Przez Białystok, linią kolejową w stronę niegdyś Wołkowyska, a wówczas już granicy z ZSRR, regularnie przejeżdzały transporty węgla. Składy wypełnione tym drogocennym towarem zawsze zwalniały na wysokości Białostoczka przy wiadukcie i jechały wolno wzdłuż ulicy Poleskiej, następnie mijały magazyny wojskowe, dalej Dworzec Białystok Fabryczny i kierowały się na wschód. Węgiel wywożono oczywiście do ZSRR. Nastoletni chłopcy z ulicy Wąskiej, Fabrycznej, Sienkiewicza, znali doskonale godziny przejazdów transportów. Zbierali się u wylotu ulicy Wąskiej, zaopatrzeni w mocne, parciane worki, i tylko sobie znanymi sposobami, po kilku wskakiwali na towarowe wagony. Na krótkim odcinku, od ulicy Wąskiej, a jeszcze przed Dworcem Fabrycznym, zrzucali bryły węgla, które po przejechaniu składu, czekający wzdłuż torowiska koledzy zbierali pospiesznie do parcianych worków. Proceder ten był o tyle niebezpieczny, że na końcu każdego takiego składu znajdował się wagon z budką strażnika, który miał strzec przewożonego towaru. To naprawdę cud, że żaden z tych przedsiębiorczych chłopaków nie został postrzelony. Jak się okazało, w wypadach na węgiel brał także udział Oswaldek. Gdy się Genowefa o tym dowiedziała, kategorycznie zabroniła mu uczestniczenia w tych ryzykownych przedsięwzięciach. Czy skutecznie? Tego już się nie dowiemy. Jej syna kłopoty wręcz kochały. Któregoś razu wybrał się z kolegami do magazynów wojskowych za torami. Jak im się udało dostać na ich teren, tego nie wiadomo. Faktem jest, że znaleźli pozostawiony czy zgubiony przez żołnierza pistolet, który aż się prosił, by zabrać go ze sobą. Z tym niecodziennym trofeum przecięli torowisko, wyszli na ulicę Poleską, i jeden przez drugiego chciał choć przez chwilę potrzymać zdobycz w dłoni. Pech chciał, że nie było jeszcze ciemno, dzień długi, pogodny, ktoś ich zauważył jak sobie podają pistolet z ręki do ręki. Odpowiedni donos szybko powędrował na UB. Jeszcze tego samego dnia wszyscy zostali zgarnięci przez smutnych panów. Genowefa wracała z pracy do domu, nie zdążyła przekroczyć progu, gdy sąsiadka powiadomiła ją o zatrzymaniu Oswaldka przez funkcjonariuszy i o przewiezieniu na Sobieskiego 2. W tej istniejącej do dziś kamienicy w 1944 r. ulokowało się NKGB, sowiecka policja polityczna, wyodrębniona z NKWD, i przetrzymywano w nim aresztowanych. Po NKGB pomieszczenia na parterze i w piwnicy przejęła milicja.
Gienia nie zwlekając ani chwili udała się w poszukiwaniu syna. Milicjanci potwierdzili, że jej syn został zatrzymany i będzie przesłuchiwany, nic więcej więcej nie chcieli powiedzieć. Następnego dnia wszyscy chłopcy zostali wypuszczeni, uratował ich wiek i wiarygodne zeznania, jakie musieli złożyć, świadczące o chłopięcej fascynacji przygodami i bronią, a nie polityką. Nie posądzono ich dzięki temu o przynależność do podziemia. A matka w końcu skutecznie przemówiła synowi do rozsądku, bo podobne problemy, przynajmniej tego kalibru, już się nie przytrafiały.
Tego kalibru co prawda nie, ale nie oznacza to, że nie zdarzały się inne codzienne, życiowe trudności. Na ulicy Fabrycznej mieszkał sąsiad, który nie wiedzieć czemu, co by mu się złego w ogrodzie nie wydarzyło, za wszystko obwiniał "cholerne bachory tej wilniuczki". Nie znosił ludzi, którzy przybyli - jak to się wówczas mówiło - zza Buga. Był to starszy już mężczyzna, ze względu na chorą nogę poruszał się o lasce, przy domu miał spory, zadbany sad. Niektóre dzieci, znając jego ułomność, a przede wszystkim skłonność do wpadania we wściekłość, robiąc mu na złość wchodziły przez płot do sadu i zrywały owoce, by sprowokować mężczyznę do miotania przekleństwami, wymachiwania laską, rzucania czym popadło, co tylko mu się nawinęło pod rękę. To w końcu dla dzieciaków doskonała dawka adrenaliny. Rzecz w tym, że dzieci Gieni, w tego rodzaju zabawach nie uczestniczyły. Ich stopa nigdy nie postanęła na jego posesji, a on - mimo to - na lewo i prawo rozpowiadał, że znowu "te bachory tej wilniuczki" niszczyły mu ogród. Florcia w końcu zapytała mamę dlaczego sąsiad ich tak nie lubi i stwierdziła, że musi z nim poważnie porozmawiać, ale Genowefa kategorycznie jej zabroniła, tłumacząc, że takie sprawy mogą załatwiać tylko dorośli, tak więc dziewczynka postanowiła, że jak już dorośnie, to zapyta niesprawiedliwego sąsiada, co nim kierowało, co było przyczyną tych krzywdzących pomówień. Postanowienia niestety nie udało się spełnić, bo gdy już dorosła, mężczyzna dokonał żywota.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulica Fabryczna Białystok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulica Fabryczna Białystok. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 30 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 33 - dzieciństwo na ulicy Fabrycznej
piątek, 27 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 31 - z Sienkiewicza na Fabryczną
Najokropniejszą częścią drewnianego domu przy Sienkiewicza była sień, dość obszerna i ciemna, zwłaszcza jak się za wchodzącym zamykały drzwi. Z sieni schodki prowadziły na górkę, na której mieszkała staruszka Niemka, i dwie pary drzwi do mieszkań na parterze. Każdy krok na podłodze, każdy krok na schodach powodował, że skrzypiały wszystkie deski wokół, i można było odnieść wrażenie, że wraz z idącym poruszał się cały dom. I najstraszniejsze były samotne powroty wieczorami, kiedy to tuż za drzwiami zapadała kompletna ciemność. A i bez tej ciemności dziewczynka miała wrażenie, że ktoś ją w tej sieni stale obserwuje, dziwne poczucie czyjejś obecności, budzące lęk. Starała się jak najszybciej wejść do mieszkanka, nawet, jeżeli miałoby być puste, to po pokonaniu tej długiej drogi przez sień, dające poczucie spokoju i bezpieczeństwa.
Traf chciał, że był to letni dzień. Florcia wracała ze szkoły i jak zwykle otworzywszy drzwi jej oczom ukazało się przepastne pomieszczenie oddzielające drzwi sieni od mieszkań na parterze. Już chwytała klamkę, by wejść do izdebki, gdy nieoczekiwanie poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Kogoś kogo wcześniej nie dostrzegła. Dłoń się zacisnęła na ramieniu i dziewczynka zakrzyknęła wniebogłosy i krzyczeć nie przestawała.
- Cicho głupia! Cicho! To ja, Oswaldek!
Z góry szybkim krokiem zaczęła schodzić staruszka Niemka, zaniepokojona usłyszanym przeraźliwym wrzaskiem.
- Co się tu dzieje?! Co wy wyprawiacie?!
- Nic, nic, my tylko wracamy do domu - odpowiedział przestraszony Oswaldek, obawiając się trochę konsekwencji swojego pomysłu.
O zdarzeniu tym, po powrocie z pracy, dowiedziała się Genowefa. Znajac doskonale swoje dzieci, od razu się domyśliła, że to starszy braciszek, chciał zrobić psikusa siostrzyczce. I udało mu się. Ale wiedziała też o tym, że Florcia panicznie boi się tej sieni.
- Pani Szpakowa, a ja nie dziwię się, że dziecko się boi. Tu jeszcze przed pierwszą wojną powiesił się carski oficer, a dzieci czują i widzą więcej. - powiedziała w czasie jednej z rozmów z Gienią Niemka.
Następna przygoda z sienią była już ostatnią w historii tego domu, który wraz z innymi okolicznymi przeznaczony był do rozbiórki. Po lekcjach Florcia często wychodziała z domu, by spotkać się z koleżankami z ulicy Sienkiewicza, pobawić w tajemniczych ogrodach, jakich w okolicy było bez liku. Zamknąwszy drzwi mieszkanka i zbliżając się do drzwi wyjściowych z sieni, usłyszała za sobą ni stąd ni zowąd ogromny huk. Okazało się, że tuż za nią zawaliła się część sufitu domu zbudowanego z kolejowych podkładów. Dziewczynka poczuła momentalnie jakieś delikatne ukłucia w obie łydki. Były to drzazgi, odpryski z owych podkładów, które spadając na ziemię połamały się i uwolniły dziesiątki, może setki drobnych drewnianych igiełek, z których część wbiła się w odkryte nogi dziecka. Po chwili pojawiły się na nich małe kropelki krwi.
Komisja uznała, że dom już nie nadaje się do zamieszkania. Genowefa wraz z dziećmi otrzymała nową izdebkę z kuchnią na pobliskiej ulicy Fabrycznej, równoległej do Sienkiewicza, również w starym drewnianym domu, w stanie tak naprawdę niewiele lepszym od tego poprzedniego, ale nie było wyjścia, nie da się żyć bez dachu nad głową. Sytuację, jak zwykle w tej okolicy, ratował wielki, tajemniczy ogród, z dorodnymi jabłoniami, wiśniami, śliwami, gruszami, pachnącymi pełnią dojrzałego lata.
Traf chciał, że był to letni dzień. Florcia wracała ze szkoły i jak zwykle otworzywszy drzwi jej oczom ukazało się przepastne pomieszczenie oddzielające drzwi sieni od mieszkań na parterze. Już chwytała klamkę, by wejść do izdebki, gdy nieoczekiwanie poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Kogoś kogo wcześniej nie dostrzegła. Dłoń się zacisnęła na ramieniu i dziewczynka zakrzyknęła wniebogłosy i krzyczeć nie przestawała.
- Cicho głupia! Cicho! To ja, Oswaldek!
Z góry szybkim krokiem zaczęła schodzić staruszka Niemka, zaniepokojona usłyszanym przeraźliwym wrzaskiem.
- Co się tu dzieje?! Co wy wyprawiacie?!
- Nic, nic, my tylko wracamy do domu - odpowiedział przestraszony Oswaldek, obawiając się trochę konsekwencji swojego pomysłu.
O zdarzeniu tym, po powrocie z pracy, dowiedziała się Genowefa. Znajac doskonale swoje dzieci, od razu się domyśliła, że to starszy braciszek, chciał zrobić psikusa siostrzyczce. I udało mu się. Ale wiedziała też o tym, że Florcia panicznie boi się tej sieni.
- Pani Szpakowa, a ja nie dziwię się, że dziecko się boi. Tu jeszcze przed pierwszą wojną powiesił się carski oficer, a dzieci czują i widzą więcej. - powiedziała w czasie jednej z rozmów z Gienią Niemka.
Następna przygoda z sienią była już ostatnią w historii tego domu, który wraz z innymi okolicznymi przeznaczony był do rozbiórki. Po lekcjach Florcia często wychodziała z domu, by spotkać się z koleżankami z ulicy Sienkiewicza, pobawić w tajemniczych ogrodach, jakich w okolicy było bez liku. Zamknąwszy drzwi mieszkanka i zbliżając się do drzwi wyjściowych z sieni, usłyszała za sobą ni stąd ni zowąd ogromny huk. Okazało się, że tuż za nią zawaliła się część sufitu domu zbudowanego z kolejowych podkładów. Dziewczynka poczuła momentalnie jakieś delikatne ukłucia w obie łydki. Były to drzazgi, odpryski z owych podkładów, które spadając na ziemię połamały się i uwolniły dziesiątki, może setki drobnych drewnianych igiełek, z których część wbiła się w odkryte nogi dziecka. Po chwili pojawiły się na nich małe kropelki krwi.
Komisja uznała, że dom już nie nadaje się do zamieszkania. Genowefa wraz z dziećmi otrzymała nową izdebkę z kuchnią na pobliskiej ulicy Fabrycznej, równoległej do Sienkiewicza, również w starym drewnianym domu, w stanie tak naprawdę niewiele lepszym od tego poprzedniego, ale nie było wyjścia, nie da się żyć bez dachu nad głową. Sytuację, jak zwykle w tej okolicy, ratował wielki, tajemniczy ogród, z dorodnymi jabłoniami, wiśniami, śliwami, gruszami, pachnącymi pełnią dojrzałego lata.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...