Kontakt Genowefy z braćmi, pozostałymi za granicą, która - wbrew temu, co zapowiadał Władysław - okrzepła już na długie lata, był mocno ograniczony, przez pewien czas nie istniał wcale. Genowefa i Oswaldek nigdy już nie wrócili w swoje rodzinne strony. Na podróż do Adamowców odważyła się jedynie Florcia, gdy ukończyła już 20 lat. Wybrała się w nią samotnie, by skonfrontować się ze wspomnienami z dzieciństwa. Władysław, brat Gieni, mieszkał już wówczas z żoną w Mosarzu, na parterze w nowo wybudowanym bloku, w otoczeniu wiekowych zielonych drzew, niedaleko rzeczki Marchwy. Po raz kolejny Florcia spotkała się z wujkiem dopiero w roku 1988. Postępująca zaćma sprawiła, że źrenice jego oczu przybrały wówczas barwę niemal białawą. Powitał przybyszów z Polski serdecznie. Szczupły, średniego wzrostu, mimo ukończonych siedemdzięsciu lat wciąż pełen energii, pogody ducha i wrodzonego optymizmu. Mieliśmy wówczas zamiar odwiedzieć drugiego brata Gieni - Adolfa - mieszkającego z rodziną w leśniczówce nad jeziorem Mosarskim, ale dojazd tam okazał się być niemożliwy. Mimo że był to ciepły i słoneczny wrzesień roku 1988, drewniany most na rzece został zerwany, i pozostawały jedynie okrężne podrzędne, polne, leśne drogi, a że dzień już nie był długi, to okolica jednak nieznana i wyprawy do malowniczej leśniczówki nie udało się już uskutecznić. Poza tym, w Mosarzu należało jeszcze odwiedzić córkę Adolfa, mieszkającą samotnie w urokliwym, drewnianym domu przy placu, który swoim kształtem przypominał rynek, z widokiem na biały kościółek świętej Anny. Przed rozświetlonym popołudniowym słońcem domem rosły smukłe, wysokie malwy, na grządkach dorodne ogórki i pomidory, wszystko wokół pachniało owocami i warzywami cudnej wczesnej jesieni. Józia mówiła do nas po białorusku, nie po rosyjsku, lecz właśnie po białorusku. Do dziś pamiętam wspaniały smak sałatki z pomidorów, ogórków, cebuli z przydomowego ogródka, podanej ze śmietaną. Detal, który nie wiedzieć czemu, zapadł mocno w pamięć.
Brakowało jedynie Justyna. Po wojnie Justyn i Adolf zostali wysiedleni do opuszczonej leśniczówki w przepastnej kniei, nad jeziorem Mosarskim. Któregoś letniego dnia, wracając z Mosarza, mimo oznak zapowiadających zbliżającą się burzę, Justyn postanowił skrócić drogę do domu i popłynął łódką. Uznał zapewne, że odległość nie jest znaczna i zdąży przepłynąć jezioro zanim rozpęta się burza. Gdy wypłynął na środek jeziora, zerwał się porywisty wiatr, woda zaczęła siec z każdej strony, potężny podmuch wywrócił tę drobną drewnianą skorupkę razem z jej sternikiem, który nie miał najmniejszych szans, by wyjść cało z tego starcia z bezwzględnym żywiołem. Adolf został w leśniczówce bez brata, z żoną i ze swoimi dziećmi.
W Szuniowcach w pobliżu Głębokiego, tuż przy skrzyżowaniu szutrowych dróg, w drewnianym domku o błękitnej barwie, mieszkała matka chrzestna Florci - Weronika, wraz z mężem Michałem, i dwójką dzieci - córką Marysią i synem - również Michałem. Michał - mąż - w rozmowach z gośćmi z Polski deklarował się jako "prawosławny Białorus", i zarazem polski patriota. Biegle władał językiem polskim, przed wojną służył w wojsku polskim w Wilnie, z czego był bardzo dumny. Rodzony brat Weroniki - Józef Kusznierewicz - brał udział w Kampanii Wrześniowej 1939 r., walczył pod Warszawą. Po klęsce wojsk polskich wraz z kolegami, pochodzącymi z okolic Głębokiego, przedzierał się przez Białostocczyznę, o której krążyły już pogłoski, że trzeba być wyjątkowo ostrożnym, bo jakieś komunistyczne bandy wyłapują polskich żołnierzy i mordują ich lub wydają sowietom. Powrócił jednak cały i zdrowy w rodzinne strony. W wolnej już Polsce za udział w Kampanii Wrześniowej otrzymał uprawnienia kombatanckie, a żywota dokonał w Głębokiem, dożywając pięknego wieku.
Pod koniec lat 40-tych lub na początku 50-tych Józef, stoczył kolejną walkę w swoim życiu, tym razem z sowiecką władzą. Za skarby tego świata nie chciał usunąć sprzed domu wysokiego drewnianego krzyża, postawionego jeszcze przed wojną przez jego ojca. Sowieccy czynownicy mieli wypracowane na przestrzeni lat metody walki "z zabobonem i ciemnotą". Pewnego dnia grupa kołchoźników, na polecenie swojego przełożonego, orząc okoliczne pola, przy okazji zaorała również drogę dojazdową do domu Józefa, zatrzymali się jednak przed samym krzyżem, którego nie odważyli się tknąć.
Nieszczęście wydarzyło się natomiast w rodzinie Michała - męża Weroniki. Jego brat, który wyruszył pieszo w odwiedziny do przyjaciół, nie wrócił do domu. Rozpoczęto poszukiwania, ale mężczyzna przepadł jak kamfora. Po dłuższym czasie od zaginięcia, gdzieś w lesie w okolicach Podświla - zupełnie przypadkowo - odnaleziono tylko jego buty. Pojawiło się podejrzenie, że zaatakowała go wataha wilków.
Podobnych opowieści z tej wyprawy Florcia przywiozła wiele. Gdy znalazła się tam w latach 60-tych, wspomnienia lat dziecinnych były wciąż żywe, a te wszystkie tak jej dobrze znane wioski i miasteczka, nie zdążyły się zmienić na tyle, by nie móc ich rozpoznać, lecz ich mieszkańcy byli już w znacznej mierze nie ci sami. Pojawili się przede wszystkim przybysze przywiezieni z głębi ZSRR, rodowici Rosjanie, w żaden sposób niezwiązani z tą ziemią, zniknęły gospodarstwa indywidualne, a pojawiły się kołchozy, świątynie zostały zamienione na magazyny i popadały w ruinę. Jeszcze w roku 1988 kościoł w Udziale przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy. Nabożeństwa odbywały się w kościele w Głębokim, w Mosarzu, a udzialski kościół wyglądał gorzej niż po przejściu hord bolszewików. Ten wyjazd z lat 60-tych był ostatnią wizytą w Adamowcach. Później Florcia powtarzała, że nie chce juz więcej wracać do Adamowców, woli je zapamiętać takimi, jakimi były za czasów jej dzieciństwa, gdy jeszcze żył tata, gdy oboje z bratem byli małymi dziećmi, a świat mimo swej grozy jawił się miejscem beztroskim, a za nią biegały kurczaczki, kaczuszki, gąski, które nosiła w durszlaku nad staw nieopodal górki z mogiłkami na szczycie. Z czasu, gdy mama w domu karmiła małą owieczkę mlekiem z butelki ze smokiem, bo jej owcza mama po porodzie niefortunnie zachorowała, a po polach za Oswaldkiem biegał nieodłączny rudy Misiek. Adamowce były pełne znajomych, życzliwych ludzi, odwiedzających się wzajemnie, wspierających się w codziennych życiowych trudach. I już nigdy więcej nie dała się namówić na odwiedzenie Adamowców, nawet w roku 1988.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia repatriantów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia repatriantów. Pokaż wszystkie posty
środa, 13 listopada 2024
poniedziałek, 30 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 33 - dzieciństwo na ulicy Sienkiewicza
Przez Białystok, linią kolejową w stronę niegdyś Wołkowyska, a wówczas już granicy z ZSRR, regularnie przejeżdzały transporty węgla. Składy wypełnione tym drogocennym towarem zawsze zwalniały na wysokości Białostoczka przy wiadukcie i jechały wolno wzdłuż ulicy Poleskiej, następnie mijały magazyny wojskowe, dalej Dworzec Białystok Fabryczny i kierowały się na wschód. Węgiel wywożono oczywiście do ZSRR. Nastoletni chłopcy z ulicy Wąskiej, Fabrycznej, Sienkiewicza, znali doskonale godziny przejazdów transportów. Zbierali się u wylotu ulicy Wąskiej, zaopatrzeni w mocne, parciane worki, i tylko sobie znanymi sposobami, po kilku wskakiwali na towarowe wagony. Na krótkim odcinku, od ulicy Wąskiej, a jeszcze przed Dworcem Fabrycznym, zrzucali bryły węgla, które po przejechaniu składu, czekający wzdłuż torowiska koledzy zbierali pospiesznie do parcianych worków. Proceder ten był o tyle niebezpieczny, że na końcu każdego takiego składu znajdował się wagon z budką strażnika, który miał strzec przewożonego towaru. To naprawdę zakrawa na cud, że żaden z tych przedsiębiorczych chłopaków nie został postrzelony. Jak się okazało, w wypadach na węgiel brał także udział Oswaldek. Gdy się Genowefa o tym dowiedziała, kategorycznie zabroniła synowi uczestniczenia w tych ryzykownych przedsięwzięciach. Czy skutecznie? Tego już się nie dowiemy. Oswaldka kłopoty wręcz kochały. Któregoś razu wybrał się z kolegami do magazynów wojskowych za torami. Jak im się udało dostać na ich teren, tego nie wiadomo. Faktem jest, że w jednym z nich znaleźli pozostawiony czy zgubiony przez żołnierza pistolet, który oczywiście aż się prosił, by zabrać go ze sobą. Z tym niecodziennym trofeum przecięli pospiesznie torowisko, wyszli na ulicę Poleską, i jeden przez drugiego chciał choć przez chwilę potrzymać zdobycz w dłoni. Pech chciał, że nie zapadł jeszcze zmrok, dzień był długi, pogodny, ktoś ich zauważył jak sobie podają pistolet z ręki do ręki. Odpowiedni donos szybko powędrował do odpowiednich służb. Jeszcze tego samego dnia wszyscy uczestnicy tej ryzykownej wyprawy zostali zgarnięci przez smutnych panów.
Genowefa wracała z pracy do domu. Nie zdążyła jeszcze przekroczyć progu, gdy sąsiadka powiadomiła ją o zatrzymaniu Oswaldka przez funkcjonariuszy i o przewiezieniu chłopaka na Sobieskiego 2. W tej istniejącej do dziś kamienicy w 1944 r. ulokowało się NKGB, sowiecka policja polityczna, wyodrębniona z NKWD, i przetrzymywano w nim aresztowanych. Po NKGB pomieszczenia na parterze i w piwnicy przejęła milicja.
Gienia nie zwlekając ani chwili udała się w poszukiwaniu syna. Milicjanci potwierdzili, że jej syn został zatrzymany i będzie przesłuchiwany, nic więcej więcej nie chcieli powiedzieć. Następnego dnia wszyscy chłopcy zostali wypuszczeni, uratował ich wiek i wiarygodne zeznania, jakie musieli złożyć, świadczące o chłopięcej fascynacji przygodami i bronią, a nie polityką. Nie posądzono ich dzięki temu o przynależność do podziemia. A matka w końcu skutecznie przemówiła synowi do rozsądku, bo podobne problemy, przynajmniej tego kalibru, już się nie przytrafiały.
Tego kalibru co prawda nie, ale nie oznacza to, że nie zdarzały się inne codzienne, życiowe trudności. Na pobliskiej ulicy Fabrycznej mieszkał mężczyzna, który nie wiedzieć czemu, co by mu się złego w ogrodzie nie wydarzyło, za wszystko obwiniał "cholerne bachory tej wilniuczki". Nie znosił ludzi, którzy przybyli - jak to się wówczas mówiło - zza Buga. Był to niemłody już mężczyzna, ze względu na chorą nogę poruszał się o lasce, przy domu miał spory, zadbany sad. Niektóre dzieciaki, znając jego ułomność, a przede wszystkim skłonność do łatwego wpadania we wściekłość, chcąc zrobić mu na złość wchodziły przez płot do sadu i zrywały owoce, by sprowokować mężczyznę do miotania obelg, wymachiwania laską, rzucania czym popadło, co mu się tylko nawinęło pod rękę. To w końcu dla nastolatków doskonała dawka adrenaliny. Rzecz w tym, że dzieci Gieni, w tego rodzaju zabawach nie uczestniczyły. Ich stopa nigdy nie postanęła na jego posesji, a on - mimo to - na lewo i prawo rozpowiadał, że znowu "te bachory tej wilniuczki" niszczyły mu ogród. Florcia w końcu zapytała mamę dlaczego ten pan ich tak nie lubi i stwierdziła, że musi z nim poważnie porozmawiać, ale Genowefa kategorycznie jej zabroniła, tłumacząc, że takie sprawy mogą załatwiać tylko dorośli, tak więc dziewczynka postanowiła, że jak już dorośnie, to zapyta niesprawiedliwego sąsiada, co nim kierowało, co było przyczyną tych krzywdzących pomówień. Postanowienia niestety nie udało się spełnić, bo zanim dorosła, mężczyzna dokonał żywota.
Genowefa wracała z pracy do domu. Nie zdążyła jeszcze przekroczyć progu, gdy sąsiadka powiadomiła ją o zatrzymaniu Oswaldka przez funkcjonariuszy i o przewiezieniu chłopaka na Sobieskiego 2. W tej istniejącej do dziś kamienicy w 1944 r. ulokowało się NKGB, sowiecka policja polityczna, wyodrębniona z NKWD, i przetrzymywano w nim aresztowanych. Po NKGB pomieszczenia na parterze i w piwnicy przejęła milicja.
Gienia nie zwlekając ani chwili udała się w poszukiwaniu syna. Milicjanci potwierdzili, że jej syn został zatrzymany i będzie przesłuchiwany, nic więcej więcej nie chcieli powiedzieć. Następnego dnia wszyscy chłopcy zostali wypuszczeni, uratował ich wiek i wiarygodne zeznania, jakie musieli złożyć, świadczące o chłopięcej fascynacji przygodami i bronią, a nie polityką. Nie posądzono ich dzięki temu o przynależność do podziemia. A matka w końcu skutecznie przemówiła synowi do rozsądku, bo podobne problemy, przynajmniej tego kalibru, już się nie przytrafiały.
Tego kalibru co prawda nie, ale nie oznacza to, że nie zdarzały się inne codzienne, życiowe trudności. Na pobliskiej ulicy Fabrycznej mieszkał mężczyzna, który nie wiedzieć czemu, co by mu się złego w ogrodzie nie wydarzyło, za wszystko obwiniał "cholerne bachory tej wilniuczki". Nie znosił ludzi, którzy przybyli - jak to się wówczas mówiło - zza Buga. Był to niemłody już mężczyzna, ze względu na chorą nogę poruszał się o lasce, przy domu miał spory, zadbany sad. Niektóre dzieciaki, znając jego ułomność, a przede wszystkim skłonność do łatwego wpadania we wściekłość, chcąc zrobić mu na złość wchodziły przez płot do sadu i zrywały owoce, by sprowokować mężczyznę do miotania obelg, wymachiwania laską, rzucania czym popadło, co mu się tylko nawinęło pod rękę. To w końcu dla nastolatków doskonała dawka adrenaliny. Rzecz w tym, że dzieci Gieni, w tego rodzaju zabawach nie uczestniczyły. Ich stopa nigdy nie postanęła na jego posesji, a on - mimo to - na lewo i prawo rozpowiadał, że znowu "te bachory tej wilniuczki" niszczyły mu ogród. Florcia w końcu zapytała mamę dlaczego ten pan ich tak nie lubi i stwierdziła, że musi z nim poważnie porozmawiać, ale Genowefa kategorycznie jej zabroniła, tłumacząc, że takie sprawy mogą załatwiać tylko dorośli, tak więc dziewczynka postanowiła, że jak już dorośnie, to zapyta niesprawiedliwego sąsiada, co nim kierowało, co było przyczyną tych krzywdzących pomówień. Postanowienia niestety nie udało się spełnić, bo zanim dorosła, mężczyzna dokonał żywota.
poniedziałek, 23 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 30 - poszukiwania ulicy Wroniej w Warszawie
Dziecko zapamiętało, że mama pojechała szukać na pewno ulicy Wroniej. Wzięła dziewczynkę ze sobą, chłopiec został pod opieką stryjka Jana w Białymstoku. Florcia wspominała z tego wyjazdu Warszawę jako morze gruzów. Skąd się wzięła ulica Wronia? Czego Genowefa na tej ulicy mogła szukać? Gdy w latach 2014-2015, przyjeżdżając do pracy w Warszawie, po dwa, trzy dni w tygodniu pomieszkiwałem w hostelu Sióstr Uczennic Boskiego Mistrza na ulicy Żytniej, zacząłem odkrywać Wolę, odszukałem też ulicę Wronią. Z czasem nabrałem przekonania, że musiała ona prowadzić do nieistniejącego Placu Kazimierza Wielkiego, przy którym Genowefa z Florianem mieszkali przez krótki czas, po wyprowadzce z ulicy Towarowej. Genowefa zapewne miała nadzieje, że zachowała się kamienica, w której pozostawili skromne mieszkanko. Ale wokół były jedynie gruzowiska. Florci utkwiły w pamięci wieczorne wędrówki z mamą, w czasie których gdzieś w oddali w pozostałościach kamienic, z których na tle ciemnego nieba urywały się klatki schodowe, same schody, piętra, pokoje, kuchnie, korytarze, i ni stąd, ni zowąd błyskały światełka zawieszone w powietrzu, palących się w tych pourywanych pomieszczeniach lampek czy świeczek. Gdzieś ktoś w ocalałej kuchni czy pokoju, siedział przy posiłku przy stole, jakby jakąś magiczną mocą unosząc się w powietrzu na tle czerniejącego nieba.
- Nie potrzebuje pani noclegu? - zapytała elegancka kobieta w średnim wieku.
Florcia z przestrachem spojrzała na ową kobietę. Była wysoka, energiczna, jakaś nerwowa, i przede wszystkim źle jej patrzyło z oczu. Genowefa zawahała się, bo zbliżała się już noc, pociąg do Białegostoku niedawno odjechał. Perspektywa noclegu na dworcu kolejowym trochę przerażała. Wiedziała, że gdzieś na Dąbrówce w Warszawie mieszkała pani Chabrowa, Chabrowa po mężu, przed wojną wyjechała z Wileńszczyzny za pracą do Warszawy, tu poznała przyszłego męża, założyła rodzinę, wilniuczki znały się jeszcze od czasów przedwojennych, tylko jak ją odszukać na tej Dąbrówce po zmierzchu?
- To co, nie potrzebuje pani tego noclegu?! - dopytywała po raz kolejny poirytowana kobieta.
Genowefa zawahała się. Florcia ściśnęła mocno dłoń mamy, nieufnie wpatrując się w nagabującą je kobietę. Coś się dziecku w tej dorosłej nie podobało. Zaczęła ciągnąć mamę za rekę:
- Mamo, chodź, idziemy!
Genowefa nadal się zastanawiała.
- Przecież nie będzie pani słuchać dziecka! - coraz agresywniej napierała nagabywaczka.
- Mamo, chodź, idziemy!
Kobieta spiorunowała Florcię wściekłym spojrzeniem. Ale Genowefa uległa prośbom kilkuletniej córeczki. Postanowiła jednak szukać pani Chabrowej. Pojadą do Dąbrówki, i kogoś zapytają, może ktoś pomoże, a jeśli nie, to wrócą i w ostateczności przenocują na dworcu, a nad ranem wrócą do Białegostoku.
Wiedzione jakąś dobrą ręką odszukały - przy pomocy przypadkowo napotkanych osób - panią Chabrową. Pani Chabrowa była osobą serdeczną i życzliwą, rozmowną, więc cały wieczór i część nocy snuły z Genowefą długie rozmowy i wspomnienia.
Jakiś czas po tej wyprawie, do izdebki w domu przy ulicy Sienkiewicza w Białymstoku, na pogaduszki do Genowefy wpadła sąsiadka. Przyniosła jakąś gazetę, w której wyczytała o działającej w Warszawie szajce, która na dworcu kolejowym werbowała przyjezdnych na noclegi, a następnie ich rabowała, mordowała, a z ludzkich członków miała wyrabiać wędliny. Nigdy nie udało mi się znaleźć informacji potwierdzającej istnienie takiej grupy działającej w powojennej Warszawie. Możliwe, że to jedna z licznych istniejących niegdyś urban legends. Dziecko zapamiętało natomiast doskonale tę kobietę o wyjątkowo złych oczach, a tuż po tym wizytę sąsiadki, która przyszła do mamy z taką przerażającą informacją wyczytaną gdzieś w gazecie, i słowa mamy tuż po wyjściu owej sąsiadki:
- Mój ty mały aniołku.
- Nie potrzebuje pani noclegu? - zapytała elegancka kobieta w średnim wieku.
Florcia z przestrachem spojrzała na ową kobietę. Była wysoka, energiczna, jakaś nerwowa, i przede wszystkim źle jej patrzyło z oczu. Genowefa zawahała się, bo zbliżała się już noc, pociąg do Białegostoku niedawno odjechał. Perspektywa noclegu na dworcu kolejowym trochę przerażała. Wiedziała, że gdzieś na Dąbrówce w Warszawie mieszkała pani Chabrowa, Chabrowa po mężu, przed wojną wyjechała z Wileńszczyzny za pracą do Warszawy, tu poznała przyszłego męża, założyła rodzinę, wilniuczki znały się jeszcze od czasów przedwojennych, tylko jak ją odszukać na tej Dąbrówce po zmierzchu?
- To co, nie potrzebuje pani tego noclegu?! - dopytywała po raz kolejny poirytowana kobieta.
Genowefa zawahała się. Florcia ściśnęła mocno dłoń mamy, nieufnie wpatrując się w nagabującą je kobietę. Coś się dziecku w tej dorosłej nie podobało. Zaczęła ciągnąć mamę za rekę:
- Mamo, chodź, idziemy!
Genowefa nadal się zastanawiała.
- Przecież nie będzie pani słuchać dziecka! - coraz agresywniej napierała nagabywaczka.
- Mamo, chodź, idziemy!
Kobieta spiorunowała Florcię wściekłym spojrzeniem. Ale Genowefa uległa prośbom kilkuletniej córeczki. Postanowiła jednak szukać pani Chabrowej. Pojadą do Dąbrówki, i kogoś zapytają, może ktoś pomoże, a jeśli nie, to wrócą i w ostateczności przenocują na dworcu, a nad ranem wrócą do Białegostoku.
Wiedzione jakąś dobrą ręką odszukały - przy pomocy przypadkowo napotkanych osób - panią Chabrową. Pani Chabrowa była osobą serdeczną i życzliwą, rozmowną, więc cały wieczór i część nocy snuły z Genowefą długie rozmowy i wspomnienia.
Jakiś czas po tej wyprawie, do izdebki w domu przy ulicy Sienkiewicza w Białymstoku, na pogaduszki do Genowefy wpadła sąsiadka. Przyniosła jakąś gazetę, w której wyczytała o działającej w Warszawie szajce, która na dworcu kolejowym werbowała przyjezdnych na noclegi, a następnie ich rabowała, mordowała, a z ludzkich członków miała wyrabiać wędliny. Nigdy nie udało mi się znaleźć informacji potwierdzającej istnienie takiej grupy działającej w powojennej Warszawie. Możliwe, że to jedna z licznych istniejących niegdyś urban legends. Dziecko zapamiętało natomiast doskonale tę kobietę o wyjątkowo złych oczach, a tuż po tym wizytę sąsiadki, która przyszła do mamy z taką przerażającą informacją wyczytaną gdzieś w gazecie, i słowa mamy tuż po wyjściu owej sąsiadki:
- Mój ty mały aniołku.
piątek, 20 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 29 - początki nowego życia w Białymstoku, dzieciństwo.
Sanki ciągnęły się dość łatwo po udeptanym śniegu, którego w nocy dopadało dość sporo. Dziewczynka opatulona przez brata w futerko, ciepłą czapkę i gruby szalik, jeszcze trochę dosypiając, jechała na sankach z Sienkiewicza na Złotą do przedszkola. Kiedy mama była w pracy, brat odprowadzał młodszą siostrę do przedszkola.
- Żebym tylko nie zapomniał jej odebrać po lekcjach. Żebym tylko nie zapomniał...
Zdarzało mu się, że zapominał albo nie zdążył wrócić ze spotkania z kolegami, i trzeba było poczekać nieco dłużej. Gdy wszystkie dzieci poszły już z rodzicem do domu, dziewczynka cierpliwie czekała. Przedszkole mieściło się w kilku salach na parterze kamienicy z międzywojnia, należącej przed wojną do żydowskiego bankiera. Florci najbardziej utkwiło z tego czasu w pamięci zdarzenie, związane z jej imieniem, którego wówczas bardzo się wstydziła. Czekając na brata, zasmucona wciśnęła się w kąt sali, której okna wychodzą na ulicę Łąkową. Podeszła do niej wychowawczyni i łagodnie zapytała:
- Jak masz na imię?
- Florentyna na chrzcie świętym mi dano... - cicho, niepewnie, ale też niezwykle poważnie odpowiedziała dziewczynka.
- To bardzo ładne imię - uśmiechając się powiedziała pani przedszkolanka.
Od tego dnia dziecko przestało się krępować z powodu nadanego mu na chrzcie świętym imienia. To dobre wspomnienie z przedszkola, powracało w pamięci Florci za każdym razem, gdy przechodziła koło tej szarej, odrapanej dziś kamienicy na rogu Złotej i Łąkowej.
Ulicą Sienkiewicza czasem maszerowało wojsko na ćwiczenia na poligonie w lesie Pietrasze. Dziewczynka wystawała wówczas przy ulicy i wypatrywała taty, którego wciąż tak doskonale pamiętała. Co jakiś czas do rodziny docierały jakieś tajemnicze opowieści rozbudzające nadzieję. A to ktoś widział wysokiego mężczyznę, o ciemnych włosach, na dworcu w Białymstoku, który wypytywał o rodzinę przybyłą do Białegostoku z Wileńszczyzny, a to ktoś jeszcze zaginiony w czasie wojny powrócił po długim czasie nieobecności, choć najbliżsi już stracili nadzieję. Wierzono w pomoc PCK, chwytano się każdej możliwości, każdej historii, każdego skrawka nadziei. I widząc maszerujących żołnierzy, dziecko wybiegało przed dom na Sienkiewicza i uważnie przypatrywało się młodym mężczyznom w mundurach. A nuż wśród nich będzie tata.
Drewniany dom, w którym Gieni z dziećmi przyzielono izdebkę, groził w każdej chwili zawaleniem. Na górce mieszkała starsza kobieta, z pochodzenia Niemka. W XIX w. pojawiła się w Białymstoku spora społeczność niemiecka - fabrykanci, wykwalifikowani robotnicy, rodził się jeden z najsilniejszych ośrodków włókienniczych w cesarstwie. Na ulicy Wasilkowskiej założono cmentarz ewangelicki, przy Warszawskiej powstał zbór protestancki. Gdzieś niedaleko mieszkała też rodzina byłych volksdeutschów. Początkowo zostali aresztowani przez nowe władze, ale po interwencji znacznej grupy mieszkańców miasta, którzy poświadczali, że otrzymywali od nich wsparcie, podobno nawet ostrzeżenia przed możliwymi aresztowaniami, wszystkich z aresztu zwolniono. Niespotykany akt łaski.
Zabawy z dziećmi z sąsiednich podwórek w przepastnych ogrodach. Wieczorami czasem rozlegały się strzały. Na pobliskim przejeździe kolejowym w biały dzień zastrzelono działacza komunistycznego. Przy ulicy Wiśniowej w nocy strzelano któregoś razu do funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa.
Naprzeciw domu, po drugiej stronie ulicy Sienkiewicza, stała kamienica, w której na parterze mieścił się - jeszcze prywatny, zanim rozegrała się "bitwa o handel" - sklep spożywczy, do którego dzieci chodziły z mamą na zakupy. Dziś jest tu skwer, w którym w czasach PRL-u stał czołg.
Któregoś dnia Florcia musiała zostać sama w domu. Mama była w pracy, brat pobiegł nie wiadomo gdzie z kolegami. Dzień był deszczowy, szybko zrobiło się ciemno. Woda lała się z nieba strumieniami. Niespodziewanie jakiś człowiek zaczął się kręcić wokół domu, ciemna sylwetka, w kapturze nasuniętym na głowę tak, że nie było widać twarzy. Podchodził do okien i stukał w nie, z każdą chwilą coraz natarczywiej. Dziewczynka zgasiła palącą się lampkę. Niepokój zaczął narastać, mama wróci dopiero nad ranem, a brat nie wiadomo kiedy. Nieznajomy chodził od okna do okna i nie przestawał w nie stukać. Przypomniały się dziecku opowieści snute przez dorosłych o Cyganach, co to porywają dzieci. Nerwy były już napięte do granic możliwości. Dziecko nie wiedziało, co ma ze sobą począć. Było bliskie omdlenia ze strachu, gdy wtem zupełnie nieoczekiwanie w izdebce, za ustawionym na środku stołem, pojawiła się inna postać - wyraźnie dziecięca, choć Florcia nigdy nie potrafiła określić, czy był to chłopczyk czy dziewczynka. Dziecko o jasnych włosach, w niebieskiej bluzeczce lub sukience, które dziewczynka widziała zza tego stołu od pasa w górę. Przyjazny wyraz twarzy tego nieznajomego dziecięcego przybysza, jego spokojne, łagodne oczy, delikatny uśmiech, życzliwa obecność, i mimo, że nie wypowiedział ani słowa, sprawił, że Florcia się uspokoiła. Po chwili stukanie w okna ustało, paniczny strach zniknął w mgnieniu oka, tak jak też zniknęło to dziecko, a po niedługim czasie do domu wrócił brat.
- Żebym tylko nie zapomniał jej odebrać po lekcjach. Żebym tylko nie zapomniał...
Zdarzało mu się, że zapominał albo nie zdążył wrócić ze spotkania z kolegami, i trzeba było poczekać nieco dłużej. Gdy wszystkie dzieci poszły już z rodzicem do domu, dziewczynka cierpliwie czekała. Przedszkole mieściło się w kilku salach na parterze kamienicy z międzywojnia, należącej przed wojną do żydowskiego bankiera. Florci najbardziej utkwiło z tego czasu w pamięci zdarzenie, związane z jej imieniem, którego wówczas bardzo się wstydziła. Czekając na brata, zasmucona wciśnęła się w kąt sali, której okna wychodzą na ulicę Łąkową. Podeszła do niej wychowawczyni i łagodnie zapytała:
- Jak masz na imię?
- Florentyna na chrzcie świętym mi dano... - cicho, niepewnie, ale też niezwykle poważnie odpowiedziała dziewczynka.
- To bardzo ładne imię - uśmiechając się powiedziała pani przedszkolanka.
Od tego dnia dziecko przestało się krępować z powodu nadanego mu na chrzcie świętym imienia. To dobre wspomnienie z przedszkola, powracało w pamięci Florci za każdym razem, gdy przechodziła koło tej szarej, odrapanej dziś kamienicy na rogu Złotej i Łąkowej.
Ulicą Sienkiewicza czasem maszerowało wojsko na ćwiczenia na poligonie w lesie Pietrasze. Dziewczynka wystawała wówczas przy ulicy i wypatrywała taty, którego wciąż tak doskonale pamiętała. Co jakiś czas do rodziny docierały jakieś tajemnicze opowieści rozbudzające nadzieję. A to ktoś widział wysokiego mężczyznę, o ciemnych włosach, na dworcu w Białymstoku, który wypytywał o rodzinę przybyłą do Białegostoku z Wileńszczyzny, a to ktoś jeszcze zaginiony w czasie wojny powrócił po długim czasie nieobecności, choć najbliżsi już stracili nadzieję. Wierzono w pomoc PCK, chwytano się każdej możliwości, każdej historii, każdego skrawka nadziei. I widząc maszerujących żołnierzy, dziecko wybiegało przed dom na Sienkiewicza i uważnie przypatrywało się młodym mężczyznom w mundurach. A nuż wśród nich będzie tata.
Drewniany dom, w którym Gieni z dziećmi przyzielono izdebkę, groził w każdej chwili zawaleniem. Na górce mieszkała starsza kobieta, z pochodzenia Niemka. W XIX w. pojawiła się w Białymstoku spora społeczność niemiecka - fabrykanci, wykwalifikowani robotnicy, rodził się jeden z najsilniejszych ośrodków włókienniczych w cesarstwie. Na ulicy Wasilkowskiej założono cmentarz ewangelicki, przy Warszawskiej powstał zbór protestancki. Gdzieś niedaleko mieszkała też rodzina byłych volksdeutschów. Początkowo zostali aresztowani przez nowe władze, ale po interwencji znacznej grupy mieszkańców miasta, którzy poświadczali, że otrzymywali od nich wsparcie, podobno nawet ostrzeżenia przed możliwymi aresztowaniami, wszystkich z aresztu zwolniono. Niespotykany akt łaski.
Zabawy z dziećmi z sąsiednich podwórek w przepastnych ogrodach. Wieczorami czasem rozlegały się strzały. Na pobliskim przejeździe kolejowym w biały dzień zastrzelono działacza komunistycznego. Przy ulicy Wiśniowej w nocy strzelano któregoś razu do funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa.
Naprzeciw domu, po drugiej stronie ulicy Sienkiewicza, stała kamienica, w której na parterze mieścił się - jeszcze prywatny, zanim rozegrała się "bitwa o handel" - sklep spożywczy, do którego dzieci chodziły z mamą na zakupy. Dziś jest tu skwer, w którym w czasach PRL-u stał czołg.
Któregoś dnia Florcia musiała zostać sama w domu. Mama była w pracy, brat pobiegł nie wiadomo gdzie z kolegami. Dzień był deszczowy, szybko zrobiło się ciemno. Woda lała się z nieba strumieniami. Niespodziewanie jakiś człowiek zaczął się kręcić wokół domu, ciemna sylwetka, w kapturze nasuniętym na głowę tak, że nie było widać twarzy. Podchodził do okien i stukał w nie, z każdą chwilą coraz natarczywiej. Dziewczynka zgasiła palącą się lampkę. Niepokój zaczął narastać, mama wróci dopiero nad ranem, a brat nie wiadomo kiedy. Nieznajomy chodził od okna do okna i nie przestawał w nie stukać. Przypomniały się dziecku opowieści snute przez dorosłych o Cyganach, co to porywają dzieci. Nerwy były już napięte do granic możliwości. Dziecko nie wiedziało, co ma ze sobą począć. Było bliskie omdlenia ze strachu, gdy wtem zupełnie nieoczekiwanie w izdebce, za ustawionym na środku stołem, pojawiła się inna postać - wyraźnie dziecięca, choć Florcia nigdy nie potrafiła określić, czy był to chłopczyk czy dziewczynka. Dziecko o jasnych włosach, w niebieskiej bluzeczce lub sukience, które dziewczynka widziała zza tego stołu od pasa w górę. Przyjazny wyraz twarzy tego nieznajomego dziecięcego przybysza, jego spokojne, łagodne oczy, delikatny uśmiech, życzliwa obecność, i mimo, że nie wypowiedział ani słowa, sprawił, że Florcia się uspokoiła. Po chwili stukanie w okna ustało, paniczny strach zniknął w mgnieniu oka, tak jak też zniknęło to dziecko, a po niedługim czasie do domu wrócił brat.
poniedziałek, 16 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 28 - odnalezienie Floriana po 78 latach
6 marca 2023 roku, dwa dni po wypadku, kiedy naćpany, agresywny z wytatuowaną szyją facet, w czapce z daszkiem nasuniętej na oczy, staranował nas fordem focusem na legionowskich numerach, gdy staliśmy na czerwonym świetle, pół kilometra od domu, dochodziłem do siebie po doznaniu lekkiego skręcenia szyi. Tuż przed południem, po raz kolejny - na przestrzeni ostatnich kilku lat - wpisałem do internetowej bazy straty.pl hasło "Florian Szpak". Rok wcześniej pisałem do Biura Poszukiwań PCK, ponad 70 lat wcześniej do PCK pisała Genowefa, jakiś czas później Florentyna. Wolny dzień sprzyjał internetowym poszukiwaniom. Tym razem jednak zamiast informacji o braku poszukiwanego hasła, wyświetlił się rezultat wyszukiwania: "Florian Szpak, data śmierci 1945-03-12". Dreszcz emocji. Kliknięcie na nazwisko, otwiera się kolejna podstrona: "Dane osobowe: nazwisko - Szpak, imię - Florian, data śmierci: 1945-03-12. Informacje o prześladowaniach: nieustalony rodzaj represji. Ostatnie informacje o poszukiwanym: żołnierz frontowy ze wschodu, zmarł w szpitalu w Siedlcach. Źródło: Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej. Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Warszawie, IPN BU 3049/237 s. 161. Formularze do ksiąg zgonów z okresu okupacji. Powiat siedlecki. USC Siedlce.".
- Mamo! Znalazłem Dziadka!
- Jakiego Dziadka? O czym ty mówisz?
- Dziadka Floriana. Floriana Szpaka.
- Gdzie?
- W internecie. W bazie straty.pl
Głośno odczytałem wyszukane informacje. Tego dnia jakby zaczęło się nowe życie. Po latach niewiedzy, niepewności, tęsknoty. Dnia 6 marca 2023 roku dowiedzieliśmy się, że Florian zmarł 12 marca 1945 r., w szpitalu w Siedlcach. Po mamy policzkach popłynęły łzy. 4 marca, w dziewiątą rocznicę śmierci taty, oboje przeżyliśmy wypadek, w wyniku, którego mamie nic się nie stało mimo, że siedziała z tytułu, a ja mimo wrażenia - w momencie wyjątkowo silnego uderzenia - że za chwilę jego siła urwie mi głowę, skończyłem z lekkim skręceniem szyi, które nie kwalifikowało się nawet na kołnierz ortopedyczny. Policjanci, którzy przybyli na miejsce wypadku po kilku dobrych godzinach, widząc rozbity tył naszego auta, i całkowicie zgnieciony przód auta sprawcy, porzuconego, bo jego kierowca zbiegł pieszo ze swoją partnerką, zgodnie stwierdzili, że to właściwie cud, że nic się nam nie stało. A teraz, dwa dni po tym wypadku, kolejny jakby cud, kilka dni przed 78 rocznicą śmierci Floriana, w samotności, w szpitalu w Siedlcach.
Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to wpisać do wyszukiwarki hasło "kancelaria cmentarza w Siedlcach", zadzwonić, zapytać, podać imię, nazwisko, datę urodzenia, miejsce śmierci, okoliczności. W wyszukiwarce google momentalnie pojawiły się dane Kancelarii Zarządu Cmentarzy Katolickich w Siedlcach, adres, numer telefonu. Przy ulicy Piłsudskiego, obok kościoła pod wezwaniem świętego Stanisława Biskupa Męczennika, a więc mojego patrona z bierzmowania, tuż obok ulicy Floriańskiej, wszystko jakby mistycznie ścieśnione na niewielkiej przestrzeni, obok siebie. Chwytam za telefon, wybieram numer, sądząc po głosie odbiera młody mężczyzna, pokrótce opisuję sprawę, prosi bym zadzwonił za dwadzieścia minut, bo ma w tej chwili interesantów. Rozłączam się. Nie mija piętnaście minut, ktoś do mnie dzwoni. Oddzwania jak się okazuje ksiądz z kancelarii, zapamiętał dane Floriana, które w pośpiechu podałem, i zdążył już sprawdzić, Florian Szpak, urodzony w 1902 r. w Adamowcach, pochowany na wniosek szpitala 12 marca 1945 roku na Cmentarzu Janowskim w Siedlcach. A zatem skoro pochowany 12 marca, to musiał umrzeć wcześniej, może 9 marca, trzy dni przed dniem pochówku.
- Niech pan przyjedzie do kancelarii w dogodnym dla siebie terminie, zrobię panu kserokopię wpisu z księgi parafialnej.
Nie wiemy jaka była pogoda dnia 12 marca 1945 r., mszę pogrzebową odprawił ksiądz, pewnie razem z organistą odprowadził zmarłego na Cmentarz Janowski. Czy ktoś poza nimi uczestniczył w pochówku?
- Wie pan, to musiałby być cud, żeby ten grób się zachował. Od 1945 r. nikt się nim nie opiekował, nie opłacał.
Wszystkie zebrane na przestrzeni lat informacje zaczęły się układać w spójną całość. To dlatego w 1946 roku ktoś Genowefie w Mordach powiedział, że pamięta żołnierza o czarnych włosach, niebieskich oczach, wysokiego, który miał chore nogi i nie był w stanie chodzić. Mówił też o tym Jan i pan Pietuszko. Został wraz z innymi chorymi żołnierzami w Mordach, a po pewnym czasie trafił do szpitala w pobliskich Siedlcach - obie miejscowości dzieli od siebie odległość 20 kilometrów. Ale tego w roku 1946 Genowefie już nie udało się ustalić. Pojechała sama z Białegostoku do Mord, wypytywała przypadkowo spotykane osoby o swego męża. Nikt nie wiedział co się z nim stało, nikt nie powiedział, że wysłano go do siedleckiego szpitala. Nad zdeterminowaną kobietą zlitował się miejscowy kolejarz, razem ze swoją żoną pomagał zbierać informacje o zaginionym, przygarnęli ją na noc pod swój dach i żachnęli się, gdy chciała im zapłacić za gościnę.
Na początku lat 50-tych białostocki sąd rejonowy wydał postanowienie o uznaniu Floriana za zmarłego. Z dokumentu wynikało, że zginął w 1945 r. przy forsowaniu Nysy Łużyckiej, przy czym błędnie zapisano nazwę rzeki - Nissy. Zapewne wydawał je sowiecki funkcjonariusz w polskim mundurze. Później jeszcze do PCK pisała Genowefa, a po pewnym odstępie czasu Florcia, niestety żadnych informacji nie uzyskały. Ile zaś były warte sądowe ustalenia pokazał rok 2023.
- Mamo! Znalazłem Dziadka!
- Jakiego Dziadka? O czym ty mówisz?
- Dziadka Floriana. Floriana Szpaka.
- Gdzie?
- W internecie. W bazie straty.pl
Głośno odczytałem wyszukane informacje. Tego dnia jakby zaczęło się nowe życie. Po latach niewiedzy, niepewności, tęsknoty. Dnia 6 marca 2023 roku dowiedzieliśmy się, że Florian zmarł 12 marca 1945 r., w szpitalu w Siedlcach. Po mamy policzkach popłynęły łzy. 4 marca, w dziewiątą rocznicę śmierci taty, oboje przeżyliśmy wypadek, w wyniku, którego mamie nic się nie stało mimo, że siedziała z tytułu, a ja mimo wrażenia - w momencie wyjątkowo silnego uderzenia - że za chwilę jego siła urwie mi głowę, skończyłem z lekkim skręceniem szyi, które nie kwalifikowało się nawet na kołnierz ortopedyczny. Policjanci, którzy przybyli na miejsce wypadku po kilku dobrych godzinach, widząc rozbity tył naszego auta, i całkowicie zgnieciony przód auta sprawcy, porzuconego, bo jego kierowca zbiegł pieszo ze swoją partnerką, zgodnie stwierdzili, że to właściwie cud, że nic się nam nie stało. A teraz, dwa dni po tym wypadku, kolejny jakby cud, kilka dni przed 78 rocznicą śmierci Floriana, w samotności, w szpitalu w Siedlcach.
Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to wpisać do wyszukiwarki hasło "kancelaria cmentarza w Siedlcach", zadzwonić, zapytać, podać imię, nazwisko, datę urodzenia, miejsce śmierci, okoliczności. W wyszukiwarce google momentalnie pojawiły się dane Kancelarii Zarządu Cmentarzy Katolickich w Siedlcach, adres, numer telefonu. Przy ulicy Piłsudskiego, obok kościoła pod wezwaniem świętego Stanisława Biskupa Męczennika, a więc mojego patrona z bierzmowania, tuż obok ulicy Floriańskiej, wszystko jakby mistycznie ścieśnione na niewielkiej przestrzeni, obok siebie. Chwytam za telefon, wybieram numer, sądząc po głosie odbiera młody mężczyzna, pokrótce opisuję sprawę, prosi bym zadzwonił za dwadzieścia minut, bo ma w tej chwili interesantów. Rozłączam się. Nie mija piętnaście minut, ktoś do mnie dzwoni. Oddzwania jak się okazuje ksiądz z kancelarii, zapamiętał dane Floriana, które w pośpiechu podałem, i zdążył już sprawdzić, Florian Szpak, urodzony w 1902 r. w Adamowcach, pochowany na wniosek szpitala 12 marca 1945 roku na Cmentarzu Janowskim w Siedlcach. A zatem skoro pochowany 12 marca, to musiał umrzeć wcześniej, może 9 marca, trzy dni przed dniem pochówku.
- Niech pan przyjedzie do kancelarii w dogodnym dla siebie terminie, zrobię panu kserokopię wpisu z księgi parafialnej.
Nie wiemy jaka była pogoda dnia 12 marca 1945 r., mszę pogrzebową odprawił ksiądz, pewnie razem z organistą odprowadził zmarłego na Cmentarz Janowski. Czy ktoś poza nimi uczestniczył w pochówku?
- Wie pan, to musiałby być cud, żeby ten grób się zachował. Od 1945 r. nikt się nim nie opiekował, nie opłacał.
Wszystkie zebrane na przestrzeni lat informacje zaczęły się układać w spójną całość. To dlatego w 1946 roku ktoś Genowefie w Mordach powiedział, że pamięta żołnierza o czarnych włosach, niebieskich oczach, wysokiego, który miał chore nogi i nie był w stanie chodzić. Mówił też o tym Jan i pan Pietuszko. Został wraz z innymi chorymi żołnierzami w Mordach, a po pewnym czasie trafił do szpitala w pobliskich Siedlcach - obie miejscowości dzieli od siebie odległość 20 kilometrów. Ale tego w roku 1946 Genowefie już nie udało się ustalić. Pojechała sama z Białegostoku do Mord, wypytywała przypadkowo spotykane osoby o swego męża. Nikt nie wiedział co się z nim stało, nikt nie powiedział, że wysłano go do siedleckiego szpitala. Nad zdeterminowaną kobietą zlitował się miejscowy kolejarz, razem ze swoją żoną pomagał zbierać informacje o zaginionym, przygarnęli ją na noc pod swój dach i żachnęli się, gdy chciała im zapłacić za gościnę.
Na początku lat 50-tych białostocki sąd rejonowy wydał postanowienie o uznaniu Floriana za zmarłego. Z dokumentu wynikało, że zginął w 1945 r. przy forsowaniu Nysy Łużyckiej, przy czym błędnie zapisano nazwę rzeki - Nissy. Zapewne wydawał je sowiecki funkcjonariusz w polskim mundurze. Później jeszcze do PCK pisała Genowefa, a po pewnym odstępie czasu Florcia, niestety żadnych informacji nie uzyskały. Ile zaś były warte sądowe ustalenia pokazał rok 2023.
piątek, 16 lutego 2024
Wiara - wspomnienia (część 16)
Szczególne nabożeństwo do Matki Bożej Miłosierdzia, wiara przekazana przez mamę, prosta, pełna ufności, a jednocześnie częstej i głębokiej modlitwy, przeżycia niemal mistyczne, postrzeganie wszystkich zdarzeń prze pryzmat wiary, nieodłączne elementy codziennego życia.
Już po moim nawróceniu w 2011 roku, mama opowiedziała mi historię z początku lat 80-tych ubiegłego wieku, o wracającym uporczywie śnie, z którego po przebudzeniu się mama pamiętała jedynie głos, mówiący: "Zapamiętaj tę datę" i tu padał konkretny termin - rok, miesiąc, dzień. Z początku mama ten sen ignorowała, ale gdy zaczął powracać z dużą częstotliwością, któregoś poranka po obudzeniu się, pierwszą czynnością jaką wykonała było zapisanie na skrawku gazety tejże daty. Dopiero wówczas ów sen przestał się śnić. Pewnego dnia roku zdaje się 1980, gdy jak co dnia, zostałem pod opieką babci w mieszkaniu przy ul. Skłodowskiej 5, przed wyjściem na spacer do pobliskiego parku, albo na pieczonego kurczaka na gramażerki na ul. Skłodowskiej, babcia postanowiła przygotować śniadanie, przyszykowała rondelek napełniony mlekiem, już miała przekręcić kurek gazu, i w momencie, gdy zapalała zapałkę, upściła pudełko, zapałki rozyspały się po podłodze, a babcia upadła na nią z hukiem, ten dźwięk rozsypywanych zapałek i upadku na podłogę pamiętam do dziś, choć miałem wtedy zaledwie 4 lata. Telefony były wówczas zarezerwowane dla wybranych, a ja nie byłem w stanie wydostać się z mieszkania, by wezwać pomoc. To co się działo później, pamiętam z mamy opowieści. Babcia była przykryta kocykiem, a pod głową miała podłożoną poduszkę. Mama tego dnia, wracając z pracy, poczuła przynaglenie, by po drodze nie zachodzić do żadnych sklepów, tylko jak najszybciej, jak najkrótszą drogą wracać do domu. W zwyczaju miała odwiedzanie delikatesów na obecnej ulicy Suraskiej, były to czasy deficytów wszelkich towarów, pustych pułek w sklepach, więc za każdym razem, gdy mama wracała do domu odwiedzała delikatesy, Central, w nadziei, że może uda się dostać produkty, które pojawiały się nader rzadko. Tym razem, wewnętrzne przeczucie podpowiadało jej, by nie zachodziła do żadnego z tych sklepów, tylko wracała jak najszybciej do domu. Droga z pracy w banku przy Rynku Kościuszki do bloku przy Skłodowskiej nie była długa, można ją było pokonać nawet w pięć minut. Wróciwszy do domu i otworzywszy drzwi pierwszym, co Florentyna zobaczyła już w przedpokoju były moje wystraszone oczy i niedbale założone spodnie, a następnie usłyszała: "Mamusiu, ja babcię przykryłem kocykiem i podłożyłem pod głowę poduszkę". Czym prędzej swoje kroki skierowała do kuchni i zobaczyła leżącą na podłodze Genowefę. Nie zastanawiająć się ani chwili pobiegła do sąsiadki, która jako jedyna w całym bloku miała telefon, by wezwać pogotowie. Pogotowie przyjechało szybko, okazało się, że babcia miała wylew. Od tego dnia była częściowo sparaliżowana i już nie wyszyła z tej choroby, po niemal dwóch latach - 22 maja 1982 r. - w wieku 71 lat zmarła. Do tej przedwczesnej śmierci doprowadziły babcię noce spędzane na cmentarzu w Adamowcach, w stogach siana, pod które nad ranem podchodziła woda, gdy ukrywała się przed sowieckimi funkcjonariuszami nakazującymi przepisanie się na jakąkolwiek inną narodowość niż polska.
Gdy Florentyna nieco ochłonęła, uświadomiła sobie, że to jakże przykre, bolesne zdarzenie miało miejsce dokładnie w tym dniu, który nieokreślony głos - nie wiadomo czy męski, czy żeński - wielokrotnie zapowiadał w powtarzających się snach.
Już po moim nawróceniu w 2011 roku, mama opowiedziała mi historię z początku lat 80-tych ubiegłego wieku, o wracającym uporczywie śnie, z którego po przebudzeniu się mama pamiętała jedynie głos, mówiący: "Zapamiętaj tę datę" i tu padał konkretny termin - rok, miesiąc, dzień. Z początku mama ten sen ignorowała, ale gdy zaczął powracać z dużą częstotliwością, któregoś poranka po obudzeniu się, pierwszą czynnością jaką wykonała było zapisanie na skrawku gazety tejże daty. Dopiero wówczas ów sen przestał się śnić. Pewnego dnia roku zdaje się 1980, gdy jak co dnia, zostałem pod opieką babci w mieszkaniu przy ul. Skłodowskiej 5, przed wyjściem na spacer do pobliskiego parku, albo na pieczonego kurczaka na gramażerki na ul. Skłodowskiej, babcia postanowiła przygotować śniadanie, przyszykowała rondelek napełniony mlekiem, już miała przekręcić kurek gazu, i w momencie, gdy zapalała zapałkę, upściła pudełko, zapałki rozyspały się po podłodze, a babcia upadła na nią z hukiem, ten dźwięk rozsypywanych zapałek i upadku na podłogę pamiętam do dziś, choć miałem wtedy zaledwie 4 lata. Telefony były wówczas zarezerwowane dla wybranych, a ja nie byłem w stanie wydostać się z mieszkania, by wezwać pomoc. To co się działo później, pamiętam z mamy opowieści. Babcia była przykryta kocykiem, a pod głową miała podłożoną poduszkę. Mama tego dnia, wracając z pracy, poczuła przynaglenie, by po drodze nie zachodzić do żadnych sklepów, tylko jak najszybciej, jak najkrótszą drogą wracać do domu. W zwyczaju miała odwiedzanie delikatesów na obecnej ulicy Suraskiej, były to czasy deficytów wszelkich towarów, pustych pułek w sklepach, więc za każdym razem, gdy mama wracała do domu odwiedzała delikatesy, Central, w nadziei, że może uda się dostać produkty, które pojawiały się nader rzadko. Tym razem, wewnętrzne przeczucie podpowiadało jej, by nie zachodziła do żadnego z tych sklepów, tylko wracała jak najszybciej do domu. Droga z pracy w banku przy Rynku Kościuszki do bloku przy Skłodowskiej nie była długa, można ją było pokonać nawet w pięć minut. Wróciwszy do domu i otworzywszy drzwi pierwszym, co Florentyna zobaczyła już w przedpokoju były moje wystraszone oczy i niedbale założone spodnie, a następnie usłyszała: "Mamusiu, ja babcię przykryłem kocykiem i podłożyłem pod głowę poduszkę". Czym prędzej swoje kroki skierowała do kuchni i zobaczyła leżącą na podłodze Genowefę. Nie zastanawiająć się ani chwili pobiegła do sąsiadki, która jako jedyna w całym bloku miała telefon, by wezwać pogotowie. Pogotowie przyjechało szybko, okazało się, że babcia miała wylew. Od tego dnia była częściowo sparaliżowana i już nie wyszyła z tej choroby, po niemal dwóch latach - 22 maja 1982 r. - w wieku 71 lat zmarła. Do tej przedwczesnej śmierci doprowadziły babcię noce spędzane na cmentarzu w Adamowcach, w stogach siana, pod które nad ranem podchodziła woda, gdy ukrywała się przed sowieckimi funkcjonariuszami nakazującymi przepisanie się na jakąkolwiek inną narodowość niż polska.
Gdy Florentyna nieco ochłonęła, uświadomiła sobie, że to jakże przykre, bolesne zdarzenie miało miejsce dokładnie w tym dniu, który nieokreślony głos - nie wiadomo czy męski, czy żeński - wielokrotnie zapowiadał w powtarzających się snach.
sobota, 3 lutego 2024
Z Sienkiewicza na ulicę Skłodowskiej - wspomnienia (część 15)
Życie w Białymstoku, najpierw w starych drewnianych domach, przeznaczonych już w zasadzie do rozbiórki, grożących w każdej chwili zawalenim, przy ulicy Fabrycznej, póżniej Sienkiewicza, przedszkole przy ulicy Złotej, szkoła podstawowa numer 5 - obecnie budynek NFZ przy Pałacowej, Technikum Ekonomiczne przy ulicy Warszawskiej - obecnie Wydział Ekonomii Uniwersytetu w Białymstoku, pierwsze przyjaźnie, wchodzenie w dorosłość poprzez pierwszą pracę jako sprzedawczyni w sklepie na rogu ulicy Lipowej i Przejazd mieszczącym się na parterze kamienicy z 1900 r., następnie w stacji krwiodawstwa przy ulicy Skłodowskiej. To właśnie w stacji krwiodawstwa, dyrektor - o nazwisku o ile dobrze pamiętam Chulpowski - przybyły po wojnie do Białegostoku z Wilna, i chyba z tego powodu darzący sympatią młodą dziewcznę z Adamowców z województwa wileńskiego, choć to około 180 km na północny wschód od Wilna, przekonał osiemnastoletnią dziewczynę do podjęcią studiów, tłumaczył, motywował i mimo tego, że miał do czynienia z upartą, niby pełnoletnią dziewczyną, to jednak w końcu odniósł sukces. Florentyna dostała się na Wydział Prawa i Administracji na Uniwersytecie Warszawskim - to będzie kolejny powrót do Warszawy. Jednym z kluczowych argumentów dyrektora Chulpowskiego miały być słowa: - Dziecko, musisz się jeszcze uczyć, masz dopiero osiemnaście lat, a w swoim życiu spotkasz niejednego wykształconego chama. Wyjazdy do Warszawy na wykłady, egzaminy, były ciekawym doświadczeniem, Florentyna lubiła Warszawę, w końcu była tam poczęta, po wojnie szukała z mamą kamienicy, w której jej rodzice i starszy braciszek mieszkali w latach 1936-1939. Ukończone studia oznaczały lepszą pracę, w bankowości, w czasach, gdy banki były jeszcze instytucjami zaufania publicznego, dbały o swoich pracowników, o ich rozwój, a otrzymywane wynagrodzenie zapewniało godne, choć skromne życie.
W 1968 r. Florcia z mamą przeprowadziły się z domu przy ulicy Sienkiewicza do mieszkania w nowo wybudowanym bloku przy ulicy Skłodowskiej 5 w Białymstoku. Owo mieszkanie było częściową rekompensatą za pozostawione tak zwane mienie zabużańskie, częściową, ponieważ uwzględniającą jedynie wartość domu, bez zabudowań gospodarczych, bez gruntów rolnych. Nieduże, dwupokojowe z kuchnią, na czwartym piętrze, z widokiem na ulicę z okien pokojów, a z okna w kuchni na horyzoncie widać było las Pietrasze, który tak bardzo lubiły kontemplować w słoneczne dni, gdy nie miały czasu na to, by wybrać się tam na spacer. Genowefa lubiła chodzić do pietraskiego lasu na maliny, jeżyny, grzyby. Urokliwy, tajemniczy las na górkach, z dominującym drzewostanem sosnowym, z pozostałościami dawnej strzelnicy, ale też i miejscem egzekucji głównie żydowskich mieszkańców miasta z lipca 1941 r., miejsce jakich wiele w Polsce, łączące grozę czasów wojennych ze zjawiskowym wręcz pięknem natury - smukłe sosny, żywiczny zapach, plątanina śćieżek, dróg, kilka źródełek, ze wzgórz na południowym krańcu lasu rozpościera się wspaniały widok na Białystok, a od strony północnej na Wasilków rozłożony w dolinie rzeki Supraśli, zwanej Supraślanką, a dalej na cudnej urody Puszczę Knyszyńską, łagodnie falujące rozległe północne krajobrazy, tak bardzo przypominające litewskie widoki czy Grodzieńszczyznę.
Na Skłodowskiej często odwiedziała Florentynę i Genowefę ich kuzynka z Wileńszczyzny, również repatriantka, zamieszkała na kolonii Baciuty. Raz zdarzyło się jej nocować i po nocy skarżyła się, że nie mogła spać, bo w nocy hałasowały przejeżdzające pod blokiem samochody, paliły się światła neonów, słychać było syreny karetek wiozących pacjentów do pobliskich szpitali, to zdecydowanie nie dla niej, żyjącej w ciszy i spokoju w drewnianej wiejskiej chatce, oddzielonej od najbliższej piaszczystej drogi łąką i zagajnikiem. Początki cioci Heleny i wujka Zenona w Baciutach nie były łatwe, dostał im się drewniany dom z zabudowaniami gospodarczymi po białoruskiej rodzinie, która po wojnie została przesiedlona na sowiecką Białoruś. Przez jakiś czas otrzymywali listy z pogróżkami, rzekomo od jego poprzednich właścicieli, że jeszcze tu wrócą i zrobią z nimi porządek. Czy autorami listu rzeczywiście byli poprzedni właściciele czy było to dzieło służb specjalnych peerelowskich lub sowieckich białoruskich, by zastraszyć, by skłócić grupy narodowościowe, utrzymywać przybyszów w stanie zagrożenia, tego się już pewnie nie dowiemy. Ciocia Helena wspominała też, że jadąc pociągiem z Wileńszczyzny do nowej Polski, gdzieś na stacji, na której stał ich pociąg, przy którym zatrzymał się pociąg jadący w przecwinym kierunku, pasażerowie z tego drugiego wykpiwali repatriantów wołając do nich: - Gdzie wy jedziecie? Do tej Polski? Do tych panów? Będziecie tam niewolnikami! Jakie były losy tych przesiedlonych z Polski do sowieckiej Białorusi, można się tylko domyślać.
CDN
W 1968 r. Florcia z mamą przeprowadziły się z domu przy ulicy Sienkiewicza do mieszkania w nowo wybudowanym bloku przy ulicy Skłodowskiej 5 w Białymstoku. Owo mieszkanie było częściową rekompensatą za pozostawione tak zwane mienie zabużańskie, częściową, ponieważ uwzględniającą jedynie wartość domu, bez zabudowań gospodarczych, bez gruntów rolnych. Nieduże, dwupokojowe z kuchnią, na czwartym piętrze, z widokiem na ulicę z okien pokojów, a z okna w kuchni na horyzoncie widać było las Pietrasze, który tak bardzo lubiły kontemplować w słoneczne dni, gdy nie miały czasu na to, by wybrać się tam na spacer. Genowefa lubiła chodzić do pietraskiego lasu na maliny, jeżyny, grzyby. Urokliwy, tajemniczy las na górkach, z dominującym drzewostanem sosnowym, z pozostałościami dawnej strzelnicy, ale też i miejscem egzekucji głównie żydowskich mieszkańców miasta z lipca 1941 r., miejsce jakich wiele w Polsce, łączące grozę czasów wojennych ze zjawiskowym wręcz pięknem natury - smukłe sosny, żywiczny zapach, plątanina śćieżek, dróg, kilka źródełek, ze wzgórz na południowym krańcu lasu rozpościera się wspaniały widok na Białystok, a od strony północnej na Wasilków rozłożony w dolinie rzeki Supraśli, zwanej Supraślanką, a dalej na cudnej urody Puszczę Knyszyńską, łagodnie falujące rozległe północne krajobrazy, tak bardzo przypominające litewskie widoki czy Grodzieńszczyznę.
Na Skłodowskiej często odwiedziała Florentynę i Genowefę ich kuzynka z Wileńszczyzny, również repatriantka, zamieszkała na kolonii Baciuty. Raz zdarzyło się jej nocować i po nocy skarżyła się, że nie mogła spać, bo w nocy hałasowały przejeżdzające pod blokiem samochody, paliły się światła neonów, słychać było syreny karetek wiozących pacjentów do pobliskich szpitali, to zdecydowanie nie dla niej, żyjącej w ciszy i spokoju w drewnianej wiejskiej chatce, oddzielonej od najbliższej piaszczystej drogi łąką i zagajnikiem. Początki cioci Heleny i wujka Zenona w Baciutach nie były łatwe, dostał im się drewniany dom z zabudowaniami gospodarczymi po białoruskiej rodzinie, która po wojnie została przesiedlona na sowiecką Białoruś. Przez jakiś czas otrzymywali listy z pogróżkami, rzekomo od jego poprzednich właścicieli, że jeszcze tu wrócą i zrobią z nimi porządek. Czy autorami listu rzeczywiście byli poprzedni właściciele czy było to dzieło służb specjalnych peerelowskich lub sowieckich białoruskich, by zastraszyć, by skłócić grupy narodowościowe, utrzymywać przybyszów w stanie zagrożenia, tego się już pewnie nie dowiemy. Ciocia Helena wspominała też, że jadąc pociągiem z Wileńszczyzny do nowej Polski, gdzieś na stacji, na której stał ich pociąg, przy którym zatrzymał się pociąg jadący w przecwinym kierunku, pasażerowie z tego drugiego wykpiwali repatriantów wołając do nich: - Gdzie wy jedziecie? Do tej Polski? Do tych panów? Będziecie tam niewolnikami! Jakie były losy tych przesiedlonych z Polski do sowieckiej Białorusi, można się tylko domyślać.
CDN
piątek, 2 lutego 2024
Podróż do Polski - wspomnienia (część 14)
Gdy w 1946 roku sześcioletnia Florcia, trzynastoletni Oswaldek i trzydziestopięcioletnia Genowefa opuszczali Adamowce, na fałszywych dokumentach, nie mogli nawet przypuszczać, że już tu więcej nie wrócą. Babcia była przekonana, tak jak jej brat Władysław, że sowieci są tu tylko tymczasowo, że za niedługi czas, z mężem i dziećmi, będzie mogła wrócić do swojej rodzinnej wsi, przecież ledwie przed wybuchem wojny Florian wybudował nowy dom. Ta ucieczka była konieczna jedynie po to, by uchronić się przed wywózką w głąb ZSRR, ale ten okropny czas przecież wkrótce się skończy, i będzie można wrócić do tych malowniczych krajobrazów, krewnych, znajomych, przyjaciół, pójść na cmentarz na górce w Adamowcach, pojechać do kościoła w Udziale, do Mosarza, do Głębokiego, do Postaw, wyruszyć na pielgrzymkę do Kalwarii Wileńskiej. Florian jeszcze przed wojną często powtarzał, że dziewczynkę trzeba będzie posłać do szkół w Wilnie, a chłopaka, jako że był kręcony, trzeba będzie wyuczyć konkretnego fachu, może zostanie pomocnikiem Floriana w warsztacie stolarskim. Teraz Florian został powołany do wojska. Genowefa musiała być silna, zaradna i samodzielna. Przygotowała suchary na wyjadz, spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, krucyfiks schowała do woreczków z mąką, postanowiła zabrać krówkę, pięknego konia zabrali sowieci w zamian pozostawiając wychudzoną, wymizerowaną szkapinę. Koń był piękny, ale szalenie bał się pociągów, stojąc przed przejazdem, gdy przejeżdząła lokomotywa ze składem, narowił się, wierzgał, stawał dęba, i tylko Florian był w stanie nad nim zapanować.
Podróż pociągiem, bydlęcymi wagonami, ale do Polski. Genowefa rozumiała, że Polska - w jej ówczesnej opinii jedynie tymczasowo - jest gdzieś daleko, bliżej Warszawy, a w Polsce ludzie nie pozwolą człowiekowi umrzeć, Polska to nie Związek Radziecki. W tej nowej Polsce była już też część rodziny - rodzony brat Floriana - Jan, po zwolnieniu z wojska wiosną 1945 r. dostał skierowanie do służby jako strażnik w banku w Białymstoku, tam już były jego córki - Benedykta i Longina, żona - również Genowefa - zmarła jeszcze w czasie wojny w Admamowcach w wieku 45 lat i tam na wiejskim cmentarzyku została pochowana. Babcia była przekonana, że w tej nowej Polsce zawsze znajdzie się ktoś, kto jej pomoże, miała już dobre doświadczenia z czasu zamieszkiwania Warszawie w latach 1936 - 1939 . Decyzja zatem nie mogła być inna. Podróż trwała miesiąc, była pełna traumatycznych zdarzeń, pociąg trafił koniec końców do Krakowa, ale babcia mając na uwadze to, że brat jej męża mieszka w Białymstoku, uważała, że i ona z dziećmi powinna tam trafić, a też i z Białegostoku będzie dużo bliżej do Adamowców.
W Wilnie postój trwał dwa dni, z dworca było blisko do Ostrej Bramy, więc Genowefa wzięła za rączkę Florcię i poszły razem się pomodlić. Ostra Brama stała się jednym z najważniejszych miejsc w życiu mamy, do końca jej życia. Dlatego też tak bardzo lubiła odwiedzać białostocką katedrę, ze względu na kaplicę z obrazem Matki Bożej Ostrobramskiej, tam czuła się najlepiej, tam jej modlitwa była najgłębsza, tam odpoczywała, tam u Matki Boskiej się radziła, jej się zwierzała, powierzała wszelkie trudności, radości, swoją codzienność. Bardzo chciała zobaczyć replikę kaplicy Matki Boskiej Ostrobramskiej w Skarżysku-Kamiennej, wybieraliśmy się tam i nie zdążyliśmy już doń dotrzeć. W białostockiej katedrze, modląc się któregoś lipcowego dnia 2016 r., przed obrazem Matki Bożej Miłosierdzia, prosząc o wszelkie łaski dla syna, przede wszystkim łaskę pracy, ale też i inne ważne, mama poczuła jakby świat wokół został wyłączony, widziała co prawda przesuwających się ludzi - grupę turystów, filary, obraz Matki Bożej, ławki, ołtarz, promienie słońca wpadające przez witraże, ale nie słyszała żadnych dźwięków, jakby wokół zaległa kompletna cisza, mimo, że ci przesuwający się ludzie poruszali ustami, ten świat wokół stał się jakby nierealny, i w pewnym momencie usłyszała łagodny kobiecy głos, trzykrotnie powtarzający - Trwajcie, trwajcie, trwajcie... To niemal mistyczne przeżycie trwało chwilę, po tych słowach otaczający świat "został włączony", słyszalne były głosy cichych rozmów, kroków, trzaskajace drzwi do katedry. Dwa miesiące później dostałem dobrą pracę. A siedem lat później mama odejdzie do Domu Pana, w Szpitalu Wolskim w Warszawie, na Woli, na której została też poczęta, i historia zatoczy koło.
Podróż pociągiem, bydlęcymi wagonami, ale do Polski. Genowefa rozumiała, że Polska - w jej ówczesnej opinii jedynie tymczasowo - jest gdzieś daleko, bliżej Warszawy, a w Polsce ludzie nie pozwolą człowiekowi umrzeć, Polska to nie Związek Radziecki. W tej nowej Polsce była już też część rodziny - rodzony brat Floriana - Jan, po zwolnieniu z wojska wiosną 1945 r. dostał skierowanie do służby jako strażnik w banku w Białymstoku, tam już były jego córki - Benedykta i Longina, żona - również Genowefa - zmarła jeszcze w czasie wojny w Admamowcach w wieku 45 lat i tam na wiejskim cmentarzyku została pochowana. Babcia była przekonana, że w tej nowej Polsce zawsze znajdzie się ktoś, kto jej pomoże, miała już dobre doświadczenia z czasu zamieszkiwania Warszawie w latach 1936 - 1939 . Decyzja zatem nie mogła być inna. Podróż trwała miesiąc, była pełna traumatycznych zdarzeń, pociąg trafił koniec końców do Krakowa, ale babcia mając na uwadze to, że brat jej męża mieszka w Białymstoku, uważała, że i ona z dziećmi powinna tam trafić, a też i z Białegostoku będzie dużo bliżej do Adamowców.
W Wilnie postój trwał dwa dni, z dworca było blisko do Ostrej Bramy, więc Genowefa wzięła za rączkę Florcię i poszły razem się pomodlić. Ostra Brama stała się jednym z najważniejszych miejsc w życiu mamy, do końca jej życia. Dlatego też tak bardzo lubiła odwiedzać białostocką katedrę, ze względu na kaplicę z obrazem Matki Bożej Ostrobramskiej, tam czuła się najlepiej, tam jej modlitwa była najgłębsza, tam odpoczywała, tam u Matki Boskiej się radziła, jej się zwierzała, powierzała wszelkie trudności, radości, swoją codzienność. Bardzo chciała zobaczyć replikę kaplicy Matki Boskiej Ostrobramskiej w Skarżysku-Kamiennej, wybieraliśmy się tam i nie zdążyliśmy już doń dotrzeć. W białostockiej katedrze, modląc się któregoś lipcowego dnia 2016 r., przed obrazem Matki Bożej Miłosierdzia, prosząc o wszelkie łaski dla syna, przede wszystkim łaskę pracy, ale też i inne ważne, mama poczuła jakby świat wokół został wyłączony, widziała co prawda przesuwających się ludzi - grupę turystów, filary, obraz Matki Bożej, ławki, ołtarz, promienie słońca wpadające przez witraże, ale nie słyszała żadnych dźwięków, jakby wokół zaległa kompletna cisza, mimo, że ci przesuwający się ludzie poruszali ustami, ten świat wokół stał się jakby nierealny, i w pewnym momencie usłyszała łagodny kobiecy głos, trzykrotnie powtarzający - Trwajcie, trwajcie, trwajcie... To niemal mistyczne przeżycie trwało chwilę, po tych słowach otaczający świat "został włączony", słyszalne były głosy cichych rozmów, kroków, trzaskajace drzwi do katedry. Dwa miesiące później dostałem dobrą pracę. A siedem lat później mama odejdzie do Domu Pana, w Szpitalu Wolskim w Warszawie, na Woli, na której została też poczęta, i historia zatoczy koło.
poniedziałek, 15 stycznia 2024
W świecie dorosłych - wspomnienia (część 7)
Jakby tych strachów, cierpień było mało dla kilkuletniej dziewcznyki, doznanych jeszcze na Wileńszczyźnie, w czasie ucieczki na fałszywych dokumentach z Wileńszczyzny, poprzez Kraków do Białegostoku, Florcia będąc już uczennicą szkoły podstawowej numer 5 w Białymstoku, częstokroć zdana tylko na siebie, musiała w przyspieszonym tempie uczyć się też reguł panujących w świecie dorosłych. Półsierota, z mamą pracującą w fabryce na zmiany, w tym często na zmianie nocnej, z bratem, który dość wcześnie wyruszył w wielki świat w poszukiwaniu pracy i szczęścia rodzinnego, Florcia, tak jak zresztą wiele innych dzieci urodzonych tuż przed wybuchem wojny lub w jej trakcie, zmuszona była przejść szkołę prawdziwego, twardego życia, w którym to co słuszne, dobre, sprawiedliwe przeplatało się z okrucieństwem, obojętnością, interesownością.
Każda chwila spędzona z mamą była na wagę złota, wspólny spacer choćby ulicą Sienkiewicza, gdzie dziewczynka spotykała mamę wracającą z fabryki przy ulicy Włókienniczej, wyprawa po pachnący chleb do braciszków na ulicę Słonimską czy przeprawa przez śnieżne zaspy na pasterkę do Fary. Mała Florcia - jak będzie o tym często opowiadać sama będąc już matką - uważała swoją mamę za osobę najmądrzejszą na świecie, mimo, że nie potrafiła pisać, że przed wojną pracowała jako gospodyni w gospodarstwie w małej wsi Adamwoce na Wileńszczyznie, a w czasie pobytu w Warszawie jako służąca na przyjęciach u hrabiny Zabiełło, zaś po wojnie w Białymstoku jako robotnica w jednej z włókienniczych fabryk, taką mądrością życiową, ewangeliczną. Skromne robotnicze zaraboki samotnej matki nie zawsze były wystarczające, by utrzymać dwójkę dzieci, trzeba się było imać dodatkowych zajęć, takich jak pranie, prasowanie na zlecenie majętnych pań. Któregoś razu Florcia wybrała się z mamą do jednej z takich kobiet, mieszkającej przy ulicy Świętojańskiej, by oddać wypraną i wyprasowaną pościel. Kobieta jeszcze w drzwiach przejrzała przyniesione prześcieradła i uznała, że są niedokładnie wyprasowane, skrzyczała Genowefę w obecności jej małej córeczki i nie zapłaciwszy zatrzasnęła drzwi. Genowefie mimowolnie popłynęły łzy po policzkach, które dziecko widziało doskonale. Nie udało się zdobyć pieniędzy na nowe zimowe buty dla córki. Pozostawało udanie się z prośbą do kuzynki, by pożyczyć brakujące 20 złotych. Jednakże i tu nie spotkała się z życzliwym przyjęciem, bowiem kuzynka stwierdziła, że dać 20 złotych to ona nie może, a pożyczyć też nie - Bo kiedy ty mi oddasz? O daniu nawet mowy nie było, a gorzkie słowa zapadły głęboko w pamięć dziewczynce. Ale jest też podobno tak, że tam gdzie człowiek zamyka drzwi, to Bóg otwiera okna (autorska parafraza). Całej tej rozmowie przysłuchiwał się niejaki pan Mularonek, któremu najwyraźniej było żal i upokorzonej już wystarczająco kobiety i zasmuconego dziecka, które było świadkiem dwóch tak intensywnie przykrych zdarzeń jednego wieczoru. Gdy kuzynka wyszła z pomieszczenia, w którym rozegrała się opisana scena, pan Mularonek wyciągnął z marynarki owe 20 złotych i powiedział - Oddasz, kiedy będziesz miała. Tego gestu i nazwiska dobroczyńcy Florcia nie zapomni do końca życia.
Ale okolice ulicy Świętojańskiej to nie tylko bolesne wspomnienia. Wiecznie chorująca Florcia, wątła, z anemią, miała któregoś razu wizytę w gabinecie u profesora Hassmana - chirurga, laryngologa, którego wspominała jako człowieka mającego wspaniałe podejście do dzieci. Profesor Hassman miał wykonać zabieg przycięcia migdałków, i gdy Florcia zobaczyła skalpel w dłoni mężczyzny wpadła w panikę, lecz lekarz cierpliwie i spokojnym głosem przekonał ją, że nie będzie nic bolesnego wykonywał, że to tylko badanie, które potrwa chwilę i w mgnieniu oka wprawną reką przeciął rzeczone migdałki tak, że dziecko nawet nie zdążyło poczuć bólu. Nie jestem w stanie zweryfikować tej historii, ale najprawdopodobniej profesor Hassman, będąc pochodzenia żydowskiego przetrwał wojnę i jeszcze w czasie jej trwania zobowiązał się, że jeśli przeżyje, to przejdzie na katolicyzm. I tak się też miało stać.
CDN
Każda chwila spędzona z mamą była na wagę złota, wspólny spacer choćby ulicą Sienkiewicza, gdzie dziewczynka spotykała mamę wracającą z fabryki przy ulicy Włókienniczej, wyprawa po pachnący chleb do braciszków na ulicę Słonimską czy przeprawa przez śnieżne zaspy na pasterkę do Fary. Mała Florcia - jak będzie o tym często opowiadać sama będąc już matką - uważała swoją mamę za osobę najmądrzejszą na świecie, mimo, że nie potrafiła pisać, że przed wojną pracowała jako gospodyni w gospodarstwie w małej wsi Adamwoce na Wileńszczyznie, a w czasie pobytu w Warszawie jako służąca na przyjęciach u hrabiny Zabiełło, zaś po wojnie w Białymstoku jako robotnica w jednej z włókienniczych fabryk, taką mądrością życiową, ewangeliczną. Skromne robotnicze zaraboki samotnej matki nie zawsze były wystarczające, by utrzymać dwójkę dzieci, trzeba się było imać dodatkowych zajęć, takich jak pranie, prasowanie na zlecenie majętnych pań. Któregoś razu Florcia wybrała się z mamą do jednej z takich kobiet, mieszkającej przy ulicy Świętojańskiej, by oddać wypraną i wyprasowaną pościel. Kobieta jeszcze w drzwiach przejrzała przyniesione prześcieradła i uznała, że są niedokładnie wyprasowane, skrzyczała Genowefę w obecności jej małej córeczki i nie zapłaciwszy zatrzasnęła drzwi. Genowefie mimowolnie popłynęły łzy po policzkach, które dziecko widziało doskonale. Nie udało się zdobyć pieniędzy na nowe zimowe buty dla córki. Pozostawało udanie się z prośbą do kuzynki, by pożyczyć brakujące 20 złotych. Jednakże i tu nie spotkała się z życzliwym przyjęciem, bowiem kuzynka stwierdziła, że dać 20 złotych to ona nie może, a pożyczyć też nie - Bo kiedy ty mi oddasz? O daniu nawet mowy nie było, a gorzkie słowa zapadły głęboko w pamięć dziewczynce. Ale jest też podobno tak, że tam gdzie człowiek zamyka drzwi, to Bóg otwiera okna (autorska parafraza). Całej tej rozmowie przysłuchiwał się niejaki pan Mularonek, któremu najwyraźniej było żal i upokorzonej już wystarczająco kobiety i zasmuconego dziecka, które było świadkiem dwóch tak intensywnie przykrych zdarzeń jednego wieczoru. Gdy kuzynka wyszła z pomieszczenia, w którym rozegrała się opisana scena, pan Mularonek wyciągnął z marynarki owe 20 złotych i powiedział - Oddasz, kiedy będziesz miała. Tego gestu i nazwiska dobroczyńcy Florcia nie zapomni do końca życia.
Ale okolice ulicy Świętojańskiej to nie tylko bolesne wspomnienia. Wiecznie chorująca Florcia, wątła, z anemią, miała któregoś razu wizytę w gabinecie u profesora Hassmana - chirurga, laryngologa, którego wspominała jako człowieka mającego wspaniałe podejście do dzieci. Profesor Hassman miał wykonać zabieg przycięcia migdałków, i gdy Florcia zobaczyła skalpel w dłoni mężczyzny wpadła w panikę, lecz lekarz cierpliwie i spokojnym głosem przekonał ją, że nie będzie nic bolesnego wykonywał, że to tylko badanie, które potrwa chwilę i w mgnieniu oka wprawną reką przeciął rzeczone migdałki tak, że dziecko nawet nie zdążyło poczuć bólu. Nie jestem w stanie zweryfikować tej historii, ale najprawdopodobniej profesor Hassman, będąc pochodzenia żydowskiego przetrwał wojnę i jeszcze w czasie jej trwania zobowiązał się, że jeśli przeżyje, to przejdzie na katolicyzm. I tak się też miało stać.
CDN
niedziela, 14 stycznia 2024
Bojary, Fabryczna, Wąska - wspomnienia (część 6)
Po chleb chodziło się do braciszków przy ulicy Słonimskiej, w ich kaplicy można też było uczestniczyć we mszach i nabożeństwach. Piekarnię i sklep z pieczywem prowadzili zakonnicy z bezhabitowego Zgromadzenia Braci Sług Maryi Niepokalanej. W latach 1945 - 1961 w budynku do nich należącym mieściło się też Archidiecezjalne Wyższe Seminarium Duchowne, w którym wykładał między innymi ks. Michał Sopoćko, mieszkający wówczas nieodpodal, bo na ulicy Złotej, w drewnianym piętrowym domu istniejącym po dziś dzień. Kilkuletnia Florcia najbardziej zapamiętała spacery z ulicy Fabrycznej przez Bojary, ich rolzegłe zielone ogrody, zwłaszcza wzdłuż ulicy Orlej, na której już pachniało chlebem. Nie było wówczas większego szczęścia niż choćby krótka wyprawa z mamą czy to po chleb do braciszków, czy na mszę, każda chwila spędzona z mamą była na wagę złota, często bowiem trzeba było się mierzyć z samotnością, gdy mama pracowała w fabryce w dzień czy na nocnej zmianie, a brat hulał gdzieś z kolegami, by później dość szybko opuścić Białystok na dobre. Ulica Orla była też doskonałym miejscem do zjeżdżania na sankach. Od ulicy Kraszewskiej pnie się łagodnie pod górę, a od Kraszewskiego w dół w stronę Sobieskiego wiedzie krótka ulica Próżna. Zjeżdżając zatem na sankach, przy dość prostym manewrze, można była zjechać ze szczytu górki na Orlej, poprzez Próżną aż do samej ulicy Sobieskiego. Przy ulicy Łąkowej w miejscu, w którym dziś znajduje się przedszkole stała wypalona kamienica, stanowiąca oczywiście doskonałe miejsce do dziecięcych zabaw. Druga kamienica poważnie uszkodzona w czasie bombardowania znajdowała się przy ulicy Jagienki, między Wąską a Fabryczną. Ona była o tyle ciekawsza, że w pewnym miejscu schody się urywały i trzeba było nie lada zręczności, by wspiąć się wyżej. Gdzieś w tej okolicy stał jeszcze betonowy poniemiecki bunkier, który z czasem został zburzony. Nieopodal mieszkała też koleżanka Florci, która pewnego razu pod nieobecność swoich rodziców zaprosiła zaprzyjaźnione dzieci na zabawę w jej mieszkaniu. W pewnym momencie w tajemnicy zaprowadziła je do pokoju taty, wydobyła z szafy jakieś pudło, w którym po otwarciu pokrywy oczom już nieco wystraszonych dzieciaków pokazał się mundur, czapka, a następnie pistolet. Okazało się, że tata owej koleżanki pracował w pobliskiej Komendzie Wojewódzkiej w UB. A były to czasy, gdy podziemie organizowało zamachy na działaczy partyjnych i funkcjonariuszy UB - kilka z nich miało też miejsce w okolicy ulicy Fabrycznej.
Miały też dzieci swoje legendy. Przyjaciółka mamy - Bożenka Brysiewicz, której tata znał doskonale historię Białegostoku i oprowadzał okoliczne dzieciaki po miejcach związanych z historią miasta, snując arcyciekawe o nich opowieści, opowiedziała historię z czasów jego z kolei dzieciństwa - o Tamarce. Pan Jan Brysiewicz będąc jeszcze dzieckiem i mieszkając przy ulicy Wąskiej tuż przy torach, wraz z innymi dziećmi często bawił się na torowisku linii kolejowej z Białegostoku do Baranowicz. W czasie jednej z takich ryzykownych zabaw, nie wszystkie dzieci zdążyły zbiec z torów przed nadjeżdżającym pociągiem. Tamarka z jakichś przyczyn nie zdążyła uciec z i została śmiertelnie potrącona przez nadjeżdżającą lokomotywę. W tym miejscu dzieci już nigdy więcej nie miały odwagi wejść na tory, ale nie zaprzestały zabaw wzdłuż nasypu kolejowego. I kilkukrotnie dokładnie w miejscu, w którym zginęła, miała im się pokazywać Tamarka. Gdy dzieci ją zauważały, biegły do niej, wołały, lecz ona rozpływała się w powietrzu.
Dzieciństwo jest też czasem pełnym niezwykłych zdarzeń, nawet pewnej cudowności, która w dorosłości już się nie pojawia, a jeśli się pojawia to już nie z taką częstotliwością. Droga Florci do szkoły wiodła przez ulicę Łąkową i Starobojarską. Któregoś razu, nie mając odrobionej pracy domowej z matematyki - niestety brat już był w dalekim świecie, a mama zapewne pomóc nie potrafiła czy była w pracy - dziewczynka snuła się smutna jak cień w miejscu, w którym dziś znajduje się posesja hospicjum, wspięła się na pozostałości schronu i nie wiedziała, co ma ze sobą począć. Zauważyła ją wówczas jakaś kobieta w średnim wieku, zainteresowała się smutnym dzieckiem, podeszła i zapytała dlaczego się tak smuci. Mała Florcia opdpowiedziała, że boi się iść do szkoły, ponieważ nie ma odrobionej pracy domowej z matematyki. Owa niby przypadkowo napotkana kobieta pochyliła się i zaczęła dziecku tłumaczyć, że mimo wszystko powinna pójść do szkoły, podejść do pani od matematyki i wyjaśnić, że nie potrafiła odrobić lekcji samodzielnie, nie miał też jej kto pomóc, a odpisywać od kogoś nie chciała, a poza tym może być tak, że pani od matematyki dziś zwyczajnie nie będzie. Zachęcona taką przemową dziewczynka poszła więc do szkoły i jakież było jej zdumienie, gdy okazało się, że pani od matematyki tego dnia rzeczywiście była nieobecna. A na przyszłość dziecko wiedziało już jak ma postąpić. Innym razem, w czasie zamieci śnieżnej przechodząc przez dzisiejszy Plac Wyzwolenia przy Komendzie Wojewódzkiej, mała Florcia zaczęła się dusić idąc pod silnie wiejący wiatr, nie mogła złapać tchu, i w tym momencie - na pustym przed chwilą placu - podbiegła do niej kobieta, która odwróciłą dziecko plecami do wiatru i wytłumaczyła, że w czasie takich zamieci trzeba się natychmiast odwrócić. Rzecz błaha, ale dla małego dziecka wcale nie taka oczywista. Na pewno zaskakuje empatia tych dwóch kobiet, zainteresowanie losem małego samotnie wędrującego dziecka, nie przeszły obojętnie obok, ale przyszły dziewczynce z pomocą.
Z ulicy Sienkieiwcza mama wspominała pewne żydowskie rodzeństwo - dwie siostry i brata, jedna z sióśtr była najstarsza, druga najmłodsza, a brat był tym średnim. Wszyscy okoliczni mieszkańcy wiedzieli, że dzieci są żydowskiego pochodzenia, że zostały sierotami i przetrwały wojnę po aryjskiej stronie, prawdopodobnie mieszkając w tym samym miejscu, w którym mieszkały po wojnie - to jest w drewnianym domu przy ulicy Sienkiewicza właśnie, mniej wiecej naprzeciw obecnego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Później w latach 50-tych dzieci wyjechały najpewniej do Izraela. Żydowska rodzina mieszkała też przy ulicy Sienkiewicza, niedaleko Złotej, również w drewnianym domu z wielkim ogrodem ciągnącym się do ulicy Łąkowej, ojciec rodziny miał bryczkę i z tego utrzymywał rodzinę, i oni także zniknęli w latach 50-tych.
CDN
Miały też dzieci swoje legendy. Przyjaciółka mamy - Bożenka Brysiewicz, której tata znał doskonale historię Białegostoku i oprowadzał okoliczne dzieciaki po miejcach związanych z historią miasta, snując arcyciekawe o nich opowieści, opowiedziała historię z czasów jego z kolei dzieciństwa - o Tamarce. Pan Jan Brysiewicz będąc jeszcze dzieckiem i mieszkając przy ulicy Wąskiej tuż przy torach, wraz z innymi dziećmi często bawił się na torowisku linii kolejowej z Białegostoku do Baranowicz. W czasie jednej z takich ryzykownych zabaw, nie wszystkie dzieci zdążyły zbiec z torów przed nadjeżdżającym pociągiem. Tamarka z jakichś przyczyn nie zdążyła uciec z i została śmiertelnie potrącona przez nadjeżdżającą lokomotywę. W tym miejscu dzieci już nigdy więcej nie miały odwagi wejść na tory, ale nie zaprzestały zabaw wzdłuż nasypu kolejowego. I kilkukrotnie dokładnie w miejscu, w którym zginęła, miała im się pokazywać Tamarka. Gdy dzieci ją zauważały, biegły do niej, wołały, lecz ona rozpływała się w powietrzu.
Dzieciństwo jest też czasem pełnym niezwykłych zdarzeń, nawet pewnej cudowności, która w dorosłości już się nie pojawia, a jeśli się pojawia to już nie z taką częstotliwością. Droga Florci do szkoły wiodła przez ulicę Łąkową i Starobojarską. Któregoś razu, nie mając odrobionej pracy domowej z matematyki - niestety brat już był w dalekim świecie, a mama zapewne pomóc nie potrafiła czy była w pracy - dziewczynka snuła się smutna jak cień w miejscu, w którym dziś znajduje się posesja hospicjum, wspięła się na pozostałości schronu i nie wiedziała, co ma ze sobą począć. Zauważyła ją wówczas jakaś kobieta w średnim wieku, zainteresowała się smutnym dzieckiem, podeszła i zapytała dlaczego się tak smuci. Mała Florcia opdpowiedziała, że boi się iść do szkoły, ponieważ nie ma odrobionej pracy domowej z matematyki. Owa niby przypadkowo napotkana kobieta pochyliła się i zaczęła dziecku tłumaczyć, że mimo wszystko powinna pójść do szkoły, podejść do pani od matematyki i wyjaśnić, że nie potrafiła odrobić lekcji samodzielnie, nie miał też jej kto pomóc, a odpisywać od kogoś nie chciała, a poza tym może być tak, że pani od matematyki dziś zwyczajnie nie będzie. Zachęcona taką przemową dziewczynka poszła więc do szkoły i jakież było jej zdumienie, gdy okazało się, że pani od matematyki tego dnia rzeczywiście była nieobecna. A na przyszłość dziecko wiedziało już jak ma postąpić. Innym razem, w czasie zamieci śnieżnej przechodząc przez dzisiejszy Plac Wyzwolenia przy Komendzie Wojewódzkiej, mała Florcia zaczęła się dusić idąc pod silnie wiejący wiatr, nie mogła złapać tchu, i w tym momencie - na pustym przed chwilą placu - podbiegła do niej kobieta, która odwróciłą dziecko plecami do wiatru i wytłumaczyła, że w czasie takich zamieci trzeba się natychmiast odwrócić. Rzecz błaha, ale dla małego dziecka wcale nie taka oczywista. Na pewno zaskakuje empatia tych dwóch kobiet, zainteresowanie losem małego samotnie wędrującego dziecka, nie przeszły obojętnie obok, ale przyszły dziewczynce z pomocą.
Z ulicy Sienkieiwcza mama wspominała pewne żydowskie rodzeństwo - dwie siostry i brata, jedna z sióśtr była najstarsza, druga najmłodsza, a brat był tym średnim. Wszyscy okoliczni mieszkańcy wiedzieli, że dzieci są żydowskiego pochodzenia, że zostały sierotami i przetrwały wojnę po aryjskiej stronie, prawdopodobnie mieszkając w tym samym miejscu, w którym mieszkały po wojnie - to jest w drewnianym domu przy ulicy Sienkiewicza właśnie, mniej wiecej naprzeciw obecnego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Później w latach 50-tych dzieci wyjechały najpewniej do Izraela. Żydowska rodzina mieszkała też przy ulicy Sienkiewicza, niedaleko Złotej, również w drewnianym domu z wielkim ogrodem ciągnącym się do ulicy Łąkowej, ojciec rodziny miał bryczkę i z tego utrzymywał rodzinę, i oni także zniknęli w latach 50-tych.
CDN
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Poświęciłem się po raz kolejny, by obejrzeć między północą a 2 w nocy dwa ostatnie odcinki znakomitego rosyjskiego serialu "Idiota...
