Tak bardzo chciałoby się wierzyć, że jest to prawdziwe oblicze narodu. Słowo naród znowu wróciło do łask, choć jeszcze do niedawna woleliśmy się nazywać – w sposób zresztą nieuzasadniony – społeczeństwem. Film Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego „Solidarni 2010” w poniedziałkowy wieczór z jednej strony tchnął nadzieję, a z drugiej budził niepewność – czy to, co widzimy jest rzeczywiste i czy, aby przypadkiem nie jest to bańka mydlana, taka sama, jaką okazało się być pokolenie JP 2. Bo im silniej obrońcy jego istnienia będą przekonywać, że ono jest albo owoce jego poznamy za czas jakiś, tym bardziej im nie uwierzę. Nie uwierzę, dopóki nie dotknę, a do tej pory nie dotknąłem.
„Wreszcie możemy się policzyć”, „mój prezydent”, „przyszłam tu dlatego, że jest mi wstyd, wstyd, że nie stanęłam w obronie upokarzanego prezydenta”, takie między innymi wypowiedzi przewijały się wśród osób zmierzających pod Pałac Prezydencki. Wypowiedzi emocjonalne i szczere, mniej i bardziej wyszukane. Spektrum reakcji na ten film, tak zwanej elity, łatwo przewidzieć – od pobłażliwości, protekcjonalności wobec kierowanego emocjami tłumu, aż po pogardę wobec moherowego, niewykształconego, z małych miast i wsi, plebsu. A jeszcze wcześniej, gdzieś w TV mignęła mi wypowiedź prof. Magdaleny Środy zarzucającej prof. Zdzisławowi Krasnodębskiemu - który opublikował dość emocjonalny artykuł w „Rzeczpospolitej” o stosunku mediów i elit do prezydenta – „ocieranie się o chorobę psychiczną”, natomiast inny popularny socjolog doszukiwał się w tej publikacji języka nienawiści.
I jeszcze te zabawne rozważania na ile debata publiczna się w Polsce ucywilizuje, złagodnieje, pozwoli ująć się w ramy szacunku dla oponenta.
Byłoby naprawdę pięknie, gdyby owe pospolite ruszenie, okazało się swego rodzaju rewolucją moralną, doskonałą przemianą, która mogłaby nas odmienić i ukonstytuować w społeczeństwo, potrafiące na co dzień współdziałać, ufać sobie i wspierać. Jednak mają chyba rację ci, którzy twierdzą, że codzienność rządzi się swoimi prawami, a wszystko wróci na stare tory.
Już przez dni kilka wyobrażałem sobie, jak specjaliści od PR pakują torby i szykują się do wyjazdu gdzieś daleko za morze, jak opiniotwórcze media liczą straty i ogłaszają bankructwa, jak z oczu większości opadają łuski i zaczynamy widzieć świat w kategoriach tego, co naprawdę ważne i prawdziwe, a tak znaczy tak, a nie nie.
Ale to się nie stało i się nie wydarzy. Ci ludzie, którzy nie potrzebowali tak wielkiej tragedii do tego, by czarne nazwać czarnym, a białe białym, będą potrafili tak jak dotychczas czynić rozróżnienia nadal, a ci którzy jej potrzebowali do postrzegania świata w całej jego ostrości, zdolność tę utracą. I na nic to, że potrafiliśmy się przez czas jakiś policzyć, dostrzec, że nie jesteśmy sami, że nikt o nas nie mówił, że nie potrafiliśmy się przebić, że nas ignorowano i wyśmiewano, na nic to, że te wszystkie sztuczne podziały na czas jakiś zostały unieważnione i okazały się zupełnie nieprawdziwe. Cóż z tego, że rozsądku, uczciwości i prostej człowieczej intuicji jest więcej w chłopie spod Augustowa niż w tak zwanym profesjonaliście z Warszawy czy Krakowa. Nasza codzienność i tak pobiegnie dawną koleiną. Już w nią wróciła z powrotem i dalej w najlepsze biegnie.
To naturalny pesymizm, bo przecież ile rozczarowań można znieść?
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Solidarność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Solidarność. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 27 kwietnia 2010
niedziela, 16 sierpnia 2009
Kościół Miłosierdzia Bożego w Wilnie
Rozkochałem się w melodii języka litewskiego i postanowiłem się go nauczyć. Wykorzystuję do tego celu każdą okazję - w kafejkach, w kościołach, w sklepach. W Kiernave zamęczałem pewną miłą dziewczynę obsługującą nas w przytulnej knajpce, serwującej tradycyjne potrawy kuchni litewskiej. Znała nieco język polski, więc wypytałem ją o wszystkie możliwe litewskie słowa i zwroty, jakie mogą być przydatne w restauracji. Dziewczyna cierpliwie i uprzejmie instruowała mnie, jak powinienem wymawiać te trudne przecież dla Słowianina bałtyjskie słowa. Innym razem okazja nadarzyła się w Wilnie we włoskim bistro przy zamawianiu ogromnego ciastka z serem i wisienkami oraz jakiejś wyśmienitej potrawy z mleka o konsystencji galaretki z dużą ilością czarnych jagód.
Ale języka litewskiego postanowiłem także uczyć się uczestnicząć w mszach w języku litewskim. W Wilnie w ciągu kilku dni bywam w kościołach częściej niż w Białymstoku w ciągu kwartału. A wszystko zaczęło się od ubiegłorocznej jesiennej wyprawy i mszy w Kościele św. Kazimierza. To właśnie od niej ta fascynacja językiem litewskim się rozpoczęła. Czymś niesamowicie przyjemnym jest wsłuchiwanie się w melodię i rytm tego języka, wychwytanie słów podobnych, a także próby odczytywania znaczenia słów z kontekstu niekoniecznie językowego, ale z gestów, intonacji osoby je wypowiadającej.
I tym razem nie potrafiłem, a raczej nie chciałem odmówić sobie przyjemności uczestncitwa we mszy w języku litewskim. Na taką trafiliśmy w Kościele Miłosierdza Bożego, w którym przechowywny jest obraz Jezusa Miłosiernego namalowany na podstawie wskazówek udzielanych przez św. Faustynę. I choć niewiele rozumiałem, to jednak łagodność, spokój, które wprowadza ten język nadają liturgii jakieś szczególne piękno, tak jak i spiew, a Litwini chętnie i ładnie śpiewają - to już moje własne spostrzeżenie, potwierdzające tylko słowa mojej Babci, mieszkającej przed wojną i w czasie niej na odległych kresach, bo aż w okolicach Postaw.
Ale język to jedno, a tymczasem w tym samym kościele spotkałem się z czymś, czego w Polsce nie zdarzyło mi się widzieć jeszcze nigdy. Po zakończonej mszy, młody ksiądz w pewnym momencie odszedł od ołtarza, zszedł po schodkach i pomaszerował pewnym i szybkim krokiem głównym przejściem między ławkami w stronę drzwi wyjściowych. Zaskoczyła mnie prędkość z jaką się to odbyło, bo wyszedł jako pierwszy, pdoczas gdy wierni jeszcze śpiewali, otworzył drzwi prowadzące z kruchty do wnętrza świątyni, a nasępnie stanął w drzwiach wyjściowych i czekał aż zgromadzeni zaczną wychodzić. Z niecierpliwością czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. Gdy pojawiły się pierwsze osoby wychodzące - ku memu zdumieniu każdą z nich kapłąn żegnał indywidualnie - podając rękę i zamieniając kilka słów. Nie wiem sam, być może należałoby to tłumaczyć w ten sposób, że ów kościółek jest niewielki, gromadzi się w nim do kiludziesięciu osób, ale przecież w Polsce także bywałem w małych kościółkach, a jednak czegoś podobnego nie widziałem, nie widziałem podobnych zachowań księży i w kościołąch większych, w których na mszach w dni powszednie bywa mniej osób niż w tym wileńskim kościele.
Kilka dni temu usłyszałem gdzies w radiu, że pod względem stopy życia zbliżamy się do krajów Europy Zachodniej - i uwaga! - mamy podobno szansę dogonić Litwę! Już kilka dobrych lat temu słyszałem, że w wielu dziedzinach życia Litwa nas wyprzedziła, i bywając często w tym kraju, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Odnoszę wrażenie, nie tylko zresztą ja sam, że Litwini są dużo bardziej gospodarni - i tu także potwierdzają się słowa Babci - lepiej zorganizowani, a słowo solidarność nie jest tu pustym frazesem, jakim stało się u nas. U nas nie sposób wręcz uwierzyć, że istniał tu kiedyś 10 milionowy ruch społeczny, który pomimo wewnętrznych różnic stanowił wspaniałą jedność. Nic z niej wszak nie zostało, dla siebie zachowalem jedynie opowieści Mamy, która wspominała często o tym, jak do Solidarności w jej pracy wstępowały także osoby wyznania prawosłąwnego, a także i niewierzące. Solidarność rozmieniliśmy na drobne, nie pozostało z niej kompletnie nic, poza komprpmitującymi, żenującymi, małostkowymi, infantylnymi - lista epitetów powinna być dużo dłuższa - sporami i doraźnymi grami politycznymi. Tak czy owak spoleczeństwa z prawdziwego zdarzenia w Polsce nie mamy, a na Litwie owszem.
Ale wróćmy do gestu, owego młodego księdza, bo jak się okazało kraj, który o ponad 400 lat później niż Polska przyjął chrześcijaństwom wyprzedził nas także w rozumieniu istoty kapłaństwa. Niby błahy, zwykły, banalny gest - cynik pwoiedziałby, że wyreżyserwany - a ja jednak będę się upierał, że wiele mówiący. Kapłan w Polsce kojarzy mi się przede wszystkim z balonikiem, ze względu na stopień swego nadęcia - może trochę przerysowuję, ale jeśli nawet, to naprawdę tylko trochę. Znużony już jestem kapłanami w rodzaju książąt kościoła, tacy nie są mi do niczego potrzebni. Niepotrzebni mi są kapłani odbierający cześć i uwielbienie od swoich wiernych, zapatrzonych w nich bezkrytycznie, jak w obrazki. Kapłan to nie jest ktoś na piedestale, ktoś protekcjonalnie odnoszący się do swoich parafian, czy czasem z lekceważeniem lub wręcz pogardą - z tym też się niestety spotkałem. Kapłan to nie jest ktoś wyniesiony ponad ogół, tktoś stojący wyżej. A jednocześnie nie potrzebuję kapłanów - kumpli, swoich chłopów, osobników chcących być na fali, zgodnych z duchem czasu, czy jakby tego nie nazwać. Od kapłanów przede wszystkim chciałbym się uczyć miłości i pokory - jakby patetycznie to nie brzmiało, i tylko w ten sposób mógłbym uznawać ich autorytet.
Ale języka litewskiego postanowiłem także uczyć się uczestnicząć w mszach w języku litewskim. W Wilnie w ciągu kilku dni bywam w kościołach częściej niż w Białymstoku w ciągu kwartału. A wszystko zaczęło się od ubiegłorocznej jesiennej wyprawy i mszy w Kościele św. Kazimierza. To właśnie od niej ta fascynacja językiem litewskim się rozpoczęła. Czymś niesamowicie przyjemnym jest wsłuchiwanie się w melodię i rytm tego języka, wychwytanie słów podobnych, a także próby odczytywania znaczenia słów z kontekstu niekoniecznie językowego, ale z gestów, intonacji osoby je wypowiadającej.
I tym razem nie potrafiłem, a raczej nie chciałem odmówić sobie przyjemności uczestncitwa we mszy w języku litewskim. Na taką trafiliśmy w Kościele Miłosierdza Bożego, w którym przechowywny jest obraz Jezusa Miłosiernego namalowany na podstawie wskazówek udzielanych przez św. Faustynę. I choć niewiele rozumiałem, to jednak łagodność, spokój, które wprowadza ten język nadają liturgii jakieś szczególne piękno, tak jak i spiew, a Litwini chętnie i ładnie śpiewają - to już moje własne spostrzeżenie, potwierdzające tylko słowa mojej Babci, mieszkającej przed wojną i w czasie niej na odległych kresach, bo aż w okolicach Postaw.
Ale język to jedno, a tymczasem w tym samym kościele spotkałem się z czymś, czego w Polsce nie zdarzyło mi się widzieć jeszcze nigdy. Po zakończonej mszy, młody ksiądz w pewnym momencie odszedł od ołtarza, zszedł po schodkach i pomaszerował pewnym i szybkim krokiem głównym przejściem między ławkami w stronę drzwi wyjściowych. Zaskoczyła mnie prędkość z jaką się to odbyło, bo wyszedł jako pierwszy, pdoczas gdy wierni jeszcze śpiewali, otworzył drzwi prowadzące z kruchty do wnętrza świątyni, a nasępnie stanął w drzwiach wyjściowych i czekał aż zgromadzeni zaczną wychodzić. Z niecierpliwością czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. Gdy pojawiły się pierwsze osoby wychodzące - ku memu zdumieniu każdą z nich kapłąn żegnał indywidualnie - podając rękę i zamieniając kilka słów. Nie wiem sam, być może należałoby to tłumaczyć w ten sposób, że ów kościółek jest niewielki, gromadzi się w nim do kiludziesięciu osób, ale przecież w Polsce także bywałem w małych kościółkach, a jednak czegoś podobnego nie widziałem, nie widziałem podobnych zachowań księży i w kościołąch większych, w których na mszach w dni powszednie bywa mniej osób niż w tym wileńskim kościele.
Kilka dni temu usłyszałem gdzies w radiu, że pod względem stopy życia zbliżamy się do krajów Europy Zachodniej - i uwaga! - mamy podobno szansę dogonić Litwę! Już kilka dobrych lat temu słyszałem, że w wielu dziedzinach życia Litwa nas wyprzedziła, i bywając często w tym kraju, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Odnoszę wrażenie, nie tylko zresztą ja sam, że Litwini są dużo bardziej gospodarni - i tu także potwierdzają się słowa Babci - lepiej zorganizowani, a słowo solidarność nie jest tu pustym frazesem, jakim stało się u nas. U nas nie sposób wręcz uwierzyć, że istniał tu kiedyś 10 milionowy ruch społeczny, który pomimo wewnętrznych różnic stanowił wspaniałą jedność. Nic z niej wszak nie zostało, dla siebie zachowalem jedynie opowieści Mamy, która wspominała często o tym, jak do Solidarności w jej pracy wstępowały także osoby wyznania prawosłąwnego, a także i niewierzące. Solidarność rozmieniliśmy na drobne, nie pozostało z niej kompletnie nic, poza komprpmitującymi, żenującymi, małostkowymi, infantylnymi - lista epitetów powinna być dużo dłuższa - sporami i doraźnymi grami politycznymi. Tak czy owak spoleczeństwa z prawdziwego zdarzenia w Polsce nie mamy, a na Litwie owszem.
Ale wróćmy do gestu, owego młodego księdza, bo jak się okazało kraj, który o ponad 400 lat później niż Polska przyjął chrześcijaństwom wyprzedził nas także w rozumieniu istoty kapłaństwa. Niby błahy, zwykły, banalny gest - cynik pwoiedziałby, że wyreżyserwany - a ja jednak będę się upierał, że wiele mówiący. Kapłan w Polsce kojarzy mi się przede wszystkim z balonikiem, ze względu na stopień swego nadęcia - może trochę przerysowuję, ale jeśli nawet, to naprawdę tylko trochę. Znużony już jestem kapłanami w rodzaju książąt kościoła, tacy nie są mi do niczego potrzebni. Niepotrzebni mi są kapłani odbierający cześć i uwielbienie od swoich wiernych, zapatrzonych w nich bezkrytycznie, jak w obrazki. Kapłan to nie jest ktoś na piedestale, ktoś protekcjonalnie odnoszący się do swoich parafian, czy czasem z lekceważeniem lub wręcz pogardą - z tym też się niestety spotkałem. Kapłan to nie jest ktoś wyniesiony ponad ogół, tktoś stojący wyżej. A jednocześnie nie potrzebuję kapłanów - kumpli, swoich chłopów, osobników chcących być na fali, zgodnych z duchem czasu, czy jakby tego nie nazwać. Od kapłanów przede wszystkim chciałbym się uczyć miłości i pokory - jakby patetycznie to nie brzmiało, i tylko w ten sposób mógłbym uznawać ich autorytet.
niedziela, 1 lutego 2009
Ksiądz Staś a system 09
Zupełny zbieg okoliczności, sobotnie popołudnie z przebijającym się z trudem przez szare ponure chmury słońcem, przez 2 godziny będzie jeszcze widno, chwytam aparat, wbijam się w samochód i jadę przed siebie, bez konkretnego celu, być może do Pasynek koło Zabłudowa, być może do Kudrycz, Skrybicz, aby na południe, bo to wydaje się najbardziej słoneczne.
Kościół w Dojlidach, przyspyany śnigiem park z bezlistnymi drzewami, obok ruchliwa trasa z Białegostoku do Lublina. W architekturze tego kościoła zawsze mnie coś intrygowało, to ze względu na niego, na zapuszczony niegdyś stary park i popadający w ruinę pałac, potrafiłem na całe dnie przyjeżdżać tu z drugiego końca miasta, pakować do plecaka książki, z czasem podręczniki studenckie, od których odrywała mnie jedynie błoga cisza, przez którą nie był w stanie przedrzeć się hałas nieodległej przecież szosy. Teraz park jest uporządkowany, okupowany przez tabuny studentów WSAP. Kiedyś poza kilkoma wędkarzami, miejscowymi pijaczkami nie zaglądał tu chyba nikt. Stary park i klasycystyczny pałac z widokiem na staw, jak z opowiadań Turgieniewa.
I ten niepokojący kontrast, miejsce z widokiem na plebanię, w której 30 stycznia 1989 roku zamrodowano księdza Suchowolca. Niewiarygodne wręcz, że w tak urzekającym otoczeniu mogła się dokonać zbrodnia. Drewniany domek koloru orzechowego, z dwuspadowym dachem, tak typowy dla Białegostoku, będący uosobieniem spokoju, ciszy i ładu, wbrew swej naturze musiał stać się świadkiem śmierci brutalnej.
W zimowe sobotnie słoneczne popołudnie ów domek wciąż roztacza aurę przeczącą całkowicie temu, co wydarzyło się w nim 20 lat temu. Zupełnie zapomniałem o tej rocznicy, i gdybym nie pamiętał słów swego znajomego, który twierdzi, że przypadków nie ma, powiedziałbym, że znalazłem się tu przez przypadek, z aparatem w zmarzniętej dłoni.
Pierwsze kroki kieruję w stronę grobu, ktoś przy nim zamiata resztówkę śniegu. Starsza, niska kobieta. Jest mi jakoś niewytłmaczalnie niezręcznie, mimowolnie pytam czy mogę wykonać zdjęcia. W odpowiedzi dowiaduję się, że powinienem spytać księdza, ale wyjaśniwszy, że nie jestem fotoreportem z gazety, a zdjęcia chcę wykonać do celów prywatnych, uzyskuję zgodę. Kobieta wydaje mi się być antypatyczna i na sposób białostocki podejrzliwie - nieufna. Wciąż cięzko mi się wyzbyć tej maniery powierzchownego i pochopnego oceniania ludzi.
Nawiązujemy jednak rozmowę, kobieta powoli nabiera do mnie przekonania, ciążyła mi strasznie jej nieufność. A może to, że nie chciała bądź nie potrafiła być miła. Znowu łapię się na swoim egoistycznym podejściu do ludzi, które wymusza na nich, by byli uprzejmi, mili i zawsze kulturalni. Bez niuansowania, taka mała prywatna niedojrzałość.
- Jest pan z tego samego rocznika, co mój syn.
- A co pan robił, kiedy był pogrzeb księdza Stasia?
- Miałem ledwie 13 lat.
- Mogę mieć do pana prośbę? Pomódlmy się razem, zmówmy Anioł Pański…
- Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi i poczęła z ducha świętego…
- Zdrowaś Mario…
Rzeczywiście modlimy się razem, kiedy ostatni raz odmawiałem Anioł Pański? Staram się by głoś brzmiał pewnie.
- Dziękuję panu za modlitwę. A pan to chyba wierzący jest?
- Różnie bywa z tą moją wiarą, proszę pani.
- Po głosie słyszę, że pan wierzący. Proszę przyjechać jutro, o godzinie 11.30 mają być uroczystości poświęcone pamięci księdza Stasia. Dziękuję jeszcze raz za wspólna modlitwę. A jeszcze proszę powiedzieć czy czuł pan obecność ksieza Stasia w czasie naszej modlitwy?
Przed odejściem jeszcze rzut oka na zdjęcia księdza Suchwolca. 31 lat, wygląd nader poważny jak na tak młody wiek, kręcone włosy, oklary, i pewny siebie uśmiech.
Sprawców do dziś nie wykryto. 5 miesięcy przed Okrągłym Stołem, 30 stycznia, tak niewiele brakowało, by żyć. Badanie krwi denata wykazało oczywiście obecność alkoholu, sprawcy nieznani, a i też ksiądz miał - o ile sobie dobrze przypominam - skręcić kark spadając bodaj z łóżka.
Po powrocie do domu natykam się w Rzepie na interesujący artykuł Wojciecha Klaty i Andrzeja Horubały “System 09. Zapiski skandalu“. O zdradzie, o manipulacji, o porzuceniu, o wykorzystaniu, o klęsce rewolucji sierpniowej, o klęsce solidarnościowego karnawału. O zdradzie milionów anonimowych członków ruchu, o zdradzie też takich osób jak ksiądz Suchowolec - kapelan Solidarności.
Jeszcze kilka lat temu z uśmiechem pobłażania odniósłbym się do podobnych artykułów. Nie mieszkam w kraju wolnym, obywatelskim? Śmiechu warte, przecież jeszcze na studiach argumentowałem podczas kłótni z wujkiem, że mamy państwo wolne i prawdziwie praworządne, bo przecież w swoich esejach na zajęcia z prawa międzynarodowego swobodnie wyrażam swoje myśli, przekonania, bez obawy o negatywne tego konsekwencje, bez obawy, że trafię do więzeinia, że ktoś założy mi podsłuch, że ktoś na mnie doniesie. Trzeba było kilku dobrych lat, by polską rzeczywistością rozczarować się dokumentnie. By trafiać na brudy w każdym miejscu, w którym zacznie się kopać. Z początku jeszcze w sposób pełen wiary i nadziei, z umiarem, w obawie przed genralizowaniem. Ile jednak rozczarowań jest w stanie znieść człowiek?
Najpierw wieści o najniższym kapitał zaufania społecznego w Europie, później coraz bardziej doskwierająca powszechna nieufność, obojętność, agresja, pogarda wobec tych gorzej wykształconych, niemajętnych, niezaradnych, dziecięco niemal nieporadnych. Świat, w którym prawie każdy każdemu wilkiem. Spotykane osoby, które powinni być elitą wykazujące się mentalnością drobnych cwaniaczków. Pomieszanie z poplątaniem, zagmatwanie wszelkich pojęć i wartości. Wartości będące antywartościami. Niezbędność funkcjonowania w określonych kontekstach, by cokolwiek osiągnąć, czy to towarzyskich, czy to politycznych - i nie ma tu znaczenia czy peowskich, pisowskich, czy eseldowskich.
Oferta pracy w Warszawie w instytucji stojącaj na straży praw i wolności za 1.800 - 1.900 zł miesięcznie netto, bez szans na jej przyjęcie, gdy kawalerka na obrzeżach stolicy kosztuje 1.400 pelenów.
A co z tymi, którzy tyrają za 900 pelenów miesięcznie, poniżani, wykorzystywani na wszelkie możliwe sposoby. Kto nie potrafi sobie radzić, kto się nie uczył, kto nie potrafi pracować… Ileż razy to słyszałem. Albo - “tak już jest”, “taki jest świat”, “taka jest rzeczywistość”, “mniej inteligentni musza odpaść”. Prymitywny darwinizm społeczny?
Co z tymi, którzy nie mogą sobie pozwolić na pójście na zwolnienie lekraskie, na urlop macierzyński?
System 09, rewolucja, która została przejęta, zmanipulowana, wykorzystana, zaprzepaszczona.

Kościół w Dojlidach, przyspyany śnigiem park z bezlistnymi drzewami, obok ruchliwa trasa z Białegostoku do Lublina. W architekturze tego kościoła zawsze mnie coś intrygowało, to ze względu na niego, na zapuszczony niegdyś stary park i popadający w ruinę pałac, potrafiłem na całe dnie przyjeżdżać tu z drugiego końca miasta, pakować do plecaka książki, z czasem podręczniki studenckie, od których odrywała mnie jedynie błoga cisza, przez którą nie był w stanie przedrzeć się hałas nieodległej przecież szosy. Teraz park jest uporządkowany, okupowany przez tabuny studentów WSAP. Kiedyś poza kilkoma wędkarzami, miejscowymi pijaczkami nie zaglądał tu chyba nikt. Stary park i klasycystyczny pałac z widokiem na staw, jak z opowiadań Turgieniewa.
I ten niepokojący kontrast, miejsce z widokiem na plebanię, w której 30 stycznia 1989 roku zamrodowano księdza Suchowolca. Niewiarygodne wręcz, że w tak urzekającym otoczeniu mogła się dokonać zbrodnia. Drewniany domek koloru orzechowego, z dwuspadowym dachem, tak typowy dla Białegostoku, będący uosobieniem spokoju, ciszy i ładu, wbrew swej naturze musiał stać się świadkiem śmierci brutalnej.
W zimowe sobotnie słoneczne popołudnie ów domek wciąż roztacza aurę przeczącą całkowicie temu, co wydarzyło się w nim 20 lat temu. Zupełnie zapomniałem o tej rocznicy, i gdybym nie pamiętał słów swego znajomego, który twierdzi, że przypadków nie ma, powiedziałbym, że znalazłem się tu przez przypadek, z aparatem w zmarzniętej dłoni.
Pierwsze kroki kieruję w stronę grobu, ktoś przy nim zamiata resztówkę śniegu. Starsza, niska kobieta. Jest mi jakoś niewytłmaczalnie niezręcznie, mimowolnie pytam czy mogę wykonać zdjęcia. W odpowiedzi dowiaduję się, że powinienem spytać księdza, ale wyjaśniwszy, że nie jestem fotoreportem z gazety, a zdjęcia chcę wykonać do celów prywatnych, uzyskuję zgodę. Kobieta wydaje mi się być antypatyczna i na sposób białostocki podejrzliwie - nieufna. Wciąż cięzko mi się wyzbyć tej maniery powierzchownego i pochopnego oceniania ludzi.
Nawiązujemy jednak rozmowę, kobieta powoli nabiera do mnie przekonania, ciążyła mi strasznie jej nieufność. A może to, że nie chciała bądź nie potrafiła być miła. Znowu łapię się na swoim egoistycznym podejściu do ludzi, które wymusza na nich, by byli uprzejmi, mili i zawsze kulturalni. Bez niuansowania, taka mała prywatna niedojrzałość.
- Jest pan z tego samego rocznika, co mój syn.
- A co pan robił, kiedy był pogrzeb księdza Stasia?
- Miałem ledwie 13 lat.
- Mogę mieć do pana prośbę? Pomódlmy się razem, zmówmy Anioł Pański…
- Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi i poczęła z ducha świętego…
- Zdrowaś Mario…
Rzeczywiście modlimy się razem, kiedy ostatni raz odmawiałem Anioł Pański? Staram się by głoś brzmiał pewnie.
- Dziękuję panu za modlitwę. A pan to chyba wierzący jest?
- Różnie bywa z tą moją wiarą, proszę pani.
- Po głosie słyszę, że pan wierzący. Proszę przyjechać jutro, o godzinie 11.30 mają być uroczystości poświęcone pamięci księdza Stasia. Dziękuję jeszcze raz za wspólna modlitwę. A jeszcze proszę powiedzieć czy czuł pan obecność ksieza Stasia w czasie naszej modlitwy?
Przed odejściem jeszcze rzut oka na zdjęcia księdza Suchwolca. 31 lat, wygląd nader poważny jak na tak młody wiek, kręcone włosy, oklary, i pewny siebie uśmiech.
Sprawców do dziś nie wykryto. 5 miesięcy przed Okrągłym Stołem, 30 stycznia, tak niewiele brakowało, by żyć. Badanie krwi denata wykazało oczywiście obecność alkoholu, sprawcy nieznani, a i też ksiądz miał - o ile sobie dobrze przypominam - skręcić kark spadając bodaj z łóżka.
Po powrocie do domu natykam się w Rzepie na interesujący artykuł Wojciecha Klaty i Andrzeja Horubały “System 09. Zapiski skandalu“. O zdradzie, o manipulacji, o porzuceniu, o wykorzystaniu, o klęsce rewolucji sierpniowej, o klęsce solidarnościowego karnawału. O zdradzie milionów anonimowych członków ruchu, o zdradzie też takich osób jak ksiądz Suchowolec - kapelan Solidarności.
Jeszcze kilka lat temu z uśmiechem pobłażania odniósłbym się do podobnych artykułów. Nie mieszkam w kraju wolnym, obywatelskim? Śmiechu warte, przecież jeszcze na studiach argumentowałem podczas kłótni z wujkiem, że mamy państwo wolne i prawdziwie praworządne, bo przecież w swoich esejach na zajęcia z prawa międzynarodowego swobodnie wyrażam swoje myśli, przekonania, bez obawy o negatywne tego konsekwencje, bez obawy, że trafię do więzeinia, że ktoś założy mi podsłuch, że ktoś na mnie doniesie. Trzeba było kilku dobrych lat, by polską rzeczywistością rozczarować się dokumentnie. By trafiać na brudy w każdym miejscu, w którym zacznie się kopać. Z początku jeszcze w sposób pełen wiary i nadziei, z umiarem, w obawie przed genralizowaniem. Ile jednak rozczarowań jest w stanie znieść człowiek?
Najpierw wieści o najniższym kapitał zaufania społecznego w Europie, później coraz bardziej doskwierająca powszechna nieufność, obojętność, agresja, pogarda wobec tych gorzej wykształconych, niemajętnych, niezaradnych, dziecięco niemal nieporadnych. Świat, w którym prawie każdy każdemu wilkiem. Spotykane osoby, które powinni być elitą wykazujące się mentalnością drobnych cwaniaczków. Pomieszanie z poplątaniem, zagmatwanie wszelkich pojęć i wartości. Wartości będące antywartościami. Niezbędność funkcjonowania w określonych kontekstach, by cokolwiek osiągnąć, czy to towarzyskich, czy to politycznych - i nie ma tu znaczenia czy peowskich, pisowskich, czy eseldowskich.
Oferta pracy w Warszawie w instytucji stojącaj na straży praw i wolności za 1.800 - 1.900 zł miesięcznie netto, bez szans na jej przyjęcie, gdy kawalerka na obrzeżach stolicy kosztuje 1.400 pelenów.
A co z tymi, którzy tyrają za 900 pelenów miesięcznie, poniżani, wykorzystywani na wszelkie możliwe sposoby. Kto nie potrafi sobie radzić, kto się nie uczył, kto nie potrafi pracować… Ileż razy to słyszałem. Albo - “tak już jest”, “taki jest świat”, “taka jest rzeczywistość”, “mniej inteligentni musza odpaść”. Prymitywny darwinizm społeczny?
Co z tymi, którzy nie mogą sobie pozwolić na pójście na zwolnienie lekraskie, na urlop macierzyński?
System 09, rewolucja, która została przejęta, zmanipulowana, wykorzystana, zaprzepaszczona.

środa, 16 kwietnia 2008
Dzikie pola
Pilch niedawno na łamach bodaj "Polityki" pisał, że Polska była zawsze i pozostanie dzikimi polami Europy. Z początku nieco się oburzyłem, ale po chłodnej refleksji uznałem, że trudno mu nie przyznać racji.
Słabe państwo, ludzie skrajnie obojętni i nie mający w sobie żadnych cech, które kwalifikowałyby ich, jako obywateli, a nie jak zwykłe monady żyjące tylko dla siebie i obok innych, którzy jeśli wzbudzają w nich jakieś uczucia, to najczęściej zawiść, niechęć i złość.
Słabość państwa aż razi, najpierw morderstwo Marka Papały, bo prawdopodobnie za dużo wiedział o czymś, co mogło naruszyć interesy gangsterów mających wpływy wśród polityków lub nawet nimi władających. Następnie zupełnie bezpodstawne aresztowanie Romana Kluski - choć właściwie mające podstawy - nie chciał łożyć na polityków pewnie SLD. Sąd co prawda uznał, że aresztowanie było niezgodne z prawem, ale zasądził odszkodowanie w wysokości 5.000 zł stosując przy tym wielce pokrętną argumentację, której nie mogłem się nadziwić, gdy ją czytałem.
Teraz sprawa zamordowanego Krzysztofa Olewnika, którego ojciec nie chciał wchodzić w lewe interesy z miejscowymi oprychami, wspieranymi przez lokalnych polityków, policjantów, bankowców i Bóg raczy wiedzieć przez kogo jeszcze.
W niedzielę ciocia opowiedziała historię pewnego byłego działacza "Solidarności" w białostockich "Uchwytach", świetnego fachowca, który odmawiał kolejno swoim znajomym wspólnego założenia firmy, ponieważ miał zupełnie odmienną jej wizję niż jego niedoszli wspólnicy. Uważał, że pracodawcy powinni oferować pracownikom przyzwoite warunki pracy - umowę o pracę, godne wynagrodzenie, dobrą atmosferę pełną szacunku wobec podwładnych i troski o wspólne firmowe dobro. Koledzy nie podzielili jego wizji, więc z firmy nic nie wyszło. Po pewnym czasie był jednak zmuszony zatrudnić się w jednej z firm, założonych przez kumpla, i nie wytrzymał, nie zniósł tego wszystkiego czego musiał być świadkiem - wyzyskiwania pracowników, złego traktowania, niskich płac przy wysokim zysku firmy i wysokich pensjach kierownictwa. Serce nie wytrzymało i odmówiło posłuszeństwa. Stres, ból, empatia, aż wreszcie zawał. Wydobrzał, wrócił do zdrowia, przeszedł na wcześniejszą emeryturę i niestety nie wiem, co teraz - czy czuje się wolny? Ostatnio jechał do córki, by pomóc jej urządzić się w Gdyni, gdzie osiadła razem z mężem...
Słabe państwo, ludzie skrajnie obojętni i nie mający w sobie żadnych cech, które kwalifikowałyby ich, jako obywateli, a nie jak zwykłe monady żyjące tylko dla siebie i obok innych, którzy jeśli wzbudzają w nich jakieś uczucia, to najczęściej zawiść, niechęć i złość.
Słabość państwa aż razi, najpierw morderstwo Marka Papały, bo prawdopodobnie za dużo wiedział o czymś, co mogło naruszyć interesy gangsterów mających wpływy wśród polityków lub nawet nimi władających. Następnie zupełnie bezpodstawne aresztowanie Romana Kluski - choć właściwie mające podstawy - nie chciał łożyć na polityków pewnie SLD. Sąd co prawda uznał, że aresztowanie było niezgodne z prawem, ale zasądził odszkodowanie w wysokości 5.000 zł stosując przy tym wielce pokrętną argumentację, której nie mogłem się nadziwić, gdy ją czytałem.
Teraz sprawa zamordowanego Krzysztofa Olewnika, którego ojciec nie chciał wchodzić w lewe interesy z miejscowymi oprychami, wspieranymi przez lokalnych polityków, policjantów, bankowców i Bóg raczy wiedzieć przez kogo jeszcze.
W niedzielę ciocia opowiedziała historię pewnego byłego działacza "Solidarności" w białostockich "Uchwytach", świetnego fachowca, który odmawiał kolejno swoim znajomym wspólnego założenia firmy, ponieważ miał zupełnie odmienną jej wizję niż jego niedoszli wspólnicy. Uważał, że pracodawcy powinni oferować pracownikom przyzwoite warunki pracy - umowę o pracę, godne wynagrodzenie, dobrą atmosferę pełną szacunku wobec podwładnych i troski o wspólne firmowe dobro. Koledzy nie podzielili jego wizji, więc z firmy nic nie wyszło. Po pewnym czasie był jednak zmuszony zatrudnić się w jednej z firm, założonych przez kumpla, i nie wytrzymał, nie zniósł tego wszystkiego czego musiał być świadkiem - wyzyskiwania pracowników, złego traktowania, niskich płac przy wysokim zysku firmy i wysokich pensjach kierownictwa. Serce nie wytrzymało i odmówiło posłuszeństwa. Stres, ból, empatia, aż wreszcie zawał. Wydobrzał, wrócił do zdrowia, przeszedł na wcześniejszą emeryturę i niestety nie wiem, co teraz - czy czuje się wolny? Ostatnio jechał do córki, by pomóc jej urządzić się w Gdyni, gdzie osiadła razem z mężem...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...