Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 września 2011

Krynica Zdrój - sierpień 2011 r.

Krynica Zdrój w sezonie jest jak Polska w pigułce. Zjeżdżają tu kuracjusze i turyści z całej Polski, z Pomorza, północnego Mazowsza, Podlasia, śląska, Lubelszczyzny. Deptak, ulice rozbrzmiewają wszelkimi możliwymi akcentami, które nietrudno od siebie odróżnić. Udało mi się już romzawiać z przybyszami chyba z wszystkich regionów kraju. Ławka na deptaku, w parku, łąka na Górze Parkowej, pijalnie wód mineralnych, podupadłe nieco kafejki, bar, restauracja. A różnorodność przekonań, światopoglądów większa niż w Warszawie z Krakowem razem wziętych, nie mówiąc już o dusznym, obecnie coraz wyraźniej platformerskim Białymstoku. Od polityki uciec także nie sposób. Wcześniej czy później nasz przypadkowy romzówca na ławce w parku, na deptaku, nawet na łące na Górze Parkowej, albo osoba dosiadajaca się w pijalni, do tematów politycznych nawiąże. Ciekawe są także przypadkowo zasłyszane rozmowy, na przykład oto taka: "- Słyszałaś, jak krzyczeli do premiera? - 'Nie jesteś kibicem!' - Skurwysyństwo! Oni im stadiony budują, a ci skurwiele nie potrafią się odwdzięczyć."

Poza tym cały przekrój społeczny i pełna gama zachowań, tak charakterystycznych w tym kraju, począwszy od bezinteresonwnej życzliwości, a skończywszy na kompletnej bezmyślności. Sporo samotnych staruszków, popijających wody mineralne z plastikowych kubeczków, albo glininaych dzbanków, wspierających się na drewninaych laskach, samotnych i smutnych; obwieszonych pleckami studentów wędrujących po górach, traktujących Krynicę, jako bazę wypadową; opalonych pięćdziesięcoletnich playboyów ze złotymi łancuchami i bransoletami, włóczących się po deptaku, a wieczorami biegających z dancingu na dancing w poszukiwaniu łatwej zdobyczy; pięcdziesięcioletnie panie z brzuszkami, zbrązowiałe bardziej od lampy kwarcowej niż od górskiego słońca, w krótkich spódnicach i szpilkach, mocno odsłaniające nieposłuszne im już ciało, komentujące na ławce na deptaku każdą przechodzącą kobietę, a im kobieta zgrabniejsza, młodsza, tym większą wzbudzająca niechęć i zawiść, słowa cedzą z emfazą, wolno, w jakiejś pseudointeligenckiej manierze rodem z tandetnego programu TV, usilnie udające kogoś kim nie są; starsze małżeństwa spacerujące w milczeniu; starająca się być - do granic możliwości - uprzejmą żona z mrukliwym meżem, który na propozycję zjedzenia ciastka, wypicia kawy, odpowiada nieartykułowanymi dźwiękami wyrażającymi irytację i znudzenie. I ludzie zupełnie zwyczajni, niczym się nie wyróżniający, szczerze uprzejmi, życzliwi, uśmiechnięci. Do tego jeszcze miłośnicy Festiwalu im. Jana Kiepury, operujący językiem wziętym porosto z plakatów, potrafiący o "Mazowszu" powiedzieć jedynie: "Ambasador polskiej kultury na świecie" (slogan reklamowy); i miejscowy staruszek, popijający kolejne już piwo, chcący i potrafiący już chyba tylko opowiadać o swoich alkoholowych wyczynach.

Tygiel prawdziwy, mimo wszystko można odetchnąć pełną piersią, w atmosferze prawdziwej różnorodności, mimo wszystkich absurdów, bezmyślności, czasem agresji i głupoty, a dzięki niekłamanej uprzejmości, życzliwości, otwartości, chęci i gotowości do rozmowy z nieznajomymi.

I przerażająca perspektywa konieczności powrotu do dusznego, ciasnego Białegostoku, skrajnie upartyjnionego i politycznego, w którym wszystko coraz bardziej zaczyna zależeć od mniej lub bardziej cwaniackiego posła i jego świty oraz ich prymitywnych sztuczek, których nie sposób nawet nazwać piarem. Czego można się spodziewać po mieście, w któym największym pracodawcą stała się partia rządząca? Konformizm wydaje się być dużo bardziej powszechny i opłacalny niż w PRL.

poniedziałek, 8 listopada 2010

Szatan znowu w Moskwie

W Rosji, jak to zwykle bywa, nieznani sprawcy pobili do nieprzytomności dziennikarza gazety "Kommersant" – Olega Kaszina. Nieznani, bo przecież Annę Politkowską, zamrodwali także nieznani sprawcy, choć nie, w tej sprawie w zasadzie wszystko jest jasne - została zamrodowana przez Czeczena – w dniu bodaj imienin czy urodzin Władimira Putina. Jeśli ktoś jednak próbowałby winą obciążyć obecne rosyjskie władze, to okazałby się oczywiście niedouczonym prymitywem, bo to wyjaśnienie zbyt banalne i proste, a i dowodów na to brak. Sam prezydent Federacji Rosyjskiej w jednym z wywiadów mówił wprost, że próba obociążenia winą za tę zbrodnię Władimira Putina, to prostacka i prymitywna interpretacja tego jakże tragicznego dla Rosji wydarzenia, bo przecież premier ma wielu wrogów, w szeregach władzy kotłują się różne frakcje, walczące o wpływy, armia z "siłowikami", a do tego jeszcze różnorakie grupy interesu. Zatem sprawa jest dużo bardziej skomplikowana niż by się wydawało. Anna Politkowska, została zamordowana, by zaszkodzić obecnym rządzącym, by ich skompromitować, by zaprzeczyć ich działaniom modernizującym państwo i kierującym je na tory demokracji. Argumentacja godna Machiavvelliego, albo – by być nieco bliżej Rosji – samego Wolanda.

Inny przykład – Natasza Estemirowa, działaczka na rzecz obrony praw człowieka w Czeczenii, zamrodowana kilkunastoma strzałami z pistoletu czy karabinu maszynowego, jej ciało znaleziono w lipcu 2009 r. przy drodze szybkiego ruchu w Inguszetii. Czy winić za to morderstwo należy protegowanego Władimira Putina – Ramzana Kadyrowa, groteskowego prezydenta Czeczenii. Ależ skąd! Ten o to zapytany, obruszył się i chciał podobno nawet przepędzić dziennikarza, który śmiał mu taką możliwość zasugerować. Morderstwa bowiem znowu dokonały te siły, które pragną kompromitacji Ramzana Kadyrowa, a też i jego możnego patrona – Władimira Putina. A sam Ramzan Kadyrow głęboko przecież przeżył śmierć szlachetnej pracownicy Memoriału. Szatańska szkoła argumentacji, chciałoby się powiedzieć, że Woland zaciera ręce, ale to przecież nie tak, Wolnad na tle tego szatana, który teraz nawiedził Rosję, jawi się, jako wielce sympatyczna postać. To szatan nowego pokolenia, ze świtą Wolanda nie majaćy już nic wspólnego!

No i niech ktoś jeszcze teraz, tu w Polsce, spróbuje winą za pobicie dziennikarza "Kommersanta" obciążyć, obecne władze. A jeśli spróbuje, to niech wie, że to jest myślenie prostackie i prymitywne. Bo tu drogi są dwie, to przecież proste - albo bez zgody władz uczynili to członkowie młodzieżówki "Jedinej Rassiji", którzy oczywiście przykładnie i surowo zostaną ukarani, albo znowuż uczyniły to siły wrogie demokratyzacji i modernizacji Rosji, by skompromitować szczerych demokratów, i zwolenników liberlizacji w osobach premiera i prezydenta.

A czy ktoś jeszcze śmie wątpić w to, że sprawy te zostaną wyjaśnione? Przecież tor myślenia w tej sprawie został wytyczony przez rząd polski i samozwańcze elity - rosyjska prokuratura prowadzi śledztwa rzetelnie i praworządnie. Czy nie tego dowiedzieliśmy się przy okazji śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej?

O owym rosyjskim dziennikarzu niewiele się mówi w polskich mediach, tematem tygodnia jest usunięcie z PiS Joanny Kluzik-Rostkowskiei i Elżbiety Jakubiak, niech na tym temacie swoją energię, wiedzę i siły koncentrują dziennikarze, politolodzy, analitycy, bo gdyby jeszcze zanadto skoncentorwali się na dziennikarzu "Kommersanta" i zechcieli podrążyć temat, to mogłoby się nie daj Boże okazać, że z tą rzetelnością i praworządnością rosyjskiej prokuratury i wymiaru sprawiedliwości nie jest do końca, tak, jak oznajmiał premier i wielu apologetów rosyjskiej modernziacji i okcydentalizacji.

poniedziałek, 18 października 2010

Granice manipulacji

Zastanawiam się jaka jest granica manipulacji i tandetnych wzruszeń w polskich mediach, które już nawet nie starają się ukryć swoich intencji, czy nadawać pozoru obiektywizmu swoim materiałom. To że prowadzą one jakieś własne niejasne gry, odrębne niezrozumiałe polityki, jest dostrzegalne na pierwszy rzut oka. Jednak trudno się było spodziewać kompletnej degrenogolady i infantylizmu, z jakimi mamy obecnie do czynienia.

Ten upadek z przyśpieszoną prędkością rozpoczął się bodaj od materiału Katarzyny Kolendy Zaleskiej, w którym najpierw słowami pani Katarzyny został zapowiedziany profesor Michał Głowiński, specjalista od mowy nienawiści, z obowiązkowym położeniem akcentu na fakt, że profesor przeżył getto. Osobie, która ocalała z getta, nie przyznać racji nie wypada, krytykować ją także jest niezręcznie, bowiem od razu można narazić się na oczywistą etykietkę – antysemity. A tuż po krótkim wstępie Pani Katarzyny, profesor Głowiński dokonał paraleli między marszami nazistów z pochodniami w latach 30-tych w Niemczech a zgromadzeniem pod Pałacem Prezydenckim dnia 10 października, którego uczestnicy także mieli nieść pochodnie – choć znajoma, która uczestniczyła w tym zgromadzeniu, twierdziła, że pochodni nie było, a zamiast nich niesiono znicze. Wydaje się jednak, że to nie ma żadnego znaczenia, bo przecież równie dobrze można byłoby w tłumie wyszukać mężczyzn, którzy tego dnia założyli czarne koszule i przeprowadzić analogię do marszu czarnych koszul na Rzym w 1922 r., który wyniósł do władzy Benito Mussoliniego. Faszyzm jak złoto!

Jakiś czas później w tej samej stacji wyemitowano materiał, w którym premier wręczał dzieciom w jednym z przedszkoli medale. Kilkudziesięciosekundowy materiał, uśmiechnięte dzieciaki, premier wiesza im na szyjach medale, a na koniec wpatrująca się ze wzruszeniem i słodkim uśmiechem w ekran Justyna Pcohanke. Niemal jak kronika rodem wyjęta z PRL-u! To nic, że jeszcze tego samego dnia pojawił się materiał w Internecie pokazujący dziewczynkę, która tuż po zawieszeniu jej medalu, rozpłakała się, zerwała go i oddała premierowi. To już nie pasowało do wizerunku premiera miłującego dzieci i miłowanego z wzajemnością, także przez Justynę Pochanke. Stalin również kochał dzieci i był przez nie kochany. W tworzeniu wizerunków nasi specjaliści siegają do starych, dobrych sprawdzonych wzorców.

Wreszcie program perełka, hit ostatnich dni. "Punkt widzenia", program 2 TVP, czwartek 14 października, godzina 22.40. Przy czym najbardziej interesująca jest druga część programu, w której występują pani Ewa Komorowska, oraz panowie Paweł Deresz i Andrzej Melak, przedstawiciele rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej. Już na samym początku redaktor prowadzący ujawnia, po której opowiada się stronie, bo przecież dobrze wiemy, że celem programu nie jest poczynienie jakichś wspólnych ustaleń, dojście do porozumienia, nawiązanie spokojnej, rzeczowej dyskusji, lecz szczucie dwóch grup przeciw sobie. Przy czym jedną grupę reprezentuje pan Andrzej Melak, a drugą – redaktor prowadzący, pani Ewa Komorowska, i pan Paweł Deresz. Z całym szacunkiem dla pana Andrzeja Melaka, ale nie jest on osobą medialną, ma ewidentne trudności z wysławianiem się, gdy się zdenerwuje, a jego dyskutanci i dziennikarz, słabości te dostrzegli i chętnie wykorzystali, zresztą zapewne nie przez przypadek do programu wybrano właśnie pana Melaka, a nie np. panią Kurtykę czy panią Mertę. A już końcówka tego porogramu przypomina znęcanie się nad pokonanym. Ironiczne uśmiechy pani Ewy Komorowskiej, ataki pana Pawła Deresza, lekceważacy i protekcjonalny stosunek do gościa redaktora prowadzącego. Mechanizm jest prosty – zapraszamy urodziwą i elokwentną kobietę, wykształconego i dobrze wypadającego w mediach mężczyznę reprezentujących jedną z grup, oraz niezbyt sprawnie poruszającą się w świecie medialnym osobę, reprezentującę drugą grupę, która ewidentnie nie daje sobie rady. Do tego dodajemy jeszcze dziennikarza, który opowiada się ewidentnie po jednej ze stron, dodając jej co i raz otuchy – "Pani Ewo, Pani tego nie widzi, ale otrzymuje pani mnóstwo wspierających panią esemesów", który peutnuje program sprowadzajac motywację drugiej "wrażej" grupy do "swoich małostkowych interesów, ponad które nie ptorafi się wznieść", i hit medialny mamy już gotowy. Siły jasności kontra siły ciemności.

Program ten można obejrzeć pod tym adresem: http://www.tvp.pl/publicystyka/tematyka-spoleczna/punkt-widzenia/wideo/14102010/2782551

Nie warto snuć rozważań o rzetelności dziennikarskiej, o roli mediów publicznych, ale też prywatnych, o zwykłej ludzkiej uczciwości czy przyzwoitości. U nas te standardy nie obowiązują. Można powoływać się na przykłady mediów np. w USA, które także mają swoje sympatie i antypatie, ale czytając tamtejszą prasę nie sosób nie zauważyć, że nawet zagorzali zwolennicy Barcka Obamy, potrafią krytycznie spojrzęć na poczynania swego ulubieńca, a przede wszystkim nie ukrywać negatywnych ocen, nie zamiatać pod dywan niewygodnych faktów, nie manipulować w taki łopatologiczny sposób, jak czynią to polskie media. Zresztą już niedługo będziemy mieć i tak jedyną, słuszną obowiązującą linię polityczną i światpogloądową, przy zachowaniu wszystkich pozorów demokracji (demokracji formalnej rzecz jasna) - wszak wciąż istnieć będzie kilka partii, mnóstwo gazet, tygodników, dzienników, stacji radiowych, telewziyjnych, a w nich najmniejszej różnorodności, bo ta tylko mąci, szkodzi i ośmiesza nas w oczach świata.

wtorek, 27 kwietnia 2010

Solidarni 2010 - ...?

Tak bardzo chciałoby się wierzyć, że jest to prawdziwe oblicze narodu. Słowo naród znowu wróciło do łask, choć jeszcze do niedawna woleliśmy się nazywać – w sposób zresztą nieuzasadniony – społeczeństwem. Film Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego „Solidarni 2010” w poniedziałkowy wieczór z jednej strony tchnął nadzieję, a z drugiej budził niepewność – czy to, co widzimy jest rzeczywiste i czy, aby przypadkiem nie jest to bańka mydlana, taka sama, jaką okazało się być pokolenie JP 2. Bo im silniej obrońcy jego istnienia będą przekonywać, że ono jest albo owoce jego poznamy za czas jakiś, tym bardziej im nie uwierzę. Nie uwierzę, dopóki nie dotknę, a do tej pory nie dotknąłem.

„Wreszcie możemy się policzyć”, „mój prezydent”, „przyszłam tu dlatego, że jest mi wstyd, wstyd, że nie stanęłam w obronie upokarzanego prezydenta”, takie między innymi wypowiedzi przewijały się wśród osób zmierzających pod Pałac Prezydencki. Wypowiedzi emocjonalne i szczere, mniej i bardziej wyszukane. Spektrum reakcji na ten film, tak zwanej elity, łatwo przewidzieć – od pobłażliwości, protekcjonalności wobec kierowanego emocjami tłumu, aż po pogardę wobec moherowego, niewykształconego, z małych miast i wsi, plebsu. A jeszcze wcześniej, gdzieś w TV mignęła mi wypowiedź prof. Magdaleny Środy zarzucającej prof. Zdzisławowi Krasnodębskiemu - który opublikował dość emocjonalny artykuł w „Rzeczpospolitej” o stosunku mediów i elit do prezydenta – „ocieranie się o chorobę psychiczną”, natomiast inny popularny socjolog doszukiwał się w tej publikacji języka nienawiści.

I jeszcze te zabawne rozważania na ile debata publiczna się w Polsce ucywilizuje, złagodnieje, pozwoli ująć się w ramy szacunku dla oponenta.

Byłoby naprawdę pięknie, gdyby owe pospolite ruszenie, okazało się swego rodzaju rewolucją moralną, doskonałą przemianą, która mogłaby nas odmienić i ukonstytuować w społeczeństwo, potrafiące na co dzień współdziałać, ufać sobie i wspierać. Jednak mają chyba rację ci, którzy twierdzą, że codzienność rządzi się swoimi prawami, a wszystko wróci na stare tory.

Już przez dni kilka wyobrażałem sobie, jak specjaliści od PR pakują torby i szykują się do wyjazdu gdzieś daleko za morze, jak opiniotwórcze media liczą straty i ogłaszają bankructwa, jak z oczu większości opadają łuski i zaczynamy widzieć świat w kategoriach tego, co naprawdę ważne i prawdziwe, a tak znaczy tak, a nie nie.

Ale to się nie stało i się nie wydarzy. Ci ludzie, którzy nie potrzebowali tak wielkiej tragedii do tego, by czarne nazwać czarnym, a białe białym, będą potrafili tak jak dotychczas czynić rozróżnienia nadal, a ci którzy jej potrzebowali do postrzegania świata w całej jego ostrości, zdolność tę utracą. I na nic to, że potrafiliśmy się przez czas jakiś policzyć, dostrzec, że nie jesteśmy sami, że nikt o nas nie mówił, że nie potrafiliśmy się przebić, że nas ignorowano i wyśmiewano, na nic to, że te wszystkie sztuczne podziały na czas jakiś zostały unieważnione i okazały się zupełnie nieprawdziwe. Cóż z tego, że rozsądku, uczciwości i prostej człowieczej intuicji jest więcej w chłopie spod Augustowa niż w tak zwanym profesjonaliście z Warszawy czy Krakowa. Nasza codzienność i tak pobiegnie dawną koleiną. Już w nią wróciła z powrotem i dalej w najlepsze biegnie.

To naturalny pesymizm, bo przecież ile rozczarowań można znieść?

środa, 7 października 2009

Czy warto być Polakiem?

Wreszcie udaje mi się znaleźć wolną chwilę, by nadrobić zaległości w czytaniu. Sięgam po numer "Pressji" wydawanych przez Klub Jagielloński, a w nim artkuł uroczej uśmiechającej się ze zdjęcia Polki z wyboru - Wandy Wyporskiej - doktorantki w Hertford College w Oksfordzie (wówczas doktorantki, bo teka trzecia "Pressji" była wydana na przełomie 2002/2003). Z czarno - białej fotografii uśmiecha się szczerze ciemnoskóra i czarnowłosa wnuczka polskiego lotnika, który po drugiej wojnie pozostał na Wyspach. A tata z Barbadosu pozostawił ją i mamę, gdy miała 2 lata. Autorka artykułu "Rostbef, pierogi i latająca ryba" opisuje swoją drogę do polskości, dojrzewanie do świadomego bycia Polką, Polką zakorzenioną w kulturze, w literaturze, w języku, ale wspomina też o polskości istniejącej we krwi. Polskości trudnej, wbrew nawet wrogim gestom i słowom: "Mimo, że wspomniałam tutaj tylko o dodatnich stronach polskości, o tym co mnie do Polski przyciąga, oczywiście doświadczyłam tu również chwil bardzo przykrych. Przykładowo zdarzyło mi się raz, że postraszono mnie nożem, a dwukrotnie spotkała mnie słowna obraza, co jednak w ogólnym bilansie pozwala sądzić, iż w sumie miałam szczęście."

Momentalnie przypominam sobie jedną z wypowiedzi Grzegorza Wasowskiego z wywiadu opublikowanego kilka miesięcy temu w "Rzeczpospolitej", w której z goryczą stwierdza, że nie odczuwa żadnej więzi z obecnym narodem, a jedynie z tym sprzed wojny, z XIX wieku, z narodem historycznym bardziej niż tym współcześnie realnym.

A do tego jeszcze to przykre wydarzenie sprzed kilku dni, kiedy to znajoma zwróciłą się do mnie z prośbą bym oprowadził po miejscach związanych z kulturą żydowską w Białymstoku grupę młodzieży z Izraea i z jednego z białostockih liceów. Żaden ze mnie przewodnik, ale historię miasta, z którym wiąże mnie jedynie fakt urodzenia i stałego zamieszkania, znam. W ubiegłym roku udało nam się wejść na podwórko i klatkę schodową pewnej starej kamienicy przy dawnej synagodze - obecnie Galerii Ślendzińskich. Zależało mi na tym, by młodzież z Izraela mogła poczuć klimat Białegostoku, gdy ten w 70 % był miastem żydowskim. Tym razem nie udało się, dwóch stojących przy bramie wygolonych na łyso dwudziestokilkuletnich osiłków zastąpiło nam drogę twierdząc, że to teren prywatny; słowem dali nam do zrozumienia, że mamy się stąd wsynosić. Gdy odchodziliśmy, nerwowo się uśmiechali, pełni tryumfu, napięcia, jakby gotowi do bójki. W ubiegłym roku musiałem głupio się tłumaczyć z gwiazdy Dawida na szubienicy nabazgranej na ścianie jednego z bloków obok miejsca, w którym jeszcze po wojnie stał drewniany dom - miejsce urodzenia Ludwika Zamenhofa.

Czy takie incydenty to właśnie Polska? Co mają wspólnego z polskością? Czy to margines? Wierzę, że jednak tak.

Ale czym jest w takim wypadku polskość właściwa? Z czego mogę być dziś dumny, co stanowi o mojej polskości? Czy rzeczywiście możemy się tylko odwoływać do odległej historii? Do XIX - wiecznej literatury? Do dwudziestolecia? Do Schulza, Tuwima? Miłosza? Szubera? Rylskiego? Libery? Stasiuka?

Czy polskość można odnależć jedynie w kulturze wysokiej? A co z kulturą codzienną? Gdzie się podziała kultura polityczna, prawna? Skąd to zniechęcenie ludzi młodych, apatia mojego pokolenia trzydziestolatków, rozczarowanych polityką, polskimi elitami, cała strukturą życia społecznego?

Moja przyjaciółka Białorusinka, napisała mi kiedyś, że na Białorusi nie ma wielu rzeczy, które my mamy tu w Polsce. Zazdroszczę jej tej tęsknoty do tego, co mamy tu, bo sam już nie potrafię się tym cieszyć. Nie wiem nawet czym miałbym się radować? Wolność podróżowania? To przecież minimum. Swoboda posiadania i głoszenia poglądów politycznych? Tak, jak najbardziej, jeśli można się opowiedzieć po stronie którejś z mainstreamowych grup. Teraz w Polsce jest się albo "prymitywnym pisiorem" albo "gładkim platformersem". Jedni są pryncypialni, trochę bardziej toporni, mało sympatyczni, a drudzy okągle i gładko podbijają świat, wydają się bardziej sympatyczni, ale w gruncie rzeczy to tylko pozory, jedni warci drugich. Co mi za różnica czy państwo sprywatyzują przekonani o swojej słuszności pisowcy czy fajni platformersi? I jedni i drudzy polityką zajmują się dla korzyści - to stwierdzenie tak oczywiste i analne, że nawet piszę je z zażenowaniem. Teraz akurat padło na Zbycha, Mira i Grzecha, ale takich rozmów, takich afer można byłoby pewnie wykryć więcej. Koleżanka, która pracuje w urzędzie maista, już się niepokoi, bo chodzą słuchy, że Platofrma może nie wygrać wyborów samorządowych. Cóż to jednak ma za znaczenie - całe zastępy przebierają nogami do intratnych posad i stanowisk.

Gdzie nie zacząć kopać, wszędzie trafi się na brud. W każdej szafie czai się kościotrup.

Iście XIX - wieczny kapitalizm, szczęśliwie udało mi się porzucić korporację, która piar opanowała do perfekcji, a czas kryzysu wykorzystała do zwolnienia z pracy około 1000 osób w skali kraju. Zwalniano także takie osoby, jak Pani Ania, która przepracowała w firmie około 40 lat, na kilka miesięcy przed wejściem w okres ochronny, kiedy to pracownika nie można zwolnić przed emeryturą. Wzorowy pracownik, całe życie zawodowe bez upomnienia, nagany, dokładna, sumienna, uczicwa, koleżeńska, nie pasowała do obecnej rzeczywistości - drapieżnej, nastawionej na dobre wrażenie, fasadowość, umiejętność manipulacji, niedoinformowywania, niedopowiadania.

Rywalizacja bez żadnych granic, intryga, skarga, pomówienie, niechęć do dzielenia się wiedzą i umiejętnościami, każdy instrument jest dobry, by budować swoją pozycję w firmie, urzędzie, czy jakiejkolwiek instytucji.

Zjawisko podczepiania się pod kogoś bądź pod jakąś grupę, by przeć do przodu. Konformizm, taki jaki musiał istnieć w czasach realnego socjalizmu, ktory znam w zasadzie z filmów i opowieści ludzi, którzy te ponure czasy pamiętają.

Ślizganie się po powierzchni rzeczy, niestosowność refleksji, zatrzymania się na chwilę, aby tylko pozwolić unieść się fali.

Naprawdę nie wiem czym dziś miałaby być polskość i gdzie jej szukać?

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...