Życie w Białymstoku, najpierw w starych drewnianych domach, przeznaczonych już w zasadzie do rozbiórki, grożących w każdej chwili zawalenim, przy ulicy Fabrycznej, póżniej Sienkiewicza, przedszkole przy ulicy Złotej, szkoła podstawowa numer 5 - obecnie budynek NFZ przy Pałacowej, Technikum Ekonomiczne przy ulicy Warszawskiej - obecnie Wydział Ekonomii Uniwersytetu w Białymstoku, pierwsze przyjaźnie, wchodzenie w dorosłość poprzez pierwszą pracę jako sprzedawczyni w sklepie na rogu ulicy Lipowej i Przejazd mieszczącym się na parterze kamienicy z 1900 r., następnie w stacji krwiodawstwa przy ulicy Skłodowskiej. To właśnie w stacji krwiodawstwa, dyrektor - o nazwisku o ile dobrze pamiętam Chulpowski - przybyły po wojnie do Białegostoku z Wilna, i chyba z tego powodu darzący sympatią młodą dziewcznę z Adamowców z województwa wileńskiego, choć to około 180 km na północny wschód od Wilna, przekonał osiemnastoletnią dziewczynę do podjęcią studiów, tłumaczył, motywował i mimo tego, że miał do czynienia z upartą, niby pełnoletnią dziewczyną, to jednak w końcu odniósł sukces. Florentyna dostała się na Wydział Prawa i Administracji na Uniwersytecie Warszawskim - to będzie kolejny powrót do Warszawy. Jednym z kluczowych argumentów dyrektora Chulpowskiego miały być słowa: - Dziecko, musisz się jeszcze uczyć, masz dopiero osiemnaście lat, a w swoim życiu spotkasz niejednego wykształconego chama. Wyjazdy do Warszawy na wykłady, egzaminy, były ciekawym doświadczeniem, Florentyna lubiła Warszawę, w końcu była tam poczęta, po wojnie szukała z mamą kamienicy, w której jej rodzice i starszy braciszek mieszkali w latach 1936-1939. Ukończone studia oznaczały lepszą pracę, w bankowości, w czasach, gdy banki były jeszcze instytucjami zaufania publicznego, dbały o swoich pracowników, o ich rozwój, a otrzymywane wynagrodzenie zapewniało godne, choć skromne życie.
W 1968 r. Florcia z mamą przeprowadziły się z domu przy ulicy Sienkiewicza do mieszkania w nowo wybudowanym bloku przy ulicy Skłodowskiej 5 w Białymstoku. Owo mieszkanie było częściową rekompensatą za pozostawione tak zwane mienie zabużańskie, częściową, ponieważ uwzględniającą jedynie wartość domu, bez zabudowań gospodarczych, bez gruntów rolnych. Nieduże, dwupokojowe z kuchnią, na czwartym piętrze, z widokiem na ulicę z okien pokojów, a z okna w kuchni na horyzoncie widać było las Pietrasze, który tak bardzo lubiły kontemplować w słoneczne dni, gdy nie miały czasu na to, by wybrać się tam na spacer. Genowefa lubiła chodzić do pietraskiego lasu na maliny, jeżyny, grzyby. Urokliwy, tajemniczy las na górkach, z dominującym drzewostanem sosnowym, z pozostałościami dawnej strzelnicy, ale też i miejscem egzekucji głównie żydowskich mieszkańców miasta z lipca 1941 r., miejsce jakich wiele w Polsce, łączące grozę czasów wojennych ze zjawiskowym wręcz pięknem natury - smukłe sosny, żywiczny zapach, plątanina śćieżek, dróg, kilka źródełek, ze wzgórz na południowym krańcu lasu rozpościera się wspaniały widok na Białystok, a od strony północnej na Wasilków rozłożony w dolinie rzeki Supraśli, zwanej Supraślanką, a dalej na cudnej urody Puszczę Knyszyńską, łagodnie falujące rozległe północne krajobrazy, tak bardzo przypominające litewskie widoki czy Grodzieńszczyznę.
Na Skłodowskiej często odwiedziała Florentynę i Genowefę ich kuzynka z Wileńszczyzny, również repatriantka, zamieszkała na kolonii Baciuty. Raz zdarzyło się jej nocować i po nocy skarżyła się, że nie mogła spać, bo w nocy hałasowały przejeżdzające pod blokiem samochody, paliły się światła neonów, słychać było syreny karetek wiozących pacjentów do pobliskich szpitali, to zdecydowanie nie dla niej, żyjącej w ciszy i spokoju w drewnianej wiejskiej chatce, oddzielonej od najbliższej piaszczystej drogi łąką i zagajnikiem. Początki cioci Heleny i wujka Zenona w Baciutach nie były łatwe, dostał im się drewniany dom z zabudowaniami gospodarczymi po białoruskiej rodzinie, która po wojnie została przesiedlona na sowiecką Białoruś. Przez jakiś czas otrzymywali listy z pogróżkami, rzekomo od jego poprzednich właścicieli, że jeszcze tu wrócą i zrobią z nimi porządek. Czy autorami listu rzeczywiście byli poprzedni właściciele czy było to dzieło służb specjalnych peerelowskich lub sowieckich białoruskich, by zastraszyć, by skłócić grupy narodowościowe, utrzymywać przybyszów w stanie zagrożenia, tego się już pewnie nie dowiemy. Ciocia Helena wspominała też, że jadąc pociągiem z Wileńszczyzny do nowej Polski, gdzieś na stacji, na której stał ich pociąg, przy którym zatrzymał się pociąg jadący w przecwinym kierunku, pasażerowie z tego drugiego wykpiwali repatriantów wołając do nich: - Gdzie wy jedziecie? Do tej Polski? Do tych panów? Będziecie tam niewolnikami! Jakie były losy tych przesiedlonych z Polski do sowieckiej Białorusi, można się tylko domyślać.
CDN
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą województwo wileńskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą województwo wileńskie. Pokaż wszystkie posty
sobota, 3 lutego 2024
Z Sienkiewicza na ulicę Skłodowskiej - wspomnienia (część 15)
czwartek, 11 stycznia 2024
Z Adamowców do Białegostoku - wspomnienia (część 3)
Wedle wiedzy mamy urodzona dnia 31 stycznia 1940 r., wedle dokumentów dnia 30 stycznia 1940 r., w Adamowcach, powiat postawski, województwo wileńskie, wśród pagórków zielonych, lasów, jezior, strumieni, mityczna kraina dzieciństwa, mlekiem i młodem płynąca. Ochrzczona w kościele w Udziale, w 1948 r. zamienionym na magazyn. Gdy przejeżdżaliśmy obok w roku 1988 był to obraz nędzy i rozpoczay, teraz jest całkiem ładnie odnowiony. Pod opieką rodziców nawet wojna początkowo nie wydawała się dziecku straszna, do pewnego czasu, dopóki historia nie wkroczyła bezpośrednio do wsi. Najpierw przypadkowa ofiara strzelaniny między partyzantami a Niemcami, siostra taty Floriana, dwudziestokilkuletnia piękna, ciemnowłosa i niebieskoooka dziewczyna o jasnej karnacji; wracała saniami do wsi i trafiła ją zabłąkana kula, prosto w głowę. Później pożeganie z ojcem, który 7 lipca 1944 r. dostał powołanie do wojska. Czterloletnia dziewczynka zapamiętała jak ją ojciec długo i mocno tulił żegnając się na stacji kolejowej, smak jego i jej łez. Już go więcej nie zobaczyła. Szukała sama, razem z mamą, a odnalazła po 78 latach od dnia jego śmierci, na sześć miesięcy przed jej odejściem z tego świata, i na sześć dni przed rocznicą jego śmierci.
Mimo wszystko szczęśliwe wczesne dzieciństwo, proste życie na wsi, między pracą rodziców na roli, przy warsztacie stolarskim ojca, odwiedziny krewnych, wizyty sąsiadów, spotkania przy maszynie do gręplowania wełny, która stała w domu rodziców. Wędrówki z mamą, przez łąki, pola, baśniowe lasy. Na łące przy drodze leżał ogromny głaz, mała dziewczynka widziała na nim z daleka siedzącego aniołka, gdy się z nim zrównywała - aniołek znikał, a po minięciu kamienia, gdy odwracała głowę - pojawiał się ponownie. Nazwała go aniołkiem, choć widziała jasnowłose uśmiechnięte dziecko w niebieskiej sukience, lecz bez skrzydeł. I opowieści mamy - Genowefy - o słyszanym w nocy przy leśnej drodze płaczu dziecka. Słyszało ów płacz wiele osób podróżujących ową drogą w nocy. Sprowadzony ksiądz uznał, że w miejscu tym pochowano nieochrzczone dziecko, ochrzcił je więc mówiąc: - Jeśli pan, niech będzie Jan. Jeśli panna, niech będzie Anna. - I od tej pory płacz ustał.
Domu strzegł rudy piesek - Misiek. Z daleka wyglądał jak lis, i bywało, że sąsiedzi widząc go, byli przekonani, że jest to lis właśnie. Którejś zimowej nocy pożarły go wilki, nie zdołał się przez otwór w drzwiach schronić w domu. Później gdzieś na polu w pobliżu widziano tylko jego łapy i ogon. Wilki miały też którejś zimowej nocy zaatakować rodzonego brata męża matki chrzestrznej małej Florci. W przepastnej kniei w okolicach Podświla znaleziono tylko buty zaginionego. Podejrzewano zatem wilki o sprawstwo.
Z czasem do wsi zaczęli przychodzić najprawdopodobniej sowieccy partyzanci. Florainowi kazali oddać maszynkę do golenia i żyletki, które przywiózł jeszcze z Warszawy przed wybuchem wojny. Gdy próbował im wcisnąć jakąś starą maszynkę powiedzieli mu: - Masz lepszą, tą przywiezioną z Warszawy. Musieli zatem od kogoś wiedzieć, gdzie mieszkał i pracował przed wojną.
Po wyparciu Niemców, których we wsi widywano rzadko, historia wkroczyła z większym impetem. Mężczyzn w lipcu 1944 powołano do wojska. We wsi pozostały kobiety i dzieci. Pewnego dnia pojawił się w niej też tajemniczy Serafin z rodziną. Zamieszkał w jakimś opuszczonym domu. Po nocach biegał po wsi okutany jedynie prześcieradłem. Najprawdopodobniej udawał szaleńca. Gdy babci zaginęła kura, Serafin miał jej powiedzieć: - Jeśli ktoś ją zabrał i zjadł, to niech mu to tylko wyjdzie na zdrowie.
Z czasem do Adamowców zaczął przyjeżdżać priedsiedatiel, wpadał przeważnie w nocy, konno, w czarnym skórzanym płaszczu, uzbrojony w pistolet. Nakazywał przepisywać się na inne narodowości niż polska, mogła być litewska, białoruska, żydowska, byle nie polska. Gdy babcia odmawiała, jednego razu zamachnął się na nią pistoletem i zamierzał uderzyć w twarz, krycząc: - Polackaja morda, ja tiebia ubiju! i wtedy mała Florcia rzuciła się mamie na ratunek, podbiegła, objęła ją wątłymi ramionami co sił i zakrzyknęła: - Nie dam mamy! Rozwścieczony priedsiedatiel wyszedł z domu trzaskając drzwiami.
Po tym zdarzeniu babcia ukrywała się po nocach na cmentarzu, w stogach siana na polach, pod które nad ranem podchodziła woda. W efekcie nabawiła się reuamtyzmu, a w latach siedziemedziesiątych i osiemidziesiątych kilku wylewów, paraliżu, i odeszła z tego świata w wieku 71 lat 22 maja 1982 r.
Gdy pętla zaczęła się zaciskać coraz mocniej, a dodatkowo kuzynki pracujące w lokalnej administracji przekazały babci informację, że wraz z dziećmi znajduje się na liście osób przeznaczonych do wywózki w głąb ZSRR, zapadła decyzja o wyjeździe z Wileńszczyzny na fałszywych papierach. Powodem umieszczenia na tej liście było podobno to, że dziadek przed wojną w niedzielę zakładał garnitur i kapelusz, i podjeżdżał pod kościół bryczką. A zatem kolejny donos. Udało się babci kupić dokumenty od pewnego mężczyzny, który miał żonę i dwójkę dzieci, ale byli rozdzieleni i on nie zamierzał wyjeżdżać. Wiekowo dzieci tego mżęzczyzny i babci nieco się różniły. Wyjścia jednak nie było, trzeba było podjąć ryzyko. Babcia zasuszyła chleb na drogę, zrobiła z niego suchary, szkapę zabrali sowieci, została jeszcze krówka, ktorej nie można było zostawić; metalowy krucyfiks po rozczłonkowaniu ukryła w woreczkach z mąką (stoi w mieszkaniu do dziś). Podróż trwała prawie miesiąc, pierwszeństwo miały transporty wojskowe, gdzieniegdzie tory były uszkodzone; najpierw kilkudniowy pobyt w Wilnie, później postój w Krakowie, w którym babcia nie chciała zostać, i na końcu przyjazd do Białegostoku, bo tu był już rodzony brat Floriana - Jan Szpak, no i Genowefa była przekonana, że ta granica to jest tylko tymczasowa, i łatwiej stąd będzie wracać do Adamowców. Rodzony brat babci - Władysław - nie chciał wyjeżdżać - twierdził, że tu była, jest i będzie Polska. Żywota dokonał w niewolnej Białoruskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej, w mieszkaniu na parterze w bloku w Mosarzu. Zdążyliśmy go jeszcze odwiedzić w 1988 r. Jeden z kuzynów nie chciał przystąpić do kołchozu i nie godził się na usunięcie wysokiego drewnianego krzyża sprzed domu, więc mu zaorano cały teren wokół domu, włącznie z drogą dojazdową, pod sam ganek.
W czasie podróży do nowej Polski, mama, babcia i brat mamy byli świadkami dramatycznej sceny na tej niby tymczasowej granicy, gdzie skośnoocy żołdacy rozdzielali dorosłą córkę ze starszą już matką, pewnie coś nie grało w dokumentach, i gdy kobiety nie pozwałały się rozłączyć, krasnoarmiejcy obili je kolbami karabinów, tak brutalnie, że z ich głów popłynęła krew wymieszana ze łzami. Ten obraz mama wspominała przez całe życie.
CDN
Mimo wszystko szczęśliwe wczesne dzieciństwo, proste życie na wsi, między pracą rodziców na roli, przy warsztacie stolarskim ojca, odwiedziny krewnych, wizyty sąsiadów, spotkania przy maszynie do gręplowania wełny, która stała w domu rodziców. Wędrówki z mamą, przez łąki, pola, baśniowe lasy. Na łące przy drodze leżał ogromny głaz, mała dziewczynka widziała na nim z daleka siedzącego aniołka, gdy się z nim zrównywała - aniołek znikał, a po minięciu kamienia, gdy odwracała głowę - pojawiał się ponownie. Nazwała go aniołkiem, choć widziała jasnowłose uśmiechnięte dziecko w niebieskiej sukience, lecz bez skrzydeł. I opowieści mamy - Genowefy - o słyszanym w nocy przy leśnej drodze płaczu dziecka. Słyszało ów płacz wiele osób podróżujących ową drogą w nocy. Sprowadzony ksiądz uznał, że w miejscu tym pochowano nieochrzczone dziecko, ochrzcił je więc mówiąc: - Jeśli pan, niech będzie Jan. Jeśli panna, niech będzie Anna. - I od tej pory płacz ustał.
Domu strzegł rudy piesek - Misiek. Z daleka wyglądał jak lis, i bywało, że sąsiedzi widząc go, byli przekonani, że jest to lis właśnie. Którejś zimowej nocy pożarły go wilki, nie zdołał się przez otwór w drzwiach schronić w domu. Później gdzieś na polu w pobliżu widziano tylko jego łapy i ogon. Wilki miały też którejś zimowej nocy zaatakować rodzonego brata męża matki chrzestrznej małej Florci. W przepastnej kniei w okolicach Podświla znaleziono tylko buty zaginionego. Podejrzewano zatem wilki o sprawstwo.
Z czasem do wsi zaczęli przychodzić najprawdopodobniej sowieccy partyzanci. Florainowi kazali oddać maszynkę do golenia i żyletki, które przywiózł jeszcze z Warszawy przed wybuchem wojny. Gdy próbował im wcisnąć jakąś starą maszynkę powiedzieli mu: - Masz lepszą, tą przywiezioną z Warszawy. Musieli zatem od kogoś wiedzieć, gdzie mieszkał i pracował przed wojną.
Po wyparciu Niemców, których we wsi widywano rzadko, historia wkroczyła z większym impetem. Mężczyzn w lipcu 1944 powołano do wojska. We wsi pozostały kobiety i dzieci. Pewnego dnia pojawił się w niej też tajemniczy Serafin z rodziną. Zamieszkał w jakimś opuszczonym domu. Po nocach biegał po wsi okutany jedynie prześcieradłem. Najprawdopodobniej udawał szaleńca. Gdy babci zaginęła kura, Serafin miał jej powiedzieć: - Jeśli ktoś ją zabrał i zjadł, to niech mu to tylko wyjdzie na zdrowie.
Z czasem do Adamowców zaczął przyjeżdżać priedsiedatiel, wpadał przeważnie w nocy, konno, w czarnym skórzanym płaszczu, uzbrojony w pistolet. Nakazywał przepisywać się na inne narodowości niż polska, mogła być litewska, białoruska, żydowska, byle nie polska. Gdy babcia odmawiała, jednego razu zamachnął się na nią pistoletem i zamierzał uderzyć w twarz, krycząc: - Polackaja morda, ja tiebia ubiju! i wtedy mała Florcia rzuciła się mamie na ratunek, podbiegła, objęła ją wątłymi ramionami co sił i zakrzyknęła: - Nie dam mamy! Rozwścieczony priedsiedatiel wyszedł z domu trzaskając drzwiami.
Po tym zdarzeniu babcia ukrywała się po nocach na cmentarzu, w stogach siana na polach, pod które nad ranem podchodziła woda. W efekcie nabawiła się reuamtyzmu, a w latach siedziemedziesiątych i osiemidziesiątych kilku wylewów, paraliżu, i odeszła z tego świata w wieku 71 lat 22 maja 1982 r.
Gdy pętla zaczęła się zaciskać coraz mocniej, a dodatkowo kuzynki pracujące w lokalnej administracji przekazały babci informację, że wraz z dziećmi znajduje się na liście osób przeznaczonych do wywózki w głąb ZSRR, zapadła decyzja o wyjeździe z Wileńszczyzny na fałszywych papierach. Powodem umieszczenia na tej liście było podobno to, że dziadek przed wojną w niedzielę zakładał garnitur i kapelusz, i podjeżdżał pod kościół bryczką. A zatem kolejny donos. Udało się babci kupić dokumenty od pewnego mężczyzny, który miał żonę i dwójkę dzieci, ale byli rozdzieleni i on nie zamierzał wyjeżdżać. Wiekowo dzieci tego mżęzczyzny i babci nieco się różniły. Wyjścia jednak nie było, trzeba było podjąć ryzyko. Babcia zasuszyła chleb na drogę, zrobiła z niego suchary, szkapę zabrali sowieci, została jeszcze krówka, ktorej nie można było zostawić; metalowy krucyfiks po rozczłonkowaniu ukryła w woreczkach z mąką (stoi w mieszkaniu do dziś). Podróż trwała prawie miesiąc, pierwszeństwo miały transporty wojskowe, gdzieniegdzie tory były uszkodzone; najpierw kilkudniowy pobyt w Wilnie, później postój w Krakowie, w którym babcia nie chciała zostać, i na końcu przyjazd do Białegostoku, bo tu był już rodzony brat Floriana - Jan Szpak, no i Genowefa była przekonana, że ta granica to jest tylko tymczasowa, i łatwiej stąd będzie wracać do Adamowców. Rodzony brat babci - Władysław - nie chciał wyjeżdżać - twierdził, że tu była, jest i będzie Polska. Żywota dokonał w niewolnej Białoruskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej, w mieszkaniu na parterze w bloku w Mosarzu. Zdążyliśmy go jeszcze odwiedzić w 1988 r. Jeden z kuzynów nie chciał przystąpić do kołchozu i nie godził się na usunięcie wysokiego drewnianego krzyża sprzed domu, więc mu zaorano cały teren wokół domu, włącznie z drogą dojazdową, pod sam ganek.
W czasie podróży do nowej Polski, mama, babcia i brat mamy byli świadkami dramatycznej sceny na tej niby tymczasowej granicy, gdzie skośnoocy żołdacy rozdzielali dorosłą córkę ze starszą już matką, pewnie coś nie grało w dokumentach, i gdy kobiety nie pozwałały się rozłączyć, krasnoarmiejcy obili je kolbami karabinów, tak brutalnie, że z ich głów popłynęła krew wymieszana ze łzami. Ten obraz mama wspominała przez całe życie.
CDN
Z Adamowców przez Warszawę do Siedlec - wspomnienia (część 2)
Po 78 latach poszukiwań, 6 dni przed rocznicą śmierci, na pół roku przed śmiercią córki, która razem ze swoją matką tuż po wojnie, po przyjeździe do Białegostoku z Wileńszczyzny, poszukiwały zaginionego w czasie wojny męża i ojca, po nieprzypadkowym, ponieważ przypadki naprawdę nie istnieją, udało się ustalić datę i miejsce pochówku Floriana Szpaka. Baza straty.pl; bez większej nadziei wpisywałem dane dziadka, sprawdzałem ją już wcześniej wiele razy, ale przecież jest też aktualizowana i uzupełniana. Tym razem wyświetliło się jego imię i nazwisko, data i miejsce śmierci - 12 marca 1945, "żołnierz frontowy ze wschodu, zmarł w szpitalu w Siedlcach". Dowiedzieliśmy się o tym 6 marca 2023 r., w czasie, gdy mama jeszcze zmagała się ze zdradziecką chorobą; przed dniem swojego odejścia z tego świata 1 sierpnia 2023 r. zdążyła poznać datę i miejsce śmierci ojca. 2 maja 2023 r. pojechaliśmy na Cmentarz Janowski do Siedlec. Uprzejmy ksiądz z kancelarii cmentarza przekazał nam kopię fragmentu księgi metrykalnej z danymi dziadka. Miejsca pochówku już nie znaleźliśmy, ale przy starej kaplicy zauważyliśmy nagrobek ossarium, w którym złożono kości osób, których szczątki odnaleziono przy lokalizacji nowych grobów, i na nim zapaliliśmy znicze.
Florian urodził się w kwietniu 1902 r. we wsi Adamowce powiatu postawskiego w województwie wileńskim, syn Mojżesza i Józefy. Wedle rodzinnych opowieści przodek Szpaków, który osiedlił się w Adamowcach, miał być lekarzem w armii napoleńskiej, i w czasie odwrotu spod Moskwy osiadł w tym szlacheckim zaścianku Adamowiczów. Zachowały się po nim masywne, drewniane apteczne meble. W pobliżu Adamowców miała się też rozegrać bitwa w czasie kampanii napoleońskiej - w szczerym polu wznosił się usypany ludzką ręką kopiec, przez miejscową ludność zwany kurhanem. U jego podnóża gospodarze w czasie prac polowych wyorywali szczątki oręża i umundurowania - bagnety, szable, ostrogi, guziki. Nieopodal było też bagno, którego rdzawe wody jako żywo przypominały dzieciom krew. Mama jako mała dziewczynka skacząc po kępach trawy bała się, by jej stopa nie osunęła się do tej krwawej wody.
Na wzgórzu przy drodze do wsi rozlokował się też malowniczy wiejski cmentarzyk, z drewnianymi krzyżami i skromnymi piaszczystymi mogiłkami.
Florian był rolnikiem i cenionym w okolicy stolarzem. Dom, w którym zamieszkał z Genowefą z domu Bochan z Krukowszczyzny koło Mosarza (urodzoną w 1911 r.) miał zdobienia przez niego wykonane - zdobione misternie okiennice i krawędzie ścian. Po wojnie budynek ktoś sobie przeniósł do innej wsi, nie ktoś z rodziny, ale ktoś zupełnie obcy, bez pytania o zgodę, bez jakichkolwiek formalności.
W 1933 r. na świat przyszedł Oswald Szpak. W 1936 r. małożonkowie wraz z synkiem przenieśli się do Warszawy, mieszkali na Woli, przy ul. Towarowej 33, przy Placu Kazimierza Wielkiego, takie adresy widnieją w książeczce ubezpieczeniowej dziadka z z czasów międzywojnia. Na Wileńszczyznę powrócili w czerwcu 1939 r., a więc na chwilę przed wybuchem wojny. Gdyby zostali w Warszawie, niewykluczone, że podzeliliby los wielu innych mieszkańców Woli, na której mieszkali, i gdzie dziadek pracował w fabryce gumy. O losach babci w tym wojennym czasie pisałem w poście "Z Krukowszczyzny do Warszawy"
W domu w Adamowcach stała maszyna do gręplowania wełny, więc schodzili się doń liczni mieszkańcy wsi, którzy jesiennymi i zimowymi wieczorami snuli historie prawdziwe i opowieści jakby żywcem wyjęte z ballad Mickiewicza. Przez jakiś czas z gościny babci i dziadka korzystali pogorzelcy - matka i córka, imion i nazwisk już mi nieznanych, a także stara Łucja, której syn zginął śmiercią absurdalną - jako żołnierz, jadąc pociągiem, gdy piętrowe łóżko załamało się i śpiący nad nim towarzysz runął z deskami na młodzieńca. Mama będąc dzieckiem często opłakiwała los biednej, dobrej Łucji.
W czasie wojny w wyniku wymiany ognia między Niecami a partyzantami w okolicy Adamowców, zginęła dwudziestokilkuletnia kuzynka dziadka, postrzelona w głowę piękna ciemnowłosa dziewczyna o niebieskich oczach i jasnej karnacji.
7 lipca 1944 r. mężczyźni z tych terenów dostawali powołania do wojska, otrzymał je i Florian Szpak, i jego rodzony brat - Jan Szpak, i ich późniejszy znajomy już z wojska, pochodzący z okolic Brasławia - Alfons Pietuszko. Wysłano ich na przeszkolenie gdzieś do miejscowości Grochowieckijie Łagieria w ZSRR - możliwe, że to o niej właśnie mowa w tym poście Гороховецкий артиллерийский полигон Tam chciano ich przebrać w rosyjskie mundury, lecz mężczyzni z Wileńszczyzny wszczęli bunt, który powtórzyli, gdy próbowano im zabronić śpiewać "Kiedy ranne wstają zorze". O tym wiemy już od pana Pietuszko. W 1945 r. wysłano ich do Siedlec, tam w Mordach mieli składać przysięgę, po niej Jana Szpaka i Alfonsa Pietuszko na front nie wysłano, a skierowano do pracy w banku w Białymstoku w charakterze strażników, natomiast Florian Szpak, jako że miał chore nogi i nie mógł chodzić, został pod opieką gospodarza w miejscowości Mordy bądź w jednej z okolicznych wsi. Stamtąd już nie powrócił, ślad się po nim urwał. Babcia, po przyjeździe do Białegostoku w 1946 r. szukała męża za pośrednictwem Polskiego Czerwonego Krzyża; sąd rejonowy w Białymstoku - w postanowieniu z 1947 r. - napisanym łamaną polszczyzną uznał dziadka za zmarłego w czasie forosowania Nysy Łużyckiej; Genowefa sama też pojechała do Mord, gdzie zatrzymała się u miejscowego kolejarza i jego rodziny, i próbowała zdobyć jakiekolwiek informacje o zaginionym Florianie. Niektórzy mieszkańcy mówili jej, że pamiętali wysokiego żołnierza o czarnych włosach i niebieskich oczach, który nie mógł się poruszać. Teraz już wiemy, że trafił do szpitala w Siedlcach, tam zmarł i na wniosek szpitala dnia 12 marca 1945 r. został pochowany na cmentarzu Janowskim w Siedlcach właśnie, o czym dowiedzieliśmy się 6 marca 2023 r., 6 dni przed 78 rocznicą śmierci na 6 miesięcy przed śmiercią mamy, a jego córki.
Siedlce, 2 maja 2023 r.
Florian urodził się w kwietniu 1902 r. we wsi Adamowce powiatu postawskiego w województwie wileńskim, syn Mojżesza i Józefy. Wedle rodzinnych opowieści przodek Szpaków, który osiedlił się w Adamowcach, miał być lekarzem w armii napoleńskiej, i w czasie odwrotu spod Moskwy osiadł w tym szlacheckim zaścianku Adamowiczów. Zachowały się po nim masywne, drewniane apteczne meble. W pobliżu Adamowców miała się też rozegrać bitwa w czasie kampanii napoleońskiej - w szczerym polu wznosił się usypany ludzką ręką kopiec, przez miejscową ludność zwany kurhanem. U jego podnóża gospodarze w czasie prac polowych wyorywali szczątki oręża i umundurowania - bagnety, szable, ostrogi, guziki. Nieopodal było też bagno, którego rdzawe wody jako żywo przypominały dzieciom krew. Mama jako mała dziewczynka skacząc po kępach trawy bała się, by jej stopa nie osunęła się do tej krwawej wody.
Na wzgórzu przy drodze do wsi rozlokował się też malowniczy wiejski cmentarzyk, z drewnianymi krzyżami i skromnymi piaszczystymi mogiłkami.
Florian był rolnikiem i cenionym w okolicy stolarzem. Dom, w którym zamieszkał z Genowefą z domu Bochan z Krukowszczyzny koło Mosarza (urodzoną w 1911 r.) miał zdobienia przez niego wykonane - zdobione misternie okiennice i krawędzie ścian. Po wojnie budynek ktoś sobie przeniósł do innej wsi, nie ktoś z rodziny, ale ktoś zupełnie obcy, bez pytania o zgodę, bez jakichkolwiek formalności.
W 1933 r. na świat przyszedł Oswald Szpak. W 1936 r. małożonkowie wraz z synkiem przenieśli się do Warszawy, mieszkali na Woli, przy ul. Towarowej 33, przy Placu Kazimierza Wielkiego, takie adresy widnieją w książeczce ubezpieczeniowej dziadka z z czasów międzywojnia. Na Wileńszczyznę powrócili w czerwcu 1939 r., a więc na chwilę przed wybuchem wojny. Gdyby zostali w Warszawie, niewykluczone, że podzeliliby los wielu innych mieszkańców Woli, na której mieszkali, i gdzie dziadek pracował w fabryce gumy. O losach babci w tym wojennym czasie pisałem w poście "Z Krukowszczyzny do Warszawy"
W domu w Adamowcach stała maszyna do gręplowania wełny, więc schodzili się doń liczni mieszkańcy wsi, którzy jesiennymi i zimowymi wieczorami snuli historie prawdziwe i opowieści jakby żywcem wyjęte z ballad Mickiewicza. Przez jakiś czas z gościny babci i dziadka korzystali pogorzelcy - matka i córka, imion i nazwisk już mi nieznanych, a także stara Łucja, której syn zginął śmiercią absurdalną - jako żołnierz, jadąc pociągiem, gdy piętrowe łóżko załamało się i śpiący nad nim towarzysz runął z deskami na młodzieńca. Mama będąc dzieckiem często opłakiwała los biednej, dobrej Łucji.
W czasie wojny w wyniku wymiany ognia między Niecami a partyzantami w okolicy Adamowców, zginęła dwudziestokilkuletnia kuzynka dziadka, postrzelona w głowę piękna ciemnowłosa dziewczyna o niebieskich oczach i jasnej karnacji.
7 lipca 1944 r. mężczyźni z tych terenów dostawali powołania do wojska, otrzymał je i Florian Szpak, i jego rodzony brat - Jan Szpak, i ich późniejszy znajomy już z wojska, pochodzący z okolic Brasławia - Alfons Pietuszko. Wysłano ich na przeszkolenie gdzieś do miejscowości Grochowieckijie Łagieria w ZSRR - możliwe, że to o niej właśnie mowa w tym poście Гороховецкий артиллерийский полигон Tam chciano ich przebrać w rosyjskie mundury, lecz mężczyzni z Wileńszczyzny wszczęli bunt, który powtórzyli, gdy próbowano im zabronić śpiewać "Kiedy ranne wstają zorze". O tym wiemy już od pana Pietuszko. W 1945 r. wysłano ich do Siedlec, tam w Mordach mieli składać przysięgę, po niej Jana Szpaka i Alfonsa Pietuszko na front nie wysłano, a skierowano do pracy w banku w Białymstoku w charakterze strażników, natomiast Florian Szpak, jako że miał chore nogi i nie mógł chodzić, został pod opieką gospodarza w miejscowości Mordy bądź w jednej z okolicznych wsi. Stamtąd już nie powrócił, ślad się po nim urwał. Babcia, po przyjeździe do Białegostoku w 1946 r. szukała męża za pośrednictwem Polskiego Czerwonego Krzyża; sąd rejonowy w Białymstoku - w postanowieniu z 1947 r. - napisanym łamaną polszczyzną uznał dziadka za zmarłego w czasie forosowania Nysy Łużyckiej; Genowefa sama też pojechała do Mord, gdzie zatrzymała się u miejscowego kolejarza i jego rodziny, i próbowała zdobyć jakiekolwiek informacje o zaginionym Florianie. Niektórzy mieszkańcy mówili jej, że pamiętali wysokiego żołnierza o czarnych włosach i niebieskich oczach, który nie mógł się poruszać. Teraz już wiemy, że trafił do szpitala w Siedlcach, tam zmarł i na wniosek szpitala dnia 12 marca 1945 r. został pochowany na cmentarzu Janowskim w Siedlcach właśnie, o czym dowiedzieliśmy się 6 marca 2023 r., 6 dni przed 78 rocznicą śmierci na 6 miesięcy przed śmiercią mamy, a jego córki.
Siedlce, 2 maja 2023 r.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...




