastnej kniei, nad jeziorem Mosarskim. Któregoś letniego dnia, wracając z Mosarza, mimo oznak zapowiadających zbliżającą się burzę, Justyn postanowił pokonać drogę do domu łódką. Uznał zapewne, że odległość nie jest znaczna, i zdąży przepłynąć jezioro przed burzą. Gdy wypłynął na środek jeziora, zerwał się porywisty wiatr, woda zaczęła siec z każdej strony, potężny podmuch wywrócił tę drobną drewnianą skorupkę razem z jej sternikiem, który nie miał najmniejszych szans, by wyjść cało z tego starcia z bezwzględnym żywiołem. Adolf został w leśniczówce bez brata, z żoną i ze swoimi dziećmi.
W Szuniowcach w pobliżu Głębokiego, tuż przy skrzyżowaniu szutrowych dróg, w drewnianym domku o błękitnej barwie, mieszkała matka chrzestna Florci - Weronika, wraz z mężem Michałem, i dwójką dzieci - córką Marysią i synem - również Michałem. Michał - mąż - w rozmowach z gośćmi z Polski deklarował się jako "prawosławny Białorus", i zarazem polski patriota. Biegle władał językiem polskim, przed wojną służył w wojsku polskim w Wilnie, z czego był bardzo dumny. Rodzony brat Weroniki - Józef Kusznierewicz - brał udział w Kampanii Wrześniowej 1939 r., walczył pod Warszawą. Po klęsce wojsk polskich wraz z kolegami, pochodzącymi z okolic Głębokiego, przedzierał się przez Białostocczyznę, o której krążyły już pogłoski, że trzeba być wyjątkowo ostrożnym, bo jakieś komunistyczne bandy wyłapują polskich żołnierzy i mordują ich lub wydają sowietom. Powrócił jednak cały i zdrowy w rodzinne strony. W wolnej już Polsce za udział w kampanii wrześniowej otrzymał uprawnienia kombatanckie, a żywota dokonał w Głębokiem, dożywając pięknego wieku.
Pod koniec lat 40-tych lub na początku 50-tych Józef, stoczył kolejną walkę w swoim życiu, tym razem z sowiecką władzą. Za skarby tego świata nie chciał usunąć sprzed domu wysokiego drewnianego krzyża, postawionego jeszcze przed wojną przez jego ojca. Nowi czynownicy mieli wypracowane na przestrzeni lat metody walki "z zabobonem i ciemnotą". Pewnego dnia grupa kołchoźników, na polecenie swojego dyrektora, orząc okoliczne pola, przy okazji zaorała również drogę dojazdową do domu Józefa, zatrzymali się jednak przed samym krzyżem, którego nie odważyli się tknąć.
Nieszczęście wydarzyło się natomiast w rodzinie Michała - męża Weroniki. Jego brat, który wyruszył pieszo w odwiedziny do przyjaciół, nie wrócił do domu. Rozpoczęto poszukiwania, ale mężczyzna przepadł jak kamfora. Po dłuższym czasie od zaginięcia, gdzieś w lesie w okolicach Podświla - zupełnie przypadkowo - odnaleziono tylko jego buty. Pojawiło się podejrzenie, że zaatakowała go wataha wilków.
Podobnych opowieści z tej wyprawy Florcia przywiozła wiele. Gdy znalazła się tam w latach 60-tych, wspomnienia lat dziecinnych były wciąż żywe, a te wszystkie tak jej dobrze znane wioski i miasteczka, nie zdążyły się zmienić na tyle, by nie móc ich rozpoznać, lecz ich mieszkańcy byli już w znacznej mierze nie ci sami. Pojawili się przede wszystkim przybysze przywiezieni z głębi ZSRR, rodowici Rosjanie, w żaden sposób niezwiązani z tą ziemią, zniknęły gospodarstwa indywidualne, a pojawiły się kołchozy, świątynie zostały zamienione na magazyny i popadały w ruinę. Jeszcze w roku 1988 kościoł w Udziale przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy. Nabożeństwa odbywały się w kościele w Głębokim, w Mosarzu, a udzialski kościół wyglądał gorzej niż po przejściu hord bolszewików. Ten wyjazd z lat 60-tych był ostatnią wizytą w Adamowcach. Później Florcia powtarzała, że woli zapamiętać swoją rodzinną wieś taką, jaką była za czasów jej dzieciństwa, gdy jeszcze żył tata, brat był chłopcem, a za Florcią biegały kurczaczki, kaczuszki, gąski, które nosiła w durszlaku nad staw przy cmentarnej górce. Z czasu, gdy mama w domu karmiła małą owieczkę mlekiem z butelki ze smokiem, bo jej owcza mama po porodzie niefortunnie zachorowała, a po polach za Oswaldkiem biegał nieodłączny rudy Misiek. Adamowce były pełne znajomych, życzliwych ludzi, odwiedzających się wzajemnie, wspierających się w ciężkiej pracy. I już nigdy więcej nie dała się namówić na odwiedzenie Adamowców, nawet w roku 1988.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo na Kresach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo na Kresach. Pokaż wszystkie posty
środa, 13 listopada 2024
piątek, 9 sierpnia 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 19 - Dzieciństwo Florci w Adamowcach, Wileńszczyzna - lata 40-te
Florentyna, będą już dorosłą, często śniła ten sam sen. Wracał do niej z tymi samymi barwami, miejscami, zdarzeniami, z każdym drobnym szczegółem i nastrojem. Pojawiało się w nim duże miasto, widziane z początku z lotu ptaka, o gęstej zabudowie, spowite dymami, w czarno-szarej tonacji, wyludnione i złowrogie. Następnie schodziła w nim po stopniach schodków z ganku drewnianego domu, wchodziła w te duszne opary, wypalone ulice, a po chwili ponownie widziała całe zniszczone kwartały tego miasta z góry. Sen, który przynosił jedynie niepokój, strach, którego nie mogła zrozumieć, zinterpretować. Dopiero po powrocie do Warszawy jesienią 2016 roku, ten koszmar zniknie i nie będzie już nawracał.
Ale teraz mamy czas okupacji, początkowo sowieckiej, a tuż po niej niemieckiej. Dziecko rosło, nie mając świadomości tego wszystkiego, co dzieje się gdzieś poza jego bliskim i bezpiecznym światem. Kochający rodzice, opiekuńczy brat, cisza, spokój niewielkiej wsi, łagodnie zmieniające się pory roku. Gdy miała już kilka lat, najlepszymi towarzyszami zabaw okazały się być kurczaczki, małe gąski i kaczuszki. Można je było ułożyć do pozostawionego w kuchni przez mamę durszlaka i nosić po podwórku, ale najlepiej było z nim pójść nad niewielki staw, tuż przy wzgórzu, na którym rozłożył się stary cmentarz. Te żywe zwierzątka, dużo lepsze niż pluszowe zabawki, pilnowały się dziewczynki, jak swojej mamy, a obecność nawet tak niewielkiego człowieka gwarantowała im bezpieczeństwo i ochronę przed krążącymi w pobliżu jastrzębiami, myszołowami czy kaniami. Gdy w końcu mama zauważyła, że znika durszlak i do jakich celów jest używany, zaczęła go zawieszać na kołku nieco wyżej, by dziecko nie mogło doń sięgnąć. Dziecięcia pomysłowość jednak nie zna granic, a w kuchni czy w izbie obok stał stołek, który dziewczynka przystawiała do ściany, stawała na nim i na palcach, z trudem, ale dosięgła tego tak niezbędnego jej narzędzia. I durszlak znowu mógł służyć celom, do których co prawda nie został wymyślony, lecz pasował idealnie. I znowu można było doń spakować stadko kurczaczków, gąsek, kaczuszek, i starym już zwyczajem udać się z tym całym towarzystwem nad staw. Zabawa przednia.
Oswaldek był ulubieńcem Miśka, rudego pieska, który z daleka wyglądał jak lisek, i którego mieszkańcy Adamowców częstokroć z lisem mylili, gdy biegał gdzieś samopas po polach. To był duet nierozłączny. Niestety, którejś zimy, Misiek po jednej z samodzielnych wypraw nie zdązył się schronić do domu przed wilkami. Miał w tym celu wydrążony specjalny otwór w drzwiach. Po kilku dniach, na polu znaleziono pozostałe po nim łapy i rudy ogon. Rozpacz w domu była wielka.
Jesienne i zimowe wieczory w Adamowcach nie były w żadnym calu monotonne. W domu Genowefy i Floriana stała maszyna do gręplowania wełny. Schodziła się zatem do nich spora grupa kobiet ze wsi. Przy rozplątywaniu i czyszczeniu włókien, kobiety snuły iście mickiewiczowskie ballady i romanse. O pobliskim jeziorze, w którym pewnej zimy miał zatonąć cały orszak weselny, a nocami z jego głębi wydobywał się dźwięk dzwonków przy końskich uprzężach, ludzkie rozmowy i śmiechy. Z kolei przy drodze tuż za wsią, na skraju lasu, o zmierzchu, wracający z miasteczka czy sąsiednich wsi przy smukłej sośnie słyszeli wyraźnie płacz dziecka. Trzeba było dopiero sprowadzić księdza, by temu jakoś zaradzić. Ksiądz przybył, stanął z kropidłem, odmówił modlitwę, pokropił miejsce, z którego płacz dobiegał, i wypowiedział słowa:
- Jak pan, niech będzie Jan. Jak panna, niech będzie Anna.
I od tej pory płacz ustał. A to o ognikach snujących się na bagnach, a więc na pewno o duszach, co potrzebowały modlitwy.
Za wsią, między kilkoma pagórkami, rozpościerały się bagna. One również były doskonałym miejscem do dziecięcych eskapad. Mała Florcia w czasie tych zabaw, skacząc z kępki turzycy na drugą kępkę, bała się, by jej stopa nie ześlizgnęła się do rudawej wody, jako żywo przypominającej ludzką krew. Dorośli opowiadali o kurhanie, w którym spoczywali napoleońscy żołnierze polegli w czasie bitwy, jaka miała się tu rozegrać po niesławnym odwrocie niezwyciężonej armii spod Moskwy. Od czasu do czasu ktoś w czasie prac polowych wyorywał z ziemi szczątki oręża. Dziewczynce wydawało się zatem, że jak jej stopa osunie się do wody, to umoczy ją w ludzkiej krwi i jakaś niewidzialna ręka pochwyci ją i wciągnie do bagna.
Najmilsze były dziecku spacery z mamą. Zwłaszcza wtedy, gdy mogły przejść obok wielkiego kamienia na skraju wsi, co to rozłożył się na łące tuż przy piaszczystej drodze. Za każdym razem, gdy trzymając mamę za rękę, zbliżała się do głazu, widziała siedzące na nim dziecko, z jasną, dłuższą, falującą czupryną, w błękitnej sukience, które przyglądało się małej Florci przyjaźnie i z zaciekawieniem. Gdy zrównywały się z kamieniem, dziecko znikało, ale tylko na chwilę, bo gdy kamień już minęły, ono znowu już na nim siedziało i wpatrywało się w dziewczynkę. Florcia odwracała głowę, przyglądała mu się, a ono wodziło za nią łagodnym, czułym spojrzeniem, bez słów. Nie towarzyszył tym spotkaniom lęk, i nie było to zdarzenie jednokrotne, kilkukrotne, ale stały element dziecięcego życia w Adamowcach.
Mimo okrutnego czasu wojny, było to dzieciństwo dobre, pełne pokoju, rodzinnej miłości, zwyczajnych dziecięcych zabaw, jeszcze przeważnie spokojnych dni i nocy, upływających wolno, pod opieką kochających, troskliwych rodziców, i pod osłoną sił istotniejszych niż ziemskie.
Ale teraz mamy czas okupacji, początkowo sowieckiej, a tuż po niej niemieckiej. Dziecko rosło, nie mając świadomości tego wszystkiego, co dzieje się gdzieś poza jego bliskim i bezpiecznym światem. Kochający rodzice, opiekuńczy brat, cisza, spokój niewielkiej wsi, łagodnie zmieniające się pory roku. Gdy miała już kilka lat, najlepszymi towarzyszami zabaw okazały się być kurczaczki, małe gąski i kaczuszki. Można je było ułożyć do pozostawionego w kuchni przez mamę durszlaka i nosić po podwórku, ale najlepiej było z nim pójść nad niewielki staw, tuż przy wzgórzu, na którym rozłożył się stary cmentarz. Te żywe zwierzątka, dużo lepsze niż pluszowe zabawki, pilnowały się dziewczynki, jak swojej mamy, a obecność nawet tak niewielkiego człowieka gwarantowała im bezpieczeństwo i ochronę przed krążącymi w pobliżu jastrzębiami, myszołowami czy kaniami. Gdy w końcu mama zauważyła, że znika durszlak i do jakich celów jest używany, zaczęła go zawieszać na kołku nieco wyżej, by dziecko nie mogło doń sięgnąć. Dziecięcia pomysłowość jednak nie zna granic, a w kuchni czy w izbie obok stał stołek, który dziewczynka przystawiała do ściany, stawała na nim i na palcach, z trudem, ale dosięgła tego tak niezbędnego jej narzędzia. I durszlak znowu mógł służyć celom, do których co prawda nie został wymyślony, lecz pasował idealnie. I znowu można było doń spakować stadko kurczaczków, gąsek, kaczuszek, i starym już zwyczajem udać się z tym całym towarzystwem nad staw. Zabawa przednia.
Oswaldek był ulubieńcem Miśka, rudego pieska, który z daleka wyglądał jak lisek, i którego mieszkańcy Adamowców częstokroć z lisem mylili, gdy biegał gdzieś samopas po polach. To był duet nierozłączny. Niestety, którejś zimy, Misiek po jednej z samodzielnych wypraw nie zdązył się schronić do domu przed wilkami. Miał w tym celu wydrążony specjalny otwór w drzwiach. Po kilku dniach, na polu znaleziono pozostałe po nim łapy i rudy ogon. Rozpacz w domu była wielka.
Jesienne i zimowe wieczory w Adamowcach nie były w żadnym calu monotonne. W domu Genowefy i Floriana stała maszyna do gręplowania wełny. Schodziła się zatem do nich spora grupa kobiet ze wsi. Przy rozplątywaniu i czyszczeniu włókien, kobiety snuły iście mickiewiczowskie ballady i romanse. O pobliskim jeziorze, w którym pewnej zimy miał zatonąć cały orszak weselny, a nocami z jego głębi wydobywał się dźwięk dzwonków przy końskich uprzężach, ludzkie rozmowy i śmiechy. Z kolei przy drodze tuż za wsią, na skraju lasu, o zmierzchu, wracający z miasteczka czy sąsiednich wsi przy smukłej sośnie słyszeli wyraźnie płacz dziecka. Trzeba było dopiero sprowadzić księdza, by temu jakoś zaradzić. Ksiądz przybył, stanął z kropidłem, odmówił modlitwę, pokropił miejsce, z którego płacz dobiegał, i wypowiedział słowa:
- Jak pan, niech będzie Jan. Jak panna, niech będzie Anna.
I od tej pory płacz ustał. A to o ognikach snujących się na bagnach, a więc na pewno o duszach, co potrzebowały modlitwy.
Za wsią, między kilkoma pagórkami, rozpościerały się bagna. One również były doskonałym miejscem do dziecięcych eskapad. Mała Florcia w czasie tych zabaw, skacząc z kępki turzycy na drugą kępkę, bała się, by jej stopa nie ześlizgnęła się do rudawej wody, jako żywo przypominającej ludzką krew. Dorośli opowiadali o kurhanie, w którym spoczywali napoleońscy żołnierze polegli w czasie bitwy, jaka miała się tu rozegrać po niesławnym odwrocie niezwyciężonej armii spod Moskwy. Od czasu do czasu ktoś w czasie prac polowych wyorywał z ziemi szczątki oręża. Dziewczynce wydawało się zatem, że jak jej stopa osunie się do wody, to umoczy ją w ludzkiej krwi i jakaś niewidzialna ręka pochwyci ją i wciągnie do bagna.
Najmilsze były dziecku spacery z mamą. Zwłaszcza wtedy, gdy mogły przejść obok wielkiego kamienia na skraju wsi, co to rozłożył się na łące tuż przy piaszczystej drodze. Za każdym razem, gdy trzymając mamę za rękę, zbliżała się do głazu, widziała siedzące na nim dziecko, z jasną, dłuższą, falującą czupryną, w błękitnej sukience, które przyglądało się małej Florci przyjaźnie i z zaciekawieniem. Gdy zrównywały się z kamieniem, dziecko znikało, ale tylko na chwilę, bo gdy kamień już minęły, ono znowu już na nim siedziało i wpatrywało się w dziewczynkę. Florcia odwracała głowę, przyglądała mu się, a ono wodziło za nią łagodnym, czułym spojrzeniem, bez słów. Nie towarzyszył tym spotkaniom lęk, i nie było to zdarzenie jednokrotne, kilkukrotne, ale stały element dziecięcego życia w Adamowcach.
Mimo okrutnego czasu wojny, było to dzieciństwo dobre, pełne pokoju, rodzinnej miłości, zwyczajnych dziecięcych zabaw, jeszcze przeważnie spokojnych dni i nocy, upływających wolno, pod opieką kochających, troskliwych rodziców, i pod osłoną sił istotniejszych niż ziemskie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...