Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Florian Szpak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Florian Szpak. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 maja 2026

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać jelenie i łanie, łagodne, spokojne wilki, nieśmiałe łosie, owieczki i baranki. Nikt nikomu nie będzie wadził. Zapanuje spokój i radość, i ten stan nie będzie miał końca.

Las Bielański, bielący się śnieżną bielą zimy, w połyskującym zimowym słońcu. Przy minus osiemnastu stopniach, w niedzielny poranek, jest tak samo urokliwy jak i w szacie bujnej, soczystej majowej zieleni, czyniącej go nieco mrocznym. Promienie słońca z trudem przebijają się przez gęste listowie. Wędrując alejkami pnącymi się po skarpach, czy wijącymi się u ich podnóża, niezależnie od pory dnia, pory roku, mam wrażenie, że trwa tu wieczna błoga niedziela, napotkani ludzie zmierzają na wspólną ucztę, rozsnuwają się zapachy gotującego się pysznego obiadu, a wszyscy za chwilę zasiądą na kocach, na drewnianych ławkach albo bezpośrednio na trawie, i przystąpią do spożywania świeżych, dymiących jeszcze dań. Powstaje też wrażenie, że przyjdą ci, których z nami już nie ma, choć byli jeszcze niedawno, i ci, co byli znacznie dawniej. Odpoczniemy w końcu wszyscy, tocząc rozmowy nad gorącą herbatą, przy ciastach podawanych z domowym kompotem, deserach lodowo-owocowych, z bitą śmietaną, galaretką. Wystarczy jeszcze tylko się potrudzić, przemierzyć kilka alejek, odczuć nieuciążliwe, a przyjemne zmęczenie, i udać się na zieloną łąkę, z niewysoką trawą, wyłaniającą się między wiekowymi, dostojnymi dębami. Za moment przybędą na nią wszyscy, na których czekamy, za którymi tęsknimy.

Jak we śnie, w którym wszystko wokół niespodziewanie i nagle się uciszy, świat cały zamilknie i przystanie, a od strony zachodniej nadejdą Rodzice, skromnie i elegancko ubrani, na trawie przy jabłoni zasiądą młodzi ludzie z dziećmi, a ja podejdę do karłowatej jabłoni, by zerwać z niej na powitanie Powracających jabłka, i Tata z oddali zakrzyknie do mnie, że dwa jabłka wystarczą.

Nastrój błogiej, leniwej niedzieli utrzymuje się w tym lesie nieustannie. I jest tu jakby świat cały, wszystko co do życia niezbędne. Barokowy kościół, dawne eremitoria, płaski szczyt niewysokiego wzniesienia z boiskami i idealnie wkomponowanymi w zieleń nowymi budynkami, biało kwitnące majowe wiśnie, ciche alejki, las, bistro Luna z domowymi pysznymi obiadami i ciastami oraz życzliwą, uprzejmą obsługą, Matka Boska w grocie, przed którą palą się lampki, i Matka Boska Kodeńska w zagłębieniu pnia starego drzewa, ławki na nasłonecznionym stoku łagodnego wzgórza, w miejscu, w którym ponad sto lat temu swój ogród czule pielęgnowali kameduli. Nazwa Bielany pochodzi wszak nie od śnieżnej bieli, lecz od ich habitów, połyskujących między drzewami.

A do tego wspomnienia Babci, która z Dziadziusiem, i małym Oswaldkiem przychodziła tu na pikniki. Najpewniej w niedziele, po Mszy gdzieś na Woli, może w kościele św. Klemensa. Po tygodniu ciężkiej pracy Floriana w fabryce gumy. Ten las, te skarpy, nadwiślański brzeg, wyglądały wówczas zupełnie inaczej, choć duch miejsca, mam wrażenie, że trwa niezmiennie. Wędrowanie tu jest jak szukanie śladów Babci na alejkach Kalwarii Wileńskiej, do której pielgrzymowała z okolic Głębokiego. Przybysze z dalekiej Wileńszczyzny, poszukujący lepszego życia, lepszego świata, i Opatrzność, która nad nimi czuwała i sprawiła, że latem przed wybuchem wojny zdążyli wrócić do rodzinnych Adamowców, do nie tak dawno pobudowanego drewnianego domu. Ten powrót najpewniej ocalił im życie. Inaczej upamiętniałaby ich jedna z wolskich tablic Tchorka, gdzieś przy Wolskiej, Górczewskiej albo Towarowej, a prochy spoczęłyby na Cmentarzu Wolskim albo ciemne smugi spalenizmy zostały odkryte przy wznoszeniu budynku pod salon samochodowy.

Nad lasem postrzępione białe obłoki suną po błękitnym niebie, słońce powoli zacznyna się chylić ku zachodowi, niedawno spadł długo wyczekiwany deszcz, ożywił leśną zieleń, która w maju powinna barwić świat setkami różnych odcieni. Trudno stąd odchodzić, nawet jeżeli się wie, że wkrótce się tu powróci. Osiołki będą czekać w swojej zagrodzie i nadstawią głowy do głaskania.

poniedziałek, 16 września 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 28 - odnalezienie Floriana po 78 latach

6 marca 2023 roku, dwa dni po wypadku, kiedy naćpany, agresywny z wytatuowaną szyją facet, w czapce z daszkiem nasuniętej na oczy, staranował nas fordem focusem na legionowskich numerach, gdy staliśmy na czerwonym świetle, pół kilometra od domu, dochodziłem do siebie po doznaniu lekkiego skręcenia szyi. Tuż przed południem, po raz kolejny - na przestrzeni ostatnich kilku lat - wpisałem do internetowej bazy straty.pl hasło "Florian Szpak". Rok wcześniej pisałem do Biura Poszukiwań PCK, ponad 70 lat wcześniej do PCK pisała Genowefa, jakiś czas później Florentyna. Wolny dzień sprzyjał internetowym poszukiwaniom. Tym razem jednak zamiast informacji o braku poszukiwanego hasła, wyświetlił się rezultat wyszukiwania: "Florian Szpak, data śmierci 1945-03-12". Dreszcz emocji. Kliknięcie na nazwisko, otwiera się kolejna podstrona: "Dane osobowe: nazwisko - Szpak, imię - Florian, data śmierci: 1945-03-12. Informacje o prześladowaniach: nieustalony rodzaj represji. Ostatnie informacje o poszukiwanym: żołnierz frontowy ze wschodu, zmarł w szpitalu w Siedlcach. Źródło: Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej. Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Warszawie, IPN BU 3049/237 s. 161. Formularze do ksiąg zgonów z okresu okupacji. Powiat siedlecki. USC Siedlce.".

- Mamo! Znalazłem Dziadka!

- Jakiego Dziadka? O czym ty mówisz?

- Dziadka Floriana. Floriana Szpaka.

- Gdzie?

- W internecie. W bazie straty.pl

Głośno odczytałem wyszukane informacje. Tego dnia jakby zaczęło się nowe życie. Po latach niewiedzy, niepewności, tęsknoty. Dnia 6 marca 2023 roku dowiedzieliśmy się, że Florian zmarł 12 marca 1945 r., w szpitalu w Siedlcach. Po mamy policzkach popłynęły łzy. 4 marca, w dziewiątą rocznicę śmierci taty, oboje przeżyliśmy wypadek, w wyniku, którego mamie nic się nie stało mimo, że siedziała z tytułu, a ja mimo wrażenia - w momencie wyjątkowo silnego uderzenia - że za chwilę jego siła urwie mi głowę, skończyłem z lekkim skręceniem szyi, które nie kwalifikowało się nawet na kołnierz ortopedyczny. Policjanci, którzy przybyli na miejsce wypadku po kilku dobrych godzinach, widząc rozbity tył naszego auta, i całkowicie zgnieciony przód auta sprawcy, porzuconego, bo jego kierowca zbiegł pieszo ze swoją partnerką, zgodnie stwierdzili, że to właściwie cud, że nic się nam nie stało. A teraz, dwa dni po tym wypadku, kolejny jakby cud, kilka dni przed 78 rocznicą śmierci Floriana, w samotności, w szpitalu w Siedlcach.

Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to wpisać do wyszukiwarki hasło "kancelaria cmentarza w Siedlcach", zadzwonić, zapytać, podać imię, nazwisko, datę urodzenia, miejsce śmierci, okoliczności. W wyszukiwarce google momentalnie pojawiły się dane Kancelarii Zarządu Cmentarzy Katolickich w Siedlcach, adres, numer telefonu. Przy ulicy Piłsudskiego, obok kościoła pod wezwaniem świętego Stanisława Biskupa Męczennika, a więc mojego patrona z bierzmowania, tuż obok ulicy Floriańskiej, wszystko jakby mistycznie ścieśnione na niewielkiej przestrzeni, obok siebie. Chwytam za telefon, wybieram numer, sądząc po głosie odbiera młody mężczyzna, pokrótce opisuję sprawę, prosi bym zadzwonił za dwadzieścia minut, bo ma w tej chwili interesantów. Rozłączam się. Nie mija piętnaście minut, ktoś do mnie dzwoni. Oddzwania jak się okazuje ksiądz z kancelarii, zapamiętał dane Floriana, które w pośpiechu podałem, i zdążył już sprawdzić, Florian Szpak, urodzony w 1902 r. w Adamowcach, pochowany na wniosek szpitala 12 marca 1945 roku na Cmentarzu Janowskim w Siedlcach. A zatem skoro pochowany 12 marca, to musiał umrzeć wcześniej, może 9 marca, trzy dni przed dniem pochówku.

- Niech pan przyjedzie do kancelarii w dogodnym dla siebie terminie, zrobię panu kserokopię wpisu z księgi parafialnej.

Nie wiemy jaka była pogoda dnia 12 marca 1945 r., mszę pogrzebową odprawił ksiądz, pewnie razem z organistą odprowadził zmarłego na Cmentarz Janowski. Czy ktoś poza nimi uczestniczył w pochówku?

- Wie pan, to musiałby być cud, żeby ten grób się zachował. Od 1945 r. nikt się nim nie opiekował, nie opłacał.

Wszystkie zebrane na przestrzeni lat informacje zaczęły się układać w spójną całość. To dlatego w 1946 roku ktoś Genowefie w Mordach powiedział, że pamięta żołnierza o czarnych włosach, niebieskich oczach, wysokiego, który miał chore nogi i nie był w stanie chodzić. Mówił też o tym Jan i pan Pietuszko. Został wraz z innymi chorymi żołnierzami w Mordach, a po pewnym czasie trafił do szpitala w pobliskich Siedlcach - obie miejscowości dzieli od siebie odległość 20 kilometrów. Ale tego w roku 1946 Genowefie już nie udało się ustalić. Pojechała sama z Białegostoku do Mord, wypytywała przypadkowo spotykane osoby o swego męża. Nikt nie wiedział co się z nim stało, nikt nie powiedział, że wysłano go do siedleckiego szpitala. Nad zdeterminowaną kobietą zlitował się miejscowy kolejarz, razem ze swoją żoną pomagał zbierać informacje o zaginionym, przygarnęli ją na noc pod swój dach i żachnęli się, gdy chciała im zapłacić za gościnę.

Na początku lat 50-tych białostocki sąd rejonowy wydał postanowienie o uznaniu Floriana za zmarłego. Z dokumentu wynikało, że zginął w 1945 r. przy forsowaniu Nysy Łużyckiej, przy czym błędnie zapisano nazwę rzeki - Nissy. Zapewne wydawał je sowiecki funkcjonariusz w polskim mundurze. Później jeszcze do PCK pisała Genowefa, a po pewnym odstępie czasu Florcia, niestety żadnych informacji nie uzyskały. Ile zaś były warte sądowe ustalenia pokazał rok 2023.

wtorek, 18 czerwca 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 6 - powrót Floriana, Adamowce, Wileńszczyzna - lata 30-te

Na drodze od strony Murz pojawiła się postać niespiesznie zmierzająca w stronę Adamowców. Przedwieczorna pora, z wciąż jasnym, żółtawym na północnym zachodzie niebem, słońce nie tak dawno skryło się za widnokręgiem. Florian zdawał sobie sprawę, że za długo zabawił w Mosarzu. Obiecał przecież ojcu, że pojedzie z nim do kościoła w Udziale. Proboszcz prosił Mojżesza o naprawienie kilku ław w świątyni. Wczesnym latem dni na północno-wschodnim spłachetku Wileńszczyzny trwają długo, tak jakby sięgały tu odblaski białych nocy z nie tak znowuż odległej, odmiennej i tajemniczej Estonii. Ta położona jeszcze bardziej na północ kraina żywo pobudzała wyobraźnię. A gdyby tak policzyć kilometry, to można powiedzieć, że leżała jakby w połowie drogi z Adamowców do Warszawy. Wywoływała ciekawość i chęć odkrycia. Słyszało się, że ludność tamtejsza włada zupełnie innym językiem niż sąsiedzi Litwini czy Łotysze. Kraj jest pokryty rozległymi puszczami, a w miastach stoją bajkowe zamki i dostojne, siegające nieba gotyckie katedry. Tak sobie marząc, Florian przyspieszył kroku. Dotarł w końcu do pierwszych zabudowań wsi. Lekko zdyszany wkroczył na podwórze domostwa rodziców, ale na zewnątrz, ani na ganku nikogo nie było. Wszedł do izby, w której przed świętym obrazem klęczała i żarliwie modliła się matka. Józefa miała łagodne usposobienie, spokojne spojrzenie niebieskich o migdałowym kształcie oczu, osadzonych na jasnej, pogodnej twarzy, tak jasnej, że wyraźnie malował się kontrast między ową mleczną niemal bielą a jej kruczoczarnymi bujnymi włosami. Zakończyła modlitwę i z trochę wymuszonym wyrzutem spojrzała na syna. Wiedziała, że był umówiony z ojcem, lecz nie potrafiła się gniewać w sytuacjach, które była w stanie usprawiedliwić, a wiedziała, że syn nie jest lekkoduchem i na pewno jego spóźnienie ma racjonalną przyczynę. Poza tym, z pomocą przyszedł starszy brat Floriana – Jan. Wcześniej dziś uporał się z pracą w polu i razem z ojcem pojechali do Udzieła, a właściwie Udziełła, jak mawiali miejscowi.

Obaj synowie Mojżesza i Józefy byli pracowici i odpowiedzialni, przekroczyli już jednak trzydziesty rok życia i powinni pójść w ślady swoich starszych sióstr, założyć własne rodziny, pobudować własne domy i rozpocząć życie na własny rachunek. Józefa była doskonałą obserwatorką i miała świetną intuicję i dzięki tym wrodzonym zdolnościom dostrzegła już jakiś czas temu, że Florian, wracając z Mosarza, jest nieco odmieniony, coś jakby ukrywał i wszystkiego nie mówi. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że przed kochającą matką nic się ukryć właściwie nie da. Między osobami o tak silnej więzi istnieje jakieś duchowe zespolenie sprawiające, że można nawet czytać w myślach na odległość. Umiejętność, której się nie nabywa w drodze nauki, choćby nie wiadomo ile książek nie przeczytać, ile szkół, by nie ukończyć. Z tym talentem człowiek przychodzi na świat i kochając prawdziwie, podtrzymuje go, pogłębia, rozwija, a jeśli się nie kocha szczerze - jak Bóg przykazał - to tak, jakby ten talent zakopać, pozostawić piękny kwiat bez pielęgnacji, a on więdnie, usycha aż w końcu zanika. Już od co najmniej miesiąca, wracając do domu, Florian przemykał tajemniczy między izbami, z błyszczącymi, lekko uśmiechniętymi oczami, a te błyski mogły być niezauważalne dla kogoś postronnego, lecz nie dla matki.

piątek, 14 czerwca 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 5 - Adamowce, ród Szpaków, Wileńszczyzna lata 30-te

Krajobraz delikatnie wznosił się i spokojnie opadał, falowały razem z nim pola obsiane zbożami, bujne łąki i ciemniejące masywy leśne na horyzoncie, niewielkie wsie z drewnianą zabudową, poprzecinane strumykami i wąskimi rzeczkami. Piaszczysta droga z Adamowców wiodła przez Murzy, ale można też było jechać przez Rakowce. Murzy, leżące przy znaczniejszym trakcie, były znane z tego, że płonęły zawsze. gdy przez te tereny przetaczały się wrogie wojska. Na wschód od Adamowców rozłożyły się Rakowce, w których mieszkali między innymi Tatarzy i tym się najbardziej wyróżniały.

Na ganku drewnianego domu stał wysoki, mocno zbudowany, czarnowłosy mężczyzna. Wypatrywał kogoś na drodze, ale dukt i od strony Murzów i od strony Rakowców był wciąż pusty. Florian powinien już wrócić, a wciąż go nie ma. W domu przy kuchni krzątała się energiczna, szczupła, ciemnowłosa kobieta. Do domu przylegał ciesielski warsztat. Mojżesz i jego syn Florian byli cenionymi w okolicy cieślami. Zlecenia wszelkiego rodzaju spływały nieustannie od mieszkańców okolicznych wsi i miasteczek. A to trzeba było komuś pomóc przy budowie domu, a to dokonać drobnych napraw, choćby ław w kościele w Mosarzu albo w Udziale, albo wyrzeźbić jakieś fantazyjne zdobienia nad oknami, okiennice, krzesła, stoły, czy co tam jeszcze się komuś zamarzyło mieć w domu z drewna. Dziś Florian miał wrócić z Mosarza wcześniej. Planowali razem z ojcem pojechać do kościoła w Udziale, by naprawić oparcia i klęczniki w kilku kościelnych ławach. Słońce zaczynało już powoli chylić się ku zachodowi, swoim balsamicznym światłem czule otaczało przydomowe ogrody, pola, sady, łąki i las na horyzoncie. Tę porę dnia Mojżesz i Józefa lubili najbardziej. To był czas kiedy mogli w końcu z czystym sumieniem oddać się odpoczynkowi na ganku albo wyruszyć na spacer piaszczystą drogą w stronę Murz bądź Rakowców, a bursztynowe, podkreślające urodę okolicy światło przydawało światu jakiegoś nierzeczywistego blasku i nastroju.

W Adamowcach mieszkali przede wszystkim Adamowicze i Szpakowie. Którzy przeważali trudno stwierdzić. W domu Mojżesza i Józefy uwagę zwracały wiekowe, monumentalne meble, przypominające do złudzenia meble, jakie widywało się w aptekach. Wedle tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie, pewien – nieznany z imienia – przodek Szpaków miał być lekarzem w armii Napoleona, i w czasie niesławnego odwrotu jej resztek spod Moskwy, z jakichś przyczyn zatrzymał się na dłużej w Adamowcach. Wówczas swoją urodą i charakterem urzekła owego zacnego przodka miejscowa dziewczyna, z którą postanowił pozostać na tym urokliwym skrawku ziemi już do końca swych dni. A sam miał wywodzić się gdzieś z Mazowsza, podobno z okolic Ostrołęki. Tyle rodzinne opowieści, a jak było w rzeczywistości, któż to może wiedzieć. Te apteczne meble stanowiły niejako poszlakę wskazującą na prawdziwość tej opowieści. Istniała też jeszcze jedna, choć mocno pośrednia poszlaka - nieopodal wsi, znajdował się kurhan, wyraźnie ludzką ręką usypane wzgórze, u którego podnóża, w czasie prac polowych, miejscowi gospodarze wydobywali z ziemi szczątki broni, szable, bagnety, będące pozostałością po potyczce, jaką stoczyły tu niedobitki armii napoleońskiej ze ścigającymi ich Rosjanami. A poza tym, pierwotnie przodkowie ze strony Mojżesza mieli nosić podwójne nazwisko Szpak-Szpakowski, i dopiero w czasie nasilonej walki z polskością na rubieżach Wileńszczyzny, po Powstaniu Styczniowym, urzędnicy carscy któremuś z pradziadków, gdy ten już oślepł, ucięli w dokumentach drugi człon nazwiska "Szpakowski", bo ze Szpaka wedle ich rozumienia można było uczynić Rosjanina, za to Szpak-Szpakowski już nastręczał pewnych trudności. Tak zapewne dumali czynownicy i tak wcielali w życie rusyfikację. Jednak wyznania tych niepokornych, przymusowych poddanych cara zmienić już nie byli w stanie, stąd ród Szpaków dzielnie, do odzyskania niepodległości trwał przy polskiej mowie i kulturze.

środa, 5 czerwca 2024

Dzień Matki

Kilka dni przed Dniem Matki, z przedwojennego, kieszonkowego modlitewnika, z obrazkiem Królowej Korony Polskiej na okładce, o pożółkłych ze starości kartkach, gdy po niego sięgnąłem, wypadło zdjęcie mamy z jej lat szkolnych. Ten stary modlitewnik pokonał drogę z Adamowców na obecnej Białorusi, a niegdyś wsi w województwie wileńskim, poprzez Warszawę, Białystok, aby ponownie trafić do Warszawy. Z fotografii patrzyła na mnie pogodna twarz, z uśmiechniętymi oczami, łagodnie i jakby mimowolnie uśmeichniętymi ustami, z wyraźnie zarysowanymi ciemnymi brwiami, uczennicy technikum ekonomicznego w Białymstoku o kruczoczarnych włosach, w przedziale wiekowym między 16 a 18 lat. Gdy porównuję mamę ze zdjęciami jej rodziców, a moich dziadków, to wyraźnie widzę, że rysy jej twarzy były wypadkową rysów obojga rodziców. Oboje dziadkowie, jak opowiadali krewni i mama, mieli kruczoczarne włosy, jasną karnację i niebieskie oczy. Dziadek - Florian Szpak - urodził się w Adamowcach, w gminie Kozłowszczyzna, powiecie postawskim, województwie wileńskim, w 1902 r., jako syn Mojżesza i Józefy. Babcia - Genowefa Szpak - przyszła na świat w 1911 w Krukowszczyźnie, położonej w gminie Kozłowszczyzna, powiecie postawskim, w województwie wileńskim, jako córka Witalisa i Emilii. Wspomniana fotografia wypadła na kilka dni przed Dniem Matki, który był pierwszym w moim życiu Dniem Matki spędzanym bez mamy. Minęło już pierwsze Boże Narodzenie, pierwsza Wielkanoc, pierwsze urodziny, a teraz nadszedł pierwszy Dzień Matki. Kwietniowa operacja uniemożliwiła mi wyruszenie w drogę, by zapalić świeczkę na grobie rodziców, przystanąć na dłużej, bez pośpiechu, porozmawiać w myślach, odmówić różaniec.

Te "kilka dni" stanowiło jakby powtórzenie ubiegłorocznych "kilku dni", będących ukoronowaniem długoletnich poszukiwań dziadka, który zaginął w roku 1945. 4 marca 2023 r. mieliśmy wypadek, w którym - jak to określili przybyli na miejsce zdarzenia policjanci - tylko cudem nic się nam nie stało. Po potężnym staranowaniu przez pędzącego z szaleńczą prędkością na terenie zabudowanym faceta, który - jak się tłumaczył - nie zauważył świateł - a staliśmy akurat na skrzyżowaniu na czerwonym świetle - wyszliśmy z auta o własnych siłach, bez najmniejszego zadraśnięcia, jedynie ja miałem lekkie skręcenie szyi, niekwalifikujące się nawet do ortopedycznego kołnierza. To była dokładnie dziewiąta rocznica śmierci taty. Dwa dni później, w internetowej bazie straty.pl bez większej nadziei wpisałem dane dziadka i ku mojemu ogromnemu zdumieniu wyświetliło się hasło jemu poświęcone - zgadzało się wszystko - i data i miejsce urodzenia, imię, nazwisko - wraz z informacją o tym, że w dniu 12 marca 1945 r. został pochowany na cmentarzu w Siedlcach. Na kilka dni przed 78 rocznicą śmierci dziadka, i na 6 dni przed rocznicą pochówku. Ukoronowanie 78-letnich poszukiwań. W roku 1946, po ucieczce z Adamowców na fałszywych dokumentach i przyjeździe do Polski, babcia Genowefa udała się do miejscowości Mordy pod Siedlcami, bo tam miał stacjonować Florian, i w Mordach ślad się po nim urywał, jacyś mieszkańcy pamiętali co prawda wysokiego żołnierza o czarnych włosach, niebieskich oczach, który miał chore nogi, nie mógł się poruszać, ale nikt nie wiedział, jakie były jego dalsze losy. W roku 1947 białostocki sąd wydał postanowienie o uznaniu Floriana za zmarłego - wynikało zeń, że miał zginąć w czasie forsowania Nysy Łużyckiej, przy czym słowo "Nysa" zostało zapisane błędnie - "Nissa". Tymczasem w rzeczywistości dziadek nawet tam nie dotarł. Mama i babcia szukały Floriana za pośrednictwem PCK, i mnie się zdarzyło w 2021 r, wystąpić z wnioskiem w tej sprawie do Biura Poszukiwań PCK, w nadziei, że może pojawiły się jakieś nowe dokumenty, nowe dane. Niestety, bez rezultatu. A tego pamiętnego dnia, 6 marca 2023 r., po 78 latach dowidzieliśmy się, że Florian z Mord trafił do szpitala w Siedlcach, tam dokonał żywota, i na wniosek szpitala został pochowany na cmentarzu Janowskim w Siedlcach. Z jednej strony radość, łzy w oczach mamy, a z drugiej świadomość, że odchodził z tego świata zupełnie samotny, prawdopodobnie nikt - poza księdzem i grabarzami - nie towarzyszył mu w ostatniej drodze.

2 maja 2023 r. udało nam się z mamą dotrzeć do Siedlec. Wcześniej skontaktowałem się telefonicznie z księdzem z kancalarii zarządzającej cmentarzem, opowiedziałem pokrótce historię dziadka, ksiądz obiecał, że sprawdzi w księgach parafialnych, i poprosił, bym do niego zadzwonił za 20 minut. Nie minęło jednakże 10 minut, gdy duchowny sam do mnie zadzwonił, powiadamiając, że rzeczywiście na Cmentarzu Janowskim, w dniu 12 marca 1945 r. pochowany został Florian Szpak, ur. 1902 r., ale wątpi, by grób się zachował przez tak długi czas, w sytuacji, gdy nikt się nim nie opiekował, nie był opłacany: - To musiałby być prawdziwy cud. - jak stwierdził. Umówiliśmy się, że przyjedziemy do kancelarii i ksiądz zrobi nam kopię wpisu.

2 maja było dość ciepło, świeciło piękne słońce, od czasu do czasu na niebie pojawiały się niewielkie chmury, nie zapowiadające jednak deszczu. Wyprawę do Siedlec ropoczęliśmy od wizyty w kancelarii mieszczącej się przy kościele pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa Męczennika na ulicy Floriańskiej 3. Zbiegło się zatem dwóch patronów - mój z bierzmowania - św. Stanisław, i dziadka - św. Florian. Na ulicy Floriańskiej uzyskaliśmy kopię wpisu do księgi parafialnej dotyczącego pochówku Floriana. Grobu dziadka oczywiście nie odnaleźliśmy, lecz przy starej drewnianej kaplicy cmentarnej natknęliśmy się na ossarium, w którym złożono szczątki osób pochowanych na tym cmentarzu, wydobyte w czasie kopania nowych grobów. Na tej symbolicznej mogile postanowiliśmy zapalić znicze i pomodlić się dłuższą chwilę. Mama była już wyraźnie słaba, niecałe cztery miesiące później dołaczy do swoich rodziców i brata, choć wtedy jeszcze wszyscy żyliśmy nadzieją, że samą energią, siłą woli, optymizmem, pogodą ducha pokona chorobę.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...