Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Repatriacja 1946. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Repatriacja 1946. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 września 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 26 - przyjazd do Białegostoku, układanie życia na nowo

Z Krakowa trzeba było dostać się do Łodzi. W Łodzi przy Piotrkowskiej rozlokował się Państwowy Urząd Repatriacyjny, w którym należało załatwić wszelkie formalności związane z przyjazdem do nowej Polski. Dzięki wsparciu UNRRY (UNRRA - United Nations Relief and Rehabilitation Administration - Administracja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy; organizacja niosąca pomoc krajom spustoszonym przez wojnę) PUR pomagał finansowo i materialnie tym wszystkim, którzy zmuszeni byli opuścić rodzinne strony, bo te zostały wcielone do ZSRR. Nie był to jeszcze czas nasilonych represji wobec ludności cywilnej, nowa władza nie mogła i nie była w stanie walczyć na wielu frontach jednocześnie. Genowefa uważała, że będąc na terytorium Polski, w samym jej sercu, jej i dzieciom nic już nie zagraża, nie ma tu priedsiedatieli w skórzanych płaszczach grożących pistoletami, nie ma wszechobecnego NKWD, podejrzanych Serafinów, donosicieli, których tak bolała jakaś skromna bryczka, garnitur i kapelusz Floriana. Dowiedziała się natomiast, że rodzony brat jej męża został zwolniony z wojska i skierowany do pracy w straży banku w Białymstoku. Otrzymał służbowe mieszkanie, w którym zamieszkał z żoną i dwójką dzieci. Białystok był na ten czas dobrą lokalizacją, oczywiście przejściową. Nigdy nie robił na Genowefie dobrego wrażenia, znała to miasto jedynie zza okien pociągu. W drodze z Wilna do Warszawy, pociąg zatrzymywał się na stacji w Białymstoku. Sprawiał wrażenie miasta ponurego, typowo fabrycznego. Nigdy wcześniej nie mieli w nim krewnych, znajomych, żadnych spraw do załatwienia. Ale teraz okoliczności sprawiły, że stał się miejscem idealnym do zamieszkania. Raz, że brat Floriana mógłby im pomóc, a dwa - będzie stąd już blisko do Wilna, i gdy sytuacja w Polsce i na świecie się unormuje, można będzie sprawnie i szybko powrócić do Adamowców. Zatem - kierunek Białystok. Z pomocą PUR i UNRRY.

Znowu stukot kół, długa jazda pociągiem, przez zburzoną Warszawę, i przyjazd nad ranem do Białegostoku. Dwoje dzieci, tobołki, worek z mąką, a w nim posrebrzany krucyfiks, żywot świętej Genowefy zwinięty w rulon, i wierna, łagodna krówka żywicielka. Trzeba było jeszcze tylko przemaszerować przez gruzowiska do urzędu na Warszawskiej, tam okazać dokumenty i czekać na przydział jakiegoś dachu nad głową. Na ulicy Warszawskiej mieścił się też w przedwojennej kamienicy bank, do pracy w którym skierowano Jana. Okazała kamienica i obok, w podwórzu, piętrowy budynek mieszkalny dla pracowników banku. Tuż za nim zielone i pachnące owocami, warzywami i ziołami późnego lata ogrody ciągnące się do rzeki Białej. Białystok był wówczas miastem zrujnowanym, zniszczonym w ponad osiemdziesięciu procentach. Ocalały nieliczne kamienice i część drewnianej zabudowy. Trasa tej dziwnej wędrówki wiodła więc przez zwaliska gruzów, przetykane murowanymi i drewnianymi ocaleńcami, ogrodami, drzewami, łapczywie wdzierającą się - gdzie się tylko dało - bujną zielenią traw, krzewów, wielobarwnych dzikich kwiatów.

Ówczesna administracja cywilna działała mimo wszystko sprawnie. Nie zachowały się żadne opowieści o konieczności koczowania gdzieś pod gołym niebem. Niepełna rodzina z odległych Adamowców otrzymała skromną izdebkę z kuchnią w drewnianym domu wzniesionym z podkładów kolejowych może pod koniec XIX, a może na początku XX w., przy ulicy Fabrycznej. Dziś w tym miejscu stoją jedenastopiętrowe bloki, zachowało się kilka wiekowych drzew, jedno z nich miało pamiętać jeszcze dawną drewnianą zabudowę. Robotniczy Białystok, z drewnianymi domami tonącymi w bujnej zieleni ogrodów. Gdzieś nieopodal, w jednym z takich ogrodów, leżał wysoki komin huty szkła, zbombardowanej przez sowietów w lipcu 1944 r., podobno omyłkowo. Piloci mieli za zadanie najpewniej zniszczyć inną hutę, przy ulicy Ryskiej, a trafili w tę niewielką, na czyjejś prywatnej posesji. Duży ogród przy domu zapewniał pożywienie krówce. W pozostałych izbach mieszkali przedwojenni jeszcze mieszkańcy tego domu, w tym na pięterki staruszka Niemka, potomkini przybyszów z Niemiec, jeszcze z czasów, gdy niemieccy osadnicy zakładali fabryki włókiennicze w Białymstoku i w okolicznych miejscowościach.

Należało teraz stopniowo układać życie na nowo, zdobyć jakieś wiadomości o Florianie, wszak wojna się już dawno skończyła, a nie ma o nim żadnych wieści, znaleźć pracę, posłać dzieci do szkoły, i zdać się całkowicie na Boga.

czwartek, 5 września 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 25 - długo wyczekiwana granica

Szarpnęło gwałtownie wagonem i zaczęło się hamowanie. Albo kolejny nieoczekiwany postój albo kontrola i granica. Po wielu dniach męczącej jazdy należało się spodziewać najtrudniejszego momentu tej wymuszonej podróży. Pociąg stanął w polu, otworzyły się drzwi drewnianych wagonów, z których wysypał się tłum ludzi. W zasięgu wzroku pojawili się skośnoocy żołnierze w szynelach, budionnówkach z czerwonymi pięcioramiennymi gwiazdami, w dłoniach paski, a na nich karabiny z zatkniętymi bagnetami. Czyli to jednak już. Granica. Dzieci odczuwały i rozumiały grozę sytuacji. Jeszcze silniej czuła ją i rozumiała Genowefa. Ufność we wstawiennictwo Matki z Ostrej Bramy była jednak niezachwiana, drogi odwrotu już nie było.

Dzień był słoneczny i ciepły. Rozpoczęła się kontrola dokumentów. Zanosiło się na wyjątkowo długi i pełen nerwów postój. Sowieci w swoim wykonywaniu obowiązków byli całkowicie nieprzewidywalni - albo nad wyraz dociekliwi i precyzyjni albo skrajnie niedbali i niedokładni. Dokumenty nie były sfałszowane, nie były podrabiane, należały jedynie do całkowicie obcych im osób, zbliżonych jedynie wiekowo, z którymi nie łączyło ich żadne pokrewieństwo, a podobieństwo fizyczne w rysach twarzy nie było uderzające. Jakby na to nie patrzeć, jednak ucieczka, oszustwo, które gdyby zostało wykryte, oznaczłoby jedno - drogę na wschód, więzienie, wywózkę. Przyszła na nich kolej. Genowefa z duszą na ramieniu, mgiełką przed oczami, na nogach z waty, stała resztkami sił, podtrzymywana jakąś niewidzialną siłą, gdy sołdat zerkał w dokumenty. Jego twarz bez wyrazu, nieobliczalna. Minuty ciągnące się w nieskończoność. Matko Boska Ostrobramska, ratuj!

Uratowała. Droga do Polski stoi otworem!

Gdy wydawało się, że już po wszystkim, że można wracać do wagonów, nagle powietrze przeszył nieludzki krzyk. Odruchowo głowy zebranych odwróciły się w stronę, z której dobiegł ten przeszywający serce i duszę dźwięk. Skośnoocy żołdacy w budionnówkach rozdzielali dwie kobiety - młodszą, w wieku lat około dwudziestu, i starszą - na oko lat około pięćdziesięciu. Kobiety nie pozowalały się rozłączyć, krzyczały, płakały, próbowały schwycić się dłońmi, co tylko rozwścieczyło oprawców, którzy zaczęli je okładać kolbami karabinów, po całym ciele, jak rzeczy powalili je na ziemię i bili kolbami po głowach. Tryskająca z zadawanych ran krew wymieszana z łzami rozmazała się na ich twarzach tak, że nie było widać oczu, ust, rysów twarzy. Ten obraz zapadł małej Florci tak silnie w pamięć, że nie była w stanie od niego się uwolnić. Ale wówczas Genowefa momentalnie odwróciła dziewczynkę plecami do tej okrutnej sceny, wtuliła w siebie, mocno przycisnęła jej główkę osłaniając ją dłońmi.

Po niedługim czasie pociąg ruszył dalej, już tylko metry dzieliły go od Polski. Po miesiącu wyczerpującej fizycznie, a jeszcze bardziej psychicznie podróży dotarł do Krakowa. Genowefa jednak nie zamierzała osiedlać się w Krakowie. W Adamowcach został dom i gospodarstwo, bracia pozostali w Krukwoszczyźnie, im - tak jak i wielu innym - wydawało się, że to całe zamieszanie z granicami jest tymczasowe, nie było ich na liście do wywózki, nie widzieli więc żadnego powodu, by opuszczać swoje rodzinne strony. W myślach Gieni zarysował się natomiast plan, by poszukać miejsca do życia gdzieś bliżej granicy, skąd byłoby bliżej do Adamowców.

środa, 4 września 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 24 - przez Wilno na zachód

Wiadomo, że były to bydlęce wagony i był to długi skład ciągnięty przez dwie lokomotywy. Dni jeszcze utrzymwały się ciepłe i długie. Dziewczynka zapamiętała postój w Wilnie. Z dworca kolejowego był już tylko rzut kamieniem do Ostrej Bramy. Mama wzięła córeczkę za rękę i poszły razem tak dobrze znanymi Genowefie uliczkami. Nikt wówczas nie zakładał, że będzie to wyjazd na zawsze, bez możliwości powrotu, wszystko wokół wydawało się tymczasowe, przejściowe, chaotyczne, trzeba się było ratować przed wywózką w głąb złowrogiego państwa, ale sytuacja się przecież w końcu ustabilizuje, wszystko wróci do normy i być może rację ma Władek, twierdząc, że tu była i będzie Polska. Trzeba jedynie przetrwać ten czas zamętu, wojennej zawieruchy, szaleństwa wywózek, zmiany granic, rozdzielania rodzin.

- Mamo, to w końcu ile jest tych Matek Boskich?

- Jedna dziecko, jedna.

- Ale przecież w Wilnie, w Częstochowie, w Warszawie...

- To nic, Matka Boska jest jedna, tylko w każdym miejscu inaczej namalowana, inaczej ubrana.

Ta w pozłacanej sukience, z promieniami i gwiazdkami wokół głowy, w okazałej koronie, z dłońmi skrzyżowanymi na piersi, o zamyślonym wyrazie twarzy, spoglądająca z troską i uważnością na klęczącą przed Nią sześcioletnią Florcię, przypadła dziecku do gustu najbardziej i tak już pozostanie.

Czasu nie było za dużo, nigdy nie wiadomo, jak długo skład będzie stał na stacji. Pierwszeństwo miały pociągi wojskowe. Wojna się już niby skończyła, ale ruch w jedną i drugą stronę trwał w najlepsze. Wywożenie wszelkiego rodzaju łupów wojennych musiało przebiegać sprawnie, transporty cywilne nie miały w tym powojennym ruchu większego znaczenia.

Zdążyły w samą porę. Oswaldek dzielnie pilnował dobytku. Pociąg ruszył na południowy zachód. Jechali przed siebie, nie znając właściwie celu tej wymuszonej podróży.

Postoje zdarzały się przeważnie w szczerym polu. Był to czas na wykarmienie przewożonych zwierząt na łąkąch przylegających do torów. Nikt precyzjnie nie określał czasu takiego postoju. Trzeba było się wzajemnie pilnować, by ktoś nie odszedł za daleko, by zwierzęta się nie rozproszyły, i by kogoś z towarzyszy tej wędrówki nie pozostawić na pastwę losu, bo w razie zagubienia jak się później odnaleźć?

Miarowy stukot kół wagonów, uchylone lekko drzwi, by zachować ruch powietrza, jazda w dzień, jazda nocą, i obawa, by jednak ktoś się nie zorientował, że jadą na nieswoich dokumentach, by nikt tym przeklętym papierom zbyt dociekliwie się nie przyglądał. Z każdym dniem niepokój jednak narastał, z każdą godziną, minutą zbliżali się nieuchronnie do tej widmowej granicy, na której na pewno dokumenty jakiś sołdat będzie sprawdzał. Niech ona już w końcu się pojawi! Mieć to już ją za sobą! Być w tej innej Polsce, co prawda nie w Adamowcach, nie w Wilnie, ale jednak między swoimi, to prawie jak u siebie, i odetchnąć z ulgą.

piątek, 16 sierpnia 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 22 - decyzja o wyjeździe z Adamowców i historia św. Genowefy

Gdzieś niedaleko Adamowców mieszkał mężczyzna, który miał żonę i dwójkę dzieci - chłopaka i dziewczynkę. Dorośli byli w wieku podobnym do Floriana i Genowefy, dziewczynka w wieku zbliżonym do Florci, ale największy problem był z chłopakiem, bo Oswaldek był o kilka dobrych lat od niego młodszy. Miał wówczas lat 13, a różnica kilku lat w takim wieku jest dostrzegalna na pierwszy rzut oka.

Genowefa zdawała sobie jednak sprawę, że pozostanie w Adamowcach i na ziemiach włączonych już do ZSRR będzie się wiązało z niechybną wywózką w głąb ojczyzny światowego proletariatu. Wiedziała, że ten wspomniany mężczyzna chce sprzedać dokumenty swojej żony i dzieci. Zdecydowała się kupić je od niego. Lista osób przeznaczonych do wywózki była pewna, imiona, nazwiska, daty urodzenia. Ucieczka na własnych dokumentach nie wchodziła zatem w rachubę, a choć zatrzymanie w czasie podróży na cudzych dokumentach mogłoby oznaczać podobne, jeśli nie takie same konsekwencje, jak pozostanie w rodzinnych stronach, to stawką był wyjazd do Polski, nowej Polski, która jeszcze się ostatecznie nie ukształtowała i nie było do końca wiadomo, jakim będzie krajem w przyszłości. Jednak możliwość zamieszkania wśród swoich, wśród rodaków, w środowisku bliskim kulturowo, językowo, mentalnie, dawała poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli po raz kolejny trzeba byłoby rozpoczynać życie od nowa.

Nie zamierzała dłużej zwlekać. Umowa repatriacyjna podpisana przez polskie władze z władzami ZSRR w lipcu 1945, otwierała osobom deklarującym narodowość polską drogę do Polski jeszcze w 1946 roku.

Ulubionego konia Floriana, tego, który bał się pociągów, zarekwirowali sowieci, w zamian zostawili swoją wychudzoną szkapę. Trzeba ją było oddać sąsiadom. Ale jedyną krówkę koniecznie należało zabrać ze sobą. Genowefa pamiętała, by nasuszyć chleba, który w postaci sucharów na pewno przyda się w drodze. Ubrania, posrebrzany krucyfiks schowany w worku z mąką, obraz przedstawiający żywot świętej Genowefy, zakupiony w Wilnie przez dziadka Ksawerego, gdy Gienia, będąc dzieckiem, nieszczęśliwie spadła z drabiny i tak mocno uderzyła głową w ziemię, że groziła jej trwała utrata wzroku. Ksawery załatwiając sprawy w Wilnie, pamiętał o tym, by przywieźć obraz, który niczym współczesny komiks, przedstawiał historię życia patronki dziecka, słynącej z tego, że jej wstawiennictwo miało przywracać wzrok niewidomym. I Gienia po niedługim czasie wzrok rzeczywiście odzyskała. Nieco wyblakły, trochę wyszarzały i poplamiony, oprawiony w drewnianą ramę, za szkłem, wisi na ścianie do dziś. W prawym dolnym rogu widnieje napis - "Dozwoleno Cenzuroju, gorod Warszawa, 26 Apriela 1893 god", i nieco wyżej tytuł już w języku polskim "Żywot św. Genowefy, czyli wzór ufności w Bogu". Składa się nań trzynaście precyzyjnie wykonanych, kolorowych, pobudzających wyobraźnię scen z życia świętej.

Wedle dawnej legendy żył w Niderlandach pewien brabancki książę, cieszący się powszechnym szacunkiem i miłością wśród swoich poddanych. Słynął z wielkich cnót i miał nie mniej szlachetną i bogobojną małżonkę, a Bóg obdarzył ich córką, jedynaczką, o imieniu Genowefa, którą kochali nad życie. Dziewczynka wykazywała niezwykłą bystrość umysłu i szlachetne serce pełne miłości bliźniego. Gdzie tylko dostrzegła nędzę lub chorobę, spieszyła z pomocą, dzieląc się własnymi sukienkami, udzielając pieniężnego wsparcia ze środków, jakimi obdarzali ją rodzice na zakup bogatych strojów. Rano i wieczorem śpieszyła do chorych. Pewnego razu, gdy ich kraj najechały wrogie wojska, ojciec Genowefy w czasie zaciętych walk znalazł się w niebezpieczeństwie utraty życia. Ze wszystkich stron otoczyli go nieprzyjacielscy wojownicy, odpierał dzielnie ich ataki, a gdy w końcu zaczął słabnąć w boju, z pomocą przybył mu waleczny hrabia Zygfryd i ocalił księciu życie. Stary książę, po zakończeniu wojny, powodowany wdzięcznością, zaprosił walecznego rycerza do swojego zamku. A poznawszy go bliżej, umiłował szczerze swego wybawcę i dał mu Genowefę za żonę. Ślubu młodej parze udzielił sędziwy i bogobojny starzec, biskup Hidolf, który błogosławiąc młodą parę, niczym prorok Symeon, przepowiedział młodym, że ich życie będzie wypełnione cierniami. Po ceremonii ślubnej małżonkowie odjechali do zamku Zygfryda, posadowionego na wyniosłej skale. Nie dane im jednak było długo cieszyć się szczęściem. Maurowie z Hiszpanii wtargnęli do Francji. Hrabia Zygfryd został wezwany do królewskiego obozu. Genowefa zostawszy sama na zamku, zapraszała doń wszystkie dziewczęta z okolicznych włości. Uczyła je szycia i przędzenia. Tak jak w dzieciństwie, niezmiennie pozostawała opiekunką ubogich i sierot. Nie było biednego, który by nie doznał od niej wsparcia, nie było chorego, którego by nie wspomogła lekarstwem i dobrym słowem. Tymczasem rządca zamku, którego hrabia przed wyruszeniem w bój mianował swoim zastępcą, niejaki Gollo, człowiek niezwykle przebiegły, potrafiący każdego zjednać gładkimi słowami, w kilka dni po odjeździe hrabiego, przybrał postać samowładnego pana. I jeżeli ktoś nie podejmował choćby prób, by zaskarbić sobie jego względy, ten musiał się liczyć ze srogim odwetem. Z początku wobec pani zamku okazywał najgłębsze uszanowanie, lecz z czasem zuchwale ośmielił się wyjawić jej swą miłość, którą ona, wierna małżeńskiej przysiędze, ze zgrozą i oburzeniem odrzuciła. Zawiedziony w swych nadziejach, gwałtowną namiętność zamienił w zemstę i poprzysiągł Genowefie zgubę. Ona, przewidując grożące jej niebezpieczeństwo, napisała do męża list z gorącą prośbą, by oddalił z zamku zdradzieckiego rządcę. List miał dostarczyć wierny sługa Zygfryda - Drako, lecz gdy Gollo się o tym dowiedział, wpadł do komnaty, w której Genowefa przekazywała Drakowi list, i przeszył wiernego sługę mieczem. Wielkie poruszenie wszczęło się na zamku, służba zbiegła się do komnaty, w której leżała zemdlona hrabina i zbroczony krwią sługa. Rządca, wykorzystując sytuację, począł rzucać na Genowefę najgorsze potwarze. Po czym zabrał list hrabiny, napisał swój własny, w którym przedstawił ją jako wiarołomną małżonkę. Wysłał go czym prędzej przez umyślnego, a hrabinę wtrącił do więzienia. Genowefa została zamknięta w ciemnym, zimnym, wilgotnym lochu, mieszczącym się w baszcie zamku. Przez kilka miesięcy trwała uwięziona w kamiennej celi. Nikt nie mógł jej odwiedzać, sam tylko Gollo od czasu do czasu do niej przychodził i usilnie namawiał do złamania przysięgi, lecz ona mu za każdym razem odpowiadała, że woli, by ludzie mieli ją za występną, niżby miała rzeczywiście przez zbrodnię ocalić swe życie. Jej cierpienia zaczęły narastać, bowiem tuż po wyjeździe męża, okazało się, że zostanie matką. I wkrótce urodziła w więzieniu syna, którego od razu poświęciła i oddała Bogu. Posłużyła się kubkiem z wodą, polała nią dziecko i chrzcząc je w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego nadała mu imię Bolesty, jako że wśród łez i bólu przyszedł na świat.

Którejś nocy ktoś zastukał w okienko celi. Okazało się, że była to Berta, córka dozorcy więzienia, którą Genowefa jeszcze do niedawna czule się opiekowała. Dziewczyna ostrzegła swoją umiłowaną panią, że rządca wydał na nią i na dziecko wyrok śmierci, zapytała też, czy mogłaby jej w jakiś sposób pomóc. Genowefa poprosiła o światło, papier, atrament i pióro. Gdy otrzymała to, o co prosiła, napisała list do męża. W liście tym żegnając się z nim, dowodziła swej niewinności, prosiła też, by powiadomił o jej losie ukochanych rodziców, oraz by nie zabijał złoczyńcy Golla. Poświadczała zarazem, że jego poczciwy sługa Drako w niczym nie zawinił i do końca pozostał mu wiernym, wzywała by zaopiekował się jego żoną i dziećmi, a także, by nagrodził Bertę, która ten list mu dostarczyła, jako, że ona jedna jedyna jej nie opuściła. Gdy tylko oddała przez okienko list Bercie, otworzyły się drzwi celi i wkroczyli do niej dwaj uzbrojeni pachołkowie. Jeden z nich trzymał zapaloną pochodnię, a drugi dzierżył odsłonięty miecz. Nakazali kobiecie wziąć dziecko i podążać za nimi. Szli długim ciemnym korytarzem, wydającym się nie mieć końca. Wreszcie dotarli do okutych żelazem drzwi, otworzyli je z trudem i znaleźli się na dworze. Była już późna noc, niebo iskrzyło się miriadami gwiazd. Wokół roztaczała się ciemna knieja, rosły dorodne świerki i ponure jodły. Mężczyzna z mieczem kazał jej oddać dziecię. Genowefa błagała ich obu, by ocalili życie dziecku, a zabili tylko ją. Na to jeden z pachołków zwrócił się do drugiego, by darować życie pani, która tyle dobra i im przecież wyświadczyła. Ostatecznie zdecydowali, że oszczędzą życie nie tylko dziecku, ale też hrabinie, a jako potwierdzenie dokonanej zbrodni - na żądanie Golla - zamiast języka pani, przyniosą ucięty język psa. W zamian kobieta miała jedynie przysiąc, iż nigdy nie opuści puszczy, do której ją przywiedli. Jak postanowili, tak też uczynili. Pozostawili ją z dzieckiem, a sami udali się z powrotem do zamku. Genowefa usiadła pod rozłożystą sosną. W wierzchołkach drzew złowrogo szumiał wiatr, pohukiwały sowy, a w oddali słychać było wycie wilków. Matka w żarliwej modlitwie oddała się wraz z synkiem pod opiekę Bogu. Zaczął padać deszcz ze śniegiem i wiać mroźny wiatr od wschodu. Wypatrywała jakiegoś schronienia i owoców zdatnych do spożycia. W końcu udało jej się znaleźć przyjazną i zaciszną dolinę, a w skale nieopodal wejście do niedużej jaskini. Przy skale biło czyste jak kryształ źródło. Genowefa uklękła i jęła prosić Boga o pomoc. Gdy tak trwała na modlitwie, zaszeleściły zeschnięte gałązki i liście zaściełające ziemię, a przed otworem jaskini stanęła piękna łania. Z początku przyglądała się kobiecie i jej dziecku uważnie, aż w końcu do nich podeszła i poczęła przybyszów obwąchiwać. A gdy Genowefa podała jej pęk suchej trawy, łania nie uciekła, lecz zjadła trawę i pozwoliła się wydoić. Mlekiem łani matka nakarmiła dziecię i sama się nim również pożywiła. Okazało się, że owa jaskinia była legowiskiem zwierzęcia. Z mchu kobieta wyszykowała posłanie sobie i synkowi, rozłożystą gałęzią jodły zasłoniła wejście do jaskini, by ochronić się od wiatru, a łania swoim oddechem ogrzewała wnętrze groty. Z dwóch patyków Genowefa sporządziła krzyż, przed którym kilka razy dziennie się modliła. Wierna łania, która jej odtąd już nie opuszczała, leżała u nóg swojej pani. I tak mijały lata. Chłopczyk, rósł, żywiąc się ziołami, korzonkami, mlekiem i wodą, zaczął też wypowiadać pierwsze słowa, w tym po raz pierwszy powiedział "mama". Siedem lat żyli w tej przepastnej kniei, aż w końcu Genowefa poważnie zachorowała. Szykując się już do odejścia z tego świata, opowiedziała synkowi całą ich historię, pouczyła go, że gdy ona umrze, on będzie musiał iść trzy dni i trzy noce, aż wyjdzie z puszczy na wielką równinę, na której będzie stał zamek jego ojca. Oddała mu swój pierścień, który miał posłużyć jako potwierdzenie tego, że jest synem jej i Zygfryda. Gdy matka tak leżała nieprzytomna, chłopiec prosił Boga, by dobry Ojciec przywrócił ją do życia.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...